Opowieść o pierwszym i ostatnim spotkaniu dwóch braci oraz o tym, co wydarzyło
się pomiędzy nimi.
Spotkanie pierwsze
W 29. dniu lipca 1944 roku w Bombaju, 13-letni chłopiec wybiegł z domu, aby
odwiedzić swoją matkę, przebywającą w szpitalu na oddziale położniczym. Jego
myśli biegły szybciej niż nogi, ponieważ ta godzina miała zadecydować o jego
przeznaczeniu. Jego przyszłość będzie ozłocona – jak to sobie wymarzył – jeżeli
nowo narodzone dziecko jest chłopczykiem. Ale ta przyszłość może być szara jak
stal – jak szara i zwyczajna jest praca kolejarza – jeżeli dziecko jest
dziewczynką. Tym 13-letnim chłopcem był Tony de Mello, a nowo narodzonym
dzieckiem byłem ja. Gdy Tony mnie zobaczył, stwierdził z radością: „Teraz mogę
zostać jezuitą”.
Spotkanie ostatnie
Wieczorem, 31. maja 1987 roku w Nowym Jorku, 56-letni mężczyzna spotkał swego
43-letniego brata. Tym starszym był Tony de Mello SJ, światowej sławy przewodnik
duchowy, zaś tym młodszym byłem ja, Bill de Mello, trochę mniej znany laik.
Spotkanie miało miejsce na Uniwersytecie Fordham, w dzielnicy Bronx. Myślę o
tym, jak by to wszystko działo się wczoraj, ponieważ wciąż na nowo przeżywam to
zdarzenie. Jedliśmy kolację w stołówce, a Tony, jak zwykle, był skoncentrowany
na innych. Chciał, byśmy szybko skończyli posiłek, żeby obsługa stołówki mogła
iść do domu.
W tych dniach przebywał w Stanach Zjednoczonych, aby prowadzić satelitarne
rekolekcje dla sześciuset ośrodków akademickich w USA i Kanadzie, ja zaś
przebywałem na Manhattanie, delegowany przez moich australijskich pracodawców,
aby pracować nad pewnym szczególnie interesującym ogólnoświatowym projektem. W
rozmowie telefonicznej poprzedniego dnia Tony zapewnił mnie, że odzyskał już
siły po długim locie z Indii.
Lecz w miarę jak czas upływał, Tony zaczął narzekać na jakiś ból wewnątrz klatki
piersiowej. To powinien być dla mnie sygnał ostrzegawczy... Tony NIGDY się nie
skarżył... Żył zawsze w pokoju ze wszystkim, co przyniósł mu los.
Po kolacji usiedliśmy w pokoju, żeby porozmawiać. Tony opuścił mnie na chwilę,
aby zażyć lekarstwa. Niestety, nie pomogły mu one. Zaplanowany wspólnie cenny
czas musieliśmy skrócić ze względu na jego pogarszające się samopoczucie. Tony
stwierdził, że jest zmęczony i chciał odpocząć.
Zanim się rozstaliśmy, umówiliśmy się, że jeszcze w tym roku spotkamy się w jego
domu rekolekcyjnym w Indiach. Ostatnie minuty spędziliśmy ściskając się mocno,
naszemu pożegnaniu towarzyszyły duże emocje.
Następnego ranka znaleziono Tony’ego martwego w jego pokoju. W dzień później
jego ciało złożono w uniwersyteckiej kaplicy. Wyglądał tak świeżo, że trudno mi
było uwierzyć i pogodzić się z tym, że nie żyje. Załamałem się wtedy i
szlochałem... Tak wiele naszych duchowych problemów pozostało nierozwiązanych.
Doświadczałem niezwykłych uczuć złości (Dlaczego musiał umrzeć?!), smutku (Nigdy
go już nie zobaczę...) bólu i poczucia winy (Powinienem był przewidzieć, że może
umrzeć na atak serca i jakoś temu przeciwdziałać!), szoku i niedowierzania (Jak
mógł – z wyglądu tak zdrowy człowiek, któremu wybitny amerykański kardiolog
zaledwie miesiąc wcześniej wystawił pozytywną diagnozę – umrzeć na atak serca?
Jak należałoby to nazwać: losem, przeznaczeniem, czy może Bożą wolą?). Pytania
te pozostaną bez odpowiedzi, aż znów się spotkamy – nie wiadomo gdzie i nie
wiadomo kiedy.
O tym, co się wydarzyło między tymi spotkaniami
Podczas naszego pierwszego spotkania Tony powiedział: „Teraz mogę zostać
jezuitą”. Marzył o tym od wczesnego dzieciństwa. Jednak właśnie w tym –
wspomnianym na początku – 1944 roku jego marzenie nie cieszyło się w naszej
rodzinie zbytnią aprobatą. Sytuacja ekonomiczna stawiała na drugim planie nawet
najpiękniejsze marzenia. Szalała II Wojna Światowa, racjonowano żywność,
przebywanie w domu było niebezpieczne. Indie, jako część Imperium Brytyjskiego,
walczyły wraz z sojusznikami na wielu frontach. Japończycy przekroczyli
wschodnią granicę Indii, zajmując nasze ziemie. Sytuacja w kraju była bardzo
niepewna, a moim rodzicom, którzy wtedy byli w średnim wieku, Tony mógł na
starość zapewnić opiekę. Mój ojciec pracował dla Kolei Indyjskich, więc gdyby
jego najstarszy syn po ukończeniu szkoły nie zamierzał studiować, można by dlań
bez problemu załatwić praktykę właśnie na kolei. Taka praktyka dałaby w
przyszłości pewną i stabilną pracę. Tak oto wyglądała świetlana przyszłość
Tony’ego, zaplanowana dlań przez rodzinę.
Rodzinne korzenie
Tony urodził się 4. września 1931 roku w Santa Cruz, dzielnicy Bombaju. Nasi
rodzice, Frank i Louisa (z domu Castelino), pochodzili z Goa, portugalskiej
kolonii na południowo-zachodnim wybrzeżu Indii. Włączeni byli w długą tradycję
rodzin katolickich – sławnych z religijnej gorliwości – sięgającą 400 lat
wstecz.
Misyjna gorliwość
Gorliwość tę wzbudził w owych ludziach jezuita, Franciszek Ksawery, który
przybył do Goa około 1542 roku. Wniósł on wielki wkład w rozwój Kościoła w tym
regionie. Jednak proces przyjmowania chrześcijaństwa przez miejscową ludność
rozpoczął się wcześniej. Księża i zakonnicy przybyli tam za portugalskimi
wojskami, które wyrwały Goa spod władzy lokalnego radży w 1510 roku. Ich zapał
misyjny (zdaniem niektórych historyków) wyrażał się zarówno w łagodnej
perswazji, jak i prześladowaniu. Tak więc pozytywną prezentację chrześcijaństwa
ówcześni misjonarze uzupełniali nawracaniem przy pomocy ognia i miecza. Nie
wiadomo, w wyniku której z tych metod nawrócili się moi przodkowie, pewne jest
jednak, że zarówno pragnienie nieba, jak i lęk przed piekłem głęboko wpoili w
umysły swych potomków. Ich życie było dla naszych rodziców przykładem
bezwarunkowego oddania Kościołowi i wierności jego nauczaniu.
Migracja
W portugalskim Goa były poważnie ograniczone możliwości zatrudnienia, w związku
z czym młodzi ludzie udawali się w poszukiwaniu pracy do pobliskiego Bombaju w
Brytyjskich Indiach. Pracowali ciężko, byli wykształceni, wyznawali
chrześcijaństwo i mówili po angielsku. Ze względu na te cechy byli przez
rządzących faworyzowani. Mogli dzięki temu znaleźć zatrudnienie – szczególnie na
kolei oraz w sektorze łączności i usług pocztowych. Mój ojciec dostał pracę na
kolei, zaś moja matka pozostała w domu, zajmując się gospodarstwem i wczesną
religijną edukacją dzieci.
Edukacja i powołanie
Swoją wczesną edukację Tony odebrał w St. Stanislaus High School, prowadzonej
przez jezuitów w parafii p. w. św. Piotra w Bandra, północnej dzielnicy Bombaju.
Bardzo dobrze się uczył, potrafił też zjednać sobie ludzi. Lubiany zarówno przez
uczniów, jak i nauczycieli, Tony był w szkole idolem. Nasi rodzice spodziewali
się, że wstąpi na uniwersytet, ukończy go i będzie najlepszy w każdej profesji,
którą wybierze. Oczekiwanie świetlanej przyszłości Tony’ego tak głęboko wrosło w
ich umysły, iż prawie nie przywiązywali uwagi do jego częstego napomykania, że
chce zostać księdzem. Ignorowali religijną gorliwość, którą wzbudzili w chłopcu
jezuici w szkole św. Stanisława.
Ale Tony miał też romantyczną stronę duszy, o czym wiedzieli moi rodzice. Gdy
był jeszcze całkiem młody, powiedział jednaj z naszych kuzynek, że pewnego dnia
chciałby ją poślubić. Wszystkie gwiazdy z nieba obiecał przypiąć do jej sukni
ślubnej. Kuzynka ta nigdy nie przestała w żartach przypominać mu o tej
obietnicy. Czyniła to nawet po latach, gdy on był już jezuitą, ona zaś żoną i
matką.
Obietnica
Pewnego dnia, po kolejnym delikatnym przypomnieniu Tony’ego o swoim zamiarze,
matka odpowiedziała mu: „Jeśli nas opuścisz i wstąpisz do jezuitów, kto się nami
zaopiekuje na starość?” Tony odpowiedział: „Mamo, zamierzam modlić się, aby Bóg
dał wam drugiego syna, który się wami zaopiekuje. Jeżeli moje modlitwy zostaną
wysłuchane, czy pozwolisz mi wstąpić do jezuitów?”
Moja matka, będąc wtedy już po czterdziestce, zgodziła się na to sądząc, że jej
szanse na zajście w ciążę były bardzo małe. Myślę, że było to też rozpaczliwe
posunięcie matki, żeby zatrzymać syna przy sobie tak długo, jak to tylko jest
możliwe. Cóż... kilka miesięcy później mama zaszła w ciążę! Tony zaś, jak mi
mówiono, nie podejmował tematu wstąpienia do jezuitów, aż mnie zobaczył w
szpitalu. Gdy wpadł na oddział położniczy, nie pytał o samopoczucie matki lub
moje. Oto jego pierwsze słowa: „Moje modlitwy zostały wysłuchane. Bóg dał ci
chłopca, więc teraz mogę zostać jezuitą”.
Spełnienie obietnicy
Czas mijał. Niekiedy wspominano o jego chęci wstąpienia do Towarzystwa
Jezusowego, lecz moi rodzice wciąż nie brali tego na poważnie. Następnie, w 1947
roku, na kilka miesięcy przed ukończeniem ostatniego roku w szkole, Tony
uczęszczał na kurs doradztwa zawodowego. Pewnego dnia, po powrocie do domu,
chciał poważnie porozmawiać z rodzicami o swojej przyszłości. Znów powrócił
podejmowany z lękiem temat jezuitów. Tym razem rodzice przekonali się, że Tony
traktuje sprawę bardzo poważnie. Mama wyznała, że byłaby szczęśliwa, gdyby
pozostał gorliwym chrześcijaninem, lecz nie jezuitą. Słyszała o tym, że
nowicjuszom nie pozwalano odwiedzać rodzinnego domu przez pierwsze trzy lata,
zaś wizyty rodzin w seminarium ograniczone były do trzech w ciągu roku. Trudno
jej było zaakceptować takie warunki, więc zaproponowała, żeby wstąpił raczej do
seminarium diecezjalnego, niż do jezuitów. On na to odpowiedział, że jeżeli
takie jest względem niego jej życzenie, to wolałby raczej przyłączyć się do ojca
i pracować dla Kolei Indyjskich, jednak wykonując ten zawód byłby ogromnie
nieszczęśliwy.
Tony przypomniał też mamie o jej obietnicy i ostatecznie rodzice przekonali się,
że próby podważenia jego decyzji nie mają już sensu. Jego determinacja, żeby
pójść za głosem swego powołania ostatecznie zwyciężyła. W 1. dniu lipca 1947
roku Tony wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nowy etap w swoim życiu rozpoczął
jako nowicjusz w seminarium Vinayalaya, w bombajskiej dzielnicy Andheri. W tym
samym seminarium pełnił później funkcję rektora w latach 1968 – 1972.
Pomocna siostra (Saving Grace)
Wiele lat później, jak na ironię, opiekę nad rodzicami przejęła moja siostra
Grace, pozwalając mi pracować najpierw w Europie, potem w Australii. Tony, muszę
to podkreślić, był zawsze pod ręką, gdy tylko rodzina go potrzebowała.
Zagraniczne podróże odbywał tylko wtedy, gdy było to konieczne. Poza jego
miłością do rodziny i Towarzystwa Jezusowego należy pamiętać o jego
patriotyzmie. Kochał Indie i nie można by go było przekonać do zaakceptowania
innego kraju jako swego domu.
Bracia de Mello
Byliśmy z Tonym dwoma różnymi osobami – zarówno pod względem fizycznym, jak i
duchowym. Ja miałem pociąg do piłki nożnej, hokeja (na trawie? – J.K.) i
lekkoatletyki. Tony miał do tych rzeczy, jak sam powiadał, „dwie lewe ręce” („two
left feet”). Podczas gdy on „upijał” się wiarą, ja zaledwie dotykałem jej swymi
wargami! On gorliwie wierzył, ja powątpiewałem. W szkole wpychano mi do głowy
mały katechizm – wciąż jeszcze pamiętam z niego definicję wiary: „Wiara jest
nadnaturalnym darem Bożym”. No cóż, Tony otrzymał tego daru tyle, ile może
pomieścić ciężarówka, zaś ja jedynie tyle, ile się zmieści w pudełku od zapałek!
O ile Tony był z natury religijny, tak ja z natury byłem obojętny. Nie było we
mnie iskry, która mogłaby wybuchnąć płomieniem wiary. A jednak pomimo tych
różnic zwyczajna więź braterska między nami nigdy nie zanikła.
Nasza rodzina była przesiąknięta religijną tradycją. W związku z tym stawiano
przede mną, chłopcem z katolickiej rodziny, określone wymagania. Powinienem
był... rozumieć Mszę po łacinie, wyśpiewywać radośnie podczas wystawienia
Najświętszego Sakramentu, spowiadać się co tydzień, odprawiać nabożeństwo drogi
krzyżowej, odmawiać różaniec, recytować litanię, praktykować dziewięć pierwszych
piątków, odprawiać nowenny, zyskiwac odpusty... i tak dalej. Na tę mnogość
religijnych praktyk reagowałem dość negatywnie. Kwestionowałem kościelny
autorytet, byłem zamknięty na tajemnice wiary, nudziła mnie treść monotonnych
modlitewników. Wolałem bezpośrednio zwracać się do Stwórcy, niż używać gotowych
modlitewnych formuł. W późniejszych latach Tony zachęcał mnie, bym to, co
naprawdę czuję, jeśli chodzi o religię, wyrażał w dyskusji, a nie poprzez
otwarty bunt.
Słowne utarczki
Gdy miałem zaledwie kilka lat, Tony był już niedoścignionym wzorem poprawnego
postępowania, ja zaś tylko małym brzdącem. Pamiętam, jak zawsze brał mą stronę,
gdy sprzeczałem się z siostrą, ale wiedział też, którędy przebiega granica
pomiędzy pewnymi rzeczami. W czasie jednej takiej sprzeczki, walcząc z siostrą,
nazwałem ją „cholerną idiotką”. Tony zaraz zareagował: przełożył mnie przez
kolano i dał klapsa sugerując, żebym nigdy więcej nie używał takich słów. Z
czasem zacząłem się go obawiać i w moich wczesnych wyobrażeniach przybrał on
postać człowieka surowego, dla którego ważna była dyscyplina.
Po wstąpieniu do seminarium Tony nasycał się treściami katolickiej ortodoksji. W
swojej lojalności wobec Kościoła pragnął bronić doktryny aż do śmierci. W czasie
jednej z naszych nielicznych wizyt w nowicjacie któraś z moich sióstr wdała się
z nim w dyskusję na jakiś religijny temat. Tony gniewnie wyjaśnił jej swoje
stanowisko: „Matka Kościół ma rację, a ty jesteś w błędzie. Nie ma miejsca na
dyskusję. Papież jest nieomylny”. Nie mówiąc tego wyraźnie, dał jej do
zrozumienia, że takie podejście może doprowadzić ją do piekła.
Wzór do naśladowania
Tony narzucał rodzinie swoje jednoznaczne rozumienie kwestii dobra i zła. Był
tak sugestywny, że nieświadomie zaczęliśmy go prawie czcić. Kilka lat później
Tony zmienił się jednak. Myślę, że było to wtedy, gdy powrócił z Hiszpanii. We
mnie również dokonała się przemiana, o tym jednak wspomnę później. Wydawało się,
że odszedł od pierwotnej surowości, okazując dużo więcej elastyczności w swoim
rozumieniu dogmatów i kościelnych wymogów. Moi rodzice oczywiście widzieli w nim
dla mnie wzór do naśladowania. Choć sam uważałem takie podejście za bardzo
niewłaściwe, to jednak fakt ten nigdy nie wzbudził we mnie zazdrości lub
nienawiści. Pamiętam, że przyjmowałem jego pozytywne cechy jako pewną normę.
Ostatecznie był on najstarszym dzieckiem i tego rodzaju postaw oczekiwano od
niego.
Podczas moich szkolnych lat inni księża nieustannie wskazywali na mojego
sławnego brata pytając, dlaczego – gdy chodzi o naukę – byłem tak różny od
niego. Sądzę, że niektórzy księża zazdrościli Tony’emu postępów w Towarzystwie
Jezusowym i okazywali swą złośliwość, kiedy tylko znaleźli okazję. W
Towarzystwie Jezusowym, jak sobie wyobrażam, istnieje hierarchia! Byłem z
Tony’ego dumny, lecz w związku z tym nigdy nie przyszło mi do głowy, że
powinienem naśladować jego osiągnięcia. Kiedykolwiek się spotykaliśmy, Tony
zawsze starał się pomniejszać znaczenie swoich osiągnięć w zakonie, podkreślając
moje wyniki w lekkoatletyce. Nigdy nie upominał mnie za „niedociągnięcia” w
nauce lub za brak religijnej gorliwości.
Tony i Towarzystwo Jezusowe
Niektórzy ludzie są urodzonymi sportowcami. Tony został stworzony, by stać się
kapłanem. Towarzystwo Jezusowe było jego domem. Pasował do niego jak ręka do
rękawiczki. Myślę, że u jezuitów mocno pociągała go dyscyplina. Harmonia, będąca
jej owocem, stanowiła źródło jego siły. Jezuicka gotowość, by udać się tam,
gdzie jest się posłanym, jezuicka zasada dzielenia się wszystkim z innymi,
jezuickie przekonanie o równości wszystkich ludzkich istnień – oto wartości,
które go pociągały. Jego podejście do wielu zagadnień było dość rygorystyczne.
Znajdował radość w dogmatach i siłę w doktrynie.
W 1952 roku wysłano Tony’ego na trzyletnie studia filozoficzne do Hiszpanii. W
tym czasie w jego życiu nastąpiła pewna ewolucja. Odkrył w sobie charyzmat
przewodzenia ludziom. Grupa hiszpańskich jezuitów, która przybyła z nim do
Indii, była zdumiona tym, że jakiś Hindus mówi po hiszpańsku tak, jak rodowity
Hiszpan. Nawet po dziesięcioleciach mówiący po angielsku Hiszpanie, zachowują
swój akcent. Tony miał duże zdolności językowe. Mówił płynnie także w Marathi i
Hindi (dwa indyjskie dialekty), no i oczywiście po angielsku.
Łagodny de Mello (the mellow de Mello)
Tony de Mello, jakiego zna dzisiaj świat, to ta sama osoba – niegdyś dość
rygorystyczna – która wstąpiła do Towarzystwa Jezusowego. Pierwszy wietrzyk
zmiany dało się odczuć wtedy, gdy pogrążyłem się głęboko w szkolnych
kłopotach... Wpadłem w manię przekraczania ustalonych norm i uchylania się od
podstawowych obowiązków. Na sto możliwych sposobów unikania nauki, ja znałem sto
dziesięć! Sztukę wagarowania opanowałem do perfekcji! Nie zmieniałem swojego
postępowania mimo ostrzeżeń ze strony nauczycieli i wielu uwag dyrektora szkoły.
Wszystkie te ostrzeżenia i uwagi potraktowane zostały z taką powagą, na jaką
zasługiwały, w związku z czym rodzice odebrali mi cotygodniowe kieszonkowe.
Wymierzona mi kara nie przyniosła zamierzonego efektu. W rezultacie przy końcu
jednego roku szkolnego okazało się, że muszę go powtórzyć. Rodzice mieli już
tego wszystkiego dość. To zbyt wiele jak na syna, który miał się kiedyś nimi
opiekować! Nie pojmowali, jak to jeden z synów może być ich chlubą, drugi
utrapieniem.
Po gorącej konfrontacji ze mną rodzice zdecydowali się zabrać mnie do Tony’ego,
by on zdecydował, co dalej robić. Nie miałem z nim zbyt wielkiego kontaktu,
odkąd pojechał do Hiszpanii. Wciąż też pamiętałem jego surowe zasady. Nic więc
dziwnego, że nie spieszyło mi się na to spotkanie.
Tony mieszkał wtedy w de Nobili College, w Poona, około 120 mil od Bombaju,
gdzie studiował teologię w latach 1958 – 1962. Każda minuta kolejowej podróży
przybliżała mnie do piekła. Z samym diabłem miałem się spotkać o godzinie
dwunastej – czas płynął nieubłaganie.
Tony przyjął nas w salonie. Rodzice opowiadali mu o niechlubnych faktach,
wymachując przy tym moim świadectwem i kartkami z wieloma uwagami i skargami ze
strony nauczycieli. Tony słuchał z poważną miną, bardziej poważną niż mina
Papieża Piusa XII z portretu na ścianie. Już wyobrażałem sobie Tony’ego
rzucającego piorunami, żeby mnie ukarać, i siebie, jak na kolanach błagam go o
przebaczenie.
Gdy rodzice zakończyli swą opowieść, Tony powiedział: „Bill, chodźmy się
przejść”. Ze spuszczonymi oczami, pochylonymi barkami i na gumowych nogach
poszedłem za nim do ogrodu. Wiedziałem, że mnie nie uderzy, lecz obawiałem się
jego języka, którym potrafił ranić jeszcze bardziej. Usiedliśmy na ławce, Tony
zapytał mnie, na czym polegał mój problem. Ja oczywiście użyłem łatwego
wytłumaczenia mówiąc mu, że nie potrafię się uczyć w domu, w którym
przeszkadzają mi dwie siostry, pracując i przyjmując przyjaciół zwłaszcza wtedy,
gdy ja zabieram się do nauki! Ostrożnie uniknąłem tematu wagarów, on zaś go nie
podjął. Dodałem, że byłoby lepiej, gdybym poszedł do szkoły z internatem.
Od autorytaryzmu do delikatności (from holy terror to gentle hero)
Tony słuchał mnie uważnie, zaś to, co potem powiedział, kompletnie mnie
zaskoczyło. Zamiast chłostania językiem, na co w swoim przekonaniu zasłużyłem,
Tony położył rękę na moim ramieniu i powiedział, że rozumie, przez co przechodzę
– że życie jest dla mnie trudne. Tak czy inaczej był on głęboko zmartwiony moim
brakiem zainteresowania tym, co miało ogromne znaczenie, jeśli chciałem, by mi
się w życiu powiodło. Ton jego głosu oraz sposób, w jaki podszedł do tej
sytuacji, wzbudził we mnie wiele emocji. Zaszlochałem z ulgi i miłości do tego
człowieka, który tak doskonale mnie rozumiał. Tego dnia Tony stał się moim
BOHATEREM. Po tym spotkaniu, nawiasem mówiąc, zacząłem odnosić bardzo dobre
wyniki na polu sportowym.
Epilog
W miarę jak lata mijały, stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Jako wierzący i
wątpiący stanowili dość dziwny układ, lecz Tony sprawił, że to działało. Łaska
Boża (czy coś w tym rodzaju!) prowadziła go. Będąc braćmi według krwi,
stawaliśmy się także braćmi według ducha. Indyjski poeta, Rabindranath Tagore,
napisał kiedyś:
Bóg z miłości buduje świątynię,
lecz ludzie noszą kamienie.
Myślę, że Tony zrozumiał, iż bez miłości do ludzi nawet wiara i dogmaty są tylko
zwykłymi kamieniami. Do samego końca był lojalny wobec Kościoła i ukochanego
Towarzystwa Jezusowego. Chciał się przyczynić do tego, żeby Kościół katolicki
stawał się rzeczywiście Kościołem POWSZECHNYM – otwartym na wszystkich ludzi:
chrześcijan, niechrześcijan i – jak ja – wątpiących. Tony sprawił, iż
zrozumiałem, że w obszarze całego Bożego królestwa jest też miejsce, oznaczone
szyldem „DLA AGNOSTYKÓW”, w którym mogę doświadczać Bożej miłości. Jest tam
także miejsce dla ludzi wszystkich wyznań, bo każdy jest dzieckiem Boga. Tony
nigdy nie był bardziej szczęśliwy niż wtedy, gdy przebywał wraz z chrześcijanami
i hinduistami, buddystami i muzułmanami, agnostykami i ateistami. Tak, Tony de
Mello był bratem każdego człowieka, a moim w szczególności.
Post scriptum
Ciało Tony’ego przywieziono do Indii. Pochowano je w krypcie starego kościoła w
parafii p.w. św. Piotra w Bandra, dzielnicy Bombaju. Niestety, ku mojemu dużemu
niezadowoleniu, z jego grobu usunięto pamiątkową tablicę. Podejrzewam, że
Tony’ego najmniej to zmartwiło. Usunął się, pozostawiając swe doczesne szczątki
i sławę, na którą został skazany. Ludzie wspominani są ze względu na ich dobre
lub złe czyny. Oto przesłanie z grobów Marka Antoniusza i Juliusza Cezara:
Zło, które ludzie czynią, przeżywa ich, dobro chowane jest wraz z ich kośćmi.
Pamięć po moim bracie jest od tej reguły wyjątkiem, bowiem długo po jego
pogrzebie żyją jego wspaniałe dzieła, jego wielkoduszność, jego współczucie,
jego poczucie humoru, a przede wszystkim jego miłość do innych.
Podziękowanie
Wielu osobom, podążającym za wskazaniami mojego brata, winien jestem
wdzięczność. Wasze zainteresowanie życiem Tony’ego skłoniło mnie do napisania
tej krótkiej biografii. Mam nadzieję, że te fakty z jego osobistego życia pomogą
wam go jeszcze lepiej zrozumieć. Moje szczere podziękowania kieruję także do
Daphne i Dom Gonzalvez. Poświęcili oni wiele swego cennego czasu, pomagając mi
nadać tej biografii odpowiedni ton.
Chronologia
4 sierpnia 1931 urodził się w Santa Cruz, Bombaj, Indie
1 lipca 1947 wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (nowicjat w Vinayalaya, Bombaj)
1952 – 1955 studiował filozofię w Barcelonie, Hiszpania
1958 – 1962 studiował teologię w de Nobili College, Poona, Indie
23 marca 1961 przyjął święcenia kapłańskie w parafii p.w. św. Piotra, Bandra,
Bombaj, Indie
1963 – 1964 studiował psychologię w Chicago, USA (MA degree)
1964 – 1965 prowadził kurs duchowości w Rzymie
2 lutego 1965 złożył uroczyste śluby wieczyste (ostateczne) w Rzymie
1966 – 1967 pełnił posługę przełożonego w Manmad i Shirpur Mission, Indie
1968 – 1972 pełnił posługę rektora w jezuickim nowicjacie Vinayalaya, Bombaj
1972 – 1987 założył Instytut Duchowości i Doradztwa Pastoralnego w de Nobili
College, Poona, Indie – był jego dyrektorem – nazwanym później Instytutem
Sadhana
1 czerwca 1987 umarł w Fordham University, Nowy Jork, USA. Jego ciało zostało
pochowane w krypcie jezuickiego kościoła p.w. św. Piotra w Bandra, Bombaj, Indie
*****
Moja odpowiedź (12 sierpnia 2000 )
Zaledwie miesiąc po tym, jak opublikowałem biografię Tony’ego, zostałem
przytłoczony waszymi listami. Zdawałem sobie sprawę z jego popularności, ale nie
miałem pojęcia, jak wiele osób czerpie z owoców jego pracy. Opiekun mojej strony
internetowej powiedział, że odwiedzili ją goście aż z 43. krajów. Jakże cudownie
jest mieć świadomość, że dzieło Tony’ego ceni cały świat! Jakaż to satysfakcja
wiedzieć, że jego marzenie, by pomagać innym, wciąż się spełnia!
Otrzymałem setki podziękowań, gratulacji, wyrazów poparcia i konstruktywnej
krytyki w związku z przedstawieniem innym ludziom moich osobistych doświadczeń.
Wierzcie mi, proszę, że fakt ten sprawił mi ogromną przyjemność. Czytanie tak
wielu wiadomości było dla mnie cennym duchowym doświadczeniem. Otrzymałem
więcej, niż dałem.
Muszę przyznać, że nigdy nie byłem gorliwym czytelnikiem książek mojego brata. A
jednak ostatnio codziennie rozważam przesłanie Minuty mądrości i odbywam szóstą
już „podróż” do jego Przebudzenia. Czytając tę książkę po raz szósty odkrywam
rzeczy, których nie zauważyłem do tej pory. Dlaczego wcześniej nie czytałem jego
książek? Być może dlatego, że byłem przekonany o jego nieustannej obecności przy
mnie, o jego pozytywnym oddziaływaniu na mnie bez najmniejszego wkładu z mojej
strony, o jego duchowej pomocy, świadczonej mi zawsze, gdy byłem w potrzebie.
Wielu z was poprosiło o więcej informacji na temat Tony’ego. Jest prawie
niemożliwe odpowiedzieć każdemu z was indywidualnie. Nigdy nie miałbym tyle
czasu i energii, żeby sobie poradzić z taką korespondencją. W najlepszym razie
postaram się zrelacjonować moje wspomnienia minionych wydarzeń, które z kolei
mogą odpowiedzieć na wasze pytania.
W przeciwieństwie do Tony’go nie posiadam odpowiednich kwalifikacji, by
prowadzić innych, czy doradzać im. Po prostu zwyczajnie poszukuję prawdy i – jak
wielu innych – staram się „przebudzić”. Wybiorę więc najczęściej stawiane
pytania i spróbuję uczciwie i dokładnie na nie odpowiedzieć, sięgając do mojej
pamięci. Na kilka z nich nie odpowiem, a to z dwóch powodów: albo dlatego, że
nie znam na nie odpowiedzi; albo też dlatego, że na niektóre lepiej nie
odpowiadać. Sformułowanie tych odpowiedzi może trochę potrwać. W międzyczasie
możecie zajrzeć do wspomnień o Tonym, zanotowanych przez 37 innych osób. Zostały
one opublikowane w książce Słysząc śpiew ptaka (Kraków, WAM, 1999, wydanie
oryginalne: We Heard the Bird Sing by Aurel Brys SJ and Joseph Pulickal SJ,
published by Gujarat Sahitya Prakash, PO Box 70, Anand 388001, India, email:
mailto:gsp@satyam.net.in?subject=We Heard the Bird Sing).
Ostatni zachód słońca
Tony śmiał się wtedy. Trwał w pokoju ze światem, zaś ja byłem w stanie wojny – z
moim aparatem. Siedział odwrócony, ciesząc się zachodem słońca; uśmiechał się
patrząc, jak gorączkowo regulowałem ostrość obrazu. „Bill, Bill, po prostu
patrz, jak Bóg maluje dzieło sztuki”, beształ mnie delikatnie, aż spojrzałem
przez wizjer aparatu. Czy mogłem wtedy wiedzieć, że był to ostatni zachód
słońca, który wspólnie oglądaliśmy? Porzuciłbym pewnie aparat, by w milczeniu
podziwiać na niebie pracę Wielkiego Artysty. Było to w sierpniu 1986, rok przed
jego śmiercią.
Wraz z siostrą Grace odwiedzałem Tony’ego w weekendy w Instytucie Sadhana w
Lonavla. Były to dla mnie słodko-gorzkie chwile: słodkie – ponieważ mogłem
spędzić trochę czasu z Tonym, i gorzkie – ponieważ zmarł nasz tato i ja
przejąłem jego sprawy. Półgodzinny spacer wystarcza, by przez porośnięty
krzewami teren dojść z Instytutu Sadhana do jeziora, które za nim się znajduje.
Właśnie spacerowaliśmy tam w trójkę, gawędząc radośnie, jak na rodzeństwo
przystało. Przyleciałem z Australii i jak turysta bawiłem się moim dobrym
aparatem. Gdy zauważyłem piękny zachód słońca, zapomniałem o Tonym i Grace,
myśląc o aparacie i prędkościach przesłony. To były te gorączkowe ruchy, które
Tony’ego wprawiły w zdziwienie.
Pytanie czytelników
Wielu czytelników biografii Tony’ego zadaje pytanie: „Skąd czerpał natchnienie?”
Głównym źródłem jego inspiracji był Bóg, odnajdywany w milczeniu. Tony kochał
spacery nad jeziorem w Lonavla. Był to dla niego najlepszy sposób, by odpocząć.
Wtedy to Bóg wyprowadzał go „na spokojne wody”. W swoich książkach Tony często
mówi o spotkaniu z Bogiem w milczeniu. W tym miejscu doświadczał Go w ciszy.
Tony wspomina to szczególne schronienie, które odnajdywał na brzegu jeziora, w
książce Przebudzenie.
Tego wieczoru, podczas spaceru o zachodzie słońca, zrobiłem Tony’emu zdjęcie.
Był wtedy w postrzępionej koszuli, workowatych spodniach i lichych tenisówkach.
Tony nigdy nie niósł zbędnego bagażu, ani na ciele, ani w umyśle. Przy takim
stylu życia, jaki prowadził, ubrania były zbędnym bagażem – brał więc to, co
akurat miał pod ręką. Gdy chodzi o świat ducha, Tony był dokładnie taki sam –
żadnego zbędnego bagażu. Podążaj ku światłu. Bądź skupiony. Bądź w kontakcie z
rzeczywistością.
Odpowiedź na zarzuty
Niektórzy z was z szacunkiem przypomnieli mi o oficjalnej wypowiedzi Watykanu na
temat spuścizny Tony’ego i poprosili mnie o wypowiedź. To bardzo smutne, że
pozostali członkowie rodziny de Mello musieli czytać słowa krytyki, skierowane
przez Watykan pod adresem swego brata. Historia jednak uczy nas, że prorocy i
święci często bywali nie- lub źle zrozumiani przez ludzi im współczesnych.
Przemyślałem tę krytykę. Swoją odpowiedź zawarłem w trzech punktach:
1. Wszystkie książki Tony’ego były sprawdzane, zanim zostały opublikowane.
Posiadały Imprimi Potest (pozwolenie na druk) ze strony jezuickiego prowincjała
oraz Imprimatur (zachęta do druku) od lokalnego biskupa. „Gdy biskup Kościoła
katolickiego udziela swego Imprimatur na druk książki, to tym samym zapewnia jej
czytelników, że nie ma w niej czegoś, co mogłoby się sprzeciwiać katolickiej
wierze lub moralności. Nie jest łatwo uzyskać dla książki Imprimatur. Podlega
ona wcześniej wnikliwej ocenie” (St Anthony Messenger Press).
2. Spotkałem się z oddźwiękiem ze strony ludzi wyznających różne idee i religie.
Buddyści, hinduiści, żydzi, muzułmanie, czy agnostycy – wszyscy mieli wyłącznie
pozytywne przekonanie o słowach i działaniach Tony’ego. Na duchu podnosi mnie
szczególnie reakcja na biografię brata. Dowodzi to, że bez względu na to, co
sugeruje skierowana ku niemu krytyka, jego marzenie jednoczenia ludzi wciąż się
spełnia.
3. Wszelkie wątpliwości rozwiewa wreszcie dedykacja, otwierająca Śpiew ptaka:
Książka ta została napisana dla ludzi o różnych przekonaniach religijnych i
niereligijnych. Nie mogę jednak ukrywać przed moimi Czytelnikami, że jestem
kapłanem w Kościele katolickim. Wszedłem z całą świadomością w tradycje
mistyczne niechrześcijańskie lub nawet niereligijne – wpłynęły one na mnie i
głęboko mnie wzbogaciły. Mimo to zawsze wracałem do mojego Kościoła, który jest
moim duchowym domem; chociaż zdaję sobie sprawę (czasem z zawstydzeniem) z jego
ograniczeń i ujawniającej się niekiedy małości, równocześnie jestem świadomy, że
to właśnie on mnie uformował, ukształtował i uczynił ze mnie to, czym dzisiaj
jestem. Dlatego też właśnie jemu jako mojej Matce i Nauczycielowi pragnę z
miłością poświęcić tę książkę.
Czy można znaleźć jaśniejsze oświadczenie na temat intencji i odniesień Tony’ego?
Jakże bardzo szkoda, że niektórzy oficjałowie Kościoła katolickiego nie
rozpoznali w nim oddanego syna, który w imię Chrystusa próbował jednoczyć ludzi
różnych wyznań, pozostając posłusznym i lojalnym wobec Kościoła, swej jedynej
miłości!
Post scriptum
Niech mi będzie wolno zaproponować lekturę Śpiewu ptaka (wydanie polskie:
Warszawa, Verbinum, 1994), jeśli tego jeszcze nie zrobiliście. Książka jest
dostępna pod wyżej wspomnianym adresem (gsp@satyam.net.in). Przedstawcie swą
opinię o tej i innych jego książkach.