Strona główna SMN

Sny Weroniki

Weronika o sobie

Wiersze Weroniki
Wiersze Weroniki 2
Wiersze Weroniki 3

  Sny

Romeo i Julia...
Sen wierszem
Poznać Prawdę
Sen z przeszłości o
   przyszłości

Odwrócenie do góry nogami

  Powieść

Czy on to przeżył (doc)

 

SM

Sen Weroniki

Autor - Weronika

„Romeo i Julia, ich tragedia i miłość”


Niebo pociemniało. Ciężkie chmury wypełniły każdy skrawek nieba. Julia stała pod ścianą bloku i czekała na autobus do domu. Tuż koło niej stanął młody mężczyzna.
- Ale leje. W taką pogodę to tylko do kina.
Lecz Julia milczała. Była młoda, miała zaledwie piętnaście lat i nie za bardzo widziała co odpowiedzieć.
- Autobus nie prędko przyjedzie. Stoi o tam nawalony.
- Co? Mój autobus. Skąd Pan wie, ze akurat to ten na który ja czekam.
- Bo ja też nim jeżdżę.
- Co Pan? Nigdy Pana nie widziałam.
- No bo nigdy nie patrzysz na ludzi, tylko sobie pod nogi, jak byś bała się ludzi.
Julia się bardzo speszyła. Spojrzała na mężczyznę ze strachem w oczach. Czy ma prawo do niego się odzywać, czy jest to jej teraz potrzebne? Przecież tato tyle razy jej mówił, żeby nie zawierała znajomości pochopnie.
Zanim przyjedzie następny autobus minie dwie godziny.
- Może pójdziesz ze mną na herbatę do tej kawiarni?
Wskazał lokal ręką. Była to kawiarnia tuż za drogą. Julia znów spojrzała i powiedziała.
- Przecież Pana nie znam. A na herbatę mogę pójść sama. Po co mi towarzystwo Pana.
- To może się poznamy. Roman jestem.
Wyciągnął rękę w stronę Julii. Deszcz coraz mocniej zaczął padać.
- Przemokniemy do suchej nitki. Proszę iść stąd do tej kawiarni, to Pan nie zmoknie.
- Jest ciepło to mi nie zaszkodzi, a tobie może by było przykro tak samej stać.
Roman dalej nawijał makaron na uszy. Wyjął papierosy i zapalił.
- A może i ty zapalisz?
I wyciągnął rękę z papierosami do Julii.
- Nie powinien Pan nikogo namawiać do palenia papierosów. Wystarczy że sam Pan zatruwa powietrze.
- Co ty? Ono jest już tak zatrute, że jeden papieros nic nie zmieni w jego składzie.
Julia była tak bardzo spięta, że już miała ruszyć przed siebie, lecz w tej chwili warkot nadjeżdżającego autobusu bardzo ją ucieszył. Wsiadła i kasując bilet natknęła się na ręce Romana.
- O przepraszam, Pani ma pierwszeństwo.
Julia stanęła pod oknem i nic nie mówiąc rozmyślała – jak ten chłop się do niej dziś przykleił.
Była tym faktem zaskoczona, nikt nigdy przedtem jej nie zaczepiał. Wszyscy od dziecka ją omijali, nawet nie ma kolegów ani koleżanek. Zresztą, nigdy jej nie było wolno się z kimś zaprzyjaźnić.
A w domu tylko mama i tato, książki, lekcje. Nawet nie wolno filmów jej oglądać dla dorosłych.
A ona czuje się już dorosła a nie jak dziecko.
Ten incydent dał dużo Julii do myślenia. Może się już podobam chłopakom, ale się boją mojego starego? On jest zdolny do wszystkiego. A forsy ma jak lodu. I dlatego każdy ode mnie z daleka.
Wsiadając do autobusu pierwsza spojrzała na Romana i powiedziała Do widzenia.
Był przystojny. Te mokre włosy tyle dodają mu uroku. Julii nogi się ugięły.
Może to zauroczenie? Coś Julii w tym chłopie bardzo się spodobało.
Szła nie myśląc o padającym deszczu, ale właśnie o nim. Kto to jest? Ciągle to pytanie kręciło się jej w głowie. Aby tylko się nie wygadała w domu mamie. Zapomniała na śmierć co miała przekazać od babci – mamy taty. A dziś właśnie od niej wraca. Była tam dwa dni. Co babcia chciała? Nie mogła sobie przypomnieć. Julia była bardzo rozkojarzona, a zarazem oszołomiona. Coś się w niej samej dziś obudziło. Zaczęła myśleć inaczej, i patrzeć na ludzi. Nie tak jak do tego czasu.
Zbliżała się do domu. Wcale się do niego nie spieszyła. Deszcz padał ale jej to nie przeszkadzało. Spojrzała przez ogrodzenie na balkon obwieszony kwiatami. Jej mama bardzo lubi kwiaty. Ciągle coś sadzi i sieje. I przypomniała sobie piosenkę i zaczęła nucić, nawet nie myślała, że sobie przypomni słowa.
A zaczęła od słów: „Mama stała na balkonie, drogą tato maszerował, stanął pod balkonem”.
- No i co?
Ktoś zadał Julii pytanie. Jak błyskawica, która w oddali na niebie błyska, tak i w Julii strach przeszył serce. Co będzie teraz? Nigdy przedtem nie śpiewała, a ma w domu fortepian i skrzypce, bo chociaż była muzykalna ale nie chciała grać, ani śpiewać.
Spojrzała na ojca, który na twarzy miał zły grymas, zna to już od dawna. Była cała objęta strachem.
- O co tato pyta?
- A co zapomniałaś już, ze śpiewałaś?
- Bo w autobusie grało radio, a ja skojarzyłam sobie z naszym balkonem i dlatego coś mnie naszło.
Ojciec spojrzał.
- A może to miasto cię tak zmieniło? Lubisz jeździć do babci, a tam luz, może kino i coś jeszcze.
Julia zamknęła bramkę i ruszyła szybciej do domu.
Ale przemokła. A gdzie parasolka? W domu została.
- A co babcia robi?
- Nic. Czyta jakąś książkę.
- A oczy ją nie bolą?
- Chyba nie.
Julia weszła i zdjęła kurtkę.
- Aleś zmokła.


Mama wyszła z pokoju zapłakana.
- Idź się przebierz, bo możesz zachorować.
Pokornie poszła do swojego pokoju na piętrze po schodach. Widać było jej mokre ślady na wylakierowanej podłodze. Przebrała się szybko w suchy dres, wysuszyła włosy stojąc przed lustrem. Patrzyła na siebie samą. Czy już jestem dorosła? Mam okres, ale dlaczego rodzice wciąż mają mnie za gówniarę, co nic nie wie i nic nie czuje. Chcą bym tylko się uczyła, jadła grzecznie i spała kiedy oni oglądają filmy dla dorosłych. To już za wiele. Dziś im powiem, że dłużej tak nie może być. Ja też mam jakieś prawa.
Pełna nowych w sobie emocji ruszyła na dół schodami.
- Gdzie masz kapcie?!
Ojciec wrzasnął zza uchylonych drzwi kuchni.
- Co to! Tyle razy mówi się, a ty co małe dziecko! Trzeba ci włożyć na nóżki, bo sama nie możesz!
- Tego za wiele, do czego to podobne, byś się mnie czepiał o byle co. Mogę chodzić jak tylko zechcę. Koniec z tymi zakazami i nakazami. Tego nie, tamtego jeszcze nie i tak w koło. Co to ja jestem do cholery ciągle mała dziewczynka? Co nie widzisz, że już urosłam? Może trzeba ci nosić okulary, bo niedowidzisz.
Mama milczała. A ojciec był wzburzony, aż szczęka mu chodziła, zgrzytanie zębów było słychać. Ale milczał, lecz nie długo. Podszedł do Julii, złapał ją za włosy i przyciągnął do siebie.
- Może jesteś już dorosła, więc cię potraktuję jak dorosłą.
I zakręcił z całej siły włosy w ręce do bólu. Julia aż uklękła na kolana.
- Puść, puść to boli.
Łzy się jej polały z oczu. Nigdy dotąd nie czuła nic podobnego. Nogą uderzył ją w brzuch i puścił włosy. Julia znalazła się pod stołem. Tyle w niej bólu, ale jeszcze więcej złości. Wstała szybko, chwyciła deskę do krojenia mięsa i z całej siły szpulnęła nią w jego stronę. Trafiła prosto w środek pleców. Padł na twarz na posadzkę.
Mama ruszyła w jego stronę, odwróciła go. Z nosa leciała mu krew, był wyprężony, obie nogi sztywne, drżały i ręce.
- Dzwoń na pogotowie.
Julia nie wiedziała ze strachu jaki numer ma wykręcić. Choć czuła w sobie ból, a w ustach miała posmak krwi, to o sobie teraz nie myślała, że może coś się i jej stać.
Ojciec dalej był sztywny i twarz miał wypiętą, coś chciał krzyczeć, ale nie mógł nic wykrztusić.
Pogotowie na sygnale było szybko. Julia skulona siedziała na schodach. Coś ją paliło w brzuchu i stwardniał jej brzuch aż kuło, jak by miało coś w nie wybuchnąć. I na tym urwał się jej film.
Doszła do siebie na stole w szpitalu. Była przy niej mama i babcia.
- Co z tatą?
- A co z tobą? Nie pytasz?
Mama trzymała ją za rękę.
- Nic nie czuję, chociaż mnie tu bardzo piekło.
Jakie było Julii zaskoczenie, że ma brzuch cały zalepiony. Odkryła, że chyba była krojona.
- Co mi jest mamo?
- No masz szczęście, że pogotowie było prędko, bo byś już nie żyła.
- A co się stało?
- Miałaś krwotok wewnętrzny od uderzenia.
- A co jemu? Był taki sztywny.
- On też ma szczęście, że go nie trafiłaś trochę wyżej, bo by nigdy już może nie chodził. A tak ma kręgosłup uszkodzony, ale będzie czuł. Na razie leży, bo ty byłaś pierwsza operowana. Babcia dała ci krew, bo ma taką jak ty grupę krwi.
- A to się narobiło. Co on dziś taki był zły i ty też mamo płakałaś.
- Tak, mnie też dziś pobił. Całe plecy mam sine.
- Dlaczego mamo tak się dzieje? Jestem jedna, a nigdy mnie nie pochwalił, może mnie nienawidzi że jestem.
- Od dziś wszystko się zmieni. Dałam już na rozwód i zostaniemy same, bez niego. On wraca do siebie.
Babcia milczała, ale teraz nie wytrzymała.
- Dlaczego tak długo dawałaś mu za wygraną? Bo miał pieniądze? A nie było ważne szczęście twoje i dziecka? Mogłaś wrócić do Romana, czeka do dziś i może było by lepiej. A tak, co teraz? Co zrobisz? Ona do szkoły, a ty co będziesz robić? Gdzie ciebie przyjmą do pracy? Chyba w sklepie będziesz sprzedawać.
Babcia, widać było, że zła i na mamę i na ojca.
- Mogłaś chociaż skończyć szkołę, to była bym spokojna o wasz los.
- Mamo wróć do domu, to jest twój dom, jesteś nam bardzo potrzebna.
Mama prosi babcię o powrót. Julia pamięta jak babcia odeszła paręnaście lat temu z płaczem do bloku pegeerowskiego. Zbyt często do niej nie chodziła, wolała babcię w mieście. Tamta miała forsę i wszystko jej kupowała. A ta babcia ma małą rentę i nigdy jej nie dała ani grosza.
Julia nie wiedziała, że ich dom, to dom babci. Bo i skąd miała wiedzieć, w domu nikt o tym nie mówił. A ojciec mamie zakazał chodzić do matki na bloki. Bo to jest dla niego wielki obciach.
Nieraz słyszała jak się kłócili ze sobą, ale nic z tego nie rozumiała.
- Nie, ja nie mogę do ciebie wrócić, bo wiele zła w nim się natworzyło. Zapomniałaś jak poroniłaś synka? I co zostawiłaś go? Nie. A jak cię zawiózł na skrobankę? Nie. To i teraz nie odejdziesz.
- Mamo, tych skrobanek było pięć jeszcze. Ale teraz koniec, rozwiodę się i będę sama. Już nikt mnie nie będzie poniewierał.
- To może coś z tobą się stanie na lepsze. Jak tak mówisz, to wrócę, a to w bloku wynajmę. A po wakacjach obie do szkoły.
- Właśnie tak zrobię mamo.
Obie się objęły i przepraszały. Lecz ta euforia nie długo trwała, bo do sali wpadła babcia – mama ojca.
- Co mu zrobiłaś!?
Wrzasnęła do mamy.
- Ja?
- A kto?
- To Julia.
- Ona? Nie kłam. Na dziecko zwalasz winę. Ty, ty.
Była czerwona i zapłakana.


- On teraz może nie chodzić, nic nie czuje, nie może mówić.
- Tak? Bo o czym ma mówić. O mało nie zabił Julii, ledwie ją uratowali, żeby nie mama, bo ma taką samą grupę krwi, to nie wiem co by było teraz z Julią. Chyba by nie żyła, jak mój synek co go zabił.
- Co ty bredzisz i takie rzeczy gadasz przy dziecku. Jaki synek?
- A co nie przyznał się mamie, że mnie pobił, a byłam w szóstym miesiącu ciąży, no i urodził się martwy. Nawet go nie pochował, bo po co, to jeszcze nie dziecko. To bandyta a nie mąż i ojciec dzieciom. Tyle ich zniszczył, bo on chciał mieć tylko jedno. Po co rozdrabniać majątek, a prawie wszystko co mamy, to po moich rodzicach. Bo on sam to nic nie potrafi, tylko siła i strach w nim siedzi.
Kobieta była czerwona, ale nagle zbladła jak papier, jak by ktoś z niej wypuścił krew.
- To co mówisz, to prawda?
- A co? Mama myśli, że kłamię? Tak mnie mama zna z opowiadań Marka? Tak, to jest prawda. Jestem cała w sińcach, bo on nie lubi jak się mu ktoś sprzeciwia. Ale teraz to wziął się i za Julkę i widzisz co zrobił? On pierwszy zaczął a ona w obronie w obronie swojej tak mu zrobiła. Mogłam ja też się mu postawić, ale zawsze bałam się o nią, że coś jej zrobi jak mnie nie będzie. Bo on do wszystkiego jest zdolny, nieraz widziałam jak ją obmacuje. I to mnie przy nim trzymało i cierpiałam mu wszystko co robił. A wie mama, że teraz dałam na rozwód, bo już nie mogę dłużej cierpieć. A Julka jest już teraz taka duża, że mnie rozumie.
- Mamo, ja już dawno ci mówiłam byśmy od niego odeszły, bo ten płacz twój mnie dobijał i jego bicie i krzyki. A ty nadal przy nim trwałaś.
- Bo się bałam i o ciebie. On by nam nie dał żyć nigdzie. A teraz proszę Boga, by nie chodził, to dla niego była by kara do końca życia.
- Co ty kobieto mówisz? Sama chyba w to nie wierzysz. Żeby nie chodził? I jeszcze go zostawisz. Co z ciebie za żona?
- A jaki on mąż i ojciec? Niech zdycha sam, albo ty go weźmiesz do siebie z powrotem.
- A podział majątku też zrobisz?!
Kobieta była rozzłoszczona do granic. Do sali wszedł lekarz i siostra.
- Proszę wyjść. Tylko mama może zostać.
Obie babki wyszły i ruszyły w stronę wyjścia.
- No i co teraz?
Zagadnęła Katarzyna, mama Marka.
- Ja nic tobie nie odpowiem, bo on tylko jak się ożenił, to trzeba było go wygnać. Tyle zrobił zła. Mnie wygnał z własnego domu. A cały majątek był zapisany na Zosię. Wtedy ty się tym wcale nie interesowałaś. To teraz zobaczyłaś co twój syn potrafi. Bo my go do domu nie zabierzemy.
- Co? Przecież to jego dom.
- Tak? A kto go budował. On, czy my?
- Ale on się ożenił za to z Zosią. A była w ciąży. I czy z nim?
- Mnie aż coś ściska za te pomówienia. Strzeliła bym cię w ten głupi łeb. Bo gdyby to było kogoś innego, to bym nawet nie pozwoliła mu wejść na swoje podwórko. A tak tyle lat czekałam, no i się doczekałam. Jest młoda, pójdzie jeszcze do szkoły i skończy. A może i na studia.
- Co? Ona jest taka nierozgarnięta, nie da rady.
- A twój synek, to on wszechwiedzący, ledwie technikum skończył. I gdyby nie mój mąż, to by go tu nie przyjęli. No i się doczekał. W reszcie czuję w sobie zadowolenie.
- Czekaj, czekaj. My tego tak wam nie zostawimy. Piętnaście lat życia Marka nie pójdzie na marne. Chociaż teraz zwolniony, ale ja mu pomogę. Tak nie skończy się ta sprawa. Ktoś będzie płacił odszkodowanie.
- I ty mnie straszysz. Co z ciebie za babsztyl?
Stały i się przemawiały. Gdy przyszła do nich Zosia wzięła swoją mamę za rękę i poszły do autobusu, a Katarzyna została. Nawet nie powiedziały jej Do widzenia. Rozgoryczona kobieta kręciła się wokoło. Nie bardzo wiedziała co może ze sobą zrobić. Wróciła do szpitala. Akurat przywieźli Julię z jakiegoś badania i chciała wejść do sali. Ale lekarz nie pozwolił, więc poszła do sali syna. Leżał dalej, drżały mu nogi i ręce. Zapytała.
- Coś cię boli synku?
A on z wysiłkiem wykrztusił.
- Idź stąd. Nie chcę cię znać. To twoja sprawka. To ty do tego doprowadziłaś i piętnaście lat moje poszło na marne. Co mi zostało z tego? Chyba wózek inwalidzki mnie czeka, ty zachłanna babo. Nawet nie czuję do ciebie, że jesteś moją matką. Tyle mi wyrządziłaś zła tym małżeństwem. Kochałem Krysię i tylko z nią mogłem być szczęśliwy, ciągle o niej myślę. Nawet teraz chciałbym, by była ze mną, ale to ty wszystko obmyśliłaś, miałaś plan na biznes. I co z tego? Czy ja mam dziś coś? Ani pracy, ani domu, ani żony. Nie wspominam nic o dziecku, bo ono nie moje. To właśnie ty wszystko zrobiłaś. Jesteś z siebie Dumna? Bo ja nie. Powiedz mi co z Julką? Co jej się stało?
- A po co ją kopnąłeś w brzuch i teraz będziesz za to płacił. Bo ona nie.
- A co mi się stało, czy wiesz?
- Mówił lekarz, ze zostałeś uderzony w sam środek kręgosłupa deską do krojenia.
- Ale wcelowała. Lepiej by nożem rzuciła franca.
- To Julka cię urządziła. Ale za to ty jej zabrałeś wiele zdrowia, bo jest po operacji i to w samą porę, bo by umarła. A ty do ciupy byś poszedł. Ale, co dziś się o tobie dowiedziałam, to wcale i ja nie czuję, że chcę takiego syna. Tyś swojego zabił malutkiego, a wiele z nich kazałeś usunąć. Nie chciałeś mieć swojego dziecka ani jednego. Co z ciebie za bestia?
- Nie chciałem, by tak nie cierpiały jak ja. Więc wolałem zapłacić i chwila potem już po nich. To dawało mi spokój.
- Ale czy ona była spokojna? Dostanie rozwód i koniec. Co będziesz robił, gdzie pójdziesz? Chyba do starej na bloki.
- Co, co? Ja do starej. Nigdy. Dom pójdzie do podziału i coś sobie kupię.
- Tak? A był na ciebie przepisany?
- Nie. Ale ona jest moją żoną.
- No i błąd. Bo dom stoi na starą do dziś i forsa w banku też na nią. Zośka tylko jest upoważniona do tego banku. Jej większej sumy nie wypłacą. Widzisz, jaki ty mądry, pozbyłeś się tylko swoich dzieci.
- Mogłem wsadzić ją do czubków i to planowałem. Ale czasu mi brakło.
- Teraz załatw sobie żółte papiery, bo cię czeka więzienie za Julkę. Jak jej ojciec się dowie co zrobiłeś, to nie chciała bym być w twojej skórze.
Marek był bardzo zmęczony. Kroplówka się skończyła, a ciało dalej drżało.
- Chcę spać. Idź i dowiedz się od lekarza co mi jest. Jak mam nie chodzić, to nawet niech mnie nie leczą, bo na darmo. Ja nie chcę żyć dalej. Wszystkie moje plany dały w łeb. No idź.
Katarzyna wyszła i zobaczyła lekarza wychodzącego z dyżurki.
- Panie doktorze, co z moim synem? Co mu jest? Czy będzie chodził?
- Może będzie, a może nie. To jak ruletka, wygrasz albo nie.
- Co Pan żarty sobie stroi? Jak trzeba pieniędzy, to ja zapłacę.
- Za pieniądze można wszystko, ale tego co się stało, to nie kupi Pani. Trzeba czekać.


- A może do kliniki.
- Może Pani wszystko, a i tak trzeba czekać i jeszcze czekać.
- Ale on bardzo cierpi, tak się trzęsie.
- No, ale nie czuje, bo ma blokadę. To nerwy. Czy Pani rozumie, że ma uszkodzony kręgosłup? Trzeba leżeć i spokój, na razie tyle dla niego można zrobić.
- A co u Julii?
- No znów była otwierana, bo jedno naczynie puściło. Jest źle, ale mamy nadzieję, że do rana będzie lepiej.
I poszedł. Nawet nie zauważyła, że już noc. Poszła do domu, lecz spać chyba dziś nie będzie.
A w domu Zosi wielkie rozmowy ze znajomymi. Naszło się ich do domu tyle, że nie ma gdzie usiąść. Tyle lat nikt ze znajomych Zosi nie przychodził, każdy omijał dom ten jak by tu panowała zaraza. A Marek obsadził dookoła żywopłot gęsto, że nic nie widać od strony drogi, tylko balkon, żeby nie było widać Zosi posiniaczonej. A do sklepu sama nigdy nie chodziła. On sam robił zakupy. Jedynie do banku, jak trzeba było, ją zawoził. Ludzie nieraz mówili - trzyma ją pod kluczem, boi się by go nie zostawiła. Z tamtym miała by lepiej.
Maria, matka Zosi śpi dziś w swoim domu. W jej pokoju nic się nie zmieniło, wszystko jak zostawiła, tak stoi, tylko kwiatki urosły. Fikus zajął cały kąt. Była zaskoczona tym widokiem, ale i zadowolona. Przez te lata ciągle myślała co tu rośnie i kto śpi, bo tam w bloku nie była szczęśliwa. Tu ma wszystkie swoje pamiątki i zdjęcia, książki męża i jego ubrania. Tu wszystko jej przypomina jego twarz i słowa. To on Zosię ożenił z Markiem. Jego matka była księgową. Ona mu tak doradziła, żeby ich pożenić. Może była jego kochanką?
Dziś Maria myśli o tym spokojnie, ale i wtedy też nie miała nic do gadania, była szarą gęsią zza Buga - Żeby nie złoto z Rosji, to i on może by się ze mną nie ożenił. Ale ja nie miałam nikogo i jego kochałam. Był dla mnie wszystkim. A dzieci nie mogłam więcej urodzić, bo coś się zepsuło we mnie przy pierwszym porodzie - Myśli, aż coś ją ściska w piersiach. To były czasy, aż strach wspomnieć. Wiele słyszała, że nie urodzi mu syna, a bardzo chciał – Zresztą, co to dziś mi pomoże. Pomodliła się pierwszy raz na różańcu po mamie. Wspomnienia o niej też ma nie miłe. Trzymała stronę jej męża. I po lekarzach ją woziła, po znachorach, bo komu ten majątek ma być przeznaczony. Ona chciała wnuka w końcu.
Maria miała rodzeństwo. Nie bardzo ich pamięta, ale było czterech braci starszych od niej i dwóch młodszych. Za Bugiem byli na własnym gospodarstwie. Ojciec Marii był z bogatej rodziny , Kniazie. Nieraz matka opowiadała, że chłopi u nich pracowali. Maria sobie przypomina jak przez mgłę ojca. Zawsze chodził ubrany w mundur, może był wojskowym? No, a bracia po szkołach się uczyły. A gdy nadeszła wojna, starsi poszli na wojnę z ojcem. A my, w czwórkę zostali sami.
Wszyscy rozkradli majątek, nawet nie było sądów ani złodziei złapanych.
Kobieta z dziećmi była wtedy bezbronna. Jedną krowę, to mama trzymała w domu, bo w stajni, to by ktoś poszedł w nocy i wziął. To były czasy.
Złoto zakopała, żeby nikt nie znał miejsca. A wszystkim mówiła, że ojciec wziął na wojsko.
Co niektórzy chcieli pożyczyć, ale ona nie wyjmowała z tego ukrycia, aż do końca wojny.
Jeden mały brat - ugryzła go jakaś żmija – umarł. Drugi był chory na koklusz i też umarł.
A potem my zostaliśmy wysiedleni tu na odzyskane ziemie.
Nie wiem jak mama to złoto tu przywiozła. Nigdy nikomu nie mówiła. Część wydała na szukanie mego ojca i braci, a część schowała.
Maria, leżąc w łóżku, ciągle jak film w swojej głowie wszystko na nowo odtwarzała. Dziś chyba nie zaśnie. Jest za bardzo rozgoryczona na całe życie.
Przypomniała sobie kołchoz, jak to jej mama w nim rządziła. Chciała tak, jak u siebie za Bugiem „Kniazina”. Maria jeszcze pamięta jak inni na nią patrzyli i obrażali.
No i znalazła jej męża sama, ona nic nie miała do powiedzenia. Był starszy, wielki dyrektor. Chodził jak by cały świat należał do niego. A ona zaledwie szesnaście lat, nie czuła nic tylko strach, Co będzie? Jak sobie poradzi? A mama – masz szczęście, ze nie będziesz krów doić, tylko będziesz Panią dyrektorową. Ale, kim byłam? Dziś czuje gorycz łez w gardle. Bo gdy przychodził pijany, to jeszcze z matką poprawiał, a potem zaczynało się dla Marii piekło. Robił jak chciał i co chciał.
Nie miała prawa sprzeciwu. Jeszcze dziś czuje jego ogromne grube ciało, śmierdzące od potu i wódki. Nic z nim nie użyłam, ale chociaż mnie nie bił. Miałam nowy dom i córkę jedną. Ale byłam chociaż z nią szczęśliwa i szczęścia chciałam dla niej w przyszłości.


Nikt nie wie na co trafi.
A moja Zosia to trafiła na przystojnego chłopca. Uczył się dobrze, poszedł do wojska.
A na stażu był Marek. Stąd ni zowąd – powiedziała – że chyba jest w ciąży z Romkiem. A on w wojsku, aż koło Szczecina. I co powie jak się dowie. Jego mama biedna, doi krowy w pegeerze.
Powiedziałam mężowi, a on za trzy tygodnie wydał ją za Marka.
Mąż myślał, że wszystko będzie dobrze. Wydał majątek by było dobrze. Ale Marek to obibok, pracy się nie trzymał. A był tylko tu dlatego, że jego matka była księgową i oboje ich pożenili.
Dziecko się urodziło. Mąż zapisał konto w banku na Zosię, ja byłam upoważniona.
Marek szalał, chociaż do końca nie znał prawdy, bo nikt nie chciał mu udzielić żadnej informacji.
Maria dziś myśli, że on i tak do końca nie wie, czy on jest ojcem, czy Romek?
Gdyby Zosię wyeliminował z życia, to by się dobrał do konta. A tak musiał żebrać.
Marii przypomniała się jej własna skrytka w szafie – nikt może jej nie odkrył, a ma w niej schowane złoto po mamie. Nigdy go nie ruszała, nawet jak szła na bloki. Trzymała na czarną godzinę. Jej matka pod koniec życia dała i kazała trzymać – może ktoś z braci wróci ze świata, bo nic nie dostała z wojska o ich zaginięciu ani, że nie żyją.
Wstała i wybrała z półki pościel na fotel a potem drugą półkę opróżniła. Listewkę przycisnęła, podważyła do góry i wyjęła ściankę. A tam na gwoździkach wisiały łańcuszki i złote obrączki – jeden obok drugiego.
Dobrze, że Marek nie wyrzucił jej mebli z tego pokoju, bo by się zorientował. A może by się samo otworzyło przy przenoszeniu? Była chociaż z tego zadowolona.
Były tam też jakieś papiery i zdjęcia. Lecz była tak już zmęczona, że zasnęła.
Marię obudziła rano Zosia.
- Mamo wstawaj. Chyba całą noc oglądałaś swoje rzeczy, bo słyszałam jak chodzisz.
- No właśnie, bo widzisz córka, ja tu mam na czarną godzinę coś ze złota po moich rodzicach. Miało to być dla moich braci, gdyby się znaleźli.
- Co ty mówisz mamo? To ogrom bogactwa, dobrze, że Marek tego nie znalazł.
- No bo był za głupi.
Maria była zadowolona.
- Zostań w domu – powiedziała Zosia - ja jadę do szpitala, bo lekarz dzwonił. Sama wszystko przeglądnij jeszcze raz i spakuj. Nie chowaj, przyda się to może teraz.
Maria wzięła pożółkłe zdjęcie do ręki, a na nim mama i tato przed domem - Moi bracia w mundurach. Mnie jeszcze nie było, ani tych młodszych braci.
- To twoi rodzice i bracia?
Zosia patrzyła na zdjęcia.
- A gdzie to było zrobione?
- Za Bugiem. Tam pisze gdzie to było. A dziś to chyba Białoruś. Chyba tak.
- Jak się uwolnię od Marka, to wież mamo, pojedziemy w twoje strony. Ciągle słychać jak tam jest pięknie. Może oni tam żyją? A ty tu.
I poszła, bo już był czas na nią.
Maria poczuła w sobie ulgę. Może zmieni się życie Zosi? A może Roman zechce być z nią?
Nawet nie wiedziała, że to Roman zwolnił z pracy Marka za nadużycie alkoholu i zepsucie maszyny.
Sama zeszła do kuchni i zrobiła sobie śniadanie. Była już dziewiąta. Pies szczekał na dworze. Wzięła mu resztki co były w garczku i suchą karmę w torbie i wyszła z domu i poczuła się jak w klatce. Wkoło zielony mur. Nikogo nie widać. Tak nie może być dłużej. Zaraz coś z tym trzeba zrobić. Dała jeść psu i wyszła za bramę. Szedł znajomy.
- Dzień dobry.
Powiedział.
- Czekaj Józek, przynieś drabinę i nożyce do żywopłotu.
- A po co to Pani?
- Trzeba go skrócić.
- A co na to Marek?
- A co ma do mojego domu? Już tu nie mieszka, zresztą jest w szpitalu.
- Co z nim?
- Idź i zobacz, bo ja nie wiem co mu jest.
- Ja nie mogę dziś tego ściąć, bo nie chcę.
Z naprzeciwka wyszedł młody chłop. Maria go nie zna, ale zapytała, czy by nie ściął tego żywopłotu.
- Czemu nie? Od drogi zaraz zetnę za sto złotych, a resztę jutro za dwieście. Zgadza się Pani? - to przyniosę elektryczną piłę i ciach mach i po żywopłocie.
Rozciągnął swoje kable. Moment i było ścięte równo z płotem. Szło mu to tak sprawnie, że zanim Maria przyniosła forsę, było już widno od strony ulicy.
- To mi się podoba. Proszę stówa a jutro reszta.
- A Marek co powie na te zmiany?
- Marek?
Maryja się roześmiała.
- On długo zabawi w innym miejscu, to i żywopłot podrośnie. A ja nie lubię żyć w zamknięciu, bo mogę zdziczeć. Teraz pies będzie szczekał bez przerwy, dopóki się nie oswoi, że nie jest sam ale i inni tu są.
Pozbierała na kupę gałęzie. Niech schną, potem spalę. W domu zrobiło się jasno, było już południe.
A w lodówce pusto, nie ma prawie nic.
- Pójdę, pochowam to złoto i potem do sklepu.
I tak zrobiła. A w sklepie zdziwienie ludzi, że ona wróciła do domu.
- I po co? - Sklepowa zaczęła - Marek to złoty chłop, zakupy musi jej robić, bo jej ciężko. A Julka też nie robi zakupów, bo nie chciała, tylko radio.... a on taki zabiegany, gdyby miał samochód, to może było by mu lżej, chociaż by tym rowerem nie kręcił, zima i lato.
Maria się obruszyła.
- A Pani zna Zosię?
- Znam.


- A kiedy ją Pani widziała?
- No nie wiem, z trzy lata temu.
- I co Pani wie o niej?
- No, tyle złego Marek o niej mówił, że chora psychicznie, musi się męczyć, bo nic nie robi, ani nie pierze, ani nie sprząta. Co to za kobieta, co nawet o swoje dziecko nie dba?
Ludzi się zeszło sporo i każdy coś złego mówił o jej Zosi. Aż o mało nie wybuchła ze złości.
- Dość! Proszę ze mną Pani, Pani i Pani. Może Pan?
- A po co Pani wróciła? By jej pomóc, czy jemu?
- On już sam sobie pomógł.
I ruszyła w stronę domu.
- Proszę do środka.
Nikt z nich tu nie był nigdy. Dom zadbany, czysty. A w łazience tara, stara, jeszcze po jej matce.
- No i widzi Pani czym się tu pierze? Jeszcze tarą! I co?
Otworzyła lodówkę - pusto. Szafki czyste ale puste.
- Gdzie te zakupy, co tak dźwiga codziennie Marek do domu?
Kobiety patrzyły na Marię przerażone. A w salonie fortepian nowiutki, tylko grać nie wolno na nim nikomu, ani dotknąć. Obsadził ten dom dookoła, by nie było nic widać. A moja Zosia wszystko znosiła, by tylko dał spokój dziecku. To diabeł, a nie człowiek.
Ale w oczach ludzi to Zosia nienormalna. Z czasem by ją zamknął w zakładzie. A on, co by wtedy robił? Maria była zła i na tych co za nim i sama na siebie. Bo mogła tu przychodzić jak go nie było, to może by Zosia nie przeżyła, co przeżyła.
Wyszli na drogę.
- No i co teraz? Kto kogo męczy, ona jego, czy on ją? - Spytała pełna złości - Ona słaba, do tego taka chuda, a on jak byk wypasiony. On robił zakupy, tylko kto to jadł? Bo ona była do granic wytrzymałości już wycieńczona. I dlatego ja tu teraz będę. Może ktoś by chciał moje mieszkanie w bloku wynająć? Jak Panie by coś wiedziały, to proszę tu kierować.
- A gdzie Marek jest?
Jedna z kobiet zapytała, nawet bardzo młoda.
- Nie wiem. A co Pani chce wiedzieć gdzie jest?
- Tak, bo jest mi winien wyjaśnienie, co do pracy mojego ojca w pegeerze.
- Co wiem, to Marek jest zwolniony.
- Co Pani mówi? Jeszcze wczoraj z nim rozmawiałam na ten temat.
- No widzi Pani i Panią chyba kłamał.
- To niemożliwe, on by mnie nie kłamał.
Kobieta - było widać - była związana z Markiem, tak to Maria odebrała.
- No to Pani problem, a nie mój.
Zamknęła bramkę i poszła z powrotem za nimi do sklepu. A tam, aż wrzało jak w kotle. Co teraz będzie. Syndyk przejął pegeer. Będą zwalniać ludzi. I kto będzie ich bronił? Nie ma związków zawodowych, bo Marek nie pozwolił założyć.
Maria zrobiła zakupy i ktoś ją zapytał.
- A Pani nic o tym nie wiedziała?
- Nie, bo ja się tym nie interesuję.
- Ale to Pani może go tu wepchnęła na kierownika?
- A co ja mam za to może dać odprawy? Idźcie do mojego męża. Co niektórzy z nim pili i z Markiem też, to może on wam coś doradzi.
- Co Pani? My mamy iść na cmentarz do Pani starego?
- A no, to poniekąd wasza wina, że tam leży, bo wszystko załatwiliście po pijaku. Za to tam leży. Do widzenia.
I ruszyła do domu. A w domu była już Zosia.
- Mamo, mamo ona jest taka słaba. Dali jej znów krew, coś jeszcze w niej pękło, nie tylko śledziona. To straszne, co on jej zrobił. Miałam w sobie ochotę, by wejść do niego i go sprać za wszystkie czasy, ale nie mogłam się na to zdobyć. Tyle mi wyrządził krzywdy. By zdechł, jak pies.
Zosia płakała.
- No dobrze, przestań płakać. Zjemy i ja pojadę do szpitala. Może trzeba ją dać do kliniki?
- Tu też lekarze skaczą koło niej, ma wszystko, siostra cały czas jest koło niej. Czy to ty ją (siostrę) załatwiłaś?
- Nie. Ja wczoraj nawet o tym nie pomyślałam.
- To może Marek, albo jego matka?
- Chyba nie, bo pytałam.
- Ale to jest tajemnica, przecież kto obcy mógł by być nią zainteresowany?
- Boże, może to Roman.
- A co on ma do tego? To przecież nie jego dziecko.
- Jak to?
Matka była tym bardzo zaskoczona.
- Przecież ja pamiętam, że byłaś w ciąży właśnie z nim.
- No tak, byłam....
Ale i Zosia zamilkła.


- Ja tego nie rozumiem.
Matka się dalej domagała wyjaśnienia.
- Jak poroniłaś, to dlaczego wyszłaś za Marka, nie będąc w ciąży? Mogłaś skończyć ogólniak spokojnie. A teraz powiedz mi co się stało z tamtym dzieckiem?
- No mamo, ja bym cię bardzo prosiła, zapomnijmy, dobrze. Ja nie chcę rozdrapywać dawnych ran.
- Ale ja chyba oszaleję, gdy mi nie powiesz, co się stało.
- No dobrze.
Zosia usiadła na przeciwko mamy.
- No wtedy byłam w ciąży z Romkiem, a ty z ojcem...... zaraz ślub z Markiem. Bo to dla was wielka hańba. Ojciec przynosił mi tabletki i sam mi je dawał rano i wieczorem, przez pięć dni. No i dostałam okres. Byłam tym zaskoczona. Nie chciałam wtedy wychodzić za mąż, ale ojciec powiedział, że mąż to dobre rozwiązanie by mnie nauczyć żyć, a Marek jest mu posłuszny nie tak jak Roman – syn dojarki i taki przemądrzały. Co miałam zrobić?. Konto całe przepisał na mnie w banku, tylko żebym mu nie robiła wstydu, bo ludzie na nas patrzą, a my to z tych co rządzą i my musimy być dla hołoty wzorem.
- To czemu ja o tym nic nie wiedziałam? Co z ciebie za córka, żeby matce nic nie mówić?
- To był ojca warunek.
- No a to konto, to chyba Marek opróżnił?
- No nie, ja też zachowałam te pieniądze na czarną godzinę, ja ty to złoto.
- A wiesz ile tam jest?
- Na twoim jest jeszcze sto przeszło tysięcy, a po ojcu milion.
- No to ty bogata, ale jak Marek się dowie, to zaraz chapnie połowę.
- No to by było możliwe, gdyby wiedział. A tak, to ja wszystko dziś przelałam na twoje konto i ty je masz. I co, źle zrobiłam?
Maria nie mogła pozbierać myśli.
- Tyle forsy, atak ubogo żyjesz, nawet pralka po babci – tara. Czy nie mogłaś sobie kupić?
- Wtedy to on może by się kapnął, że mam te „grosze”.
- No tak, jak ja.... złoto w szafie, a ja nawet pierścionka na palcu ani jednego. To chyba rodzinne, ale od dziś życie nasze musi się zmienić. Tylko jak to uczynić?
Maria z Zosią siedziały i nadal rozmawiały.
- No to złoto trzeba poczyścić i zacząć go nosić......troczę ty, trochę ja i Julce też coś zostawić. Tylko teraz to te wyroby są niemodne, to zaniosę do złotnika przerobić na nowe.
- No dobrze mamo. A jak byś się rozglądnęła za nowym domem, bo tu nam ludzie nie dadzą żyć. Wiem, że Marek ma kogoś na boku, ale wcale mi na tym nie zależy. W tym domu wiele się na mnie zwaliło.
- Mnie córeczko też tu nie było lekko. Może masz rację. I tak trzeba zrobić, tylko na którą z nas trzeba to kupić?
- Kup na siebie a to sprzedaj, tak jak stoi, chociaż by dziś, bo nie mogę tu oddychać. Brak mi powietrza, jest tak zatrute jadem nienawiści....
Maria poszła do swego pokoju. Wzięła okulary i zaczęła oglądać te papiery, co jej matka kiedyś dała. Odkryła, że posiadają jeszcze ten majątek na Białorusi. Może bracia tam wrócili?
Wyjęła kopertę i papier trochę pożółkły. Zaczęła pisać list do tej miejscowości. Może jeszcze dziś go wyśle. Bo by bardzo chciała się z nimi podzielić tym złotem.
Są też papiery wartościowe. Maria na tym się nie zna.... jakieś to papiery z banku, po rosyjsku pisze, są cyfry..... miliony. Ale co to może być? Bracia by wiedzieli, bo się szkolili, a ona ledwie siedem klas skończyła.
Wszystkiego nie wezmę, tylko trochę, bo by jubiler był może zaskoczony tym bogactwem.
List napisała po polsku, ale adres napisała po rosyjsku – uczyła się go trochę. Przebrała się. Resztę skryła tam, gdzie było do teraz.
Zeszła na dół. Zosia spała na kanapie skulona. Maria pomyślała – dziś mi do niczego ona nie jest potrzebna, niech śpi. Wyszła. Pozamykała za sobą drzwi i bramę na klucz. - Jeszcze może ktoś wejść i ją obić. Maria bała się o córkę - teraz ludzie są mściwi i zachłanni - dobrze, że nikt nic nie wie o tym wszystkim.
Gdy przechodziła koło cmentarza, to aż ją coś ścisnęło w gardle - jak mogłeś być taką świnią dla swojego dziecka? - I poszła do autobusu – a może taryfę sobie wezmę, mam pieniądze i to twoje, a ty leż na wieki, za to chyba smołę w piekle mieszasz – Maria była wierząca, ale nie bardzo często chodziła do kościoła. Dziś ma do niego wiele zła w sobie, że tak postąpił podle z Zosią. Gdyby ona znała całą prawdę, to by się nie zgodziła............, na pewno. Dochodziła do przystanku gdy akurat autobus podjechał. Wsiadła, kupiła bilet i zobaczyła młodą kobietę w końcu autobusu. Jechała z tamtego przystanku koło bloków – chyba jedzie do niego? - Tak pomyślała. No i miała rację, bo tylko wysiadła, to pognała w stronę szpitala. A Maria na pocztę – list wysłać do rodzinnej wsi – mam w sercu nadzieję, że tam są bracia – potem do jubilera, przerobić na coś ładniejszego, to co wzięła. A było tego sporo, prawie dwadzieścia deko.
- Z tego wyjdą – powiedział – cztery piękne pierścionki. A z tych łańcuszków, to aż osiem z przewieszkami. Czy Pani wybierze sobie wzory?
Wzięła katalog i zaraz jej wpadło w oko serduszko i krzyżyki. - Matka Boska dla mnie i dla Zosi, a serduszko dla Julki, z dedykacją od babci.
- No dobrze.
Jubiler wziął zaliczkę.


- A może Pani wybierze sobie dziś pierścionki, są bardzo ładne. Ten, o i temu nic nie brakuje.
Maria włożyła. Jakby na nią był robiony. Zważył i odliczył z całości.
- No to mam aż dwa.
- A ten, też. Tylko musi być na ten palec. To młodzieżowy.
- Tak wiem, to dla wnuczki. Zaraz jej go dam.
- Za tydzień wszystko zrobię. Proszę.
Podał karteczkę...co i ile. Włożyła do torebki i ruszyła do szpitala. A pod szpitalem, ta kobieta stała zapłakana. Maria nie mogła się oprzeć, by jej nie spytać, kogo bliskiego opłakuje.
- A co Pani głupią udaje, że nie wie o kogo chodzi?
- Ja wiem. A czy Pani coś z tego ma i czy teraz też będzie zakupy do Pani nosił? Ty zdziro!
I poszła. Była bardzo zadowolona, że tak ją potraktowała.
Julia była podłączona do jakiejś aparatury, okryta wokoło folią, jak w tunelu. Siostra siedziała przy niej.
- Czy ja mogę coś jej dać?
Maria grzecznie spytała.
- A co to takiego? Bo jeść tu nie wolno.
- O... to.
Zdjęła z palca małego pierścionek i włożyła Julce na palec.
- Jaki piękny babciu. Czy to już na zawsze będzie mój?
- A co? Czy ja ci coś kiedyś zabierałam, jak dałam?
- No, ty nie. Ale ojciec wszystko z komunii zabrał. A też miałam złoto.
- Tego nikt nie ma prawa ci zabrać, to ode mnie. A chcesz łańcuszek z serduszkiem...no, też złote?
- Ja bardzo chcę.
- To za tydzień dostaniesz. Może już będziesz zdrowa i sama odbierzesz sobie od jubilera.
- Babciu jesteś kochana.
Siostra zwróciła babci uwagę, że nie można ją podniecać, bo musi leżeć spokojna.
- No dobrze, już idę. Cześć mała.
I wyszła. Na wózku kogoś wieźli od strony windy. Maria stała. W pewnym momencie pomyślała, że to Marek. I to była prawda - A to dlatego ona beczała, no i czy mu się udała operacja? - Maria była ciekawa.
Ale to dla niego była dobra nauczka. Maria nie zna do końca prawdy, o tym co zaszło, bo nie było czasu dobrze o tym porozmawiać - Szczęście wielkie, że byłam na miejscu, w zasięgu telefonu. Co teraz bym robiła, gdyby nie udało się jej uratować? - Stała i patrzyła jak go wiozą. Był przytomny. Spojrzał na Marię. A w jego oczach było tyle strachu...
- No i bój się, to twoja kara za to dziecko, twoje zresztą.
Szła powoli, a z przeciwka szła jego matka z tą kobietą.
- No i co? Czy nie lepiej było go ożenić z nią, a nie z moją córką? - Maria powiedziała do Katarzyny - chciałaś się wzbogacić, bo był (mąż Marii) Dyrektorem, a ty też byłaś jego kochanką. I co ci po nim zostało? Dał ci chociaż jeden pierścionek? Bo mi zostało ich wiele, tylko nie noszę, bo mi wstyd, że co pierścionek, to jeden jego wyskok do ciebie.
Kobieta młoda patrzyła przerażona.

- Pani wiedziała o wszystkim.
- A co myślałaś, że po co dziś cię zawołałam do domu? Byś zobaczyła, że ci ludzie to tylko pieniądze, a życie się nie liczy. O mało nie zabił swoje jedyne dziecko.
- To chyba nie jego – powiedziała Katarzyna.
- A kogo? Ty stara franco. Bo gdyby to było Romana, to była by z nim.
Maria była dziś zła na cały świat.
- Sprawdź a potem gadaj, bo to może być ostatnia chwila, którą masz. Zostaniesz z synem, może kaleką i to by było nawet sprawiedliwie za te wszystkie dzieci, co zabił Zosi. Będziesz teraz i ty cierpieć jak ja cierpiałam.
Młoda kobieta wyszła z Marią na zewnątrz szpitala.
- Czy Pani Mario mówi prawdę?
- A co myślisz, że kłamię. Zosia dała na rozwód i dostanie. A potem zobaczymy co dalej będziemy robić. Teraz bynajmniej się spokojnie wyśpię, bez tego bandyty w domu.
I poszła w stronę rynku, tam zawsze są ogłoszenia sprzedaży domów. - Pooglądam, może coś znajdę – pomyślała.
I tak było. I to dość ładny dom, na obrzeżach miasta, ogródek, drzewka owocowe. Coś pięknego na zdjęciu. Ale czy w rzeczywistości też tak pięknie wygląda?
Wzięła taksówkę i pojechała. No jest w ładnym miejscu, do szkoły Julka miała by parę kroków, bo akurat tu chodzi, spokój, cisza, wkoło same domy. Jest blisko sklep. Ale czy Zosi będzie się tu podobać? Może do innego miasta będzie chciała?
Wróciła do domu taksówką.
A co tam.... Po cholerę będzie ściskać tą forsę, ona szczęścia nie daje. Ale źle jak jej się nie ma.
O tak to wszystko ujęła, wysiadając przed domem.
Zosia stała na balkonie. Podlewała kwiaty. Maria do Zosi...
- Choć na dół, bo chce mi się kawy, to się napijemy.
- No i co załatwiłaś mamo?
Zosia spytała.
- O tak sobie, no masz.
Zdjęła pierścionek i dała Zosi.
- Potem dostaniesz więcej, jak przerobi złotnik. Po co to chować, trzeba nosić.
- No ładny mamo.
- Julce też dałam, tylko taki dla młodzieży.
- No i co?
- Była bardzo zadowolona.
- A siostra wciąż siedzi?
- No. A wież, że ten głupek miał chyba operację, bo go wieźli na wózku z dołu windą, była jego stara no i stąd... ta kobieta. Znam ją z widzenia, chyba ma na imię Kryśka.
Zosia nie była tym zaskoczona.
- No ta Kryśka, to była jego dziewczyna. Jak ja chodziłam z Romkiem - to ona z Markiem i te dzieci co ona ma to chyba jego.
- A ona ma dzieci?
- No tak, dwoje, dziewczynka starsza od Juli a chłopak młodszy o dwa lata.
- To tyle by miał twój syn.
- No tak mamo.
- Ty Zosiu wiedziałaś wtedy o tym?
- Nie mamo. To wyszło dopiero po śmierci ojca.
- Tak, bo Marek bardzo się bał ojca. Nie wiem dlaczego, ale gdyby on żył to było by może inaczej.
- Pamiętasz mamo gdzie ojciec trzymał pieniądze? Nigdy ich nie widziałam. Czy nie tylko w banku? Nie miał tu w domu? Marek oszalał gdy ich nie znalazł....a o nich wiedział. I to dlatego mnie wtedy tak pobił, bym mu je dała, a ja nie mogłam, bo ich nie miałam.
- No to czemu mnie nie pytał?
- Bo wiedział, że ty nie wzięłaś. Myśli do dziś, że ja je mam tu w domu.
- A może one tu gdzieś są, jak moje złoto.
Maria zaczęła myśleć, pamięta jak chłopy z pegeeru budowali ten dom. Ale to jej matka ciągle tu była i gdyby coś o tym wiedziała, to by sobie też nie robiła skrytki w szafie.
A może jedno drugiemu nie wierzyło? No chyba tak, bo po co by chowała złoto przed zięciem, razem pili...
Maria ciągle ma w sobie niepewność. Co ich łączyło, że kazała jej wyjść za niego? I to tak młodo. Gdyby nagle nie zginął, to może z czasem coś wyszło by z tej wielkiej tajemnicy na światło dzienne.
A tak... może stara marka coś wie, bo była z nim na co dzień i też z nim piła. Może była jego kochanką? Cholera wie co w tych chłopach siedzi.
Nie może pozbierać w sobie obrazu jego pokoju z przed lat. Co tu stało, a nie ma?
Usiadła na krześle... skórzane, robione na zamówienie, bo się na innym bardzo pocił, a to ze skóry...to nie.
Maria obejrzała krzesło dokładnie. Każdy gwoździk dotknęła, pokręciła podnoszenie... wyżej, niżej, obmacała wypchanie pod plecy i pod tyłek.
- No nic w tym nie ma, stoi tu od lat, to i Marek na pewno go obmacał.
- Ale to musi być coś, co było łatwe w obsłudze, mamo... bo szedł do pokoju i zaraz wracał z forsą, jak grali w karty, a przeważnie były to dolary.
- No tak, dolary on bardzo lubił, bo było ich mniej w kieszeni a wartość większa. Co tu jeszcze stało?
- Ten stolik pod paproć, ...ona uschła.
- No tak, a gdzie jest teraz?
- No w twoim pokoju. Stoi przy oknie sparagus.
Maria ruszyła na górę, do siebie, a Zosia za nią.
- Mamo, a może jutro? Dziś jeszcze ktoś podejrzy nas, że szukamy. Ucięłaś te drzewka przy płocie, to teraz wszystko widać od drogi.
- Przecież są story.
- No i co.
Zaciągnęła zaraz te story i zdjęła kwiatek. A stolik jak stolik, nogi próbowała wykręcić... trzymają się mocno, blat solidny, okrągły. A pod spodem jest dość grube koło, co nogi są do niego przybite, nic dodać ani ująć. Ale musi to jeszcze pokręcić w koło tym blatem.
- Trzymaj za nogi a ja pokręcę blatem. Może to to, co szukamy?
- Co ty mamo?
Zosia była zaskoczona, że tak jej mama się zachowuje. W prawo...nic, a w lewo – wyskoczyła szuflada, jak by ją sprężyna wypchnęła. A tam same zielone.
- O cholera, ale tego...
Maria była zaszokowana. Zosia stała cała blada, tyle razy ten stolik pod kwiatki miała dać do desy, ale coś ją wstrzymywało.
- Jak by był na dole, to by dawno go nie było. Z taty biurka zrobił drzazgi, nawet podłogę zerwał i przekopał, fotele, sofę pociął. Nie wiem co go powstrzymywało, że ten stolik zostawił? I dlatego mi nie wierzył, tylko dręczył głodem i biciem.
- No i masz szczęście.
- Jakie mamo szczęście? Ja bym wolała, żeby znalazł, to by może poszedł do tej Kryśki. A tak siedział i bił.
- Może było by dla ciebie lepiej, a może by podpłacił i dziś była byś w zakładzie dla obłąkanych. Nic nie jest pewne. Dziś myślę, że stara Marka wiedziała o dolarach i dlatego tak się prędko ożenił z tobą. Myślałam, że jesteś czymś więcej dla niego, a on dla forsy...
- Przeliczymy, czy idziemy spać?
- Nie, ja nie zasnę.
Maria była ciekawa ile tego jest, no i zaczęły liczyć, Zosia sobie, a Maria sobie.
- Ile masz?
- Dwa tysiące.
- A ja też dwa.
- O cholera, będzie tu ich chyba dziesięć tysięcy.
Zosia ze złością przekłada banknoty.


- Ile ja za te głupie dolary dostałam w skórę i straciłam tyle życia.
- Jeszcze jesteś młoda, to sobie może ułożysz życie.
- A ty mamo byłaś też młoda i co masz kogoś?
- No nie.
- Może tak dobrze było ci z ojcem, że nie możesz go zapomnieć. Bo ja gdy się od niego uwolnię, to wolę być sama. Żeby tylko nie chodził, bo tak się go boję, że nawet nie mogę o tym myśleć mamo.
- Ile masz?
- Przeszło pięć. A ty?
- Przeszło sześć. Ale sprasował je. Jak to wymyślił.... stolik. Kto by się domyślił? Gdyby Marek je znalazł, to by się ustawił. A tak nawet samochód się spalił, a nie był ubezpieczony. Może coś przy tym samochodzie Marek zmajstrował i on wybuchnął.
Ale nic nie ustaliły, tylko to że był pijany (mąż Marii) i walnął w słup.
- No dziś mamy dość.
- Mamo, czy mogę z tobą spać?
- Chodź, jak wtedy - pamiętasz jak do mnie w nocy przychodziłaś?
- Bo się bałam, że w nocy przez sen powiem, że tato mi dał konto w banku. Cholera, te pieniądze nie są wart mojego płaczu i bólu.
Zasnęły z dolarami pod poduszką. Spały tak mocno, ze aż telefon o mało się nie spalił od dzwonienia. Było późne rano, ktoś wołał zza bramy.
- Zosia, Zosia! – głośno.
Zerwałam się na równe nogi i spojrzałam przez okno. To sąsiad, ten co wczoraj ściął żywopłot.
- Już idę!
A Zosia śpi jak zabita, dopiero dziś miała spokój w domu, o nic się nie bała, ani on jej nie zagrażał.
- Czy mam dalej ściąć, bo mam czas?
- To tnij, tylko równo po płocie.
Pies szczekał jak oszalały, nie znał ludzi, a w dodatku warkot piły go drażnił.
Dała mu pić i jeść, nastawiła kawę, zamknęła drzwi i poszła po bułki. A Zosia niech śpi jeszcze.
A w sklepie jak zwykle.... zebrały się baby i gadu, gadu - i właśnie o nich....
Maria kupiła co było potrzebne i już chciała wyjść, gdy ją zaczepiła znajoma z ulicy.
- Co u Marka? Prawdopodobnie nie będzie chodził. Tak go ta jego córeczka urządziła.
- A on ją jeszcze lepiej.
Odparła Maria kobiecie i ruszyła do domu, pełna w sobie nerwów.
Jacy ci ludzie ślepi. Widzą to co chcą, a reszta nieważna.
Żywopłot ścięty.
- No to pozbieraj, bo ja dziś nie mam woli, ani siły, już mnie z samego rana wkurzyły w sklepie. Trzeba to... sprzedać, a kupić gdzie indziej.
- Co Pani mówi?
- No tak, jego kochanka i jego dzieci z nią nie dadzą nam spokoju. A ci ludzie to zawistni...
- A ile by Zosia chciała?
Spytał się sąsiad.
- To nie Zosi, a moje. A Zosia tu tylko mieszkała.
Tak chłop był zaskoczony...
- A Marek, to on nic do tego nie ma?
- Nie.
- A ile by Pani chciała?
- A ile dasz?
- No wie Pani, to zależy... ale może się dogadamy.
- No to myśl ile dasz, do wieczora masz czas, bo jutro ogłoszenie wywieszę i wtedy kto da więcej... A tobie by to pasowało?
Maria była co do mężczyzny szczera. Otworzyła drzwi, czajnik gwizdał, a Zosia śpi.
Ale spokój, potrzebne jej to teraz, niech śpi.
Wzięła pieniądze z torebki i dała chłopu dwie i pół stówy.
- To trochę za dużo.
- Bierz, jak ci dają. Dziś ja tobie, a ty jutro mnie.
Roześmiała się i ścisnęła mu ramię.
- Pani Mario, a co u Julki? Co on jej zrobił? Bo ludzie coś gadają ale ja nie mogę pojąć co się stało.
- Ja powiem ci, że i ja nie wiem jak to zrobił, ale jest po operacji, bo coś w niej rozbił. A ona walnęła go deską, kantem prosto w kręgosłup, z całej siły. No i może więcej jej nie tknie.
- No właśnie... ma niewładne ręce i nogi, żona mi mówiła, bo ta.... - i zawahał się, czy ma powiedzieć – Kryśka, co on z nią chodził, była u niego wczoraj...i chyba będzie kaleką, bo pękł mu kręgosłup. Tak mi żona mówiła.
- No i dobrze mu.
Maria znów się roześmiała.
- Niech teraz pełza jak glizda.
I wskazała na robaka w trawie. Rozstali się. Bramę zamknęła, no i teraz w końcu się napije kawy – bo aż coś mnie ssie w brzuchu, tyle z rana mam wrażeń. Gdybym była na blokach, to bym już dwie kawy wypiła z sąsiadkami. Ale była bym sama, a tak mam moje dziecko. W końcu Bóg mnie wysłuchał. Zosia była na górze.
- Co robisz?
- Nic, leże i myślę.
- No chodź na dół, bo chcę pić kawę a nie mam z kim.
Zeszła nieubrana, w koszuli.
- No siadaj, bułki świeże, masło, kawa gorąca. Zjemy i ruszamy do Julki.
- Mamo, ja jeszcze pośpię, coś dziś jestem śpiąca.
- Tak? Bo spokój i to cię usypia, trzeba się ruszać. Jak ja poszłam na bloki, to spałam i płakałam, aż lekarz dał mi leki na to. Obyś i ty na to nie zachorowała, bo przestałaś się bać i organizm wyczerpany ciągłym niepokojem, teraz tak może reagować. Ale zjedz chociaż jedną bułkę i napij się kawy, to może cię ruszy.
Mama Zosią się martwi. Oby nabrała sił, to jest jej teraz bardzo potrzebne.
Zosia wcisnęła pół bułki i trochę kawy, umyła się i ubrała jakoś tak niedbale...
- Co ty? Włóż sobie coś ładniejszego.
Lecz szafa Zosi była prawie pusta.
- No to ruszamy. Dziś sobie coś kupimy nowego na plecy – tak to Maria ujęła i wezwała taryfę.
- Mamo, wszyscy zaraz będą plotkować.
- A niech plotkują. Tylko wezmę parę dolarów, bo to co mam, to mało na zakupy.
- A jak ktoś zobaczy, ze mamy dolary?
- To co, niech zazdroszczą, że je mamy a oni nie – i poszła na górę do swego pokoju.
- Gdzie je dałaś?
- Tam gdzie były.
- No to chodź tu, bo sama nie otworzę.
Zosia nie bardzo chciała je ruszać, jak by się bała, ze ktoś może jej coś za nie zrobić. Jak nie wiedziała, była spokojniejsza.
- Mamo, niech leżą jak leżały, my weźmiemy z banku, bo może ktoś mu doniesie, że mam.
- I co? On mnie zabije?
- No dobrze.
Asparagus znów przełożyła i potelepała, by naleciało listków, o tak, dla zmyłki, wszystko jak zawsze. Zamknęła Maria drzwi na klucz, ale nie wyjmowała z drzwi... no i trąbi taksówka.
To w drogę. Zosia spuściła psa z łańcucha, o tak... jak zawsze. Pojechały.
- Najpierw nas Pan zawiezie do banku.
- Może jest już renta – Zosia dodała.
Maria rozumie jej obawę, lepiej by nikt nie znał prawdy.
Maria pobrała z konta dychę i poszły coś kupić.
- Ładnie ci w tych rzeczach, a te stare do śmieci, czas na nowe, i buty też....
W sklepie Zosia zauważyła, że ktoś z rodziny Marka patrzy na nich.
- Mamo ty płać za te rzeczy.
- A co?
- No bo mamy szpiega, ktoś już chyba doniósł starej.
- No dobrze, zapłacę kartą.
I tak zrobiła. Poszły do szpitala. Julka dalej ma pielęgniarkę, ale trochę jak by było lepiej.
- Pójdę do lekarza, dowiem się jak z nią, a wy sobie pogadajcie.
- Prawie wszystko dobrze, potrzebne są leki – a są drogie. Może by Pani chociaż jeden kupiła na zamówienie – powiedział lekarz.
- No dobrze. Córka nie ma za co, ale ja kupię. Proszę o receptę.
Lekarz wypisał, poszła do apteki i kupiła. Wracając – zaczepiła ją Katarzyna.
- Może by Zośka w końcu te dolary po ojcu dała na leczenie Marka i Julki?
- A skąd ona ma wziąć te dolary, bo ja ciągle płacę sama za wszystko. Dziś ją ubrałam, bo nic nie ma, aż wstyd, że tak wygląda. A gdzie te dolary? Czy ci mój nie powiedział gdzie je trzyma?
Przecież Zosia nic nie ma. A klucz do pokoju starego, to był przy nim i to Marek go miał. A ja dopiero dziś się dowiaduję o dolarach.
- Bo twój ci nie wierzył i chował.
- A gdzie? No powiedz ty, bo ty byłaś zawsze z nim i piłaś. Nawet w ten dzień co zginął, to z tobą chlał, ty franco! Oby cię dopadła kara, jak twojego syna i wtedy był by koniec i mój ból za wszystkie twoje czyny wyrównany.
A może zgłoszę na policję, że mogło to być morderstwo przez was oboje zaplanowane? I zrobią mu ekshumację, może on był zatruty przez te wasze chęci na dolary?
Kobieta zbladła, zaczęła niepewnie, łagodnie się - co do Mari – zachowywać.
- Po co go teraz po tylu latach ciąć. On się zabił.
Lecz Maria czuła jej strach.
- Wiesz co? Ja zaraz pójdę i zgłoszę, tylko zaniosę Julce ten lek. Bo to mnie bardzo wkurza, że tak to ujęliście i za te dolary, które niby były, chciał ją wykończyć.
Poszła pewnym krokiem. Lekarz stał na korytarzu i rozmawiał z Zosią.
- Mamo, kupiłaś?
- No a co mam robić? Pieniędzy nie można trzymać gdy ktoś potrzebuje na leki. A ty moja córka, to kto ci ma pomóc, jak nie ja?
Weszły do sali. Julka coś piła.
- Dobre? - spytała Maria.
- Nie, ale karzą to piję.
- A co z tatą, czy już lepiej?
- Chyba tak, ale ja do niego nie pójdę, to nie rodzina.
- Pochwaliłam się babci (Katarzynie), że od ciebie dostałam pierścionek.


- No i co powiedziała?
- Że chyba siedzisz na złocie po swojej mamie i teraz mi dałaś.
- A to?.... wczoraj kupiłam.
- Była zła na mamę, że jakieś pieniądze gdzieś trzyma, a teraz były by nam potrzebne.
- Ale ona podła, ciągle ją męczy o pieniądze, których nie ma, może się spaliły ze starym w samochodzie. Bo on nikomu nie wierzył, nawet twojej mamie - chociaż miał ją jedną. Bo ja się nie liczyłam w jego życiu.
Trzeba się spieszyć, bo nam ucieknie autobus, a ciemnieje...
Wyszły i poszły do autobusu. Katarzyna stała, jakby czekała na Zosię.
- Zaczekaj, chce z tobą porozmawiać.
- Wiesz mamo gdzie mieszkam - to przyjedź, bo teraz nie mam czasu, autobus mi ucieknie.
- Ale poczekaj, ja cię proszę. Możecie u nas spać obie.
- A co chcesz ode mnie mamo?
- Chcę porozmawiać, co dalej z Markiem będzie, trzeba pieniędzy, a on nie ma.
- Ja też nie mam. Co bank mam okraść?
- Ja wiem, że ty tylko tak udajesz, by nic nie dać, ale twój ojciec miał i tobie zostawił.
- A skąd ty o tym wiesz? Co on się tobie spowiadał?
- No wiem, bo on mi obiecał wszystko dla mego syna zapisać.
- No to może zapisał - skąd ja mam wiedzieć – mi nic nie dał, ani nie zapisał.
- Może on myślał, że pożyje dłużej i wtedy coś da, jak będzie już stary.
- Czy ty tylko o tym chcesz rozmawiać mamo? Bo ja już nie mam siły tego słuchać. Tyle razy mnie bił, że nawet nie wiem co ci mam jeszcze powiedzieć. A może Marek trzyma te pieniądze u Kryśki? Ma dzieci, to może im dał, a ciebie dalej kłamie, jak mnie.
- To ty wiesz o tym?
- A co myślisz, że mój ojciec nie wiedział? To jesteś w błędzie.
Maria się wtrąciła.
- No i może dlatego musiał zginać, bo żeście się bali oboje. I ty – której tak wierzył – tabletki mu załatwiłaś, by Zosia poroniła Romka dziecko. Ale chciałaś tego jego bogactwa... że nie mogłaś dłużej czekać i się go pozbyłaś.
Katarzyna stała jak sopel lodu, blada i zła, na cały chyba świat.
- A teraz chcesz byśmy obie poszły do ciebie? Może i nas chcesz uśmiercić? A może te dolary, co o nich wspominasz, woził ze sobą w samochodzie - bo my ich nie mamy – i spaliły się?
Z naprzeciwka wyjechał wóz policyjny. Maria go zatrzymała, a Katarzyna dała dyla, nawet nie wiadomo kiedy.
- Czy moglibyście nas podwieźć do domu – zapłacę – wracamy ze szpitala i uciekł nam autobus.
- Proszę wsiadać i tak jedziemy na patrol, a to nam po drodze.
Ale jej pognałam kota, dziś ona nie będzie spać spokojnie – Maria była z siebie zadowolona – ale co do dolarów, to się trzeba dobrze zastanowić, jak je sprzedawać, i to nie tu, gdzie wszyscy patrzą nam na ręce – rozmyślała jadąc w radiowozie.
- No już jesteśmy. Nigdy nie jechałam w takim samochodzie - Zosia zagadnęła – Co sąsiedzi pomyślą, jak to zobaczą?
- No tak, policja kojarzy im się zaraz z czymś gorszym.
- Dziękujemy – powiedziały prawie razem.
Pies tak szczekał, że nie było nic słychać. Zosia zaczęła go przywoływać do porządku, lecz chyba nigdy wieczorem jej nie widział i dlatego szczekał.
- No cholera jasna, chyba będziemy spać pod bramą.
- Nie, nie, on zaraz się uspokoi – i wyjęła z kieszeni cukierka i mu dała przez ogrodzenie – no już, idź do budy Azor, idź do budy.
No i poszedł - a my do domu, by się nie rozmyślił i nie pogonił nam kota.
Maria była nawet dziś z siebie zadowolona, coś kupiła Zosi nowego – tak ładnie wygląda – chociaż za pieniądze jej, bo ojciec jej dał.
Usiadły przy stole.
- Zosia, może byśmy zjadły po kanapce i wypiły kawę.
- Ja kawy nie mogę mamo, bo coś mnie poniżej trzęsie.
- To raczej herbatę ci zrobię.
Jadły i prawie nic nie mówiły, gdy zadzwonił telefon, Zosia szybko odebrała.
- O co mamie chodzi? Jutro... No to do zobaczenia – tyle Maria słyszała.
- Co stara chce?
- Nie wiem, ale chce z nami porozmawiać w domu, tu.
Maria była bardzo tym zadowolona
- Co ona kombinuje? Ciągle coś ma do ukrycia, może w końcu powie jak naprawdę było to wszystko zaplanowane przez tego, tego...
- Przez kogo mamo?
Maria milczała, nie chciała Zosi nic mówić, bo Zosia bardzo ojca kochała. I nic dziwnego, jako dziecko, to żyła jak królewna, wszystko dla Zosi - a i przy niej to ja miałam sporo, tylko ten seks to mnie dobijał - Maria nawet nie chce wspomnień o tym co było.
- Może obejrzymy jakiś film Zosiu? - zagadnęła.
- Wiesz, dzisiejszy dzień był pełen wrażeń, trzeba spać iść wcześnie.
- Kiedy ona ma tu przyjść?
- Nic nie mówiła, tylko że jutro.
- No to spać ale najpierw kąpiel.
I tak było, znów Zosia przyszła do łóżka matki, nawet się jej nie pytała, a Maria nie protestowała, zna swoją córkę i wie, że ma problemy z psychiką. Z czasem ten strach może minie. Mój strach minął dopiero wtedy gdy go zobaczyłam w trumnie, ale teraz mam spokój.
Maria jest spokojna, Zosia się do niej wtuliła jak małe dziecko i tak szybko zasnęła.
Ale Maria nie może zasnąć, tyle jej się zwaliło na głowę naraz, ten wypadek i ta forsa, złoto, tego chyba za dużo. Mamo – w głowie się coś Marii... jak by do niej też i ona chciała się przytulić, myśli i nie może sobie przypomnieć jej postaci – co ty mi zrobiłaś. Tyle zostawiłaś mi i nagle odeszłaś. Po co piłaś? Aż tak się upijałaś... do granic wytrzymałości i serce ci się wykończyło. A ja zostałam sama ze swoim bólem i strachem.. co mi zrobi, gdy już ciebie brakło.
Sen nie przychodził. Maria wstała i zeszła na dół, zrobiła sobie melisę i piła, nie mogąc pozbierać myśli o tym wszystkim w jedną całość.
Herbata z melisy trochę Marię uspokoiła, nogi jej zmarzły od posadzki, bo była boso, lubi boso chodzić od dawna, tak chodzi bo to cicho, nikt nie słyszy jak się nocą chodzi boso. Zostało jej to po mężu, by go nie obudzić, to cicho wychodziła, jak duch.
Poszła znów spać, może wreszcie zaśnie, północ prawie dochodzi – co ta stara jutro powie.? Jest starsza od Marii prawie dwadzieścia lat. Maria liczy lata.. Zosia ma prawie trzydzieści cztery, ja mam pięćdziesiąt jeden, a ona chyba tyle co mój zmarły – sześćdziesiąt dziewięć, a moja mama miała by z osiemdziesiąt, mogła by jeszcze żyć, gdyby nie ta wada, ile ona wypiła tego...
Maria nigdy nie piła, chociaż mąż ją nieraz namawiał – chociaż troszkę – nie i nie.
Zosia też nie pije, teraz są juz inne czasy, ludzie są troszkę mądrzejsi – tak Maria myśli.
Zasnęła. Obudził ją pies, szczekał jak oszalały pod bramą. Ubrała się i wyszła, biorąc mu jedzenie.
- Chodź Azor, mam dla ciebie żarcie.
No i przyszedł - on chyba mnie pamięta jeszcze – uwiązała go przy budzie. A pod bramą stał sąsiad.
- Wie Pani, ja z tym domem, dam pani...
- Zaraz, to miało być wczoraj.
- A dziś, co już Pani sprzedała?
- Nie, jesteś pierwszy. Musimy wszystko najpierw pozałatwiać.
- Ja bym Pani dał...
- Dobrze, ale potem.
Sąsiad nawet nie umiał powiedzieć ile by dał. Maria poszła do domu, umyła się i poszła do sklepu.
A tam znów pełno ludzi.
- Co tam u Julki? - ktoś zapytał.
- No dobrze.
- A o Marka nikt nie pyta – dodał – my o nim wiemy od niej.
- No teraz to może się wreszcie nie kryć z dziećmi, że to jego. Zosia już dawno o nich wiedziała.
Kupiła coś na śniadanie i już była cała w nerwach. Miała ochotę wszystkim wygarnąć z grubej rury, ale się powstrzymała. Przy bramie stała Katarzyna, oczy opuchnięte, jak by całą noc płakała.
- Nie mogłam zasnąć po tym, co nas osądzasz za swego męża. Ty nie znałaś go tak naprawdę, jak ja go znałam i na pewno bym go nie zabiła dla tych paru tysięcy dolarów, bo ja mu sama kupowałam, on lubił dolary. Przyznam ci się, że on był moją jedyną miłością, chociaż nigdy mu o tym nie powiedziałam, bo twoja matka zrobiła ze mnie szmatę. Razem piłyśmy i coś mi dodała do picia, a potem na jego oczach chłopy mnie brały, jeden po drugim, a ja jeszcze chciałam..., ale twój od tego czasu mnie nie ruszył nigdy już. Ale też nie wiedział, że Marek to jego dziecko. Twoja matka wiedziała, bo jej powiedziałam, myślałam, że jest moja koleżanką, a ona tak to sobie zaplanowała i zawsze mówiła, że chłop powinien się wyszaleć, ale na żonę to cnotkę...
Znała go jeszcze z kołchozu. Nie wiem co mieli za tajemnice, ale wiem, ze robiła dla elit zjazdy, picie, barany pieczone, Ruscy wysocy stopniem, no wiesz.... generały, granie w karty za złoto i dolary, po prostu - „kniazina” się bawiła. A on z nimi, co niektóre kobiety wolne a łatwe na tym zarobiły krocie, tylko jedna ładna nigdy im się nie podporządkowała, to ją oboje gnębiły, do najgorszej roboty...
On nie zawsze, ale twoja matka to była wielka w kołchozie, a potem w pegeerze – brygadzistka.
A ten chłopak, to też jego syn. Twój chłop - jak chcesz znać prawdę - to wiele ma tu swoich dzieci. Nieraz jakąś premię dał, albo nagrodę dodatkowo tej babie, ale nikt nie miał odwagi upomnieć się o jakieś alimenty, bo twoja matka zawsze znalazła coś na jego korzyść - że ktoś też w tym czasie miał do czynienia z tą babą, co zachodziła w ciążę i chciała coś od niego.
To właśnie twoja matka tych tabletek nasprowadzała i jak po takiej imprezie, któraś z kobiet miała kłopot, to ona tabletki i po kłopocie. Mnie też by dała, tylko ja się kapnęłam, że jestem w ciąży z nim, to wyjechałam na parę miesięcy doszkolić się, a potem było już za duże i te tabletki by nic nie dały. No to zrobiła to wtedy... bo by się może ze mną może ożenił.
Maria nic nie mogła zrozumieć. O czym Katarzyna mówi? Co jej matka miała z tym wszystkim do czynienia? Ale pamięta jak dzieci na nią mówiły w szkole. Nikt jej matki nie lubił, nie pamięta by ktoś coś jej dał, chociaż cukierka. Ona zresztą ich nie pragnęła - były zawsze ruskie czekolady, cukierki. Maria myślała, że to kupuje mama za pieniądze które zarabia.
- Czy to co mówisz to prawda? To Marek brat Zosi?
- No tak i ten z bloków też jego, ta dziewczyna z warkoczem też jego. Mogła bym ci jeszcze wiele mówić, ale po co. Marek musi mieć operację w klinice, a ja nie mam pieniędzy, to przyszłam prosić, może byś mi pożyczyła z dziesięć tysięcy, zapiszę ci moje mieszkanie w zastaw, proszę.
- A rozwód Marek Zosi podpisze?
- No tak.
- Ale coś jeszcze ukrywasz względem jego śmierci.
- Bo ty nie wiesz, że on był chory na raka żołądka, brał leki, tylko w biurze, żebyś ty tylko nie wiedziała. Bo jak twoja mama zmarła, to powiedziałaś, że wszyscy co piją powinni wyzdychać, on to słyszał.
- Co ja chyba tak nie powiedziałam.
- On mi tak powiedział i dlatego się krył. A skąd te dolary co miał? Za pieniądze, premie, trzynastki, coś sprzedał o wartości niższej, a reszta do kieszeni, krowy na lewo a potem z bakutilem załatwił za grosze. No co, tyś o tym nic nie wiedziała, że ciągle kombinował? A ten samochód, co go kupił niby dla Marka. To co? Zamienił się z rolnikiem za maszynę, przecież wiesz, a potem ja papiery zniszczenia.... i po maszynie. Wiele on z tego pegeeru sam – wielki dyrektor – opchał, a my pracownicy cicho, bo na łeb z pracy... Tak jak teraz mój Marek, przez własnego brata. Oni nawet nie wiedzą, że mają tego samego ojca, a Zosia to siostra.
Maria – teraz coś do niej dociera – może to i prawda, że on taki był. Ciągle za jakimś interesem się uganiał, robił przetargi na maszyny. Maria o tym nie miała zielonego pojęcia, a Katarzyna była przy nim do jego śmierci, potem sama poszła na rentę.
- Katarzyna, co ty o tym dziś myślisz? Czy ja niewiedząca o jego sprawkach, mam tym jego dzieciom coś dać po nim?
- No chyba nie, bo nie starczyło by dla tych co ja ich znam. Co ty masz za pieniądze, te parę tysięcy odszkodowania i to Zosia je wybrała. Bo gdyby zostawił gdzieś te dolary, to na dwoje, czy troje by było, ale jak ich nie ma, to może się spaliły. Może ich nie trzeba, ale nie chcę by był kaleką, może operacja by się udała, no i dlatego tu do ciebie przyszłam. Wstyd mi, że ja nie mogę sama sobie pomóc i ciebie proszę. Wiem, że masz na czarną godzinę - bo sam mi mówił – złoto. Ale miej, to twojej matki, ale gdybyś mi mogła pożyczyć, to ja ci oddam. Chyba nie myślisz, że niedługo umrę, chociaż tego pragnę.
Maria była w szoku, to co usłyszała, to nie do pojęcia – Co oni robili oboje, i matka i mąż. A niech ich cholera weźmie, leżą w grobach, a po nich tyle świństwa. Długo ludzie nie zapomną z czego to bogactwo. Wzięła torbę i wyjęła tę dychę, co wczoraj wybrała i dała bez żadnych oporów Katarzynie.
- To twoje, dla Marka. A jak sprzedam ten dom, to mu dam i tym innym też dam, niech mają za jego, im wyrządzoną krzywdę.
Katarzyna bardzo była zdziwiona, że Maria ją wcale nie atakuje, tylko milczy.
- Ja ci to wrócę.
- Nie, nie trzeba. To jego, po tym co mu zrobił, to kropla w morzu i jeszcze jej dam na te dzieci.
- Komu?
- No Krystynie. Żeby chociaż miała na bilety do niego.
Katarzyna wyszła, a Zosia wstała.
- Dziś znów spałam jak zabita. O cholera, która godzina, bo ona ma przyjechać?
- Już była.
- Co, a ty mnie mamo nie budziłaś?
- Bo widzisz córka, ona do mnie przyjechała i do mnie miała interes.
- Co, a do mnie nie?
Maria jadła śniadanie, bo Katarzynie nawet nie postawiła kawy , o tak wyszło.
- Siadaj nie lataj, jak kot z pęcherzem.
- Co?
Zosia była z rana sobą zajęta, włosy kręciła, malowała się, a śniadanie potem.
- Nie, teraz zjesz, już kakao ci zrobiłam, no siadaj coś zjesz i pojedziemy do Julki.
- No dobrze, masz rację, trzeba panować nad sobą. Ale ja nie mogę, coś mnie aż ściska.
- Może trzeba do lekarza?
- Co, do jakiego?
- No ogólnego, a coś cię boli?
- No trochę jak by żołądek.
Maria aż się przestraszyła, jej ojciec miał..., ale aż się żachnęła, to nie może się jej Zosi przytrafić.
- Mamo, coś taka dziś smutna? Co ona co powiedziała?
- Nic ciekawego, same smutne rzeczy wyszły na światło dzienne.
- Co ty, ona cię kłamie.
- Nie Zosiu, z tego nie da się pośmiać, a jeszcze trudniej coś skłamać, to okrutna prawda. Dobrze, że mój ojciec nie przeżył wojny, bo nie był by szczęśliwy z tego, co mu matka zgotowała. Nawet i lepiej dla niego, bo ja nie wiem co o tym mam myśleć.
Maria myśli co ma zrobić teraz z tymi dolarami - może dać tym dzieciom jego? - To brudne dolary i tak zdobyte..., było by to z jej strony nawet dobroduszne. Ale czy to może być prawda? A czego by Katarzyna kłamała? - Muszę to jakoś sama rozwiązać, to wielka dla mnie zagadka i to życiowa.
- Jedźmy mamo.
- Nie, jedź sama, ja pójdę na bloki zobaczyć co z kotem.
Maria dziś nie myśli o niczym, tylko o tym, jak dojść do całej prawdy.
- No to daj mi mamo parę złotych.
- Masz kartę i sobie wybierz. A na bilety... o, to ci starczy – wyjęła z portfela jakieś drobne.
- A gdzie ta dycha, coś wczoraj wzięła?
- Dałam Katarzynie.
- Co mamo, dałaś jej nasze pieniądze?
- To też i jej.
- Co?
- Potem ci powiem, teraz jedź do Julki.
Zosia do autobusu, a Maria do domu w bloku. Idąc powoli, ktoś zatrąbił.
- Proszę, niech Pani siada, ja podwiozę.
Maria wsiadła. Znała tego mężczyznę, on z żoną mieszka na blokach.
- A co, zatęskniła Pani za blokami?
- Nie, tylko za kotem.
- A co tak Pani z nami źle?
- Może z wami to nie, ale teraz Zosia sama, to muszę jej jakoś pomóc.
- Coś, nieco słychać było - że Julkę uderzył, a ona jego, ale czy dziecko mogło coś takiemu zrobić? Może drań udaje żeby nie poszedł do ciupy?
- Nieprawda, kantem deski uderzyła go w sam środek, jak wychodził z kuchni i padł.
- Takie miał zasrane szczęście, że własne dziecko zrobiło go kaleką.
- A on dziecko..., bo ona już nigdy nie będzie zdrowa.
Dojechali, podziękowała i poszła do domu. Kot kręcił się po klatce, był głodny.
- No chodź, dostaniesz jeść.
Sąsiadka wyjrzała, kto to i powiedziała.
- Co tam kot, on ma myszy, a tyle głodnych dzieci, a ludzie bez pracy zostały i to przez Pani zięcia.
- Zięć też bez pracy i to nieprędko chyba gdziekolwiek się teraz załapie, czeka go wózek inwalidzki.
- Co Pani mówi? Chyba Zosia da na operację, nie zostawi go tak.
- A czemu nie? Widziała pani Zosię?
- No dawno.
- A Zosia skąd ma pieniądze?
- No po ojcu, krocie jej zostawił.
- Co Pani mówi, bo ja Pani nie rozumiem.
- Co, nie ma tych tysięcy dolarów i konta w banku. Tyle wszystkiego wysprzedał z pegeeru i gdzie to jest?
- A wie Pani, że grał w karty?
- No wiem, ale zawsze wygrywał.
- A kto to Pani tak dokładnie opowiedział?
- No są tacy, co go znały i oni...
- A kto to tacy? Ja bym chciała też to wiedzieć.
- On był Pani mężem sąsiadko, a kochanki mu bułki piekły i koguty.
- Co, tyle lat już po jego śmierci, a ciągle ktoś coś o nim mówi, jak by to było wczoraj, czy nie dacie mu leżeć spokojnie? Czy aż taki był zły człowiek?
- A on sąsiadko był człowiek... bo my pamiętamy i Pani mamę i jego, jako zwierzęta. Nawet pies nie ugryzie, jak oni gryzły, gdy były razem.
- Co Pani, niech pani ich już zostawi w spokoju.
- A co, czy ja przez twoją matkę nie cierpiałam? Straciłam swoją godność człowieka i jestem sama, nikogo nie mam, a mogłam mieć swoje dziecko i to matka „kniazina” mi go zabrała.
- Co?
Marię aż za serce ścisło, tyle lat tu mieszka, a nigdy nic ta Pani nie mówiła, do dziś. - Co tym ludziom rozwiązało języki? Kto jeszcze był pokrzywdzony przez moją matkę? Ta, tamta i tamta, było ich wiele - a ja myślałam, że tylko ja cierpiałam przez moją matkę i męża.
- A czy Pani może wejść do mnie i się kawy napijemy? - to może mi powie coś jeszcze – Co Panią dziś skłoniło do takich słów, proszę mi powiedzieć?
- Bo ten głupek Marek, nic już nikomu nie zrobi, sam ma problemy, a nic się nie różni od swojego ojca, tylko by wykorzystywał dziewczyny, a nic nikomu nie pomógł, tylko zwalniał i wyganiał z mieszkania.
- Co to, do teraz każdy milczał, a on krzywdził ludzi?
- No tak, bo trzyma z bandytami, ma swoich ludzi. Ciekaw jestem, czy Zosi nic nie zrobią i Pani też mogą opróżnić konto, jak tylko znajdą na to sposób.
Maria aż się wystraszyła, Zosia sama i taka słaba, mogą ją porwać i wyciągnąć z niej wszystko, co zechcą.
- Co Pani mówi? Czy on aż taki zły?
- A Pani mąż był dobry?
- Dla mnie był taki sobie, nigdy mi nic złego nie zrobił.
- No tak, jak on mówił..., że Pani to porcelanowa laleczka.
- Ja aż tak byłam krucha według niego, a tak mnie traktował, jakbym była ze stali.
Maria była już tym zmęczona.
- A czy Pani wie, które to jego dzieci, co je miał z kobietami z kołchozu, a potem z pegeeru? Czy pani mi je pokaże, sąsiadko?
- A po co chce je Pani znać?
- Bo chcę, by Zosia miała chociaż taką rodzinę - ja nie mogłam mieć więcej dzieci z nim.
- Nie mogłaś mieć, albo ci nie chciał zrobić, sąsiadko? - tak to ujęła.
- Nie mogłam.
Maria była już zła na samą siebie, że się dała wciągnąć w taką rozmowę, a nic z tego się nie dowie do końca. Wypiły kawę.
- I co, chce je Pani poznać, to proszę przejdziemy się po tym pegeerze.
Ni i poszły. Samochód stał z agencji rolnej i Romek stał przy nim.
- No i widzi Pani jaki dumny, bo teraz on tu Pan na włościach.
Maria nic nie mówiła, przechodząc tuż przy nim. Powiedział.
- Dzień dobry Paniom – spacerek?
I się tak roześmiał, że aż Marii coś się przypomniało, rzeczywiście jej mąż też się tak śmiał, gdy bawił się z Zosią - to jednak musi być jego syn, ale taki inny, nic do niego nie podobny, ...tylko ten śmiech Marii tkwi w głowie.
Idą dalej - dziś akurat piękny dzień, to prawie wszyscy na dworze. A w dodatku, sobota wolna.
- Widzisz tego, o tego tam..., co rąbie to drzewo.
Maria aż stanęła, nigdy przedtem jego nie widziała.
- A to przecież on, to on.
- Kto?
- No ten tam.
No i sama dojrzała podobieństwo – on tylko trochę jest młodszy ode mnie, bo chodził ze mną do szkoły, pamiętam... – podeszła bardzo blisko.
- Cześć Józek – powiedziała.
- Cześć Maryjka – grzecznie odpowiedział – Co się wybrałaś na spacer? Nigdy od lat tu nie byłaś.
- No bo tak wyszło. A co u ciebie?
- No widzisz, starość nas dopadła, choruję ...coś z żołądkiem, nie mogę jeść.
Maria pomyślała, że to po ojcu, może i on ma tego raka. Ale Józek nie pił, był dobry dla żony i dzieci - a ma ich chyba sześć.
- A co lekarze mówią?
- A co, mam na to forsę? Biedna renta, na nas tyle to za mało, żona też choruje, kiedyś było lepiej, twój mąż chociaż od czasu do czasu dał mięsa i jakieś premie, ale jak umarł, to koniec. Ten nic nikomu..., nawet dzieciom cukierka.
- No my to mieliśmy Mikołaja, pamiętasz Józek? O tam, ta choinka cała obwieszona paczkami dla dzieci z pegeeru, a przedtem z kołchozu.
- No to były czasy, aż w człowieku rosło, jak taką paczkę rozpakowywał. Dzieci i młodzież dostawali na Mikołaja jednakowe te paczki. To tylko dziadek mróz, jak jeździł saniami, to sam dawał komu ile chciał. To było dawno, jeszcze twoja matka żyła, a potem już nie jeździł dziadek mróz, tylko komu chciał, to cichaczem coś podrzucił. No on dla mnie był zawsze dobry, nawet meble mi kupił, do tego mieszkania, bo było puste, a ja nie miałem za co kupić, i dziecku wózek i coś nieco groszy do rączki każdemu dał, jak gdzieś był w pobliżu, on lubił dzieci.
- No tak, to rąb to drzewo, bo obiadu jutro to żona nie ugotuje.
I poszła dalej.
- No i co Maryjka? - kobieta zagadnęła – On pamięta tego swego ojca z dobrej strony, ale nigdy nie wiedział, że to on.
Z drugiej strony podwórka szła do nich kobieta z tym długim warkoczem - ale ładne ona ma włosy, grube i długie.
- Dzień dobry, co wy tak sobie tu przyszły? Te z bloków, to nigdy tu na czworaki się nie zapuszczają.
I tak się roześmiała, że Marii aż serce zamilkło – jak by to on był.
- Co ci jest? Tak zbladłaś.
- No poczułam powiew ducha.
- Chyba jakieś wspomnienie się Pani przypomniało – Ola powiedziała.
Maria ją zna ze szkoły, a zresztą..., przecież tu kiedyś mieszkała, o tam... w pałacu, na górze.
- No tak, może sobie przypomnisz tamte dobre czasy, bo tu dawno nie byłaś.
Ola dalej coś mówiła, stały prawie na środku podwórka – tu zawsze były zbiórki i za kołchozu i za dawnego pegeeru, a dziś to tylko domy i ludzie, którzy znają jej matkę i męża z dobrej strony i ze złej. Jak ja mogłam być taka ślepa, zawsze myślałam, że ten człowiek, chociaż starszy ode mnie, ale jest czysty i tylko mój a nie wszystkich kobiet. Kochałam go od dziecka, a potem byłam naprawdę w nim zakochana i zazdrosna. Gdybym znała prawdę... Maria była zła na siebie, a na niego – jeszcze bardziej, bo był.... w myślach nie mogła znaleźć określenia, co by do niego pasowało.
- A co kupiłaś?
- A co mogę kupić? Twój zięć zwolnił mojego, a ja co zarobię w tej rozlewni wody – grosz. A szczęście, że mam tylko dwoje dzieci, bo jak ten - wskazała na Józka – to bym chyba żebrała. Maryjka, chyba się nie obrazisz, że tak do ciebie mówię, ale znasz mnie. Kiedyś byliśmy jak jedna wielka rodzina.
- No tak, to tak było dawno.
I ruszyła do domu. Sąsiadka była trochę z tej wycieczki zadowolona. No to wracamy – Maria ma na dziś dość odkrywania tajemnic.
- Chodź, coś jeszcze zobaczysz i będzie to na dziś koniec.
Szły za stare obory. Tam ktoś mieszka? – Maria była tym zaskoczona. Dom był nawet nowy, niedawno wybudowany, obsadzony drzewami, jak w parku, duży ogród, huśtawki i karuzela.
- Kto tu mieszka?
- Zaraz zobaczysz.
Maria była tym bardzo zaskoczona – skryty ten dom jak by od ludzkich oczu. Kto to go wybudował i dla kogo? - Była aż cała spięta w sobie, nigdy tu nie była, chyba jako dziecko, tu były wtedy okólniki dla jałówek – tak dziś sobie przypomina – to tu bawiła się z dziećmi w podchody, mój mąż też nieraz się z nimi bawił, dziewczyny to aż piszczały, tak je szczypał.
Idąc w stronę bramy , droga wysypana żużlem – przypomniała sobie, jak to, gdy miała jedenaście lat, tu z nim została sama, serce biło jej tak mocno... To tu – pamięta tą jarzębinę, jeszcze dziś rośnie! - stanęła pod nią, a serce jej waliło, jak by chciało wyskoczyć.
- Co ci Maryjka, źle się czujesz? To może zawróćmy i kiedyś tu przyjdziesz sama.
Na podwórko wyszła kobieta, szczupła i ładna. Maria ją zna, była trochę od niej starsza. Niosła kosz z praniem na sznurek.
- Dzień dobry.
- A co to tak daleko żeście się obie zapuściły w te pola?
- Ty tu mieszkasz i ci dobrze - to i ja tu mogę przyjść.
Spojrzały na siebie badawczo, co która ma do powiedzenia.
- A co cię Maryjka tu sprowadza?
- No to ja chcę to od ciebie Różo się dowiedzieć, bo mogę umrzeć nie znając prawdy do końca.
- Jakiej prawdy? Co chcesz dziś wiedzieć?
No właśnie, skąd pomysł, by tu się chociażby wybudować... i to w tym miejscu. Maria nie wie o co biega, ale coś czuje, że to coś wielkiego, ale co? Aż ją piecze w gardle, nigdy tak się nie czuła, do dziś...
- Maryjka, ja ci nic nie mam do powiedzenia, bo ja też go kochałam i był bardziej mój niż twój.
- Co?
- I żeby nie twoja stara, to było by wszystko moje, ale ona jak sęp - ciągle nad nim krążyła. Jak umarła, to się zmieniło, dom mi ten dał i dzieci mogły żyć już jak w domu. Gdyby żył dłużej, to by może im pomagał. A tak to co? Jestem sama, co mi załatwił, już prawie poszło. No ale tak mi dobrze - Pan Bóg mnie skarał, bo chciałam wiele, a mam to co mam. Tylko nie myśl, że coś ci z tego dam.
- Co ty? Ja od ciebie nic nie chcę, ale tylko prawdy, bo byłam ślepa i głucha i nic nie wiem o nim, a myślałam, że mnie kochał, kochał, kochał i to aż za bardzo.
- Ale wiesz co, on był taki za seksem i ciebie się trochę bał, bo on wiesz co...? Zresztą sama wiesz jaki był.., co ci będę mówić, lubił tą robotę, a jeszcze brał coś by się wyżyć na całego i to go zgubiło.
- A co on brał? Ja nic o tym nie wiem - że pił to wiem.
- To od Ruskich coś dostawał, by się w domu zachowywać grzecznie, no to.. co wojsko bierze. A do innych... brał i szalał.
Maria była zaskoczona. On miał tych znajomych oficerów, nieraz jeździł z nimi na balangi, gdzieś na stawy ryby łowić i pić. Ale żeby coś go aż tak łączyło z nimi? Nic z tego nie rozumie, ale chyba się wszystkiego dowie.
Zbliża się już wieczór. Tak to prędko zleciało.
- No to chyba przyjdę do ciebie później.
- A kiedy?
- Może jutro.
- No to dobrze. Może chcesz ich zobaczyć? Przecież tu po to przyszłaś, to wejdź.
Maria ruszyła niepewnie na podwórko, a sąsiadka za nią.
- Pani po co, by plotkować?
Zostawiła ją za bramą. W domu chłopcy – trzech, prawie jeden w jeden, ale tacy spokojni, siedzą i coś dłubią, chyba pestki słonecznika.
- Dzień dobry.
Telewizor gra dość głośno, a oni nawet nie zwrócili na nich uwagi, może coś im dolega? – Maria była zaszokowana. Jeden, to czysty stary, ale ci dwaj - jakby do niej...
Róża stała i nie mogła z siebie nic wydobyć.
- O proszę, to moja kara za to, że się z nim puszczałam. Mogłam mieć to jedno, bo wiedziałam, że będzie takie chore, ale ja chciałam jeszcze, by go uwiązać do siebie, no i mam tych bliźniaków, i takie same, ani do Boga, ani do ludzi. Gdy moja mama umarła, to ja co – sama, nie mogę sobie dać rady. Oni mają swój świat, nie obchodzi ich kto wszedł, ani kto jest. Dobrze, że się same myją, a ubrać - to jeden drugiego ubiera, razem dobrze im ze sobą , siedzą, coś do siebie bełkają i telewizja to ich świat. A co ja mogę? Dobrze że mam dom i wszystko, co trzeba, bo to twój im kupił, szkoda ze zginął, od czasu do czasu przyszedł i z nimi grał w karty, to lubiły z nim grać, dał im wygrać kilka tysięcy i były szczęśliwe. Oni nawet nie wiedzą, że on już nie żyje, nieraz proszę Józka, to tu przyjdzie, pogra z nimi w karty, nakrzyczy na nich, by się mnie słuchały. Bo tak to nie wiem, co by było. Już wiem, że ty nic nie wiesz, bo on zanim zginął, to tu był, czuł się źle, brał leki, a ta z biura musiała chyba coś mu dawać, że tak się stało.
Marek nigdy do nich nie przyjdzie, wie że to jego bracia, sam takiego syna ma, to chyba dziedziczne, tylko Romek nieraz wpadnie, coś im przyniesie, w piłkę pokopie na podwórku, bo chociaż oni dorosłe, ale wciąż jak dzieci, nieraz płaczą bez powodu, wszyscy naraz, to bym nie wiem co im zrobiła, ale gdzie iść? Siedzą tu, mają tu dużo miejsca, ale potrzeba im kontaktu z ludźmi, a za ojcem to chyba tęsknią bardzo..., to właśnie tylko Józek może mi wtedy pomóc, bo on podobny do starego.
Maria wyszła, sąsiadki już nie było, nie czekała.
- To cześć Róża, jutro przyjdę z Zosią.
- Na pewno.
- Na pewno, ale po południu.
Ruszyła do bloków oszołomiona, tym co się dowiedziała i jest zła na wszystkich w koło, że miały ją – nie może określić za co. Sąsiadka siedziała pod blokiem z innymi starymi babami i coś rajcowały.
Maria wie, że o tym co teraz wie – ale co mi... i tak mówiły, tylko nie do mnie, a mogła już dawno poznać prawdę, tylko kogo się bały? Mnie? Co ja bym mogła im zrobić? To chyba Marka, on znał całą prawdę. Podeszła do nich i matka Romka.
- Co tu tak po ciemku gadata, o czym?
- O tym i o owym, nawet nie wiesz, że i o tobie.
- Co wy o mnie może ta gadać? Co to, ja taka jak wy.
I już chciała iść, lecz Maria ją zatrzymała.
- Chodź do mnie na kawę, to pogadamy.
- No wtedy jak mój syn chodził z twoją, to nie chciałaś. A dziś, co masz mi do powiedzenia?
- Chodź, to ci powiem.
I ruszyły do mieszkania Marii. Zrobiła kawę i piły. Była od Marii starsza i to dużo, ale to dziś nie przeszkadza Marii.
- Co ty mi masz do powiedzenia, chyba ci matka nie powiedziała, co mi zrobiła?
- Nie, ja nic nie wiem o tym, prawie wszystko tak było ukrywane, że dziś, gdy się o tym dowiaduję, to jak by to nie była prawda i wiem prawie wszystko, tylko nie wiem dlaczego ty, znając prawdę o dzieciach, chciałaś, by były razem – przecież to brat i siostra.
- Co, a kto ci to powiedział? Stara?
- Nie tyko, sama to możesz sprawdzić, posłuchaj jak się Józek – no ten, co ma tyle dzieci- śmieje, a jak się śmieje Romek, to sama odkryjesz, że ich ojciec, to ten sam. Albo Olga – ta z warkoczem – ona też tak się śmieje. Tylko zechciej to sprawdzić, bo ja już wiem, że to jego syn, ale nie wiem co było, że on za tobą szalał, a ty go nie chciałaś.
- To nie prawda, coś się tobie pokręciło, to za Różą latał. Ona przecież taka jak ty.
- A ty ile masz lat?
- Sześćdziesiąt pięć.
- No to jest różnica, wiem że wtedy ty byłaś z chłopem, w tamtym domu co Józek, co nie pamiętasz? Bo ja tak.
- No to ci powiem, bo twoja „kniazina”...no twoja matka, to zrobiła dzień kobiet i nastawiała wina i wódki i balanga na całego, ja też poszłam z moim. Były tańce, barany pieczone, wiesz jak ona robiła coś, to było duże i huczne, jak twoje wesele. Spiłam się trochę i może za dużo i twój mnie otumanił, poszłam z nim do stodoły, nawet nie myśląc co może być, chociaż go zawsze z daleka omijałam. Byłam szanowana, bo uczyłam w szkole, ale wtedy coś mi twoja stara dała w kawie i tak chciałam chłopa, że nie mogłam tego opanować, nigdy przedtem tego nie czułam, no i robił ze mną co chciał i jak chciał, byłam cała we krwi, bo taki miał ten swój interes, no przecież wiesz, boś była z nim, no i rano, gdy mi to minęło, to nie mogłam do siebie dojść, co mi zrobił, a mój nawet nie czekał, poszedł jeszcze w nocy, a miał się ze mną ożenić, a potem ciąża, to twoja stara dała mi te tabletki, bym brała to pójdzie..., zresztą po tej imprezie wiele bab było w ciąży, jedne wyjechały do innych pegeerów, a te co zostały to nawet imadłem w kuźni skręcała, jak ta co ją krowa pobodła, bo tak się skręciła za mocno, że babie nogi odjęło, było cicho, dostała odszkodowanie i rentę no i żyła do niedawna.
Maria była bardzo zawstydzona, że to właśnie jej matka taki kat na te dzieci, dobrze że ją coś takiego nie spotkało.



- A że nikt nie wiedział – ciągnęła dalej matka Romka - że Romek jego? Ja sama w to nie wierzę, że on jego, bo mi się wydawało, że to z tym co byłam. A zresztą, on taki mądry, studia skończył i całkiem niepodobny do zmarłego. Chciałam mieć dziecko i go zostawiłam, a tabletki to oddałam starej, by komuś innemu dała. O tym, że to jego syn, to naprawdę ja dziś ci nie wierzę, ale sprawdzę, bo pamiętam jego śmiech.
- No nie wiem. Zosia na pewno się martwi, gdzie jestem, ale nie chce mi się iść, to kawał drogi.
- Chodź, to Roman cię odwiezie.
- A zechce?
- Ciebie, to na pewno, on do teraz Zosię jeszcze lubi.
I tak było. Roman ją zaraz odwiózł pod sam dom i wszedł do domu. Zosia była tak wystraszona, że mnie nie ma. Spłakana, aż oczy podpuchły jej.
- Gdzie ty mamo byłaś? Bałam się o ciebie, żeby cię ktoś nie napadł, tyle się o tym mówi...
Roman ze śmiechem powiedział:
- Była na czworakach i chyba odkryła wiele sprawek ojca twojego.
- No nie tylko ojca, ale i twojej babki – Maria dodała.
Zostawiła Zosię z Romkiem, a sama zjadła chleba i poszła na górę do swego pokoju. Miała dziś dużo do myślenia. Zdjęcie jej matki i ojca z braćmi leżało na stole, wzięła i nie mogła zrozumieć, co to mogło być, że aż taka była zła - jej matka? Tyle zła wyrządziła, ale te nienarodzone dzieci..., to aż się Mari nie mieści w głowie.
Od dziś nie zaświecę, ani tobie mamo, ani jemu, żadnej świecy, ani mszy nie zamówię, bo nie warto. Oboje chyba jesteście wyklęci przez tych pokrzywdzonych - tak okrutnie. A jak pójdę, to tylko by napluć na wasze groby, nawet szkoda, że te pomniki wam takie drogie postawiłam, może pójdę i sprzedam kamieniarzowi i komuś innemu postawi, a tę forsę dam tym dzieciom. I tak zrobię.
Leżał różaniec przy stoliku - to zresztą wszystko twoje, ja tego nie chcę, to takie jest okrutne, gdy patrzę na te rzeczy i meble po tobie. A czy ty kiedykolwiek się na tym różańcu modliłaś mamo? Chyba palił cię w ręce, ty okrutna „kniazino”.
Maria była tak zbulwersowana, tym co o niej usłyszała, że nie może sobie nawet przypomnieć, czy dla niej zrobiła kiedykolwiek coś dobrego, ta kobieta - jej matka.
Spojrzała na twarz ojca, te jego oczy, takie wesołe. Gdzie tato twoje ciało, może gdzieś w polu trawą zarosło? Maria teraz po tylu latach czuje, że jej serce zawsze do niego tęskniło i czekało, że może wróci i przytuli – tak bardzo tego pragnie. I czuje wielką pustkę w sobie. Tylko Zosia i Julka coś dla niej znaczą. Wszystko inne już nie warte, nawet to złoto po niej i dolary po nim - co one są warte, gdy się jest tak oszukanym, przez tak bliskie osoby.
I co teraz? Co dalej? Maria czuje się w pułapce, znów coś do niej wraca..., poduszka i pościel to moje, sama je kupiłam w mieście. Wzięła i zeszła na dół. Zosia jeszcze z Romkiem rozmawiała.
- Co mamo na górze źle ci?
- Bardzo źle córa, chyba już nigdy nie zasnę w tym łóżku po niej. A niech ją szlag trafi, tyle w moim życiu stworzyła zła, że nie mogę zrozumieć, czy była moją matką, czy tylko mnie przygarnęła do siebie?
- Co Pani Mario? Aż tak Panią ci ludzie z czworaków rozdrażnili.
Roman był zaskoczony tym, co Maria powiedziała.
- No nie, oni mi tylko powiedzieli prawdę, a jaka ona jest, niedługo dowiecie się i wy oboje, a nawet wszyscy, ale ja taka nie jestem jak mój stary był. Ani taka jak moja matka, ta „Kniazina”.
Maria usiadła na wersalce, która stała za fortepianem.
- Mamo, rozłóżmy ją, bo ja też tam nie będę spać sama.
I tak było, Roman prędko odsunął fortepian, a Zosia rozłożyła wersalkę. Poszła Maria do łazienki się umyć i ubrać koszulę do spania i weszła. Roman był tym zaskoczony.
- To ja już pójdę.
- A co tam, siedź, przecież my rodzina.
- Mamo jaka rodzina, z nim?
- No a kto jest jego ojcem?
Roman się tak roześmiał, że Zosia aż zesztywniała.
- Tato.
- Co tato. Ty się śmiejesz tak jak on.
- Kto?
- No mój tato.
- Co ty Zośka, coś ci się chyba w głowie uroiło.
- Nie, on tak się śmiał, gdy ze mną się bawił, nigdy go nie zapomnę.
Roman, widać było był tym zaskoczony i bardzo się zezłościł.
- Ja im pokarzę, tym co tak mówią - łby poukręcam.
- Co ty Romek.
Zosia chciała go uspokoić, ale on trzasnął drzwiami i poszedł. A tak warczał samochód jak wsiadł, że aż drogę zerwał – tak przygazował i pojechał.
- Dosłownie jak stary.
- Kto mamo?
- Twój ojciec, tyle w nim zła.
- A Marek nie lepszy – Zosia dodała.
- No nie był by jeden od drugiego inny, mają tego samego ojca.
- Co? Co ty mamo mówisz?
- No tak i ty też Zosiu masz tego samego ojca.
- Mamo nie mów, że to moi bracia.
- Tak. Po ojcu.
- A kto ci to powiedział?
- No... ludzie.
- Oni kłamią.
- Nie Zosiu – to prawda. Jutro coś ci pokarzę, a teraz spać.
Lecz długo leżały, nic do siebie nie mówiły, ale nie spały dość długo. Maria myślała jak Zosię jutro weźmie do Róży, by poznała swoich braci, jacy są..., ale to jej najbliżsi. A co Roman teraz robi? Może z matką się kłóci, że to nieprawda, może nawet poddać się badaniu, jak nie wierzy.
Rano zbudziło Marię szczekanie psa przy bramie, no i mimo chęci spania, musiała wstać. Zosia śpi, nawet nie drgnie. Pod bramą stała matka Romka.
- Czemu to żeś ta mu powiedziały? On teraz siedzi i pije, jest taki zły na wszystkich, bo myślał, że tyko on był nie jego, a reszta, to bękarty po Stachu. On nigdy do niego się nie pchał, nawet paczki nigdy nie chciał, gdy przyniosłam. Bo myślał, że Michał jest jego ojcem i przez Stacha go zostawił, szukał Michała po pegeerach, aż go znalazł - niedawno, na cmentarzu niedaleko... już po śmierci Stacha. I dlatego jest dziś załamany, że ten drań Marek, to jego brat, a Zosia to siostra. A on wciąż czekał, aż ja odzyska dla siebie. No i co teraz będzie Mario?
- Co będzie? Nie spałam całą noc. Ja mu nie powiedziałam, tylko ten śmiech.... – Zosia w nim rozpoznała ojca. I to go zdradziło, kiedyś to i tak by wyszło na jaw. Chodź do środka, napijemy się kawy i pogadamy.
- Zosia śpi?
- Śpi. Teraz jak Marek leży w szpitalu, tyle w niej spokoju. Bo mi znów wrócił ten strach.
- A dlaczego się boisz?
- Ja się boję, co jeszcze odkryję z dawnych lat po mojej..., no wiesz – matce i chłopie. On był bestia.
- A ona to wampir w ludzkim ciele, tyle tych dzieci wyniszczyła. No to teraz chyba w piekle razem z nim urzęduje – dodała Anna.
Piły kawę i gadały, to o tym, to o tamtym.
- A powiedz Mario, co się stało Julce.
I Maria jej powiedziała.
- No to on ma za swoje. Bo gdyby ją nie uderzył w brzuch nogą, to by nic się nie stało.
- Chyba tak musiało być, nikt nie zna do końca o swoim życiu, czegoś co go spotka, bo by tego nie robił. On ma szczęście, że nie zmarła, bo by teraz już był w więzieniu. A tak, to może Zosia mu podaruje i wreszcie pójdzie do Kryśki i zajmie się synem, bo go on potrzebuje.
- A jacy ci synowie Róży?
- Takie jak jego, to chyba dziedziczne.
- A widziałaś tego jego syna?
- Nie, bo gdzieś jest w szkole, a Róża ma swoje przy sobie.
- Oni też byli, tylko wrócili, bo stary twój je zabrał z tego zakładu.
- I popatrz, Ja nic o nich nie wiedziałam, nikt słowem mi nie powiedział - nawet matka.
- Mamo, z kim rozmawiasz?
- Z Panią Anną - mamą Romka.
Wstała i przyszła.
- Co z nim, że Pani przyszła?
- Nic, tylko pije i nie chce ze mną rozmawiać.
- Przejdzie mu, jest mądry, to w końcu zrozumie Panią.
- Ale czy się z tym pogodzi? A jak nie? Co, będzie pił, jak jego ojciec, aż na śmierć.
- Może tak nie będzie, jest inny, ma to po Pani, tylko uśmiech po ojcu. Jak się uśmiecha, to nic nie widać, dopiero jak się roześmieje na całego – to całkiem tak, jak by był tu z nim tato. Wczoraj mało nie padłam z wrażenia, myślałam, ze duch ojca jest w pokoju, to było dla mnie straszne, a zarazem bardzo zaskakujące. I co teraz będzie, Julka ma wujka ojca - czy będzie zdrowa, czy jej mózg nie będzie w przyszłości płatał figle? No a jak kogoś tu pozna, a on też będzie rodzina – aż strach pomyśleć.
- I o tym ci chciałam dziś Zosiu powiedzieć, ty masz rodzeństwo, dużo starsi są od ciebie, ale i młodsi są bliźniacy.
- Co ja mam braci innych?
- I siostrę – na razie jedną.
- Co ty mamo?
- To prawda. Nigdy cię nie chciałam okłamać i nie zrobię tego teraz, lepiej się dowiesz jeszcze dziś – niech te brudy wyleję, bo już śmierdzą.
I opowiedziała Zosi, co wiedziała, a Anna tylko potwierdziła, że to prawda.
- Czy dziś pójdziesz ze mną do tych trzech? Oni są tacy zabawni. Starszy to czysty ojciec, a bliźniaki, to do niej są podobni, ale śmieją się tak samo. To ten śmiech ich wszystkich łączy Anno – Maria stwierdziła.
- Józek to taki jak twój, gdy brał ślub z tobą.
Zosia prędko przyniosła zdjęcia ojca, jak brał z Marią ślub.
- No i co? Taki sam?
- No tak – Maria wczoraj to odkryła w Józku.
- Mamo co teraz zrobisz?
- Nie wiem, ale coś trzeba zrobić – to twoi bracia i im trzeba będzie pomagać.


Dziś Zosiu pójdziesz tam o południu.
- A ty też?
- Mnie nic już nie dobije, chyba gdyby wstał z grobu.
- Co ty Mario, ty jedna chociaż masz dom i konto po nim w banku.
- I co z tego? Czy te pieniądze warte mego wstydu i za niego i za matkę – chyba nie. A pieniądze łatwo stracić - temu i temu dam, ale czy ktoś oczyści..., bym czuła się czysta, niezraniona przez ich machlojki i niesprawiedliwość? To do śmierci mi nie da spokoju. Ich święta ziemia pochłonęła, a ja z tym sama zostałam i powiedz mi Anno – jak żyć?!
Już jedenasta, trzeba do Julki jechać.
- Ja też bym z wami pojechała.
- To wezwij Zosiu taksówkę.
- Ja płacę – powiedziała Anna.
- O nie, ja dziś płacę, mam forsy dość, to muszę coś z tym zrobić.
I pojechały. Razem weszły do Julki i do Marka poszły we trzy - był tym zaskoczony.
- Co to za wizyta i Pani tu?
- A co, przecież my rodzina.
- Jaka tam rodzina?
- A jednak coś nas wszystkich w tym pegeerze łączy i to na zawsze.
Marek leżał na wyciągu, o nic go nie pytały, dały mu soki i owoce, trochę suchej wędliny.
- O kabanosy – i zaraz wziął jeden.
- On lubi – Zosia powiedziała – kabanosy.
- Chłop to lubi coś takiego, by dłużej leżało w brzuchu – dodała Maria.
- Mój Roman też lubi bardzo kabanosy, albo suchą... jadł by samą, bez chleba.
- Ja też lubię bez chleba, wtedy czuję smak tego mięsa.
- No tak, smak to ty masz dobry, ale czy z resztą też jest dobrze?
- O co mama się już czepia? - Do sali weszła Katarzyna.
- Co to za zgromadzenie bab – dodała.
- No jak tu jesteśmy, to go odwiedziliśmy.
- A ty Anno, skąd tu?
- Tak wyszło... po drodze, a zresztą my teraz rodzina.
- Co ci przyszło do głowy? Jaka to dla niego ty rodzina, Może myślisz, że Julka twoja? No to ci powiem, że nie.
- A skąd to ci przyszło do głowy babo? Co ja mam do Julki? To Marek i Romek bracia po ojcu.
- Co? - aż zbladła – to przecież niemożliwe.
- Tak, bo tobie pozwolił urodzić, a ja czym byłam dla niego?
- Ze mną chciał się żenić, a ja go goniłam jak psa, klamkę pod prądem miałam, bo chciał mi ją urwać.
Obie były złe na siebie.
- Dosyć! Ja chcę poznać prawdę całą – dopóki leżę, bo jak wstanę, to głowy ukręcę
- No widzisz Zosia? Tak samo powiedział Romek wczoraj.
- No tak, coś ich naprawdę łączy, tylko oczy trzeba zamknąć, by nic nie widzieć, tylko słyszeć, to naprawdę różnicy nie ma.
- Idziemy, bo jeszcze do Róży idziemy na kawę.
- Do Róży?- Marek był tym zaskoczony – co wam przyszło do głowy, po co jej zawracać głowę. Co ona też rodzina?
I głośno się roześmiał, aż Anna się odwróciła do niego.
- O Boże, to prawda, on też tak się śmieje.
- Kto?
- No Romek.
- Nic już o nim proszę nie mówić. A tobie zabraniam iść do Róży, słyszysz! - Zwrócił się do Zosi.
- To są moi bracia i muszę ich poznać.
- Ale ja ci nie pozwalam tam iść.
- To wiesz co? Ja tobie zabraniam dalej mnie traktować jak własność, bo nie masz prawa - jesteś moim bratem, a co ze mną robiłeś, to naganne a nawet karalne - a nasz ślub jest nieważny, ze względu na kłamstwa: właśnie jej – i wskazała na Katarzynę – tak bardzo chciała byś był bogaty, że o grzechu nie myślała.
- On znał prawdę – powiedziała Katarzyna – i dlatego nie chciał mieć z tobą dzieci, by się nie rodziły kalekami.
- A on co? Z Kryśką ma takiego, jak te Róży.
Marek się rozkleił, jak dziecko.
- Bo wiadomo kto nie jest w tym pegeerze jego... On chyba zapłodnił wszystkie zdolne do rodzenia baby. A nikomu nic nie zostawił po sobie, tylko Róży i tobie.
Poszły, zostawiając go zapłakanego z jego matką. Pod szpitalem stał Romek z kwiatami.
- O jak miło - Anna powiedziała do syna.
- To nie dla ciebie, ty nie wart jesteś zeschłej gałęzi – i poszedł do środka.
Zosia i Maria pocieszały Annę:
- Dość, nic się nie martw, przejdzie mu to i wróci jak baranek do domu.
- On tu ma mieszkanie, już dość dawno mieszka sam, tylko nieraz do mnie wpada.
- Może ma kogoś? - Zosia się tym zaciekawiła.
- Nie, on nigdy chyba się nie ożeni, bo tak jak ciebie kochał, to już nikogo sobie nie szukał, tylko się uczył, by dorównać ojcu, by być kimś – zawsze mówił – ja ten burdel cały wysprzątam.
No i się doczekał – teraz on „syndyk” i już sprząta. Ale co to z tego będzie? Bo gdy się dowiedział prawdy o sobie, to całkiem inny się zrobił.
Taryfiarz zawiózł ich na miejsce. Anna nie chciała wejść, ale Róża ją poprosiła i weszły.
Zosia była zaszokowana, a chłopaki wszystko chcieli jej pokazać, jeden przez drugiego, coś jej dawali, tylko nikt ich nie rozumie. Lecz Zosia prędko się popłakała, tak jak by tu z nimi była od dziecka.
- A co wam potrzeba? - spytała i już wiedziała, że chcą kolorowy telewizor - duży, o taki... i wideo, filmy...
- Oni by chcieli wszystko, tylko skąd pieniędzy. Mają rentę po ojcu, bo ich usynowił.
- No to tyle dobrego zrobił – dodała Maria.
- Marek trochę szalał, że nie zgadza się na podział, ale jakoś ten dom jest mój i ta renta, trochę dał na konto dla nich, ale ja nie pracuję, bo nie ma z nimi kto być, no i krucho...
Wypiły kawę, zjadły ciasto.
- Sami piekli – dodała – ten, to Stachu - maluje pięknie, ale nie mam na farby, ten też, a ten coś skręca i rozkręca, może byłby mechanik - to Paweł i Piotr.
Zosia była bardzo nimi zauroczona.
- No to cześć chłopaki, jutro do was przyjdę.
Stachu ją pocałował w czoło.
- O, jak miło, tato też tak mnie całował.
Wyszły, a oni za nimi, aż do bramy. Coś do Zosi mówili, a ona tylko im potakiwała – jutro, jutro przyjdę. Szły na bloki koło pałacu – tam są i dziś biura jak za mego starego.
- Mamo jestem szczęśliwa – powiedziała Zosia.
Maria spojrzała, nigdy przedtem nie widziała takich radosnych jej oczu, aż coś ją zabolało w piersiach – może to serce – pomyślała. Rozstały się z Anną. Zaczepiły z bloków chłopa, by je zawiózł do domu.
- Dobrze zaraz, proszę wsiadać.
Taki jakiś życzliwy – pomyślała Maria, ale zapłaciła mu, że był dla nich grzeczny.
- Tyle? - że aż się obraził – Tyle, to do miasta i z powrotem bym wziął.
Ale Maria nie chciała reszty.
- Może kiedyś się nam przydasz jeszcze.
Dzień był dziś pełen napięcia.
- Myć, jeść i spać Zosia – tak to ujęła, była dziś bardzo radosna.
- Nie żałuję, że dziś poznałam ich, są tacy mi bliscy.
- Ale tacy nierozgarnięci – Maria dodała.

Zosia aż ze złością:
- Nie mamo, są naprawdę mądrzy, tylko mówią na wspak.
- Jak?
- No od tyłu.
Maria nic z tego nie rozumie.
- Ciekaw jestem, czy jak malują, to normalnie, czy trzeba patrzeć przed lustrem? Bo jak by pisali, to tak by było.
- Ty znasz takich?
- Tak mamo, ze mną chodził do szkoły chłopak i właśnie był taki, a był taki mądry, że wszystkim pomagał.
- Może i on był jego – Maria dodała.
Dziś zasnęły dość prędko. Rano telefon ich obie zbudził:
- Co się stało, czemu płaczesz Julka?
- Mamo przyjdź, nie chcę tu już leżeć, chcę do domu.
- Dobrze, zaraz przyjadę.
- Nie wiem co się stało, ale czuję, że coś złego, bo płacze, a ona nigdy nie płakała, nawet jak dostała lanie od Marka.
Umyła się prędko, ubrała.
- Mamo, masz coś pieniędzy, bo nie brałam wtedy, a dziś nie mam na autobus.
- Jeszcze coś tam jest, weź parę dolarów, sprzedasz w kantorze.
- Mogę tak zrobić, ale nie chcę, one mnie parzą w ręce mamo.
- To tyle masz i leć córa, bo nie wiadomo co się jej stało.
Gdy weszła do sali, kwiaty leżały rozwalone koło łóżka.
- Mamo on mnie nie chce.
- Kto na miłość boską, kto?
- On.
Zosia nie wiedziała, tylko te kwiaty poznaje, że od Romka.
- On jest starszy od taty, ale ja go kocham.
- Co ty, od kiedy Julciu?
- Od wtedy, gdy przyszłam do domu mokra, w ten deszcz.
Zosię aż coś ścisnęło. To nie może być prawda, że Romek... A jednak.
- I co się stało, że płaczesz, czy ci coś zrobił?
- Nie, nawet mnie nie chciał pocałować, tylko powiedział, że przez te jego życiowe porażki z nami, to musi oddać się w ręce Boga i dziś poszedł do klasztoru. Nigdy jego już nie zobaczę, mamo, a tak o nim marzyłam: że ja Julia a on mój Romeo, balkon cały w kwiatach, a ja w białej sukni stoję. On mi gra na gitarze i śpiewa serenadę – i to mnie trzymało przy życiu.
I co go zmieniło mamo? To, że starszy, to dla mnie było nie ważne, tyle było w nim radości, gdy mnie zaczepił pod tą ścianą.
- Co, gdzie pod ścianą?
- Tam, koło przystanku.
O Boże, to ta ściana. Zosia ją pamięta doskonale, bo i jej się to przytrafiło z Romkiem i też w deszczu..., lało jak z cebra, grzmiało. A ona stała i czekała na autobus, a on nawalił. Romek wtedy pierwszy raz do niej podszedł i okrył ją swoją kataną. Była taka w nim zakochana... Czy by się i Julce przytrafiło to samo?
- Mamo zabierz mnie do domu, nie chce mi się żyć, wolę umrzeć, niż go stracić na zawsze.
Zosia usiadła przy niej blisko.
- Przestań, tyle wkoło chłopaków. A ty go nawet nie znasz, może to jakiś....
- Nic nie mów i ty w nim byłaś zakochana. I mnie nie rozumiesz, mamo?!
Julka aż się zatrzęsła ze złości.
- To ten sam chłopak, dociera to do ciebie mamo? Powiedz mi jak to było z tobą, że go nie chciałaś, bo mi to powiedział, że poszedł do wojska, a ty za mojego ojca poszłaś. Czy to prawda?
- Tak to prawda. On mi się bardzo podobał, ale mnie lekceważył i omijał z daleka. Aż ten cholerny deszcz nas zbliżył. Byłam z nim całą wiosnę, kwiaty, kino, herbatki w kawiarni... byliśmy nierozłączni.
- I co się stało mamo?
- Dostał bilet do wojska - aż nad może, były przysięgi... Ale to co się potem okazało, to straszne, nawet nie chcę o tym z tobą rozmawiać. Powiem ci tylko, że Romek to mój brat po ojcu - i twój ojciec też mój brat, a reszta - to w domu ci powiem, bo tu nie mam siły, tak mnie to boli.
Że i tobie się to przytrafiło?
- Szczęście, że nic więcej się nie stało. Chyba ten deszcz, co tak lał wtedy – to niebo płakało nad nami.
- A i nad tobą Julio. Bóg znał prawdę. A my nic – do niedawna.

Julia była blada i zaskoczona po tym co usłyszała.
- Mamo, oni to twoi bracia, to ja jestem obciążona genetycznie i chyba nie powinnam nigdy mieć swoich dzieci, bo mogą być chore jak....
- Kto?
- No ten chłopak z pegeeru... tej Kryśki. Jej córka do mnie nieraz przychodziła.
- Ona to twoja siostra, a on to brat po twoim ojcu.
Julii było to obojętne, to o czym marzyła było już poza zasięgiem jej rąk i umysłu. Tyle pięknych marzeń się nagle skończyło. Jest jej tak zimno, aż drży całe ciało. Zosia poszła po lekarza – szybko ją zabrali do sali operacyjnej. Zosia stała sama , ściśnięta w sobie do granic wytrzymałości – Boże daj jej życie i siłę, bo tyle już w życiu ją dopadło, a taka słaba... i w dodatku dziecko.
Ta miłość do Romka, moja i jej, chyba to kara za grzechy mego ojca.
On tyle miał na sumieniu, co jeszcze może wyjść na jaw?
- Proszę Pani – mówi siostra dom Zosi.
Zosia z przyjęciem i bólem serca przysłania rękami sobie uszy, by nie usłyszeć tego, co ma jej siostra do powiedzenia. Łzy oczy zalały.
- Pani, Pani córka...
Zosia zemdlała. Oprzytomniała w gabinecie lekarza.
- Co z Julką, dobrze?
- Ona żyje – lekarz dodał – jest bardzo słaba. Czym została tak zdenerwowana, czy Pani wie?
- Nie, nie Panie doktorze.
Lecz Zosia zna powód. Jak to wszystko Julce wytłumaczy? Czy w ogóle da się to jakoś wytłumaczyć, ona też przeszła przez to samo wtedy..., ale teraz zna prawdę o Romanie - a Julka nie. Może powiem jej wprost, że to jej wujek, a reszta się sama rozwiąże.
I tak zrobiła. Gdy weszła do sali Julka była blada i smutna.
- mamo, chodź i przytul mnie, bo mnie nikt nie kocha i nie pokocha. To wszystko na pewno przez mojego ojca.
Zosia była przejęta do granic wytrzymałości.
- Juleczko, ciebie wszyscy kochamy.
- Ale on mamo nie.
- On też cię bardzo kocha, ale Julciu jak wujek.
- Przecież ty nie masz brata.
- A jednak mam i to wielu.
- Mamo co ty? Coś ci do głowy naprawdę przyszło, to takie niezrozumiałe dla mnie, ty musisz się leczyć, ja nie chcę byś była chora, wolę ja cierpieć, ale byś była ze mną, jego zapomnę, to była w moim życiu chwila zapomnienia.
- Julka przestań, to co mówię do ciebie o Romku - to prawda, zresztą powinien ci to sam wszystko wytłumaczyć, a nie... poszedł do klasztoru, a kiedyś do wojska, on to umie doprowadzić człowieka do granic wytrzymałości.
- Jak to mamo, on ciebie też kiedyś opuścił i nic nie wyjaśnił?
- No wtedy, to było trochę inaczej.
- A jak mamo?
Zosia nie chciała mówić Julce o swoim uczuciu do Romka - to bardzo boli. A teraz jeszcze to co wyszło już na jaw o nich... to nie może o tym nawet myśleć.
- Powiedz mamo, może ty go wciąż kochasz i nie chcesz bym ja była też w nim zakochana?
- Tak, ja go bardzo kochałam, ale to już dla mnie przeszłość, on jest moim bratem i nic to nie zmieni, chociaż bym bardzo chciała – i nie dla mnie, ale dla ciebie – a w dodatku jest coś jeszcze Julciu gorszego od tego, że Roman brat, tato...
- Co tato mamo, on jeszcze cierpi.
- Tak cierpi, ale i on jest moim bratem - i to jest straszne.
Julka zamilkła, w tej chwili nic jej do głowy na tą wiadomość nie przyszło, by odpowiedzieć matce.
- Tato mój, to twój brat? Przecież on ma swoją mamę.
- No tak, swoją mamę mami ja, ale nasz ojciec to ten sam człowiek.
- A reszta, to gdzie są mamo?
- Oni są ode mnie starsi, ale mam dwóch braci bliźniaków – są młodsi o pięć lat.
- A tak zawsze chciałaś mieć brata by cię bronił przed...
- No właśnie, przed bratem i to jest straszne – jak dalej żyć z takim ciężarem.
- A co mamo, babcia nie wiedziała o tych babach dziadka?
- Wiedziała,ze kogoś miał, ale o dzieciach – to nie.
- I co teraz będzie, tato nie chciał się zgodzić na rozwód, a ślub jest mamo nieważny – bo brat.
- W świetle prawa to chyba tak, ale trzeba to udowodnić.
- A babcia – mama taty, to nie powie, że to prawda?
- Chyba powie, bo to ona wszystko mojej mamie powiedziała i od tego się zaczęło.
- Tak, a co babcia wiedziała, że tato to twój brat?
- Chyba tak.
- A dlaczego do tego aż zaszło... żeby nie powiedzieć synowi, że źle żyć w takim związku?
- To trochę Julciu jest poplątane, bo tu chodzi o pieniądze – chcieli tylko dla siebie, czy to wart tyle zła.
- A co teraz ze mną? Niby ojciec a wujek – ja tego nie rozumiem, zresztą... co to mnie teraz obchodzi, za ty, co tak tęskniłam i marzyłam - to już nie osiągalne.
Do sali weszła siostra.
- Proszę już dać jej spokój, żadnych dziś odwiedzin. Czas na zastrzyk i spać dziewczyno.
- A pani jak się czuje?
- Tak sobie.
- Dobrze, ze lekarz był w zasięgu. Serce kobieto..., serce trzeba leczyć - bardzo słabe, jutro będzie Pani miała USG serca.

- Co, ja mam serce chore?
- Tak i zaraz się Pani położy.
- A gdzie?
- Tu łóżko już dostawią, i leżeć...
- Ja muszę do domu.
- Co tam dom, on długo postoi a człowiek raz, dwa i po....
Do sali wwieźli łóżko. Zosia była w opałach, przecież nigdy ją nie bolało serce, ale czy musi boleć? - tego nie wie.
- Mamo dobrze, że będziemy leżeć razem, bo tak się boję nocy.
- Ja też Juleczko i zawsze uciekałam ze swojego pokoju do mamy, chociaż w nogi i już byłam spokojna. Nie mam koszuli.
- Mamo to weź moją, jest w szafce.
- Ty nie chodzisz, to kapcie też mogę mieć twoje.
I tak było. Zosi podłączono kroplówkę na całą dobę.
- Aż tak długo?
- To musi powolutku iść, to lek i coś tam jeszcze.
Siostra nie bardzo chciała to Zosi tłumaczyć.
- Siostro, proszę do mojej mamy zadzwonić, bo i ona tu się znajdzie, gdy ja nie wrócę na noc.
Podała numer... no i nie minęło wiele czasu, gdy do sali przyszła mama Zosi i Katarzyna – mama Marka.
- Co z tobą, mówią że serce?
- To możesz mieć po mnie, bo ja też mam chore serce – powiedziała Maria.
Julka spała, może i w nocy nie spała, to teraz po zastrzyku będzie spać.
- A co jej? Wczoraj byłam tu wieczorem, to bardzo płakała.
- No ja dziś to przeżyłam chwile strachu o nią, że aż zemdlałam i teraz muszę leżeć i ja.
- A co się stało?
- Nic.
Zosia nie chce o tym mówić, co się Julce przydarzyło i co teraz przeżywa. Zosia zna ten ból – to milczy.
- No mów, co się stało – Katarzyna była ciekawa.
- Coś w niej się załamało, może psychika płata figle, no to i płacze - zresztą ona zawsze była słaba, to teraz po wypadku jeszcze bardziej i to wszystko.
Maria o nic nie pytała, wie że nic z Zosi nie wyciśnie, chociaż by chciała. Dopóki sama nie powie, to i milczy.
- Może jesteś głodna, już dawno po obiedzie Zosiu? To pójdę i coś kupię.
- Nie, jeszcze nie mogę dojść do siebie. To było straszne mamo uczucie, myślałam że umrę, coś mnie ściskało wewnątrz w piersiach, jak bym coś połknęła i urwał mi się film.
- Ja też nieraz Zosiu czuję to samo, aż boli, ale wezmę tabletki i przechodzi.
- To chyba z nerwów – dodała Katarzyna – bo i ja jestem nerwowa i ciśnienie mi wtedy skacze.
- No tobie to już czas – Maria złośliwie dodała – tyle planów dało w łeb, to i nic dziwnego, że skacze ciśnienie.
- Mamo nie kłuć się tu przy mnie i Julce. Wy obie poniekąd jesteście temu winne.
- Ja? - Maria aż się obruszyła.
- A co, gdybyś nie powiedziała ojcu, że jestem w ciąży z Romkiem, to może by jeszcze było inaczej.
- A ty gdybyś nie była chytra na dolary, to byś nie kazała się Markowi żenić. On kochał Kryśkę i też była w ciąży.
- No to teraz obie jesteście po równo. Idźcie na spacer, albo najlepiej do kościoła do spowiedzi, bo jak która umrze, to do piekła... - Zosia tak to ujęła.
Poszły i to trochę obie obrażone – jedna do Marka, druga na miasto.
Maria nie może dziś Zosi zrozumieć – czemu ona taka zgryźliwa, co mogło do tego doprowadzić?
Stała w banku, by wybrać pieniądze, gdy do banku wszedł Romek z torbą a za nim Anna.
- No i po co mamo? Ja nie zmienię zdania i koniec, już klamka zapadła.
- A mieszkanie?
- Co mieszkanie – zostawiam je tobie.
- Ja nie chcę, tyle na nie harowałam przy krowach, byś go miał, a teraz oddajesz mi? Co z nim mam zrobić, może się rozmyślisz synku?
Anna była zapłakana. Maria nie wie o co chodzi, ale się tylko domyśla – chyba za granicę ucieka matce. Wzięła pieniądze i to dużo, stanęła przy Annie.
- Co się dzieje z nim? Chce za granicę?
- Nie, do klasztoru idzie i to zamkniętego.
- Co? On chyba zgłupiał – Maria dodała – a taki wykształcony.
- Co ja zrobię bez niego? Nie będzie do mnie przyjeżdżał – chyba jak umrę, to go puszczą.
- A gdzie to Anno?
- Ja nawet Maryjka nie wiem, bo mi nie powiedział, bym pod furtą nie wystawała za nim. Teraz likwiduje konto, bo nie może mieć pieniędzy, zresztą... tylko to co na sobie i pościel. To klasztor o surowych zasadach, tylko modlitwa i pustelniczy tryb życia.
- A dlaczego on tak robi?
- Co nie wiesz, on miał cel, by tu zaprowadzić porządek i Marka ukarać za Zosię, że mu ją zabrał. I już go zwolnił, a teraz dowiedział się że brat , i to ich wielu... i siostry – to oszalał, nie chce tu żyć w tym bagnie, mówi że musi odkupić się w taki właśnie sposób. A co Maryjka u Zosi?
- Dziś o mało nie umarła, na zawał.
- Co ty mówisz, co się stało?
- Ja nic nie wiem, bo nie mówi dlaczego, kiedyś powie. Ty też masz taki kłopot.
Roman dał Matce kopertę a w niej pieniądze.
- Masz, one mi nie są potrzebne, a mieszkanie możesz sprzedać.
Stał koło Marii, nawet na nią nie zwrócił uwagi. Anna wydusiła:
- Zosia jest bardzo chora.
- Nic dziwnego – nasz ojciec to i po śmierci kara tych, co ich narobił – i poszedł, pełen zła w sobie i rozpaczy. Było to widać w całej jego postaci.
- Gdzie idziesz Anno?
- No nie wiem, co mam teraz ze sobą zrobić? Nieraz to już czułam: jak do wojska szedł, na studia i tu sam zamieszkał... To i tak zawsze wiedziałam, że przyjedzie, ale teraz - to go tracę na zawsze. No ale żyje i to chociaż mnie wstrzymuje od mego końca.
- Co ty Anno? To może mu minie?
- Nie, ja go znam Maryjka. Oni wszyscy są tacy sami, jak ten twój mąż. Uparte.. i jak coś zaplanują, to po trupach do celu.
- Co ty? Moja Zosia nie jest taka.
- A jednak coś w niej siedzi. Ty sama nigdy się z nią nie dogadywałaś, sama to u nas gadała, gdy chodziła z Romkiem, pamiętam.
Wtedy może tak było, tyle miałam w sobie strachu i znikąd pomocy – Maria pomyślała.
- Możesz mnie Anno odwiedzać a ja ciebie - dobrze by było.
- Chociaż wiem, że ty to ty.
- Chodzi ci o moją matkę? Nigdy nie chciałam być taka jak ona, nawet nie piję wódki, bo mi wstyd za ludzi, chociaż teraz to bym się upiła.
- I co by z tego wyszło Maryjka? Tylko by cię potem głowa bolała.
Anna tak to ujęła żartobliwie i się rozstały.
Maria kupiła w barze zupę i naleśniki. Siedziała i rozmyślała: czy ma wracać do szpitala, czy iść na zakupy, chociaż sama nie wie co ma sobie kupić. Zjadła i wyszła.
Naprzeciwko był sklep papierniczy i z modelami samolotów do sklejania. Coś w niej aż drgnęło – kupię bliźniakom coś do majsterkowania, może czołgi do sklejania i samoloty. To by może ich ucieszyło. A Stachowi do malowania.
I weszła, nie mogła sama z tym sobie poradzić i powiedziała do sprzedawcy:
- ...jeden lubi malować, a bliźniaki coś rozkręcać i składać – to co mogę im tu kupić?
- A ile mają lat?
- To nieważne, oni to są tacy inni niż reszta – i się zawstydziła, że tak to określiła – to nie małe chłopaki, ale jak duże dzieci.
Wybrał modele i ładne samoloty wojenne i czołgi.
- Są jeszcze samochody.
- Jak sobie z tym poradzą, to im kupię następnym razem.
- A te farby to akrylowe, najlepsze do papieru i płótna.
- Wezmę i papier i dwa małe... o te płótna.
- Sztalugę też?
Maria nie znała się na tym, co trzeba.
- No tak.
- I pędzle, paleta też?
- Niech Pan sam da, co potrzebne, a ja zapłacę.
I tak było – zapłaciła i to sporo.
- Proszę Pana, ja to tu zostawię, niech pan mi to przypilnuje. Ja jeszcze po cukierki skoczę i owoce. Taryfę wezmę, bo sama nie dam rady.
Tak zrobiła, zawiozła to wszystko do Róży – akurat była na dworze z chłopcami. Byli bardzo zaskoczeni jej widokiem. Dała im te wszystkie rzeczy i owoce, a cukierki – Róży.
- Masz bo zjedzą zaraz, potem brzuchy będą boleć.
Róża Marii podziękowała bardzo.
- To nie za moje... ale za jego.
I wsiadła do taryfy i do domu, bo pies zdechnie z głodu. A w domu... aż głowa boli, tak cicho i pusto. Co robić? Może pranie – ale tarą, to nie. Jutro kupię pralkę - najlepszą.
Włączyła telewizor, leciał jakiś film i zasnęła. Spała ubrana do rana a telewizor piszczał, bo nic nie było jak się zbudziła. I znów w jej głowie... co z Zosią? Reszta się nie liczy – oczywiście i Julka. Ale jej kontakt z wnuczką był ograniczony – to wina Marka, bo nie pozwolił Julce chodzić na bloki.
Przebrała się w inne rzeczy i poszła do sklepu coś kupić na śniadanie. Dziś pusto, parę kobiet.
- O, a co tak pusto, emocje wam spadły, jak jesienią liście?
Sklepowa była zawstydzona.
- No wie Pani? Po tym co dziś wiemy, to nikt nie jest pewny, czy aby jutro nie był krewny ten, co dziś na nim psy wiesza.
- No tak – Maria powiedziała – ja osobiście nic na to nie poradzę, co moja matka robiła wtedy i mój mąż. To ponad moje siły gdy myślę o tym, co się to porobiło. Tyle zła i nienawiści, jakieś machlojki, karty, złoto, dolary... Ja tego nie rozumiem, skąd to wszystko się wzięło, kto o tym decydował, że tak to było powiązane.
No i te balangi mojej matki, kto mi to wyjaśni do końca? Nawet mój ślub, to też dziwna sprawa – chciałam w kościele, a był w pegeerze, w niemieckiej kapliczce, co gołębie w niej chłopi trzymali. No i trach – wszystko wyremontowane, nawet ksiądz nie ten, co w kościele. A ja chciałam księdza z kościoła, bo go znałam, ale matka – wszystko po swojemu... A skąd te ruskie „starszyny” obwieszone orderami? Gdy ich zobaczyłam na podwórzu, to serce mi stanęło, że to może mój ojciec nas znalazł.
No co tak na mnie patrzycie, jakbym była obca? Przecież i Pani była... i Pani z mężem. Co nie pamiętacie?
- My pamiętamy. Schodziłaś Maryjko po schodach z balkonu jak królewna, dzieci niosły welon, długi taki - jak ty byłaś na dole, to koniec był na górze. To był ślub - jak z bajki.
Baby płakały, że tracą swojego byka - i to niejedna. A ta Róża, to aż ją chłopy w piwnicy zamkły, bo się darła, że nie powinien z tobą... tylko z nią, bo ma syna. No ale matka nad wszystkim panowała. Dostała po mordzie i dwa dni w tej piwnicy siedziała. Ja jej osobiście niosłam jeść - z tyłu do okna. Może by wyszła przez nie, ale akurat wstawili w oknie kraty. Jak by wiedziała, że trzeba ja zamknąć.
Potem niejedna tam siedziała, po parę dni o głodzie – gdy tylko się stara dowiedziała.
To i co się dziwisz, że ludzie milczą? Nie lubią tego czasu nawet wspominać.
- To straszne, co teraz się o niej dowiaduję. Nigdy bym nawet nie pomyślała, że była do tego zdolna. I co ją do tego pchało? Taka mściwość to nie tworzy się w człowieku o tak sobie – musi być przyczyna. Kto ze starszych, takich po siedemdziesiątce, żyje i gdzie? Bo ja bym chciała poznać prawdę, zanim umrę.
- Tam gdzie młyn – to młynarz, on znał twoją starą z tamtych stron, jest stary, jego żona już zmarła.

- A mieli dzieci?
- Chyba nie, tu ich nie było. I ta kulawa, co chodzi o kulach, ona też coś wie, bo z nim piła zawsze. Nawet w ten dzień piła, co twoja matka zmarła. Może coś ci powie, tylko bez butelki nie idź, bo ona nadal chla.
- To proszę Jarzębiak i kilo parówek, te ciastka i bułki dwie, mielonkę o tą....
- I jeszcze co?
- Nie wiem, czy ta stara ma zęby? Bo coś by na zagrychę... Jej to parówka wystarczy?
- Co Pani, pomyśli taka bogata a taka biedna. Może tej szynki?
- A świeża?
- Tak. Pokroić grubiej?
- No tak, bym w jej oczach nie była skąpa, i ten sok... to wszystko.
I poszła do domu. Zjadła, psa nakarmiła, zamknęła wszystko i wybrała się rowerem na przejażdżkę. Nie bardzo się na tym rowerze jedzie, szczęście że droga nie ruchliwa, bo było by źle.
Najpierw do starej o kulach – Maria zdecydowała. Rower się jakoś pod nią chwieje, tyle lat nie jechała, bo nie wypada. Była już zła, a zarazem ciekawość w niej rosła, aby poznać prawdę.
Maria z ledwością dojechała do tej kobiety. W domu na dole mieszkała, jak w melinie, butelek ogrom, prawie wszędzie, ciuchy tu, tam, wyro stare, brud i smród. A ona... no ta baba, siedzi i coś mamrocze sama do siebie. Jak Marię zobaczyła, to stanęła na baczność, pełna w oczach strachu.
- Co chcesz? Ja nie wiem... – zaczęła do Marii.
- Przecież ja nic nie chcę, tylko pomyślałam, że jesteś najstarsza w tym pegeerze, to ci chciałam złożyć życzenia, no i coś na ząb ci przyniosłam.
- Nie trzeba było - baba trochę zmiękła.
Maria wyjęła wódkę.
- I co tu tyle flaszek, że nie wiem gdzie wtyknąć tej? A chcę z tobą wypić jednego, o tak na zdrowie.
Kobieta ze wstydem zaczęła zbierać do worka butelki ze stołu.
- A jest tu woda?
- Nie, w studni.
A wiadro stało brudne, zero wody. Maria wzięła wiadro i wyszła, to wtedy aż odetchnęła głęboko, taki brud i smród. Umyła piaskiem wiadro, bo chyba nigdy nie było myte, nabrała wody i weszła z powrotem do środka.
Kobieta trochę ogarnęła pomieszczenie z butelek, cały kont załadowany. A Maria wyro przykryła kocem, stół wytarła mokrą szmatą i umyła dwa kieliszki, talerz i widelec, postawiła to co przyniosła. Kobieta zanim cokolwiek wypiła, zjadła dwa plastry szynki.
- A masz chleb? - spytała Maria.
- Nie, bo nikt nie chce mi kupić. Ja sama nie mogę, nogi bolą. Marek nieraz mi przywoził po parę..., na jakiś czas było. A teraz go nie ma parę dni, to głodno. Wody nabrał do bali. A tak, ja sama co mogę? Chyba umrzeć trzeba będzie.
- Marek się tobą opiekował?
- No tak, twój zięć.
- Zosia nie wiedziała?
- Nie, bo nie chciał jej mówić. Dobry to chłop, nie taki jak inne.
- Tak? A za darmo on tu do ciebie przychodził?
- No ja mu dawałam pieniądze, bo mam emeryturę, przecież to nie rodzina. Ale zawsze drzewa mi przywiózł i węgla, chłopy z pegeeru zwaliły do szopy, porąbały. Nakupił mi mleka w proszku, bym miała, kartofli, smalcu. No on o wszystkim pamiętał. Nawet przysłał z dniówki baby i pomyły, posprzątały.
- A sąsiedzi nic nie chcą ci pomóc? Przecież są tu.
- Oni się mnie boją.
- Dlaczego?
- To jeszcze przez twoją matkę. Ona była ze mną dobra koleżanka, nieraz piliśmy razem.
- Wy chyba nic więcej nie umieliście – Maria dodała z nerwami – nawet wtedy, jak zmarła, to była piana.
Kobieta się zawstydziła.
- Wiesz dobrze, że ona bardzo chciała by było dobrze, nowy dom, chłop dyrektor... Co ona musiała kombinować, by się z tobą ożenił. Potem żałowała strasznie, że do tego dopuściła, wiedziała że cierpisz, a on taki brutalny był do kobiet, ale umowy musiała dotrzymać. Nalej, bo nie mogę patrzeć na zakręconą wódkę w butelce – coś mnie pali w brzuchu.
Maria nigdy dotąd nie nalewała nikomu alkoholu, bardzo się bała, że i ją coś skusi by pić. Teraz ma ochotę i nalała dwa pełne. Kobieta łykła jak pies muchę.
- Jeszcze jeden.
I znów jej nalała. Wtedy dopiero się stukły się na zdrowie.
- Jak ty masz na imię, bo nie wiem? Znam cię od dawna, jak tylko tu przyjechaliśmy, ale imię twoje nie pamiętam.
- Twoja matka mówiła mi Paraska.
- No to mi powiedz Paraska, co was obie łączyło?
- Nic, ona chłopa miała w ruskim wojsku, a Polaka. Ja też Polka, a chłop Rusek. Ona gdzieś synów pogubiła w świecie, ja też swoich. Szukaliśmy, no i nie znaleźliśmy – ani chłopów, ani synów. To nas trzymało przy sobie. A wiesz, że ona w końcu coś odkryła? Te „starszyny”, co na ryby twój z nimi jeździł – to jeden znał twojego ojca i coś jej powiedział na twoim ślubie.
To ona oszalała, piła i się mściła za swoje krzywdy.
- Ty wiesz co to było, mówiła ci?
- Nie chciała nigdy o tym mówić.
- Ale wtedy...
- Co wtedy?
- No zanim umarła, to mi powiedziała, że ten jej był oficerem w ruskim wojsku i w Niemczech zwiał do Amerykanów, zanim mur ten wymurowały i nigdy nie mógł już wrócić, bo by dostał kulkę w łeb.
- A syny, o nich nic nie wiedziała?
- Pisała, pisała i nic nigdy nie dostała – żadnej wiadomości.
- O cholera, to ja jestem córka zdrajcy, może moi bracia za niego w łagrach cierpią do dziś?
- Może, ona też to mówiła i za to piła. A tych „starszynów” zapraszała, by ograć ich w karty,
... złoto, dolary, a nawet ruble. Stachu umiał podpuścić, dać im coś wygrać, a potem obdarł ich ze wszystkiego, nieraz nawet ordery zostawiały. On to miał łeb do kart.
- Co jeszcze jeden kielonek?
- Lej Maryjka, dobrze z kimś porozmawiać i wypić.
- No to na zdrowie – i wlała Parasce jeszcze jeden, a swego nie wypiła, nie smakuje jej – no a powiedz mi dlaczego moja matka dzieci nie lubiła?
- Co, ona Maryjko? Ona bardzo lubiła.
- To czemu tak je niszczyła? Pomagała tym babom zniszczyć ciąże w taki sposób, że nieraz uciekały stąd, by tylko ich nie dopadła - ty o tym wiesz? Teraz, gdy Marek w szpitalu, to gadają i może nawet za dużo.
- Co, Marek w szpitalu, co mu się stało?
- Dostał deską w kręgosłup od Julki, swojej córki i nie chodzi.
- O cholera, ale mu się przytrafiło. A kto mi teraz chleba kupi? - Paraska się zmartwiła bardzo.
- A może byś ten bałagan zostawiła i poszła na bloki? Tam ciepła woda w kranie, wanna do kąpania i sklep pod nosem - co myślisz? Bo ty bez pomocy naprawdę nie dasz sobie rady.
- A to mi dadzą mieszkanie?
- Moje ci dam, do śmierci możesz tam być, byś tylko nie zbierała butelek.
- Co ty Maryjka, ja dużo nie piję, bo nie mam dużej emerytury – ledwie mi starcza.
- To jutro przyślę wóz po ciebie. Nie bierz tych starych rupieci, bo tam jest wszystko.
Zakręciła butelkę i wyszła na powietrze. O Boże, jak ona śmierdzi – pomyślała.
Maria wsiadła na rower i do młynarza – to stąd nie daleko i też droga boczna. W parę minut była na miejscu.
- Dzień dobry Panu.
- A co się stało? Dyrektorowa w odwiedziny, chyba nic groźnego mnie nie czeka?
- A ma Pan coś na sumieniu?
- A bo to jedno tylko przewinienie, człowiek zbiera przez życie wszystko, jak pies pchły.
- Co Pan powie? Ja do Pana w odwiedziny.
- Nigdy bym ciebie Maryjka się nie spodziewał. Co cię tu do mnie przygnało?
- Wiesz co Michał – my wszyscy jak jedna rodzina, to nie będę ci mówić Pan, bo po co, wolę po imieniu.
- Mnie to nie przeszkadza, nawet wolę po imieniu, bo jakoś tak swojsko.
- No bo ludzie mówią, że znałeś dobrze moją matkę. Chcę się dowiedzieć, co łączyło mojego męża z nią, jaka umowa i o co w tym wszystkim szło – bo ja nic nie wiem, a chcę poznać wreszcie prawdę.
- Ja nic takiego nie wiem, to moja żona z nią trzymała sztamę i ta stara lekarka – wiesz która? Ta co odbierała twoją Zosię.
Teraz Maria sobie przypomina tą babę.
- A wiesz Michał, gdzie ona może być teraz?
- W domu starców, tam... zaraz za szpitalem. Była na pogrzebie mojej żony, jeszcze się dobrze trzyma. A co chcesz wiedzieć?
- No bo mówią, że ten mój ślub ze Stachem, to umowa mojej matki z nim. I dlaczego nie w kościele, ale na podwórku.
Michał się roześmiał.
- No to i ja o tym wiem. Stachu to komunista i w kościele nie mógł wziąść ślubu. A ty chciałaś, więc pomalowali kapliczkę i wszystko inne wypożyczył Stachu z teatru, no i ksiądz był aktor.
- Co? - Maria aż zdrętwiała - ale mieli ubaw, ci co znali prawdę.
- Nikt o tym nie wiedział, nawet twoja matka. To wszystko Stachu i Ruscy załatwili. On był dobrym krętaczem – niby z nią, a naprawdę to sam. Gdy twoja matka odkryła prawdę, to on nawet nie chciał słyszeć, by się żenić z tobą ponownie.
- To może dlatego ona w domu miała nad nim górę, jak tylko wiedziała, że ze mną coś się dzieje, to spał na pegeerze i to miesiącami. Przychodził do Zosi, ja byłam na górze, nawet do mnie nie wchodził. Dopiero jak zmarła, to się rządził na całego.
- No ale ślub cywilny to był prawdziwy, pamiętasz pojechaliście do Ustki, chciałaś widzieć morze.
- Tak było. Chciałam. I tam odkryłam, że nie bardzo możemy być razem. On stary, ja młoda, chciałam się bawić, a on spać i pić. Nie nadążał za mną i to mnie drażniło bardzo. Więcej byłam sama na plaży, niż z nim. On tylko po knajpach i karty..., a ja po zabawach z chłopcami. Byłam uwielbiana, każdy chciał, bym się z nim wybrała na plażę nocą.
Maria nagle coś sobie przypomniała – Boże co to było, wtedy dwudziestego drugiego lipca. Taka zabawa... a on gdzieś poszedł, dał mi pieniędzy garść, bym sobie kupiła coś ładnego.
No i poszłam, długo chodziłam, od straganu do straganu – sama, nie miał kto mi doradzić, co kupić. Młody marynarz się do mnie przykleił i z nim sobie kupowałam – to bieliznę ładną, to sweterek różowy, buty, sukienkę na zabawę, pończochy modne, torebkę - no i było z kim pośmiać się, lody zjeść.
Wróciłam do hotelu, a on piany jak bela, ani drgnął. Gdy go prosiłam, by poszedł ze mną na plażę – warknął – idź sama, co ja twoja niańka. I poszłam, marynarz stał pod hotelem, nawet z nim się nie umawiałam. No i poszliśmy oboje, on mówił że jest żonaty, żona daleko a on ma przepustkę i chce ze mną się pobawić – o tak, o nic nie będę zabiegać. I tak było, gdy zmęczeni tańcami poszliśmy się przejść brzegiem morza, byłam tym oszołomiona. On taki w tym mundurze, jak z pocztówki.
Boże, teraz pamiętam, jak mogłam zapomnieć: gwiazdy spadające do morza, jakieś życzenia i oboje znaleźliśmy się w ramionach, ja w jego, on w moich, to było coś..., kochaliśmy się na piasku.
I tak było miło, nawet teraz czuję jego pocałunki – Maria się rozmarzyła – może Zosia nie jego? To by było szczęście, ale jak to odkryć? – Maria teraz myśli i wszystko sobie przypomina: ten marynarz miał czarny pieprzyk na ramieniu, bo jak zdjął bluzkę, to był widoczny w blasku księżyca – dosyć duży. Zosia też coś ma, ale jeszcze dziś to sprawdzi.
Muszę jechać, bo do szpitala.... - Maria myśli i nie może tego zrozumieć – dlaczego zapomniała coś takiego - chyba ze strachu, co by się stało, gdyby Stachu znał tą chwilę zauroczenia?
Nawet jest Maria zadowolona, że była i ona mu chociaż raz niewierna – Byłabym w siódmym niebie, gdyby Zosia była tamtego marynarza.
Wreszcie dojechała do domu. Ten rower nie taki, jaki ona kiedyś miała, zostawiła go pod ścianą - szybko do domu, zjeść coś, ubrać coś innego. Grzebie w szafie: wszystko stare i trafiła na sweterek, taki różowy, aż drgnęło jej serce - to ten, co go wtedy kupiłam, potem go schowałam głęboko w szafie mamy, albo Zosi – już nie wie sama.
Ubrała się i w drogę. A w szpitalu zaraz Zosi się spytała:
- Czy ty masz pieprzyk na ramieniu?
- Tak mamo, czarny i duży, że zawsze się wstydziłam chodzić w sukienkach na szelkach, by go nie było widać.
- A pokaż mi go Zosiu.
- Co ty mamo, coś odkryłaś w sobie, a może ktoś ci coś powiedział?
- No pokaż, bo aż mi serce drży.
Zosia zaciągnęła rękawek koszuli i już teraz Maria wie, że Zosia, to nie Stacha, ale tego właśnie marynarza. Ucałowała Zosię tak mocno, że aż Zosia się rozpłakała.
- Ty nigdy mnie tak nie całowałaś mamo.
- Ale dziś córeczko jestem tym twoim pieprzykiem tak zauroczona, że aż serce szybciej mi bije.
- No to mi powiedz dlaczego.
- Bo ty jesteś moją tylko córką, a nie Stacha.
- Co mama? Jak to tato to nie mój, a kto?
- To długa historia, ale dziś sobie przypomniałam coś z tamtego czasu i wiem na pewno, że nie jesteś jego, bo twój ojciec miał taki właśnie pieprzyk. Jak mogłam nie pamiętać tego do dziś?
- To ja mamo, Romka i Marka nie jestem siostrą?
- Nie.
- To i ja jestem tym faktem zaskoczona i naprawdę się cieszę. Mamo, Roman poszedł na stację, leć za nim, by nie pojechał.
Maria ruszyła w stronę wyjścia i taryfę zaraz złapała.
- Na dworzec proszę, tylko szybko, by nie odjechał...
W parę minut była na dworcu.
- Roman, Roman, gdzieś mój zięciu?
Roman siedział w pociągu, a łzy miał w oczach, gdy ją zobaczył – to prędko do wyjścia.
- Co z Zosią? - Był przerażony.
- Zosia może być twoja.
- Nie, bo siostra.
- Nie, ja dopiero dziś odkryłam, że Stachu nie jest jej ojcem, tylko twoim.
- Co? To prawda, co Pani mówi?
- Tak, przysięgam, nigdy bym cię nie kłamała, zawsze chciałam, byś był moim zięciem. Ty, tylko ty.
- Proszę wyrzucić mi moją torbę – krzyknął Roman w stronę wagonu.
Byli oboje tak szczęśliwi, że aż serca im skakały szybciej. Z powrotem dotarli do szpitala.
- Kwiaty dla Zosi muszę kupić, ona lubi róże.
Bukiet był ogromny. Zosia płakała ze szczęścia, tylko Julka nie wiedziała co mówić, tyle się zmieniło w jej życiu. Roman ukląkł przy jej łóżku.
- Juleczko wybacz, że wtedy pod ścianą coś ci mówiłem nierozważnie, nigdy bym nie zrobił ci krzywdy i nie zrobię, ale twoją mamę tak kochałem tyle lat, że coś poplątałem znaczenia – może to deszcz, ta ściana i te oczy, ale nic więcej. Proszę wybacz wujkowi, proszę Juleczko.
Roman na kolanach klęczał i prosił o przebaczenie. Do sali cała we łzach weszła Anna.
- Pojechał Mario, moje serce pęknie z żalu, co ja teraz pocznę?
- Mamo ja jestem i bardzo cię przepraszam. Jestem dziś szczęśliwy, mam dziewczynę swoją z powrotem i jestem wujkiem dla Julki i braci też mam i siostry.
- Co? Zosia nie może być twoja.
- Może Anno, ona jest moja a jej ojciec to marynarz, nawet nie wiem z kąt. Zosia ma to znamię na ramieniu, jak on, i to prawda - mogą być razem.
Nie mam wyrzutów sumienia, że go zdradziłam - on mnie wiele razy zdradził, no i jesteśmy kwita.
Anna stała teraz cała we łzach radości.
- Boże jaka ja dziś szczęśliwa, że znów mam syna i ciebie Zosiu. Tyle we mnie radości, że mogłabym krzyczeć.
- Dziś i ja Anno wiele się dowiedziałam o sobie. Ten ślub, co go brałam ze Stachem - to fikcja , aktor go dawał. Jeszcze wiele się wyda, Może też znajdę braci swoich, bo pisałam do swojej wsi na Białorusi, a może na Ukrainie – nie wiem. Myślę, że wszystko w końcu się dowiem: i o Stachu i o „kniazinie”. Ale dziś chociaż jedno mam z głowy Anno – nasze dzieci mogą być wreszcie razem. To ich miłość napełniła mnie radością, chociaż nie wiem co z Julką, tak ją Roman dziś przepraszał.
- Nic, a nic nie pojmuję – dodała Anna – ale też czuję w sobie wreszcie spokój, bo nie mogłam spać, to taki ból gdy coś tracisz Maryjko.
- Za parę dni rocznica śmierci Stacha, muszę jego dzieci na nią zebrać wszystkie. Czy mi Anno pomożesz?
- Tak pomogę, coś upiekę, możesz na mnie polegać. A co chcesz zrobić, chyba nie masz do nich żalu, że to tak wyszło?
- Nie, nie, ja chcę spokojnie żyć, a tą sprawę w końcu załatwić, tak by miała ręce i nogi.
Tak to Maria ujęła.
- Babciu, masz może w torbie jakąś kartkę i długopis?
- Nie Julciu, ale jak chcesz, to zaraz ci Romek kupi – dodała.
- To mu powiedz, bo muszę się uspokoić i zacznę znów pisać wiersze.
- To ty piszesz?
- Tak babciu, zawsze coś piszę. Bo co robić, jak starzy się kłócą – to poduszka na łeb, albo w uszy zatyczki i piszę co mi przyjdzie do głowy, bo jak żyć w takim młynie.
- A dziś też czujesz w sobie jakąś urazę Julcia, że chcesz pisać od nowa? Nie cieszysz się, że mama będzie z Romkiem szczęśliwa?
- Tak jestem z tego faktu zadowolona, ale teraz co ze mną? To teraz tato gdzie będzie? - Julka wykręciła kota ogonem, nie chce mówić, że coś poczuła do Romka, jest jej z tego powodu wstyd, Romek ma już czterdziestkę, a ona piętnaście lat. W dodatku on kocha Zosię, a nie Julkę.
- Proszę się babciu tym, co ja piszę nie interesować, to tylko moja sprawa.
Ale Maria czuje, że w jej sercu jest jakaś zadra i dowie się co to.
Roman zeszyt przyniósł i długopisy.
- Tyle ci wystarczy, bo niedługo do domu wrócisz.
- To dobrze, bo chciała bym już dziś.
- Zosiu, a ty kiedy?
- Jurto, tak mi doktor powiedział.
- Może i ja też jutro, mamo? Bo nie chcę dalej tu leżeć.
Zosia i Romek coś do siebie cicho mówią. Anna patrzy przez okno. Julka już pisze, chyba to coś smutnego, bo widać na jej twarzy tyle smutku. Maria siedzi i aż ją coś nosi – jak teraz z tego wszystkiego wybrnąć, by wszyscy byli szczęśliwi wreszcie, nawet Marek, chociaż go nie lubi.
- Anno chodź ze mną do jubilera.
- Czy nie za wcześnie? - Anna się zdziwiła.
- Nie, nie, to o czym myślisz, to po rozwodzie. Ja dałam złoto do przerobienia i muszę odebrać już dziś.
- No to mogę iść, pooglądam sobie te cacka.
No i poszły obie, Łańcuszki były gotowe – zważył.
- Proszę sobie wybrać jeszcze coś?
- A ile?
- Z półtora deko.
- To może być pierścionek i to duży – dodała Anna.
- A który się tobie Anno podoba?
- Bo ja wiem? Nigdy nie patrzyłam na złoto.
- No to teraz patrz i wybierz.. Ten?
- No, do twojego podobny.
- Proszę dać do przymierzenia.
- Ja nie chcę, nie mam pieniędzy.
- To ode mnie za syna, że są wreszcie razem.
- Co ty, to ja ci dziękuję, że go zatrzymałaś...
- No mierz.
- O, jak na mój palec.
- To twój teraz i masz do tego łańcuszek z krzyżykiem.
- Co ty Maryjka, tyle dla mnie, za co? Ja nie mogę...
- Możesz, to ja ci daję za moją matkę.
Wyszły razem, tak jak by były siostrami, coś mówiły, były tak sobą zajęte, że nawet nie zauważyły Katarzyny.


- A wy co takie zadowolone?
- Wreszcie są razem...
- A co z Julką i Markiem?
- A co ma być, wolność przed nim – Kryśka czeka z dziećmi. Nie trzeba było tak zaraz, tylko tyle lat zmarnowane.
- A co ja mogłam, to Stachu... Nie mogłam mu powiedzieć, że Marek jego, on by mnie zabił.
- Tak? To lepiej by Marek zabił Zosię, albo do czubków..., bo ty dolary... A tak dolary po równo wszystkim dzieciom, Markowi też.
- Wiedziałam, że Zośka ma je.
- Nie, Zosia ich nie ma, tylko ja.
- Co tobie zostawił? To łotr.
- Gorzej niż łotr. Ty Katarzyno wiedziałaś, że ślub kościelny był nieważny?
- Co twój ślub? Nie, nigdy o tym nic nie mówił. Kiedyś gdy się go spytałam - dlaczego z tobą , a nie z Różą..., to powiedział, że przez jakieś papiery z Rosji, co je miała twoja matka.
- Co papiery? Skąd on o nich cokolwiek wiedział?
- To Ruskie... te co do was..., no co twoja matka ich gościła, to oni Stacha tu wepchały na tego dyrektora, by je od niej im wyciągnął.
- A co to za papiery?
- Jakieś z banku w Moskwie, co twój ojciec... Ja dokładnie Mario nie wiem, wiem tylko, że twoja matka dała je Stachowi w kaplicy na tym ślubie. To była ta jego umowa, bo inaczej by tego ślubu nie brał. On się jej bardzo bał, coś o nim też wiedziała z tamtych stron.
- Cholera mnie bierze – co jeszcze się dowiem? Powiedz mi wszystko, co wiesz, bo nie dam nic twojemu synowi.
- Mario błagam, nie bądź okrutna jak ona – Marek musi wydobrzeć, jutro wiozą go do kliniki, będzie miał operację, to jak masz dać wszystkim, to i jego nie omijaj. Potrzebuję tych parę dolarów, bo wiesz że teraz wszędzie trzeba dać w łapę.
Te pieniądze co od ciebie wzięłam, to kropla w morzu, a ja chcę dla tych jego dzieci, by je mógł utrzymać. Zwolniony z pracy – nie wiem czy dostanie jakieś pieniądze, nawet nie wiem gdzie to załatwić mam za niego - on dalej leży. Co mam robić?
Chciałam Romka prosić, może by to załatwił, ale czy on zechce, za to że tak mu zrobiłam wtedy. Aż się boję go pytać.
- Wiesz co? Dam ci coś na pamiątkę za to, co ci moja matka tak zrobiła.
Wyjęła łańcuszek z krzyżykiem, tylko nie taki jak Anna dostała, i dała Katarzynie.
- Proszę, możesz go nosić, albo go sprzedaj. Rób co chcesz.
I poszły obie do szpitala. Julka spała, zeszyt trzymała na piersiach. Zosia z Romkiem coś do siebie gruchali.
- Dostała zastrzyk, to sobie teraz śpi – Zosia powiedziała.
- Romek co z tymi pieniędzmi, tak nie mogę ich nosić, bo strach że coś się stanie i przepadną.
- Idź i wpłać je z powrotem na konto. Zaraz mamo!
- Teraz nie mogę, widzisz że mam co innego do roboty, tyle na to czekałam...
Maria była ciekawa co Julka napisała, że wyjęła zeszyt bardzo ostrożnie, by nie obudzić i przeczytała ten wiersz:

„Tak to boli”

Świat się zmienia
Wieki płyną
Lecz i dziś kłopoty
Julii i Romea nie
ominą
Choć w sobie miłość mają
Grzechy z przeszłości
kochać zabraniają
Dzisiejsza Julia czuje
gorycz łez w gardle
Miłość musi skryć
w sercu na dnie
Romea kocha i kochać
będzie
Julia dla niego niebo
zdobędzie

Marię aż coś w sercu zabolało – czy to możliwe, że Julka jest zakochana w Romku?
Nie może tego zrozumieć – skąd by się znali? A może Romek za wszelką cenę chciał mieć coś z Zosi i dlatego gdy się dowiedział, że brat... to oszalał – może to być to. I dlatego Julka taka smutna, bo to jednak rodzina. Czy to by była prawda i to taka okrutna wobec jej dziecka?
Bo gdy Zosia odkryje tą prawdę, to co będzie?
Wsunęła zeszyt delikatnie. Chodź Anna, pojedziemy do domu, na dziś atrakcji dość.
Dała Zosi łańcuszek z Maryją i Julce z serduszkiem.
- Ale ładny – Roman dodał.
Wyszły obie i do taryfy.
- Dziś śpisz u mnie Anno.
- Dobrze, mogę spać, a co mi tam.
A w tym czasie Katarzyna z Markiem - gdy teraz wiedzą, że Zosia tych dolarów nie miała, to aż szlag ich trafia, że to właśnie Maria je ma. I ile ich jest?
- Może jest ich tyle co ty mówiłaś mamo, a może być więcej. I gdzie były ukryte, że Maria ich jeszcze nie wydała? – To ich bardzo nurtowało.
- I Może da po parę setek i komu? - Marek czuje w sobie złość, że to tak wyszło.
- Bo gdybym ja inaczej z Zośką postępował, to teraz byłby plus, a tak przegram sprawę i to twoja wina, bo się wystraszyłaś, że oskarżą mnie o zabicie Stacha, a on i tak zdychał.
- Nie mów tak, to przecież i twój ojciec - to coś ci się należy.
- No a jak nie, to co? Pójdę do sądu by mi dali? I wtedy skąd i ile..., czy ty wiesz, co by to było za piekło? I może by nawet go wykopali do badań?
- A dałeś mu coś, że się boisz?
- A gdybym mu dał, to wtedy nie wiedziałem, że to ojciec.
- Ty chyba żartujesz, to nie może być prawda. Ty byś nie mógł go zabić, nie, on się sam zabił, tylko przestań..., nie chcę nic wiedzieć.
- Za te dolary, żeby syna leczyć mamo, to bym go zabił. A czy wiesz, że on miał aż trzech z Różą, takich samych... I to właśnie mnie upewniło, że on jest moim ojcem, że to z dziada pradziada w genach chłopaki mają. Czy ty wiesz mamo, jak ja się bałem, że i Zośka urodzi mi syna takiego. To przez to nie chciałem mieć żadnych więcej dzieci. Co by było – ona siostra moja – jakie mogłyby być? Właśnie, może jeszcze gorzej upośledzone. Teraz nie żałuję, że goniłem ją na te zabiegi.
- A po co jej robiłeś...? Przecież mogłeś z nią nie spać. Czy ty wiesz ile zła zrobiłeś tym swoim zachowaniem? I co Julka ci powie, gdy wstanie, jak spojrzysz jej w oczy? Twoje dziecko, a tak ją urządziłeś na całe życie.
- Nie wiem mamo, jak to będzie? Żebym tylko chodził, to wszystko dla nich zrobię.
- Kogo masz na myśli - swoje dzieci?
- Tak mamo.
- A Julka?
- Co Julka, przecież ma dom i pieniądze. Zośka po ojcu dostanie.
- Jak równo to równo.
Katarzyna wyjęła z kieszeni łańcuszek.
- Popatrz co mi dała Maria, za to że jej matka mnie skrzywdziła, bo Stachu mógłby być mój.
- O, jaka hojna. Mogła dać ci dolarów.
- Przecież powiedziała, że da po równo, to bądź teraz cicho i czekaj.
- A te dziesięć tysięcy, to ci podaruje?
- Nie wiem, ale mi dała byś szedł na operację do kliniki, ona nie jest zła. Może nie będzie grzebać co, kiedy i z kim, ten jej pił?
- A on to co?
- To ojciec.
- Nie czuję mamo by to był mój ojciec.
- No niech tylko ktoś jej to teraz powie, to nic nie dostaniesz. Tu nie ma nikogo, tylko ty, a może badania porobią?
- Co badania? To teraz łatwe, włosy... i już wiedzą.
- Co Stachu zostawił włosy? Bo skąd je wezmą. Ty synu lepiej bądź cicho, bo kłopoty chodzą po ludziach.
- Mamo, czy ty jesteś pewna swego?
- Dziś już nic nie wiem, to tyle czasu minęło. Ty nie masz nic po Stachu – chyba tylko chęć na forsę i ten syn, co go masz. Tylko nie widziałam tych od Róży, może są inne?
Do sali wszedł Roman.
- Cześć, co u ciebie?
Marek nawet na niego nie spojrzał.
- O jaki honorowy, a chciałem ci powiedzieć że robimy wszystkim badania, czy aby ktoś się nie podszywał, że jest Stacha.
- Co? Ja nie muszę, mam takiego syna, jak on miał z Różą.
- Co takiego samego? A co twojemu?
- Ma dauna.
- To nie to samo chłopie. Róży dzieci są psychicznie normalni, tylko rozumieją odwrotnie i mówią, że nikt ich nie rozumie, ale są normalni. Z wyglądu są normalni, a daun to wygląd i psychika – no to nie mów, że nie chcesz, bo Maria ci nic nie da.
- To ja nie podpiszę Zośce rozwodu.
- Na to nie masz wpływu, bo ona pozbierała od lekarza zaświadczenia, że ją do aborcji zmuszałeś siłą i jeszcze możesz dostać za tego jej małego - co go w niej zabiłeś – pudło, co najmniej piątka, a za Julkę ze trzy... i siedzisz dychę. No to się zastanów chłopie, może jeszcze starego ktoś uzna za zatrutego i co? Ty nie bądź taki chojrak. Leżysz, ale nie skacz, bo ja do ciebie jak do brata. Zwolnienie cofnąłem, byś miał chorobowe, a potem na rentę bez problemu...
- Dziękuję Romek, że dla niego to zrobiłeś.
- To nie dla niego, a dla Julki, by miał jej z czego płacić alimenty.
- Co, ja alimenty?
- No i nie podnoś głosu, bo jeszcze odszkodowanie jej dasz.
Marek zamknął się na dobre. Romek powiedział cześć i poszedł.
- No i widzisz i mamy kłopot, jeszcze ci dowalą, a nie dadzą.
- A niech ich szlag trafi, tacy sami jak on. Tyle się musiałem naczołgać, by mi coś skapnął, byłem jak ten pies pod stołem Pana, czekałem grzecznie na jałmużnę, aż coś we mnie pękło jak bańka mydlana. Wracał z czworaków od Róży i się pokłóciliśmy - zaczął mi ubliżać od znajduchów, że nic sam nie umiem, trzeba wszystko za mnie załatwić. Wyszedł z samochodu i do mnie, że nie chce mnie więcej w domu widzieć, bo Zosia nie jest ze mnie zadowolona - jej trzeba chłopa a nie kalesony i nie wytrzymałem, jak go nie zdzieliłem pięścią z całej siły w ten jego bebech, aż zadudniło. Padł jak betka, a ja go do samochodu i po gazie i trach w słup. Myślałem, że umrę, gdy ogień objął cały samochód, a tak go chciałem dla siebie. I teraz znasz mamo całą prawdę.

- No to leż, bo nie mam ci nic do powiedzenia, może w końcu cię dopadnie sprawiedliwość, bom wszystko ci dała byś nie cierpiał, boś syn, a ty bandyta i czy warto o ciebie walczyć byś chodził – no nie wiem.
Katarzyna wyszła ze szpitala, nie wiedząc co ma robić z tym, o czym się dziś dowiedziała.
Może on nie Stacha, a tych co mnie przeleciało tylu wtedy – aż się ztelepała.
Mogłam wziąć od starej te tabletki i było by po wszystkim, a tak tyle zła wyrządziłam sobie i Stachowi, jeszcze dziś ktoś musi cierpieć przez to że go chciałam mieć.
Maria i Anna siedzą i opowiadają sobie różne stare dzieje, to jak było za czasów kołchozu, wyliczają kto jest do dziś, a kogo nie ma, kto biedny, a kto się dorobił – o wszystkim, jak starzy kumple.
- Maryjka, a prawda że masz te dolary po Stachu, czy tylko tak to powiedziałaś by Katarzynę ugryźć do żywego?
- Mam, to prawda.
- A ile on ci tych dolarów zostawił?
- Jest ich ponad jedenaście tysięcy.
- No to dasz wszystkim po równo?
- Tak, po równo dam.
- A sobie to nic nie zostawisz?
- A po co? Ja mam złotówki, a te dolary to brudne i ja ich nie chcę, a to co mam i renta po nim mi starczy. Gdyby nie te dzieci Róży, bo uznał je, to bym miała większą, ale nie narzekam, bo też i nie pracowałam jak inni.
- A co z Zosią, jej też chyba dasz?
- No tak trzeba, bo choć nie jego, ale ma jego nazwisko.
- No to... Róży trójka, Marek, Romek, Józek, Olga i Zosia – jest ich ośmioro, to wychodzi po tysiąc i coś.
- Wszystko będzie rozliczone dokładnie, byle by izbę skarbową mi nikt na łeb nie nasłał, bo wtedy było by źle, bo skąd i za co..., a ja nie wiem co to za pieniądze i nie chcę wiedzieć.
Katarzyna wie o nich, no to i Marka nie oszuka nikt. Widzisz, tyle szukał, podłogę zrywał, meble rozbił, a i tak ich nie znalazł.
- Stach je chronił przed nim.
- Co ty Anno, ja w duchy nie wierzę.
- A ja tak, bo gdy się spalił, to przyszedł do mnie w nocy, pogłaskał mnie po głowie.
- E tam, to tylko był sen.
- Nie, to nie sen, bo jeszcze nie spałam, myślałam o nim i przyszedł.
- Do mnie nie przyszedł, teraz wiem dlaczego - był na mnie zły, że go nie kochałam tak, jak on tego chciał. Anno tobie może chciał podziękować za Romka, mimo woli on wiedział, że Romek jego.
- Może wiedział – Anna dodała – no śpijmy, bo zaraz będzie świtać, jutro też dzień.
- A wiesz, że do mego mieszkania na blokach sprowadzam Paraskę.
- Co, tą pijaczkę?
- A co tam, moja też piła.
- A ja swojej nie pamiętam, została chora z bratem na wschodzie, chyba już dawno nie żyją.
- A może żyją, bo ja ci powiem, że ciągle myślę Anno, że moi bracia żyją - nieważne gdzie są.
Pisała matka do wojska o wyjaśnienie i nic nie dostała nigdy, a teraz ja napisałam do mojej wsi, może ktoś mi odpisze, czekam właśnie na wiadomość.
- Dobrze by było Maryjko, byłabyś nie sama w tych stronach.
- Anno, a gdzie twoi zostali?
- W Retne, to jest na Ukrainie.
- A co się stało, że ty tu, a mama tam z bratem?
- Bo mój brat był chory i mama powiozła go do lekarza ze swoją stryjenką, a wojsko przyjechało i nas do pociągu wywiozło.
- Co ty mówisz?
- Tak było Maryjko.
- Wszystkich?
- Nie, Polaków tylko. I co było robić, pociąg stał dwa dni, no i ruszył, a mama do nas nie dojechała, jechał, jechał, aż tu nas dowiózł, bałam się że mama może mnie nie znaleźć, byłam taka młoda, co było robić, tu dali nam mieszkanie i pracę i tak tu zostałam, a oni tam – cała rodzina, tato też tam wrócił z wojny, pisałam do nich listy, ale jechać - nie miałam pieniędzy, potem Roman się urodził, już nie byłam sama i wstyd że mam dziecko a męża nie i tak się w moim życiu pokręciło.
- Wiem Anno gdzie to jest, byłam tam z mamą jak brata ugryzła żmija, to niedaleko nas było. Prawie tak samo nas wywieźli – do pociągu i tu przywieźli, myślałam wtedy tylko o ojcu, on mnie kochał, byłam pewna że po mnie przyjedzie, a nie przyjechał, tak bardzo za nim tęskniłam, a potem zapomniałam.
- A wiesz Maryjka, że Romek mi niedawno powiedział, że ze mną pojedzie tam w odwiedziny, było by miło ich zobaczyć.
- Tak, ja moich braci to chyba nie zobaczę, w łagrach za ucieczkę ojca siedziały i chyba już nikt nie żyje. Coś Stachu o nich wiedział i matkę tym, z tymi Ruskimi co do nas na pegeer przyjechały, szantażował. No on był naprawdę jak ci... teraz mogę spokojnie o nich mówić, bo wtedy strach, że zabiją i tu w Polsce.
- Ale mieli władzę cholery czerwone - tak Anna ujęła ten fakt.
- Napijesz się kawy?
- No mogę, bo spać to my chyba nie będziemy.
- Ale chociaż się nagadałyśmy – za wszystkie czasy.
Kawę piły i tak coś mówiły, było im mało, nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiały. Rano poszły do sklepu coś kupić do jedzenia i pojechały na bloki autobusem, bo właśnie podjechał.
Tam Maria wzięła samochód i z Józkiem pojechała po Paraskę. ... czekała nawet się umyła i ubrała w czyste rzeczy, coś miała spakowane w tobołku, no i z powrotem na bloki. Nie było widać w oczach, tych tu ludzi, zachwytu z tego jej przyjazdu, ale byli cicho, tylko Józek był ciekaw, co ona zrobiła, że dostała mieszkanie od Maryjki. Było tyle zamieszania, a potem ucichło, gdy Maria powiedziała:
- Człowiek nie powinien być sam sobie zostawiony, chory i stary, bo umrze z głodu. Ona piła „zupę” z butelki i sama tego nie kupowała, to ktoś jej doręczał – a chleba, to nie. Ja tu dałam jej moje mieszkanie i będę ją doglądać do chwili...
Maria nie dokończyła, bo było jej wstyd, że nikt nie rozumie jej postępowania.
Weszły do domu, Maria otworzyła mieszkanie i Paraska aż się rozpłakała. Na stole w kuchni było jedzenie, zaraz zaczęła jeść, była głodna.
Anna też przyszła, zrobiła kawę i znów piły rozmawiając o przeszłości.
- Rzeczy Maryjki chyba będą na ciebie dobre?
- Pewnie. Czy tylko mi je zostawi? - powiedziała Paraska.
- A myślisz, że zabiorę? Tam u Zosi jest ich pełna szafa, niektóre jeszcze nowe, nie noszone. Te tu teraz twoje.
Paraska przeglądała sukienki, marynarki, buty i była taka szczęśliwa, jak by wygrała los na loterii.
- Tu masz łazienkę, woda ciepła w tym kranie, a tu zimna.
- O dobrze, że ubikacja na miejscu, ja już nie zdążam do kibla – i się zawstydziła.
- Tu masz wszystko, co ci potrzeba, a tam... o zobacz sklep – przez okno pokazała Maria Parasce.
- Tak blisko, to ja sama tam będę chodzić.
- Tylko nie kupuj dużo wódki, bo jak ci braknie, to tu nikt ci nie pożyczy – dodała Anna.
- Nie, ja piłam, bo byłam tam sama, a tu są ludzie i do kościoła blisko. Będę Maryjka grzeczna, a modlić się będę, byś żyła długo i bogato.
- A co ty pleciesz, po co mi bogactwo? Wolę jak mnie ludzie polubią i na tym mi zależy.
Zostawiła klucze i powiedziała:
- Masz dobrą pamięć?
- No nie bardzo.
- To masz mój rzemyk z kluczem, ściągaj go z szyi do spania i mycia, a tak noś go na szyi, bo tu trzeba zamykać na klucz drzwi.
- Dobrze, będę tak robić.
Anna z Marią wyszły, a Paraska została przeglądać to, co jej zostawiła.
Maryjka teraz jest o nią spokojna – ma wodę i chleb, no i do chleba, będzie żyć, bo tam by na pewno się wykończyła.
Anna zaprosiła Marię do siebie, ale ona chciała iść do Róży, zobaczyć jak sobie chłopaki poradzili z tymi modelami i tak zrobiła. Anna też poszła, może Róża jej nie wyrzuci.
Radość i opowiadania było ogrom – ale nikt z nich ich nie rozumiał, Maria tylko ich głaskała po głowach.
- No pięknie to zrobiliście.
A oni jak by mogli, to by ją zacałowali.
- Ale to całuśne chłopaki – dodała Anna.
I było bardzo miło, Róża była gościnna wobec nich, dość długo były u Róży.
- No trzeba do domu, bo może Zosia już wróciła, a my po chałupach...
- Zosia, Zosia – jeden z chłopaków, ni stąd ni zowąd, powtarzał i to dokładnie.
- O Boże, on rozumie co my gadamy, prawdę o nich Zosia mówiła, że oni są normalni, tylko mówią odwrotnie. A jak Stachu maluje?
- A zobacz – przyniosła Róża malunek, niby coś na nim widać znajomego.
- Masz lustro?
- O tam w pokoju.
Maria poszła i aż o mało nie krzyknęła:
- Popatrzcie co on namalował – w lusterku było widać tak jak my widzimy – teraz wiem, że oni są zdolni i trzeba ich do szkół dać, albo niech tu ktoś ich uczy.
- Ale kto i za ile? - Róża była przerażona.
- Nic się nie martw, ja dam na wszystko, co będzie trzeba. Szkoda tylko, że wcześniej nikt tego nie uczynił.
- Stachu – ich ojciec – się wstydził, on generał, a oni tacy ułomni.
- On generał, co ty to Różo opowiadasz?
- No bo mi to tu zostawił.
Wyjęła z szafy cały mundur i czapkę, szable, ordery z wojny.
- Boże co to? Tobie ufał, a ja żona – to nie?
- Ja też Maryjko żona i to kościelna.
- Co, on z tobą ślub wziął?
- Tak w cerkwi w Legnicy, pop nam go dał.
Aż Maria się zdenerwowała – jej był fikcją a prawdziwy wziął z Różą.
- By państwo uznało jego synów, to musiał, on był Ruski, tu go dały, by coś załatwił, to coś miała twoja matka, ale mi nigdy o tym nie chciał powiedzieć. Po jej śmierci był bardzo zły, że część mu dała na twoim ślubie w kaplicy, ale te papiery najważniejsze, co wszyscy chcieli je mieć, to nie zdobył.
- To świnia. Chodźmy, by chłopaki nas nie słuchały, na pole i tam mi powiesz, co wiesz o tych papierach.
- Ja przedtem nic nie wiedziałam, nawet że ślub był nieważny, też nigdy mi o tym nie mówił, dopiero po jej śmierci. Bił się po głowie, że mógł ją zamknąć, to by powiedziała gdzie je ma, nawet tą kulawą męczył, czy coś jej nie powiedziała przed śmiercią, chodził zły, pił i coś po Rusku klął, ja nie wiele go rozumiałam, aż w końcu powiedział, że byłby bogaty, jak by te papier miał wszystkie razem. Ale twoja matka też nie była głupia, gdzieś je tak schowała, że on je nie mógł znaleźć. Ciebie też pytał o nie i nic nie powiedziałaś. Mnie on nigdy nie pytał, a jednak po jej śmierci on sprowadził ruskiego hipnotyzera i cię uśpił i pytał, ale ty nie powiedziałaś jemu nic i dał sobie spokój. To była jego straszna porażka, bo gdyby żyła jeszcze trochę, to miał sprowadzić jakiś lek i by jej dał, to by mu wszystko powiedziała, nawet to co by zapomniała.
Maria czuła niesmak w sobie.
- A powiedz Róża, ty żona kościelna, a ja cywilna, dlaczego te dolary, co mu Katarzyna nakupowała, nie dał na leczenie chłopaków?
- On żadnych dolarów nie miał, wszystkie przegrał w karty, to twoja matka miała za złoto, sprzedawała i gdzieś chowała w domu, on szukał, ale to ona była przy budowie i miała taką skrytkę, że nie znalazł.

- Co dolary ona miała – Maria była tym niby zaskoczona – a skąd o tym wiedział Marek?
- I to był błąd, bo jak Zosia urodziła Julkę, to Stachu pił i płakał, że jest bogaty, bo stara zostawiła gdzieś jedenaście tysięcy dolarów, a on nie wie gdzie są. A Marek się czepił tego i gdy piły to go pytał gdzie, ile i za co były kupione - wyciągnął to z niego.
Marek był zły, gdy Stachu ten dom na mnie przepisał i przywiozłam tu chłopaków. Między nimi rósł mur, jeszcze trochę, a wygnał by go z domu, bo mu ciągle wypominał, że miał to być dom jego, bo z Zośką się ożenił i mówię ci Maryjka - Stachu nie był z Marka zadowolony, wolał by Romka, nieraz to mówił, ale czasu się nie cofnie – tak mówił.
- A o mnie co mówił?
- Że chociaż by chciał dać dom Markowi, to nie może, bo dom stoi na ciebie i on nic zrobić nie może. Wiesz co Maryjka idź do tej kulawej, bo ona z moją matką znały się z Ukrainy, były z jednej wsi, a ona znała twoją matkę też z tamtych stron, tylko czy ona coś pamięta? Tyle picia wypiła. A co Marek u niej mógł szukać, zawsze jej coś zawiózł, no i może on chciał się dowiedzieć, gdzie te dolary twojej matki.
- A czy ty coś wiedziałaś od twojej mamy o moich braciach i ojcu?
- Wiem tylko tyle, że twój ojciec to był oficer, a bracia chodziły do szkoły wojskowej i coś w czasie wojny robiły dla wojska, a co? To naprawdę nie wiem. Ja tu mało bywałam, bo nie wolno mi było dzieci tu przywozić - Stachu bał się twojej matki.
- A kto ci o tych dolarach mówił, że gdzieś są?
- Zosia, bo Marek ją głodził, bił, różne kary wymyślał, by ją złamać, by mu je dała.
- A to drań.
- A ty wiesz, alem głupia, gdy Stachu z ciebie nie wyciągnął nic, to ty o dolarach nic nie wiesz na pewno.
- Wieczór – Anno idziemy, bo Zosia się martwi o mnie, a ja z tobą cały dzień, nawet nie czuję się zmęczona.
- Do widzenia – powiedziały i poszły.
- No i co na to ty teraz Anno, te dolary są moje po matce, a ja chciałam dać jego dzieciom. Ale ta Katarzyna kłamca, jutro jej to wygarnę, to wszystko ona jest winna i może naprawdę coś zrobiły Stachowi, bo nic nie mógł im dać. A może ona kupowała mojej matce dolary i o nich wiedziała – dlatego ożeniła Marka z Zosią. To suka, tyle zła w niej siedzi.
- I co jeszcze się dowiesz Maryjko, aż doprowadzisz to wszystko do końca.
- Uwolnię się od niego, gdy Zosia dostanie rozwód i nie dam mu ani centa, jak to będzie prawda. Teraz jeszcze Paraska coś powie na jego temat, bo on do niej chodził. Ale nie dziś, na dziś mam dosyć, idę do domu spać.
- A może do mnie?
- I znów noc przegadamy, a spać w dzień będziemy.
- Jutro masz do miasta... aby ją dopaść i do tej starej lekarki, do tej co była tą felczerką i piła z twoją mamą.
- Tak, ta... ona coś wie o Stachu, może i o dolarach coś powie, jestem ciekawa skąd one są?
- I kto by pomyślał, że cię aż hipnotyzował by coś z ciebie wyciągnąć, aż strach bierze kim on był.
Nie idź piechotą, może Roman jest, to cię odwiezie.
- On, myślisz Anno, tu by na nas czekał? Ja na jego miejscu byłabym z Zosią, tyle stracili życia i łez.
- Maryjka ty go naprawdę lubisz.
- Tak Anno i byłam zła na wszystkich, gdy Zosia szła za Marka, nie mogłam tego staremu przebaczyć, że tak zrobił mojej córce.
- No tak, tylko on nie wiedział, że twoja, bo by może było jeszcze gorzej – dodała Anna.
- Ktoś jedzie, może mnie podwiezie.
I tak było, znajomy zawiózł Marię aż pod dom i nie chciał ani grosza.
- Może kiedyś piwo Pani postawi – roześmiał się tak, jakby był zadowolony że dyrektorową wiózł.
W domu Zosia już była z Romkiem, pili kawę.
- Zrobić ci mamo kawy?
- Zrób, dziś co się dowiedziałam, to aż nie mogę myśleć o tym.
- A co mamo, znów cię ktoś obraził?
- Nie, ale zaraz coś sprawdzę – umiesz Romku po Rusku czytać?
- Tak, czytałem mamie listy z Ukrainy i odpisywałem. A co Pani ma do przeczytania?
- Stare jakieś papiery po mamie.
- A gdzie one są?
- Ona je miała schowane i tych właśnie papierów szukał Stachu.
- Tato papiery... a skąd by on wiedział coś o nich?
- No właśnie, jedne dała mu jak ze mną brał ten ślub w kaplicy, ale te najważniejsze to tu są. Dobrze, że je nie znalazł Marek. Nareszcie wyszło szydło z worka – te Zosiu dolary też jej.
- I to chyba o nich Marek się dowiedział od Stacha, bo Stachu nie mógł ich znaleźć – ale ona miała łeb ta babcia, że je trzymała w jego pokoju - tyle lat pod nosem. Skąd ona miała takie meble?
- To były na zamówienie, a ten stolarz to Niemiec.
- Co, to ona u Niemca...? I pomyśleć jaka była sprytna, wiedziała że jak taki zrobi coś, to nikomu nie zdradzi.
- A skąd ona te dolary miała – dowiem się może jutro, bo całą noc nie spałyśmy z Anną, tylko wspominałyśmy stare czasy.
- Mama tu spała?
- Tak, przecież po co się boczyć, wy i tak będziecie razem, chyba o tym wiecie, bo ja zawsze tak chciałam, a wyszło inaczej.
- Teraz na pewno, tylko jak Zosia dostanie rozwód, to nasz ślub będzie na pewno, po co czekać.
A te papiery gdzie są?
- Na górze.
- No to idźmy poczytać.
I w trójkę poszli. Trzeba było znów opróżnić dwie półki, wyjąć je i dopiero tylną ściankę podważyć i już.
- No faktycznie ona miała głowę, żeby coś takiego mieć.
- O to... popatrz Romek, co to może być, że tego Ruscy szukali i Stacha tu wepchali na tego... dyrektora, a on oficer.
- Co?
- No Róża ma jego mundur cały i ordery, szabla, może nawet pistolet, tego nie wiem.
Romek czytał i nie mógł tego zrozumieć.
- Tyle rubli to ogrom forsy, w banku w Moskwie, skąd to Pani mama miała?
- Ja nie wiem, nigdy mi tego nie pokazała, nigdy o tym nie mówiła, gdzie to jest, co to, do kogo to należy.
- Do Pani ojca, to chyba jego podpis – i wskazał Marii.
- No ja to nie pamiętam ojca podpisu, ale na zdjęciu jest adres i podpis. No taki sam.
- Widzi Pani, to było jego, on był bogaty.
- No przed rewolucją jego ród to Kniazie – to wiem, nawet tu matkę tak nazywali, ale ja nic nie wiem skąd ojciec mój miał te pieniądze i do czego miały służyć, może to pieniądze na wojsko i dlatego szukali wojskowi?
- A twoja mama, no Pani...
- Nie ważne, mów mi Maria.
- ... Mama to Polka czy Ukrainka?
- Ja wiem, że jej mama była Polka, a ojca miała ruskiego, no to by się zgadzało- chłopaki to Ruskie, dziewczyny po matce – Polki, tam tak ludzie to praktykowali.
- Ktoś mi opowiadał na studiach, że syn był w banderach i zabił matkę i siostrę bo Polki.
- A on co, był Ukraińcem?
- Tak to właśnie było.
- To może prawda, jaką moja matka znała, może być okropna, ona Polka i ja Polka, to po co by nas ojciec po wojnie szukał? Chciał tylko te papiery.
Teraz Maria ma złość na wszystkich, chociaż nie zna prawdy tylko domysły.
- Proszę schować te papiery, by nikt ich nie znalazł, nawet ty.
- Tak to bardzo ważne papiery, wezmę tylko nazwę banku i nazwisko, to jutro pojedziemy z Zosią do Legnicy i w Banku Narodowym sprawdzimy, co to za bank i na co były te pieniądze.
- Wiesz Roman, poczekajmy z tym, bo pisałam do swojej miejscowości czy są tam moi bracia, to lada dzień mi napiszą może list.
Maria poszła spać wieczorem do góry na łoże matki, już nie czuje w sobie goryczy do niej, cokolwiek wie od ludzi, że nie było jej łatwo tu żyć.
A Romek z Zosią zostali do rana. Rano Zosia ją zbudziła.
- Mamo wstawaj, jacyś ludzie pod bramą stoją.
- Co to oni do mnie, może to zbiry Marka? Wszystko z powrotem prędko do szafy i na półki ciuchy, by tylko się nie wygadać nikomu - aż strach ścisnął jej serce – Romek jest?
- Tak mamo jest i będzie na zawsze. Ja go już nie puszczę od siebie.
Zeszła, umyła się i wyszła. Roman z nimi rozmawiał po Rusku. Maria słyszy głosy, ze strachu nie może iść – no i znaleźli mnie, po co ja pisałam po braci.
- Maryjka, Maryjka, siostro!
Co siostro, aż coś ją boli, to oni tu - bracia moi, Mikołaj taki jaki był tato, Andriusza, Jurij, Nikodem.
- To wy moi bracia, tak prędko żeście do mnie przyjechały, a mama was tyle szukała.
Chłopy jak dęby stali za bramą. Roman ich nie puszczał do środka.
- To Pani Mario bracia?
- Tak.
Mikołaj był podobny do taty, Nikoś też, mama to mówiła, bo ja nie pamiętam, a ci dwaj – do mamy.
- No widać, że i do Pani... takie oczy.
Bramę otworzył, a Zosia psa spuściła, myślała że to napad.
- A czym żeście tu przyjechały?
- Z nim.
Samochód stał niedaleko, a ten stary chłop... – Maria go poznaje, był na ślubie jej.
- On was tu przywiózł? Wy sami nie chcieli, tylko on, może wy z łagrów tu prosto do mnie, bo mama nie żyje już dawno, umarła z żalu, że was nie ma.
Przywitali się i do domu.
- A ten co? To wasz dowódca z wojny i te strony znał? Bo tu on był i to nieraz, pił i żarł, baby obmacywał, nawet do mamy startował.
- Co, on mamę znał?
- Tak bracia, on ją znał i przez nich nie byliśmy razem. A co wy tak prędko przyjechaliście?
- No bo my Maryjka do mamy chcieli.
- No to ja wam muszę wystarczyć – co nieco rozumie, a coś jej Roman tłumaczy – bo leży w ziemi.
Jest zła, że oni nie z miłością do niej, ale tak jak by coś chcieli dostać. Pies szczeka, a ten... stoi pod bramą.
- Ludzie mamo się gapią, trzeba go wpuścić.
- No to go wpuść.
Wyszła Zosia, psa uwiązała i poprosiła do środka. Spytał on Zosię:
- Czyja ty?
- Stacha, dyrektora córka.
On aż się rozpłakał.
- Ty moja, ty moja...
- Co Pan, ja nie twoja.
- ... moja wnuczka, bo Stachu to mój syn. A gdzie on teraz?
- W ziemi.
- Co umarł?
- Tak, pił i umarł.
Stary stał i płakał jak dziecko.
- Mój syn... oni go tu dali, bo po Polsku mówił.
- A co chcieli, ci oni?
- No te dokumenty.
- A po co? - Zosia była zdenerwowana do granic wytrzymałości – Proszę wejść, mamę Pan zna? Bo ona Pana pamięta ze ślubu.
- Tak, to był piękny ślub, ale...
- Co – Zosia podłapała – nieprawdziwy.
Przywitał się, lecz mama nie podała mu ręki. Usiadł i był bardzo smutny, że już Stacha nie ma.
- Ona to moja wnuczka – powiedział do mamy.
- Nie, to moja córka i tylko moja. To jest Pana wnuk.
Roman podał mu rękę i się przywitał. Coś tłumaczył Romanowi. A Maria była tak zła, że nie wiedziała czy ma mówić z braćmi o mamie, czy o wojnie.
Zosia zrobiła jeść i pić, no i w końcu Maria zadała pytanie:
- Gdzie ojciec i czemu po mnie nie przyjechał – czekała i czekała.
- Ojciec nie mógł, budował na naszej ziemi fabrykę.
- Czego ta fabryka była ważniejsza ode mnie?
- Dokumenty były jeszcze zrobione przed wojną i zebrane pieniądze w banku. I to miał nasz ojciec ukryć przed Niemcami, no i te papiery schował w lipie, co rosła za domem, tam były groby babci i dziadka, nikt nie znał kryjówki – nawet my. Gdy wrócił z wojny – tam było pusto, tylko złoto i diamenty były, to zaraz pomyślał o mamie - bo kto by zostawił złoto. Lecz nikt nie chciał w to wierzyć, zamknęli go w łagrach, a my mieliśmy zakaz opuszczania kraju. I to my mamę szukali na to, by te papiery dała, bo tato umrze.
- A co pan powiedział mamie, że uciekł do amerykanów w Niemczech, a moi bracia w łagrze i trzeba te papiery, by ich puścili.
- Ja nic nie mogłem zrobić, oni Stacha tu mieli, zabili by go.
- Tak, czy to kłamstwo, czy prawda?
- Prawda siostro, oni mieli nas w łapach jak sępy. A te papiery, to tylko plany były tej fabryki.
- A co tam produkują?
- Nie, to tajemnica, możemy zginąć. Ojciec dał złoto i diamenty, całą ziemię na tą fabrykę. A my z braćmi pobrali pożyczki, ale to mało by spłacić ten dług, co go ojciec miał.
- A on żyje?
- Nie, zmarł niedawno. Wiedział że ma chłopa Polaka i dzieci z nim.
- Co? - Maria była naprawdę zła.
- Ona nikogo nie miała, a te papiery ciągle nosiła na sobie, myślała że ojciec przyjedzie po nie. A ze Stachem łączyła ją jakaś umowa, jak on brał ślub ze mną, to mama dała mu te papiery, wszyscy co byli, to widzieli – zdjęła sweter i bluzkę i ten skórzany plecak dała jemu.
- Tak, to mamy, lecz nie było w nim tych papierów z banku, gdzie ojciec wpłacił te państwowe pieniądze na tą fabrykę, a my musimy spłacać, wszyscy udziałowcy też.
- Skoro żeście wiedzieli gdzie jesteśmy, to dlaczego oni kłamali.
- My siostro nie wiemy, może chcieli coś na tym zyskać dla siebie, wiesz jacy są ludzie, każdy chce tylko dla siebie pieniędzy.

Roman spytał:
- Gdyby ten papier się znalazł, to jak byście te pieniądze dostali? To wasz ojciec podpisał – który z was jest upoważniony?
- Ja – dodał Mikołaj – mogę ojca reprezentować w Rosji.
- A kto wróci to, co już wam zabrali?
- Państwo i wojsko weźmie swoje - reszta nasza. Za złoto, diamenty i ziemię zapłacą.
- A kto to wam zagwarantuje, że będzie tak a nie inaczej?
- Tak będzie, bo władze tak nam dały do zrozumienia.
- A może was zamkną, jak ojca?
- Teraz jest inaczej, każdy sobie, Białoruś trzyma z Rosją – to chyba nie będzie kłopotu, gdyby tylko były te papiery, a my wolni od spłat, bo nie da się żyć tak dalej, my i nasze dzieci nie spłacą tego.
- Zosiu gotuj obiad, bo goście chcą jeść.
- My nie głodni – prawie razem odpowiedzieli, a tacy chudzi ci bracia.
- A ty co radzisz zrobić, oni mają nasze rodziny, no i widzisz że to cała machina – tego sami nie rozstrzygniecie – wezmą papier i pieniądze a wy dalej będziecie płacić, bo ktoś trzymał i trzyma łapę na tym i korzysta.
Byli bardzo zmartwieni.
- Co robić bracia?
- Ja myślę, że trzeba od razu do banku pojechać i zabezpieczyć tych, co do tego są wciągnięci jako dłużnicy. W banku wyrównać koszty - komu ile oddać, żeby tym co kradną bata ukrócić, a nawet złożyć skargę do władz o nadużycie władzy.
- To by bracie było dobre.
- Ale kto to z nas załatwi, my biedni, do Moskwy nikt nie dostanie pozwolenia, by jechać.
Może ty? Ty jesteś mądry, umiesz po rusku, to może byś nam pomógł, my ci zapłacimy tylko jak to będzie załatwione że nam i naszym rodzinom nic nie będzie grozić.
No ale gdzie mama zostawiła te papiery – kto może powiedzieć coś o nich?
Wiemy że szukali je, nie jeden i nie znaleźli. Nawet Stachu nic nie wskórał, a jego ojciec też płaci?
- Pan?
- A co, umowa na wiąże, to muszę dawać, nikt nic nie podaruje człowiekowi, to dużo, dużo rubli było, a bank nie da bez papierów.
- No to wiemy wszystko. Zjemy i wtedy pogadamy jeszcze.
I tak było. Maria dała papiery ojca Romkowi.
- Przypilnuj tych papierów, by nikt więcej nie cierpiał.
Wzięła złota trochę i też im dała.
- Macie, to mamy złoto. Nie wiem skąd miała, ale ja nie chcę tego, wam się może przydać
A o dolarach nawet nie wspomniała.
Były łzy pożegnania i zapewnienia że jak tyko coś załatwią, to napiszą a nawet przyjadą.
Roman wziął paszport z domu i trochę pieniędzy – dała mu Maria i z Mikołajem pojechał do Moskwy.
Dzwonił, że dojechali w pięć dni, że załatwili jak trzeba było – każdy został rozliczony dokładnie, pieniądze są już przelane, wszyscy są wolni. A to co zostało im zabrane – zwrócą z procentem.
Maria czuje ulgę, że chociaż jedna sprawa ważna jej matki została załatwiona dobrze – chociaż teraz tamci ludzie nie będą ją przeklinać, może spoczywać w pokoju wiecznym.
Julka wróciła do domu, a Romana nie ma, Zosia martwi się, płacze po nocy nieprzespanej.
- Mamo może on zatrzymany przez władze i będą go trzymać?
Maria i Anna też tak myślą, ale Roman przyjechał i przywiózł chłopaka, tak bardzo podobnego do siebie - jak bliźniaki, tylko młodszy od Romka.
- Mamo, to brata twego najmłodszy syn.
- Byłeś tam? A my tu się martwili, co z tobą.
- Było to tak blisko, że musiałem pojechać mamo.
Zosia była w siódmym niebie, a Julka oczu nie mogła oderwać od Jury.
- Ale będzie z nich para – dodał Romek – on u nas zostaje na dłużej, będzie chodził do szkoły, chce być sędzią, to mu pomogę mamo, a ona przestanie cierpieć przeze mnie – przyznał się Romek do błędu, który popełnił – to ten deszcz sprawił że zacząłem z Julką rozmawiać.
Pamiętasz Zosiu jak ty wtedy stałaś pod tą ścianą w różowym sweterku, taka byłaś piękna, że nie mogłem oprzeć się by cię nie zaczepić.
- Tak. Nigdy przedtem ze mną nie rozmawiałeś – zawsze z daleka.
- Bo byłaś dla mnie, czułem to.
- To ten sweterek mamo, twój różowy. Włożyłam go pierwszy raz i to mi się zaraz przytrafiło, taka miłość była w nas.
- I jest – dodał Romek.
- A wiesz, że ten sweterek, to pomógł mi go kupić ten marynarz, wtedy nad morzem, gdy byłam ze Stachem.
- On mamo przynosi miłość – Julka podłapała – tak, sweterek co leży u babci w szafie, ten różowy, ja też go nieraz oglądam, może zaraz go włożę.
I pognała na górę, włożyła go i stanęła na balkonie, a Jura z dołu do niej:
- Julio kocham cię, mogę być twoim Romeem, Julio zgódź się, tak pięknie wyglądasz w tych kwiatach i ten różowy tak ci pasuje do twarzy, jestem tobą zauroczony, dam ci świat pod nogi.
- Daj mi siebie, świat zostaw dla reszty ludzi.
Chodzili pod rękę prawie całe wakacje. Potem szkoła – ale do siebie dzwonili i pisali.
Marek dał Zosi rozwód i zaraz wzięła ślub z Romkiem. To wielkie szczęście patrzeć na nich, tyle mają ze sobą wspólnego, razem planują co zrobić, albo co i jak pomalować w domu.
Tylko te dolary nie dają Marii spokoju. Skąd je miała mama? - to ją dręczy, ale nawet do stolika nie zagląda, pragnie by ktoś je ukradł, albo żeby znikły. Po co ja je szukałam, Zosia nawet nie wspomina jej o nich.
Katarzyny całe lato Maria nie spotkała, a od tej lekarki starej, to Maria nic się o dolarach nie dowiedziała, tylko to że jej te tabletki poronne dla zwierząt nieraz załatwiała, niby dla psa i tyle... Tylko Paraska może coś powiedzieć, ale nie ma odwagi pytać, gdy chodzi do niej w odwiedziny. Tak się Paraska zmieniła, do kościoła chodzi co niedzieli i nie pije, ma dobry kontakt z sąsiadką, co Marii oczy otworzyła na te jego dzieci.
Boże jaki spokój na pegeerze, ludzie się zmienili. Romek dobrze zarządza całością. Wszyscy wiedzą, że dzieci Róży to bracia Józka, Olgi, Romka, Zosi i Marka. Tylko to, że Romek z Zosią niby rodzeństwo, a są razem, Maria nikomu nie chce o tym mówić, bo po co - a zresztą to moja sprawa.
Bracia piszą, że na święto zmarłych chcą przyjechać z żonami do Polski, na grób mamy. Romek zaprosił ich, Maria jest wreszcie spokojna, ma rodzinę taką, jaką chciała mieć. Tylko ciągle te dolary siedzą jej w głowie. Któregoś dnia poszła na groby posprzątać i spotkała tam Katarzynę.
- Co tu robisz, nawet po śmierci chcesz by był twój? Mogę ci go dać na zawsze.
Powiedz mi Katarzyno co ty wiesz o tych dolarach, co niby je Stachu miał – tylko prawdę, bo to mnie wkurza, nie znam prawdy do końca, a ludzie coś nieco mówią, że te dolary to mojej matki były. Co ty na to?
- No ja wiem, że ty już wiesz, że to twojej matki i dlatego nie dochodzę tego żebyś coś dała Markowi, tylko bym chciała byś podarowała mi ten dług, co dałaś na operację Marka, to wtedy ci wszystko powiem o Stachu i twojej starej.
- Ona miała imię, Katarzyno.
- Wiem, że imię ważne dla ciebie Mario, ale dla mnie to ból i strach wywołuje w pamięci. Co mi zrobiła - nie mogę zapomnieć.
- No to mów, co wiesz.
- A masz je? Bo nikt nic nie dostał od ciebie do tej pory, może sama nie wiesz gdzie są i tylko szukasz, wypytujesz wszystkich, Parasce dałaś mieszkanie swoje – i co nie chce nic powiedzieć?
Owszem, ja jej te dolary sama kupowałam, gdzie popadło, bo z banku to ona się bała, że ktoś coś odkryje i koniec.
- A za co je kupowała?
- Jak był kołchoz to ona skądś krowy dostała i były jej, ona zawsze coś musiała mieć swojego. Potem byka skądś kupiła, a może jak te krowy po Niemcach..., ale miała papiery że jej, to co ja mogłam, byłam tylko po to, by w biurze policzyć i żeby pasowało w papierach, a jak pegeer przejmował, to jej państwo zapłaciło za jej prywatne zwierzęta. To były ładne pieniądze, a reszta forsy to z ruskimi handel: kartofle, mąka, to i młynarz mielił na okrągło i pieniądz leciał do kieszeni, owce bokiem do ruskich - bo trzeba im, bo głodni a swoi.
Ona była dobra w gospodarzeniu, ludzie znali ją ze wschodu, żyło się dobrze i i mnie i jej i ludziom - zresztą pamiętasz jak było. Stachu tu jak przyszedł nastał chaos i strach - robiła balangi dla niego i jego zachcianek, kryła przed nim co się dało, pieniądze miała, to ten dom wybudowała a potem z ruskimi handel szedł jeszcze lepiej, a ona tylko dolary brała, on też je lubił, grał w karty i coś zawsze szukał, pytał o jakieś papiery, czy ona je ma, potem całkiem ją odsunął od stołu, to ona warunek że z tobą ożeni, no i dobrnęła do swego, on ślub, a ona jakieś ruskie papiery. Śmiał się że głupia, mogła mieć miliony rubli a za nic je oddała, bo ślub dał wam aktor z teatru, czuł się jak by zdobył nie wiem co, no i trach te papiery to niekompletne, czegoś najważniejszego nie dała i znów kręcenie się koło niej na kolanach i nie czuł się tak pewnie, z domu go gnała, a on spał na pryczy za biurem, płakał że to dla niego koniec, nie może wrócić do domu, do żony i dziecka w Rosji.
- On miał żonę i dziecko?
- Tak, tu był pod zmienionym nazwiskiem, ktoś tylko po te papiery tu go wsadził, cierpiał bardzo, ciebie nie kochał, bo nie chciałaś go takiego jakim był. Mówił że Zosia może być nie jego, bo byłaś niewinna, a on sobie nie dał rady, bał się że stara będzie zła, jak cię weźmie tak jak on lubił, a tu ciąża, nawet nie chciał znać prawdy, mówił że to stało się nad morzem, a on nie pamięta jak do tego doszło. Śmiałam się z niego, że po pijaku go zgwałciłaś, jak on nie mógł - nie zaprzeczał, chociaż nie był pewny i tak żył obok ciebie. Potem ona zmarła a on został szukać tych papierów, no i dolarów, bo mu powiedziałam o nich, że ma sporo, sama je kupowałam - jedenaście tysięcy, młynarz też coś kupował jej, bo ona sama nie kupowała, ani jednego, no i znasz prawdę całą, chociaż wiem że ta kulawa zna więcej o niej prawdy niż kto inny.
- Wiesz co Katarzyna, dobrze że cię tu spotkałam i się rozmówiliśmy dokładnie, daruję ci ten dług i może jak je znajdę, to ci dam też za to.
- A nie masz ich?
- Nie, bo nie wiem czy są, a wtedy kłamałam by ci dokuczyć.
- Jak Marek ich nie znalazł, ani Stachu, to ty też nie znajdziesz – i poszła.
Stanęła Maria nad grobem Stacha i powiedziała:
- No i po co ci to było, chciałeś wiele a nic nie miałeś, tylko dzieci zostały po tobie, takie nieszczęśliwe, czekają aż do nich wrócisz, bo Róża im powiedziała że pojechałeś do swoich w Rosji, ona nawet nie wie, że byłeś kimś innym, niż ten co z nią ślub wziął. Muszę dać do rozebrania twój pomnik i dam im te pieniądze na szkołę, po co on na polskiej ziemi, skoro nikt nie wie jak się naprawdę nazywasz.
I poszła na grób matki.
- Mamo były u mnie i dałam im to co zostawiłaś, są teraz za to szczęśliwsi, mogą żyć w końcu spokojnie, oni i ich dzieci, mamo na święto zmarłych przyjadą do ciebie. Tylko daj mi znak co zrobić z tymi dolarami, tyle zła słyszałam od ludzi na ciebie, że nie chciałam mieć ciebie za matkę. Teraz wiem że ty też byłaś nieszczęśliwa z tym co było i proszę cię żebyś mi przebaczyła, że ze złością mówiłam „Kniazina”, teraz wiem że ludzie pamiętają złe a dobre prędko zapominają.
Bądź szczęśliwa, bo ja jestem szczęśliwa: Zosia ma Romka, Julka ma Jurę i to moja radość, serce mi bije bez bólu mamo.
Maria wracała do domu bardzo zadowolona, tyle się w jej życiu zmieniło na lepsze. Zosia chodzi do szkoły, uczy się razem z Jurą, idzie jej dobrze, tylko coś ją brzuch chyba boli, bo rano zwracała. Muszę kupić miętę, to jej pomorze. Jeszcze Maria nie zna prawdy, że Zosia jest w ciąży z Romkiem, zresztą nawet Romek nie wie. Zosia była u lekarza, boi się że te zabiegi mogą zagrozić temu dziecku i aby nie zapeszyć, nic jeszcze nie mówi nikomu.
Gdy przyszła – w skrzynce na listy były aż cztery listy do niej. Wzięła z biciem serca, otworzyła – co tam może być? - takie grube. A tam zdjęcia braci z żonami i ich dzieci. Boże jacy na nich szczęśliwi, gdyby mama była to by się cieszyła. Zaniosła na górę do pokoju, potem Romek jej przeczyta co piszą i tak było:
- Piszą, że przyjadą , kupili samochody za to co im wrócili. Są z ciebie mamo zadowoleni bardzo, chcą byś poznała ich żony i dzieci, te zdjęcia ci przysłali, uczą się polskiego, by mogli z tobą rozmawiać. Są wreszcie zadowoleni z życia, skończyła się ich tragedia, a o wszystkim porozmawiają, jak przyjadą. Przywiozą ziemi z grobów dla mamy, by nie była w Polsce sama.
Maria czuje obecność mamy przy sobie, jak by ktoś ją głaskał po głowie, tak jak Anna czuła Stacha. Wzięła koszulę i poszła do łazienki - spać się jej zachciało.
- Może mama jest chora – Zosia powiedziała do Romka – taka dziwna, nic nie mówi, trzeba by poszła do lekarza, może serce..., nie widać leków, w tym zamieszaniu przestała brać.
- Jutro ją Zosiu zawiozę sam. A tobie co? Takaś blada, brzuch cię boli? Zwracałaś rano, co tobie? Boję się o ciebie kochanie, może szkoła cię męczy, tyle nie chodziłaś, to może zostaw, to damy sobie rady, przecież ty i tak nie pójdziesz do pracy - po co, ja zarobię na nas Zosiu.
- Martwisz się o mnie, tak?
- Umrę gdyby coś się stało.
- Już się stało kochanie.
- Co? - Roman ma w oczach łzy.
- Jestem z tobą w ciąży, będziemy mieli dziecko.
Roman na dobre się rozkleił, nie mógł powstrzymać łez szczęścia.
- Mamo, mamo będę miał swoje dziecko – krzyczał do telefonu.
Maria też jest szczęśliwa z tego faktu, o niczym tego wieczoru nie mówili, tylko o dziecku.
Julka też się cieszy – w końcu będę miała siostrę albo brata.
Maria położyła się i jeszcze raz ogląda zdjęcia - ale są mamo szczęśliwi, tyle musieli wycierpieć przez te papiery. Co cię podkusiło by je z tej lipy brać ze sobą, gdybyś zginęła, one by przepadły na zawsze, a bracia cierpieli by biedę. Czy ty mamo nie czułaś tego w sobie jaką krzywdę wyrządzasz im i tym co w tym byli? A ojciec do śmierci musiał płacić, kto mu to zwróci, teraz jesteś tam to może go poszukujesz i powiesz mu dlaczego tak zrobiłaś, bo ja wiem że ty miałaś w tym swój plan.
Zasnęła nie gasząc światła, coś czuła koło siebie i to nie dawało jej spokoju.
Dzisiejszej nocy Maria miała sen: śniła się jej mama w sukni szlacheckiej z warkoczem owiniętym wkoło głowy, taka radosna i bracia co zmarli, też z nią w białych ubraniach, tato jeszcze taki jak go Maria pamięta - wszyscy razem idą przez pole zasiane gryką, skowronki świergoczą, że gdy Maria się obudziła słyszała śpiew skowronka, jak by za oknem, a była noc jeszcze, zgasiła lampę i zasnęła. Była spokojna: mama i tato są razem i mali jej bracia, w ogóle się już niczego nie obawia.
Może mama mi w końcu da znak, co mam zrobić z tymi dolarami.
Spała dość długo. Anna przyszła, chce się cieszyć z Marią tym wspólnym szczęściem, a Maria śpi.
- Idź mamo, zbudź ją, bo coś ona taka dziwna wczoraj była.
- Maryjka, co tak długo śpisz, chora jesteś?
- Nie, ale jestem spokojna, tak mi dobrze, mogła bym leżeć w łóżku cały dzień, nie mam żadnych zmartwień. Wiem że mama jest wreszcie szczęśliwa z ojcem i braćmi się opiekuje, a ja – zobacz, tyle zdjęć wczoraj dostałam, każdy z nich taki szczęśliwy, że te papiery dostali i już nie pracują za darmo. Chcą na święto zmarłych przyjechać - czy wiesz co to dla mnie znaczy?
- Maryjko, niech przyjadą, rodzina musi czuć że jest im dobrze, by się nie martwić.
- Wiesz, wczoraj Katarzyna powiedziała o tych dolarach. To mama je kupowała, może chciała wyjechać do swego domu na Białoruś, sama sprawdzić co z synami, tylko się jej to jakoś pokręciło i nie dała rady.
- Może tak było, ona miała głowę do interesu, nie mogła żyć na obcym bez swego dobytku.
- Nie wierzyłam tobie, że Stachu cię pogłaskał po głowie, a ona mi to samo wczoraj zrobiła, czułam że jest tu w domu.
- Chyba cieszy się, że w końcu jej dzieci są szczęśliwe, bo ty chyba w końcu jesteś Maryjko?
- Tak i to mnie napełniło spokojem: Zosia kocha Romka, dziecko w drodze, Julka uczy się dobrze, kocha Jurę, może będą kiedyś parą.
- No wiesz, oni już są razem i nikt ich nie rozdzieli. Jura – widzisz jak za Julką szaleje, tyle ile ona już od niego dostała miłości, to nikt jej tego nie da.
- Tak, tak Anno, byle by coś się nie popsuło.
Anna postukała w stolik pod oknem w drzewo niemalowane na szczęście.
- A wiesz Anno ile ten stolik wart?
- Co ty, ja też mam taki. Ile? - to go sprzedam.
- Kupę dolarów.
- Ty chyba Mario chcesz mnie skłamać, kto za stolik da kupę dolarów.
- A jednak ten kosztuje sporo.
Anna dokładnie obejrzała, czy aby nie inny i nic nie stwierdziła- taki sam ma i ona.
Maria wstała, ubrała się, zdjęła asparagus i kazała przytrzymać Annie za nogi, a ona obróciła w lewą stronę blat, a tu trach – wyskoczyła szuflada pełna dolarów, aż Annę coś w gardle ścisło.
- Boże, one tu są naprawdę, a ja nie wierzyłam ci Mario, myślałam że Katarzyna też cię kłamie, byś się denerwowała.
Wyjęły i na łóżku obie zaczęły przeglądać jeden po drugim. W tym momencie weszła Zosia, a skądś przyjechał Romek.
- Mamo zostaw to, trzeba do lekarza.
- Po co? - Maria spytała.
- Ty nie bierzesz leków, a ciągle żyjesz w napięciu, możesz umrzeć na zawał. Boję się o ciebie, Romek cię zawiezie do miasta i z powrotem.
Nawet Zosia nie zwraca uwagi na te zielone. Romek też wszedł - one dalej przeglądają te papierki.
- Są zauroczone – powiedziała do Romka Zosia.
- Aż tyle ich jest – sam je dotknął – i co mama z nimi zrobi?
- Nie mam pojęcia co zrobić, do banku nie dam, bo skąd... – izba skarbowa może mnie prześwietlić, a dać obcym – szkoda.
Romek obejrzał stolik, jak to działa, zajrzał do środka, a tam kartka pożółkła, że wcale jej nie widać. Wziął kartkę, a tam pisze:

Maryjka,
jak ktoś odkryje moje te dolary, to nie daj je zmarnować, to są dolary dla moich synów by wykupić ich z łagrów. Dopilnuj tego córka, bo mi patrzą na ręce, nic nie mogę zrobić, chcę wyjechać, lecz nie mam zaproszenia ani wizy, paszport nieważny - dlatego te pieniądze zbieram i chowam. Gdy czytasz tą kartkę, może mnie już nie ma, to ci powiem, że źle zrobiłam, że te papiery ojcu wzięłam, on był nimi zabezpieczony, a ja chciałam by po mnie przyjechał i to mój błąd.
Myślałam że koniec wojny, wszyscy są wolni, a jednak ta wolność dla mnie nie przyszła.
Czuję się w Polsce jak na obczyźnie i to jeszcze tu - blisko Niemców i na ziemi po nich, to strasznie piję by zapomnieć chodź na chwilę jego twarz – jak stoi pod lipą, na grobach moich ojców i klnie mnie za te papiery. Co noc mam taki sen, że gdy się budzę, to zaraz sięgam po kielicha, by dał mi chwilę wytchnienia. Mario znajdź ich, pomóż im, a swemu to nie wierz, on to całkiem inny człowiek, sprawdziłam to. To chyba szpieg ruski, za tymi rublami przyjechał i dopilnuj by nic nie dostał.
Moja mała Maryjko, kocham cię bardzo.


- Mamo co tobie, takaś sina. Daj te tabletki Anno, szybko bo nie czuje życia! Szybko do samochodu i do szpitala....
- Mario siedź, zaraz będziemy...
I tak było – kroplówkę podłączyli, zastrzyki... i doszła do siebie.
- Co to było Anno, czy ja umierałam?
- Nie, nie denerwuj się, tu ci pomogą.
- Boję się być sama.
- Ja z tobą zostanę.
Anna jest zła – po co my to ruszałyśmy, niech by były zamknięte i ten list...
- To mnie Anno bardzo przejęło – ten list i te słowa, tak jak bym ją gdzieś słyszała za ścianą. Boże, ona ciągle tu jest, czuwa nade mną i teraz wiem, że to były jej pieniądze, mogę zrobić co zechcę i nie martwić się o jego dzieci. Różę namówić trzeba by wystąpiła do sądu o prawa wojskowe dla swoich synów, ...oni mają obowiązek im pomóc, był przecież ich człowiekiem, to cały ciężar ciąży na wojsku.
- Na czyim Maryjko?
- Ruskim Anno, wtedy przecież nie było Białorusi – niech chociaż cokolwiek dadzą tym chłopakom, bo reszta to zdrowi i pracują to żyć mogą, chyba że chcieć będą coś i oni.
- Nie, ja dla Romka nic nie potrzebuję.
- Anno, przecież teraz bracia wolni i też mają po ojcu zwrot rubli, to co myślisz, że dam im te dolary – to teraz nasze i dla wszystkich dzieci Anno.
Anna ukochała Marię, były jak siostry i nikomu nic nie mówiły.
- Nawet Julka nie może wiedzieć, bo Katarzyna wie, że są „Ale jak Marek i Stachu ich nie znalazły, to i ty nie znajdziesz” - tak mi powiedziała wczoraj na cmentarzu.
- A co ona tam robiła?
- Stała przy grobie Stacha. Wiesz co Anno, byłam zła na nią, że i po śmierci do niego się pcha. Do Róży tego nie czułam, gdy mi o Stachu mówiła. Tylko ona mnie złości, chyba przez Marka - tak go nie lubię za te dzieci co Zosi niszczył. Oby teraz Zosia dobrze nosiła to Romka. Gdy na nich patrzę Anno, to aż coś mnie łaskocze w brzuchu z radości.
- A co byś powiedziała Maryjko, jak by Zosia zaczęła szukać swojego ojca?
- Nic, ma prawo go poznać, a on dla mnie to chwila zapomnienia, a potem strach – co będzie gdy się Stachu dowie. Wiesz co, o tej hipnozie... to coś mi się zdaje, że o nic mnie nie pytał, bo bym mu powiedziała o tym marynarzu, do dziś pamiętam jaki był kochany, parę godzin a tyle po nim mam.
Maria dochodziła do zdrowia. Bracia przyjechali na święto zmarłych, była msza w kościele. Byli cały tydzień, nawet Romek nie musiał tłumaczyć – wszyscy dobrze znają polski. Było miło, bracia chcieli dać Maryjce sporo rubli po ojcu, a ona im powiedziała że nie trzeba, ona ma po mamie wszystko i byli wszyscy zadowoleni - radość a potem płacz z rozstania, ale obiecali że jeszcze przyjadą na drugi rok, zapraszali do siebie na ojcowiznę – wszyscy tam mieszkamy i czekamy na was. Pojechali... zrobiło się pusto. Zosia chodzi dalej do szkoły.
- Ten rok dokończę i maturę zdam, a potem mogę mamo rodzić dzieci.
- A ile chcesz ich mieć Zosiu?
- Tyle ile mi Bóg da, mamo.
- To i ja z Anną będziemy mieć co robić.
- Tak, a co?
- No chociaż wózkiem po pegeerze powozić wnuczkę albo wnuka.
Jesień się skończyła, zima też, Zosia chodzi już ostatni miesiąc..., może na Wielkanoc będzie dziecko, wszystko pomalowane, cały dom aż lśni – trochę dolarów poszło, Romek kupił sobie samochód, by nie je jeździć państwowym. Paraska chora, leży w szpitalu, wszyscy do niej jeżdżą, jak by byli jej rodziną, nawet Róża, a jej chłopaki się uczą w specjalnej szkole, co nieco mówią już normalnie, szkoda że tak późno się im nauka zaczęła. Maria pomaga jej trochę, by nikt nie dowiedział się o tych dolarach – jak oczy nie widzą, to sercu nie żal – tak sobie to określiła. Tym innym to tylko jakieś prezenty na imieniny..., niedawno była na imieninach u Józka, lubi ją bardzo jego żona, znają się od dziecka, nawet nieraz coś Maria jej dawała ze swoich rzeczy, miała ich dużo. A żona Józka była biedna, jej mama też z Ukrainy – sama, a ich było dwie dziewczyny. Teraz mają o czym rozmawiać jak się spotkają. Olga żeniła syna, Maria była na ślubie, Romek był świadkiem, no bo to rodzina, tylko Marek z daleka..., chodzi o kulach, zły na cały świat, a Julki nie widział od dnia wypadku, Julka też do niego się nie garnie, teraz ma własną miłość, na wakacje planują pojechać razem z Jurą na Ukrainę.
- Babciu dasz parę groszy na wyjazd?
- Dam, dam, ciesz się szczęściem, bo myślałam że serce mi pęknie, gdy ten twój wiersz przeczytałam.
- Co, babcia moje wiersze czyta.
- Nie wiersze, ale ten co w szpitalu napisałaś, tyle w nim bólu, myślałam że kochasz Romka, a ja Zosię z nim łączyłam.
- Może coś babciu było, ale Jura do niego podobny i bym się teraz za nic nie przyznała, że coś do Romka czułam, on nawet mnie nie pocałował i nic takiego mi nie mówił, to tylko ja się w nim zadurzyłam na chwilę.
- Teraz rozumiem co ten wiersz dla ciebie znaczył.
W szkole Jura uczy się dobrze, same piątki, a Zosia poszła na porodówkę, do matury wydobrzeje. Urodziła córkę, wszyscy są szczęśliwi, Romek w siódmym niebie, Anna też. Maria jest chora, martwiła się i znów coś ją piecze w piersiach, może przejdzie zanim Zosia wróci. Każdy pyta jak się czuje Zosia, a Maria coś taka samotna nic ją nie cieszy.
- Może to depresja Anno?
- Może straciłaś cel, wiesz już wszystko i nie masz co odkrywać, a to cię pchało do przodu – powiedziała Anna - nie martw się będzie dobrze, będziemy wnuczkę wozić w wózku po pegeerze, to znów ci wróci chęć do życia – tego ci trzeba.
- Może Anno, może.
- Zosia też przed porodem czuła się taka jakaś nieobecna – dodała Anna – ciągle o czymś myślała, nawet nauka jej nie szła, Romek mówił że coś ją gryzie – żeby dziecko było zdrowe.
Maria myśli że to to:
- Ona pisze coś w zeszycie i chowa pod łóżko.
- Zosia, tak? Może pamiętnik, albo testy na maturę – dodała Anna – jak zechce to kiedyś nam powie sama.
Julka to słyszała i poszła do pokoju i znalazła.
- Pisze wiersze i mama, Boże ile w nich miłości – tak to Julka ujęła, ale co nieco przeczytała i zostawiła gdzie było, ona też chowa swoje pisanie pod łóżkiem.
Czas leci, dziecko rośnie. Zosia zdała maturę. Julka ma w szkole konkurs literacki, może wygrać wycieczkę do Krakowa na koniec roku szkolnego, ale nic jej nie przychodzi do głowy by napisać, a to co ma, to takie osobiste, będą się zemnie śmiać, że kocha się w Ukraińcu, nikt go nie zna, tylko jedna jej koleżanka.
- Napisz Julka, ty ładnie piszesz wiersze, może potem ten wiersz będzie w gazecie, będziesz może kiedyś pisarką – koleżanka namawiała Julkę.
- No dobrze, ale i ty startujesz.
- Dobrze, ja i ty.
Ale co napisać? O miłości do Jury..., o gwiazdach... – nie może Julka na niczym się skupić, a czas mija, Pani ciągle ponagla, a Julka w miejscu - nie ma o czym napisać. Zosia poszła z małą i mamą na spacer, a Julka do mamy zeszytu.., może coś ona ma ładnego - i ma, będzie dobre, ale się zdziwią dziewczyny, jak im przeczytam a nic tu nie ma o Jurze. Szybko przepisała sobie do zeszytu i znów włożyła pod łóżko, mama się nie kapnie, a wiersz będzie mój i tak nikt nie wie, że mama pisze.
Pani w klasie zapytała, kto napisał cokolwiek, bo inne klasy to już mają to za sobą. Dziewczyny podały Pani kartki zapisane i podpisane.
- A ty Julio co masz?
Julka grzecznie podała kartkę i usiadła, teraz jej wiersz jest pierwszy, byle by nie czytała przy wszystkich. Pani przejrzała wszystkie i znów zatrzymała się na wierszu Julki.
- O kim to ty piszesz?
- O tak o życiu.
- No tak, twój ojciec z inną, a ty tęsknisz, to piękny wiesz. I zaczęła go czytać:

„Czekamy”
Czy pamiętasz mój tatku
jak było na plaży:
ty mundur marynarza,
ona warkocz do pasa.

Pomógł jej kupić buty na obcasach.

I choć żeście byli oboje zajęci,
to nikt was nie rozdzielił,
nawet z góry święci.
Gdy na plaży w piasku
tonęły wam nogi,
a gwiazdy z nieba spadały do morza,
tak byliście siebie blisko,
waszych serc płonęło ognisko.

I w wirze miłosnych płomieni
stworzyliście mnie na ziemi.
Mam po tobie znamię na lewym ramieniu
i gdy widzę to znamię
w lustrze z rana,
to czuję że tęskni za tobą
moja mama.
A moje serce woła:
tatku kochany
wróć do mnie
i do mojej mamy,
bo czekamy!

- To piękny wiersz Julka, tak inny od reszty wierszy. Ale czy twój ojciec chce być z wami?
Julka nic nie mówiła i po paru dniach wiersz zajął pierwsze miejsce, gratulacje i wycieczka za darmo, a w dodatku będzie w „Konkretach”.
- Cieszysz się? – Pani zapytała.
- A ty ze mną pojedziesz? - zwróciła się Julka do koleżanki.
- My nie mamy pieniędzy.
- A chcesz?
- Tak, bardzo.
- Poproszę babcię by dała mi na wycieczkę, a ty pojedziesz ze mną.
- Co ty, to twoja nagroda, nie mogę.
- Ale to ty mnie do tego zmusiłaś i pojedziesz ze mną i już.
- No dobrze, jak chcesz Julka.
- Będzie mi miło w czasie podróży do Krakowa porozmawiać z kimś, kogo się lubi.
W międzyczasie „Konkrety” wiersz umieściły w kąciku literackim. Zosia nie czyta „Konkretów” - a zresztą co mi, niech czyta. Może będą zazdrościć mi. Julka nawet nie wie, co uruchomiła, ktoś coś opowiada, że to nie Julka, to Zosia – ona też zawsze pisała... i wszyscy w koło dyskutują.
Romek przeczytał i był zdumiony, skąd Julce taki wiersz.., .to by prędzej Zosia napisała, jej ojciec to marynarz. No i spytał Julkę wprost:
- Ty czasem nie umieściłaś mamy wiersza jako twój?
- No i co, mama i ja to jedno.
- A dała ci ten wiersz?
- Nie, po co miała dawać, sama sobie wzięłam.
- To nieładnie, gdy się dowie, będzie zła, że się jej nie pytałaś. Nie możesz nic co jej tak sobie zabierać, rozumiesz.
- A ona mogła mi ciebie zabrać i też się nie pytała.
- A co ja byłem twój, jak ty to rozumiesz, ty gówniaro! Takaś sama, jak twój ojciec, zawsze chciał to, co było czyjeś, sam nic nie zdobył, ledwo szkołę skończył. A ty sobie coś ubzdurałaś w tej małej głowie, jesteś nieodpowiedzialna, a to naganne.
- Nie tobie mnie osądzać, nie jesteś moim ojcem.
- Tak? A on twierdzi inaczej i nie chce ci dać alimentów.
- Co, on tak mówi?
- To idź i go spytaj, bo jeszcze żeście się nie widzieli, od tego czasu, nawet w szpitalu nie chciał cię odwiedzić. No i jesteście siebie warci.
Romek był zły, że ta..., taka żmija ugryzie do żywego. Co będzie jak Zosia się dowie, może być znów chora, jest taka słaba.
Zosia poznała prawdę i wcale się tym nie przejęła.
- Może i on gdzieś przeczyta.
- Kto? - zapytał Romek.
- No mój tato.
- Twój tato, a mama co zrobi, gdy się tu zjawi jakiś nieznany człowiek, skąd ty będziesz wiedzieć, że to twój ojciec.
- Tym dziś się nie martwimy, to sprawa moja i mamy, będzie co ma być i koniec.
Roman nie wie, co Zosię do tego pcha, ale czuje że dobrze by było, gdyby on się odnalazł - może i tym majątkiem by się z nim podzieliła? Trochę czuje w sobie niesmak – napadł na Julkę, teraz się nie odzywa, a Zosia na to nic, jak by czekała aż ktoś ten wiersz umieści w gazecie. Roman jest trochę tym zmartwiony, co będzie, naprawdę nikt tego nie wie.
Ale po paru dniach – ktoś stanął pod ich bramą pięknym wozem.
- Niemiecki – Zosia stwierdziła – może to ten Niemiec od mebli coś chce.
Maria wyszła, aż się jej nogi ugięły – to on.
- A skąd ty tu Pawle? - łzy zalały jej oczy, nie mogła nic powiedzieć, stała przy bramie i płakała.
Zosia zobaczyła, że coś się z Marią dzieje.
- Mamo, co ci się stało? - przerażona cała dobiegła do bramy, a on stanął na wprost nich, taki wysoki, przystojny, w garniturze marynarki wojennej.
- Tato, to ty?
- Tak, to ja. Nic o tobie nie wiedziałem córeczko moja. Szukałem cię Maryś po całej Polsce, każdy urlop przemierzałem pegeery Polski i nic. Nikt nie znał ciebie, a ja tak mało cię znałem.
- Ja też Pawle, nawet zapomniałam twoje imię, dopiero gdy cię zobaczyłam, to imię wróciło do mnie – Paweł.
- Dam małej na imię Paula.
Były długie wspomnienia, do Marii wróciły uczucia, te z plaży, przypomniała sobie ten mały okres bycia z nim i była bardzo szczęśliwa. Paweł zaprosił Marię do siebie, do Gdyni. Tam mieszka sam od lat - żona zmarła przy porodzie i jego syn też. On sam poszedł na statek, by nie myśleć o goryczy życia. Parę dni temu był we Wrocławiu u siostry i tam przeczytał ten wiersz, siostra mu go podsunęła:
- Popatrz, ktoś ma takie znamię na lewym ramieniu jak ty – i wtedy oszalałem - ona jest tu gdzieś.
Do redakcji... - skąd ten wiersz i do szkoły – kto ten wiersz napisał, no i już wiem, gdzie jesteście, a tyle lat szukania.
Roman poznał Pawła i sobie przylegli do gustu.
- Zosia ładna jest, jak z obrazka – dodał tato.
- Tak, i tak ją kocham. Jestem zazdrosny o każdy jej uśmiech do Pana, dobrze że Pan Panie Pawle to jej ojciec, bo nie wiem co bym zrobił.
Paweł był dwa dni, potem musiał do domu...
- Może Maryś pojedziesz ze mną do Gdyni? Będziemy chodzić po plaży, nocą na gwiazdy będziemy patrzeć.
- Jedź mamo, powietrze morskie ci pomoże, troszkę się dotlenisz, a ja dam sobie radę, Anna mi pomoże.
- Tak pojadę, bo może już nigdy nie nadarzy się taka okazja, a pragnęłam go zawsze, nawet we śnie o nim śniłam. Może to chociaż mi da Bóg na dłużej, bym mogła się cieszyć szczęściem, wreszcie na skraju mego życia.
- Co ty mamo, chyba nie myślisz, że możesz o tak sobie mnie na zawsze zostawić? Jesteś mi potrzebna, pojedziesz i wrócisz do domu. On może do ciebie przyjeżdżać kiedy tylko zechce mamo.
- Jestem wolna Zosiu, wolna, nigdy nie byłam ani przez chwilę szczęśliwa ze Stachem, a jego miałam jak łyk zimnej wody w dzień upalny i to we mnie jest, czuję to i chcę tego, wyjdę za niego, jeśli tylko on mnie zechce, nawet dziś i chociaż na chwilę, ale będę to czuć z całej siły, tego pragnę i nikt tego mi nie zabroni. Ty masz to, co tobie się należało: miłość, która daje ci siłę życia i ja tego też pragnę, a potem zobaczymy.
Nic nie brała, tylko kartę i parę rzeczy osobistych i pojechała przed siebie, czuje że nie jest przykro, że zostawiła ich samych sobie. Paweł jest bardzo miły, całą drogę rozmawia o wszystkim. Na kawę i odpoczynek zatrzymali się w Bydgoszczy, potem na drugi dzień do Malborka – to po drodze – powiedział Paweł. Maria nigdzie nie była, tylko nad morzem w Ustce, to i ciekawa świata. Ciepło, wiosna piękna, zaraz niedługo wakacje, Julka na pewno pojedzie na Ukrainę z Jurą, a Zosia ma Romka i małą, Anna im pomoże. Po drodze do Gdyni Paweł pokazał jej kawał Polski, a na miejscu ma piękny dom z ogrodem, psa i nikogo więcej.
- Mario weźmy ślub bo już nie ma na co czekać, tyle z życia nam uciekło dni.
- Dobrze, jak to załatwisz, to choćby jutro.
- Co, to ty też tego chcesz?
- Tak, chcę cię mieć, bym mogła patrzeć na gwiazdy z nieba spadające do morza, chcę jeszcze się kochać, tak jak wtedy na plaży. Czy ty Pawle to pamiętasz?
- Tak, pamiętam ten różowy sweterek ubrałaś, było ci w nim pięknie.
- A wiesz, on chyba magiczny, bo i Zosia jak go założyła, to Romek się w niej zakochał. Julka go włożyła, to Jura wołał do niej kocham cię Julio, jam twój Romeo.
- To ten co go kupiliśmy na straganach?
- Ten sam.
Paweł był tym faktem zdziwiony:
- Co ma sweter do miłości, ale skoro tak mówisz, to musi być prawda. A twój mąż nigdy cię nie widział w nim?
- Nie, nie chciałam go już nigdy ubierać, by nie zapomnieć ciebie Pawle.
Maria chce się kochać, by sobie przypomnieć ten jeden wieczór.
- Stad daleko do morza?
- Nie, to tak blisko, że nie słychać nic prócz szumu fal – dodał.
- To chodźmy.
- A nie jesteś głodna?
- Tak jestem głodna miłości – dodała bez wstydu Maria.
Za płotem ogrodu jest już morze, wygląda jak wtedy, w półmroku widać ogrom wody i fale płynące do nich stojących na plaży. Pusto na morzu, oświetlone statki i łodzie rybackie. Maria siada na piasku a Paweł koło niej.
- A gdzie są gwiazdy Pawle?
- Będą nim wypowiesz życzenie, zjawią się na pewno.
I tak było, gwiazdy spadały jak wtedy, a oni się kochali nie czując nic prócz gorąca w sobie.
- To takie dziwne Pawle, teraz sobie na dobre ciebie przypomniałam i nigdy cię nie zostawię, jest tak jak wtedy w Ustce.
- Ja ciebie też Maryś, mojaś ty moja.
Wrócili do domu tacy szczęśliwi, tak jak by byli razem zawsze, zjedli kolację, razem ryby smażyli i pies cieszył się, gdy Maria go dotknęła.
- Oby tak zostało na długo Pawle.
- Będziesz to miała Maryś, jutro zgłosimy nasz ślub, a w lipcu po ślubie popłyniemy statkiem na wycieczkę. Ty musisz znać te miejsca, gdzie ja byłem, a byłem wszędzie.
- Mogę zadzwonić?
- Tak dzwoń, możesz dzwonić ile chcesz, teraz to twój dom.
Maria zadzwoniła do domu. Zosia odebrała.
- To ja kochanie, jestem już nad morzem, tu tak pięknie. Paweł ma psa, taki jak nasz....
- Mamo pies nie ważny, co z tobą, jak się czujesz, powiedz.
- Dobrze Zosiu, a nawet jest mi bardzo dobrze, ryby smażyliśmy, świeże prosto z morza.
- Jak tylko coś poczujesz w sercu, to do lekarza, rozumiesz mamo.
- Dobrze Zosiu. A jak mała?
- Ona ma mamo imię Paula, Anna - jest zdrowa. A Julka gdzieś na pegeerze – pojechała do koleżanki i tą Paraskę odwiedzi może, żeby jej posprzątać.
- No to cześć, pozdrów Annę, zaproszę ją na nasz ślub w lipcu.
- Mamo...
Ale Maria odłożyła słuchawkę, nie podając Zosi numeru – po co ma mi głowę czymś zawracać – powiedziała Maria. Paweł naszykował wody do kompania Maryjce.
- Co mam sama w tak dużej wannie..., a kto mi plecy umyje? Zawsze sama się męczę, no to może razem Pawle.
I tak zrobili, było im miło, ona jemu, on jej umył plecy, ni stąd ni zowąd i w wannie trzeba spróbować, było miło, potem do łóżka i tam też trzeba by...
- Było jeszcze lepiej – dodał Paweł.
Kochali się kiedy chcieli i jak chcieli, jedno drugiemu tak dogadzało, że Paweł zapomniał o tym że lodówka pusta. Razem po zakupy, śniadanie, obiad, kolacja, potem plaża, spacery nocą – szkoda każdej chwili Marii, tyle straciła w życiu, że musi cieszyć się całą gębą - byle by życie potrwało jeszcze, nie czuje bólu ani pieczenia w piersi - oby przeszło, pragnie żyć, tego jej brakowało.
Pojechali do urzędu swój ślub zgłosić:
- Byle najszybciej – proszą zgodnie.
- To może za dwa tygodnie, rano nie ma kolejki, bo popołudnie to już zajęte.
- Może być rano, byle być razem – dodali oboje.
- A świadkowie?
- Moja siostra przyjedzie z Wrocławia.
- To z mojej strony wezmę Annę, mamę Romka.
- A przyjedzie?
- Tak, ona mnie nie opuści w potrzebie. A może masz kolegę dla niej wolnego?
- Mam i to aż trzech, zawsze się spotykamy i gramy w brydża.
- A co powiedzą jak im powiesz...
- Oni wiedzą, że szukam dziewczyny z plaży, znają mnie od zawsze, razem byliśmy na statku.
- I oni też wdowcy, jak ty?
- Tak, jednemu zginęła żona, drugiemu zmarła na raka, a trzeciemu... coś się jej stało i połknęła tabletki na spanie i już nie dobudzili jej, była bardzo zazdrosna. No i tak się wspieramy, muszę ich powiadomić, że się żenię. Może masz kogoś jeszcze wolnego, to ich poznamy, wolnych tu dużo, tylko z życiem potem trudniej, ale „pożyjom to uwidiom”.
- Tak mówił ruski – Maria się roześmiała – masz rację życie pokarze, co ma być to będzie.
Czas szybko leci, jutro ich ślub w urzędzie, a potem ślub w kościele – tu na Śląsku. Maria czuje się dobrze, serce na razie jej nie dokucza, Paweł pilnuje, by brała leki, jest bardzo opiekuńczy, tego Marii Było potrzeba, żeby ktoś był z nią na dobre i na złe i jest szczęśliwa.
Przyjechali wszyscy zaproszeni, pełen dom, nie ma gdzie usiąść, przyjęcie będzie w ogrodzie na trawie, aż dziw bierze że pies nikogo nie atakuje, tak jak by wszystkich znał.
Ślub był skromny, złożyli przysięgę sobie sami, siostra Pawła płakała, ona też jest wdowa, ale nie ma szczęścia, by ktoś ją pokochał, chociaż kolega Pawła się jej podoba, widać to po jej twarzy. Wszyscy byli zachwyceni, morze tak blisko, można być na plaży kiedy zechcesz.
- Mamo dobrze, że tato tu ma dom, będziemy mogli do was przyjeżdżać na wakacje.
Paweł chce dać Zosi swoje nazwisko.
- Tato po co tyle zachodu, ja mam nazwisko Romka i wystarczy.
- Najwyżej zmień imię ojca, chce mieć ciebie w dowodzie Paweł.
- Moja Paula zawsze to mi będzie przypominać, tato. A gdzie teraz pojedziecie?
- No Maryś decyduj, bo ja bym chciał byśmy oboje po morzu sobie statkiem popływali. Mam trochę dolarów i jeszcze kupimy trochę i w drogę.
- Dobrze tato, a dolarów jest sporo, to nic nie trzeba dokupywać – i dała Marii Zosia aż pięć tysięcy – to wasze mamo na wycieczkę, a reszta na wesele potem.
- Aż tyle masz pieniędzy Maryś?
- No mam Pawle.
Oboje byli bardzo szczęśliwi. Anna poznała Stefana, jest nim zauroczona, cały czas są razem i coś sobie opowiadają, na spacer poszli brzegiem morza.
- Była by z nich dobra para.
- I ja tak myślę Roman.
Spakowali się i na statek, Maria była zachwycona tym, że coś zobaczy.
- Pawle, a czy na statku jest lekarz?
- Tak, nie masz się czym martwić, jest wszystko co będzie nam potrzebne: do picia, jedzenia i miłości.
- To dobrze.
Zwiedzili kawał świata. Maria czuła się bardzo dobrze, lekarz ją pocieszył, że „ekagie” ma dobre i może się niczym nie martwić, tylko się cieszyć życiem pełnym miłości.
Nakupili pamiątek sporo, dla wszystkich. Do domu wrócili tacy opaleni i szczęśliwi, a w domu była Zosia i Anna z Paulą – też opaleni jak czekolada. Romek też przyjechał do Gdyni z Różą – bardzo chciała zobaczyć morze.
- Teraz i ona dla mnie rodzina – dodał Romek.

- Ja jestem z tego Romku bardzo zadowolona, że się nią opiekujesz, to matka twoich braci.
- I to jakich – dodał Romek – uczą się tak zawzięci, że nawet wakacji nie chcą.
- Oni mieli wakacje tak długie, że teraz mogą uczyć się na okrągło - dodała Róża – jestem Maryjka szczęśliwa, że pomogłaś moim chłopcom, może z nich jeszcze coś będzie.
- Będzie, będzie, oni zdolni, to ta izolacja od ludzi trochę im zaszkodziła. Gdybym pozostała we Wrocławiu, to byli by w szkołach..., może mieli by już rodziny, a tak trzeba trochę czasu, by to wszystko wróciło do normy.
Zeszli się do Pawła koledzy:
- O i dla mnie coś masz i taka ładna – dodał Piotr.
- To Róża, koleżanka Marysi.
Róża jest tym trochę oszołomiona, nikogo nie miała, tylko Stacha. Piotr nawet przystojny emeryt, starszy od Pawła, ale bardzo jest zadbany, ma własny mały statek wycieczkowy.
- Może Pani Różo skusi się na małą wycieczkę na Hel ze mną?
- Sami? - Róża spytała.
- A co, boi się Pani mnie? Ja jestem wolny, pani jest wolna, a wolność nie może długo trwać, bo człowiek zapomina o najważniejszym.
- O czym? - Róża grzecznie spytała. Piotr ujął to tak:
- Życie musi mieć coś w sobie, by chcieć żyć. Ja też pragnę tego co ma Paweł i Marysia, tyle czekam i nic nie znalazłem, a Pani to jak bursztyn, co się znajdzie na piasku, na plaży – cieszy oczy, że patrzysz i nie czujesz nic prócz zachwytu.
- No z Pana to romantyk, że chyba skuszę się na tą wycieczkę.
Całe popołudnie byli poza domem, Anna też gdzieś wybyła ze Stachem, Zosia z Romkiem i małą na plaży, a oni oboje w domu. Telefon dzwoni - to chyba Krysia ciekawa czy jesteśmy w domu:
- Co u was: zdrowi, zakochani?
- A co, może mi zazdrościsz siostro.
- Nie, bardzo się cieszę, że w końcu masz swoje szczęście Pawle.
- Ty też go będziesz mieć Krysiu – dodała Maria.
- Ale kiedy, bo ja chcę już teraz.
- Krysiu przyjdzie ten czas i do ciebie, na pewno. Stefan ma Annę, Piotr dziś poznał Różę i jest nią zauroczony, tylko jeszcze Karol się został dla ciebie Krysiu.
- Bardzo tego braciszku pragnę.
Parę dni pobyli i w drogę - na Śląsk.
- Bo tu za słona woda – powiedział Romek.
- Ślub kościelny mamo bierzecie, czy wystarczy wam ten państwowy?
- Ty musisz żyć na takim Zosiu, a my chcemy i ten drugi brać.
- No to trzeba to załatwić: u księdza zapowiedzi, świetlicę na wesele – dodała Róża.
- Teraz Mario ślub będzie taki, jaki sama zechcesz, nikt ci niczego nie zaplanuje – dodała Anna – może i ja wezmę ślub ze Stefanem.
- A chcesz go Anno – spytał Paweł.
- Bardzo chcę Pawle – nikt mnie tak nie kochał, jak on. I wreszcie nie byłabym panna z dzieckiem, pojechałabym do swoich na Ukrainę, bardzo tego pragnę, tam cała moja rodzina została. Nie miałam pieniędzy na przejazd do nich, a teraz mam, tylko sama nie chcę, bo mi wstyd, żem panna jeszcze.
- A kto na to teraz Anno patrzy?
- Moi krewni na pannę z dzieckiem to mówią nieładnie, oj nieładnie- dodała Anna.
- Stefan na pewno się z tobą ożeni, ja to czuję – dodał Paweł – tylko trzeba czasu.
- A Piotr Pawle też się ze mną ożeni? – spytała Róża.
- Też Różo, byłby głupi, by jeszcze na coś czekać, włóczy się po świecie sam od lat, szuka swego szczęścia i ma tu go na dobre i to taką kobietę.
- No bo będę zazdrosna Pawle – powiedziała Maria.
- Ty Maryś jesteś jak diament, który cieszy oczy i nie można się z nim rozstać, ani na chwilę.
Romek z Zosią i mała Paula pojechali, a Anna i Róża jutro z Pawłem i Marią pojadą razem.
- Może się dziś jeszcze zabawimy dziewczyny? - Paweł powiedział.
- Możemy – powiedziały zgodnie.
- No to zaraz zadzwonię po nich...
Pies szczeka, ale jakoś tak przyjaźnie, no i masz – obaj stoją, jak by wiedzieli, że chcemy się zabawić. No i poszli razem na dansing, bawili się tak dobrze, a czas leciał prędko, pożegnali się grzecznie: nie było słów, tylko pocałunki.
- Na ślub na pewno nas Pawle zaprosisz?
- Tak, co sobie myślicie, że się was pozbędę, o tak. Nie, ja chcę być dalej z wami koledzy, z kim będę grał w brydża?
Cieszyli się, jak by dał im obu nie wiem co.
Rano pojechali. Czas płynął szybko, ślub załatwili w tym kościele, który Maria wybrała. Róża z Anną pomagają przy szykowaniu świetlicy, orkiestra też będzie, cieszą się że Paweł zaprosił kolegów na wesele.
- Może się uda i nam Różo mieć kogoś na stałe.
Anna się bardzo zakochała w Stefanie, ale nic mu nie będzie mówić, żeby nie myślał, że leci na niego, ma swoją godność. Róża ma też marzenie, ale i ona nie chce nic na siłę, by go nie zrażać do siebie.
- Musi najpierw poznać moich synów, co będzie jak mu się nie spodobają? To by było dla nich niedobre. Synowie Róży muszą mieć oparcie w jej partnerze, a nie wroga.
- Nic na razie Anno o moim zadurzeniu się w Piotrze - nie będę mu mówić, niech powie mi pierwszy, że mnie kocha.
- Ja też chcę tego samego od Stefana.
Zgodnie razem robiły kwiaty z bibuły, by było pięknie. Jeszcze jedna doba dzieli ich od wesela. Krystynę z Wrocławia Paweł przywiózł, bo byli z Marysią po garnitur i jej kostium do ślubu. Bardzo się polubiły, obie chodziły po sklepach, by kupić wszystko, co jej potrzebne, a czego Piotr nie powinien zobaczyć przed ślubem. A w domu zamieszanie, jak w młynie, przyjechali koledzy Pawła, każdy swoim wozem, kwiatów pełny pokój. Dziś będą musieli chyba spać w hotelu w mieście, a tak by chcieli być z dziewczynami – zgodnie o tym mówią koledzy Pawła.
Karol trochę sztywny, nie umie powiedzieć Krystynie, że się mu podoba, jest bardzo ostrożny. A ona bardzo pragnie, by wreszcie coś zaiskrzyło w jego sercu. Maria wzięła ją do swego pokoju i poprosiła by sweterek ubrała, ten różowy.
- On jest magiczny Krysiu, zobaczysz co się stanie, gdy on cię zobaczy w nim.
- No dobrze, ubiorę tylko w cuda nie wierzę Maryś.
- No i tu poczekaj, a ja pójdę po niego by coś mi przesunął.
- A co Maryś?
- Nic, ale powiem by tu przyszedł, rozumiesz, to ważne.
No i tak było, gdy zobaczył Krystynę - Karol stał i nie mógł z siebie słowa wycisnąć.
- Byłem chyba ślepy, tyle cię znam, a dopiero teraz widzę że jesteś piękna i jestem Krysiu pewny swego uczucia do ciebie, kocham cię, kocham, bądź moja Krysiu, bo padnę gdy mi odmówisz.
Krysia stała jak słup soli - to działa, Boże on mnie kocha.
- Pawle, Pawle, on mnie kocha!
- Kto, Karol? A ty go też kochasz?
- Tak Pawle, kocham go bardzo.
- No to ja was błogosławię, możecie się pocałować – dodał Paweł.
Tego wieczoru było tyle miłości między nimi.
- Aż dziw bierze skąd tak nagle w nim taka zmiana Maryś – Paweł powiedział.
- To ten sweterek Pawle, nasz różowy, on daje miłość ludziom.
Był tym zdziwiony ale i zadowolony.
- Wreszcie się odważył jej wyznać miłość Marysiu. Cieszę się bardzo z tego faktu, bo nie mogłem nic zrobić, by to wreszcie jej wyznał.
Rano Krysia, Anna i Róża pomagały się ubrać Marysi, a koledzy - Pawła szykowali. Mają już po tyle lat i są już po przejściach, a tak się zachowują, jak by było to pierwszy raz.
Maria szła po schodach ubrana na kremowo, toczek na głowie z woalką. Paweł jednak włożył mundur oficera marynarki, jest mu w nim tak dobrze. A Marysia aż stanęła z wrażenia.
- Co ci Maryś? - zbladł ze strachu że to serce, dał jej bukiet róż różowych, a ona wpięła mu jedną w butonierkę. Maria powiedziała do Róży:
- Idź i włóż ten różowy sweterek i pokaż się na balkonie Piotrowi.
Róża nie pytała co i po co, posłuchała Marię. Piotr był zaskoczony, gdy ją zobaczył na balkonie:
- Różo, czuję że płonę, jesteś mi potrzebna by ugasić żar w mym sercu, kocham cię tak bardzo, że musisz i ty mnie pokochać.
Gdy Róża zeszła na dół, Anna ubrała sweterek, nawet nikt jej nic nie mówił. A Stefan poczuł coś magicznego, jak by magnes, nie mógł się oprzeć jej spojrzeniom, zniósł ją na dół na rękach.
- Będę cię kochał do końca mych dni Anno, zostań moją żoną i to zaraz, bo cię zacałuję, anno moja kochana, kocham cię tak bardzo, jak nikogo na świecie.
Anna się zgodziła wyjść za Stefana. W kościele siedzieli razem: Krysia i Karol, róża i Piotr, Anna i Stefan, a Maria z Pawłem.
- Ale wesoło mi na sercu, że oni się kochają, razem będziemy podróżować Pawle po świecie.
Wesele się udało, Józek był gospodarzem, wszystko dopilnował, by niczego nie brakowało. Róża poznała Piotra ze swoimi synami, był nimi zachwycony – to mądrzy mężczyźni, będą z nich zadowoleni ludzie, Różo. Poprosił ich o rękę Róży i dostał błogosławieństwo.


Tyle szczęścia spotkało w ten dzień te cztery kobiety, były tyle lat same, borykały się z trudnościami życia, od dziś świat dla nich jest pełen miłości.
Paweł z Marią i przyjaciółmi w podróż poślubną pojechali do Rzymu, by sam papież ich pobłogosławił, również Paraska pojechała z nimi, jest bliska Marii, ona jedna była tak blisko z jej mamą. Po miesiącu Róża i Piotr się pobrali i zamieszkali w Gdyni, a Romek obiecał, że chłopaki będą się dalej uczyć i dał im robotę w warsztacie. Stachu mieszka sam, chociaż to już nieaktualne – ma dziewczynę, która też uczy się sztuki malarskiej, po ich zachowaniu Romek czuje, że to miłość.
Bliźniaki mają powodzenie nie gorsze u dziewczyn, mówią powoli, ale zrozumiale.
- Będą z nich ludzie Zosiu – kiedyś oznajmił jej to – nie wstydzę się, że są moimi braćmi, cieszę się że mam ich, nie jestem sam, mogę z nimi pograć w piłkę, a Paula ma wujków.
Julka wróciła z Ukrainy zadowolona, jakby wygrała los na loterii, na każdym palcu pierścionek, za rok Jura chce się z nią ożenić.
- Ten mamo bym była jego, ten od jego mamy bym chciała być jej synową, ten od jego taty mamo, bo chce bym była jego córką, bo nie mają dziewczyny w domu, ten od jego babci – rodowy, z pokolenia na pokolenie mamo.
Julka długo opowiada Zosi co i jak było, nie pyta o nic, nie jest ciekawa, nawet nie wie że tyle się zmieniło w ich życiu, jest pochłonięta swoimi sprawami i planami na przyszłość.
- A Jura kiedy przyjedzie?
- Jak się zacznie rok akademicki mamo. Jeszcze jeden rok i wyjadę na stałe na Ukrainę, tam jest pięknie, ludzie tacy bliscy i szczerzy, nie tacy jak tu mamo.
Zosia się tymi słowami Julki obruszyła:
- Czy ktoś ci coś zrobił, że tak osądzasz tych ludzi? Między obcymi będzie ci lepiej, co ty o nich wiesz Julciu?
- Wszystko mamo mi dawali z miłością, a nie z obowiązku, że muszą.
- A co, my coś przed tobą ukrywamy, zamykamy. Co ty Julka bredzisz, jak się ty tam zmieniłaś, że aż tak ten pobyt podziałał na twoją osobowość. Nie poznaję cię, mówisz tak jak Marek mówił, że ktoś był dla niego lepszy niż ja. Co w ciebie wlazło dziewczyno, zastanów się co mówisz, bo jestem tym zmartwiona. Zachwyt tym złotem cię tak odurzył, to chodź, coś co pokarzę.
I poszły obie na górę. Zosia pokazała złoto mamy.
- No popatrz ile tego jest, ale czy to ważne, ono szczęścia nie dało nikomu, to tylko złoto, ciężkie i zimne, a trzeba serca by żyć – ono daje spokój człowiekowi, miłość i zabezpieczenie, że w biedzie i chorobie nie zostaniesz sama Julko.
- A babci znalazła szczęście w tym marynarzu mamo?
- Tak, są już po ślubach i nawet się nie spytałaś gdzie jest.
- No bo ja wolę moją babcię Katarzynę, mogę z nią o wszystkim rozmawiać, ona mnie zawsze kochała i kocha.
- No to niech cię kocha nadal, bo kiedyś wątpiła, że jesteś jej wnuczką. Za to Paula ma dwie babcie i dwóch dziadków, oni bardzo ją kochają, nad morze będzie sobie jeździć na wakacje.
Zosia dziś jest zła na Julkę, nie rozumie jej zachowania, tyle w niej agresji, a miłości zero, może się myli, ale tak to odbiera dziś.
Anna ze Stefanem teraz tam jest, to jak przyjedzie, to się dowie co to za rodzina i ludzie, może się myli co do nich, to może Julka się zmieniła, czuje się dorosła i mówi tak, by się popisać swoją dorosłością. To Zosię martwi - i to bardzo.
Anna ze Stefanem wróciła i nie bardzo ma o czym rozmawiać. Zosia z Romkiem jest tym zmartwiona, myśleli że Anna będzie szczęśliwa z tego spotkania, ale się mylili.
- Co tam mamo, coś nie bardzo..., chcesz o tym rozmawiać. Nie byli dla ciebie mili, może Stefana nie polubili, no mów mamo – Romek nie rozumie Anny, a Stefan milczy, nic a nic nie chce mówić.
Co im, może do siebie nie pasują – Zosia myśli że to by było najgorsze w życiu Anny, ale Stefan okazuje Annie miłość na każdym kroku, a ona jemu – to co może być grane?
Romek milczy, a widać jego złość, jak w nim coś rośnie, czyżby się jej rodzina wyrzekła, no ale jak był, to ją do siebie zapraszali, to o co chodzi?
- Mamo ja nie wytrzymam tej sytuacji, mówcie co się wam pokręciło w tej Ukrainie.
- Nam Romku nic, to Julce coś wpadło do głowy, by wszystko przekręcić do góry nogami, namieszała o nas tam tyle, że gdybym wiedziała, że tak mnie i mojego męża przyjmą, to bym się nie ruszała na krok z Polski.
- Co tam mogła im naopowiadać mamo? - Romek mało nie wyjdzie z siebie – przecież byłem tam, mówiłem im o tobie i o tym co robiłaś, jak tęsknisz za nimi. To nie wystarczyło im - Julkę wypytywali o nas, co za ludzie.
- Ano synu, oni są tacy inni niż wtedy, gdy ich zgubiłam i zostałam sama jak palec. To dla nich ważne, że mam męża, kochamy się. Że mam ciebie, to wielka dla nich hańba, jak mogłam się puszczać i mieć syna, a męża nie. To co mnie spotkało, to los ludzi w tym czasie – mogło się przytrafić to każdemu, ale takie życie jak prowadziłam, rozwiązłe, pełne czynów haniebnych, to dla nich niewybaczalne. Woleli by się dowiedzieć o mojej śmierci, ale w czystości.
- Oni mają mamo nierówno pod deklem.
- Tak synu, a jak Jura tu do ciebie przylezie po pieniądze na studia, to daj je lepiej chłopakom Róży, będą ci kochanie wdzięczni do końca życia. Bo oni niewart są moich łez, co je wypłakałam, ani jednego dnia nie byłam w moim rodzinnym domu i wstyd mi z powodu Stefana,
że musiał tego słuchać, a nie zasługuje by go obrażano.
- Mamo jeszcze dziś do nich napiszę i powiem im co o nich myślę.
- To pisz synu co chcesz, bo ja nie mogłam nic powiedzieć, ani się wytłumaczyć, co zaszło w moim życiu.
- Powiedz Anno, to Julka tak im na twój temat naopowiadała?
- A kto Zosiu, skąd cokolwiek wiedzą o moich czynach i że byłam taka...
- A skąd Julka wie cokolwiek o tobie.
- A gdzie ona?
- Na górze, chyba śpi po podróży.
- A kiedy przyjechała?
- Niedawno, może dwie godziny temu.
- To dziwne, gdy myśmy tam byli, jej tam nie było.
- To gdzie była?
- O Julce nic, a nic nie mówili.
Zosia zmartwiona gdzie była w tym czasie Julka, ...i taka zmieniona przyjechała.
- A Jura był w domu?
- Był.
- I co nie pytał o Romka?
- Nie pytał.
Coś się tu Zosi i Romkowi nie podoba, to jakaś zagmatwana sprawa, że o niej nic Jura nie mówił, a on na studia przyjedzie...
Roman sam nie wie co o tym wszystkim myśleć, a Zosia myśli gdzie Julka była, to nie daje jej spokoju.
- Anno chodź do domu, bo trzeba odpocząć po tej drodze.
- Będziemy do Gdyni jechać.
- A kiedy?
- Może pojutrze – Stefan powiedział spokojnie.
- No dobrze, jutro pogadamy i się dowiemy, co to było, że Julka tak coś pokręciła.
- Może nie Julka – dodała Anna – to może ci ludzie tacy inni.
Pojechali oboje zmęczeni i rozgoryczeni, że chcieli się cieszyć szczęściem swoim, a wyszło inaczej, to tak jak by ktoś napluł im w oczy.
- To Zosiu bardzo przykra sprawa spotkała ich oboje, a tak myśleli, że będzie wspaniale.
- Byle by Romku między nimi nic się nie popsuło, było by mamie bardzo przykro. Anna jest dla niej jak siostra, której nie miała.
- Róża też – dodał Romek.
Romek wziął papier i zaczął pisać po rusku do rodziny: pisze chyba o tym, że taką przykrość sprawili jego mamie i jej mężowi. Widzi Zosia w jego postawie taką złość i rozczarowanie - nikt nie rozumie ich zachowania.
Rano Zosia spytała grzecznie Julki jak naprawdę tam było. Julka milczy, ale Zosia wie że coś jest przykrego.
- No mów co zaszło. Anna tu była bardzo zła na ciebie, że coś naopowiadałaś tam na nią.
- Co, ja coś im na Panią Annę mówiłam? - Julka ma w oczach łzy - mamo to tacy ludzie, nie mogłam się do Jury zbliżyć na krok, ani go dotknąć, on też nie chciał tego.
- Co? Przecież się kochacie.
- Tak mamo, dałabym za niego życie, tak go kocham, ale tu w Polsce było inaczej: razem za rękę, pocałunki nie skrywane, przytulaliśmy się do siebie nawet.... - Julka zamilkła, a Zosia spytała co było jeszcze – mamo jestem już dorosła, mogę kochać się z chłopakiem, byle by uważać, by dziecka nie było potem.
Zosia tym faktem jest zaskoczona.
- Wy razem już uprawialiście... - i zamilkła, przypomniała sobie że i ona nie była lepsza, robiła to z Romkiem, gdy na to mieli chęć, więc Julkę nie będzie pouczać, ma na to swój rozum. Ale dlaczego tam na te sprawy mają tak rygorystyczne poglądy, może to jakaś inna wiara? - Zosia nie może pojąć co dalej.
- No powiedz, a co oni mówili, że ty z Jurą się kochałaś?
- Wygnali mnie z domu, nie chcieli nawet ze mną rozmawiać, bo jestem nieczysta. Ojciec Jury powiedział mamo, że takich puszczalskich to na łódź i zatopić, bo tylko zło tworzymy.
- Tak ci powiedział? To chyba Jura cię bronił przed nim.
- Mamo, on stał i nic nie mówił.
- Nic, co za chłopak, a tak cię kochał.
- On mnie kocha na pewno, widziałam to w jego oczach. Spakowałam rzeczy, które jak trędowatej wyrzucili z domu i w drogę do Polski.
- Ty sama Julko wracałaś, nie bałaś się, że może ktoś cię napaść, to jest Ukraina.
Zosia nie może pojąć, co to za ludzie są. Romek mówił, że tacy mili i gościnni.
- Dla niego może byli, a dla mnie nie, mamo. Gdyby kiedyś Jura chciał ze mną tam pojechać, to nie.
- A myślisz, że on z tobą będzie Julka?
- Będzie, ja to wiem, my mamo jedno, nikt tego nie zmieni.
- Co ty mówisz Julio?
- Mamo jestem z nim w ciąży. Zrobiliśmy to tam i nas nakryli, no i znasz całą prawdę mamo.
- To może dlatego byli tacy niemili dla Anny. Powiem Romkowi o całej sprawie.
- Nie mamo, na razie nie mów. Napiszę sama do Jury, co dalej będzie, może tu będzie studia kończył, tak go kocham i nie chcę go stracić mamo.
Z Anną Zosia się rozmówiła, była tym zaskoczona że tak Julkę potraktowali. Ona miała w obronie swojej Stefana, a Julka była tam sama. Jura bał się swoich rodziców, na pewno.
- I sama musiała wracać, dobrze Zosiu że nic się jej nie stało.
A skąd Julka ma to złoto?– Zosia martwi się teraz o nią, poszła do koleżanki, jak wróci, to ją spyta.
Lecz Julka nie poszła do swojej koleżanki, tylko do Paraski, ma w niej swojego doradcę.
Parska zna takich ludzi z tamtych stron, to okrutni ludzie.
- Julko, tam rządzi najstarsza baba, a nie chłop, on nie ma nic do powiedzenia. Tam żeni syna swojego syna, to znaczy wnuka ta babka, a nawet prababka, jak żyje. Ona rządzi synową, ile ma mieć dzieci, by je wyżywić, ona wydaje za mąż dziewczyny, o posagu też z nią się rozmawia. A reszta domowników tylko robi w polu i w domu, ona siedzi i nic nie robi, pije czaj i myśli, co kupić, co sprzedać, ile dać komu jak idzie na swoje, ale i tak trzyma wszystkich w swoim zasięgu, nieraz pół wsi rodzina, a ona jedna stara, jak kwoka się rządzi.
Takich to omijały chłopaki z daleka nasze, bo tam jak się ożeni chłopak, to stara mu da pannę młodą dopiero jak sprawdzi, czy on jest gotowy do współżycia i stoi, by czegoś inaczej nie chciał od niej. Nieraz – to mówili starzy ludzie – że taka stara uczyła jak to robić, a jak coś mu nie wychodziło, to dostał lanie takie, że hej.
Julka myśli, że tak chyba teraz nie jest, Jura zresztą tu przyjedzie i tu z nią będzie.
- No a jak go nie puści ta stara, to co ty Julko zrobisz? Dziecko to dla dziewczyny, która uczy się, to ciężar. Zosia może mieć jeszcze z Romkiem swoich więcej.
- Babcia Katarzyna mi pomoże, a Jura będzie mi płacił alimenty, jak nie puszczą go.
- Oj dziewczyno, dziewczyno, czy to musiało i ciebie spotkać?
Julka wróciła do domu. Zosia spytała o te pierścionki, skąd je ma.
- Chyba nie ukradłaś?


- Dała mi ta stara ropucha mamo, bym dała spokój Jurze, bo ona ma dla niego już dziewczynę ze swoich, posłuszną i robotną, a ze mnie to zdzira, dodała. Byłam tak zła na nich, że wzięłam, by byli biedniejsi o to złoto. A co ma być mamo, to będzie. Żałuję, ze poszłam do Jury wtedy w nocy, spał sam a ja ze starymi babami, tak chrapały, że nie mogłam zmrużyć oka i poszłam, myślałam że nikt tego nie weźmie za tak wielkie przestępstwo. U nas ludzie żyją mamo na luzie, nikt im nie stoi nad głową, co i kiedy mają robić i kiedy się kochać. Tam mamo ja bym nie mogła żyć według jednej starej baby – dodała Julka.
Zosia myśli jak z tego teraz wyjść z podniesioną głową, dobrze że Anna nic nie ma do Julki – i o tym Romkowi powiedziała, a to że Julka w ciąży, na razie będą milczeć.
Romek po paru dniach dostał list taki długi, że koperta była gruba – to stara do niego pisała, co i jak ona się na takich jak Anna i Julka zapatruje i dodała - u nas nasze dziewczyny to diamenty, czyste i śliczne, posłuszne i robotne, a Julka to kamień, który leży w polu i tylko pług o niego się tępi - niewart jej wnuka. Jura będzie sędzią, to o tym ona zadecydowała i koniec. A na Annę czekała, by tylko jej powiedzieć prosto w oczy - że dziwka, ma syna a gdzie ojciec? Ty Romanie możesz do nas pisać i też przyjeżdżać, ale bez żony, ona też taka, bo była żoną innego – dodała na koniec.
A to stara franca, ma prawie całą wieś pod sobą, każdy jej dogadza, mój wujek nic nie ma do powiedzenia, nawet śpi sam jak pies, jego żona przychodzi do niego raz na miesiąc i to jak mu stara ją wyśle.
- Ja nigdy do nich Zosiu nie pojadę, bo bym mógł tą starą udusić.
- Dobrze Romku, że są od nas daleko, tylko nie wiem czy to wiara, czy władza tak ich łączy i są jej poddani.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Tylko czuję, że Jura tak Julki nie zostawi, on poczuł smak wolności z dala od starej, i choć by to była wiara, to ona z nim przegra, miłość pokonuje wszelkie trudności Zosiu, a on Julkę kocha i nie da się zamknąć, jak kot w klatce; będzie drapał i gryzł, by żyć wolny.
- Oby tak było kochanie, obu tak było - bo ona jest w ciąży z nim.
- Julka w ciąży? Nic nie widać.
- Bo to parę dopiero tygodni.
- Szkoda, że nie wiedziałem, bo bym jej wygarnął do żywego. Ktoś Zosiu telefonuje, może mama.

I tak było.
- Kochanie to my, cała szóstka, jesteśmy w Norwegi.
- Gdzie mama jest, u Świętego Mikołaja?
- Ale tu ładnie, śnieg już spadł, ale zimno to nie jest. Widziałam orki i delfiny.
- Patrz mamo, może też i wieloryba zobaczysz.

- A co tobie Maryś, zbladłaś mi kochanie.
- Z Zosią teraz rozmawiam, nie przeszkadzaj mi.

- Tato tam z tobą? Daj go.
- No cześć Zosiu, co słychać.
- Czy mama tato dobrze się czuje?
- Tak, byliśmy wczoraj tu u specjalisty, jej serce prawie zdrowe, tylko nie wolno jej się denerwować. Zosiu co jej powiedziałaś, żeby wieloryba znalazła. A po co ci Zosiu wieloryb.
- Oj tato, ja dziś mam też zły dzień, to i coś się palnie. O nic mi nie chodzi, to samo z siebie tato.
- No masz mamę Zosiu.
- Wszyscy zdrowi?
- Tak mamo. A jak Julka rozpacza.
- Czy Jura coś do niej pisze?
- Nie mamo, Julka jest w ciąży z Jurą.
- Co, ona w ciąży, a co ze szkołą?
- No to pójdzie do wieczorówki mamo, musi skończyć, nie tak jak ja, dopiero teraz.
- Zosiu pilnuj ją, by się nie nabrała.
- Ona mamo ma nas i Paraska też jej tłumaczy, aby czekała, to będzie dobrze. Wracajcie, bo chcemy do was pojechać. Pozdrów wszystkich mamo.
- Kocham cię Zosiu.
- No zobacz Romek, oni w Norwegi, do Świętego Mikołaja pojechali.
- Mikołaj w Laponi.
- Co to on nie w Norwegi?
- To trochę dalej, ale przez Norwegię trzeba jechać, tam zima prawie na okrągło – dodał Roman – teraz zwiedzą trochę świata, należało im się trochę szczęścia. Tak to szczęście, że ich chcieli takie chłopy, emeryci i mają domy, samochody, forsę – to jeżdżą sobie po świecie.
- My Romek też kiedyś sobie pojedziemy.
- A gdzie byś ty Zosiu chciała pojechać?
- Ja do Wenecji bym chciała – Julka powiedziała, bo stała za uchylonymi drzwiami.
- Co ty podsłuchujesz nas! - Romek wrzasnął w stronę Julki.
- Nie mogę chociaż posłuchać o czym marzycie.
- Jest to nieładnie z twojej strony – dodał Romek.
- Przecież wy moi rodzice, to co ja wam zaszkodzę, chyba tylko wstydu wam narobię.
- Czemu tak myślisz i mówisz?
- No bo jestem w ciąży z Ukraińcem.
- Co? To nie wstyd, to tylko chciane dziecko, bo chyba chcesz je mieć.
- Tak bardzo chcę, ale się pogubiłam. Co ludzie będą mówić?
- A co ludzi to obchodzi, to nie ich problem. Nie wszyscy Julko są tacy, jak ci stamtąd, chociaż prawie ci sami i tu są, ale się zmienili, żyją tu swoim życiem, a tam żyją jak za cara: świętość, nienawiść i kara surowa – to dla nas niezrozumiałe. Ale trzeba o tym wiedzieć, że im z tym dobrze – to co my możemy zmienić. To Julko ich własna kultura i odrębność, tam tacy jak my nie pasujemy, bo nie zaakceptują nas jako swoich, ale masz nas i my nigdy się nie odwrócimy od ciebie, chociażby nie wiem kto co mówił.
- Nie jesteś już na mnie zły za ten wiersz, ze wzięłam mamie.
- Nie, nie jestem, ten wiersz zmienił nasze życie na lepsze. Zobacz ile ludzi jest szczęśliwych, kochają się, chociaż już przeżyli dużo czasu sami oddzielnie, teraz są razem i zwiedzają świat.
- Mogę z wami posiedzieć i pogadać - proszę mamo.
- No dobrze, zrobię ci herbatę.
Tego wieczoru dużo było emocji i radości. Śmiali się razem i płakali razem. Paula śpi wykąpana i najedzona.
- Nie ma jeszcze problemu żadnego – dodała Julka – mamo jej rzeczy trzeba pozbierać do mojego pokoju, by czekały na mojego syna.
- Ty będziesz mieć syna?
- Tak, bo bardzo chcę, by mi przypominał Jurę.
- Spisałaś go już na stratę, nie masz nadziei że będziecie razem?
- Nie mam. Ta stara jest taka zaborcza i wiem, że zrobi wszystko, by Jura o mnie zapomniał. Chociaż wiem, że tego co nas łączy, nie zamaluje się w jego mózgu żadną piękną miłością, chociażby chciał on sam to zapomnieć, nie zapomni do dnia swej śmierci. Będzie tego pragnął tak mocno, że uschnie jak roślina bez wody - a ona na to będzie patrzyć, tylko jest już stara i krótko będzie na ten jego ból patrzeć.
Poszli spać naładowani złymi emocjami. Rano Romek coś pisał na maszynie, słychać było to stukanie w całym domu, robił to tak energicznie, jak by był zły i tą złość chciał opisać w tym o czym pisze.
Dobrze, że sobota, to można pospać, nie trzeba iść do szkoły – Julka rozmyśla z samego rana - niedługo będę gruba i chyba mnie wyrzucą z ogólniaka, trzeba będzie do wieczorówki chodzić, a tak nie lubię nocy, chyba będę u babci Katarzyny, ona jeszcze nic nie wie, że będę mieć dziecko. Ciekawa jestem czy na mnie nakrzyczy. A niech sobie krzyczy, byle by dalej kochała mnie tak jak teraz.
Romek chyba gdzieś już pojechał. Nic Zosi nie mówił, ale tej nocy nie spał dobrze, kręcił się jak by go co gryzło, chyba to co wie z życia Julki – myśli Zosia.
Wstali wszyscy i Paula chce prędko butelkę.
- Jest niecierpliwa jak Romek, prędko bo chce – dodała Zosia.
- Dziś mamo wolna sobota, a on gdzie pognał z samego rana.
- Nie wiem, coś pisał na maszynie.
- A co?

- Nie mam pojęcia, był wczoraj taki zły, może pisał do Jury.
- Stara bierze wszystko do siebie i Jura nie dostanie listu mamo.
- On coś wymyśli, zobaczysz Julka, on gotów pojechać po niego tam i za łeb go tu przywlecze.
- Ja nie chcę jego na siłę, bo to nie życie, sama dobrze wiesz, bo to przeżyłaś mamo.
- Romek wie, że on cię kocha, to ta siła tego klanu go trzyma. I pomyśleć, że jeszcze tacy są tu tak blisko nas, a myślałam że to tylko w Ameryce są jacyś Mormoni, gminy Żydów, albo nasi Jehowi. Ale żeby baba rządziła rodziną, to aż dziw bierze, co to takiego.
- Dziś sobota, a ty gdzie jeździłeś z samego rana? - spytała Zosia Romka.
- Byłem na poczcie, wysłać list do Jury.
- On i tak go nie dostanie, bo ona go pierwsza weźmie w swoje łapy.
- Nie wiem, rządowe listy każdy osobiście odbiera.
- A skąd coś takiego ty mu wysłałeś?
- Nie po to studia kończyłem, by się babie starej dać pokonać – oni tak, a ja nic? Z rana pisałem na maszynie, a na kopercie przybiłem pieczątkę, niby to z akademika, by Jura zechciał im zapłacić należność za tamten okres.
- Ale masz pomysły, Jura będzie w kropce - list do niego na maszynie..., po polsku stara nie umie czytać, a on chyba nie głupi, by starej tłumaczyć słowo w słowo.
Dobrze by było, by się dowiedzieć co i jak mamo. Może by do mnie wrócił.
- Ja też myślę, że on powinien być z tobą Julka.
Mijają dni, Maria z Pawłem przyjechali, będą parę dni, bo Krystyna i Karol biorą ślub we Wrocławiu. Roman i Zosia z Paulą też jadą, to teraz po ojcu ciocia i nie obca, jakie ciocie tu Zosia miała? Julka nie jedzie, czuje się trochę źle że doszło do tego z Jurą. Może gdyby go nie naciskała, by się z nią kochał, to teraz było by inaczej? Ale skąd mogła wiedzieć, że on pochodzi z takiego klanu, gdzie czystość dziewczyny, to na wagę złota się przelicza. Czuje w sobie pustkę, wie że chociaż Romek napisał list, to i tak Jura nie będzie z nią, ale niech wie, że będą mieć dziecko i niech myśli o nim. Będzie sędzią, kogoś będzie osądzał, a sam będzie już teraz osądzony.
Ja nigdy tam nie pojadę, bo nie chcę by mnie spotkało to samo co Annę.
Julka przeniosła się do szkoły wieczorowej, nie lubi nocy, zawsze bała się ciemności. Ma telefon komórkowy i do Romka dzwoni, to ktoś po nią wyjeżdża. Dość często to przyjeżdża po nią Piotrek - syn Róży. Julka lubi z nim rozmawiać.
Romek otworzył w pegeerze warsztat dla bliźniaków i kupił samochód do ściągania zepsutych z drogi - to po prostu pomoc drogowa, lubią ta pracę obaj.
Tylko jak to będzie jak Róża przyjedzie? Tam w domu syf, rzeczy brudne nie mają kiedy prać, a łazienka chyba czarna od smaru – tak myśli Zosia i Julka.
Lecz są w błędzie – Romek kupił im automat, bardzo pilnują obaj porządku.
- Mamo, a Marcie podoba się Paweł.
- Co Paweł? Co na to Marek powie, on taki zły chodzi.
- Nie chodzi, dostał wózek i jeździ – dodała Julka.
- A skąd ty o tym wiesz?
- No bo ja mamo spotykam się z Martą, lubimy się, jest mi bliska, to siostra moja.
- No tak, masz siostrę. Tylko czy Paweł ją zechce?
- Nie wiem, ja bym wolała Piotrka.
- Co ty Julka, zapominasz o Jurze.
- Mamo ja wiem, że to już jest skończona miłość i to taka piękna, w dodatku dziecko będę mieć na zawsze po nim. Ale czy chcę go po tym co mi powiedzieli, a on stał i nic nie mówił. Już o nim nie myślę, byle by się urodziło zdrowe dziecko, a wychowam sama.
- Ja ci pomogę – dodała Zosia.
Paraska poszła znów do szpitala i zmarła. Pochowali ją koło Wasylisy - były koleżankami na dobre i na złe, to i tam będą ze sobą na zawsze w wieczności.
Mieszkanie Maria przepisała na Julkę, ona już z Gdyni, tu nie wraca, tam ma swój dom i koleżanki. Nie czuje bólu serca, jest zdrowa. Paweł cieszy się, że Zosia znów w ciąży, może będzie wnuk.
Romek też by chciał w domu syna. Maria czuje ulgę, że teraz w domu, który mama jej wybudowała panuje miłość i zgoda - aż cieszy się jej serce.
- Julka też będzie kiedyś Zosiu znów kochać – ja to czuję, coś wisi w powietrzu.
- A wiesz mamo, że ona jest zauroczona już synem Róży.
- A którym?
- No jednym z bliźniaków – Piotrem.
- A skąd ty o tym wiesz Zosiu?
- Czuję to mamo, on ma coś w sobie, co jej Romka przypomina. I by było dobrze, jest już po trzydziestce, dziecko na pewno nie było by przeszkodą. A taki robotny, pali się mu robota w rękach. Romek z nich obu jest bardzo zadowolony, prowadzi im teraz ten interes, może to się kiedy rozkręci i więcej ich tam będzie pracować? Józka też chłopak nie ma roboty, to też tam im pomaga. Jak im to będzie szło, to go zatrudnią.
- Może Zosiu będzie to dobry interes, teraz dużo jest tu samochodów to i naprawiać je trzeba.
- Anna i Róża nie były na ślubie, dlaczego mamo?
- Krystyna nie chciała rozgłosu. Po pierwszym jej mężu nikogo nie prosiła, to i z jej strony też nie trzeba było, by nie zostawiać we Wrocławiu złości po sobie.
- Nie rozumiem mamo – dodała Zosia.
- A teraz kiedy będziesz rodzić?
- W maju mamo?
- A na kiedy ma Julka?
- Na luty chyba. Nie chce iść do lekarza, jak ja pójdę teraz, to ją ze sobą wezmę – może da się namówić, jest taka uparta, przydało by się jej męskie wsparcie mamo.
A jak mamo Anna ze Stefanem?
- Bardzo dobrze, cieszą się sobą, jak by mieli po dwadzieścia lat. Róża też - mają statek i te wycieczki wożą na hel, tacy szczęśliwi, aż serce mocniej bije gdy na nich patrzę. Mają duży dom, a on ma tylko syna jednego, on sam na siebie robi, jeszcze nie żonaty, to co im, forsy jak lodu mają Zosiu.
Do domu przyszła Julka, a za bramą została Marta.
- Babciu mogę wziąć ten twój różowy sweterek, proszę cię, nie odmawiaj mi.
- No to go sobie weź, może się przydać, jest zimno, a ty tak skąpo ubrana, brzuch ci marznie, dziecku zimno. Dbaj o mego prawnuka Julio.
- Jak mi nie zimno, to i jemu też – dodała i poszła.
Obie poszły w stronę sklepu. Chyba nie myślą, że on daje miłość, chociaż nic nie wiadomo.
- A wiesz co mamo, myślałam że ten sweterek jest magiczny, ale wiem że trzeba dać siebie i nie polegać na czymś.
- No jak tak myślisz, to sobie myśl, a ja wiem że on przyciąga swoim kolorem czyjś wzrok i to zbliża człowieka do człowieka.
- Może tak mamo jest, różowy to kolor taki jak landrynki, gdy je widzisz od razu czujesz, że są bardzo słodkie.
- Ale te osoby które chciały być pokochane, a już same kochały, to się im sprawdziło Zosiu.
To i dziewczyny niech próbują zwrócić uwagę na siebie tym kolorem, bo już coś w tym jest, że obie chcą tych braci.
- Ale mamo, Marek to się wcieknie, gdy się okaże, że się do siebie zbliżą: Julka i Piotrek a Marta z Pawłem. To dobrzy chłopcy, robotni i niewybredni, nauczeni nie grymasić z jedzeniem ani z ubiorem.
- Będą Zosiu w takim razie dobrymi mężami. A co u Stacha?
- On też ma już dziewczynę, uczą się i pracują, dobrze że Romek dał im swoje mieszkanie.

- Gdzie byliście?
- W warsztacie, sprawdzić wasz wóz, by jechał do Gdyni bezpiecznie i prędko – Romek powiedział żartobliwie – Marta i Julka, wiesz Zosiu, startują obie do chłopaków.
- Skąd o tym wiesz?
- No bo widać po nich, że są im bliscy.
- Mamo może oni będą parami.
- Romek a co ty na to? - spytała Maria.
- A co, oni muszą mieć kogoś, by cieszyć się miłością, a Julka chłopaka by chcieć żyć normalnie i z miłością czekać na to dziecko. Piotrek będzie dobrym ojcem, chociaż swego miał od święta i bardzo mu się Julka podoba, widać to w jego zachowaniu. Martwi mnie, co Marek powie, jak się dowie - obie za obu, chyba go trafi, a może da spokój. Róży dom będzie jego córki Marty, Julka ma twoje mamo i jeszcze kupimy jej to obok, bo ta stara chce sprzedać, to wtedy będzie duże.
- No zobacz Romek i tak by było bardzo dobrze.
- Zosiu jutro z rana pojedziemy do banku zrobić z tymi pieniędzmi porządek; coś dla Julki i tobie reszta, bo ja nie potrzebuję tych pieniędzy, a to były twoje. Może będzie ci trzeba, a ja będę daleko, to możesz mieć kłopot, a tak ja będę spać spokojnie, Marek ci już nie zagraża.
- No to będzie mamo dobrze i Julka będzie mieć na swoje wydatki i to mieszkanie kupimy, resztę..., może coś Romek zechce kupić, by rozbudować interes mamo. A co ty na to?
- Ja Zosiu z tego bardzo się cieszę, bo wiem że będziesz to mieć co miałaś - zresztą my tych pieniędzy nie potrzebujemy, ja jeszcze ze swoich oszczędności zapiszę wam wszystko jak coś zostanie, dom też.
- I psa – dodał Paweł z uśmiechem.
Na drugi dzień wszystko załatwili i zadowoleni wszyscy rozstali się bardzo szczęśliwi.
Romek dostał list od Jury: pisze, że Julka dostała za tę krzywdę co zrobił sporo, to jak nie usunęła ciąży, to niech teraz sama chowa, bo on nie myśli zdradzać swojej rodziny i swoich zasad, a przed swoim opiekunem klanowym nie ma tajemnic i mieć nie chce – to siła która trzyma ich razem, na dobre i złe. Studia kończy u siebie, a pieniądze które straciłeś, zostaną wam wysłane.

Przepraszam Julkę, za to że nie oparłem się pokusie i naciskowi z jej strony, tego bardzo żałuję, ale nie może życie się opierać na przyjemnościach cielesnych. Wartości moralne, które wszyscy mieszkańcy rodu stosują, są wart życia jego i poświęcenia całkowitego, to nasza siła życia i przebicia. Jednocześnie bardzo cię proszę, zaopiekuj się moim potomkiem i gdy podrośnie wytłumacz mu o moim istnieniu za wschodnią granicą Polski.
Jura

Romek nie mógł wstrzymać w sobie złości - a żebyś ta tam wyzdychali na pomór świński, bo niektórzy choć ludzie, to swoim zachowaniem przypominają świnie.
- Co tobie kochanie, jesteś na kogoś zły?
- Nie, ale wciekły do granic możliwości Zosiu.
- Ja tego nie rozumiem, powiedz o co ci chodzi?
- No to masz i sama przeczytaj, bo nawet nie mogę tego przetłumaczyć, tyle jest we mnie złej emocji.
- Nie mów Julce Romek nic na ten temat, to będzie dla niej bolesne, a teraz zaczyna się cieszyć Piotrem. Zapomni o Jurze, gdy tylko poczuje miłość do Piotra, a on jej też okaże swoje uczucia do niej.
- I by było to dla niej najlepsze rozwiązanie. Dziś żałuję, że wtedy go tu przywiozłem, myślałem że to chłop, a to mięczak Zosiu.
Chłopaki po paru dniach oznajmili Romkowi, że chcą chodzić z Julką i Martą, ale nie wiedzą czy one tego chcą. Czy nie są dla nich za starzy i za głupi.
Romek się z tego bardzo ucieszył i powiedział – może Andrzejki zrobicie razem z nimi, to się do nich przekonacie.
Julka Romka też zapytała:
- Cobyś powiedział, gdybyśmy zaprosiły bliźniaków na Andrzejki, bardzo nam zależy na ich towarzystwie.
- Ty i kto?
- No Marta, oni bracia, my siostry, było by dobrze. Jak myślisz Romek?
- No ja to popieram i nic dodać ani ująć, chłopy dorosłe, ale trochą nieobyci, za to robotni. Czy to wam obom wystarczy, nie będziecie potem się z nich śmiać, że coś poczuli coś was.
- Co ty Romek, my obie bardzo ich chcemy, nawet powiem ci w tajemnicy, że ja Piotra pokochałam, jest dla mnie bardzo miły, pomaga mi w lekcjach.
- On tobie?
- A co, jest mądry i w mig rozwiązuje zadania z matmy. Powiedz, czy zechcą przyjść jak ich zaprosimy?
- A jak oni was zechcą zaprosić, to co?
- To byśmy były obie bardzo szczęśliwe.
Cała czwórka bawiła się na całego w domu Róży. Piotrek Julkę zaprowadził do mieszkania, a Marta została z Pawłem. Obie pary kochały się tej nocy, a na Wielkanoc, po urodzeniu przez Julkę córki, wzięli ślub: Marta z Pawłem, Julka z Piotrem.
Ach co to był za ślub: róża z mężem i synem urządzili całe przyjęcie, wszystko sami kupili. Grzegorz - syn Piotra poznał córkę Olgi, bardzo sobie wpadli w oko, bawili się całe wesele, jest od niej starszy i to dużo, no ale przystojny i ma głowę do interesu – tak ujęła to Róża, gdy spytała Olga o niego Różę.
- Nie będziesz żałować, on taki zaradny, będzie im dobrze, byle by w nich miłość się narodziła - dodała Róża.
- Anna, Maria i ty Różo jesteście tacy szczęśliwi, aż miło na was patrzeć, to jeśli Grzegorz będzie chciał mi zabrać stąd moją Melę, to wy dla mnie będziecie musieli tam znaleźć mieszkanie, bo ja bez mojej córki umrę. Ona jest moją pociechą, patrzę na nią i widzę mego chłopa - ona taka do niego podobna.
- Wiesz Olgo, to twój problem, przecież żadna z nas nie odrzuciła swoich dzieci, kochamy ich; Maryjka swoją Zosię bardzo, ale jest z Pawłem, Anna też zaborcza o Romka, lecz wie że trzymać go się na smyczy nie da i znalazła sobie chłopa, a tyle lat była sama, nie chciała nawet twego ojca, szalał za nią Stachu. W tym młynie swego życia tylko ona mogła dać mu szczęście, kochał ją tak bardzo, że gdy był piany to do mnie wołał Anno, Anno, kochanie ty moje. Do mnie nigdy tak nie mówił, nawet w dzień ślubu, był sztywny w tym swoim ruskim mundurze, obwieszony orderami, robił to dla moich i jego synów. Ja dopiero teraz znam smak prawdziwej miłości Olgo i to dla mnie jak miód na zgorzkniały smak. To może ty też coś jeszcze znajdziesz dla siebie, a Melkę zostaw w spokoju, ona musi być wolna, nie rozdarta między dwoma miłościami do ciebie i Grzegorza, bo nawet niemoralne z twojej strony będzie ją kontrolować, kiedy ma być z nim. Zresztą my tu o nich się sprzeczamy, a skąd możemy wiedzieć, że oni będą razem. Oni się dopiero poznali, a do miłości trzeba dużo.
- Nie widzisz Różo jak oni na siebie patrzą - aż coś w nich rośnie.
- No i dobrze, bo im się to należy, są wolni, żałujesz im szczęścia.
- Nie ja bardzo chcę, by Mela była szczęśliwa, a on mi się bardzo podoba.
- No to bądź cicho, niech dziewczyna wyrwie się z tego pegeeru w świat. A ty będziesz też do nas przyjeżdżać kiedy zechcesz, mój dom to będzie twój dom, ale teraz daj jej to to co trzeba, by była wolna i czuła to, że ma w tobie oparcie a nie kontrolę.
Grzegorz kupił Melce komórkę, by mogli do siebie dzwonić o każdej porze dnia. Olga dała im swoje błogosławieństwo i zgodę, by się mogli spotykać kiedy zechcą.
- Będzie z nich dwojga piękna para – powiedział do Róży Piotr – bardzo się cieszę, że taką dziewczynę Grzegorz tu poznał, a tak nie chciał tu jechać.
- No i widzisz Piotrze, to miejsce chyba ludzi znad morza przyciąga, może to te wzgórza, w nich kiedyś były kopalnie złota.
Tak stali na wzgórku za domem Róży.
- O tam w stronę tych pagórków - tam jest Złotoryja. Złoto się płucze na zawodach teraz w Kaczawie, a te góry - to Góry Kaczawskie.
- Różo przyjedziemy teraz na wakacje w całej paczce tu pochodzić, coś pokopać, może złoto znajdę, albo piękny okaz kamienia. Ty kochanie na mnie tu tyle lat czekałaś, aż cię znalazłem, to i te wzgórza coś dla mnie skrywają, czuję to i rośnie we mnie ochota, by już dziś tam iść.
- Tak, tak ja też bym poszła Piotrze, ale trzeba jechać tam..., ja szukam muszelek i bursztyny dla moich wnuków. Bardzo się cieszę, że Julka dała nazwisko małej mojego syna, on tak bardzo kocha ją i jej dziecko. Stachu też ma ładna tą dziewczynę, trochę się jąka, ale to nic, on też niewyraźnie wszystko mówi, może wezmą niedługo ślub. Była bym Piotrze szczęśliwa z tego, że wreszcie do nich świat należy, tak jak do mnie, a myślałam że nigdy z nich nie będę miała pociechy, tylko zmartwienia.

Były długie pocałunki Melki i Grzegorza.
- On chyba nie ma ochoty wracać do Gdyni. Zapytam Olgę czy ją puści z nami, lepiej się poznają, oni się nie mogą od siebie odkleić. A może to bliźniaki czymś ich skleili.
Piotr się roześmiał, widać było że się cieszy i nie może się na nich napatrzeć. Róża wyszła z samochodu i poszła do Olgi.
- Puść ją ze mną do Gdyni, pozna jego i co robi. Przecież nie ma pracy, a ty dasz sobie przez te parę dni radę sama, nie jesteś kaleką.
Olga się zgodziła. Mela wsiadła do samochodu tak prędko, nic nie brała ze sobą, by się Olga nie rozmyśliła. A Grzegorz ruszył szybko, bo chyba się bał że jeszcze ją zatrzyma matka.
Jechali i całą drogę mieli na co Róża i Piotr patrzeć.
- Oni we dwoje to jedno – powiedział Piotr – nie trzeba będzie ze ślubem czekać długo.
Na miejscu Mela z Grzegorzem na statku, w marynarskim mundurku wygląda tak ślicznie, turyści ją zaczepiają, proszą by z nimi robiła zdjęcia, a ona w siódmym niebie. Nie może Grzegorz mieć chwili wolnej, nawet do łazienki idą razem. Jej miłość to taka jak jej matka – zaborcza, oby nie było kłopotu. On był zawsze samodzielny, teraz ona na krok za nim. Co będzie, gdy mu to się znudzi? Dobrze, że ja wzięliśmy, może ona zmądrzeje. A on nie da się okręcić wokół palca jej.
Róża porozmawiała z Melką, wyjaśniła jej, że musi trochę dać sobie na wstrzymanie, bo Grzegorz może za jej potrzebami nie nadążyć. On ma już czterdziestkę i co wtedy będzie gdy mu przejdzie. To lepiej niech będzie ostrożna. Melka przyznała się Róży, że chce go zdobyć, lecz on się ciągle waha. Jeszcze ona jest niewinna, a tak go pragnie, że nie może sobie z tym poradzić i dlatego za nim chodzi, bo on może mieć kogoś innego.
Róża wzięła w obroty Grzegorza, wypytała go o jego zamiary wobec Melki.
- Dziewczyna postawiła całe swoje życie w twoje ręce, czy ty tego nie rozumiesz? Ona czuje się ci już niepotrzebna. A taka zakochana w tobie. Co z tobą? Byłeś zauroczony nią tam, a tu unikasz jej – dodała Róża.
- Ja nigdy nie miałem dziewicy, co będzie jak się do niej dobiorę, a ona tego nie polubi - ani wtedy się żenić, ani zostawić. Bardzo się boję tego, jak ognia. A ona na mnie napiera.
- A kochasz ją? – spytała Róża.
- Tak, bardzo ja kocham, nigdy nikogo tak nie kochałem. Ona taka młoda i śliczna.
- No tak jak lalka Barbie – Róża dodała – lecz musisz dać sobie i jej to, co oboje chcecie, bez strachu co będzie, bo myślę, że Melka jest na to gotowa i dlatego tak na ciebie napiera. Chce ciebie, po to wyrwała się z objęć matki - w twoje się schowała. Więc rób to co do ciebie należy, a ja będę czuwać nad wami. Zobaczysz, że dasz sobie radę, to nie takie trudne do zrobienia mężczyźnie - gdy kocha.
- Czy ty Różo i ojciec dziś będziecie w domu?
- Jak chcesz, to pójdziemy na brydża do Pawła i Marii.
Gdy wrócili świece się paliły w całym domu i pachniało lawendą. A oni oboje w łóżku naszym. Róża nawet nie zwróciła uwagi, poszli do jego sypialni.
- Co to Różo – Piotr spytał – oni razem w naszym łóżku, nie mogli zrobić tego tu, w jego łóżku.
- Daj spokój Piotrze, to mi nie przeszkadza, gdzie my będziemy się kochać. To Grzegorz bał się do Melki zbliżyć, bo nigdy nie miał cnotki,dlatego chyba chciał czuć nasze wsparcie w tym jego wielkim przełomie życiowym. Chyba się udało, będzie teraz kochał się z nią gdzie zechce, nawet na pontonie, nie będzie mu to przeszkadzać, że huśta, tego im obojgu było trzeba.
- No to mnie Różo uspokoiłaś, bo ja myślałem, że on gej i tego się wstydziłem, nawet przed tobą kochanie. Sam go chowałem jak umiałem, żona była o mnie tak zazdrosna, że nie dawałem sobie z tym rady; ciągłe kontrole, wyzwiska że mam kogoś, a on to chyba słyszał i dlatego taki jest ostrożny do dziewczyn.
- Nim się oglądniemy Piotrze, oni będą mieć dziecko, bo teraz będą się kochać bez oporów.
Jak Róża z Piotrem wstali, śniadanie na nich czekało; a oni oboje tacy szczęśliwi, ciągle się do siebie przytulają i całują.
- Boże, patrzę na nich i widzę, jak te dwa koty na prerii mizdrzą się do siebie - aż i mnie coś bierze Różo.
- Jedz i nie patrz na nich, teraz to ich chwila rozpłodu.
- Co?
- A co myślisz, że po takim zbliżeniu ich dwojga nie będziesz dziadkiem? To się mylisz, ale potem to im przejdzie. Teraz patrz i ciesz się, że taką miłość twój syn ma i nikt mu tego nie zabierze.
Grzegorz powiedział, że bierze ślub z Melą, bo jest w ciąży.
- Tak prędko wiecie?
- Tato, teraz są testy ciążowe.
- A widzisz, mówiłam że będą z tego dzieci.
- Jedno mamo, jedno.
Dziś pierwszy raz Grzegorz do Róży powiedział mamo. Bardzo się ucieszył Piotr, że wreszcie są pełną rodziną.
Ślub był w urzędzie, suknia biała, welon długi, orkiestra grała. Olga była szczęśliwa że takiego ma zięcia.
- Ale kościelnego mamo na razie nie bierzemy – powiedziała Mela Oldze.
- A dlaczego?
- Bo Grzegorz jest niedowiarkiem, muszę go do kościoła nauczyć chodzić. Teraz mam go i będzie ze mną na zawsze, mamo. A wiara w Boga musi się w nim mamo też znaleźć, bo gdzieś ją zgubił, tak jak kochanie się z kobietą – dodała Mela.
Całe wakacje pełno w domu Róży rodziny.

A w domu Marii i Pawła też jest Zosia i Paula i mały Krzysiu – Romek ma w końcu syna.
Anna ze Stefanem pojechali statkiem do Francji. Krystyna z Karolem i Maria z Pawłem jadą do Białorusi, do rodzinnego domu Marii. Kupili sobie wozy z przyczepami, by nie przeszkadzać nikomu. Będą zwiedzać po drodze wszystkie zabytki. Wrócą po wakacjach, a może i później.
- Mamo będziesz dzwonić do mnie często? – upewnia się Zosia.
- Będę, będę córeczko. Dbaj o męża i dzieci, niedługo wróci do domu Anna, to ci pomorze przy dzieciach – dodała Maria i pojechali.
Lipiec tego lata był gorący, opalili się nie leżąc ani dnia na plaży.
Romek do Zosi przyjeżdżał co sobotę a wracał w niedzielę. Ze sobą przywoził na zmianę bliźniaków, bo ich żony tu były u Róży, jeden musiał zostać pilnować ich interesu, mają roboty pełne ręce, ich firma się rozrasta, zajęli całą kuźnię i warsztat w pegeerze, pracę mają też synowie Józka.
A na czworakach rozebrał Romek stare obory i chlewiki, pomalował domy, posadzili krzewy ludzie, ci co tam mieszkają, całe podwórko, teraz jak w parku. Paweł z Martą są już widoczni, bo byli jak za światem, są huśtawki i piaskownica, dzieci teraz mają się gdzie bawić.
- Szkoda, że ja mieszkam daleko – dodał Romek – moja Paula i Krzyś też by się tu bawiły, a Zosia miała by blisko do swojej córki.
Pałac pusty. Pegeer jest do przetargu, pola są już rozebrane. Romek wykupił z bliźniakami całą tą stronę od drogi pod swoją firmę. Zarabiają nawet ładne pieniądze, jeszcze jeden samochód kupili do wożenia samochodów. Ludzie mówią, że teraz do Niemiec będą jeździć. I może tak będzie, ale teraz i tak mają pełne ręce roboty, łazienkę musieli sobie zrobić, bo do domu nie będą nosić żonom smaru - piorą sami.
Julka bardzo jest za Piotrem, wróciła prędko znad morza, boi się że może jej się szczęście długo nie trafić, a sweterek ten po babci Marii wisi w jej szafie, nosi go czasem, by Piotr na nią patrzał tak zawsze. Marta już też w ciąży – wszyscy coś mają i są szczęśliwi.
Tylko Marek, chociaż dom Róży jest teraz jego córki Marty, a Julka ma aż dwa połączone mieszkania, to to go wcale nie cieszy. Liczył na wiele, a ma małą teraz rentę, syn w szkole specjalnej, Krystyna gdzieś coś sprząta w mieście. Jej ojciec bardzo chory, ciągle po szpitalach, tej renty co ma, to na lekarstwa za mało – powiedział kiedyś do Pawła – może bym wam pomagał tu w warsztacie rozbierać te stłuczki. Marek wie, że ten interes to z Romkiem mają chłopaki, ale by chciał coś i on jeszcze zarobić. No i ustalili razem, że może też przychodzić, byle by Romkowi nie deptał po pęcherzu, bo nikt, nawet oni obaj, jego zięciowie, więcej nie będą za niego ręczyć.
Marek przyjął tą pracę, pracuje jak może, tnie karoserię Boszem, szpachluje i nie wchodzi z Romkiem w bliski kontakt - zawsze z daleka.
Romek załatwił mu wózek bardziej obrotowy i łatwo się mu na nim poruszać, ale nie chciał by mu za to dziękował. Nawet gdy po robocie piją piwo razem, to nawet Romek na niego nie spojrzy, jak by go tu z nimi nie było.
Jeden z bliźniaków spytał Romana:
- Dokąd tak będzie między wami?
A Romek tak mu powiedział:
- Do końca moich dni bracie, on zabrał mi życia piętnaście lat - jak mogę z nim rozmawiać, albo mu podać rękę na dowidzenia. Lepiej niech trzyma się z daleka ode mnie, bo jeszcze mogę mu zęby wybić i nie będzie miał czym gryźć chleba – hiena.
To określenie już dawno krąży między pegeerusami o nim. Marek pracuje bardzo dobrze i Romek nie ma do tego żadnych zastrzeżeń i tak jest dobrze, gdy nie wsadza się do niczego, a robi co mu karzą. Teraz ich kolej rozkazywać.
Anna wróciła z Francji ze Stefanem - bardzo szczęśliwa. Tam jej Stefan ma dużą rodzinę, zwiedzili prawie całą Francję i Danię też. Stefan dał Romkowi sporo forsy, wie że Romek marzy by pałac był jego, wycena była nieduża, a prawie nikt nie startował w przetargu to i pałac teraz Romka.
Ten dom sprzedadzą, a może mama zechce tu być?
Romek remont robi, by było jak za Niemca, tam gdzie kominki, to i on je robi.
Ale mama się zdziwi, gdy wróci z podróży - a my Romku w pałacu, to może płakać, całe dzieciństwo tu spędziła.
I tak było, nie mogła pojąć, skąd Romkowi przyszło do głowy by to kupować, tyle w tym pałacu się działo za kołchozu, jej mama tu rządziła, potem Stachu, wielki niewiadomy, kto i skąd.
Potem Marek wzbudzał popłoch wśród biedaków, bo jak coś nie tak, to na ryj – mówił do ludzi.
- Czy ty tu chcesz Romek mieszkać w takim molochu? Echo się odbija od murów – powiedziała Maria.
Lecz Pawłowi się ten pałac podoba.
- My też tu Maryjko sobie gniazdko zrobimy. Wszyscy razem tu będziemy się spotykać. Piotr mówił mi, że tu gdzieś w tych górach jest złoto, a nawet wulkan. Będziemy chodzić, coś szukać, bo woda nas już nie cieszy, wolimy ląd – dodał Paweł.
Maria wie, że jak Roman coś zaplanuje, to nikt tego nie zmieni, nawet Zosia.
Tu nawet jest lepiej, bo do Julki ma blisko, a dzieci muszą być blisko, by się miały z kim pobawić. To i przestała gderać.
- A ile mi zostało – powiedziała do Zosi – dziękuję Bogu za każdą godzinę życia, że mi ofiaruje bym była z Pawłem jak najdłużej. Nawet dobrze, że taki ten pałac duży, teraz możemy zaprosić tutaj Krystynę z Karolem, Różę z Piotrem. Anna ze Stefanem ma swoje, ale mogą to komuś wynająć i być tu z nami. Wszyscy damy na remont i kropka.
- Mamo, a co z tym złotem, bo dolary już poszły.
- A ono leży w tej szafie.
- Roman chce te meble tutaj wziąć. Teraz są modne takie rzeźbione, ciężkie meble.
- No to trzeba sprzedać, na co ma to czekać. Ja tego nosić nie będę, a trzymać nie trzeba dłużej.

Julka przyznała się, że wzięła od starej Jury piętnaście dolarów, by usunęła ciążę z Jurą, ale nie chciała tego zrobić, bo Katarzyna jej zabroniła. A te piętnaście u niej leżą, sama nie wie co z nimi ma robić. Dziecko już jest zdrowe, śliczna dziewczynka, Barbarka dali jej na imię, po babce Piotrka, a mamie Róży. Piotrek kocha to dziecko, nosi, całuje, pomaga przy kąpaniu, wozi wózkiem - jak swoje. No i dobrze, może swoje też będzie miał niedługo.

Zjechali się wszyscy na święto zmarłych, Róża i Piotr też są. Jesień piękna, ciepła, no i chodzą całą paczką w te góry. Chłopy są bardzo zadowolone, coś gdzieś wykopią, potem tną w warsztacie u chłopaków i podziwiają : co za cuda w zwykłych kamieniach się kryją. Szkoda im każdego dnia, ciągle gdzieś ruszają i Józka biorą ze sobą, by nie błądzić po laskach. Zwiedzili całą okolicę, każdą dziurę, każdy wzgórek - szkoda że zima. Ale wiosną ruszą znów - tak ustalili.

Marta, żona Pawła urodziła syna. Róża martwi się, by tylko nie było z nim tak, jak z jej chłopakami. Stachu - jej syn, też się ożenił, ma pracę konserwatorską, z żoną odnawiają zabytki, to i Romkowi coś doradzają przy remoncie pałacu.
- Popatrz Różo, jak naszym dzieciom się życie poukładało, aż miło na nich wszystkich patrzeć.
Julka już niedługo skończy szkołę, może coś znajdzie dla siebie do roboty, teraz już prowadzi im papiery. Romek kupił komputer – trzeba iść z czasem, a liczydło do lamusa.
Olga sama, jej synowa nie daje się jej bardzo wtrącać do ich życia, to i tęskni za Melką.
A ona za nią wcale, ma Grzegorza, on ją rozpieszcza, chodzi w ciąży, już ostatnie dni.
- Popatrz Maryjka, jak się nasze życie zmieniło, w jeden dzień.
- Co ty mówisz Różo? A co zapomniałaś, że to co się stało z Julką i Markiem to nie kres jego znęcania się nad ludźmi.
- Przestali się bać jego zbirów, wszyscy stali się otwarci, zaczęli mówić o tym, co niektórzy na zawsze zapomnieli, by nie mieć kłopotu z mieszkaniem tu, no i z pracą. Bo ci co tu pracowali od lat, to co mieli robić, gdy ich pozwalniał – związków zawodowych nie było za twojego.
- A on twój nie był?
- No był i mój. A za Marka to nawet zebrań nie wolno było ludziom robić, siedzieli jak mysz pod miotłą
- No gdyby to się nie stało, to ja bym siedziała nadal na blokach i tyle bym się nie dowiedziała o moim życiu ze Stachem, nawet o mamie. Jaka ja byłam głucha i ślepa, nawet teraz nie wiem, dlaczego tak się go bałam. Seks z nim uprawiałam bardzo rzadko, bo jak był piany, to nawet mnie nie mógł dotknąć. To chyba ta miłość do Pawła siedziała głęboko skryta we mnie i tworzyła między nami mur, który nas dzielił Różo.
Chyba tak było, dziś jest wszystko takie inne, jak by nic takiego się nigdy nie wydarzyło.
Może Różo da Bóg, że jeszcze pożyjemy długo i nacieszymy się tym co teraz mamy.
- Teraz Mario jest tu tak pięknie, że żal wyjeżdżać - ale trzeba. Grzegorz i Melka odetchną, gdy wrócimy i Piotr zajmie się tym ich interesem, oni teraz muszą chodzić do szkoły rodzenia, wiele mają roboty, by było wszystko gotowe.
- No tak, czasy się zmieniają i wymagania są wyższe od mężów w pomocy przy dziecku.
Piotr nie może doczekać się tego wnuka. To ma być chłopak, tak wykazało USG, które Melka miała zrobione.
- Powiedziałaś o tym Oldze?
- Nie, bo ona... Co nie widzisz jak się boczy na mnie? Jest zła że wtedy na wesele przyjechał z nami Grzegorz i jej Melkę zabrał.
- Jak będziemy wracać, to ją zabierzemy ze sobą, może da Melce spokój, gdy zobaczy ją znów i to w ciąży.
- Może tak będzie Różo, Olga to trudna osoba, nie da się do siebie nikomu przekonać, by się coś zmieniło w jej osobie.
- Ale Mario, dziecko ją zmieni. Będzie dobrą babcią, na pewno.
Wszyscy wyruszyli do morza po Nowym Roku. Olga też z nimi pojechała, lada dzień Mela ma rodzić, to jej w domu pomoże.
- Różo nie złość się na mnie, że taka jestem, coś mi dolega i nie mogę sobie dać z tym rady. A do lekarza nie chodzę, bo się wstydzę – powiedziała Olga do Róży.
- A co ci dolega?
- Boli mnie bardzo odbyt Różo, nie mogę siedzieć i dlatego jestem taka zła, ale nie na was, tylko sama na siebie.
- A od kiedy cię boli?
- Od wiosny Różo, tak mnie boli, że nie mogę się załatwić, krew leci, a nie mam już okresu dawno.
- Może to hemoroidy.
- Nie, to coś innego, aż sięga do kości ogonowej i czuję że ta końcówka jest już na wierzchu.
- To może pójdziesz jutro ze mną do lekarza, może trzeba jakieś maści, to się zagoi.
- Ja myślę Różo, że to rak i nie chcę martwić tym Melkę, po co ma wiedzieć, żem ja chora.
- Ty Olgo nie wymyślaj sobie choroby, jak nie wiesz co naprawdę ci dolega – powiedziała Róża – dowiemy się jutro, a Melka na razie nie musi nic wiedzieć gdzie i do kogo idziemy.
- No to dobrze – Olga się zgodziła i poszły następnego dnia do lekarza prywatnie.
Badanie było dla Olgi nieprzyjemne i bolesne. Lekarz powiedział, że to jest jakieś zakażenie skóry z niedopilnowanej czystości. Olga aż się zrobiła weselsza, leki i maści pomogły Oldze, zagoiło się prędko. Ale trzeba się pilnować, myć gorącą wodą, nie taką by sparzyć, no i papier toaletowy miękki anie gazeta - taką radę dał lekarz Oldze na końcowej wizycie.
Melka urodziła syna, dali mu na imię Bogdan. Olga nic nie protestowała, cieszy się że może być blisko córki. Bardzo jej brakowało tego, jak rybie wody – tak to kiedyś ujęła w rozmowie z Piotrem.
- U nas jest dużo miejsca, możesz być dokąd zechcesz, sprzątasz, gotujesz dobrze, to siedź z nami. My z Różą jesteśmy szczęśliwi, gdy się komuś w czymś pomorze. A ty Olgo to nasza teraz rodzina, ciesz się z nami razem. Aby tylko zdrowie było, a nasz wnuk rósł jak na drożdżach, bo wiosna tuż, tuż, na ryby będziemy chodzić.
Olga jest bardzo szczęśliwa, pomaga Melce bawić małego, albo go pilnuje, gdy oboje z Grzegorzem urywają się na jakieś filmy, nawet nie pyta o czym był ten film. W nocy wstaje, gdy mały płacze, a Mela z Grzegorzem śpią w objęciach. Nad wszystkim czuwa, jest bardzo szczęśliwa, że pozwolili jej tu zostać na dłużej, a może i na zawsze.
Wiosna przyszła ciepła, słoneczna, na spacer z małym idzie chętnie Olga, a Grzegorz i Melka mają czas dla siebie.

Cała paczka znów wyrusza na Śląsk. Chłopy są zauroczone zbieraniem kamieni, zrobili sobie w piwnicy pałacowej małą galerię swoich okazów. Cieszą się gdy coś ładnego znajdą, może na wystawy będziemy swoje okazy wozić. Mają plany, aż głowa boli. Kobiety za nimi nie nadążają, to i siedzą w domu, razem robią obiady - tyle tego trzeba nagotować, bo jak wracają to głodni jak wilki, ale chociaż zadowoleni.

Zosia jest bardzo ciekawa, mija parę miesięcy jak byli na Białorusi i nic nie mówią, jak tam było, a ona nie może się doczekać na ich wersję wydarzeń. Bo Anny wyjazd na Ukrainę, bardzo Zosię zmartwił. Chyba tam tak nie jest, byli niezależni od nich; swoje spanie, swoje jedzenie.
Tylko dlaczego Maria i Krysia nic nie mówią ?– boi się spytać, by nie były to straszne ich wydarzenia życiowe i czeka. Aż coś ją wierci w brzuchu, by się spytać.
Któregoś dnia Krysia zaczęła:
- A pamiętasz Maryś, jak tam chleb piekły kobiety same, może i my coś upieczemy by i oni też poczuli ten smak.
- Dobrze, to jutro w starym piecu trzeba rozpalić drzewem liściastym, tylko nie lipą, bo będzie pachniał nią chleb.
- Mamo, a jak tam było, nic nie mówiłaś?
No i zaczęli opowiadać, jedna przed drugą:
- Z początku patrzyli na nas jak na turystów, każdy coś chciał sprzedać nam za dolary, a potem bracia moi urządzili nam wielkie przyjęcie w naszym domu.
- Co, jeszcze ten dom stoi, nie spalili go, bo mówiłaś, że był drewniany.
- Stoi jak stał. Jest to najważniejszy dom we wsi, a nawet miasteczko, bo tam tak się rozbudowało. Jest praca w fabryce - ludziom teraz dobrze się żyje. Moi bracia mają wyższe wykształcenie, są kierownikami. Mają piękne mieszkania.
A ten dom, to coś takiego jak muzeum, wszystko tam stare, łóżko moje i moich braci stoi, jak by nikt ich nigdy nie dotknął, zaścielone pięknie haftowanym nakryciem. I stół ten sam, jeszcze ślady noża widnieją – braciszek robił nacięcia, by było widać ile dni nie ma taty.
Wiesz Zosiu, byłam ty oszołomiona, usiadłam przy stole i czułam, że w nim są wszyscy: tato, mama i moi bracia. Z wrażenia to łóżko pomacałam, czy aby nie ciepłe, czułam że są i bawią się ze mną w chowanego, szukałam ich wszędzie, a Paweł stał i nic nie rozumiał. W końcu mnie złapał za rękę i przytulił mocno do siebie – ich tu nie ma, a jak są to daj im spokój, nam trzeba żyć dalej – dodał - i wtedy się jak by obudziłam, co to było, nie mogłam pojąć. Więcej nic takiego mnie nie spotkało.
Grób mego ojca jest też pod ta lipą, za domem; zadbany, obsadzony marcinkami, tak pięknie kwitły, różne kolory. Takich tu nie widziałam Zosiu.
Byłam bardzo zdziwiona, gdy tam przyjechała wycieczka ze szkoły, ktoś opowiadał o rodzinie Kniaziów, o tajemnicy rodu i wiesz co się dowiedziałam: że mój ojciec był z takiego rodu, co się przed rewolucją sprzeciwił carowi i został wyklęty. No bo car, to była głowa kościoła.
- I co mamo, mów bo nie wytrzymam napięcia.
- Ten ród Kniaziów miał z pokolenia na pokolenie w swoich dzieciach synów takich, jak Róży – normalni, a jednak niezrozumiali przez otoczenie.
- To ta klątwa i tu jest mamo? To nie może być prawda, to brednie, przecież ten chłopak co ze mną chodził do szkoły, też taki był – a co miał wspólnego z Kniaziami?
- Zosiu ja też tego nie rozumiałam, ale zaczęłam ludzi pytać, oto co było: stare babuszki mi powiedziały, że Stachu i mój ojciec, to byli z tego rodu, ich rodzice byli braćmi - tymi wyklętymi i to wtedy powstała ta zmowa, by zbierać majątek do banku i odłączyć się na zawsze od Rosji i cara - mieć swój kraj. Myślę Zosiu, że to co czułam w tym domu to realne.
- No a twoi bracia mamo, nie mają takich dzieci?
- Bo chrzcili dzieci w katolickim kościele, a nie w cerkwi, jak dzieci Róży. Bo pop i car to ta wiara Zosiu i klątwa tak działa na innych
- A do kiedy będzie działać mamo?
- Nikt o tym nie wie.
- I nikt tego nie może odwołać mamo?
- Ja Zosiu nie wiem, ale trzeba się bronić przed tym i nie chrzcić dzieci w cerkwi. Żadnemu z tego co pochodzi z rodu, nie powinien ślubu też dawać pop – to może to zniknie na zawsze.

Zosia myśli skąd ten chłopak był, pojechała do szkoły z Romkiem, by się spytać czy ktoś coś wie. Okazało się, że on był tu naprawdę, to syn ruskiego oficera i pielęgniarki ze szpitala. Wyjechali do Rosji jak wojsko opuszczało naszą Polskę.
- Mamo ta klątwa to jak ośmiornica, długie ma ramiona, a jej macki jadowite.
- I Zosiu musimy pamiętać i innym o tym mówić, by to się nie rozchodziło dalej.
- A wiesz mamo, Julka chyba znów w ciąży z Piotrem, teraz będą mieć swoje wspólne, lepiej by była dziewczynka, to bezpieczne.
- Ale ta dziewczynka będzie miała w genach to co mają ich ojcowie i miną może wieki a to może działać nadal.
- Wiesz mamo, lepiej by było gdybyście nie jechali tam, ani ty ani Anna, bo nic was tam nie czekało wspaniałego, tylko zmartwienia.
- I to jakie – dodała Maria.
Róża z Piotrem była u Stacha w mieście, on też się spodziewa potomka, ma być syn.
- Jego żona chce by wziąć ślub w cerkwi – powiedziała Róża do Zosi.
- Powiedz Stachowi, że nie może tam brać ślubu.
- Ona tego chce, bo prawosławna i chyba nikt ją nie przekona, jest taka uparta.
- To lepiej niech siedzą na cywilnym, to może ich to ominie Różo.
- A co Zosiu?
- No to, jacy są twoi synowie.
- A co ty żałujesz, że masz mego syna za zięcia? – Róża się obraziła.
Zosia nie wiedziała jak z tego wybrnąć i Maria jej to wyjaśniła, jak to działa:
- Chociaż Różo nikt nie ma pewności, co to takiego, a tamci ludzie może chcą przyciągnąć więcej turystów, to takie rzeczy opowiadają – ale trzeba być ostrożnym.
Róża była tym zmartwiona:
- A Krzysiu nie będzie taki? Romek też z tego rodu.
- Oni nie mają ślubu kościelnego, a chrzest był u nas w kościele – to może minie, tylko trzeba mówić o tym, by dzieci wiedziały co to takiego.
Różo możesz powiedzieć, co to się porobiło wtedy w przeszłości. Ale nikt nie ma pewności, że to to, dopóki się nie przekona sam na własnej skórze.
A twoja synowa zrobi jak tak jak zechce, nikt nie będzie jej swojej racji udowadniał. Co ma być, to będzie – dodała Maria, a Zosia powiedziała:
- Jedni są rządzeni przez babę, siedzą jak w mateczniku - osa gryzie do bólu, jak się coś jej nie podoba, a drudzy ciągną za sobą klątwę. Przez całe wieki jesteśmy pod jej zasięgiem, a niech to szlag trafi – dodała – trzeba żyć dalej, a w głowie mieć to, o czym wiemy.
I po co tak czekałam by się mamo tego dowiedzieć. Mogłaś mi powiedzieć, że ten kraj to coś pięknego, ale nie ma co tam zwiedzać. Teraz i ja chcę tam pojechać i dotknąć tego, co mój Romek ma w genach mamo.
- Kiedyś na pewno pojedziesz, zobaczysz, tylko ci starzy umrą to może się zmieni opowieść, ktoś coś innego może wymyśli – bo ludzki mózg, to może wszystko wymyślić.
Popatrz Zosiu na te Pauli puzzle, duże i dla nas zrozumiałe, jeden do drugiego i obrazek powstaje – ale ona malutka i jeszcze nie wie, co to wyjdzie. Tak jest i z nami, ktoś gdzieś rozsypał słowa, a pozbierać się nie da ich do kupy, by poznać prawdę, a żyć trzeba i nie myśleć o tym, bo to nas wykończy psychicznie i żałuję, że ciebie w to wciągnęłam.
Lepiej się weźmy za ciasto, bo chleb chcemy by był taki jak tam, smaczny, pachnący z chrupiąca skórką.
- A znasz mamo przepis?
- Tak znam, bo patrzyłam jak mama to robiła, a pamięć mam jeszcze dobrą.
Anna skądś przyniosła stare niecki – w nich będziemy rozrabiać Maryjka ciasto.
Róża ma na strychu u siebie stare żeliwne brytfanki – będą dobre na chleb, bo mama moja w nich piekła.
Krystyna zapisane ma co i ile trzeba, Józek napalił w piecu, dymu – całe czworaki zadymione.
- Jak kiedyś - pamiętasz, biegaliśmy w dymie, a potem wędzonką pachniałyśmy – dodała Maria.
Józek nieraz pilnował ognia, pamięta jak ma piec wyglądać, by ciasto się dobrze upiekło.
Dziś zrobią chleb pszenny, nie musi się kisić jak żytni, ale i ten drugi też upieką, na pewno. Zakwasek trzeba skądś skombinować.
- Z piekarni weźmiemy mamo.
Zosia patrzy na nich i jest wszystkiego bardzo ciekawa. A one we cztery robią:
- Tyle drożdży, by nie było za kwaśne ciasto, soli tyle – Krystyna czyta z kartki – wody, mleka, ugotowane kartofle, przeciśnięte parę razy przez praskę.
Mąka przesiana, no i rośnie, a jak pachnie...
- Oby nam zakalec nie wyszedł, bo by się chłopy śmiały z nas – dodała Anna.
- Zobaczysz, będzie dobre, jeszcze wszystkiego się nie zapomniało z tamtych lat – powiedziała Róża.
Jeszcze raz dobrze wymiesiła Maria ciasto i rozłożyła do blaszek, posmarowała z góry olejem, by się skórka świeciła.
- Moja mama, to moczyła rękę w wodzie i gładziła z góry na równo.
- A ja trochę olejem, a kiedyś będziemy wodą. No jak się dźwiga, aż miło patrzeć.
A Józek już napalił dobrze w piecu.
- Trzeba będzie to sprawdzić Anno.
- Ja na tym się nie znam, jak by w duchówce, to bym wiedziała.
Krystyna z Marią poszły zobaczyć.
- Jak tam Józek w tym piecu, już dobrze?
- Tak popatrz, już podniebienie się wypaliło. Za parę minut możecie już wsadzać to swoje ciasto.
Józka żona śmieje się z nich – co ich naszło, by piec chleb taki jak dawniej.
- A co, trzeba sobie smak przypomnieć z przed lat – powiedziała Maria - tam na Białorusi ludzie pieką chleb, by przyciągnąć turystów do siebie.
Pelka, żona Józka była tym bardzo zaciekawiona:
- A pierogi też smażą takie, jak nasze tu smażyły?
- Tak smażą. I zupę z ryby gotują też.
- No ja pamiętam, ona się nazywa ucha.
Krystyna spytała:
- Ucha? Przecież to ryby, a nie uszy.
- Nasi tak mówiły, to i ja tak mówię. A może się teraz ona nazywa inaczej, po prostu rybna.
- Ciasto przynoście, ja wygarnę węgle i będę tego chleba wam pilnował. Kiedyś, gdy byłem o taki..., to siedziałem tu i paliłem, pilnowałem, by się nie spalił, a reszta tylko przynosiła.
To były czasy, dziś sobie o nich na dobre przypomniałem Maryjka.
Ciasto wsadzone do pieca, aż pachnie wokoło, znajomi się zeszli, każdy coś mówi z dawnych lat, kobiety ze sobą wymieniają przepisy, te które kiedyś gotowały. Chłopy wrócili samochodami z wyprawy, zjedli obiad. Zosia im dała. Jeszcze się chleb nie upiekł, oni tam stoją i czekają.
- Jaki chleb Zosiu? - Paweł spytał.
- Taki jak tam w ich stronach robią i pieką.
- Co ich naszło?
- Chyba się tato nudzą, wy gdzieś coś kopiecie, a one będą teraz piec chleb, a może coś jeszcze wymyślą? Chodzi im po głowie turystyka, tylko patrzeć jak Niemcy do nas zaczną się zjeżdżać.
- Dobre by to było, ale dla młodych, robota nawet była by opłacalna.
- One są nasze i mają za co żyć, niech się bawią wnukami – dodał Piotr.
Stefan i Karol milczą.
- Może ze sobą je trzeba brać, kamienie będą nam myć i blisko nas będą.
Chleb się upiekł. Józek wyjął, nawet skądś przyniósł kociubę oryginalną, może miał schowaną.
Za palenie i pieczenie dostał największa brytfankę z chlebem. Było tyle radości, kobiety aż poweselały wszystkie i z bloków te stare się też zeszły, nie ma końca opowiadań, jak było kiedyś.
- W końcu żeście przyszły, a my czekamy na was.
- Co tęskno wam do nas – spytała Anna.
- Bardzo, bardzo – dodał Stefan.
- A my wam chcieli niespodziankę zrobić, chleb same robiłyśmy.
- Jak pachnie – powiedział Karol.
- Ale czy będzie jadalny – dodał Piotr.
- No to zaraz spróbujcie.
Postawiły chleb na segmencie, powyjmowały z blaszek. Paweł ruszył się by sobie ukroić gorący jeszcze.
- Nie szkodzi – ukroił – ale pachnie, a jaki smaczny.
- Nigdy takiego żem nie jadł, a byłem wszędzie – dodał Paweł.
- Z masłem będzie jeszcze lepszy – powiedział Karol.
Chłopy byli już najedzeni, każdy zjadł po kromce i jeszcze chciał.
- Inni też muszą spróbować, bo my tylko by sobie przypomnieć, czy jeszcze umiemy cokolwiek z dawnych lat.
Przez parę tygodni robiły różne wypieki, gotowały zupy, barszcze, aż w końcu poszli chłopy na ryby – to w koło są stawki a Bober niedaleko płynie, Kaczawa też. Mają karty wędkarskie i sprzęt sobie nowy kupili.
- Teraz się zacznie skrobanie ryb – powiedziała Róża.
No i tak było, przywozili pełne siaty. Józek ma się z nimi, ciągle go biorą, bo sami nie wiedzą gdzie jechać, ale chyba mu to pasuje, bo na nich czeka gotowy.
- Pelka, to może dziś tą twoją zupę ugotujemy, ryb sporo, przyjdź, to nas nauczysz jak ją ugotować.
Przyniosła duży gar, bo ma go po mamie, zawsze w nim gotuje gołąbki, dzieci sporo to i się ciągle przydaje – a stary chyba jak ja, żeliwny silny garnek, takich teraz nie ma a by się przydały, na wycieczkę by się wzięło, ognisko palisz, gar stawiasz i masz co chcesz. Te co teraz, to rączki plastikowe, do ogniska nie wstawisz.
Ryby oprawione, jarzyny ugotowane w rosole, wszystko tak jak jej mama gotowała tą uchę. Teraz ryby do sita i do rosołu, pomału by się nie rozgotowały. Sprawdza, ryby już gotowe. Sito do góry i nic w zupie nie ma, żadnych ości, teraz dokładnie obrać mięso, by nie było ości. Pelka się śmieje – to takie proste, mięso do zupy i jarzyny drobno pokrojone, doprawić solą i pieprzem no i próbujcie - może gdzieś indziej jest inna, a moja od lat ta sama. Wszystkim smakowała bardzo.

Lato się zbliża, słońce grzeje, nie chce się chodzić po górach, do wody nas ciągnie – razem zgodnie powiedzieli swoim żonom. Wszystko po sobie posprzątali, spakowali to co było im do drogi potrzebne i ruszyli nad morze.
- A wiesz Pawle, my jak te gęsi, tam lecą by być gdzie się lęgną, a potem z powrotem by sobie ułatwić życie w zimie.
- No byle by to trwało Maryś jak najdłużej, tyle jeszcze bym chciał z tobą pozwiedzać, może tego roku do Hiszpanii z Karolem i Krysią pojedziemy, a może Anna ze Stefanem też pojadą?
- A co Piotr z Różą nie mogą? A jak byśmy się złożyli i jego statkiem się pokręcili wzdłuż wybrzeża aż do Włoch – Maria myśli, że było by to zbyt pięknie.
Ale jeszcze trochę do wakacji, takie plany do przodu zawsze się psują. Ledwie wrócili ze Śląska, Róża dostała bóli i to takich silnych, że do szpitala na sygnale wiozło pogotowie.
Operacja była konieczna – powiedzieli do Zosi by tam chłopakom o tym powiedzieć.
Miała Róża kamienie na żółci, dochodzi do siebie.
- Julka wzięła pieniądze od Katarzyny i kupili sobie samochód, to i na pewno pojadą mamo do Róży. Czekaj na nich, pomóż jej trochę przy Barbarce, bo Julka w ciąży, nie bardzo się czuje dobrze. A jak Róża wyzdrowieje, to przyjedziemy do was.
Piotr gdy usłyszał, że jego mama po operacji, to natychmiast ruszyli w drogę. Romek prosił by jechali powoli.
- Barbarka będzie się bać może, a Julce też zaszkodzi prędka jazda.
Z początku było okey, ale jak minęli Poznań, to Piotr dał gazu, by prędzej dojechać, ciemniało, deszcz zaczął padać, Julka nic nie mówiła, on lubi szybką jazdę, Barbarka spała, wpadli w poślizg i dachowali kilka razy. Julka ocknęła się w szpitalu, sama bez męża i córki.
- Pani pamięta co było przyczyną tego wypadku?
Nic nie rozumiała, była cała obolała, biodro połamane.
- A co z moim dzieckiem?
Lekarz powiedział, że poroniła, a o Barbarce i Piotrze ani słowa. Płacze, jest w szoku, leki ją trochę uspokajają.
- Pani psycholog, czy ja głupia? - powiedziała Julka.
- Musi Pani zrozumieć, ten wypadek, co Pani w nim uczestniczyła był straszny, mąż i córka nie żyją, a Pani już tydzień leży, nikt się o Panią nie dowiaduje, do kogo mamy dać wiadomość?
Julia zemdlała – Boże po co ja zostałam – w głowie tylko to się jej kręciło, podała do Zosi telefon, sami tam zadzwonili ze szpitala. To straszne co wszyscy robili z płaczu, Paweł rwał sobie włosy, Romek krzyczał z bólu po stracie brata, a Zosia mdlała, znów serce..., Pelka jej pomogła przy dzieciach, bo ona nie miała siły, o tym czy głodne, albo sucha pielucha nie myślała, taka tragedia ją spotkała, ciągle płacze, a Romek nie wie co ma robić. Lekarz do domu do Zosi przyjeżdża, nawet nikt po niego nie dzwoni, Romek wszystko pozałatwiał, z Markiem w końcu zaczął rozmawiać.
Róża z Piotrem przyjechała zaraz, chociaż czuje się słaba. Anna i Stefan jadą na pogrzeb razem z Pawłem i Marią. Paweł musi się zająć w drodze Marią, bo serce ją boli znów, tabletki, ciśnienie, pełna kontrola. Stefan prowadzi, Paweł tak bardzo kocha, że nie mógłby patrzeć na ból Marii i prowadzić swój wóz.
Małą Barbarkę pochowali koło prababki Wasylisy i Paraski, a Piotra koło ojca Stacha. Róża długo stała i coś mówiła do obu, nikt jej nie przeszkadzał, nawet Piotr.
Julka dalej leży w szpitalu w Bydgoszczy, nie można ją teraz jeszcze ruszać, aż się pozrasta kość. Zosia chce jechać, lecz Romek jej nie pozwala.
- Jesteś słaba, na lekach, dzieci cię potrzebują, musisz być zdrowa, a Julka wydobrzeje, będzie niedługo z nami – Romek bardzo boi się o Zosię, tyle przeszła już kłopotów ze zdrowiem, oby się coś nie stało.
Anna i Stefan, Maria i Piotr też jej to mówią, lecz Zosia wsiada sama do autobusu i rusza w drogę do pociągu i dalej przed siebie, chce zobaczyć córkę, tyle razem wycierpiały, to ją nie opuści w takiej tragedii. Zosia nie wie, że Julka poroniła. Ale dojechała do Bydgoszczy, szpital zaraz też znalazła, taryfiarz coś nieco wiedział o tym wypadku i zawiózł Zosię na miejsce za darmo, nie chciał ani grosza. Dwa razy wchodziła do sali i wychodziła, nie mogła poznać Julki, taka inna, porozbijana, twarz opuchnięta.
- Dziecko, co się wam porobiło, dlaczego tak żeście jechali na zabicie?
- Mamo, mamo – Julka płakała tak głośno, że aż lekarza trzeba było wezwać, po zastrzyku się uspokoiła.
- Mamo oni już pochowani?
- Tak kochanie.
- A gdzie Barbarka?
- Między Wasylisą a Paraską.
- To dobrze, lubi płakać po nocy, to będą ja na zmianę bawić obie.
- A Piotrek gdzie?
- Koło Stacha, Róża chciała by był blisko ojca.
- No to też dobrze, miał go od święta, teraz ma go na co dzień mamo.
Była Julka spokojna, rozmawiały o tym jak to się stało, dlaczego go nie wstrzymywała przed taką prędką jazdą.
- Piotrek lubił zawsze prędko wszystko robić, to co ja mamo mogłam, cieszyłam się, że mamy nowy ładny wóz i prędko jedzie.
- Aż za prędko – dodała Zosia – a co z ciążą?
- Nie mam mamo nic po nim, nawet miłość którą mi dawał była dla mnie jak diament śliczna i ktoś mi ją ukradł, tak nagle wszystko po nim przepadło. To chyba kara Boża nade mną wisi, za to że ojca tak urządziłam i jest kaleką i nie chce mnie znać.
- A chcesz by tu przyjechał do ciebie?
- Chcę mamo, może mi wybaczy to co mu zrobiłam.
- On tobie dawno wybaczył, tylko mu wstyd, ze zabrał ci tyle zdrowia i się martwił że tak prędko będziesz mieć drugie dziecko, czy dasz sobie radę.
Zosia była w szpitalu kilka dni, dzwoniła do Romka by nie przyjeżdżał po nią teraz, ona musi być z Julką, potrzebuje wsparcia matki. Romek to rozumie, ale boi się o żonę, co będzie gdy ją straci. Mijają dni ciepłe, lato w pełni. Julka może już być przewieziona do swojego szpitala na Dolny Śląsk. Karetką wiozą, Zosia z nią też, tu może być co dzień u niej ktoś z rodziny. Nawet szybko wraca do zdrowia, chociaż o kulach długo będzie chodzić.
Julka wróciła do siebie, Maria i Paweł są z nią, pilnują by brała leki które ma zapisane. Julka wszystkie rzeczy Piotra i małej wynieść kazała do pałacu, zdjęcia pochowała głęboko w szafie, Maria czuje że ona coś chyba planuje, wzywa do niej psychologa z przychodni, rozmawiają o wszystkim. Mijają dni, a ona w kółko jedno i to samo.
- Psycholog sam nic nie pomoże, potrzeba psychiatry, to podłoże zbyt głęboko w nie siedzi – powiedział psycholog.
- Jakie podłoże – pyta Maria.
- Smutku, Pani smutku, nie wie co ma robić, nie ma kto ją popchać by chciała żyć, tęskni do tego co miała i straciła.
Romek wziął ją i pojechał do psychiatry, był z nią razem, potem wyszedł, czekał na nią aż wyjdzie. Julka płakała, krzyczała, potem znów płakała i umilkła. Romek aż się wystraszył co mogło się stać. Gdy wszedł do gabinetu, Julia siedziała spokojna i jakby inna, taka jak wtedy, gdy ją zobaczył pod ścianą. Przytulił ją do siebie a ona do niego się wtuliła. Była taka szczęśliwa, czuł to po jej zapłakanej twarzy i dotyku rąk. Romek nigdy wcześniej nic takiego w sobie nie miał. Zosia była jego obsesją, a to co teraz czuje do Julki to coś innego, nie rozumie tego, lecz bardzo chce jej pomóc przejść kryzys po stracie dziecka i Piotra. W tej chwili nic się nie liczy dla niego tylko Julka, by była nadal z nim zdrowa, a co będzie to będzie.

Zosia znów chora, musi do szpitala, będzie mieć operację, coś będą jej wstawiać w serce. Nikt nie wie co to ma być, ale jest źle. Julka coraz częściej bawi się z Paulą i Krzysiem tak, jak by to były jej własne dzieci. Anna widzi to w jej zachowaniu, ale nie wie co ma mówić, rozmawia z Marią o tym i obie nie wiedzą co robić, czy zwrócić Romkowi na to uwagę, czy dalej to obserwować?
Maria wie, że ta miłość którą Julka poczuła do Romka, to może leżeć latami w sercu, a potem raptownie objąć całe ciało odnowa. Tak było z nią i z Pawłem.
- A co z Zosią będzie Mario? Ona chora bardzo i kocha Romka.
- Co ma być Anno, to będzie, to co się dzieje z człowiekiem, to nie bez przyczyny, każdy ma swoją historię do przeżycia.
- Nie chciała bym by Zosia musiała cierpieć przez własne dziecko Mario.
- Zosia Anno jest po takiej tragedii, a Romek jest dla niej jak balsam na bolące miejsce, lecz nie da się jej dać nowego serca, a Romek to zdrowy chłop i pragnie być z kimś by się kochać jeszcze. Myślę, że nie zrobią tego dopóki żyje Zosia, a potem będzie co będzie.
- Zosia przestała walczyć o zdrowie Mario, nie dba o dzieci a Roman też nie daje sobie rady.
- Ja też to widzę Anno i bardzo mi żal mojego dziecka, pragnę by żyła, lecz te dzieci co urodziła po tylu latach ją wykończyły i przestała walczyć o siebie, dała tyle szczęścia Romkowi, wiem że to uszanują oboje z Julią. Trzeba czasu.
A dzieci pragną matki. Julka straciła swoje dzieci i objęła po matce swoje rodzeństwo, tak jak by kochała swoje własne. Zosia wyzdrowieje, to wszystko wróci do normy, Julka to wie. Lecz Zosia nie wydobrzała po operacji, jej serce było bardzo słabe, a to co przeżyła z Julka po jej wypadku całkiem ją wykończyło. Gdy Roman pojechał do niej, to mu nakazała by się z Julką ożenił jak ona umrze i żeby oboje wychowali Paulę i Krzysia. Romek się nie chciał na to godzić, ale potem ustąpił i Zosi przyrzekł, że tak będzie jak chce dla dobra dzieci i Julki.
W połowie października Zosia zmarła w szpitalu, spokojnie, wszyscy byli przy niej do końca, Maria i Paweł bardzo cierpieli z tego powodu, lecz nikt nic nie mógł zrobić, była taka słaba, że nie mogła ręki podnieść pogłaskać synka.
Julka zajęła się swoim rodzeństwem jeszcze bardziej, chce by nie czuły braku mamy i to się jej udaje, lecz na Romka nie zwraca uwagi większej niż przedtem.

Minął rok po śmierci Zosi. Romek postawił piękny pomnik z białego marmuru. Piotrowi też postawił i małej Barbarce. Julka chodzi z rodzeństwem na cmentarz, lecz nie płacze po stracie ich na zawsze, jak by na coś czekała. Maria to widzi w jej oczach, lecz co może zmienić, nie ma zastrzeżeń do Julki, nawet gdy do niej mały Krzyś woła mamo.
- Dziecko babciu musi mieć mamę, a szczególnie chłopiec, bo co z niego wyrosło by?
Anna ze Stefanem przyjadą na Święta Bożego Narodzenia, są znów we Francji. Maria nie może się z Pawłem stąd ruszyć, bo boi się o wnuki. Przyjechali wszyscy do pałacu, mają tu swoje miejsce na zawsze wspólne. Tego roku pierwszy raz dziadek mróz jeździł saniami i rozdawał dzieciom paczki.
- Popatrz Anno jak się wszyscy cieszą, jak dawniej – zgodne były co do tego i Róża i Maria z Anną.
A potem kulig wkoło czworaków, tyle było uciechy, tylko Julka jest taka nieobecna.
- Anno, czy on nie powinien być z nią?
- A co ja mogę Mario, przecież to dorosły chłop i ja mam go pouczać, może on już nie umie kochać młode dziewczyny. Julka ma dopiero dziewiętnaście lat skończone.
- Zaraz po Nowym Roku będzie dwadzieścia miała.
- Jest różnica między nimi dwadzieścia pięć lat Mario.
- No tak, mój Stachu też tyle miał gdy szłam za niego.
- I co ma tak być jak z tobą? - Anna dodała.
Maria zamilkła na dobre. Co będzie to będzie, pomyślała.
Wiosna przyszła prędko, już na Walentynki ma być całkiem ciepło zapowiadają. Julka pojechała do miasta do Katarzyny, bo jest chora, nie powiedziała kiedy wróci. Romek wrócił do domu wcześnie.
- A gdzie Julka?
- Nie wiemy – powiedziały obie babcie – może jest u siebie na blokach, bo brała klucze.
Romek spojrzał w okno.
- U niej ciemno, to tam jej nie ma.
- To może pojechała do Katarzyny.
- Co, w taką pogodę? Będzie lał zaraz deszcz, to zmoknie a jeszcze zimno, może być chora. Wezmę wóz i pojadę po nią.
- Ona nie wsiądzie do twojego wozu, bo się boi od wtedy bardzo, wróci autobusem na pewno.
Romek wypadł z domu pełny napięcia w sobie, a deszcz zaczął lać jak z cebra, autobus nadjeżdża w stronę miasta, w dziesięć minut będzie w mieście – pomyślał i wsiadł z rozbiegu do autobusu.
Wysiadł tuż przed przystankiem, gdzie może Julka stać i czekać, by wrócić do domu i tak było.
Stała pod ścianą cała mokra w różowym starym sweterku. Gdy zobaczyła Romka była zawstydzona, co powie, że tak leje, a ona tu stoi jak głupia i czeka na autobus a on nie jedzie.
Lecz Romkowi teraz to nie w głowie, przytulił Julkę tak mocno do siebie i mówił jej same miłe słowa, że kocha i będzie kochał, chce być z nią i zawsze tego chciał przez wszystkie dni co był z Zosią, to tylko z mściwości to robił, by Marka ukarać, że ją mu zabrał, lecz kocha tylko ją.
Julka stała w jego objęciach, poczuła w sobie gorąco takie jakiego dotąd nie czuła do nikogo innego, tylko przez moment miała to gorąco wtedy, gdy spojrzała w jego oczy wysiadając z autobusu.
- Romku mój kochany, to niedługo pięć lat minie, jak ty mnie tu pod tą ścianą spotkałeś i wtedy lał deszcz, jak dziś. Jestem w tobie zakochana od tego dnia, lecz nasze drogi się rozeszły, nie chciałam mamie ciebie zabierać, ona potrzebowała miłości twojej, jak ryba wody, a ja byłam jeszcze dziecko, a taka miłość w moim sercu się już wtedy stworzyła, a potem czułam potrzebę być z kimś i żeby mnie kochał, tak jak Jura i Piotrek. Lecz tobie dała bym Romku niebo, gdybym tylko je mogła zdobyć.
- Julko, kocham cię i chcę się z tobą ożenić, nie wstydzę się żem stary, a ty młodziutka, będę dbał o to by ci było ze mną dobrze. Czy mnie zechcesz?
- Tak, bardzo cię chcę i będę twoją na zawsze, kochanie ty moje.
Autobus nadjechał, wsiedli w objęciach i pocałunkach, jak by coś ich skleiło na stałe, czuli to oboje.

Nie poszli do pałacu, tylko razem do mieszkania Julki. Romek zadzwonił do nich by się nie martwiły obie.
- On znalazł to co kiedyś zgubił i nie zamierza z tego zrezygnować – dodała Anna.
Kochali się tak bardzo i byli bardzo z tego dnia zadowoleni oboje. Mają to czego im brakowało, miłość która popycha człowieka do czynu, by chciało się żyć, a nie istnieć tylko po to by cierpieć.
W Walentynki Romek poprosił Marię o rękę Julki i dostał jej błogosławieństwo. Anna też Julkę zaakceptowała. Wie że Romek nie da się przekonać nikomu, jest uparty. Ale co powie Marek?
- Może mamo tylko teraz na nas patrzeć, ona mnie kocha i chociażby on nie chciał mnie za zięcia, to i tak nim będę.
- A czy będziesz go szanował jak ojca spytała Anna.
- Mamo dla Julki zrobię wszystko by wiedziała, że kocham ją i tylko ją kochałem, a on będzie dobrym ojcem i nikt tego nie zmieni choćby świat miał się zawalić. Ja mamo tego dopilnuję.
W końcu Romek poprosił Marka o rękę Julki. Marek był tym bardzo zaskoczony, ale się zgodził. Bał się Romka, że może go wyrzucić z warsztatu, a on by chciał żeby jego syn też tu coś robił, skończył szkołę i nudzi się w domu. Wcale nie jest taki nierozgarnięty, wszystko potrafi zrobić, a Paweł jego zięć pokazał by co ma robić. Lecz Marek ma opory, co to będzie gdy kiedyś wyjdzie na jaw, że to nie jego córka, a ja nie chciałem powstrzymać Romka przed tym ślubem.
I spytał Marii co on ma zrobić. Lecz Maria go uspokoiła, że Zosia była z Romkiem w ciąży, ale brała tabletki poronne i poszło... A Julka jest twoją córką, możesz śmiało dać im swoje błogosławieństwo i tak było.
Julka z Romkiem dali na ślub kościelny, zapowiedzi ogłosił ksiądz, no i wesele w pałacu na całego się szykuje, tak jak jej: pełno jedzenia, kucharki, kelnerki. Maria Julkę ubiera w piękną sukienkę, welon długi, dwie dziewczyny będą go za nią niosły. Romek załatwił konie i powozy ze stadniny, bo Julka powiedziała, że nie wsiądzie do samochodu. A on chce zrobić jej niespodziankę, orkiestra grała pod pałacem.
- Julio, Julio Romek wołał pod balkonem, pokaż się kochanie.
Julia wyszła na balkon w białej sukience taka śliczna, że Romek nie wiedział z zachwytu co ma mówić, a tak sobie to zaplanował.
- Romeo czy ty mnie wołasz?
- Tak Julio, czekam na ciebie w kościele - tylko tyle wydusił Romek.
Anna ze Stefanem z nim poszli. Julia zeszła po schodach, welon wlókł się za nią długi, a kamerzyści kamerowali każdy jej ruch. Gdy wyszła powozy zajechały, konie pięknie ustrojone, Marek wziął ją za rękę, a za nimi cała orkiestra i goście, tyle było ludzi, jechali do kościoła powoli nie śpiesząc się.
- Niech sobie poczeka - Marek powiedział – byłby zbyt szybko za bogaty.
- Tato, przecież ja nie mam nic, tylko to odszkodowanie gdzieś leży, mogę ci go podarować tato.
- Nie o to chodzi Julciu, ja mówię o bogactwie, jakim ty sama jesteś dla niego, ty jesteś jak diament, śliczna i mądra i kochasz go, nie tak jak Zosia go kochała.
On ma szczęście Julko, ogromne szczęście, że będzie miał ciebie, nie myśląc o tym że możesz być jego córką. Bo ja myślałem że nie jesteś moją córką i dlatego ciebie tak traktowałem. Dziś wiem, że robiłem źle, bo jestem pewny, że jesteś moją córką i cieszę się z twojego szczęścia.
A jemu bardzo zazdroszczę, że ma tyle miłości w środku swego życia, wiem że będziesz jego królową, zapanujesz nad nim, że nie spojrzy na żadną Julko kobietę.
Orkiestra grała. Marek nie chciał iść o kulach do kościoła i oddał Julkę Pawłowi.
- Proszę Pawle, tyś jej dziadek, oddaj ją Romkowi, bo gotów umrzeć, czekając na taki skarb.
Ślub był piękny, oprawa muzyczna też.
- Takiego tu ślubu – ksiądz powiedział – nie było. W dawnym stylu powozami przyjechaliście, jak na wschodzie szlachecki ród robi takie wesela. Do dziś tak tam jest, by turystów przyciągać. A wy prości ludzie, a jednak macie takie w sobie marzenia i spełniacie je dla siebie, nie na pokaz dla turystów. To miłość wasza jest wielka i czysta, cokolwiek stanie wam na przeszkodzie, pokonacie to oboje, bo wiecie jak trzeba mało, by to co kochamy w jednej tracimy chwili.
Ksiądz zna i Romka i Julkę, wie że stracili oboje bliskie im osoby, to teraz będą na wszystko uważać. Wesele było duże, ludzie zeszli się z całego pegeeru, nawet nie proszeni, nieśli ze sobą wódkę i jedzenie, coś do siedzenia i nikt im tego nie zabraniał. Orkiestra grała, a ludzie tańczyli na dechach na środku czworaków, tak jak na weselu Marii. Tylko co niektórzy starzy jeszcze żyją, to opowiadają jak było, tylko teraz ruskich nie ma, sami swoi piją i się bawią na całego.
Pelka z Józkiem śpiewa po Ukraińsku a wszyscy z nimi, ale wesele, ale wesele. Potem toasty, życzenia, prezenty. Maria z Pawłem cieszą się, że Julka w końcu się pozbierała i kocha znów bez oporów, lecz żal, że Zosi nie ma już między nimi. Kwiaty Julka zebrała i poszli w środku nocy na cmentarz z Romkiem pokazać i zmarłym że w końcu i oni są razem, po takim zakręcie życiowym wyszli oboje na prostą i tak się kochają, poszła cała rodzina, ponieśli znicze, kamerzysta też poszedł, bo musi nakręcić wszystko, by nic nie ominąć. Romek zapłacił krocie, a jest ich dwóch, na zmianę filmują. Marek czuwa nad wszystkim, wie że musi być cicho, bo teraz nie ma nad nimi żadnej władzy, może jeszcze oberwać, ale wódkę wydaje kelnerce i zapitkę, chociaż tyle może. Jego Krysia tańczy z synem, Janek mu na imię, lubi tańczyć, Marta i Paweł też się bawią na zmianę z Jankiem, będzie miał to wesele Julki długo w pamięci, dwa lata temu wstydził się i nie tańczył. Orkiestra gra a ludzie tańczą, a tu już rano, koguty pieją , tak jak wtedy...
Maria jest w domu, Krzyś chciał z Paulą spać, a hałas ich budzi to siedzi i patrzy na wesele z balkonu. Paweł tańczy, tyle jego – myśli Maria – będzie potem opowiadał wnukom jak było na tym weselu. Julka do rana w bieli, nie dała sobie ściągnąć ani welonu, ani sukienki, raz już to miała i co to tak krótko trwało, teraz do końca będę w tym co chcę. Romek nie może pojąć ile szczęścia ma, że znów ten deszcz i ta ściana dała mu miłość.
- Wiesz Juleczko, kiedy tylko będziesz miała jakieś wątpliwości co do miłości naszej, to w deszcz pod tą ścianę będziemy iść, choćby na piechotę – dodał.
- Co ty mój Romeo, ani ściana i deszcz, ani sweterek różowy babci w tym co czujemy do siebie nie mają znaczenia, to miłość i przeznaczenie nas do siebie ciągły.
- A jednak mówisz przeznaczenie, to musi być coś, co już wcześniej wiedziało, że będziemy razem.
W podróż pojechali na Białoruś do rodziny Marii, chociaż i Roman to też ich rodzina. Stachu był z tego rodu, co dziadek Zosi, mąż Wasylisy. Teraz oboje dokładnie wszystko sprawdzą, co to było w przeszłości - co za klątwa rzucona na ród.
Było miło, wszyscy gościnni, ale stare babuszki, co siedziały pod domem drewnianym i coś opowiadały już nie żyją obie. Roman pytał Mikołaja o swego ojca Stacha z kim był żonaty, bo dziadek też już zmarł. Mikołaj i Nikoś pojechali z nimi, tam gdzie on mieszkał.
Roman poznał brata Wasyla, jest popem w cerkwi, był bardzo tym faktem że Romek jego brat zdziwiony, śmiał się że jego ojciec gdzieś zaginął, mama go szukała i nie znalazła.
Romek go nagrał, jego śmiech i swoich braci i Olgi, gdy mu puścił, to nie mógł rozróżnić gdzie jego śmiech jest i uznał że to może być prawda co mówi Romek, bo z Mikołajem i Nikosiem nie chciał nawet rozmawiać, za majątek który ich ojciec zagarnął.
W końcu i on poznał całą prawdę.
- Czy ty jako pop możesz przerwać klątwę, która ciąży na rodzinie kniazi.
- Mogę, po to się uczyłem, ale mnie to nie dotyczy, bo nie mam dzieci i mieć nie będę, moja papadija nie może mieć dzieci, jest po operacji.
- No ale nasze są naznaczone na wieki, a przecież ty sam nie jesteś i skoro możesz, to zrób by to był koniec tego.
Wasyl głaskał swoją brodę i myślał, myślał, w końcu wziął nożyczki, uciął włosy Mikołajowi i Nikodemowi, no i Romkowi i sobie, zrobił małą kulę, coś mówił i mówił przed obrazem starym na desce malowanym i spalił tę kulę, dmuchnął w popiół i podał rękę obu braciom, coś przebaczał, Romka i Julkę pobłogosławił, życzył im dużo szczęścia, zapraszał na obiad do swego domu, lecz tylko Romka i Julkę, braci nie.
- Innym razem tu przyjadę - Romek zapewniał Wasyla.
Umawiali się na sobotę i tak zrobił Romek. Byli na tym obiedzie u Wasyla, były opowieści z dziejów rodu, i co to było z tym carem.
Wasyl nie wiedział, że po Stachu ma dużo rubli w banku, nikt mu wcześniej nie mówił, a z dziadkiem to nawet nie rozmawiał, był zły że poszedł na popa a nie na księdza. I teraz rozumie ten strach z pogrzebu, nikt mu ręki nie podał, był taki zdziwiony.
- Dobrze że ty Romanie do mnie tu przyjechałeś, bo umarłbym nic nie wiedząc o tym co robił strach w naszym rodzie. Kniazie wyklęci przez Cara. Nie miałem pojęcia co to takiego i czy to mnie się tyczy.

No to jedno ważne wydarzenie mają z głowy.
Romek chce pojechać po drodze na Ukrainę, to tak blisko, lecz co powiedzieć Julii. Może się nie zgodzi, to dla niej bolesna sprawa. Lecz Julia sama to Romkowi zaproponowała.
No i pojechali we dwoje, a tam rodzina Romka i Julkę przyjęła bardzo gościnnie, jak by nigdy nic się nie stało. Stara seniorka rodu przyniosła pudełko i je postawiła na stole.
- To Romek po twojej babci, tyle miała dla twojej mamy Anny.
- Co? Ja nic nie chcę, możecie to sobie zatrzymać – Romek wszystko co mu na wątrobie leżało powiedział starej. Ona milczała, nie widać było złości na jej twarzy, starej i pomarszczonej. Ma chyba z dziewięćdziesiąt przeszło lat, a taka jeszcze rozumna. Romek w końcu przestał mówić i był tym zdziwiony, że nic ani nikt na niego nie krzyczy, nie mówi o tym że Julka taka...
Teraz stara zaczęła:
- Gdybym ja wcześniej znała prawdę o Annie, że wziął ją Stachu, bo Wasylisa dała jej szaleju, to może bym się z nią obeszła łagodnie i przyjęła jak córkę. Tak jak was przyjmuję teraz. No bo Romku ty też zrobiłeś nam i Jurze krzywdę, Julka była już na samym początku dla ciebie przeznaczona, a ty ją Jurze dałeś, zamiast siebie i Piotr może by żył.
Lecz to przeznaczenie człowieka rządzi naszym życiem. Wiedziałeś, że kochasz Julkę ale wziąłeś Zosię, tylko po to by się zemścić na Marku, no i widzisz co z tego wyszło. Rozumiesz co ja do ciebie mówię. Może myślałeś, że coś z tego będzie innego, nie to było ci przeznaczone.
- Tak jak z rodem kniazi - klątwa, proste ale nikt nie umiał tego tak rozwiązać jak ty, pop w rodzinie kniazi pomógł wam wszystkim, tylko dlatego że ty ich wziąłeś ze sobą , a musiało być w jednym czasie w cerkwi czterech naznaczonych.
- A ty babuszka skąd o tym wiesz, przecież nikt tego jeszcze wam nie mówił?
- A co ty myślisz, że ja tu jestem dla zabawy. Moja siostra tak myślała i co, znalazła się tak daleko od swojego domu, umarła piana jak bela.
- Kto to był babuszka?
- No Wasylisa mama Maryjki a prababcia Julki.
- To ona siostrą twoją była?
- Tak, ona była ukarana bo chciała kniazia. „Kniazina” na nią tam mówili, to ona dała szaleju Annie, a ja nic o tym nie wiedziałam, dlatego chcę dać to tobie, by Anna nie czuła złości do mnie, żem ją nie przyjęła gościnnie.
- Ale ja nie chcę.
- Zobacz co to a potem decyduj.
Romek pudełko otworzył ze strachem – tam złoto.
- Trochę dałam Julce by usunęła ciążę, potem zrozumiałam swój błąd, ale było za późno. Jura już skończył studia, ma żonę i dziecko, kochają się, ale o Julce nigdy nie zapomni. Mamy tylko Barbarki zdjęcia, o to – podała zdjęcia, jak ma roczek i chodzi.
- Skąd je macie?
- Był tam Jura, chciał ją zobaczyć i zrobił te zdjęcia.
Lecz Julki nigdzie nie ma, tylko nogi albo bez głowy.
- Czuję w sobie złość, po co to jest takie poplątane, teraz są inne czasy, mógł tam do nas przyjść , a nie po krzakach się kryć.
- On si ę nie krył, tylko nie chciał być rozpoznany, to i wy go nie poznali. Teraz wiem o was wszystko, nawet o dolarach w stoliku i złocie i papierach w szafie.
Wasylisa miała głowę do interesu, lecz nie miała tego co potrzebne, by żyć i nie być zatraceńcem jak ona. Wszyscy ją wyklinali, tu też za te papiery że zabrała ze sobą, a tam ludzie bali się jej, bo trzymała z ruskimi.
Weź Romek, może kiedyś dasz Annie, o ten – wzięła pierścień, duże czerwone oczko – to z dziada pradziada córki dostają po mamie, ona wie o tym, że to jej mamy, pozna go i zmieni się jej serce Romanie. Mnie tu już niebawem nie będzie. Jak znów przyjedziecie zawsze mile was tu ludzie przyjmą, pamiętajcie o nas i o swoich Romku i Julio korzeniach, my mamy was w genach a wy nas, jesteśmy bliscy do końca swych dni.
Romek zmiękł, nie wie do końca co to jest takiego, że ludzie wiedzą tyle o innych. Julka pożegnała się spokojnie bez nerwów z babuszką. Romek wziął to, co mu dała. Ukochał ją tak mocno.
- No Romeczku, bo wyzionę ducha w twoich ramionach - roześmiała się babuszka.
Objechali całą wieś, wszyscy gdzieś w polu sadzą kartofle. A ci co budują dom, to się spieszą, bo ma deszcz padać, muszą nakryć. W tej wsi nikt nie jest sam sobie skazany, wszyscy wszystkim pomagają.
Poślubna podróż Romka i Julki kończy się.
- No i co Juleczko, moje ty szczęście, oni nie są tacy źli, ale i nie zarozumiali, wiedzą więcej niż my sami.
- Dolary, te co mój ojciec szukał w stoliku, są?
- Nie ma ich tam – Romek powiedział.
- Skąd ty o tym wiesz?
- Maryjka za te dolary pojechała w podróż poślubną i wesele było za te dolary, za resztę warsztat otworzyłem Julio.
- A mama nic mi nie mówiła. A złoto i te ruskie papiery w szafie?
- Papiery wzięli bracia Marii, by nie spłacać długu w banku. Sam z tymi papierami jechałem z Mikołajem do Moskwy.
- I ja też o tym nic nie wiedziałam. A złoto, co z nim?
- Maria sprzedała, część rozdała, a trochę dała na nasze wesele Juleczko.
- Jak to mogło być, tyle tego było, a babcia na blokach z rencinką.
- A Marek to za co miał w klinice operację? Za te złoto Julko. Przestańmy się tym zajmować, lepiej znajdziemy hotel bo trzeba nam odpocząć, drogi jeszcze wiele.
- Dobrze kochanie, jestem tym siedzeniem naprawdę zmęczona. Zadzwonię do domu , co z dziećmi naszymi?
- Martwisz się o nie?
- Tak Romku, muszę bo mama by mi nie darowała tego, że jestem z tobą, a je nie kocham.
Romek miał łzy w oczach, to nie jego wina, że Zosia umarła i pokochał Julię, wie że to jego przeznaczenie i nikt, ani nic tego nie mogło zmienić, musiało do tego dojść.
- Myślę Julio, że to nasze życie na ziemi jest tak zaprogramowane jak komputer, wszystko co nas ma w życiu spotkać, to my się już rodzimy z tym i żyjemy, ominąć nie możemy niczego, ani godziny przeżyć inaczej.
- Tak Romku, ja też o tym myślałam i teraz wiem, że ten sweter różowy babci nic nie działa, to ta właśnie chwila, co nas dopada w danym momencie, gdy go mam na sobie, jest tą najważniejszą chwilą w naszym życiu. I gdyby człowiek był ubrany w co innego, to by to i tak go dopadło, na pewno.
- Ale muszę ja teraz Juleczko bardzo pilnować.
- Dlaczego kochanie?
- Byś mnie kochała, kochała, kochała...
- Przestań Romeo, jestem twoja, na zawsze.
Hotel znaleźli, odpoczywają, jeden dzień, a może tydzień kochali się bez ograniczeń. Julia nie może mieć dzieci po tym wypadku, przeszła poważną operację. Romek o tym wie, ale Julia nie, po co ma się czuć w jej życiu z Romkiem niedowartościowana z tego powodu. Zosia Romkowi to tak przekazała, bo ona o tym wiedziała, lekarz jej powiedział wtedy w szpitalu.
Powiedziała Zosia Romkowi:
- Pamiętaj byś nigdy jej o tym nie mówił, a jak będzie chcieć swoje dziecko z tobą, to załatw to tak z lekarzem, by nie wiedziała, że jest niezdolna do rodzenia.
Przyrzekł to Zosi Romek i dotrzyma słowa, a teraz nie ma się czymś takim martwić. Jeszcze te co ma są małe.

Wrócili szczęśliwi, zakochani. Paula i Krzyś z wielką radością ich witali. Julka powiedziała:
- Następnym razem weźmiemy was ze sobą – tak bardzo was kocham.
- I ja też kocham – dodał Romek.
Romek wszystko opowiedział o tym co się wydarzyło, że czary prysły, już nikomu nie zagrażają. Złoto po mamie Anny dał matce, gdy Anna zobaczyła pierścionek z czerwonym oczkiem rozpłakała się:
- To miał być mój.
- I jest twój, dała ci go babuszka i bardzo ciebie przeprasza, teraz zna prawdę.
- Skąd ona zna?
- Powiedziała, że to Wasylisa dała ci szaleju.
- Co ona wam mówiła, a skąd zna Wasylisę?
- Mamo, one obie to rodzone siostry.
- To nie może być prawda – Anna była tym bardzo przejęta.
- To prawda niezrozumiała, ona wie o nas więcej nas niż my sami Anno, ma nawet zdjęcia Barbarki. Powiedziała, że Jura chociaż mnie kochał, nie mógł być mój, bo byłam już wtedy Romka.
- Ona o tym wiedziała? - Anna była tym tak zszokowana – a wiecie, że ten pierścionek, gdy go włożę na palec, poznam i ja całą prawdę, dlatego mi go dała. Ona umiera, czuje to i chce mego przebaczenia.
Anna włożyła go na palec i po chwili powiedziała:
- Przebaczam ci wszystkie moje łzy, przebaczam ci to, że moja matka nie znała prawdy o mnie, bo ty nie chciałaś bym tam stanęła w progu domu i to cię skłoniło do takich reakcji. Umieraj, a twoja władza nad wsią z tobą niech zniknie na zawsze.
Obróciła pierścień Anna trzy razy na palcu, potem go zdjęła i powiesiła na łańcuszku, co miała go od Marii z krzyżykiem.
- Nikt nie może go mieć, umrę i on ze mną zostanie Romku.
Teraz Anna i wszyscy mogą żyć spokojnie. A co im życie da, to to mieć będą i nikogo nie będą osądzać. Zgoda i miłość zapanowała, a to co było złe w ich życiu poszło w zapomnienie.
 

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                           Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/