Historia przeniesienia Michaela D. na inną planetę
SM
MICHEL DESMARQUET "MISJA "
8. Psychosfera
Poszliśmy za Lationusi, który zaprowadził nas do innej części doko –obszaru
wypoczynkowego, gdzie można całkowicie się odprężyć i gdzie nie dochodzą żadne
dźwięki z zewnątrz. Tutaj Latoli i dwoje 'starszych' opuścili nas. Zostałem w
towarzystwie Lationusi, Thao i Biastry.
Thao wyjaśniła, że moje siły psychiczne nie rozwinęły się wystarczająco i nie
wysubtelniały, i dlatego muszę zażyć specjalny eliksir, aby wziąć udział w
ważnym i bardzo specjalnym doświadczeniu. Chodziło o 'zagłębienie się' w
psychosferę planety Ziemi w czasie, gdy zniknął kontynent Mu, to jest 14,500 lat
temu.
Moje zrozumienie terminu 'psychosfera' jest następujące:
Wokół każdej planety, od czasu jej powstania, znajduje się rodzaj psychosfery
albo drgającego kokonu, który obraca się z szybkością siedem razy większą od
prędkości światła. Kokon ten jest jakby “bibułą”, która wchłania (i zapamiętuje)
[przypisek tłumacza; w tradycjach Wschodu psychosfera nosi nazwę “arkasic record”]
każde wydarzenie, które ma miejsce na Ziemi. Zawartość tego kokonu jest dla
uczonych na Ziemi niedostępna – nie mamy sposobu, aby 'odczytać opowiadanie'.
Powszechnie wiadomo, że uczeni i inżynierzy w USA zajmują się wynalezieniem
'maszyny czasowej', ale jak dotąd, ich wysiłki nie przyniosły sukcesu. Według
Thao, problem jest w tym, aby dostroić się do drgań kokonu raczej niż do
długości fal. Człowiek stanowi integralną część Wszechświata i ze względu na
swoje Ciało Astralne może, jeżeli jest odpowiednio wyszkolony, znaleźć w
psychosferze informację, której szuka. Oczywiście potrzeba do tego
zaawansowanego treningu [wielu ludzi na Ziemi doświadcza przypadkowego kontaktu
z psychosferą w czasie snu. Wizje niezrozumiałych hieroglifów, architektury,
przyrody są zjawiskiem dość częstym. Wiedza, praktyka i niezwykła koncentracja
są niezbędne żeby kontrolować dostęp do informacji zawartej w psychosferze;
przypisek tłumacza]. 'Ten eliksir umożliwi ci dostęp do psychosfery, Michel'.
Cała nasza czwórka ułożyła się wygodnie na specjalnym materacu. Położyłem się w
środku trójkąta utworzonego przez Thao, Biastrę i Lationusi. Wręczono mi
kieliszek z płynem, który wypiłem. Następnie Biastra i Thao dotknęły palcami
wskazującymi moich rąk i splotu słonecznego podczas gdy Lationusi położył swój
palec wskazujący powyżej mojej przysadki. Powiedziały mi, abym się zupełnie
odprężył i niczego się nie bał bez względu na to, co się stanie. Mieliśmy
podróżować w Ciele Astralnym i miałem być pod ich opieką, która zapewniała
całkowite bezpieczeństwo.
Czas ten wyrył się w mojej pamięci na zawsze. Im dłużej Thao mówiła do mnie,
delikatnie i powoli, tym mniej się bałem.
Muszę jednakże wyznać, że z początku bardzo się przestraszyłem. Nagle, mimo
tego, że przymknąłem oczy, oślepiły mnie kolory całego spektrum, które tańczyły
i świeciły. Widziałem trzy moje towarzyszki wokół siebie, które promieniowały
kolorem a jednocześnie były przeźroczyste.
Wioska powoli zamazywała się pod nami.
Miałem dziwne wrażenie, że cztery srebrne sznury są przywiązane do naszych ciał
fizycznych, które przybrały rozmiary gór.
Błysk oślepiającego, biało złocistego koloru przeciął gwałtownie moją 'wizję' i
przez jakiś czas potem, niczego nie widziałem, ani też niczego nie czułem.
Świecąca jak słońce, ale w kolorze srebrnym, kula pojawiła się w przestrzeni i
zbliżała się z niesamowitą szybkością. Przelecieliśmy przez [podkreślenie
tłumacza] nią, a raczej powinienem powiedzieć, że ja sam przeleciałem, ponieważ
w tym momencie nie odczuwałem obecności moich towarzyszek. Kiedy wszedłem w głąb
tej srebrnej atmosfery, nie dostrzegłem niczego poza 'mgłą', która mnie
otaczała. Nie umiem powiedzieć, ile czasu upłynęło, zanim nagle mgła się
ulotniła, odsłaniając prostokątne pomieszczenie z niskim sufitem, w którym dwóch
mężczyzn siedziało ze skrzyżowanymi nogami na cudownie ubarwionych
wielokolorowych poduszkach.
Ściany pomieszczenia składały się z precyzyjnie rzeźbionych bloków kamiennych
przedstawiających sceny ze współczesnej cywilizacji, kiście winogron, które
wyglądały jakby były przeźroczyste, owoce, których nie mogłem rozpoznać a także
zwierzęta –niektóre z nich miały ludzkie głowy. Były tam również postacie ludzi
z głowami zwierząt.
Zauważyłem wtedy, że ja i moje trzy towarzyszki tworzyliśmy 'zespół', który był
masą gazową, a
jednak mogliśmy się nawzajem odróżniać.
Znajdujemy się w głównej izbie Piramidy w Savanasie –powiedział Lationusi. Było
to niewiarygodne – Lationusi nie otwierał ust a jednak mówił do mnie po
francusku! Wyjaśnienie padło w mgnieniu oka:
To jest prawdziwa telepatia, Michel. Nie zadawaj żadnych pytań, wszystko ułoży
się naturalnie i dowiesz się wszystkiego, co musisz wiedzieć.
(Ponieważ pisząc tę książkę moim obowiązkiem jest opisać moje doznania, muszę
więc spróbować wyjaśnić najprościej jak się tylko da, że w stanie w jakim się
wówczas znajdowałem –gdy moje Ciało Astralne weszło w psychosferę – słowa takie
jak 'widziałem', 'słyszałem' i 'czułem' ściśle rzecz biorąc nie oddają
rzeczywistości, ponieważ doznania występowały 'spontanicznie', zupełnie inaczej
niż tego doświadczamy normalnie – a nawet inaczej od doznań w czasie podróży
astralnych.
Wydarzenia następowały podobnie jak we śnie,czasem bardzo powoli a innym razem z
zawrotną szybkością. Następnie, każda rzecz stawała absolutnie oczywista.
Dowiedziałem się potem, że było to spowodowane stanem, w jakim się znajdowałem i
ścisłym nadzorem, jaki moje mentorki nade mną sprawowały.)
Nagle ujrzałem otwór w suficie pomieszczenia i na jego końcu gwiazdę. Zdałem
sobie sprawę, że te postacie wymieniały 'widzialne' myśli z gwiazdą. Od ich
przysadek mózgowych unosiły się nici czegoś, co wyglądało na srebrny dym z
papierosa, który przechodził przez otwór w suficie i docierał do gwiazdy
znajdującej się daleko w przestrzeni.
Dwie postacie zupełnie się nie ruszały. Wokół nich unosiło się delikatne złote
światło. Wiem, dzięki ciągłej opiece moich towarzyszek, że te postacie nie tylko
nie mogły nas widzieć, ale również my nie mogliśmy im przeszkodzić, ponieważ
byliśmy obserwatorami z innego wymiaru. Przyjrzałem im się bardziej uważnie.
Jeden z nich był starszym człowiekiem o długich, białych włosach opadających mu
na ramiona. Z tyłu głowy miał czepek z tkaniny w kolorze szafranu, który
przypominał myckę jaką noszą rabini.
Ubrany był w luźną, żółto-złotą tunikę o długich rękawach, która całkowicie go
owijała. W pozycji, w jakiej siedział, nie widać było jego stóp, ale
'wiedziałem', że był boso. Jego ręce stykały się tylko koniuszkami palców.
Widziałem wyraźnie małe niebieskawe błyski wokół palców, co świadczyło o
niezmiernej sile jego skupienia.
Druga postać była chyba w tym samym wieku pomimo swoich lśniących czarnych
włosów. Był ubrany tak samo jak jego towarzysz, za wyjątkiem koloru tuniki,
który był jasno pomarańczowy. Trwali w tak kompletnym bezruchu, że nawet nie
było widać, aby oddychali.
Komunikują się z innymi światami, Michel – wyjaśniono mi.
'Scena' zniknęła gwałtownie i zastąpiła ją inna. Przed nami stał pałac w
kształcie pagody o dachach pokrytych złotem, z wieżami, portalami, olbrzymimi
oknami wychodzącymi na wspaniałe ogrody, z emaliowanymi basenami, w których woda
tryskała z fontann i opadała tworząc tęczę z promieni słońca w zenicie. Setki
ptaków siedziało na gałęziach drzew rosnących wszędzie w olbrzymich parkach i
ogrodach, co dodawało kolorytu tej magicznej scenerii.
Ludzie ubrani w tuniki o różnych stylach i kolorach spacerowali grupkami
pomiędzy drzewami lub obok basenów. Niektórzy siedzieli medytując poniżej
kwiecistych altanek zbudowanych specjalnie dla ich wygody i schronienia.
Dominującym elementem scenerii była budowla, która wyłaniała się w oddali za
pałacem – gigantyczna piramida.
'Wiedziałem', że właśnie opuściliśmy tę piramidę i że teraz podziwiałem cudowny
pałac w Savanasie, stolicy Mu.
Za pałacem we wszystkich kierunkach rozciągał się płaskowyż, o którym wspominała
Thao. Droga o szerokości przynajmniej 40 metrów, która wyglądała na zrobioną z
pojedynczego bloku kamiennego, prowadziła z centrum ogrodów na płaskowyż.
Otaczały ją dwa rzędy potężnych drzew dających cień, które rosły pomiędzy
olbrzymimi, stylizowanymi posągami. Na niektórych posągach znajdowały się
kapelusze, czerwone lub zielone o szerokich rondach.
Prześlizgnęliśmy się ścieżką pośród ludzi jadących konno i innych jadących na
dziwnych czworonożnych zwierzętach o głowach przypominających delfiny
–zwierzętach, o których nigdy nie słyszałem żadnej wzmianki: zwierzęta, których
istnienie mnie zaskoczyło.
To są Akitepayos, Michel, które dawno temu wyginęły – wyjaśniono mi.
Zwierzę to było wielkości bardzo dużego konia, miało wielokolorowy ogon, który
czasami rozszerzał się jak wachlarz, podobnie jak ogon pawia. Jego zad był
szerszy niż u konia; ciało było porównywalnej długości, ramiona wyłaniały się z
ciała jak skorupa u nosorożca, a nogi przednie były dłuższe od tylnich. Całe
jego ciało, za wyjątkiem ogona, pokrywała długa, zielona sierść. Kiedy
galopował, przypominał mi się sposób, w jaki biegają nasze wielbłądy.
Poczułem bardzo mocno, że moje towarzyszki prowadziły mnie gdzieś indziej.
Mijaliśmy szybko przechadzających się ludzi – bardzo szybko, a jednak mogłem
'zauważyć' i zapamiętać charakterystyczne cechy ich języka. Był bardzo przyjemny
dla ucha i zdawał się zawierać więcej samogłosek niż spółgłosek.
Przed nami pojawiła się natychmiastowo kolejna scena, podobna do filmu, kiedy
następuje ucięcie jednej sceny i pokazuje się drugą. Maszyny, dokładnie takie
jak te 'latające spodki' – tak drogie pisarzom powieści fantastycznych, stały w
szeregu na olbrzymim polu na skraju płaskowyżu. Ludzie wysiadali i wsiadali do
'latających maszyn', które zabierały ich do olbrzymiego budynku, który bez
wątpienia służył za port lotniczy.
Na lądowisku latające maszyny wydawały świszczący dźwięk, który był całkiem
znośny dla 'ucha'. Powiedziano mi, że nasza percepcja dźwięku i jego
intensywności daje się porównać z percepcją ludzi, którzy brali udział w scenie
rozgrywającej się przed nami.
Zdumiewało mnie to, że byłem świadkiem codziennego życia wyjątkowo światłych
ludzi, którzy nie żyli od tysięcy lat! Pamiętam także, że zwróciłem uwagę na
drogę pod naszymi 'stopami' i zdałem sobie sprawę, że nie był to jeden olbrzymi
kamienny blok, jak mi się wcześniej zdawało, ale ciąg olbrzymich kamiennych
płyt, które były tak precyzyjnie wycięte i ułożone, że ledwo było widać
złączenia.
Znad skraju płaskowyżu rozciągał się panoramiczny widok na olbrzymie miasto i
port morski, a za nim, na ocean. W jednej chwili znaleźliśmy się na szerokiej
miejskiej ulicy, po obu stronach której stały domy o różnych rozmiarach i
planach architektonicznych. Większość domów miała otoczone kwiatami tarasy, na
których czasami widzieliśmy w przelocie bardzo piękne gatunki ptaków.
Skromniejsze domy, bez tarasów, miały zamiast tarasów pięknie wykonane balkony –
także ukwiecone. Dawało to zachwycający efekt – jak chodzenie po ogrodzie.
Ludzie na ulicach albo chodzili albo latali, około 20 centymetrów nad ziemią,
(stojąc; przypisek tłumacza w porozumieniu z autorem) na małych latających
platformach, które nie wydawały żadnego dźwięku. Był to chyba najprzyjemniejszy
sposób podróżowania. Jeszcze inni jechali konno.
Kiedy znaleźliśmy się na olbrzymim miejskim skwerze, na końcu ulicy, zdziwiłem
się, że nie zauważyłem żadnych sklepów albo czegoś w tym stylu. Zamiast tego
stał tam przykryty plac targowy, gdzie na 'stoiskach' wystawione były wszystkie
rodzaje towarów, których serce lub podniebienie może zapragnąć. Były ryby,
pośród których rozpoznałem tuńczyka, makrelę, bonitoes i płaszczki; były różne
gatunki mięsa jak również niesamowity wybór warzyw. Jednakże najwięcej było
kwiatów, które wydawały się wypełniać przestrzeń. Było jasne, że ci ludzie
uwielbiali kwiaty, każdy nosił je we włosach lub trzymał w rękach. 'Klienci'
brali, co tylko chcieli, nie dając nic w zamian – żadnych pieniędzy, ani
niczego, co służyło za substytut. Moje zdziwienie pociągnęło naszą grupę w
kierunku serca targowiska – prosto przez ciała ludzi – doznanie, które uznałem
za najbardziej interesujące.
Na wszystkie moje pytania odpowiadano, gdy tylko się pojawiły:
Nie używają pieniędzy, ponieważ wszystko należy do społeczeństwa. Nikt nie
oszukuje –życie społeczne przebiega w doskonałej harmonii. Z biegiem czasu
nauczyli się przestrzegać dobrze ustanowionych i dobrze zbadanych praw, które
pasują im doskonale.
Większość tych ludzi mierzyła od 160 do 170 centymetrów wzrostu, miała jasno
brązową skórę i ich włosy i oczy były czarne – bardzo przypominali naszą obecną
rasę polinezyjską. Pośród nich było także trochę białych, wyższych ludzi,
mierzących około dwóch metrów wysokości, o jasnych włosach i niebieskich oczach,
a także w większej liczbie ludzi rasy czarnej. Ci ostatni byli wysocy, podobnie
jak biali, i było ich chyba kilka 'rodzajów', łącznie z takimi jak Tamilowie, i
innymi o uderzającym podobieństwie do naszych tubylców (Aborygenów) w Australii.
Poszliśmy w kierunku portu, gdzie cumowały statki o różnych kształtach i
rozmiarach. Molo było zbudowane z gigantycznych kamieni, o których 'powiedziano'
mi, że pochodzą z kamieniołomów Notora leżących na południowym wschodzie
kontynentu. Cały port został sztucznie zbudowany. Widzieliśmy wiele bardzo
zaawansowanych urządzeń w akcji –urządzeń do budowania statków, przeładunków, do
przeprowadzania napraw.
Statki w porcie reprezentowały, jak powiedziałem, szeroki wachlarz – od statków
żaglowych przypominające statki z osiemnastego i dziewiętnastego wieku do
nowoczesnych jachtów; od statków parowych do ultra nowoczesnych statków
towarowych o napędzie wodorowym. Olbrzymie statki zakotwiczone w zatoce były
statkami antymagnetycznymi i antygrawitacyjnymi, o których mi powiedziano
wcześniej.
W porcie unosiły się na wodzie, ale kiedy płynęły pod obciążeniem kilku tysięcy
ton, poruszały się z szybkością od 70 do 90 węzłów, tuż nad wodą – nie wydając
przy tym żadnego dźwięku.
Wyjaśniono mi, że te klasyczne’ statki stojące w porcie, należały do ludzi z
odległych lądów –Indii, Japonii, Chin – które były skolonizowane przez Mu.
Ludzie w tych krajach nie byli jednak w stanie odnieść korzyści z
technologicznego postępu. Dowiedziałem się również od Lationusi, że przywódcy Mu
wiele ze swojej wiedzy naukowej trzymali w tajemnicy, na przykład wiedzę o
energii nuklearnej, antygrawitacji i ultra-dźwiękach. Taka polityka zapewniała,
że utrzymywali swoje zwierzchnictwo na Ziemi i gwarantowała im bezpieczeństwo.
Scena została ’ucięta’ i znowu znaleźliśmy się na lądowisku, patrząc na widok
miasta nocą. Było podświetlone, całkiem jednolicie przez duże globusy, tak jak
Droga Ra, droga prowadząca do pałacu w Savanasie. Globusy umieszczone wzdłuż
alei w rzeźbionych kolumnadach, podświetlały ją, stwarzając wrażenie dnia.
Wyjaśniono mi, że globusy te, które miały kształt kulisty, zamieniały energię
nuklearną na światło i potrafiły pracować przez tysiące lat bez przerwy.
Przyznam się, że nie rozumiałem, ale uwierzyłem, że tak musiało być.
Kolejna scena – było to za dnia. Tłum jaskrawo ubranych ludzi wypełniał
centralną aleję i ogrody pałacowe, a do czubka piramidy przyłączona była
olbrzymia biała kula.
Król, którego widziałem, jak medytował w piramidzie, zmarł tuż przed zebraniem
się tłumu.
Kula wybuchła z dużym hukiem i rozległ się jednogłośny okrzyk radości wszystkich
zebranych. Zdziwiło mnie to, ponieważ śmierć zwykle budzi łzy, ale moje
towarzyszki wyjaśniły to następująco:
Michel! Nie pamiętasz lekcji, których cię uczyliśmy. Kiedy ciało fizyczne
umiera, uwalnia się istota Astralna. Ci ludzie również to wiedzą i dlatego to
wydarzenie świętują. W ciągu trzech dni Ciało
Astralne Króla opuści Ziemię i połączy się z Wielkim Duchem, ponieważ Król ten,
podczas swego ostatniego życia na Ziemi, zachowywał się przykładnie –pomimo
wielu trudnych odpowiedzialnych sytuacji i zadań, jakich od niego wymagano.
Nie miałem na to żadnej odpowiedzi i poczułem się zawstydzony, że Thao
przyłapała mnie na moim zapominalstwie.
Wystrój uległ ponownie zmianie. Znaleźliśmy się przed frontowymi schodami
pałacu. Olbrzymi tłum ciągnął się przed nami, tak daleko, jak okiem’ można było
sięgnąć, i oprócz nas zebrali się dygnitarze łącznie z postacią ubraną w
najbardziej delikatną szatę jaką sobie można wyobrazić. Miał to być nowy Król
Mu.
Coś w nim przyciągało moją uwagę. Był mi znajomy –jakbym go znał, ale nie mogłem
go sobie przypomnieć, gdy był tak ubrany. W mgnieniu oka Lationusi dał mi
odpowiedź:
To ja, Michel, w moim innym życiu. Nie poznajesz mnie, ale jesteś świadomy moich
astralnych drgań w tym ciele.
Pomyślałem, że Lationusi doświadczał tego, co nadzwyczajne, wewnątrz tego, co
nadzwyczajne. Lationusi widział siebie w swoim poprzednim życiu, podczas gdy
wciąż istniał w swoim obecnym życiu.
Z rąk jednego z dygnitarzy nowy Król otrzymał wspaniałą “koronę” [było to
nakrycie głowy częściowo przypominające dzisiejszą tiarę biskupią a częściowo
koronę; przypisek tłumacza w porozumieniu z autorem], którą nałożył sobie na
głowę.
Okrzyk radości rozległ się wśród tłumu. Kontynent Mu –najbardziej rozwinięty
naród na planecie i rządzący ponad jej połową, miał nowego Króla.
Wyglądało że tłum oszalał z radości. Tysiące małych baloników w kolorach
granatowym i jasno-pomarańczowym poszybowało ku niebu, a orkiestra zaczęła grać.
Muzycy z 'orkiestry', których było przynajmniej dwustu, grali na nieruchomych
latających platformach, które rozmieszczone były po całym parku wokół pałacu i
piramidy. Na każdej platformie grała grupka muzyków na niezwykle dziwnych
instrumentach i to w taki sposób, że dźwięk rozlegał się jakby z gigantycznych
stereofonicznych głośników.
Muzyka’ w ogóle nie przypominała muzyki, taką jaką znamy. Za wyjątkiem typowego
fletu, który wydawał dźwięki o bardzo specyficznej częstotliwości, wszystkie
instrumenty modulowały dźwięki natury, na przykład, wycie wiatru, brzęczenie
pszczół na kwiatach, śpiewy ptaków, dźwięk deszczu padającego do jeziora lub fal
uderzającej o plażę. Wszystko to było zręcznie zaaranżowane – dźwięk fali mógł
powstać w ogrodach, przemieścić się w twoim kierunku, przejść ponad twoją głową
i skończyć się uderzając u stóp Wielkiej Piramidy.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ludzie, niezależnie jak oświeceni, mogliby
dokonać takiego wyczynu, jak z tą aranżacją orkiestrową.
Tłum, ludzie nobilitowani i Król zdawali się zaznawać’ muzyki w swojej duszy i
sercu, tak byli nią oczarowani. Chciałem także zostać, aby jeszcze więcej
posłuchać i nasycić się tą pieśnią natury. Nawet w mojej
astralno-psychosferycznej sytuacji, muzyka przenikała’ i efekt był urzekający.
Przypomniano’ mi, że nie byliśmy tu dla przyjemności. Scena znikła.
Błyskawicznie, stałem się świadkiem nadzwyczajnego spotkania, któremu
przewodniczył Król i w którym brało udział wyłącznie jego sześciu doradców.
Powiedziano mi, że gdy Król spotyka się wyłącznie z sześcioma doradcami, sprawa
wygląda poważnie.
Król postarzał się znacznie, ponieważ przeskoczyliśmy w czasie o dwadzieścia
lat. Każdy z obecnych wyglądał poważnie, gdy omawiano szczegóły techniczne ich
sejsmografów i wszystko to potrafiłem zrozumieć w ciągu jednej setnej sekundy:
mogłem śledzić bieg ich dyskusji, tak jak gdybym był jednym z nich!
Jeden z doradców twierdził, że od czasu do czasu okazywało się, że urządzenie
zawodzi, ale nie ma wielkiego powodu do zmartwienia. Inny stwierdził, że
sejsmograf jest niezwykle dokładny, ponieważ ten sam model sprawdził się w
czasach pierwszej katastrofy, która wydarzyła się na południu kontynentu.
Kiedy mówili, pałac począł się trząść jak liście na wietrze. Król powstał, jego
oczy szeroko rozwarły się ze zdziwienia i strachu; dwóch z jego doradców spadło
z siedzeń. Na zewnątrz duży hałas wydawał się dochodzić z miasta.
Scena zmieniła się i znaleźliśmy się nagle na zewnątrz. Księżyc w pełni
oświetlał ogrody pałacu. Wszystko znowu stało się spokojne – zbyt spokojne.
Jedyny dźwięk, jaki dawało się słyszeć, było tępe dudnienie dochodzące z nad
kraju miasta.
Służący wybiegli nagle z pałacu i rozpierzchli się we wszystkich kierunkach.
Kilka kolumn podtrzymujących globusy, które oświetlały aleję, leżały z na ziemi
roztrzaskane. Wyłaniając się szybko z pałacu, Król i jego świta wspięli się na
latającą platformę i skierowali się natychmiast na lotnisko. Podążyliśmy za
nimi. Na polu wokół latających statków i przy budynku lotniska panowało
zamieszanie. Niektórzy ludzie pędzili do statków krzycząc i przepychając się.
Latająca platforma Króla szybko ruszyła w kierunku jednego ze statków, który
stał na uboczu: wsiedli do niego on i świta. Inne statki już odlatywały, gdy
głuchy dźwięk rozległ się z głębin Ziemi – dziwny, ciągły dźwięk taki jak
piorun.
Lotnisko rozdarło się gwałtownie jak kartka papieru. i zasłonił nas olbrzymi
kłąb dymu. Statki, które właśnie startowały zostały schwytane w pułapkę wewnątrz
ognia i eksplodowały. Ludzie, którzy biegli na lotnisko, zniknęli w szczelinie.
Statek Króla, który wciąż stał na ziemi zapalił się i wybuchł.
W tym momencie, jak gdyby śmierć Króla była sygnałem, ujrzeliśmy jak Wielka
Piramida przewraca się w jednym kawałku do przepaści, ciągnącej się wzdłuż
płaskowyżu i rozszerzającej się co sekundę. Piramida zachwiała się przez moment
na skraju przepaści a następnie z wielkim wstrząsem pochłonęły ją płomienie.
Scena zmieniła się znowu. Przed nami rozciągał się widok lotniska, które zdawało
się falować jak fale oceanu. Budynki zaczęły się zapadać, towarzyszyły im
okrzyki przerażenia ze scen horroru, które pojawiały się i znikały wśród
płomieni.
Następowały ogłuszające eksplozje pochodzące, jak się dowiedziałem, z głębi
Ziemi. Całe dzielnice’ zanurzały się pod ziemię; następnie olbrzymie kawałki
kontynentu poszły ich śladem. Ocean wdarł się, aby zapełnić olbrzymią otchłań,
która powstała i nagle cały płaskowyż Savanasy zatonął pod wodą, jak olbrzymi
tonący liniowiec, ale o wiele szybciej. Uformowały się potężne wiry, wewnątrz
których mogłem dostrzec ludzi chwytających się w desperacji wraków, na próżno
próbując przeżyć.
Bycie świadkiem takiego kataklizmu było dla mnie czymś strasznym, mimo to, że
wiedziałem, że zdarzyło się to 14,500 lat temu.
Rozpoczęliśmy szybką wycieczkę’ po kontynencie. Gdziekolwiek byliśmy
natrafialiśmy na tę samą katastrofę. Woda pędziła gigantycznymi falami przez
równiny, które się jeszcze ostały i je zatapiała. Zbliżyliśmy się do wulkanu,
który właśnie wybuchł. W pobliżu zobaczyliśmy, jak skały zaczynają się poruszać
regularnym ruchem, jak gdyby gigantyczna ręka unosiła je nad przepływem lawy i
tworzyła góry tuż na naszych oczach. Działo się to w tak samo krótkim czasie, co
zniknięcie płaskowyżu w Savanasie.
Scena znowu zniknęła i zastąpiła ją inna.
Przybyliśmy do Ameryki Południowej, gdzie kataklizm jeszcze nie poczynił szkód,
Michel. Zobaczymy tu wybrzeże i port Thiacuano. W czasie cofnęliśmy się do
wydarzeń tuż przed pierwszym wstrząsem, gdy Król Mu spotkał się ze swoimi
doradcami.
Znajdowaliśmy się na molo dużego portu morskiego w Thiacuano. Była noc i księżyc
w pełni oświetlał ląd, chociaż już wkrótce miał zajść. Na wschodnim niebie nikły
błysk zwiastował zbliżający się świt. Straże patrolowały molo, gdzie cumowały
liczne łodzie.
Kilku awanturujących się hulaków weszło do jakiegoś budynku, na którym paliło
się małe nocne światło. Widzieliśmy tu kilka kulistych globusów – lamp z Mu –
ale tylko kilka.
Polecieliśmy nad kanałem, gdzie widać było kilka statków kierujących się w
stronę morza śródlądowego (obecnie Brazylii).
Nasza grupka 'spoczęła' na mostku pięknego żaglowca. Delikatny podmuch wiatru
wiał z zachodu popychając statek od strony rufy. Nosił mały żagiel, ponieważ
manewrował w strefie zatłoczonej przez liczne łodzie. Na pokładzie miał trzy
maszty w całkiem nowoczesnym stylu i mierzył około 70 metrów długości. Sądząc po
kształcie kadłuba, był zdolny rozwijać znaczną szybkość na otwartym morzu.
Chwilę później znaleźliśmy się w dużej marynarskiej kabinie umeblowanej w tuzin
koi, wszystkie pozajmowane. Każdy spał, za wyjątkiem dwóch mężczyzn w wieku
około trzydziestu lat, którzy ze względu na swój wygląd, prawdopodobnie
pochodzili z Mu. Siedzieli przy stole pochłonięci grą, którą mógł być mah-jong
[rodzaj chińskiego domina; przypisek tłumacza w porozumieniu z autorem]. Jeden z
nich przyciągnął moją uwagę – być może starszy niż jego towarzysz –jego długie
ciemne włosy
przewiązane były czerwoną przepaską. Przyciągał mnie jak magnes przyciąga
kawałek żelaza i w jednej chwili znalazłem się nad nim, biorąc z sobą swoich
towarzyszy.
Kiedy przeszedłem przez niego poczułem prawie elektryczną stymulację – i uczucie
miłości, jakiego nigdy przedtem nie odczuwałem, zawładnęło moją istotą. Poczułem
nie dającą się określić jedność z nim i w kółko przechodziłem przez niego.
Można to łatwo wyjaśnić, Michel. Jesteś połączony z tym człowiekiem przez twoje
Ciało Astralne. To jesteś ty w jednym ze swoich poprzednich wcieleń. Jednakże
jesteś tutaj jako obserwator i próba ponownego przeżywania tamtego czasu niczemu
nie służy. Nie angażuj się.
Z żalem 'podążyłem' za moimi towarzyszami z powrotem na mostek.
Olbrzymi wybuch dał się nagle słyszeć w oddali na zachodzie, potem następny
jeszcze bliżej. Niebo, wciąż po stronie zachodniej, zaczęło się jarzyć. Jeszcze
bliżej pośród wielu ostrzejszych eksplozji oglądaliśmy erupcję wulkanu, który
rozświetlił zachodnie niebo w promieniu około 30 kilometrów.
Byliśmy świadomi gorączkowego poruszenia w kanale i w porcie, gdzie
rozbrzmiewały okrzyki i wyły syreny.
Słyszeliśmy tupot i spod pokładu marynarze rozprzestrzeniali się po całym
mostku. Widziałem pośród nich marynarza, który 'nosił' moje Ciało Astralne, był
tak samo przerażony jak jego towarzysze i poczułem olbrzymią falę współczucia
dla tego panicznie przerażonego 'ja'.
Na obrzeżach miasta na tle żarzącego się wulkanu dostrzegłem błyszczącą kulę,
która bardzo szybko wzniosła się ku niebu i ostatecznie zniknęła z pola
widzenia.
Tak, to był jeden z naszych statków – wyjaśniła Thao.
Będzie obserwować kataklizm z bardzo wysoka. Na pokładzie jest siedemnastu
ludzi, którzy zrobią co mogą, aby pomóc walczącym o przetrwanie, ale będzie to
bardzo niewiele. Spójrz.
Ziemia zaczęła się trząść i dudnić. Dodatkowe trzy wulkany wyłoniły się spod
powierzchni oceanu niedaleko brzegu, po to tylko, aby je pochłonęła woda tak
szybko, jak się wcześniej pojawiły. Spowodowało to falę o amplitudzie około 40
metrów, która pośpieszyła ku wybrzeżu z piekielnym hukiem. Jednakże zanim
dosięgła miasta, ląd pod nami zaczął się unosić. Port, miasto i okolica za nami
– cała część kontynentu – wznosiła się raptownie blokując atak fal. Wznieśliśmy
się wyżej, aby lepiej widzieć. Przypominało mi to gigantyczne zwierzę wyginające
w łuk swój tułów, gdy przeciąga się po wydostaniu się z nory.
Okrzyki ludzi dochodziły do nas jak Dantejski pisk. Dostawali szału z
przerażenia, ponieważ unosili się razem z miastem, jak gdyby w windzie, i ich
unoszenie zdawało się nie mieć końca.
Łodzie roztrzaskiwały się na kawałki miotane przez ocean na skały. Obserwowałem,
jak marynarz, który pozostał z tyłu, dosłownie skamieniał. Jedno z moich 'ja'
właśnie wracało do swego źródła.
Wyglądało, że Ziemia zupełnie przebudowywała swój kształt. Miasto zniknęło, gdy
nagle gęste czarne chmury napłynęły masowo z zachodu zasypując ląd lawą i pyłami
wyrzuconymi przez wulkany. Dwa słowa opisu, jakie przyszły mi w tym momencie na
myśl, to: 'okazały' i 'apokaliptyczny'.
Wszystko się zamazało i poczułem swoich towarzyszy blisko mnie. Byłem świadom
srebrno-szarej chmury, która oddalała się od nas z zawrotną prędkością i wtedy
pojawiła się TJehooba. Miałem wrażenie, że ciągnęliśmy za srebrne nitki, aby
szybko wrócić do naszych ciał fizycznych, które zdawały się na nas czekać –
olbrzymie jak góry i kurczące się, gdy się zbliżaliśmy.
Moje astralne oczy doceniły urok tutejszych kolorów na tej 'złotej' planecie, po
tym jak musieliśmy znosić koszmary, które właśnie zostawiliśmy za sobą.
Poczułem, że ręce które dotykały mojego fizycznego ciała, puściły. Otwierając
oczy rozejrzałem się wokół. Moi towarzysze stali uśmiechając się. Thao zapytała
mnie czy jest ze mną wszystko w porządku.
Świetnie, dziękuję. Bardzo mnie dziwi, że wciąż jest jasno na zewnątrz.
Oczywiście, że wciąż jest jasno, Michel. Jak sądzisz, jak długo mogło nas tu nie
być?
Prawdę mówiąc nie wiem. Pięć czy sześć godzin?
Nie, powiedziała Thao z rozbawieniem – nie dłużej niż piętnaście lors – około
piętnastu minut.
Następnie Thao i Biastra wzięły mnie za ramię i wyprowadziły ze 'strefy
relaksacyjnej' wybuchając
śmiechem z mojego zdumionego wyrazu twarzy. Lationusi podążył za nami, mniej
rozbawiony.