Na zdjęciu Maciej z rodzinką

Powrót do SM

    

 

 

Życie wewnętrzne

DR MACIEJ GRZESIOWSKI

 

ŻYCIE WEWNĘTRZNE HOMO ECONOMICUSA 

W poprzednim artykule zastanawialiśmy się nad kwestią, czy system demokratyczny, rozumiany jako system społeczny sprzyja rozwojowi duchowemu pojedynczych obywateli. W konkluzji zawarliśmy stwierdzenie, że choć z założenia wydaje się być systemem idealnym, aby realizować ten postulat, to w praktyce nierzadko mamy do czynienia z dość znacznym rozdźwiękiem pomiędzy teorią a rzeczywistością. Na pierwszy rzut oka demokracja sprzyja prezentowaniu różnorodnych prądów tak filozoficznych, jak politycznych, czy nawet duchowych. Jednak w założeniu idei równości i jednakowych szans dla wszystkich w prezentacji poglądów tkwi swoista neutralność. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest nieopowiadanie się za żadną z prezentowanych koncepcji. I to założenie nasuwa szereg wątpliwości. Pierwsza łączy się z zagrożeniem subiektywizmu mediów, które zazwyczaj są nośnikami informacji i przedstawianych poglądów, ponieważ i tam pracują ludzie, którzy prawdopodobnie mają osobiste poglądy i będą narażeni na pokusę subiektywnej interpretacji poszczególnych idei.

Druga łączy się z celowym oddziaływaniem na społeczeństwo poprzez różnorodną prezentację i pozbawianie jej komentarza. (najlepiej gdy jest ich bardzo dużo, tak jak w supermarkecie tysiące produktów). Można osiągnąć w ten sposób dwa zasadnicze cele: polaryzację społeczeństwa - przy założeniu, że konkretnych nurtów jest dużo i trudno zdecydować się na jeden wariant oraz tzw. szum informacyjny. Strategia, która przyświeca takiemu działaniu jest dość oczywista: pozbawić społeczności ideologicznej jedności .Taka strategia ma sens, kiedy społeczność jest duża ( np. cały kraj ) i jest mocno zintegrowana pod względem kultury, religii, tradycji, języka. Tutaj domeną strategiczną jest stara zasada: "dziel i rządź". Bo jeśli uda się rozbić duże jednorodne grupy, to w konsekwencji otworzą się nowe rynki zbytu (każda grupa będzie cechować się odrębną specyfiką, a co za tym idzie będzie zgłaszać odrębne potrzeby konsumpcyjne). A nowe rynki zbytu to nowe pieniądze i przedłużenie egzystencji przedsiębiorstwa. Po drugie o wiele łatwiej jest panować pod względem ekonomicznym i politycznym, kiedy społeczeństwo jest podzielone. Funkcjonowanie niniejszego mechanizmu zechcę przedstawić w odrębnym artykule, ponieważ istotną rolę odgrywa w nim marketing. 

Dla nas istotny jest wniosek, że demokracja przypomina bazar, na którym można kupić i sprzedać dosłownie wszystko: począwszy od igły z nitką poprzez prezerwatywy i pornografię aż do wszelkiego rodzaju filozofii i religii. Ta różnorodność zapewnia matematyczną przeciętną, dzięki której sprzedaż jakiegokolwiek towaru na tym swoistym bazarze nie zdominuje sprzedaży pozostałych - również swoistych towarów w postaci idei. Czy jednak jest to prawdą, skoro cała większość współczesnych wysoko rozwiniętych społeczeństw tak chętnie aprobuje materialistyczny pęd za ziemską iluzją raju ? A więc wybiera zgoła jedną opcję, w której mieści się pojęcie ogólnie rozumianej kultury, stylu życia i filozofii. Odpowiedź znamy wszyscy i doskonale zdajemy sobie sprawę, że w świecie skomercjalizowanym liczą się pieniądze i zasada dostępu do mediów dla wszystkich, w rzeczywistości zostaje zredukowana do nielicznej grupy społeczeństwa, zazwyczaj reprezentującej świat biznesu, mogącej swobodnie dysponować pieniędzmi, z których finansuje nader kosztowne reklamy.

W ten oto sposób wąska grupa społeczna, reprezentująca - jak wykazuje rzeczywistość zazwyczaj niskie morale - może wpływać na większość populacji. Każdy chrześcijanin winien wiedzieć, że w dobie współczesnej jedną z najsilniejszych grup kreujących życie są właśnie bogaci przedsiębiorcy. Wykorzystując reklamę w prawdzie kreują popyt na towary konsumpcyjne, ale w praktyce osiągają ważniejszy cel, którym jest kreowanie nowego stylu życia. Ten mechanizm nie budziłby zastrzeżeń tylko w jednym przypadku z punktu widzenia celów ewangelicznych: kiedy przedsiębiorcy żyliby zgodnie z ideami Jezusa. 

W dzisiejszym artykule chciałbym, abyśmy zastanowili się nad "drugą stroną medalu", tj. nad nami, jako członkami systemu demokratycznego. Bo z jednej strony niezwykle często za nasze niepowodzenia lub po prostu brak odczuwanego szczęścia obwiniamy system, otoczenie, innych ludzi, a z drugiej nie zauważamy samych siebie, jako realnych członków systemu społecznego. Czy jednostronne obwinianie "systemu" (często łącznie z samym Panem Bogiem) jest uczciwym postawieniem sprawy ? Czy chrześcijanin to nie ten , który nie tyle słowem , co osobistym przykładem przyznaje się do Boga i w razie potrzeby dać się pożreć przez lwy . Co zatem stoi na przeszkodzie, aby włączyć się w tzw. życie społeczne, korzystając z demokratycznych praw i współtworzyć rzeczywistość, ulepszać ją ? W życiu codziennym lubujemy się w szafowaniu rozmaitych uogólnień: "to system jest winien", "to warunki", "to ludzie", "to otoczenie", "to mass media" itp. Wszystko i wszyscy tylko nie my. Czasem łatwiej ponarzekać i obciążyć winą bliżej nieokreślony "system" lub nawet rząd, bo to w naszym rozumieniu zwalnia nas od odpowiedzialności za kształtowanie rzeczywistości. 

Więc ci z nas, którzy narzekają powinni zdać sobie sprawę z podstawowego prawa, że narzekać wolno tylko tym, którzy w sposób aktywny włączają się do kształtowania naszego życia. Ci natomiast, którzy myślą jedynie o zarabianiu pieniędzy lub całe popołudnia "mieszkają w telewizorze" nie mają prawa podnosić głosu, bo przypominają tych , którzy handlowali w świątyni jerozolimskiej i których Jezus wyprosił, bo bezcześcili jej dostojeństwo. Narzekając na tzw. otoczenie przerzucamy winę na inne podmioty siebie rozgrzeszając. 

Ucieczka od spojrzenia w głąb siebie cechuje osoby prymitywne duchowo. Chrześcijanin to człowiek mający poniekąd we krwi zaglądanie w głąb siebie, bo to go stawia w prawdzie. Tak, tylko gdzie tych chrześcijan szukać ? Wśród tych kilku staruszek chadzających dzień w dzień do kościoła ? Wśród tych rodziców z chrześcijańskim rodowodem świętujących wraz z własnymi dziećmi święto choinki i patologicznie gorączkowe zakupy w Boże Narodzenie ?! Wśród tych tzw. chrześcijańskich działaczy biernie przyglądających się patologiom życia, takim jak aborcja czy pornografia? Nas, którzy być może dwa razy w roku przystępujemy do sakramentów świętych ? 

Niestety, utrwalił się już taki stereotyp, że tam gdzie w naszym życiu nie dajemy sobie rady z własnymi ograniczeniami, przerzucamy własne niespełnienie i niezadowolenie na coś, co znajduje się w otoczeniu - najczęściej na innych ludzi. Uciekamy od własnego wnętrza. Bo zajrzeć w głąb siebie - to w tym przypadku oznacza - przyznanie się do własnej pasywności, hedonizmu, czy nawet błędów. A do tego trzeba już pokory - jednej z najrzadszych cnót wśród współczesnych chrześcijan... 

Wolimy zatem przybrać, wygodniejszą w tym momencie maskę homo economicusa, a więc człowieka żyjącego zgodnie z paradygmatem wyższości rozumu nad sercem, co niewątpliwie ułatwia nam uciekanie od jakichkolwiek rachunków serca. Czy właśnie nienazbyt często o wyborach naszego życia decyduje zakorzeniony gdzieś głęboko w nas homo economicus, posługując się przy tym sztywną kalkulacją. A jak często korzystamy z dobrodziejstwa serca, jako kryterium wyboru ? Bo czym tłumaczyć dużą dozę pasywności społecznej ze strony współczesnych chrześcijan ? A ilu rodziców poświęca dziś czas dla swych nieopierzonych jeszcze dzieci wychowywanych przez niekończące się godziny przez RTL czy RMF FM? A potem gdy wpadną już w sidła liberalnego relatywizmu zlekcenia obyczajów, to z pewnością powiemy, że to system (telewizja) są winne, ale nie my. System, jak powiedzieliśmy, ma za zadanie wspierać życie duchowe, ale nie zastępować go. 

Badania socjologiczne w Polsce wykazują, że przeciętna czasu jednego rodzica poświęcanego jednemu dziecku dziennie nie przekracza pięciu minut!!! I o zgrozo, w ciągu tej odrobiny kontaktu z własną pociechą, 90% to zakazy i nakazy, które przy braku wsparcia od strony pozytywnych uczuć przyjmują odwrotny skutek od zamierzonego. Młodzież czuje się niechciana, niekochana, lekceważona w związku z czym szuka alternatyw życia. A te alternatywy często wiążą się z ucieczką od trudów i brnięcie w niewolę "łatwego seksu", muzyki, czy też narkotyków. 

Można się zastanawiać, czy pogoń za mamoną i przyswajanie obcych kulturze chrześcijańskiej wizji i stylów życia jest godne dziecka Bożego ? Homo economicus trąbi przez głośniki radiowe i telewizyjne, że tak. A homo chrystianis, albo homo angelus - jeśli tak sobie nazwiemy wzorce życia według Jezusa? Ten raczej milczy, albo narzeka... 

Ekonomia, pokusy marketingowych świecidełek zdają się wygrywać batalię o ochrzczonych, bo trudno już ich klasyfikować jako głęboko wierzących. Ciepłe "rogaliki babuni" zdają się wygrywać z chłodnymi zimą kościołami, monolog reklamy z dialogiem w konfesjonale... 

Myślę, że tylko połowa prawdy tkwi w stwierdzeniu, że system jest winny naszego niespełnienia. Druga połowa tkwi w naszych osobistych ograniczeniach, braku życia wewnętrznego, pasywności a niekiedy w cichych aliansach ze złem. Oto prawdziwe bariery przeszkadzające nam współtworzyć system miłości. Bo system tkwi w sercu, a to co na zewnątrz to jedynie wyraz tego co dzieje się w życiu wewnętrznym. 

Dlatego zalążków systemu miłości winniśmy szukać w sobie. By ten cel realizować trzeba wglądać w siebie. A to nie jest proste. Bo najpierw należałoby zauważyć w sobie jakiś brak, utrudniający życie duchowe, jak również społeczne. A do tego - jak powiedzieliśmy - trzeba pokory, by powiedzieć np., że nie komuniści byli winni mojej niedoli, ale że mój lęk o byt i brak zaufania do Boga sprawił, że zapisałem się do partii i czerpałem z tego profity. Nie tyle system, co własne wewnętrzne ograniczenie i brak zaufania. Ale cóż tu dalej rozprawiać, jeśli na pewno znajdą się wśród czytelników takie osoby, które powiedzą, że to system albo nasza gazetka są winni ich złości... 
 

dr Maciej Grzesiowski

 

 

System Miłości promuje miłość, kulturę, wiedzę i rozwój duchowy