|
|
|
|||||
|
|
| |||||
|
|
| |||||
|
|
|
Homo economicus
Homo economicus a jedność Homo economicus "niejedno ma imię". W czasach burzliwych, dynamicznych, w których nic nie trwa zbyt długo, kiedy mówi się nie tylko o życiu człowieka, ale także przedstawia się cykl życia produktów, czyli rzeczy, można się zastanawiać, czy takie pomieszanie pojęć służy porządkowaniu wnętrza pojedynczego człowieka. Oto chrześcijanie, podążający ochoczo w niedzielę i święta do kościoła, sprawiają wrażenie, iż relatywizm pojęciowy, ów sprawnie wpajany na etykiecie produktu kompromis między "być" a "mieć", owo "szczęście i jego pełnia" płynące z reklamy, zdaje się się nie obchodzić wyznawcy Chrystusa. Idea demokracji pomieszała ludziom - chrześcijanom, żeby nie powiedzieć nam, w głowach. Kiedy w domu nie ma wyciszenia, kiedy brakuje kontemplacji, kiedy Chrystus wisi tylko na obrazku, kiedy praktyka religijna sprowadza się do lizania lodów po niedzielnej mszy św., wówczas nie ma co się dziwić, że proces destrukcji wartości postępuje oraz, że tak bezkrytycznie jest przyswajany przez chrześcijan. Można by zadać sobie pytanie, (każdy z nas z osobna mógłby to uczynić), na ile wiara w Boga dodaje mi sił, na ile czyni mnie gotowym, abym - tak jak pierwsi chrześcijanie, oddał życie za obronę miłości, za obronę jedności. Współcześni chrześcijanie, a w polskich warunkach - to przede wszystkim katolicy, jednością nie są. Faktycznym testem są wyniki wyborów do parlamentu, czy też w sprawie konstytucji, aborcji, uwłaszczenia. Pomimo przynależności do wspólnoty kościoła nie można powiedzieć, iż jest to jedność wewnętrzna, iż ludzie ci mówią jednym językiem. Ludzie o mistycznym zapatrzeniu w Chrystusa, a więc modlący się na co dzień w swoich domowych izdebkach, mieliby twardy kręgosłup moralny, a co za tym idzie światopoglądowy. Jeśli w domu nie ma wychowania, zastępuje je szkoła, a relatywistom i marketingowcom o to właściwie chodzi, żeby wyrwać młodych od korzeni wartości, żeby wpoić im, że wartością jest pieniądz i to co w zamian za niego mogą kupić. Wolność w ich rozumieniu to uczynienie z każdej sfery życia człowieka rynku. Nawet z tych najbardziej intymnych i nigdy niesprzedawalnych. Tak rodzą się rynki "miłości", na których jedni mogą sprzedać swe ciało (np. domy publiczne, prezerwatywy, środki antykoncepcyjne, reklamy z nagimi kobietami, domy mody, filmy itp.), a drudzy mogą to ciało kupić za pieniądze. Czynienie z każdej ludzkiej sfery rynku jest ingerencją w zamysł samego Boga. Czynienie zasad moralnych przedmiotem handlu i elementem rynku jest właśnie relatywizowaniem wartości absolutnych. Kto sprowadza ludzką wrażliwość na piękno ponadczasowe do cieszenia się skończonymi i krótkotrwałymi przyjemnościami, ten nie wie co czyni, a jeśli wie, to zaciąga wielki dług u Boga i bliźnich. Relatywizowanie miłości, solidarności, przyjaźni osłabia ludzką wrażliwość, powoduje zamazywanie u osób narażonych na to działanie poczucia co jest ponadczasowe a co tylko doczesne i skończone, co dobre a co złe. Jeśli będziemy przechodzić obojętnie obok reklam z gołymi kobietami reklamującymi mydło lub batony, jeśli nie będziemy reagować na szkolne instruktaże seksu, z których wyłączono całą sferę ludzkiej miłości, wówczas możemy spodziewać się, że po śmierci nie spotkamy się jeszcze z Chrystusem, ale że w promieniach jego miłości, zreflektujemy jak wiele jeszcze musimy naprawić, by wrócić do Nieba. Czy otrzymamy kolejną szansę? Marketingowcy,
którym przyświeca "święta" idea liberalizmu, bardzo chcą sprowadzić
pierwiastki duchowe narodów do wymiaru jednej z miliona idei filozoficznej.
Celem tak pojętego relatywizmu jest uczynienie ze wszystkich filozofii -
rynku, a zarazem sklepu, w którym każda z filozofii będzie ładnie
zapakowana, ale niekoniecznie dokładnie opisana. Tęsknotą "szafarzy
marketingowych" jest tutaj danie równych szans wszystkim filozofiom,
niezależnie od tego, która z nich wywarła największe piętno w dziejach
ludzkości. I tu się kryje owa manipulacja, a przyświeca jej demokratyczna
idea równości wszystkich religii i filozofii, podobnie jak ludzi. Pozbawienie - zniszczenie takich autorytetów ma sens strategiczny z punktu widzenia ekonomii: łatwiej bowiem manipulować w opisywaniu jakiejkolwiek idei, jeśli pozbawi się jej odbiorców żywych wzorców do naśladowania. Wówczas rachunek prawdopodobieństwa przesądzi, że żadna z idei nie wygra, gdyż w olbrzymim natłoku haseł i ideologii żadna nie przebije się. Tak jak na bazarze: żaden stragan nie przebije się, żaden banan albo jabłko nie zdoła się wyróżnić, a wszystkie stoiska są do siebie podobne i trudno powiedzieć, które jest najlepsze. Stan taki cechować się będzie pozbawieniem wszelkich hamulców moralnych w kreowaniu nowych rynków, nawet takich, które będą niezgodne z moralnością. Zrównanie wszystkich filozofii, religii, ideologii zdaje się wyrażać utopijną tęsknotę za uczynieniem ze świata myśli i ducha rynku doskonałego. Niezależnie od absurdu, który takiemu rozumowaniu przyświeca, w praktyce jego propagatorom daje możliwość łatwej manipulacji. Jeśli np. zwolennicy moralności katolickiej postawią jakieś zarzuty względem bieżącej polityki ekonomicznej, to rządzący łatwo mogą odwołać się do zupełnie innej, alternatywnej filozofii, nie wzbraniającej krytykowanych rozwiązań. Łatwość polega na tym, e żadna filozofia nie jest dominująca. I za takim oto parawanem skrywa się m. in. idea państwa neutralnego światopoglądowo. Celem zaś takiego państwa jest neutralizowanie dominujących trendów, często za cenę odejścia od wartości ponadczasowych, które przez wiele stuleci były strzeżone w kodeksach moralnych wielu religii. Dzieje się tak np. wtedy, kiedy dominującym trendem była religia chrześcijańska. Jeżeli dominującym trendem było właśnie chrześcijaństwo to trzeba je zneutralizować i poniekąd zrównać z nic nie znaczącą w dziejach kultury np. ideą wróżenia za pomocą Tarota. W świetle bowiem demokracji oba te nurty filozoficzne mają jednakowe prawa zaistnienia i funkcjonowania, bez przyznania któremukolwiek prawa dominacji. Tak więc idea państwa neutralnego światopoglądowo, w stronę którego zmierza niestety polska rzeczywistość (kreowana głównie przez polityków) jest synonimem półki sklepowej, na której obok "Majonezu babuni" można kupić karmę dla kota, obok "Gościa Niedzielnego" pismo pornograficzne, obok filozofii Nitschego - filozofię Jezusa Chrystusa i każdemu z tych produktów przeznacza się tyle samo miejsca na półce. A niekiedy, co pokazuje polska rzeczywistość, pisma pornograficzne i typowo plotkarskie dominują nad katolickimi, skrzętnie skrywanymi w kioskach gdzieś w niewidocznych miejscach. Jeśli dziś w końcu dwudziestego wieku o tym piszemy, to po to, aby nie dopuścić do sytuacji, kiedy ideologia faszyzmu, komunizmu zostanie zrównana na rynku idei z chrześcijaństwem, hinduizmem, czy mahometanizmem. Jedność w sensie ekumenicznym oznacza
zupełnie coś innego niż jakąś absurdalną średnią arytmetyczną, wyciągniętą z
wszystkich nurtów filozoficznych i religijnych, za którą tak stanowczo zdaje
się opowiadać współczesny marketing. Bo jest to podejście czysto liczbowe,
ilościowe upraszczające zasady demokracji. Jedność w sensie ekumenicznym
powinna bazować na tworzeniu jednego systemu wartości, na wyciągnięciu z
każdej filozofii, religii, ideologii wspólnych elementów, które łączą. I
jest to podejście czysto jakościowe, propagujące treść ujednoliconych zasad
moralnych wspólnych dla wszystkich ludzi. W ten sposób rynek idei, jeśli w
ogóle tak można nazwać świat myśli, przestaje być bazarem niespójnej
różnorodności, na którym żadna filozofia nie zdominuje drugiej, ale zaczyna
funkcjonować jako płaszczyzna komunikacji, porozumienia, a to już pierwszy
krok w kierunku mistycznej jedności. dr Maciej Grzesiowski
|
|
|
||||
|
|
System Miłości promuje miłość, kulturę, wiedzę i rozwój duchowy |
|
||
|
|
||||