 |
 |
|
Quo vadis
Quo vadis demokracjo?
Demokracja - jako system społeczny,
ekonomiczny, moralny, filozoficzny przeżywa swój kryzys. Jej dni są
policzone. Po kilku wiekach doświadczeń, można śmiało pokusić się na opinię,
iż nie jest systemem miłości. Więcej, była - czy jeszcze jest - systemem
przejściowym. Dobrym dla sapiensów, którzy dopiero co otrząsnęli się z
barbarzyńskiego nieładu moralnego, ale zbyt powierzchownym dla duchów
szukających nie tyle indywidualnej odrębności, co wspólnotowej jedności.
Świat, wszechświat podąża w kierunku postępu. Żadna epoka nie wymyśliła
jakiegoś credo, które obowiązywałoby jako norma systemowa dla następnych
pokoleń. Wyjątkiem jest tutaj postać, duch i nauka Chrystusa. Wyprzedził
"epokę" na wiele tysięcy, a może jeszcze milionów lat.
Przesłaniem demokracji miało być stworzenie tarczy wysuniętej w obronie
wolności każdej ludzkiej istoty. Po wiekach totalitaryzmów, autokratyzmów
miała dać początek oświeceniu i odrodzeniu. Zbudowana jednak na ateistycznym
rozdzieleniu ducha od materii, przemieniła się w bezduszną walkę o władzę,
pieniądze i sławę. A te nie są wartościami ewangelicznymi. Ekonomia
liberalna inaczej pozywistyczna, czy też oświeceniowa wykreowała postawę
homo economicusa, czyli człowieka, dla którego motorem postępowania nie są
wartości moralne i etyczne, ale przyjemność, apoteozowana do roli bożka.
Maksimum przyjemności, minimum przykrości ( w ekonomii minimum kosztów i
nakładów) to dogmat relatywizujący sens cierpienia. Dla każdego wierzącego
Bóg, który wyciągnął ręce na krzyżu zostaje poddany relatywistycznej
wątpliwości. Przykrości, kłopoty, droga przez wyrzeczenia, kamienie,
pustynie nie mają większej wartości, o ile nie przynoszą efektu (zysku).
Gdybyśmy w ten sam sposób podeszli do chorych, nieuleczalnych, moglibyśmy
dojść do absurdu, że ich życie nie ma sensu, gdyż nie prowadzi do wymiernego
efektu korzyści np. W postaci przyjemności zmysłowych, czy też pracy dla
innych.
Otóż ekonomia racjonalna, czyli ta bazująca
na demokratycznym liberalizmie zapomniała, iż wysiłki, trudy też są
wartościami. Gdyby tak nie było nieuleczalnie chorzy już dziś mogliby
popełnić samobójstwo. W ekonomii, gdy pracownik nie przyczynia się w sposób
efektywny do zysku, pomimo tego, iż wkłada wiele energii i wysiłku, jest
ignorowany, marginalizowany a w ostateczności zwolniony. Sens trudów zostaje
podważony. Ponieważ umysł nie znajduje racjonalnego wytłumaczenia dla
nieefektywnych trudów. W teologii moralne wiemy, że ponoszone cierpienia
mogą być formą spłaty długów wobec bliskich, bądź nawet - wzorując się na
Jezusie - formą pomagania niewidzialnym czyśćcom. Liberalizm odrzuca wysiłki
jako naczelne wartości - stawia na efekt, który często jest jednorazowy i
przemija. W rozumieniu liberalnym to nie ponoszone nakłady, wyrzeczenia,
koszty kształtują osobowość, a co za tym idzie ducha, ale sukces, rozumiany
jako efekt, tj. Jako powodzenie finansowe, zawodowe, status posiadania,
przyjemność czerpania z posiadania i gromadzenia dóbr materialnych, ( w
ekonomii idea self - mode mana) - człowieka samo wystarczającego.
Kartezjańskie "myślę, więc jestem" dało początek głębokiego kryzysu
moralnego, ekonomicznego i społecznego. Miało ono zastąpić serce, a w
konsekwencji samego Pana Boga. Do tej pory to Bóg myślał i wybierał dla nas
najlepszą drogę. Od Kartezjusza to człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że
może wybierać lepiej od Boga.
Dla człowieka wartość ma jedynie to, co jest w stanie dotknąć, zmierzyć
rozumem, co jest w stanie przetrawić w żołądku. Specyficzną rolę pełnią tu
zmysły, mylnie utożsamiane z uczuciami. To jeszcze jeden efekt relatywizmu.
Są one usytuowane gdzieś pomiędzy sercem a umysłem. W zgodzie z naturą
powinny pełnić w stosunku do nich służebną rolę. Dzięki zmysłom "lepiej"
czuć, ale też dzięki nim "lepiej" poznawać. Niewątpliwie racjonalizm
przywłaszczył sobie zmysły. Nie dość, że to uczynił, to jeszcze odwrócił
hierarchię: umysł, rozum służy zmysłom. Innymi słowy zdolności
intelektualne, percepcyjne, naukowe stawiają sobie jeden cel: działać tak,
aby zaspokajać, (rozbudzać) zmysły.
Kryje się za tym, rzecz jasna, mętna ideologia konsumpcjonizmu i
prymitywizmu. Wielkie ludzkie działania, praca, pragnienia mają produkować,
tworzyć wynajdywać tak, aby maksymalizować potrzeby. Tam gdzie są już one
zaspokajane, i ekonomia napotyka na bariery po stronie popytu (tak zwanych
konsumentów) - trzeba je rozszerzać, kreować na nowo. To znaczy mówić
ludziom (za pomocą reklamy, w sklepie, w gazecie), że nowa potrzeba w nas
istnieje, tyle że nie uświadamiamy sobie jej wystarczająco. Nie jest to
prawdą.
Zgodnie z teorią Abrachama Maslowa - człowiek mniej więcej wie ile
potrzebuje zjeść, ile godzin spać, odpoczywać, aby móc normalnie
funkcjonować, to znaczy by móc RESZTĘ czasu poświęcić na rozwój
osobowościowy: realizację potrzeb społecznych, miłości a w konsekwencji
duchowych. Tego w ekonomii racjonalnej nie ma Zarówno pod postacią
kapitalistyczną, jak i socjalistyczną. Jest tylko miejsce na sam dół
piramidy potrzeb: na potrzeby fizjologiczne i bytowe. Bo na nich można
zrobić największe pieniądze. Bo Kościoły z reguły są za darmo. Więc nie
opłaca się ulokować kapitałów w realizację potrzeb wyższego rzędu.
Wymienione korzyści i efekty można osiągnąć na produkcji majtek, mebli,
masełka orzechowego i środków antykoncepcyjnych.
W stanach Zjednoczonych ekonomia relatywizuje sens potrzeb wyższego rzędu.
Istnieją już sekty kościelne, które za zorganizowanie swoich nabożeństw
pobierają opłaty (bilety) Nie są to tradycyjne miejsca skupienia, ciszy i
modlitwy. Są to raczej konglomeraty, a więc komercyjne przedsiębiorstwa
nastawione na zysk. Nabożeństwa takie przybierają najczęściej formę
hałaśliwego show, podczas którego można wysłuchać "kazania" lokalnego
biskupa, trochę pośpiewać a przede wszystkim nieźle również zjeść. Modlitwa,
o ile w ogóle można tu o niej mówić, jest sprawą wtórną. Pierwszym celem od
strony konglomeratu jest osiągnięcie zysku i zatrzymanie "klienta" (członka
sekty lub sympatyka) przy sobie Od strony "klienta" pierwotnym celem jest
miło i przyjemnie spędzić czas, niekoniecznie wchodząc w głębię i szczegóły
sensu życia, przemijania i śmierci. Na marginesie warto wspomnieć, że w
stanach Zjednoczonych temat śmierci jest powszechnie omijany, jakby był miną
na polu minowym. Niektóre komercyjne przedsiębiorstwa pogrzebowe, chytrze
utrwalają przybyłych na pogrzeb gości w złudzeniu "wiecznego" życia na
Ziemi. Inscenizują na przykład niepojętą mistyfikację, polegającą na tym że
przed zgromadzonymi ludźmi oczekującymi na pogrzeb przy otwartej trumnie,
żegnający nieobecnych pomacha ręką na pożegnanie. Więcej tam nigdy nikt nie
czeka aż umarłego złożą do grobu. Wszyscy odchodzą po odniesieniu zwłok? Na
miejsce spoczynku ...
Technologia bez ducha staje się pusto brzmiącym cymbałem - jakby powiedział
św. Paweł. Niesie postęp, ale też i zagraża życiu. Dzięki niej możemy mówić
o cywilizacji postindustrialnej. Ale też dzięki niej możemy mówić o bożku XX
wieku. Pokładanie całych swych sił, nadziei w geniuszu technologii,
komputerów sprowadza człowieka do poziomu mikroprocesora w komputerze. Do
końca nie wie jakiej sprawie, czemu i komu służy. Tak zatraca wrażliwość,
okupowany z każdej strony maszynerią komputerów, telefonów, elektroniki
cyfrowej, laserowej. Nie dostrzega faktycznych problemów życia: długobrodego
meliniarza sypiającego na dworcu, dzieci bez rodziców, szpitali pełnych
chorych, zgorzknienia i niewiary. W owczym pędzie biegnie za rozkoszą
nieznanego, lecz już nie zdaje sobie sprawy, że nie ma Pasterza, który by
ogarnął donikąd pędzące stado.
dr Maciej Grzesiowski
|