Na zdjęciu Maciej Grzesiowski z rodzinką

Powrót do SM

    

 

 

Quo vadis

DR MACIEJ GRZESIOWSKI

 

Quo vadis demokracjo?

Demokracja - jako system społeczny, ekonomiczny, moralny, filozoficzny przeżywa swój kryzys. Jej dni są policzone. Po kilku wiekach doświadczeń, można śmiało pokusić się na opinię, iż nie jest systemem miłości. Więcej, była - czy jeszcze jest - systemem przejściowym. Dobrym dla sapiensów, którzy dopiero co otrząsnęli się z barbarzyńskiego nieładu moralnego, ale zbyt powierzchownym dla duchów szukających nie tyle indywidualnej odrębności, co wspólnotowej jedności. Świat, wszechświat podąża w kierunku postępu. Żadna epoka nie wymyśliła jakiegoś credo, które obowiązywałoby jako norma systemowa dla następnych pokoleń. Wyjątkiem jest tutaj postać, duch i nauka Chrystusa. Wyprzedził "epokę" na wiele tysięcy, a może jeszcze milionów lat.

Przesłaniem demokracji miało być stworzenie tarczy wysuniętej w obronie wolności każdej ludzkiej istoty. Po wiekach totalitaryzmów, autokratyzmów miała dać początek oświeceniu i odrodzeniu. Zbudowana jednak na ateistycznym rozdzieleniu ducha od materii, przemieniła się w bezduszną walkę o władzę, pieniądze i sławę. A te nie są wartościami ewangelicznymi. Ekonomia liberalna inaczej pozywistyczna, czy też oświeceniowa wykreowała postawę homo economicusa, czyli człowieka, dla którego motorem postępowania nie są wartości moralne i etyczne, ale przyjemność, apoteozowana do roli bożka. Maksimum przyjemności, minimum przykrości ( w ekonomii minimum kosztów i nakładów) to dogmat relatywizujący sens cierpienia. Dla każdego wierzącego Bóg, który wyciągnął ręce na krzyżu zostaje poddany relatywistycznej wątpliwości. Przykrości, kłopoty, droga przez wyrzeczenia, kamienie, pustynie nie mają większej wartości, o ile nie przynoszą efektu (zysku). Gdybyśmy w ten sam sposób podeszli do chorych, nieuleczalnych, moglibyśmy dojść do absurdu, że ich życie nie ma sensu, gdyż nie prowadzi do wymiernego efektu korzyści np. W postaci przyjemności zmysłowych, czy też pracy dla innych.

Otóż ekonomia racjonalna, czyli ta bazująca na demokratycznym liberalizmie zapomniała, iż wysiłki, trudy też są wartościami. Gdyby tak nie było nieuleczalnie chorzy już dziś mogliby popełnić samobójstwo. W ekonomii, gdy pracownik nie przyczynia się w sposób efektywny do zysku, pomimo tego, iż wkłada wiele energii i wysiłku, jest ignorowany, marginalizowany a w ostateczności zwolniony. Sens trudów zostaje podważony. Ponieważ umysł nie znajduje racjonalnego wytłumaczenia dla nieefektywnych trudów. W teologii moralne wiemy, że ponoszone cierpienia mogą być formą spłaty długów wobec bliskich, bądź nawet - wzorując się na Jezusie - formą pomagania niewidzialnym czyśćcom. Liberalizm odrzuca wysiłki jako naczelne wartości - stawia na efekt, który często jest jednorazowy i przemija. W rozumieniu liberalnym to nie ponoszone nakłady, wyrzeczenia, koszty kształtują osobowość, a co za tym idzie ducha, ale sukces, rozumiany jako efekt, tj. Jako powodzenie finansowe, zawodowe, status posiadania, przyjemność czerpania z posiadania i gromadzenia dóbr materialnych, ( w ekonomii idea self - mode mana) - człowieka samo wystarczającego. Kartezjańskie "myślę, więc jestem" dało początek głębokiego kryzysu moralnego, ekonomicznego i społecznego. Miało ono zastąpić serce, a w konsekwencji samego Pana Boga. Do tej pory to Bóg myślał i wybierał dla nas najlepszą drogę. Od Kartezjusza to człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że może wybierać lepiej od Boga.

Dla człowieka wartość ma jedynie to, co jest w stanie dotknąć, zmierzyć rozumem, co jest w stanie przetrawić w żołądku. Specyficzną rolę pełnią tu zmysły, mylnie utożsamiane z uczuciami. To jeszcze jeden efekt relatywizmu. Są one usytuowane gdzieś pomiędzy sercem a umysłem. W zgodzie z naturą powinny pełnić w stosunku do nich służebną rolę. Dzięki zmysłom "lepiej" czuć, ale też dzięki nim "lepiej" poznawać. Niewątpliwie racjonalizm przywłaszczył sobie zmysły. Nie dość, że to uczynił, to jeszcze odwrócił hierarchię: umysł, rozum służy zmysłom. Innymi słowy zdolności intelektualne, percepcyjne, naukowe stawiają sobie jeden cel: działać tak, aby zaspokajać, (rozbudzać) zmysły. 
Kryje się za tym, rzecz jasna, mętna ideologia konsumpcjonizmu i prymitywizmu. Wielkie ludzkie działania, praca, pragnienia mają produkować, tworzyć wynajdywać tak, aby maksymalizować potrzeby. Tam gdzie są już one zaspokajane, i ekonomia napotyka na bariery po stronie popytu (tak zwanych konsumentów) - trzeba je rozszerzać, kreować na nowo. To znaczy mówić ludziom (za pomocą reklamy, w sklepie, w gazecie), że nowa potrzeba w nas istnieje, tyle że nie uświadamiamy sobie jej wystarczająco. Nie jest to prawdą.

Zgodnie z teorią Abrachama Maslowa - człowiek mniej więcej wie ile potrzebuje zjeść, ile godzin spać, odpoczywać, aby móc normalnie funkcjonować, to znaczy by móc RESZTĘ czasu poświęcić na rozwój osobowościowy: realizację potrzeb społecznych, miłości a w konsekwencji duchowych. Tego w ekonomii racjonalnej nie ma Zarówno pod postacią kapitalistyczną, jak i socjalistyczną. Jest tylko miejsce na sam dół piramidy potrzeb: na potrzeby fizjologiczne i bytowe. Bo na nich można zrobić największe pieniądze. Bo Kościoły z reguły są za darmo. Więc nie opłaca się ulokować kapitałów w realizację potrzeb wyższego rzędu. Wymienione korzyści i efekty można osiągnąć na produkcji majtek, mebli, masełka orzechowego i środków antykoncepcyjnych.

W stanach Zjednoczonych ekonomia relatywizuje sens potrzeb wyższego rzędu. Istnieją już sekty kościelne, które za zorganizowanie swoich nabożeństw pobierają opłaty (bilety) Nie są to tradycyjne miejsca skupienia, ciszy i modlitwy. Są to raczej konglomeraty, a więc komercyjne przedsiębiorstwa nastawione na zysk. Nabożeństwa takie przybierają najczęściej formę hałaśliwego show, podczas którego można wysłuchać "kazania" lokalnego biskupa, trochę pośpiewać a przede wszystkim nieźle również zjeść. Modlitwa, o ile w ogóle można tu o niej mówić, jest sprawą wtórną. Pierwszym celem od strony konglomeratu jest osiągnięcie zysku i zatrzymanie "klienta" (członka sekty lub sympatyka) przy sobie Od strony "klienta" pierwotnym celem jest miło i przyjemnie spędzić czas, niekoniecznie wchodząc w głębię i szczegóły sensu życia, przemijania i śmierci. Na marginesie warto wspomnieć, że w stanach Zjednoczonych temat śmierci jest powszechnie omijany, jakby był miną na polu minowym. Niektóre komercyjne przedsiębiorstwa pogrzebowe, chytrze utrwalają przybyłych na pogrzeb gości w złudzeniu "wiecznego" życia na Ziemi. Inscenizują na przykład niepojętą mistyfikację, polegającą na tym że przed zgromadzonymi ludźmi oczekującymi na pogrzeb przy otwartej trumnie, żegnający nieobecnych pomacha ręką na pożegnanie. Więcej tam nigdy nikt nie czeka aż umarłego złożą do grobu. Wszyscy odchodzą po odniesieniu zwłok? Na miejsce spoczynku ...

Technologia bez ducha staje się pusto brzmiącym cymbałem - jakby powiedział św. Paweł. Niesie postęp, ale też i zagraża życiu. Dzięki niej możemy mówić o cywilizacji postindustrialnej. Ale też dzięki niej możemy mówić o bożku XX wieku. Pokładanie całych swych sił, nadziei w geniuszu technologii, komputerów sprowadza człowieka do poziomu mikroprocesora w komputerze. Do końca nie wie jakiej sprawie, czemu i komu służy. Tak zatraca wrażliwość, okupowany z każdej strony maszynerią komputerów, telefonów, elektroniki cyfrowej, laserowej. Nie dostrzega faktycznych problemów życia: długobrodego meliniarza sypiającego na dworcu, dzieci bez rodziców, szpitali pełnych chorych, zgorzknienia i niewiary. W owczym pędzie biegnie za rozkoszą nieznanego, lecz już nie zdaje sobie sprawy, że nie ma Pasterza, który by ogarnął donikąd pędzące stado.

dr Maciej Grzesiowski

 

 

System Miłości promuje miłość, kulturę, wiedzę i rozwój duchowy