|
|
|
|
Inwokacja Dokąd poszłabym między drzewa przesłonięte niewiarą Jakbym znalazła Źródło zielonej krwi życia Jakbym mogła mówić o Słońcu że najbliżej kopiuje Ciepło Nieskończonej Miłości ? Gdyby zielony bór : modrzew i wszystkie kolory innych Drzew pierwej mnie samej nie spotkały? Komu mogłabym dziś spojrzeć w oczy I powiedzieć mu że nosi kolor nieboskłonu Z jego własnego ogrodu w Niebie? Komu mogłabym powtarzać za szumem mego ukochanego Boru Że dusza to nic innego jak oczy Ich spojrzenie, ich lot, czasem zgaszenie ciężarem powiek. Że wszystkie pogody Ziemi trzeba zapominać Zakopywać do znoju, do ziemi, Bez nieustanku, Bo w Niebie skąd przywołuje wiatr śpiew Ptaków Dusza nie znajdzie zimna Czy też Nieobecności Obecnych Jak to cierpi w gęstości kosmosu. Jakże mogłabym nie spłonąć pełnym Ciałem Gdyby blask jednego listeczka z podpatrywanego Boru Jednocześnie nie osłonił moich zmysłów przed okaleczeniem. Mogłabym nie mieć już oczu, Bo Najpewniejszym Okiem jest Pamięć Nieba. Pamięć taka to taki mój Testament. Tylko niech wyprze ona pogody Ziemi, Zasłony naniebne maskujące Bór Nieskończonego Dnia. Moje Dzieci Przywiązane liną jak kutry rybackie na połowie Głębin Ducha. Czy tylko Bezimienny Bezkres, Bo gdzie nie spojrzymy nasze oczy toną w linii horyzontu, Albo w tafli wody oceanu pod którą szukamy pokarmu. Czy te ryby, A może wiatr znoszący uczucia z naszego opuszczonego Boru Dają nam nadzieję Przetrwania Pokarm podtrzymujący płomień na szerokim oceanie. Przepłynięcia najszerszych wód, Najbardziej głębokich, najbardziej płytkich I takich spoza których nie widać lądu. Długo dryfowałam Długo nie miałam Dzieci Aż Mój listek z opuszczonego Boru w niebie Zmięty w kieszeni niewiary, Wiszący w kuchennym fartuchu na haku w kuchni Kiedyś – Zamiast do zupy w dzień wigilijny Upadł mi pod nogi. A gdy pochyliłam się by go podnieść i wyrzucić do śmieci Wiatr w przeciągu wygnał go do ogródka. Aż za czas jakiś objawił mi się Jako potężny Klon Drzewo niezmierzone ludzkim wzrokiem Którego rozłożyste i ciepłe konary widzisz od ziemi, A jego korona jakby ponad czasem I zmysłowym ludzkim widzeniem, Jakby dalej i wyżej, W Niebie. Kto nie widział musi wierzyć. I paradoks: ujrzy Go w całości, Kiedy sam zamknie powieki. Na wieki. I tego dnia rozsypał przede mną wszystkie listki, Mówiąc: oto dzieci Twoje. Nie czekaj do jesieni by je przygarnąć. Niech dotkną ciebie By wrócić do mnie. Każdy ma na moich gałązkach swoje miejsce. A bez nich każde drzewo jest niepełne, Ogołocone i nie może cieszyć Ptaków Nieba. Nawet, gdy pień jest Doskonały. Spoczęłam u jego brzegu, Pod jego koroną, Uzdrowiona zieloną krwią życia Pojącą duszę I patrzyłam jak pogody ziemi Przymiatają liście i listeczki z różnych stron Świata. Zamykałam oczy. Oddawałam Głos Koronie naszego Klonu. By choć przez kilka sekund mogło poszumieć I przypomnieć muzykę Nieskończonej Radości. Każdemu temu listeczkowi Który nie zechciał umrzeć wraz z końcem jesieni. Zrobiłam co mogłam. A sama czuję się liściem we władzy potęgi Drzewa. I zawsze rano Kiedy się budzę wypatruję wiatru co uniesie najwyżej do Niego. Do Nieba. 1951 W lesie stąpając bosymi nogami Po łezkach spływających z rzęs paprotek Szukałam wypełnienia łaknienia Aby porzucić ciało z kamienia I zmieszać się z widowiskiem ptaków Wskazujących klucz do Nieba Co roku odlatywały na mych oczach Lecz nigdy nie widziałam jak wracały. Jakoś tak delikatnie w głębi lata Smagały pod niebem Aż do jesieni gdy stukały do parapetu na odejście Jak pomarańcze, jak stęsknione za wrotami klucze Zatańczyłam łzą po ciżbie Zapłakałam mimochodem na widok Anioła Bo przychodził niepostrzeżenie Jak te ptaki. 1931 Przepłynąć przez osławiony Tunel Na końcu którego Światło. Przez śmierć kliniczną biec Tam gdzie Pragnienie. Pobiegłam z nadzieją Raju, Że oto pan Światłości ogarnia mnie Woalem Pokoju. W małym pokoju. Niepostrzeżenie. Przecisnęłam się przez wąski szpaler łona, Zdawałoby się Bożej Matki – lecz – Ona Wskazała mi moją ziemską mamusię. Po kilkunastu latach moje serce zrozumiało, Że tamto światło za którym szło Pragnienie To był biały kitel lekarza odbierającego mnie Jako dziecię A okrywający woal Pokoju mego Boga To pierwsza pieluszka, którą Mama Owijała mnie krzyczącą o koniec tego, Co dopiero się zaczęło. 1960 Był czas bogaty w pokarm słów spływających od poetów, Kiedy naprawdę byłam głodna, Kiedy moje dzieci radośnie Patrzyły na stół przez matkę Jak ołtarz gotowany. Kiedy zdarzało się że za dnia Okrywała mnie noc zamiast płaszcza na zimę – Bo i tak było – Kiedy bezsilność i drętwiejące na wieczór ciało – Wtedy rzucałam się na pożarcie Tłumom aniołów, Wśród których pomarli a nie do końca: Norwid, Słowacki, Kochanowski... I, Kiedy Ktoś gasił moje oczy do snu, Nie czułam bólu przez chwilę: W nocnej rozmowie z konfesjonałem Poetów; Z moim ukochanym światem tych, Którzy przymykali oczy, aby widzieć. Wczesnym rankiem budziłam się, Choć mocne uderzenie serca wiele razy Niczym budzik sprawiało, Że posługiwali się nim Ci, Którzy wyrywali mnie z tamtych nocnych odlotów. 2001 Gdyby pytali mnie po co żyć, Czy warto. Teraz kiedy łąki są w moich bolących kościach, Kiedy zapach szyszek płynie przez To Serce z raptownym nadciśnieniem Kiedy świadomość, że tyle słów wypowiedziało Moje ciało Z zawilgoconego pokoju. Teraz otworzyłabym oczy. Razem z Nim milczała. Do Waszych serc. 1996 Kiedy zbrakło mojej Muzy. Edwarda: A przy moim ciele tyle serc. Tak trudno było mi się tulić Do krzyża I powtarzać że on jest życiem. Nie, nie jak mistyczka, Ale jak ta która wyje z prośbą By zabrano ode mnie ten kielich. Patrzyłam aniołom w twarz. Z niedowierzaniem że człowiekowi Może przytrafić się śmierć. Że zostają tylko fotografie, A żyją jego oczy W naszych dorosłych już dzieciach. Że naprawdę trzeba wierzyć, Rozmawiać z odeszłymi. Choć są po Tamtej stronie Trwają przy nas gdy my dogaśniemy Jak świece. 1944 Jakie dziecko wierzy w ołowianych Żołnierzy moc ? Kiedy chcesz skakać po łące i wołać Do Taty i Mamy. Jakie dziecko Pozbawione tak prostego przykładu ufności Może zaufać poraz wtóry. Odnaleźć w Ojcu i matkę. Sens Jedności, By nie tracić nerwów. A potem być jak dziecko, Zamknąć oczy. Słyszeć jego głos. Nie mędrkować. Rzucić się nie myśląc. Taki czas dla Dziecka. 1955 Dojrzewałam do Ogrójca. W niczym nie byłam nadgorliwa. Nieco pobudzona. Wymachiwałam rękoma jak poruszana wiatrem topola. Do czasu. W końcu przychodzi czas Kiedy ścina człowieka jego własna pycha. Jak siekiera w ręku wytrawnego drwala. W szpitalnym łóżku. Wybrałam Ogrójec. I choć zdaje się nam Że nikt świadomie nigdy by tego nie zrobił, Nasze oczy idą za wezwaniem pokory. Spoczywamy w gnieździe, W którym najbliżej nam do Aniołów. 1970 Patrzyłam na wielkich. Jak i oni klękali. Mickiewicz mógłby odzyskać pokój Kiedy księgi proroctw Tworzą dziś historię. W ich oczach widziałam wszystko. Zimną darń odrzucenia I powtórne narodziny. Błysk iskry Bożej. Widzę ich siwe głowy Jak matka. Idą do anioła, który poszedł przed nimi. I zdaje mi się, Że gdyby padł rozkaz Powtórnej służby – Zgodziliby się bez wahania. Wolni. 1965 Wielu z moich już odeszło. Znam budulec ich przeżycia. Dotykałam ich dryfowania i cierpienia Które chce jak transparent Żalić się do wszystkich ludzi ziemi. Tyle że wszyscy tamci Takie same transparenty w rękach trzymają. Kiedy ich nie ma. Przemykam między fotografiami w oczach Zamieszkałymi. Byli przez moment ludźmi. Dotknęli Ziemi. Szczęściarze wyciągnięci za uszy. Jakby nieraz się tutaj żyło. 1981 Choćby bomby z Nieba leciały – Ty się tylko uśmiechaj. Święta Teresa Neumann. Wiaro. Wiaro. Co dzień łamiesz mnie jak chleb, kiedy głodni Wyglądamy tego który nas nakarmi. Czasem schodzi: zaskoczenie – Zamiast chleba troska jeszcze większa i Bolesna. To dla Twoich oczu aby jaśniej świeciły. (Medytując obraz Ojca). Dla innych. .................................................................. przeszłam przez pożogi i tak zwane wichry wojny. Dożyłam czasów powszechnej niewolności W mojej ojczyźnie. Czyż wolna byłam w niewoli przytulania Głodnych innego Ducha. Czyż niewolna byłam Kiedy wyśniłam swój sen o Aniele? 1992 Człowiek musi mieć dokąd uciekać. Fizycznie i metafizycznie. Pomimo przytulenia do krzyża Uciekałam Tam gdzie wiatr czesał grzywy gór Gdzie mogłam rozpuścić włosy, Doganiać aniołów. Nie troszczyć się za Boga. Wracałam wyzbyta złogów zmęczenia I niewiary. Do traw zepsutych w mieście. Do takiej wody. Żółknącej cery moich Dzieci. 1997 Czy się bałam ? O jakże bardzo. Drętwiały ręce, A światło nocy wydawało się zbyt silne, Aby się schować. Na szczęście są mąż dzieci. Na chwile. Zwłaszcza te, które dotykają każdego mięśnia I każdej kosteczki, Nieskończonym zdawałoby się lękiem. Bo każdy przez to przechodzi. Jak przez góry, przesieki i rzeki bez Kładek. Aż, aż Przychodzi Rozkosz nazywana Tutaj Ciszą I pokojem. Tyle raju. Nic więcej. 2000 Lubię ciepło choć tak niewiele go w tym kraju. Chociaż zimna ławka w kościele zimową porą Ciemnego poranka i ciemnego wieczoru Są jak siedzisko nad brzegiem Adriatyku W upalny i bezchmurny dzień. Byłam w krańcach Nadziei. Ale Bóg w skrzyneczce ze świeczkami z dwóch Stron Adorowany przez łotrów Wyskakuje jak na ring by wieść ochoczy spór I zadać celny cios By wychodząc z kościoła Nie opuścić Boga – Tylko chcieć tu wrócić Podziękować za czas dla boksera. I każdy powrót To mniej Boga w skrzynce. 1967 Ile razy musiałam sobie powtarzać: Wierzę we własne życie, Zgadzam się; Wierzę, zgadzam się. Było to trochę jak z Piotrowym osłupieniem Chęcią panicznej ucieczki na środek jeziora. Doświadczyłam na sobie, Że ucieczka, czyli bunt Jest łatwiejsza od pokory. Od zgody na cierń dnia. Ale czy można uciec gdziekolwiek przed życiem Skoro śmierci nie ma. Skoro już się tu jest, to chyba po coś. Po tamtej stronie kotary też jest życie – Tyle że inne. Nawet samobójcy niczego nie przerywają swoją Niepokorą. ............................................................................ Nasz Anioł młody, trochę szorstki, Niczego nadprzyrodzonego nie czynił. Jedyną nadprzyrodzoną rzecz jaką się wykazywał To cierpliwość. 1999 Moja kalwaria – jak każda – wymaga zgody. Bez niej ciężej i nerwowo. Pewnie mogłam wybrać inaczej. Ale każda decyzja prowadzi w tym samym kierunku. Bez przyjaciół nie byłoby sensu Mojego życia. Są tlenem na pochmurny dzień. Dokładnie jak Anioł który nieprzerwanie trwa Przy mnie Przynosi mi tlen z innego wymiaru. Jeśli się uśmiecham To wbrew ciału. Jeśli chwalę piękno to wbrew kąsającym komarom. Jeśli pozdrawiam ludzi To wbrew milczącym głazom zwieszających spojrzenia Na wszystkim co jeszcze chce żyć. Niejasne? A co może być jaśniejsze od Słońca? Bóg. 1968 Żył podwójnie. Ale dobrze. Wielu trzymał na rękach gdy się rodzili, A potem – gdy - przez przedpokój śmierci musieli Przejść do Nowego Pokoju, Szedł przed nimi trzymając mocno ich za rękę. Schodził do snów, A gdy nastał środek zimy zapachniał ogrodem pełnych Kwiatów. ........................................................................... Wiarą ukorzyłam rozum swój. Wiarą ukorzyłam zmysły swoje. Uwierzyć, To zobaczyć motyla na krawędzi lasu, A jednocześnie pobiec za nim, Wziąć do ręki, ucałować i puścić wolno Na te godziny, które jeszcze mu zostały. Wiara, Nie przychodzi jak listonosz. Choć czeka się na nią jak na list, To człowiek sam musi wyjść z domu I zanieść uśmiech do jeszcze mniej radosnego Człowieka. Wtedy on wręczy Ci list: Radość dawania. Jedyna rozkosz Wszechbytu. 1954 Jestem gotowa, choć po głowie pływa łódź Byle dalej, byle wieczniej, byle stąd. Dziś rodzą się dzieci. A jutro wzejdą jak zboże dojrzałe, Przywdzieją sutanny i klęknę przed nimi Z siwym włosem Z konfesjonałem życia. Jak z walizką, Którą jako jedyną rzecz zabiera się na drugą Stronę Życia. Widziałam ich jako niemowlęta, A teraz są jak matki i ojcowie Pochylający się nad niemowlęctwem mej Duszy. 1978 Jan Paweł. Klakson, Szczera radość. Ramiona szeroko jak wtedy gdy spacerował Wśród gołębii w Krakowie. Patrzyłam na niego z Nowej Huty. To był jedyny gołąbek Pośród utrudzonych mrówek Ubrudzonych indoktrynacją I ateizmem. Wyniósł stąd naładowaną w hucie baterię. Światło z komunistycznej dzielnicy Dla zwiedzionych utopistów całego globu. A mimo, Niektórzy długo dostając światło Nadal wierzą tylko w dzień. Choć przynoszą kwiaty. 2001 Czy mam ukochanych. Serce szerokie, głębokie, wysokie. Dotykam każdego wieczora, Ogród – mój ogród: Listki z klonowego drzewa, Szukające Niebiańskiego Boru. Kwiaty przytulone do krzyża, Pąki które zgodziły się marznąć Zbyt wczesną wiosną. Taki ogród. Za krótki dystans życia. Lecz nigdy nie mogłam oglądać Go jednocześnie. Za ciasno. Zbyt krótko. Pojedyncze kwiaty, listki, krzewy, owoce. Wszyscy jak jeden Mąż Ze spojrzeniem szukającym ostoi. Taki Ogród. Spakuję kiedyś do walizki. Tę jedyną rzecz, którą wezmę z sobą. A Tam, Pośród ogrodów Nieskończonego Tatusia, Rozpakuję walizeczkę, Posadzę kwiaty do Nowego Ogródka I będę czekać aż puszczą korzenie I zaczną rosnąć. Na wieki. 1991 Ziemia Norwida Wstrząsnęła snem poety. Każdy dziś nerw nasłuchuje Drga jak skrzydło drzewa Tylko się nie przestrasz Niepamięci Kiedy wyleje ci się na stół między posiłki Kiedy zrozumiesz korzeń odejścia Ogrodnika przycinającego Pamięć. O jakże w nim to gra, Jakże smak chleba Nie pomaga. Bema pamięci Wysockiego Wyszyńskiego. I tych wszystkich którzy miłości się bali. Synu, Nie pamiętaj cierni zesłanych ci kotarą zmysłów Gotuj się do zwycięstwa Matka odda ci serce Odda ci widzenie Drugiego, choć tego pierwszego świata. Tylko wzbudź ducha, Jak poeta, Jak malarz słowem Piszący Ciszę. Tobie powierzam Budzenie ziemi Norwida Do trzeźwości aniołów Zawsze z wami. Prolog Już nie ma tłumaczenia. Słowa jak prąd bez kabli. Myśli jak morskie fale bez przewodów. Ty i ja. My i Ty. Ty i my. Tylko my. W każdym wymiarze. Kochasz i jesteś. Wiatr nie jest ci wrogiem. I nie ma obcej co by musiała Moc nam wydzierać I nie ma szabli którą by trzeba Obcą zabijać. Jest Ojczyzna. Jej niebiańskie Łono. Boża Matusia. Tatuś. I Ty jego synek. Jego córeczka. I mój ogród z potężnym Serafińskim drzewem klonowym, Z kwiatami przeniesionymi z Ziemi Moimi rękami. Wnikamy w głębiny nieba. Nie dla wiedzy i poznania. Dla zabawy. Dla nas. Maciej Grzesiowski |