System Miłości 




Dr Maciej Grzesiowski
pisarz, poeta, filozof,
wykładowca ekonomii


Inwokacja

Dokąd poszłabym między drzewa przesłonięte niewiarą
Jakbym znalazła
Źródło zielonej krwi życia
Jakbym mogła mówić o Słońcu że najbliżej kopiuje 
Ciepło Nieskończonej Miłości ?
Gdyby zielony bór : modrzew i wszystkie kolory innych
Drzew pierwej mnie samej nie spotkały?

Komu mogłabym dziś spojrzeć w oczy
I powiedzieć mu że nosi kolor nieboskłonu
Z jego własnego ogrodu w Niebie?

Komu mogłabym powtarzać za szumem mego ukochanego Boru
Że dusza to nic innego jak oczy
Ich spojrzenie, ich lot, czasem zgaszenie ciężarem powiek.

Że wszystkie pogody Ziemi trzeba zapominać
Zakopywać do znoju, do ziemi,
Bez nieustanku, 
Bo w Niebie skąd przywołuje wiatr śpiew Ptaków
Dusza nie znajdzie zimna
Czy też Nieobecności Obecnych
Jak to cierpi w gęstości kosmosu.

Jakże mogłabym nie spłonąć pełnym Ciałem
Gdyby blask jednego listeczka z podpatrywanego Boru
Jednocześnie nie osłonił moich zmysłów przed okaleczeniem.

Mogłabym nie mieć już oczu,
Bo Najpewniejszym Okiem jest Pamięć Nieba.
Pamięć taka to taki mój Testament.
Tylko niech wyprze ona pogody Ziemi,
Zasłony naniebne maskujące Bór Nieskończonego Dnia.



Moje Dzieci
Przywiązane liną jak kutry rybackie na połowie
Głębin Ducha.
Czy tylko Bezimienny Bezkres,
Bo gdzie nie spojrzymy nasze oczy toną w linii horyzontu,
Albo w tafli wody oceanu pod którą szukamy pokarmu.
Czy te ryby,
A może wiatr znoszący uczucia z naszego opuszczonego Boru
Dają nam nadzieję Przetrwania
Pokarm podtrzymujący płomień na szerokim oceanie.
Przepłynięcia najszerszych wód,
Najbardziej głębokich, najbardziej płytkich
I takich spoza których nie widać lądu.

Długo dryfowałam
Długo nie miałam Dzieci
Aż Mój listek z opuszczonego Boru w niebie
Zmięty w kieszeni niewiary,
Wiszący w kuchennym fartuchu na haku w kuchni
Kiedyś – 
Zamiast do zupy w dzień wigilijny
Upadł mi pod nogi.

A gdy pochyliłam się by go podnieść i wyrzucić do śmieci
Wiatr w przeciągu wygnał go do ogródka.
Aż za czas jakiś objawił mi się
Jako potężny Klon 
Drzewo niezmierzone ludzkim wzrokiem
Którego rozłożyste i ciepłe konary widzisz od ziemi,
A jego korona jakby ponad czasem
I zmysłowym ludzkim widzeniem,
Jakby dalej i wyżej,
W Niebie.
Kto nie widział musi wierzyć.
I paradoks: ujrzy Go w całości,
Kiedy sam zamknie powieki.
Na wieki.

I tego dnia rozsypał przede mną wszystkie listki,
Mówiąc: oto dzieci Twoje.
Nie czekaj do jesieni by je przygarnąć.

Niech dotkną ciebie
By wrócić do mnie.
Każdy ma na moich gałązkach swoje miejsce.
A bez nich każde drzewo jest niepełne,
Ogołocone i nie może cieszyć Ptaków Nieba.
Nawet, gdy pień jest Doskonały.

Spoczęłam u jego brzegu,
Pod jego koroną,
Uzdrowiona zieloną krwią życia
Pojącą duszę
I patrzyłam jak pogody ziemi
Przymiatają liście i listeczki z różnych stron Świata.

Zamykałam oczy.
Oddawałam Głos Koronie naszego Klonu.
By choć przez kilka sekund mogło poszumieć
I przypomnieć muzykę Nieskończonej Radości.
Każdemu temu listeczkowi
Który nie zechciał umrzeć wraz z końcem jesieni.

Zrobiłam co mogłam.
A sama czuję się liściem we władzy potęgi Drzewa.
I zawsze rano
Kiedy się budzę wypatruję wiatru co uniesie najwyżej do 
Niego.
Do Nieba.



1951

W lesie stąpając bosymi nogami
Po łezkach spływających z rzęs paprotek
Szukałam wypełnienia łaknienia
Aby porzucić ciało z kamienia
I zmieszać się z widowiskiem ptaków
Wskazujących klucz do Nieba

Co roku odlatywały na mych oczach
Lecz nigdy nie widziałam jak wracały.
Jakoś tak delikatnie w głębi lata
Smagały pod niebem
Aż do jesieni gdy stukały do parapetu na odejście
Jak pomarańcze, jak stęsknione za wrotami klucze

Zatańczyłam łzą po ciżbie
Zapłakałam mimochodem na widok Anioła
Bo przychodził niepostrzeżenie
Jak te ptaki.



1931

Przepłynąć przez osławiony Tunel
Na końcu którego Światło.
Przez śmierć kliniczną biec
Tam gdzie Pragnienie.
Pobiegłam z nadzieją Raju,
Że oto pan Światłości ogarnia mnie
Woalem Pokoju.
W małym pokoju.
Niepostrzeżenie.
Przecisnęłam się przez wąski szpaler łona,
Zdawałoby się Bożej Matki – lecz – Ona 
Wskazała mi moją ziemską mamusię.

Po kilkunastu latach moje serce zrozumiało,
Że tamto światło za którym szło Pragnienie
To był biały kitel lekarza odbierającego mnie
Jako dziecię
A okrywający woal Pokoju mego Boga
To pierwsza pieluszka, którą Mama 
Owijała mnie krzyczącą o koniec tego,
Co dopiero się zaczęło.



1960

Był czas bogaty w pokarm słów spływających od poetów,
Kiedy naprawdę byłam głodna,
Kiedy moje dzieci radośnie
Patrzyły na stół przez matkę 
Jak ołtarz gotowany.

Kiedy zdarzało się że za dnia 
Okrywała mnie noc zamiast płaszcza na zimę –
Bo i tak było –
Kiedy bezsilność i drętwiejące na wieczór ciało –
Wtedy rzucałam się na pożarcie 
Tłumom aniołów,
Wśród których pomarli a nie do końca:
Norwid, Słowacki, Kochanowski...

I,
Kiedy Ktoś gasił moje oczy do snu,
Nie czułam bólu przez chwilę:
W nocnej rozmowie z konfesjonałem Poetów;
Z moim ukochanym światem tych,
Którzy przymykali oczy, aby widzieć.

Wczesnym rankiem budziłam się,
Choć mocne uderzenie serca wiele razy
Niczym budzik sprawiało,
Że posługiwali się nim Ci,
Którzy wyrywali mnie z tamtych nocnych odlotów.



2001

Gdyby pytali mnie po co żyć,
Czy warto.
Teraz kiedy łąki są w moich bolących kościach,
Kiedy zapach szyszek płynie przez 
To Serce z raptownym nadciśnieniem
Kiedy świadomość, że tyle słów wypowiedziało 
Moje ciało
Z zawilgoconego pokoju.

Teraz otworzyłabym oczy.
Razem z Nim milczała.
Do Waszych serc.



1996

Kiedy zbrakło mojej Muzy.
Edwarda:
A przy moim ciele tyle serc.
Tak trudno było mi się tulić 
Do krzyża
I powtarzać że on jest życiem.

Nie, nie jak mistyczka,
Ale jak ta która wyje z prośbą
By zabrano ode mnie ten kielich.
Patrzyłam aniołom w twarz.
Z niedowierzaniem że człowiekowi
Może przytrafić się śmierć.

Że zostają tylko fotografie,
A żyją jego oczy
W naszych dorosłych już dzieciach.

Że naprawdę trzeba wierzyć,
Rozmawiać z odeszłymi.
Choć są po Tamtej stronie
Trwają przy nas gdy my dogaśniemy
Jak świece.



1944

Jakie dziecko wierzy w ołowianych 
Żołnierzy moc ?
Kiedy chcesz skakać po łące i wołać
Do Taty i Mamy.

Jakie dziecko
Pozbawione tak prostego przykładu ufności
Może zaufać poraz wtóry.

Odnaleźć w Ojcu i matkę.
Sens Jedności,
By nie tracić nerwów.

A potem być jak dziecko,
Zamknąć oczy.
Słyszeć jego głos.
Nie mędrkować.

Rzucić się nie myśląc.
Taki czas dla Dziecka.



1955

Dojrzewałam do Ogrójca.
W niczym nie byłam nadgorliwa.
Nieco pobudzona.
Wymachiwałam rękoma jak poruszana wiatrem topola.
Do czasu.

W końcu przychodzi czas
Kiedy ścina człowieka jego własna pycha.
Jak siekiera w ręku wytrawnego drwala.
W szpitalnym łóżku.

Wybrałam Ogrójec.
I choć zdaje się nam
Że nikt świadomie nigdy by tego nie zrobił,
Nasze oczy idą za wezwaniem pokory.

Spoczywamy w gnieździe, 
W którym najbliżej nam do Aniołów.




1970

Patrzyłam na wielkich.
Jak i oni klękali.
Mickiewicz mógłby odzyskać pokój
Kiedy księgi proroctw
Tworzą dziś historię.

W ich oczach widziałam wszystko.
Zimną darń odrzucenia
I powtórne narodziny.
Błysk iskry Bożej.

Widzę ich siwe głowy
Jak matka.
Idą do anioła, który poszedł przed nimi.

I zdaje mi się,
Że gdyby padł rozkaz
Powtórnej służby –
Zgodziliby się bez wahania.

Wolni.



1965

Wielu z moich już odeszło.
Znam budulec ich przeżycia.
Dotykałam ich dryfowania i cierpienia
Które chce jak transparent
Żalić się do wszystkich ludzi ziemi.
Tyle że wszyscy tamci
Takie same transparenty w rękach trzymają.

Kiedy ich nie ma.
Przemykam między fotografiami w oczach 
Zamieszkałymi.
Byli przez moment ludźmi.
Dotknęli Ziemi.
Szczęściarze wyciągnięci za uszy.
Jakby nieraz się tutaj żyło.




1981

Choćby bomby z Nieba leciały –
Ty się tylko uśmiechaj.
Święta Teresa Neumann.

Wiaro. Wiaro.
Co dzień łamiesz mnie jak chleb, kiedy głodni
Wyglądamy tego który nas nakarmi.
Czasem schodzi: zaskoczenie –
Zamiast chleba troska jeszcze większa i
Bolesna.

To dla Twoich oczu aby jaśniej świeciły.
(Medytując obraz Ojca).
Dla innych.

..................................................................

przeszłam przez pożogi
i tak zwane wichry wojny.
Dożyłam czasów powszechnej niewolności
W mojej ojczyźnie.

Czyż wolna byłam w niewoli przytulania
Głodnych innego Ducha.
Czyż niewolna byłam
Kiedy wyśniłam swój sen o Aniele?




1992

Człowiek musi mieć dokąd uciekać.
Fizycznie i metafizycznie.
Pomimo przytulenia do krzyża
Uciekałam
Tam gdzie wiatr czesał grzywy gór
Gdzie mogłam rozpuścić włosy,
Doganiać aniołów.
Nie troszczyć się za Boga.

Wracałam wyzbyta złogów zmęczenia
I niewiary.
Do traw zepsutych w mieście.
Do takiej wody.
Żółknącej cery moich Dzieci.




1997

Czy się bałam ?
O jakże bardzo.
Drętwiały ręce,
A światło nocy wydawało się zbyt silne,
Aby się schować.

Na szczęście są mąż dzieci.
Na chwile.
Zwłaszcza te, które dotykają każdego mięśnia
I każdej kosteczki,
Nieskończonym zdawałoby się lękiem.
Bo każdy przez to przechodzi.
Jak przez góry, przesieki i rzeki bez
Kładek.

Aż, aż
Przychodzi Rozkosz nazywana Tutaj Ciszą
I pokojem.
Tyle raju.
Nic więcej.




2000

Lubię ciepło choć tak niewiele go w tym kraju.
Chociaż zimna ławka w kościele zimową porą
Ciemnego poranka i ciemnego wieczoru
Są jak siedzisko nad brzegiem Adriatyku
W upalny i bezchmurny dzień.

Byłam w krańcach Nadziei.
Ale Bóg w skrzyneczce ze świeczkami z dwóch
Stron
Adorowany przez łotrów 
Wyskakuje jak na ring by wieść ochoczy spór
I zadać celny cios
By wychodząc z kościoła
Nie opuścić Boga –
Tylko chcieć tu wrócić
Podziękować za czas dla boksera.

I każdy powrót
To mniej Boga w skrzynce.




1967

Ile razy musiałam sobie powtarzać:
Wierzę we własne życie,
Zgadzam się;
Wierzę, zgadzam się.

Było to trochę jak z Piotrowym osłupieniem
Chęcią panicznej ucieczki na środek jeziora.
Doświadczyłam na sobie,
Że ucieczka, czyli bunt
Jest łatwiejsza od pokory.
Od zgody na cierń dnia.
Ale czy można uciec gdziekolwiek przed życiem
Skoro śmierci nie ma.
Skoro już się tu jest, to chyba po coś.
Po tamtej stronie kotary też jest życie –
Tyle że inne.
Nawet samobójcy niczego nie przerywają swoją
Niepokorą.

............................................................................

Nasz Anioł młody, trochę szorstki,
Niczego nadprzyrodzonego nie czynił.
Jedyną nadprzyrodzoną rzecz jaką się wykazywał
To cierpliwość.




1999

Moja kalwaria – jak każda – wymaga zgody.
Bez niej ciężej i nerwowo.
Pewnie mogłam wybrać inaczej.
Ale każda decyzja prowadzi w tym samym kierunku.
Bez przyjaciół nie byłoby sensu 
Mojego życia.
Są tlenem na pochmurny dzień.
Dokładnie jak Anioł który nieprzerwanie trwa
Przy mnie 
Przynosi mi tlen z innego wymiaru.

Jeśli się uśmiecham
To wbrew ciału.
Jeśli chwalę piękno to wbrew kąsającym komarom.
Jeśli pozdrawiam ludzi
To wbrew milczącym głazom zwieszających spojrzenia
Na wszystkim co jeszcze chce żyć.

Niejasne?
A co może być jaśniejsze od Słońca?
Bóg.




1968

Żył podwójnie.
Ale dobrze.
Wielu trzymał na rękach gdy się rodzili,
A potem – gdy - przez przedpokój śmierci musieli 
Przejść do
Nowego Pokoju,
Szedł przed nimi trzymając mocno ich za rękę.
Schodził do snów,
A gdy nastał środek zimy zapachniał ogrodem pełnych 
Kwiatów.

...........................................................................

Wiarą ukorzyłam rozum swój.
Wiarą ukorzyłam zmysły swoje.
Uwierzyć,
To zobaczyć motyla na krawędzi lasu,
A jednocześnie pobiec za nim,
Wziąć do ręki, ucałować i puścić wolno
Na te godziny, które jeszcze mu zostały.

Wiara,
Nie przychodzi jak listonosz.
Choć czeka się na nią jak na list,
To człowiek sam musi wyjść z domu 
I zanieść uśmiech do jeszcze mniej radosnego
Człowieka.
Wtedy on wręczy Ci list:
Radość dawania.
Jedyna rozkosz Wszechbytu.




1954

Jestem gotowa, choć po głowie pływa łódź
Byle dalej, byle wieczniej, byle stąd.
Dziś rodzą się dzieci.
A jutro wzejdą jak zboże dojrzałe,
Przywdzieją sutanny i klęknę przed nimi
Z siwym włosem
Z konfesjonałem życia.
Jak z walizką,
Którą jako jedyną rzecz zabiera się na drugą 
Stronę Życia.

Widziałam ich jako niemowlęta,
A teraz są jak matki i ojcowie
Pochylający się nad niemowlęctwem mej
Duszy.




1978

Jan Paweł.

Klakson, 

Szczera radość.
Ramiona szeroko jak wtedy gdy spacerował
Wśród gołębii w Krakowie.

Patrzyłam na niego z Nowej Huty.

To był jedyny gołąbek 
Pośród utrudzonych mrówek
Ubrudzonych indoktrynacją
I ateizmem.

Wyniósł stąd naładowaną w hucie baterię.
Światło z komunistycznej dzielnicy
Dla zwiedzionych utopistów całego globu.

A mimo,
Niektórzy długo dostając światło
Nadal wierzą tylko w dzień.
Choć przynoszą kwiaty.



2001

Czy mam ukochanych.
Serce szerokie, głębokie, wysokie.
Dotykam każdego wieczora,
Ogród – mój ogród:
Listki z klonowego drzewa,
Szukające Niebiańskiego Boru.
Kwiaty przytulone do krzyża,
Pąki które zgodziły się marznąć
Zbyt wczesną wiosną.
Taki ogród.
Za krótki dystans życia.

Lecz nigdy nie mogłam oglądać 
Go jednocześnie.
Za ciasno.
Zbyt krótko.
Pojedyncze kwiaty, listki, krzewy, owoce.
Wszyscy jak jeden Mąż
Ze spojrzeniem szukającym ostoi.

Taki Ogród. 
Spakuję kiedyś do walizki.
Tę jedyną rzecz, którą wezmę z sobą.
A Tam,
Pośród ogrodów Nieskończonego Tatusia,
Rozpakuję walizeczkę,
Posadzę kwiaty do Nowego Ogródka
I będę czekać aż puszczą korzenie
I zaczną rosnąć.
Na wieki.



1991

Ziemia Norwida
Wstrząsnęła snem poety.
Każdy dziś nerw nasłuchuje 
Drga jak skrzydło drzewa

Tylko się nie przestrasz
Niepamięci
Kiedy wyleje ci się na stół między posiłki
Kiedy zrozumiesz korzeń odejścia
Ogrodnika przycinającego Pamięć.

O jakże w nim to gra,
Jakże smak chleba
Nie pomaga.

Bema pamięci
Wysockiego
Wyszyńskiego.
I tych wszystkich którzy miłości się bali.

Synu,
Nie pamiętaj cierni zesłanych ci kotarą zmysłów
Gotuj się do zwycięstwa

Matka odda ci serce
Odda ci widzenie
Drugiego, choć tego pierwszego świata.

Tylko wzbudź ducha,
Jak poeta,
Jak malarz słowem
Piszący Ciszę.

Tobie powierzam
Budzenie ziemi Norwida
Do trzeźwości aniołów
Zawsze z wami.



Prolog

Już nie ma tłumaczenia.
Słowa jak prąd bez kabli.
Myśli jak morskie fale bez przewodów.
Ty i ja.
My i Ty. 
Ty i my.
Tylko my.

W każdym wymiarze.
Kochasz i jesteś.

Wiatr nie jest ci wrogiem.
I nie ma obcej co by musiała 
Moc nam wydzierać
I nie ma szabli którą by trzeba
Obcą zabijać.

Jest Ojczyzna.
Jej niebiańskie Łono.
Boża Matusia.
Tatuś. 
I Ty jego synek.
Jego córeczka.

I mój ogród z potężnym
Serafińskim drzewem klonowym,
Z kwiatami przeniesionymi z Ziemi 
Moimi rękami.

Wnikamy w głębiny nieba.
Nie dla wiedzy i poznania.
Dla zabawy.
Dla nas.



 

Maciej Grzesiowski