|
|
|
|
Aniołowie najwyższej próby 1 Aniołowie najwyższej próby Zdalnie kierowani Piasek między miastami Piasek między lądem a bezkresem Moje spoczywanie Na skrawku bezdechu Reszta jest trwaniem Okularu na oku Boga I jeśli nic już mu widoku Nie przesłoni Wtedy zawezwie Cię do Siebie. 2 Ptaki między trwaniami Są w zamian mnie Pochylam noce spod powiek I dnie zza otwartych ust Może kiedyś Na stopniu pnącym się w zamian ludzi Kamienie a w ich gęstości aniołowie Skryci w kryształach Człowiek nie ciekaw ducha poruszającego Oczy pobladłe Kamienie milczą Piasek woła 3 Serce noszone jak kokarda na włosach Dzbany przeczuć napełniają się dymem Niech gęsi odlecą do innych A pola ręka boska orze Bo serce bije mocniej i wolniej Rzadziej i prędzej Pełne przeczuć Że stopy są skończone I tylko opłatek doleci wszędzie Jak myśl Jak sen który niesie A potem falą powrotu wyrzuca na brzeg Jak butelkę z prośbą o zmiłowanie 4 Kto nie boi się snu nieskończonego Że jutro nie rozsuniesz firanek Ani na swe dziecko nie nakrzyczysz Kto jest pewien snu błogiego i spokojnego Tak by się budzić w raju Sen wielu utkwił na sklepieniu ziemi księżyca i Nadziei że oprócz Są jeszcze planety nieba Rozmowy nie potrzebujące słów Że nie musisz lękać się spotkania Kiedy przychodzisz już nie kupić Słoik miodu i po Ranną gazetę Czy się tam obudzisz Oczy przygotujesz by patrzeć na dzień nieskończenie Bez przerwy na noc Bez ucieczki w sen Aniołowie jak drzewa szykują aleję Na spacery nie nudne Na dociekanie celu Którym żyjesz i tam Lecz nie musisz przelewać krwi Ani łez Bo już nie umrzesz Będziesz żył Nieopodal miodowego drzewa Nieopodal jaskini Boga Nagością przyodziany W najpiękniejszą szatę 5 Najrozkoszniej nie Ale najprościej zawikłać ludzkie losy W pnącze cierpienia Wszyscy czekamy uśmiechu A obrazki i literki bombardują nas Kryminałem uczuć Modlimy się do trupów Nie wierząc że żyją Więcej komedii Więcej maści na opuchnięte od bólu Dusze Tragedia już się dokonała 6 Czuwam Rejestruję nuty milczenia Kiedy jarmark chmur przeciska tani deszcz By sprzedać melancholię Czynsz wciąż nieosiągalny I wciąż więcej czasu poświęcam Na pozyskanie alternatywnych źródeł energii W stosunku do tej jaką jest Bóg Tylko nadzieja pokoju będącego w Niewidzialnym Także w moim pokoju w którym przyszło mi spędzać Chwile wygnania Czyściec polega na łapaniu much Rozpłaszczaniu komarów z czerwonym śladem Na ścianie A także na możliwie najkrótszych chwilach letniego Powabu kiedy wydaje mi się że chwyciłem przysłowiowego Świerszcza za skrzypce i że to ja nim jestem I że nigdy to się nie skończy i że dobrze że Tutaj trwam Aż tak do chwili kiedy budzę się z powiekami ciężkimi Jak głazy Kiedy za oknem zasnute pojezierze A twarz boga nieosiągalna jak jedne oko na freskach W dawnych kościołach Nie mam nadziei wbrew ambonie I temu o czym w lecie śpiewały skowronki 28.06.2001 7 Taki niepalny dzień Ubrania bez nas nieszczęśliwe Nosimy celuloidowe pejzaże w niepamięci Zrzucamy twarze wryte w zmarszczki życiorysów 8 Niechętnie pozbywamy się Skorupek pochwał za świadectwa z czerwonym Paskiem Ale pianina bez nas na akademiach melodie Wygrywają Bez naszej mości hołd cielcom składają Coraz częściej w hipermarketach poezje wygłaszają Taki niepalny dzień Spalił w nas poczucie nieczasu Wróciliśmy z obozowisk zgotowanych W przestrzeniach duszy Tutaj gradowe istnienie nakazuje rozdzielić Napięcia Walić siekierą w kawał drewna Albo przespacerować się z niewidomym W biały dzień 9 Kwiaty Jak świece torują światłu rozkosz widzenia Jak lustra próbują odbijać nie ziemię lecz skrawek Nieba Plastry deszczu lepią rany w czasie niebyłe Trzeba zatem tylko czasu Tylko siarki westchnienia żeby kości zrosły się Krawędziami dotkniętych miejsc na ziemi Moje nieustanne zapomnienie Nawet sen przypominający Stacza kulę bezwładną w głębinę kolejnych chwil Bezwład to jakby uzależnienie od historii Która pożywia się moim dniem dzisiaj To także bluźnienie Historii niezależnej od woli dzisiaj A uszy aniołów jakby skałą były Zamykają w worku kanionu głos podsycany echem I nikt go nie słyszy Nawet Bóg Tylko wraca kolejnego poranka W melancholijnej pogodzie radiowca I wahającym się ciśnieniu 10 Pieniste nadzieje Wlatują do wnętrza patrzenia Wygładzają obraz rozgryzany oczami ciała Sieją połacie przyszłych lasów W miejscach dotkniętych i zranionych Schodzą się razem wraz z naszymi aniołami Stróżami Rosną z deszczem dotknięć Są jak tulone i spodziewane dzieci Przemawiają językiem mgieł Przeszklonych gór za którymi Habrem letnich wieczorów Klęczą z nami przed nami Topią zlodowaciałe grzbiety historii 11 Stepy wyrosłe na ściernisku mej modlitwy Kołysane biodrami wiatru Śmieją się pustym pejzażem bezkresu Patrzę tam i nie wierzę że chwila może już Nigdy nie zatrzymać się Moje senne zaćmienie Wydaje się że noc złożyła pajęczynę I złowiła moją niewiarę Chciałbym wrócić Do stepów przed domem rozlanych Do cykorii i maków czerwonych na niwach Powrotnych odnajdzionych Do zapomnianych dotyków matki Do nigdy zaznanych uścisków ojca Do darni oczu mej żony Do stajni mego boga Ze zwierzyńcem nieba Jestem gotowy Przyjąć ster By porwać miliony zawieszonych słów Na drutach niepamięci 12 Przecież to tylko lato Tato A do jesieni wszystko się zmieni Roztrwonisz manowce W mgielnych połoninach zobaczysz owce A my Pójdziemy z Tobą Twarzą do twarzy Zejdziemy na ziemię 13 Wpasowani w historię anioła Jak ściernisko gotowe na pieszczenie Przez słońce Wypala się w nas złudzenie Na dobre życie tutaj Po żniwach przychodzi otępienie I lęk przed zimą Niech nas ręka gorącego ducha broni Przed zstępowaniem w dół Lustra milionów Zdzierają z nas urodę Odnajdujemy się w szpitalach spojrzeń Lekarzy niepewnych diagnozy A leczenie trwa Niezależnie od choroby Leczy czas zarosłe niewiarą ścierniska 14 Sen z Niewiadomym pośród satyry życia Pośród lamp natchnionych ropą naftową Pośród ludzi natchnionych żółtym serem I wódką Sen ptaka gęstego w zaroślach chmur Toczącego lot swój w zaklęciu pór roku Woda jest częścią filozofii przetrwania Jak moneta częścią prawa Bóg galopuje na kołach ciszy Na kołach paprotek zesłanych na pocieszenie Dusz w czyśćcu cierpiących Pociąga zaprzęgiem trzmieli i świerszczy Jakby miał troszkę nadziei Że choć go grawitacja zdradziła Odrodzi Mu synów którzy ją zwyciężą Czwarty wymiar Anioła Gmach z brezentu na spotkanie człowieka Teleskopy wycelowane w niebo Jak lufy armatnie Śledzimy Boga choć nam przeszkadza W miłowaniu Siebie Przechodzimy przez dramatyczne ulice Po których auta jak zbrojne osy I końskie muchy A On cichutko W narożniku pokoju Patrzy na krajobraz po bitwie Kiedy wracamy z roboty Kiedy ciało ciąży z każdą sekundą Czeka naszego wyzwolenia Jak snajper doczekać się nie może Trochę cierpliwości Na okrasę tego dnia Doganiają nas psy i koty W przebaczaniu i tolerancji Bezdomne świece Gasną na przedsionkach kościołów Są jak mchy i skrzypy wskazujące Właściwy kierunek Miska i skrawek chleba Uśmiech zbolałej kobiety Oto przesmyk między koroną uschłego drzewa A koroną tego co Potem Oczy zapiekłe od cholerycznej przemiany pogody Twarz rozryta biegunami szybszymi niż serce Wreszcie, myśl wtopiona w chemię warzyw z mięsem, Kołująca w Sępiej nadziei na okruchy słabości Kogoś dalekiego. Mosty choć otwarte nie zrozumiane Nie używane do przenoszenia myśli na drugi brzeg Najczęściej zostaje z ciałem tutaj Zamknięta w papierowowych obietnicach Rzeka ludzkich kości Schnie w neonie słońca Myśl prędko ucieka z człowieka Bo boi się noża rzeźników. Parasole kokardy wiejące grochem Aniołowie częstują Boga widzeniem jasno Losu człowieka Niebawem kolejna miliardzica roztopienia się Legowiska aniołów na czary światów Żadnej większej reklamy Ani powodu do dumy Człowiek zrośnięty z czasem zapomniał Że w pierwszym wymiarze nie ma Pamięci ani projekcji Jest też jest niefortunnym słowem na to Co dotyka a nie boli Co płynie i nigdy nie dopływa Co żre i nie zna słowa nigdy Dobrze że cień zamiera nawet w nocy I w dzień Wodzony dokąd oko nie sięgnie ginie Jak róża płocha Wytapia urodę i z nią odchodzi w pełne zarzewie Sądny człowiek nie może oduczyć się matematyki Liczy rany których wszystkich jedno ciało Nie spamięta Ciężar jakby wielki a zadrapania komiczne Choć nie do śmiechu Przechadza się w wolną sobotę po kiczowatej przyrodzie Karmi ptaki śpiewem z megafonów Zajada ślinę z kotletami I czeka niedzieli By się z nikim i niczym nie Dzielić Drobiazgi kropelki na listkach lipy Pręgi na brezencie pszczoły Szczeble w parkanie Odsłaniają szatę skrywania Że się człowiek zatopił w skorupie chemii Maciej Grzesiowski |