System Miłości 




Dr Maciej Grzesiowski
pisarz, poeta, filozof,
wykładowca ekonomii


Aniołowie najwyższej próby

1

Aniołowie najwyższej próby
Zdalnie kierowani
Piasek między miastami
Piasek między lądem a bezkresem

Moje spoczywanie
Na skrawku bezdechu
Reszta jest trwaniem 
Okularu na oku Boga

I jeśli nic już mu widoku
Nie przesłoni
Wtedy zawezwie Cię do Siebie.


2

Ptaki między trwaniami
Są w zamian mnie
Pochylam noce spod powiek
I dnie zza otwartych ust

Może kiedyś
Na stopniu pnącym się w zamian ludzi
Kamienie a w ich gęstości aniołowie
Skryci w kryształach

Człowiek nie ciekaw ducha poruszającego
Oczy pobladłe
Kamienie milczą
Piasek woła


3

Serce noszone jak kokarda na włosach
Dzbany przeczuć napełniają się dymem
Niech gęsi odlecą do innych
A pola ręka boska orze

Bo serce bije mocniej i wolniej
Rzadziej i prędzej
Pełne przeczuć
Że stopy są skończone

I tylko opłatek doleci wszędzie Jak myśl
Jak sen który niesie 
A potem falą powrotu wyrzuca na brzeg
Jak butelkę z prośbą o zmiłowanie


4

Kto nie boi się snu nieskończonego
Że jutro nie rozsuniesz firanek
Ani na swe dziecko nie nakrzyczysz
Kto jest pewien snu błogiego i spokojnego
Tak by się budzić w raju

Sen wielu utkwił na sklepieniu ziemi księżyca i
Nadziei że oprócz
Są jeszcze planety nieba
Rozmowy nie potrzebujące słów
Że nie musisz lękać się spotkania
Kiedy przychodzisz już nie kupić
Słoik miodu i po
Ranną gazetę

Czy się tam obudzisz
Oczy przygotujesz by patrzeć na dzień nieskończenie
Bez przerwy na noc
Bez ucieczki w sen

Aniołowie jak drzewa szykują aleję
Na spacery nie nudne
Na dociekanie celu
Którym żyjesz i tam
Lecz nie musisz przelewać krwi
Ani łez
Bo już nie umrzesz

Będziesz żył
Nieopodal miodowego drzewa
Nieopodal jaskini Boga
Nagością przyodziany
W najpiękniejszą szatę


5

Najrozkoszniej nie
Ale najprościej zawikłać ludzkie losy
W pnącze cierpienia
Wszyscy czekamy uśmiechu 
A obrazki i literki bombardują nas
Kryminałem uczuć

Modlimy się do trupów
Nie wierząc że żyją

Więcej komedii
Więcej maści na opuchnięte od bólu 
Dusze
Tragedia już się dokonała


6

Czuwam
Rejestruję nuty milczenia
Kiedy jarmark chmur przeciska tani deszcz
By sprzedać melancholię
Czynsz wciąż nieosiągalny
I wciąż więcej czasu poświęcam
Na pozyskanie alternatywnych źródeł energii
W stosunku do tej jaką jest Bóg

Tylko nadzieja pokoju będącego w Niewidzialnym
Także w moim pokoju w którym przyszło mi spędzać
Chwile wygnania
Czyściec polega na łapaniu much
Rozpłaszczaniu komarów z czerwonym śladem 
Na ścianie
A także na możliwie najkrótszych chwilach letniego
Powabu kiedy wydaje mi się że chwyciłem przysłowiowego
Świerszcza za skrzypce i że to ja nim jestem
I że nigdy to się nie skończy i że dobrze że Tutaj trwam
Aż tak do chwili kiedy budzę się z powiekami ciężkimi
Jak głazy
Kiedy za oknem zasnute pojezierze 
A twarz boga nieosiągalna jak jedne oko na freskach
W dawnych kościołach

Nie mam nadziei wbrew ambonie
I temu o czym w lecie śpiewały skowronki

28.06.2001


7

Taki niepalny dzień
Ubrania bez nas nieszczęśliwe
Nosimy celuloidowe pejzaże w niepamięci
Zrzucamy twarze wryte w zmarszczki życiorysów


8

Niechętnie pozbywamy się 
Skorupek pochwał za świadectwa z czerwonym
Paskiem
Ale pianina bez nas na akademiach melodie 
Wygrywają
Bez naszej mości hołd cielcom składają
Coraz częściej w hipermarketach poezje wygłaszają

Taki niepalny dzień
Spalił w nas poczucie nieczasu
Wróciliśmy z obozowisk zgotowanych
W przestrzeniach duszy

Tutaj gradowe istnienie nakazuje rozdzielić 
Napięcia
Walić siekierą w kawał drewna
Albo przespacerować się z niewidomym
W biały dzień 


9

Kwiaty
Jak świece torują światłu rozkosz widzenia
Jak lustra próbują odbijać nie ziemię lecz skrawek
Nieba
Plastry deszczu lepią rany w czasie niebyłe
Trzeba zatem tylko czasu
Tylko siarki westchnienia żeby kości zrosły się
Krawędziami dotkniętych miejsc na ziemi

Moje nieustanne zapomnienie
Nawet sen przypominający
Stacza kulę bezwładną w głębinę kolejnych chwil
Bezwład to jakby uzależnienie od historii
Która pożywia się moim dniem dzisiaj
To także bluźnienie
Historii niezależnej od woli dzisiaj

A uszy aniołów jakby skałą były
Zamykają w worku kanionu głos podsycany echem
I nikt go nie słyszy
Nawet Bóg
Tylko wraca kolejnego poranka
W melancholijnej pogodzie radiowca
I wahającym się ciśnieniu


10

Pieniste nadzieje
Wlatują do wnętrza patrzenia
Wygładzają obraz rozgryzany oczami ciała
Sieją połacie przyszłych lasów
W miejscach dotkniętych i zranionych

Schodzą się razem wraz z naszymi aniołami
Stróżami
Rosną z deszczem dotknięć
Są jak tulone i spodziewane dzieci

Przemawiają językiem mgieł
Przeszklonych gór za którymi
Habrem letnich wieczorów

Klęczą z nami przed nami
Topią zlodowaciałe grzbiety historii


11

Stepy wyrosłe na ściernisku mej modlitwy
Kołysane biodrami wiatru
Śmieją się pustym pejzażem bezkresu
Patrzę tam i nie wierzę że chwila może już
Nigdy nie zatrzymać się 

Moje senne zaćmienie 
Wydaje się że noc złożyła pajęczynę
I złowiła moją niewiarę
Chciałbym wrócić 
Do stepów przed domem rozlanych
Do cykorii i maków czerwonych na niwach
Powrotnych odnajdzionych

Do zapomnianych dotyków matki
Do nigdy zaznanych uścisków ojca
Do darni oczu mej żony
Do stajni mego boga
Ze zwierzyńcem nieba

Jestem gotowy
Przyjąć ster
By porwać miliony zawieszonych słów
Na drutach niepamięci


12

Przecież to tylko lato 
Tato
A do jesieni wszystko się zmieni
Roztrwonisz manowce
W mgielnych połoninach zobaczysz owce

A my
Pójdziemy z Tobą
Twarzą do twarzy
Zejdziemy na ziemię


13

Wpasowani w historię anioła
Jak ściernisko gotowe na pieszczenie
Przez słońce
Wypala się w nas złudzenie
Na dobre życie tutaj

Po żniwach przychodzi otępienie
I lęk przed zimą
Niech nas ręka gorącego ducha broni
Przed zstępowaniem w dół

Lustra milionów
Zdzierają z nas urodę
Odnajdujemy się w szpitalach spojrzeń
Lekarzy niepewnych diagnozy

A leczenie trwa
Niezależnie od choroby
Leczy czas zarosłe niewiarą ścierniska


14

Sen z Niewiadomym pośród satyry życia
Pośród lamp natchnionych ropą naftową
Pośród ludzi natchnionych żółtym serem 
I wódką

Sen ptaka gęstego w zaroślach chmur
Toczącego lot swój w zaklęciu pór roku
Woda jest częścią filozofii przetrwania
Jak moneta częścią prawa

Bóg galopuje na kołach ciszy
Na kołach paprotek zesłanych na pocieszenie
Dusz w czyśćcu cierpiących 
Pociąga zaprzęgiem trzmieli i świerszczy

Jakby miał troszkę nadziei
Że choć go grawitacja zdradziła
Odrodzi Mu synów którzy ją zwyciężą


Czwarty wymiar Anioła
Gmach z brezentu na spotkanie człowieka
Teleskopy wycelowane w niebo
Jak lufy armatnie

Śledzimy Boga choć nam przeszkadza
W miłowaniu Siebie
Przechodzimy przez dramatyczne ulice
Po których auta jak zbrojne osy
I końskie muchy

A On cichutko
W narożniku pokoju
Patrzy na krajobraz po bitwie
Kiedy wracamy z roboty
Kiedy ciało ciąży z każdą sekundą

Czeka naszego wyzwolenia
Jak snajper doczekać się nie może


Trochę cierpliwości
Na okrasę tego dnia 
Doganiają nas psy i koty
W przebaczaniu i tolerancji

Bezdomne świece
Gasną na przedsionkach kościołów
Są jak mchy i skrzypy wskazujące
Właściwy kierunek

Miska i skrawek chleba
Uśmiech zbolałej kobiety
Oto przesmyk między koroną uschłego drzewa
A koroną tego co Potem


Oczy zapiekłe od cholerycznej przemiany pogody
Twarz rozryta biegunami szybszymi niż serce
Wreszcie, myśl wtopiona w chemię warzyw z mięsem,
Kołująca w Sępiej nadziei na okruchy słabości
Kogoś dalekiego.

Mosty choć otwarte nie zrozumiane
Nie używane do przenoszenia myśli na drugi brzeg
Najczęściej zostaje z ciałem tutaj 
Zamknięta w papierowowych obietnicach

Rzeka ludzkich kości
Schnie w neonie słońca
Myśl prędko ucieka z człowieka
Bo boi się noża rzeźników.


Parasole kokardy wiejące grochem
Aniołowie częstują Boga widzeniem jasno
Losu człowieka
Niebawem kolejna miliardzica roztopienia się 
Legowiska aniołów na czary światów

Żadnej większej reklamy
Ani powodu do dumy

Człowiek zrośnięty z czasem zapomniał
Że w pierwszym wymiarze nie ma 
Pamięci ani projekcji 

Jest też jest niefortunnym słowem na to
Co dotyka a nie boli
Co płynie i nigdy nie dopływa
Co żre i nie zna słowa nigdy


Dobrze że cień zamiera nawet w nocy
I w dzień
Wodzony dokąd oko nie sięgnie ginie
Jak róża płocha
Wytapia urodę i z nią odchodzi w pełne zarzewie

Sądny człowiek nie może oduczyć się matematyki
Liczy rany których wszystkich jedno ciało
Nie spamięta
Ciężar jakby wielki a zadrapania komiczne
Choć nie do śmiechu

Przechadza się w wolną sobotę po kiczowatej przyrodzie
Karmi ptaki śpiewem z megafonów
Zajada ślinę z kotletami
I czeka niedzieli
By się z nikim i niczym nie
Dzielić


Drobiazgi kropelki na listkach lipy
Pręgi na brezencie pszczoły
Szczeble w parkanie

Odsłaniają szatę skrywania
Że się człowiek zatopił w skorupie chemii


 

Maciej Grzesiowski