Pogoda

Strona główna SMN

Robert Leśniakiewicz

Centrum Badań Zjawisk Anormalnych -  Nowości

Biografia R. Leśniakiewicza


Książki

Bogowie Atom. Wojen cz.1
Bogowie Atom. Wojen cz.2
Bogowie Atom. Wojen cz.3
Bogowie Atom. Wojen cz.4

Projekt Tatry - część I
Projekt Tatry - część II

Operacja Ziemia

Spotkania z Obcym

Oczy Cesarzowej Sissi

Zbierając meteoryty

PKrassa - Największa zagadka stulecia
Z Archiwum H&X - jtx
Bolid Syberyjski - jtx

MILOS JESENSKY & ROBERT K LEŚNIAKIEWICZ - Tajemnica Księżycowej Jaskini

Powrót do Księżycowej Jaskini

 

 

SM

PROJEKT TATRY

- czyli rzecz o UFO i Ufitach nad polskimi górami i nie tylko...

Robert K. Leśniakiewicz
Zakopane - Jordanów  1996 – 1999

CZĘŚĆ DRUGA - Varia

15. WSTĘP (Dlatego kocham Tatry...)

 

Ciągu dalszego tej pracy miało nie być.

Sądziłem w swej naiwności, że pisząc słowo „Koniec” pod ostatnim akapitem appendyksu PROJEKTU TATRY - Raport Końcowy raz na zawsze i definitywnie skończę tą kartę polskiej ufologii i część mojego życia. Stało się jednak inaczej.

Stało się inaczej za sprawą kilku imprez ufologicznych - które zaliczyłem w latach 1995 - 2001, a w czasie których przyszło mi mówić o ufozjawiskach widzianych w Tatrach, Beskidach i innych górach naszego cudownego kraju. Pisząc o Polsce „cudowny kraj” wcale nie ironizuję, bo Polska jest cudowna! Jak to mawia moja siostra Wiktoria, która mimo młodego wieku zaliczyła całą Europę i trochę Afryki i Azji, Polska jest nie tyle pawiem i papugą narodów, ale nade wszystko zwierciadłem Europy, boż mamy w niej wszystkie możliwe formy jej reliefu powierzchniowego, więc Polaka znającego swój własny kraj w Europie nic nie zaskoczy... W czasie odczytów i prelekcji we Wrocławiu, Białej Podlaskiej, Gdyni, Gdańsku, Krakowie, słowackich Koszycach, węgierskim Budapeszcie i Debreczynie  oraz Pradze Czeskiej  z a w s z e   znalazł się ktoś, kto dorzucił do zebranego już przeze mnie materiału opisowego ufozjawiska coś nowego - i o tym jest ta część tej pracy.

Był także inny powód, dla którego ponownie chwyciłem za pióro w tej kwestii - a mianowicie, chodzi tu o kilka fenomenów zaobserwowanych przez mieszkańców Małopolski, Pomorza, Śląska i Podkarpacia, a które maja związek z poruszonymi w Raporcie Końcowym sprawami dotyczącymi m.in. korelacjami pomiędzy doniesieniami o obserwacjach NOL-i a „diabelskimi kamieniami”, kamiennymi kręgami kultowymi i kręgami zbożowymi wreszcie. Istnieje bardzo ciekawa teoria na ten temat, która sformułował niedawno pewien mieszkaniec Zakopanego - inż. Jerzy Łatak, a którą to teorię zaprezentuje w rozdziale 19.

Rozdział 16 mówi o kilku przypadkach zniknięć ludzi w Tatrach i na Podhalu, a które wydarzyły się dosłownie na naszych oczach! Ustosunkuję się do nich i do programu wyemitowanego w TVN z cyklu Nie do wiary.

Rozdział 17 porusza niezwykłą sprawę obserwacji dziwnych bolidów, które niekoniecznie musiały być bolidami - mogły to być np. szczątki pojazdów kosmicznych z czasów Wielkiego konfliktu Bogów-Astronautów sprzed 12.000 lat, albo statki kosmiczne Obcych, które wskutek awarii spadły na Ziemie i jej mieszkańców. Może przesadziłem z tymi spadkami na mieszkańców, ale zaiste niewiele...

W rozdziale 18 poruszam sprawę odbudowy i rozbudowy sieci informacjozbiorczej Obcych na terenie naszego kraju i o dziwnych artefaktach kamiennych znajdowanych u nas i za granicą. Będzie tam m.in. o powrotach kilku legend tatrzańskich i innych, z którymi zetknął nas los. Pisząc „nas” mam na myśli członków Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych - Marcina Mioduszewskiego, Bartka Soczówkę i Arka Miazgę, a także kolegów z grup ufologicznych Bronisława Rzepeckiego z Krakowa (GBNOL Kraków), Tomasza Niesporka z Katowic (GBNOL „Sieć”), Józefa Grzywoka z Ornontowic (Ruch Zwolenników Istnienia Obcych), a także koleżanki i kolegów z województwa pomorskiego: Jerzego Szkodę, Zofię „Eleonorę” Piepiórkę, Urszulę Giedroyć i Anię Milewską z Trójmiasta - dzięki którym otworzyły mi się oczy na niektóre aspekty obecności na ziemiach polskich megalitycznych budowli, które stanowią ślad istnienia onegdaj potężnej Supercywilizacji ludzkiej z epoki istnienia Atlantydy...

I wreszcie chciałbym powiedzieć, dlaczego kocham Tatry.

Najtrudniej czasami jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i za co kogoś czy coś się kocha. Można powiedzieć, że za to, że ten ktoś czy coś istnieje, ale to będzie albo wykręt, albo półprawda. W przypadku mojej miłości do Tatr, to u jej podstaw legła niesamowita fascynacja ich nieziemskim pięknem. Te jedyne w tej części Europy góry o charakterze alpejskim były dla mnie i są nadal kwintesencją  wszystkiego, co naj- : najpiękniejszego, najurokliwszego, najidylliczniejszego (sic!) i najbardziej niebezpiecznego dla tych, którzy w swej głupocie je lekceważą... Tatry, to jedyna w swym rodzaju, surowa i dzika mityczna Arkadia. Jaka szkoda, że cywilizacja w swym pochodzie coraz bardziej niszczy ten ostatni bastion dzikiej i pierwotnej Przyrody!

Tatry z bliska zobaczyłem w wieku lat sześciu, kiedy to z wujostwem Leszkiem i Dagmarą Bocheńskimi pojechałem po raz pierwszy do Zakopanego, na Gubałówkę i na Kasprowy Wierch. I tutaj nastąpił we mnie przełom - moje oczy ujrzały cud Tatr Wysokich i Zachodnich...

Potem było kilka szkolnych wycieczek i wreszcie niezapomniany dla mnie, wrzesień 1973 roku, kiedy to nad Tatrami, po raz drugi w życiu, ujrzałem NOL-a. wtedy właśnie zacząłem poszukiwać - jakże rzadkich w PRL - informacji na temat UFO i Ufonautów. Kolejny stopień wtajemniczenia ufologicznego zaliczyłem w Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie, kiedy to w sierpniu 1978 roku przeczytałem My z Kosmosu Arnolda Mostowicza, a w sierpniu 1979 roku widziałem na własne oczy Wielki Bolid Polski. Po promocji oficerskiej na stopień podporucznika WOP, najniespodziewaniej dla siebie samego wylądowałem w Pomorskiej Brygadzie WOP w Szczecinie i w latach 1979 -1987 służyłem w GPK Świnoujście - Terminal Promowy PŻB. To właśnie dzięki temu powstała książka pt. UFO nad granicą (Kraków, 2000) i inne nie wydane jeszcze prace. W październiku 1987 roku, dzięki szczęśliwemu dla mnie zbiegowi okoliczności, przeniosłem się do Karpackiej Brygady WOP w Nowym Sączu i do 31 sierpnia 1994 roku służyłem w GPK Łysa Polana - jednym z najpiękniej położonych przejść granicznych w kraju. To właśnie tam powstała praca PROJEKT TATRY - Raport końcowy, który właśnie Czytelniku poznałeś...

Po przeprowadzce z Pomorza Zachodniego w Tatry mogłem je penetrować bez ograniczeń. Zabrałem się serio za ufologię i... ekologię, bo pojąłem, że życie jest czymś unikalnym w Kosmosie i że możemy żyć tylko w wąskim diapazonie warunków fizycznych naszej planety. Ale przecież dotyczy to tylko nas - Ziemian. A Oni? W jakich warunkach żyją Oni? W podobnych, ale nie tożsamych, co odbija się na Ich morfologii i fizjologii. Tak myślałem wtedy, włócząc się po tatrzańskich szlakach. Teraz nie jestem tego tak pewien, bo moje spojrzenie na problem zmieniło się w miarę poznawania faktów i wydarzeń, które miały miejsce na szlakach moich wędrówek po górach.

Tatry mimo swej niepozorności - a gdzie im do Alp czy Kaukazu! - mają w sobie owo tajemnicze i groźne, nieuchwytne, ale straszliwie silne „coś” - to „coś” - co każe nam porzucić ciepły i wygodny dom i iść z plecakiem na plecach, ciężkimi vibramami na nogach, znosić trudy i niewygody tylko po to, by napawać się widokiem tego cudownego pomnika-gmachu zbudowanego przez Stwórcę z kamienia, światła i powietrza. To właśnie tam, wśród szarych granitów i białawych skał wapiennych, pachnącej w słońcu kosówki i ziół, z dachem błękitnego nieba nad głową i słońcem w oczach ludzie czują się naprawdę wolni. To właśnie tutaj przeżywają najbardziej intymne, mistyczne uniesienia i wzruszenia. Tutaj właśnie spotykają swego Boga. To tutaj właśnie można dotknąć świętego Graala i przekroczyć niejeden Rubikon. Właśnie tu! Sam na sam z górami i ich cudowną, dziką i jakże bezmyślnie niszczoną przez ogłupionych żądzą mamony i władzy oszołomów Przyrodą. Tatry są takim miejscem!

Ci, którzy patrzą na nie, jak na kupę kamieni, którą trzeba „złoić” czy przelecieć „glajtem” tylko po to, by padł kolejny rekord głupoty są daleko od tego, co nazywa się pełnym zrozumienia zachwytem nad Tatrami. Oni są tylko „łojarzami” czy „glajciarzami”, dla których liczy się wyczyn i poklask podobnych sobie idiotów, przebiegających Orlą Perć ze stoperem w ręku... Znałem takich, i nie byli to bynajmniej dwudziestoletni młodzieńcy, ale stateczni na oko, mężczyźni w sile wieku! Współczuję im, podobnie jak współczuję uczestnikom rozkrzyczanych, rozwrzeszczanych szkolnych wycieczek, organizowanych w ramach „turystyki masowej”, która z prawdziwą turystyką miała tyle wspólnego, ile papierosy marki „Sport” z autentycznym sportem... To nie to. Dzieło Boże należy kontemplować, a nie zwiedzać. Dlatego nie dziwię się tym, którzy w samotności - czasami w górach wręcz zabójczej w dosłownym znaczeniu - dążą z uporem wciąż wyżej i wyżej - ku szczytom, ku słońcu na błękicie nieba... Sam też tak robiłem niejednokrotnie i znam to uczucie cudownego wyzwolenia od wszelkich kłopotów i zmór. Mnie udało się wrócić, pomimo tego, że góry to przecież takie miejsce, w którym wszystkie cztery żywioły sprzymierzyły się przeciwko człowiekowi - dodajmy - głupiemu człowiekowi. Stąd właśnie poszło przekonanie ukute i ugruntowane przez głupców, że góry są ostoją diabła. Owszem, ginęli w nich ci, którzy nie potrafili sobie poradzić z samym sobą, z własną słabością, brakiem wiedzy i nadmiarem ambicji. Jakże eufemistycznie brzmią takie frazesy, jak: „pokonywanie gór”, „zdobywanie szczytów” itp. idiotyzmy. Przecież to śmieszne: gór nie da się pokonać, szczytów nie można zdobyć - na nie można tylko wyjść. Tak naprawdę, to pokonuje się tylko siebie: swój strach i zmęczenie, bo góry są niepokonane i pozostają poza dobrem i złem - to Goethe powiedział, a ja się pod tym podpisuje wszystkimi kończynami - tak jak oceany, tak jak Kosmos. To właśnie w górach, nawet tak niepozornych jak Tatry, czujemy swą marność wobec Natury.

Niestety, nie każdy to pojmuje w ten sposób i dlatego namnożyło się w naszym kraju tych, którzy pokorę wobec Przyrody zamienili na żądzę mamony i sławy za każdą cenę. Ci, którzy swym quasi-olimpizmem i pseudo-patriotyzmem de facto zaprzedali się złotemu cielcowi zapomnieli, że Tatry są jedyne i innych gór tak niepowtarzalnych w Polsce nie było, nie ma i nie będzie... Pomysł tatrzańskiej olimpiady jest poroniony, ale najgorsze jest to, że jest on niesamowicie chwytliwy - jak komunizm w kraju zrujnowanym gospodarczo przez rządy sprawowane przez mniejszości narodowe... Całość igrzysk może zaszkodzić tylko biosferze Tatr. I to może właśnie dlatego Obcy penetrują nasze góry - wszak dowiedziono, że Oni interesują się stanem naszego środowiska naturalnego.

Kilka lat temu wystąpiłem na łamach Tygodnika Podhalańskiego z propozycją regeneracji biosfery Tatr poprzez zamknięcie ich na co najmniej sto lat: od roku 2000 do roku 2099 czy 2100. Jak zawsze to, co outsiderskie, nie znalazło  zrozumienia w kraju, co nie jest takie dziwne, bo każde nowatorskie rozwiązanie problemu - jakiegokolwiek problemu w Polsce - nie ma racji bytu. U nas musi się przy tym załapać co najmniej połowa ministerstw i trzecie tyle biurokratów na cieplutkie posadki... A przecież to jest jakieś konkretne wyjście! - tyle, że w warunkach totalnego zdebilowacenia społeczeństwa i skretynienia władzy - dla której problemem są aborcja i eutanazja, materializm, hedonizm, konsumpcjonizm i inne „-izmy” - nie ma racji bytu, bo nikt się przy tym nie nachapie. Nie trafia to także do ludzi złaknionych odpoczynku w górach - i nie ma się co im dziwić... Czasami marzę, by czas cofnął się o dwa stulecia, kiedy Tatry były terra nondum cognita i były takie, jakie opisywała Zofia Urbanowska w Róży bez kolców. Apogeum głupoty i sprzedajności osiągnął minister środowiska w awuesowskim rządzie, który na dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w 2001 roku, zdymisjonował długoletniego obrońcę tatrzańskiej przyrody i dyrektora TPN - dr Wojciecha Gąsienicę-Byrcyna. Ten zamach na tatrzańską przyrodę był jednym z wielu gwoździ do trumny rządów prawicowych w Polsce. Kto miał chociaż trochę oleju w głowie - głosował za partiami lewicowymi. Ten minister nie wykazał się zresztą              niczym, poza swoją nieudolnością i umiłowaniem do mamony, nie ma się co dziwić, bo jego jedynym tytułem do ministerialnego stołka był dyplom magistra KUL... Wreszcie o czym tutaj mówić - zawsze irytowała mnie góralska (i w ogóle polska) hipokryzja, którą szczególnie widać było w czasie przyjazdów Jana Pawła II. Było całowanie pierścienia, padanie do nóg, szumne deklaracje, wzniosłe słowa i inne oznaki wiernopoddańczej i ultra-religijnej postawy - do czasu wyjazdu Dostojnego Gościa, bo potem wszystko wracało do normy, jak zresztą w całym kraju, tylko górale robili to w najbardziej widowiskowy i groteskowy sposób!... A potem dziwili się, że Bóg ich tak karze - za co!? - a właśnie za ich dwulicowość i hipokryzję, za łamanie tego, co przyrzekali Namiestnikowi Piotrowemu!

Jesteśmy Polakami, ale zapomnieliśmy już, że to właśnie w te góry przyjeżdżali ze wszystkich zaborów ludzie stanowiący sól tej ziemi. Wielcy Polacy, którzy w Tatrach i ich mieszkańcach szukali inspiracji dla swych czynów śmiałych a wzniosłych. Ludzi, dzięki którym w listopadzie 1918 roku Polska podniosła się ze 123 lat niewoli. Tu działali wszyscy znani pisarze, poeci, malarze, muzycy, politycy... To tutaj pośród ciemnych smreczyn i szarobrunatnych skał, ładowali oni swe „akumulatory” i z podhalańskiej sztuki ludowej czerpali natchnienie. To tutaj właśnie gorzały ognie dyskusji naukowych i polityczno-patriotycznych. To właśnie Zakopane było stolicą duchową nieistniejącego państwa i narodu rozdartego pomiędzy trzech zaborców. Zakopane było dla Polaków tym, czym dzisiejsza Lhassa dla okupowanego przez Chińczyków Tybetu, którym sprzedajni urzędnicy MKOl dali do ręki legitymację bezkarnego mordowania Tybetańczyków i napluli w twarze chińskim  dziewczętom i chłopcom, których ciała dziurawiły pociski z „kałaszników” i rozjeżdżały czołgi na placu Tienanmen w czerwcu 1989 roku! O tym nie chcemy już pamiętać - a szkoda. Nie daj nam Boże, byśmy musieli sobie o tym na nowo przypominać, a historia ma do siebie to, że powtarza się tyle razy, ile tylko może! A co to ma do ufologii? - a to, że nasze osiągnięcia są znane bardziej poza granicami Polski, niż w kraju. To jest skandal, ale nasi wydawcy zauroczeni nieprawdopodobnymi wręcz bredniami amerykańskimi czy niemieckimi, tą chałą dla odmóżdżonych czytelników - dla których myślenie jest jakąś abstrakcją, a nie rzeczywistością - zapomnieli, skąd przyszli. A przecież w Tatrach i w ogóle w naszym kraju dzieją się takie rzeczy, o których nie ma pojęcia żaden z przereklamowanych u nas autorów wschodnich czy zachodnich...

I właśnie o tym  traktuje ta praca.

Jordanów, Słońce w Skorpionie 2001 a. D.

 

16. POSZLI W GÓRY I NIE WRÓCILI...

Śmierć „Trójki z Pułtuska” - Groza na Babiej Górze - Gdzie się podziała praktykantka? - Wyszedł z domu i znikł... - Ofiary zimy.

Toprowcy uważają - i całkiem słusznie - że w górach ludzie giną tylko i wyłącznie na swe wyraźnie wyartykułowane życzenie i ze swej głupoty. Przykładem jest zagłada zespołu „Poznańskiej Piątki” z lutego 1990 roku, opisana w pkt. 45. Sprawa  jest ewidentna - ci młodzi ludzie poszli po swoją śmierć, wyzwali los i go nie uniknęli. Cena była tylko jedna - ich młode życie...

Historia ma to do siebie, że się powtarza:

100

... i po dziewięciu latach się powtórzyła. W dniu 4 lutego 1999 roku, w Tatrach znika trzech mieszkańców Pułtuska - młodych „ceprów”, którzy zamierzali sobie zrobić wycieczkę ze schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich na Zawrat. Droga biegnie niebieskim szlakiem nr 50 w przewodniku Nyki. Jest ona piękna, ale w panujących wtedy w tatrach Wysokich warunkach pogodowych - śmiertelnie niebezpieczna! Mróz, opady śniegu i w górnych partiach trasy silny, morderczy wiatr najprawdopodobniej przyczyniły się do śmierci tych młodych ludzi. To wydaje się być oczywistym - co zresztą wynika z prasowych raportów. Nie polemizuję z doświadczonymi ratownikami TOPR, ale zastanawia mnie, co się stało z ich ciałami? Czy zasypał je śnieg? Czy zabrała je lawina? A może umierali z zimna o parę kroków od schroniska, jak ś.p. Frysiówna na Babiej Górze? - mając w uszach okrzyki szukających ich ludzi. Kroniki górskie znają nie takie wypadki!

Wedle przewodników i map turystycznych, trasę z Pięciu Stawów do Murowańca pokonuje się w ciągu 2 godzin - ale dotyczy to dobrych warunków pogodowych, przy czystym i wolnym od lodu szlaku. W zimie, przy zaśnieżeniu i olodzeniu szlaków, przy padającym śniegu i silnych zimnych wiatrach, (które wyczerpują bardziej, niż najtrudniejszy i najforsowniejszy marsz, wyziębiają ciało człowieka i powodują załamanie psychiczne), i przy temperaturze rzędu -15oC, czas przebycia trasy wydłuża się niepomiernie, nawet i trzykrotnie, co wiem z własnego doświadczenia. Być może zwłoki trzech nieszczęśników poniewierają się gdzieś pomiędzy Zawratem a Zmarzłym Stawkiem i objawią się dopiero na wiosnę... Jak dotąd poszukiwania trwają i są bezowocne.

Na ratunek trójce z Pułtuska wyruszył dwuosobowy zespół z Kielc. Efekt mógł być tylko jeden. W kilka dni potem znaleziono jedne zwłoki ochotnika. Drugiego z nich nie odnaleziono nigdy...

Dlaczego włączyłem ten wypadek w dossier PROJEKTU TATRY? Ano dlatego, że widzę w nim sporo podobieństw do wypadku „Poznańskiej Piątki”. Tak jak w jej przypadku, przeciwko Pułtuszczanom sprzysięgła się pogoda, ich brawura i - co tu owijać w bawełnę - ich własna głupota, która kosztowała ich młode życie. Ciekawy jestem, czy zostaną znalezione ich zwłoki? Jeżeli tak, to punkt ten zostanie anulowany, jeżeli zaś nie, to... To trzeba będzie zmienić finalny wniosek PROJEKTU TATRY... - ludzie giną tajemniczo także w okolicy Doliny Pięciu Stawów Polskich, gdzie zdarzył się jeszcze jeden tajemniczy wypadek - zob. pkt. 43 - Reykowskiej i Czechowicza. Jest on jako-tako i na upartego wytłumaczalny, ale tylko na siłę i przy dużym natężeniu dobrej woli.

Jak już tu powiedziałem - poszukiwania w toku. Zakończono je 2 maja 1999 roku odnalezieniem wszystkich ofiar w lawinisku pod Zawratem. Niby sprawa wyjaśniona, ale znaki zapytania pozostały.

101

Ten wypadek, w którym na szczęście dwie nastoletnie turystki przeżyły, zdarzył się na szczytowej kopule Diablaka - wyższego szczytu Babiej Góry.

Poniekąd przypomina to zagładę zespołu Frysiów, opisany w pracy UFO na granicy (Kraków 2000), a rzecz dotyczyła śmierci czterech osób w 1935 roku. Tym razem dwie 17-latki z Częstochowy: Anna S. i Olga K. wybrały się na Babią Górę wczesnym rankiem, dnia 30 stycznia 1999 roku. Pomimo niesprzyjającej pogody, zimnego wiatru z północnego-zachodu i temperatury dochodzącej do -20oC, obie dziewczyny w swej głupocie uparły się i podeszły z Markowych Szczawin na Przełęcz Bronę, skąd wspięły się na Diablaka. Dziewczyny osiągnęły, co chciały, ale zejście już zaczęło sprawiać kłopoty. Zamiast wejść na oznakowany czerwono Główny Szlak Beskidzki, który sprowadziłby je na Krowiarki - czyli w kierunku wschodnim - Anna i Olga poszły na południe, na stronę słowacką - gdzie znaleziono je w dniu 31 stycznia. Były zmarznięte, załamane psychicznie, ale żywe!!!...

I znowu - gdyby nie ich ośli upór i wręcz niebotyczna głupota, która gnała je na szczyt Babiej - oszczędziłyby one sobie cierpień i wstydu, zaś ratownikom Beskidzkiej Grupy GOPR oraz funkcjonariuszom polskiej i słowackiej Straży Granicznej wielogodzinnych poszukiwań.

Czy tylko winien był ich upór? Oczywiście był on składową tego wypadku, ale być może, że poza paskudną pogodą i nikłą wiedzą o górach oraz rządzących w nich prawach, a także ignorancją Anny i Olgi być może wzięły tu udział także i inne czynniki - czy nie aby diabły z Diablaka? Babia Góra pod tym względem jest „uprzywilejowana”, a otaczające jej główny szczyt - nomen-omen Diablak - cieszy się paskudną sławą. W jego okolicach rozbił się w dniu 2 kwietnia 1969 roku samolot kursowy PLL LOT An-24, nr lotu LO-165, który - jak tego dowiodłem kiedyś - rozbił się wskutek pomyłki nawigacyjnej popełnionej przez operatora radiolokatora z lotniska Kraków-Balice, zmylonego widocznym na ekranie radiolokatora echem NOL-a lecącego właśnie nad ... Skawiną! Kontroler lotu wydawał polecenia właśnie dla tego obiektu, zaś załoga lecącego o 40 km dalej na południe LO-165 wykonywała je. Efekt tego przy panującej wtedy ohydnej, kwietniowej pogodzie mógł być tylko jeden - samolot werżnął się kilkadziesiąt metrów poniżej głównego szczytu Policy... Teraz jest tam rezerwat przyrody im. Prof. Zenona Klemensiewicza - jednej z ofiar tej katastrofy.

Zła pogoda omal nie doprowadziła do katastrofy innego samolotu pasażerskiego ATR-42, z lotu LO-901, w dniu 5 listopada 1998 roku, kiedy to około godziny 13:54 samolot ów nadleciawszy w NW - znad Osielca - nad jordanowski Rynek wykonał ostry skręt na NE-E i kierując się drogą nr 7 („zakopianką”) odleciał w kierunku Krakowa. Leciał on na wysokości niemal 100 m i z prędkością około 150 km/h. Gdyby pilot leciał wyżej - to uderzyłby maszyną w otaczające Jordanów szczyty Przykca, Hyćkowej Góry czy Hajdówki, bowiem podstawa chmur sięgała nie więcej, niż 700 m n.p.m. Ci ludzie mieli wiele szczęścia!

Przekładając teraz ten przypadek na to, co się przydarzyło Annie S. i Oldze K. można powiedzieć, że skoro doświadczeni piloci mieli kłopoty, to co dopiero dwie młode i głupiutkie dziewczyny?... Uratowało je chyba tylko to, że będąc z Częstochowy były pod szczególną opieką Czarnej Madonny! Wszystko skończyło się happy endem, a przecież gdyby nie zeszły one niżej pod osłonę lasu i gdyby nie znalazły tej sławojki - w której się ukryły - to dwa trupy leżałyby do wiosny w śniegach Babiej Góry!

102

„Gdzie się podziała praktykantka!” - pytanie za 64.000 dolarów płatne czekiem bez pokrycia...

jeszcze w dniu 13 listopada 1998 roku, o godzinie 7:15 wyszła z domu i dotychczas nie powróciła mieszkanka Knurowa - 17 letnia Maria Guroś, która miała podjąć praktykę zawodową w Waksmundzie. Wprawdzie to nie Tatry, ale Podhale, niemniej jednak sprawa jest o tyle ciekawa, że ostatni ślad dziewczyny urywa się na dworcu PKS w Nowym Targu. Ponoć widziano ją w Katowicach w towarzystwie młodego mężczyzny w kilka dni później. Czy to ma jakiś związek z wydarzeniami w Tatrach?

A tak - ma - i to znaczący! Proszę, przypomnij sobie Czytelniku sprawę zniknięcia dwóch młodych dziewcząt - też 17-latek - Ernestyny Wieruszewskiej i  Anny Semczuk z Warszawy i także 17-letniej Renaty Zielińskiej ze Staszowa. Opisałem je w pkt. 46 i 49 sugerując jednocześnie, że dziewczyny wcale nie musiały zaginąć czy zginąć w górach, bądź zostać porwane przez Ufitów. Wyjaśnieniem alternatywnym jest porwanie przez działającą na terenie Podhala i Podtatrza włoską i serbsko-albańską mafię, która szmugluje m.in. polskie kobiety do włoskich, austriackich i niemieckich burdeli. Wszystkie zaginione dziewczyny miały nie więcej, niż 17 lat. Mafia ta działa i ma oparcie w niektórych kręgach niektórych partii o nastawieniu nacjonalistycznym i antyżydowskim w głównych miastach naszego kraju. Oczywiście, służąc jeszcze w SG w latach 1992-94, zwróciłem moim przełożonym uwagę na informacje na ten temat, jednakże moje meldunki w tej sprawie zostały zignorowane (być może nawet celowo) i spoczęły w koszu na śmieci, a ja sam poniosłem tego konsekwencje w postaci przeniesienia ze służby stałej w SG do rezerwy. W ten sposób pozbywano się niewygodnych politycznie (czytaj: tych, którzy mieli swoje własne zdanie i mieli czelność go bronić) funkcjonariuszy z policji, Straży Granicznej i innych służb specjalnych RP.

Bardzo pouczająca jest tutaj sprawa zamieszkałego w Polsce Serba - Redżepa H., który od 1991 roku zajmował się szmuglem narkotyków. Wszyscy o tym wiedzieli i... - i nie było na niego prawa, by go aresztować i tym samym ukrócić jego przestępczy proceder... Oczywiście to było niemożliwe w skorumpowanej do cna Polsce z jej chorym prawem. Redżep H. został zatrzymany na granicy w Norwegii i aresztowany za przemyt kilku kilogramów heroiny. Dlatego jestem zdania, że porwanie, przemycenie i sprzedanie do włoskiego burdelu w Bari czy Brindisi głupiutkiej polskiej dziewczyny nie nastręczałoby mafiosom z Bałkanów   ż a d n e j   trudności! Nieodpowiedzialność i głupota rodziców, ich naiwna wiara w mądrość własnych dzieci   z a w s z e   doprowadza do tragedii! To reguła, od której nie ma odwołania i wyjątku.

Z drugiej strony, ultra-liberalna postawa władz zezwalała i nadal zezwala na pobyt i działalność w Polsce mieszkańców krajów byłej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, Albanii i innych krajów, którzy powiązani są z organizacjami przestępczymi na Wschodzie i Zachodzie, kartelami narkotykowymi Ameryki Środkowej i Południowej, lewackimi i islamskimi terrorystami w Kosowa, Albanii i Bliskiego oraz Środkowego Wschodu i co najgorsze - nadaje się im polskie obywatelstwo - co uważam za szczyt głupoty! Wojna potrzebuje pieniędzy, pieniędzy i raz jeszcze pieniędzy - powiedział kiedyś Mały Zdrajca z Korsyki. Albańczycy, Serbowie, islamiści i lewacy bardzo potrzebują szmalu na wzajemne wyrzynanie się nawzajem, a przy okazji także niewinnych ludzi. Mogą je zarobić tylko u nas, bo w Polsce lat 1989-2001 może je zarobić każdy, kto nie ma pecha być Polakiem... Przez granicę odbywa się transfer broni, materiałów wojennych, narkotyków, specjalistów od broni masowego rażenia, kobiet, najemników i innej kontrabandy. Wszystko to są operacje finansowe w skali porażającej wyobraźnię. To właśnie dzięki takim operacjom powstało imperium finansowe Usamy ben-Ladena, który 11 września 2001 roku wypowiedział wojnę Ameryce i całemu cywilizowanemu światu.[1]

A zatem to nie UFO porywa polskie i słowackie, czeskie, ukraińskie, litewskie, rosyjskie dziewczyny, ale ludzie „cichych donów” z Kosowa i Belgradu, wspierani przez rosyjskie służby specjalne. Wszak Jewgienij Primakow zapowiedział nam, że zrobi wszystko, by Polska miała jak najtrudniejszą drogę do Unii Europejskiej i NATO.[2] Działalność rosyjskiej mafii w Polsce jest też do pewnego stopnia kierowana i koordynowana z Kremla, o czym ostrzegałem już w 1991 roku, tyle że tego wtedy nikt nie rozumiał, boż w Sejmie RP i w Senacie III Najjaśniejszej była aborcja, dekomunizacja, lustracja i kształt korony na głowie Orła Białego i inne bzdury - jakże śmieszne w porównaniu z zalewającą nasz kraj powodzią - ba! - całym oceanem niekompetencji, głupoty, korupcji i przestępczości zorganizowanej i indywidualnej. Nie było i nadal nie ma polityka - może poza Samoobroną i jej liderem Andrzejem Lepperem, który by wreszcie przerwał ten obłędny i zaklęty krąg niemożności, nieopłacalności, partyjniactwa i niekompetencji - i który potrafiłby spojrzeć globalnie na naszą politykę krajową i zagraniczną. Co gorsza, rządy koalicji Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności przy wsparciu Kościoła katolickiego w latach 1997-2001 doprowadziły do pogłębienia się negatywnych zjawisk i zmiany taktyki działania grup przestępczych, które z prymitywnych metod dokonywania przestępstw na modłę zbója Madeja przeszły do wyrafinowanych przekrętów finansowych - co doskonale ukazuje serial Ekstradycja. To także ogromne - ponad trzymilionowe bezrobocie i roztrwonienie majątku narodowego w ramach tzw. prywatyzacji, z której zyski zasilały niejednokrotnie kieszenie mafii mającej oparcie w parlamencie RP!

W Polsce rocznie znika bez wieści 17.000 osób - jak mówią statystyki Fundacji „Itaka” - z czego po pewnym czasie znaczący procent zostaje odnaleziony. Jak nie w kraju to za granicą. A zatem tych dziewcząt nie należy szukać w kraju, ale za granicą i to w rynsztokach włoskich, szwajcarskich, niemieckich czy austriackich. Być może nici tego handlu żywym towarem sięgają dalej - na Bliski i Środkowy Wschód... Poszukiwania należy zatem prowadzić przez EUROPOL i INTERPOL.

Dopiero kiedy wykluczymy tę możliwość, to możemy wypatrywać ich wśród gwiazd...

103

A jednak nie tylko dziewczyny znikają na Podhalu, boż historia zna przypadek zaginięcia mężczyzny w sile wieku - 48-letniego Andrzeja Fronczaka z Zakopanego, który wyszedł z domu i dotychczas nie powrócił, w dniu 23 listopada 1998 roku. Prowadzone w tej sprawie policyjne śledztwo utknęło w martwym punkcie. Udało się ustalić, że zniknięcie Andrzeja Fronczaka miało miejsce po godzinie 23:00 w Poroninie, w okolicy DW „Wena”.

Co się z nim mogło stać? Czy został on porwany przez Ufitów? Jeżeli tak, to gdzie? Może to być, że Andrzej Fronczak cierpiacy na cukrzycę zasłabł gdzieś po drodze i wpadł w zaspę, ale jeszcze wtedy śniegu nie było! Może ktoś go potrącił i zabił, a ciało ukrył czy zakopał - takie rzeczy też się zdarzają. A może rzeczywiście porwali go Ufici? Na to pytanie nie odpowiemy wcześniej, jak znajdziemy jego ciało lub jego żywego - co wydaje się być mało prawdopodobnym. Śledztwo w toku.

Grudzień 1998 roku i styczeń 1999 roku potraktował nas stosunkowo łagodnie. Prawdziwe uderzenie zimy przyszło pod koniec stycznia i na początku lutego 1999 roku, kiedy to temperatury w dzień spadły do -15oC, a obfite opady śniegu jak zawsze sparaliżowały komunikację drogową w całym kraju. U nas trwała walka o przejezdność dróg nr 47 „zakopianki”, 28 ze Śląska do Przemyśla i 7 na odcinku do Chyżnego. Droga nr 7/47 stanowiła arterię życia dla Nowego Targu i Zakopanego... Najgorsze było to, że zginęło w Polsce w tym czasie aż 209 osób - głównie z biedy... Być może niektóre z nich zmarły wskutek Bliskiego Spotkania z NOL-em, ale tego nie dowiemy się nigdy. Skąd to przypuszczenie? - ano stąd, że w latach 1996-1999 NOL-e wykazywały znaczną aktywność - o czym dalej.

Chciałbym teraz zapoznać Czytelnika z interesującą hipoteza sformułowana przez znanego dolnośląskiego badacza UFO, mgr Jarosława „Foxa Muldera” Krzyżanowskiego  z Legnicy, który w swym liście z dnia 6 marca 1999 roku pisze tak:

Moje hipotezy odnośnie UFO są następujące:

1. UFO wykorzystuje zawartą w skałach kwarcowych energię piezzoelektryczną - jak wiadomo, NOL-e są przyciągane przez źródła naturalnej i sztucznej energii elektrycznej. Jeżeli tak dobry dielektryk, jak granit czy barek tytanu są zdolne do absorbcji dużej ilości energii bez przekazania jej otoczeniu, to grupa skał dielektrycznych może być akumulatorem energii, wzmacniającym grawitację Ziemi i przekształcającą ją w energię elektromagnetyczną, stanie się akumulatorem naturalnym.

2. W naszej atmosferze występuje pomiędzy jonosferą a troposferą tzw. „warstwa użyteczna”[3] o odpowiedniej sile przyciągania grawitacyjnego, która jest stała dla wysokości nad Ziemią na całej planecie. Podnoszący się górski teren, siłą rzeczy styka się z tą najczęściej używaną przez NOL-e warstwą atmosfery, która nad nizinami rozciąga się na wysokości 600 - 1.500 m n.p.m., a w górach styka się bezpośrednio ze skałami. Jest to najprawdopodobniej tzw. warstwa zmiany pola grawitacyjnego w atmosferze. Bardzo możliwe, że anteny dipolowe atakujące sygnałami radiowymi atmosferę niszczą, bądź uszkadzają tę wykorzystywaną przez Obcych warstwę.[4] Stąd częste obserwacje UFO nad terenami stosowania broni meteorologicznej - nad górami!!![5]

3. Cykliczne zaburzenia fizykochemiczne atmosfery (burze magnetyczne, promieniowanie kosmiczne, grawitacyjne, itp.) powodujące powstanie <<okien>> czy <<dziur>> czasoprzestrzennych.

4. wyładowania na krawędzi troposfery wzmocnione oddziaływaniem pola energii piezzoelektrycznej powodują łatwiej przewidywalne miejsca powstania <<okien>> w inny wymiar lub tuneli czasoprzestrzennych.

Ta interesująca teoria tłumaczy zarazem to, co się dzieje na akwenach Trójkąta Bermudzkiego i na szczytach Czerwonych Wierchów! Niestety, będzie można ją zweryfikować jedynie wtedy, kiedy odrzuci się uprzedzenia wynikające z teorii i dogmatów ortodoksyjnej nauki.

A teraz pozwól czytelniku, że przejdę do następnego rozdziału.

 

17. Quasi-bolidy, NOL-e i NOO

Meteor Ochotnicki - Meteoryt Jerzmanowicki - CE w Jurze - Nocne Światła nad Beskidami - Dyski nad Tatrami i nie tylko - NOO nad Małopolską - Meteoryt Skomielna Biała: Kosmiczna pomyłka czy kosmiczny lód?

Jak już to napisałem w pierwszej części PROJEKTU... - dawno temu w Kosmosie szalała straszliwa, bezpardonowa i wyniszczająca wojna. Pisał o tym Aleksander Mora w swej pracy pt.  Atomowe wojny bogów, pisał dr Miloš Jesenský w swej solidnej i dobrze udokumentowanej pracy Bohové atomových válek i kilku innych autorów, a wszystko sprowadzało się do tego, że mniej więcej od 12.000 lat krążą nam nad głowami resztki atlantydzkiego programu SDI, które to resztki nie zostały wykorzystane w morderczych celach... Od czasu do czasu coś spada i sprawia ludziom różnorakie kłopoty: a to jakiś Czarny Mór, a to powalenie pokotem i spalenie kilku tysięcy ha lasów, a to rozwalenie szczytu jakiejś góry czy zawalenie jaskini, itd. itp.

W referacie na II Międzynarodowy Kongres Ufologiczny PYRAMIDA’98 w Pradze, w dniach 1-2 maja 1998 roku, rzuciłem propozycję, która wydała mi się najzupełniej logiczna, a mianowicie: to była kosmiczna wojna pomiędzy dwiema kosmicznymi rasami! - zaś jej ślady spoczywają do dziś dnia na Ziemi i w Kosmosie, tylko że nikt nie chce zwrócić na nie uwagi!

Jednym z owych śladów są dziwnie się zachowujące quasi-bolidy, które od czasu do czasu przemierzają nasz nieboskłon i spadają na Ziemię, powodując niemało zamieszania wśród zamieszkujących ją ludzi i uczonych, którzy mając mózgi oczadziałe dogmatem o naszej   j e d y n o ś c i   w Układzie Słonecznym, a nawet najbliższym sąsiedztwie gwiezdnym, nie dopuszczają do siebie myśli, że obok nas ktoś tu był i jest nieznany Ktoś, kto śledzi każdy nasz ruch i wyciąga wnioski - niezbyt dla nas przyjemne, boż obchodzi się z nami, jak z jako-tako inteligentnymi zwierzętami.

Że co?

Że człowiek jest istotą rozumną?

I cóż z tego, skoro wysiłki garstki intelektualistów zamieszkujących naszą planetę są niweczone przez lobbies kretynów, którzy z przemocy pokazywanej we wszystkich postaciach i emitowanej w Kosmos pokazują naszą cywilizację jako kloakę. Obcy to przechwytują i...

... i potem w czasie CE4 traktują nas dokładnie tak, jak ludzie traktują białe myszki czy chomiki laboratoryjne. Że to niehumanitarne? Zadajmy sobie najpierw pytanie: a czymże sobie zasłużyliśmy na to humanitarne traktowanie? Czym!? - pytam. Wojnami? Zanieczyszczeniem swej planety? A może lotami kosmicznymi, które wykorzystujemy głównie w celach wojskowych albo propagandowych w co najmniej 75%? Nie bądźmy naiwni - Oni nas wcale nie kochają, jak usiłują nam to wmówić niektórzy optymiści. Oni w najlepszym wypadku traktują nas z chłodną obojętnością badacza. Ot i wszystko... - ale ad rem.

Pierwszym dziwnym meteorytem jest...

104

... Meteor Ochotnicki, o którym dowiedziałem się od red. Krzysztofa Strauchmanna z Gazety Krakowskiej. Napisał on do mnie tak:

Szanowny Panie Robercie!

Studiując stare roczniki >>Gazety Podhalańskiej<< natknąłem się na ciekawą relację opublikowaną w dziale >>Kronika<< w numerze 6 z dnia 2 lutego 1913 roku. Podaje streszczenie notatki:

Z Ochotnicy donoszą nam:

Niezwykłe zjawisko obserwowano w nocy 23 stycznia o godzinie 22:30. Cztery osoby wracając księżycową nocą z Ochotnicy widziały silne światło elektryczne na północ od Księżyca, równe mu wielkością, w kształcie kuli bądź tarczy. Światło nagle wydłużyło się ku północy i przesunęło się szybko ku północy, jakby pod chmury, zabłysło czerwonym światłem i znikło. Całość obserwacji trwała około 1 sekundy. Po kilku minutach dalszego marszu ta sama grupa osób usłyszała jakby grzmot, przypominający jakby dudnienie wozu po drewnianym moście. Odgłos trwał około 1 minuty i dawał się słyszeć od strony wschodniej.

Notatka kończy się informacją, że zjawisko to by…o widoczne także w Nowym Targu. Anonimowy autor wyraża nadzieję, że zjawisko to będzie naukowo wyjaśnione. Niestety, do końca 1913 roku GP nie powraca już więcej do tego tematu.

Pozdrawiam -

Krzysztof Strauchmann

Nowy Targ, dnia 05.12.1997 r.

Autor tego listu wrócił do tego tematu na łamach Gazety Krakowskiej z dnia 22 stycznia 1999 roku w kontekście wróżb na Nowy Rok, robiąc przy tym uwagę, że zjawisko to mogło być wróżbą wybuchu I Wojny Światowej... Do tego tematu jeszcze powrócimy przy okazji badań innego meteorytu, ale o tym później.

Co to było naprawdę?

Od razu wykluczam bolid, i to bolid elektrofoniczny, bowiem bolidy elektrofoniczne wydzielają różne odgłosy, ale nie „dudnienia wozu po drewnianym moście”, a poniższe zestawienie ukazuje to dość przekonywująco:

 

Data

Miejscowość

Zaobserwowane efekty

1706.12.01.

Tobolsk (Rosja)

Przelot ognistej kuli i odgłos zgrzytu.

1898.VII.

Finlandia

Przelot ognistej kuli i odgłos darcia papieru.

1928.VI.

Laredo (USA)

?, przeciągły jęk.

1929.03.01.

Chmielowka (Rosja)

Błysk światła, szelest i grzmot.

1937.08.10.

Omsk (Rosja)

Błysk światła, ognista kula i silny szum.

1944.V.

Aszchabad (Turkmenistan)

?, wycie w coraz wyższej tonacji.

1950.10.04.

Missouri (USA)

?, gwizdy i jęki słyszane tylko przez dzieci!

1978.04.07.

Sydney (Australia)

Przelot ognistej kuli, trzaski i gwizdy.

1982.

Isikule (Rosja)

Przelot ognistej kuli, dźwięk dartego płótna.

1993.01.14.

Jerzmanowice (Polska)

Przelot ognistej kuli, gwizd i huk.

2000.05.06.

Polska i Republika Czeska

Przelot ognistej kuli i gwizd.

2001.06.30.

Skomielna Biała (Polska)

?, ryk i odgłos łamania gałęzi.

(Opracowano na podstawie: Lucjan Znicz-Sawicki - Goście z Kosmosu - NOL, t.3, Gdańsk 1988 i materiałów własnych MCBUFOiZA o. Jordanów.)

Do sprawy Meteorytu Jerzmanowickiego jeszcze wrócimy, bo wcale nie jestem przekonany, że był to meteoryt elektrofoniczny...

Jak to wyliczył prof. L. P. Drawert, który wprowadził do oficjalnej nauki pojęcie „meteorytu elektrofonicznego”, do roku 1950 spadło ich na Ziemię aż 267! To znaczy, o tylu wiemy, bo prowadzimy obserwacje na kontynentach, ale nie zapominajmy, że Antarktyda jest niemal niezamieszkała, podobnie jak Grenlandia i arktyczne wyspy. No i ¾ powierzchni Ziemi zajmuje je Wszechocean, a zatem liczbę tą można spokojnie pomnożyć przez 4 - w wyniku czego otrzymamy już 1068 - w przedziale czasowym 1706-1950, czyli 244 lat. Zatem rzecz całkiem możliwa, że był to meteoryt elektrofoniczny, ale czy rzeczywiście???...

Nie, to nie mógł być meteor elektrofoniczny, bowiem sęk w tym, że bolidy elektrofoniczne wydają dźwięki - a raczej fale radiowe odbierane przez ludzki mózg jako wrażenie dźwiękowe - w czasie przelotu przez ziemską atmosferę. Tylko!   N i g d y    p o        p r z e l o c i e !  Natomiast w opisywanym przypadku świadkowie słyszeli odgłosy turkotu w kilka minut   p o   przelocie dziwnego obiektu...

Czy był to NOL - oczywiście tak, bo nie mógł to być żaden bolid czy uczciwy meteor. Obiekt ów emitował w czasie lotu   b i a ł e   ś w i a t ł o   - jak elektryczne - więc musiało ono być rzeczywiście białe z domieszką błękitu, a potem błysnęło ono czerwono i znikło. Ż a d e n  szanujący się meteoryt czy bolid   t a k   się nie zachowuje!

No, ale niech będzie, że to meteor. Z jakiego roju on pochodził? W opisywanym czasie promieniują dwa roje meteorytowe, pierwszy z nich to rój δ-Kancrydów promieniujących w dniach 13-21 stycznia z maksimum 16 stycznia, z punktu określonego współrzędnymi[6]: RA = 8h24m i DEC = +20o (dla epoki 1950,0), których meteory poruszają się z Vg = 28 km/s w stosunku do naszej planety; drugi to rój Komaberenicydów, które spadają w dniach 12 grudnia - 23 stycznia z punktu o współrzędnych: RA = 11h39m54s i DEC = +25o, które pędzą z ogromną Vg = 65 km/s! Wprawdzie δ-Kancrydy skończyły się jakieś dwa dni przed obserwacją, ale możemy założyć, że mógł to być jakiś maruder, który leciał za głównym potokiem meteorów i wpadł w pole przyciągania Ziemi. Resztę znamy. Obydwa radianty znajdują się na północnej hemisferze nieba, a zatem mogą ostrzeliwać północną półkulę Ziemi. Nie mogą zatem lecieć z południa na północ. To pewnik. Poza tym huk czy też turkot, który słyszeli świadkowie nie mógł pochodzić od eksplozji meteoru, bowiem w tym przypadku musieliby ją ujrzeć, a tego nie widziano. NB, huk tej eksplozji dobiegł świadków ze wschodu, a nie północy - gdzie bolid znikł.

A zatem nie mogło to być zjawisko naturalne.

105

Tzw. Meteoryt Jerzmanowicki stanowi jedną z największych zagadek, z jaką się zetknąłem. Badali ja astronomowie-profesjonaliści i astronomowie-miłośnicy oraz meteorytolodzy, którzy nie mogli dojść do ładu z tym problemem i roboczo założyli, że był to meteoryt elektrofoniczny. Na sprawie też połamali sobie zęby wojskowi. Rzecz w tym, że nie mogąc sobie dać rady z zagadką - bo jak nazwać to inaczej? - uczeni zaklasyfikowali Meteoryt Jerzmanowicki jako meteoryt i na tym koniec.

A co się tam stało naprawdę?

Jerzmanowice, to wieś położona w gminie Przeginia, w odległości 19 km na północny-zachód od Krakowa w stronę Olkusza. Można tam łatwo dojechać drogą krajową nr 94 [E-40] - przebiegającą tutaj pomiędzy Ojcowskim Parkiem Narodowym a rezerwatem Dolinki Krakowskie. Nie są to Tatry czy Beskidy, ale Jura Krakowsko - Wieluńska, kraina niezwykłych białych skał wapiennych, pamiętających okres Jury (J1-2), a zatem mające za sobą od 208 do 144 mln lat istnienia...

14 stycznia 1993 roku, około godziny 19:00 wielu mieszkańców Jerzmanowic i okolicznych miejscowości ujrzało coś, co wyrżnęło w szczyt ostańca skalnego zwanego tutaj Babią Górą, i rozwaliło go na strzępy w postaci niewielkich białych kamieni, które zasłały okoliczne pola w promieniu kilkuset metrów - pole rozlotu odłamków miało kształt elipsy o dłuższej osi równej 700 m! Uczeni obliczyli, że taki efekt niszczący można było osiągnąć detonując 80-100 kg TNT!

Poszukiwania meteorytu spełzły na niczym. Nie znaleziono nawet pyłu po meteorycie. Dopiero badania próbek śniegu przy pomocy mikroskopów elektronowych ujawniło jakieś mikrocząstki metalu, które różniły się dość znacznie od typowych pyłów przemysłowych i składały się z aliażu 90% Al. : 10% Fe. Nie było śladu potasu i krzemu, a zatem nie były to pyły ziemskiego, poprzemysłowego pochodzenia.

I tutaj pierwsza sensacja - otóż   w s z y s c y   świadkowie - a było ich wielu z miejsc położonych od kilkunastu metrów do 66 km od miejsca impaktu - twierdzą, że widzieli przelot i upadek ognistej kuli na szczyt Babiej Góry, zaś badanie wykonane przez krakowskich astronomów i innych specjalistów udowadnia coś przeciwnego: ŻADNEGO METEORYTU NIE BYŁO!!!

Według ich orzeczenia było coś innego, uderzenia dwóch wyładowań atmosferycznych, co zarejestrowało Obserwatorium Geofizyczne UJ w Ojcowie: pierwsze z nich o godzinie 18:58.54, zaś drugie o 19:00.17! Zeznania świadków umiejscawiają w czasie impakt Meteorytu Jerzmanowickiego na godzinę 18:55 - a zatem niemal 3-5 minut przed uderzeniami wyładowań. Uczeni zbadali sejsmogramy powstałe pomiędzy godzinami 18:30 a 19:30 i nie stwierdzono żadnych wstrząsów poza dwoma już tutaj wymienionymi...

Hipoteza meteorytowa zakłada, że było to małe ciało o masie ok. 2 kg lecące z prędkością 3,5 km/s - jak to było m.in. w przypadku Meteorytu Pułtuskiego (spadł w 1868 roku), Sterlitamak (1990) czy Mbale (1992), Sichote-Aliń (1947) czy Přibram. W literaturze meteorytycznej   n i e   m a   czegoś takiego, co przypominałoby impakt Meteorytu Jerzmanowickiego!

Ciekawym jest to, że na około 15 minut przed impaktem, czyli o godzinie 18:40, nad lotniskiem Kraków-Balice widziano lecący na wysokości około 1.400 m piorun kulisty. Być może to on, jak twierdzą autorzy raportów - spowodował eksplozję w Jerzmanowicach...

Astronomowie: T. Ściężor i J. Płeszka w swym raporcie nadmieniają, że ów meteoryt mógł być ciałem towarzyszącym asteroidzie 6344 P-L, która w dniu 14 stycznia 1993 roku była w perygeum. Pisze o tym także K. Włodarczyk.

Istnieje możliwość, że był to meteoryt z roju δ-Kancryd lub Komaberenicydów. Powołani autorzy podają jeszcze trzeci potok meteorytowy α-Lynxidów, który pozostaje w związku z kometą z 1533 roku - jednakże ten rój jest już jedynie fotograficznym i jego świetność dawno przeminęła, ale być może na pożegnanie przesłał nam on fajerwerk!...

„Wydarzenie Jerzmanowickie” - bo tak nazwali je astronomowie - idealnie wpisuje się w schemat „gwiezdnych wojen bogów”, o których pisali m.in. Aleksander Mora, dr Miloš Jesenský czy  Jan Krzyściak w swych pracach. Jest oczywistym, że teoria ta - potwornego w swych skutkach konfliktu zbrojnego w łonie Supercywilizacji, która nas poprzedzała 12.000 lat temu - tłumaczy wiele, jeżeli nie wszystko. Wydarzenie to jest podobne do spadku Tunguskiego Ciała Kosmicznego w dniu 30 czerwca 1908 roku. Mieszkańcy Jerzmanowic mieli szczęście - dużo szczęścia![7]

Wróćmy jednak do Beskidów i Tatr. Chciałbym teraz zapoznać Czytelników z tym, co zaobserwowano nad naszymi górami w ciągu ostatnich kilku lat, jednakże zacznę od wydarzenia, które miało miejsce wiele lat temu...

106

... a którego bohaterem jest mój australijski kuzyn, lek. med. dr B.M. (dane personalne zastrzeżone) i nasz wspólny kolega szkolny M. Ch. z Toporzyska k./Jordanowa. Obaj - wtedy jeszcze nastoletni chłopcy - przebywali na letnisku w Toporzysku w lipcu i sierpniu 1966 roku.

Pewnego sierpniowego wieczoru obaj chłopcy paśli krowy na łące przy rzece Skawie, tuż przy torach kolejowych. Miejsce to ma otwarty widok na południe, na masyw Góry Ludwiki i na przysiółek Targoszówka. Słońce chowało się już za Cioska i Hyćkową Górą, a zatem była godzina około 18:30, kiedy nad Targoszówką pojawiło się   t o .   T o   było pomarańczowo-czerwoną kulą wiszącą nad Targoszówką i „świecącą jak Słońce na zachodzie” przez około 30 minut. Po zachodzie Słońca, ta dziwna kula też znikła...

Wydarzenie to utkwiło obu świadkom w pamięci z tego względu, że wyraźnie odróżniali zachodzące Słońce od „fałszywego słońca”, które wisiało w zupełnie innym kierunku.

NB, z Targoszówką wiążą się dwie inne obserwacje BOL w latach 1996 i 1997, dokonane przez tam zamieszkałych pp. J. i F. B., którzy przeżyli tam CE5 w trakcie którego otrzymali oni telepatyczny przekaz dotyczący losów Polski i świata. To CE5 miało miejsce w nocy i były to czarne, trójkątne obiekty z jaskrawobłękitnymi światłami, skierowanymi bezpośrednio w dół. Ich lot był bezgłośny i z ludźmi ich załogi porozumiewały się telepatycznie.

107

Następna obserwacja typu NL została zarejestrowana przez naszego kolegę z MCBUFOiZA Marcina Mioduszewskiego  z Krakowa. Wydarzenie to miało miejsce w sierpniu 1995 roku, w miejscowości Poręba Wielka k./Mszany Dolnej, na terenie Gorców.

Około godziny 22:00 Marcin zauważył na wysokości około 60o nad SW horyzontem formację trzech pomarańczowych świateł w kształcie trójkątów równobocznych, które poruszały się wysoko na niebie ku górze, i po około 10 sekundach znikły za chmurami. Nie były to samoloty, balony, rakiety czy inne produkty naszej cywilizacji. Formacja NOL-i miała kształt klucza. Pogoda w czasie obserwacji była dobra. Nie zaobserwowano żadnych działań ubocznych NOL-i na środowisko. Lot sprawiał wrażenie lotu pod orbitalnego, w atmosferze Ziemi. Świadek nie słyszał żadnego odgłosu pracy silników czy sonics boomu dobiegającego z kierunku lotu tych NOL-i.

108

Teraz przenieśmy się do Sieprawia, skąd w 1996 roku napłynął do JORDANOL-a meldunek o obserwacji „tańczących światełek” czy jak kto woli „iluminacji laserowej”.

Było to w czerwcu 1996 roku, wieczorem, pomiędzy godziną 23:45 a 23:50. świadkowie pp. A. i K. S.  (dane zastrzeżone), przez kilka minut obserwowali niezwykły „taniec” kwadratowych światełek koloru białego na czystym, lekko tylko przymglonym niebie, na AZ = 180-210o i H = 30-60o.

Obracające się światła przemierzały kilka razy wahadłowo z S na SW i z powrotem, a za którymś razem już nie wróciły - całość przypominała pracę urządzenia „Sky Rose” do iluminowania dyskotek, stacji benzynowych czy restauracji. Rzecz jednak w tym, że w pobliskich knajpach i dyskotekach takich urządzeń po prostu ... nie było! Całość przypomina to, o czym pisał swego czasu szef legnickiego „Kontaktu” Jarosław „Fox Mulder” Krzyżanowski w swym Projekcie Sudety. Podobne światła obserwowano w okolicach Śnieżki i wszyscy byli przekonani, że są to światła z dyskoteki w czeskim Harrahovie, zaś Czesi sądzili, że to były światła z Karpacza!... Prawda leżała pośrodku i okazało się, że „Sky Rose” nie mają ani polskie, ani czeskie dyskoteki w tej okolicy. NB, to właśnie obserwacje tych fenomenów dały nam podstawę do przypuszczenia, że Obcy prowadzili pomiary w środowisku naturalnym Polski i Republiki Czeskiej przed Megapowodzią w lipcu 1997 roku - co potem potwierdziły fakty. Ale czy tylko ta Megapowódź a. D. 1997 była powodem pojawienia się tych dziwnych świateł na niebie? Nie obserwowano kręgów na niebie w okresie poprzedzającym Megapowódź a. D. 2001, ale za to zaobserwowano nad Małopolską zmasowana aktywność NOO - o czym dalej.

A może te światła miały jakiś związek z wydarzeniami w Kosowie i Afganistanie?...

109

Następna obserwacja „tańczących świateł” miała miejsce w okolicach wsi Szymbark-Polanki k./Gorlic, gdzie w dniu 12 sierpnia 1996 roku, w godzinach 20:50-23:00 troje świadków: pani mgr J. K. oraz jej dzieci - córka M. K. i syn J. K. z Nowego Sącza oraz ich krewna M. K. (wszystkie dane personalne zastrzeżone) obserwowali ewolucje obiektu z 6-7 świetlistymi kulami na obwodzie, który poruszał się wahadłowo - to się zbliżał, to oddalał od świadków biwakujących nad jeziorkiem Morskie Oko (w Beskidzie Sądeckim), przez niemal trzy godziny. Po ich upływie, NL oddaliło się i już nie powróciło.

Kule pochodziły być może z urządzenia „Sky Rose”, ale... problem w tym, że w okolicy nie było lokalu, który dysponowałby takim urządzeniem do iluminacji laserowej!

110

Nowe Brzesko. Chociaż miejscowość ta nie leży w górach, a na przedprożu Płaskowyżu Proszowickiego, to zainteresowałem się nią ze względu na obiekty, które tam widziano, bo maja swe odpowiedniki w tych, które obserwowano nad naszymi górami - a zatem potwierdzaja tezę, że TATRY NIE SĄ W JAKIŚ SPOSÓB WYRÓŻNIONE... - wbrew temu, co sugerował TVN-owski duet pp. Müller-Trojanowski w programie Nie do wiary.

Świadek - pan Adam M. zaobserwował w dniu 22 grudnia 1996 roku, w godzinach 20:00-20:10 w ciągu około 10 sekund przelot pomarańczowego BOL-a, ciągnącego za sobą długi ogon - tak, że całość była podobna do komety koloru pomarańczowego, lecącej ze wschodu na zachód, o H = 20o nad horyzontem. Nie było żadnych efektów akustycznych czy wizualnych poza tutaj opisanymi. Być może był to meteor, ale gdyby tak było, to musiałby się on zamanifestować jeszcze innymi efektami, a tych nie było - ergo - to nie był meteor. A skoro tak, to mogło być właśnie UFO...

Jest jeszcze jedna możliwość - rakieta kosmiczna czy międzykontynentalna. Ale znów - wystrzelenie takiej rakiety w kierunku ze wschodu na zachód wymaga najpierw zniwelowania ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi, a potem rozpędzenia jej do prędkości VI - a to technicznie jest bardzo trudne i właściwie nie stosowane w kosmonautyce rosyjskiej.

111

Rok 1997 przyniósł nastepne obserwacje „tańczących światełek” na niebie - i tak w nocy 20/21 maja 1997 roku, w godzinach 21:30-22:30 owe tajemnicze światła polatywały nad drogą nr 28 na odcinku Jordanów - Rabka Zdrój.

Ewolucje tych świateł podziwiali mieszkańcy ul. Zakopiańskiej w Jordanowie i Naprawy: rodzina G., rodzina M. i pan M. M. oraz małżeństwo K. i  J. M. oraz także pan Z. C. - razem 11 osób.

Obiekt(y) latający w chmurach deszczowych był ciemny i jakby koloru granatowego, zaś światła były biało-żółte. Poruszał się wahadłowo nad drogą - powoli dryfując w kierunku Rabki. Sprawa została opisana przeze mnie na łamach Naszych Stron i dzięki temu zgłosili się następni świadkowie z terenu Jordanowa, którzy widzieli te światła. Rozmowy z nimi utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak może tutaj chodzić o światła z jakiejś dyskoteki w rejonie Raby Wyżnej - gdzie takie urządzenie zostało zamontowane. Pewność tego szacuję na 90%.

A teraz będzie o niezwykłych meteorach i meteorytach:

112a

Kolejnym NL przypominającym meteor czy meteoryt był obiekt zaobserwowany przez 14-letniego Damiana Wichra i jego ojca Stanisława Wichra w dniu 9 sierpnia 1997 roku, około godziny 21:13-21:14. W ciągu około 15 sekund obaj świadkowie ujrzeli najpierw silny rozbłysk, a następnie obiekt ciągnący za sobą czerwony warkocz, który zatoczywszy szeroki łuk znikł za górami na zachodnim horyzontem.

Pierwszy kontakt wzrokowy z tym NOL-em nastąpił na AZ = 315o i H = 30o. Analiza zdarzenia pozwala stwierdzić, że mógł to być meteor z roju ι-Akwaryd Południowych, promieniujących z miejsca o współrzędnych: RA = 22h13m12s i DEC = -14o47’ z częstotliwością 15/h i z Vg = 33,8 km/s. Możliwe zatem, że to był taki meteor...

112b

Prawdopodobnym meteorem był obiekt widziany w dniu 6 maja 2000 roku. A oto opis zdarzenia zamieszczony w Echu Jordanowa:

W dniu 13 maja 2000 roku, zostaliśmy powiadomieni przez mieszkańców m. Osielec (49041’N i 19042’E) o tym, że w dniu 6 maja 2000 roku, pomiędzy godziną 11:00 - 12:00 GMT zaobserwowali oni przelot dziwnego, świecącego, nieznanego obiektu latającego.

W dniach 16 i 17 maja 2000 roku, przeprowadziliśmy z mieszkańcami m. Osielec wywiad-ustalenie na tą okoliczność, w trakcie którego ustalono, co następuje:

v      NOL miał kształt kuli o średnicy nieco mniejszej od Księżyca w pełni. Za kulą ciągnęła się smuga gazów o długości około 3 średnic Księżyca w pełni;

v      NOL poruszał się ruchem jednostajnym z prędkością, którą świadkowie ocenili na nieco większą, niż prędkość przesuwania się po niebie samolotu pasażerskiego z napędem odrzutowym;

v      Wysokość lotu NOL-a świadkowie ocenili na H = 450 nad horyzontem;

v      NOL wydzielał silne białe - lub jak określiły to dzieci - tęczowe światło. Świadkowie, którzy widzieli NOL-a z większej odległości określili jego światło na jasnożółte;

v      W czasie lotu NOL-a świadkowie nie słyszeli żadnych nietypowych dźwięków, także po przelocie nie słyszeli żadnych odgłosów. Jeden z mężczyzn o przytłumionym słuchu twierdził, że w czasie lotu tego NOL-a słyszał w głowie potężny huk - czyżby było to zjawisko bolidu elektrofonicznego???...

v      NOL pojawił się na AZ = 00 i zniknął na AZ = 1800, za stokiem góry Łysa Góra Kamieniołom, w kierunku wsi Bystra i Sidzina;

v      Całe zjawisko nie trwało dłużej, niż 10 sekund.

W dniu 17 maja 2000 roku, przeprowadziliśmy dodatkowe rozpytanie 2 świadków, którzy widzieli tego samego NOL-a z Rynku w Jordanowie (49039’N i 19050’E). Ich relacje potwierdzają spostrzeżenia Świadków z m. Osielec.

Wszyscy świadkowie wykluczają możliwość zaobserwowania samolotu czy innego ziemskiego pojazdu powietrznego.

WNIOSKI:

W świetle znanych nam faktów można przypuszczać, że ów NOL był meteorytem z jednego z aktualnie promieniujących rojów: Skorpidów, Akwarydów, Lirydów, Wirginidów czy Bootydów, który wpadł w atmosferę Ziemi i spadł lub eksplodował nad Republiką Czeską. Wnioskujemy o uznanie tego obiektu za IFO, a także za przekazaniem powyższej informacji astronomom z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Dr Stanisław Buda
 i
nż. Robert K. Leśniakiewicz
34-746 Osielec 221                                                                           
 ul. Mickiewicza 53
34-240 Jordanów

Meldunek ten został wysłany do Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Tak myśleliśmy wtedy, bo teraz nie jesteśmy tego tacy pewni, bowiem okazało się, że ów „bolid” leciał co najmniej w dwóch kierunkach - z zachodu na wschód - jak widziano go nad Dolnym Śląskiem i Opolszczyzną, i z północy na południe, jak widziano go nad Górnym Śląskiem i Małopolską... A zatem, jak twierdzi Bronisław Rzepecki - który badał wszystkie dostępne relacje o tym zjawisku -  albo były tam   d w a   bolidy, albo  j e d e n , który zmienił trajektorię skręcając gwałtownie o 90o w prawo - na południe - i wleciał nad Republikę Czeską, gdzie eksplodował... Trzecim wyjściem jest tylko UFO w klasycznym tego słowa znaczeniu!

Następny tego rodzaju przypadek zdarzył się w rok później:

112c

... a stało się to w rocznicę spadku Meteorytu Tunguskiego, 30 czerwca 2001 roku, we wczesnych godzinach rannych. A oto relacja dla Nieznanego Świata:

Czasami zdarzają się takie dni, w których w nasze życie wtargnie coś niezwykłego, co zmienia je na czas dłuższy, albo nawet do jego końca. Dzień, w którym zjawia się żyrafa, a my patrząc na nią mówimy do siebie: „Nie, przecież to jest niemożliwe!”

Taki „dzień żyrafy” wydarzył się w te wakacje. 30 czerwca 2001 roku, o godzinie 05:30 CW (03:30 GMT), kiedy to 19-letni mieszkaniec miejscowości Skomielna Biała - pan Andrzej B. wybrał się do lasu porastającego zachodnie stoki Lubonia na grzyby. Kiedy był już w lesie, usłyszał nad głową dziwny gwizd - jakby przelatującego odrzutowca - i po chwili coś, tnąc po drodze gałęzie świerków, wbiło się w ściołę w odległości 15-20 metrów od struchlałego młodzieńca. Andrzej podszedł bliżej i ku swemu niebotycznemu zdumieniu ujrzał wbity w ziemię niemal 6-kilogramowy blok lodu o dziwnym, czerwonawym zabarwieniu. Stało się to w okolicy punktu opisanego współrzędnymi: 49o39’ N i 19o57’ E - patrz mapka. Oczywiście  zapakował znalezisko do plecaka i przyniósł do domu.

Oczywiście powiadomiono o wszystkim redakcję tygodnika „Nasze Strony” i krakowski OTV. Bryła została sfilmowana przez ekipę z TVP Kraków i migawki zostały wyemitowane w dniu 1 lipca 2001 roku w dwóch wydaniach „Kroniki” krakowskiej TV. Informacja o spadku niezwykłego meteorytu była wyemitowana na stronach telegazety TVP Kraków przez cały dzień 2 lipca br. Rezultatem tego był reportaż pt. „Prosto z nieba” zamieszczony w numerze 27(377),2001 z dnia 8 lipca 2001 roku, autorstwa Roberta Miśkowca i Pawła Góreckiego. Autorzy opisali perypetie, jakich doznali próbując odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie było i skąd się wzięła bryła zmrożonej solanki w środku lata w beskidzkim lesie?! Pozwolę sobie streścić ich przygody i zacytować niektóre wypowiedzi, bo są tego warte!

Redaktorzy „Naszych Stron” zrazu zadzwonili do zakopiańskiego IMGW do Michała Furmanka, który orzekł, że niemożliwe jest, by lodowe gradziny osiągały tak ogromne rozmiary. Wysunął on przypuszczenie, ze najprawdopodobniej bryła lodu pochodzi z... samolotowej lodówki, którą ktoś czyścił lecąc nad Beskidem Wyspowym.

Kolejny telefon redaktorzy „Naszych Stron” wykonali do Instytutu Astronomii Obserwatorium Astronomicznego UJ w Krakowie. Telefon odebrał... portier, który stwierdził w rozmowie, że nie połączy ich z żadnym z naukowców, bo nikt nie będzie kładł na szalę swego autorytetu, wypowiadając się na temat takiego zjawiska, którego nikt nie zbadał, ani nie dotknął. (!!!) I dalej - cytuję po literkach - Mamy sporo takich dziwnych telefonów. O UFO i tym podobnych zjawiskach. Instytut nie zajmuje się takimi sprawami. Poza tym lód by na Ziemię nie doleciał, bo by się spalił w atmosferze - zapewnił ich portier, osoba uważająca siebie za nader kompetentną.

Adiunkt Nadleśnictwa Nowy Targ mgr inż. Andrzej Głodkiewicz stwierdził, że nie jest możliwe utrzymanie się na drzewie takiej bryły lodu z zimy, nawet gdyby znajdował się on w jakiejś dziupli. Bryłę lodu można w lesie znaleźć, ale tylko i wyłącznie pod grubą warstwą trocin w lodowni, w której przechowuje się siewki, nasiona, owoce leśne, itp.

Następną osobą był dyrektor Obserwatorium Astronomicznego na Suchorze w Gorcach, prof. dr hab. Jerzy M. Kreiner z Katedry Astronomii WSP Kraków. Oto jego wypowiedź dla „Naszych Stron”:

W pobliżu Ziemi krąży wiele bolidów, w tym również lodowych. Jest jednak bardzo mała szansa, żeby taki obiekt - jak ten spod Lubonia - dotarł na powierzchnię Ziemi z Kosmosu. Przelatując przez kilkadziesiąt co najmniej kilometrów atmosfery, stopiłby się wskutek gorąca wywołanego tarciem. A jaka była temperatura bryły w chwili jej znalezienia? Była chłodna - to macie odpowiedź: kosmiczne pochodzenie jest wykluczone. Poza tym, czy lód w bryle zmieszany był z kawałkami skał? - Nie - To też wyklucza przypuszczenie, że mógł to być bolid, meteor. Lodowe bolidy, które znamy, są zbite z lodu i kawałków skał.

W porcie lotniczym im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach wykluczono hipotezę o tym, że mógł to być lód z samolotu.

Krakowski meteorolog pracujący onegdaj dla LOT-u, pan Jan Adamski stwierdził, że to są jednak ogromne gradziny:

To normalne zjawisko spotykane w Europie południowej, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji. W chmurach burzowych dochodzi do kumulacji cząsteczek wody wokół jąder [kondensacji]. Tworzą się gradziny, które znamy jako grad. Oczywiście grad w porównaniu z bryłą spod Lubonia, to drobnica. Proszę jednak pamiętać, że już w samej chmurze burzowej gradziny ulegają rozbiciu, obijają się przecież. Wszystko się tam kotłuje. Opady kilkukilogramowych brył lodu, znane z południowej Europy, to 10-20 brył o wadze 5-7 kg. Dlaczego w ogóle dochodzi do tego, że bryły lecące z wysokości 10.000 m dolatują, skoro powinny się rozpadać w drobne gradziny - tego nie wiemy. O tym, co się dzieje we wnętrzu chmur burzowych praktycznie nic nie wiemy - z prostego powodu: każdy, kto próbował wlecieć i obserwować chmurę burzową od środka, kończył na cmentarzu.

Oczywiście, że z samolotów zrzuca się substancje ciekłe - nie z lodówek, tylko z toalet. Mało jednak prawdopodobne, by doszło do zestalenia się takiego „aerozolu” w masywną bryłę. No i pasy dróg lotniczych biegną bliżej Babiej Góry, w okolicach Policy i Jabłonki.

Artykuł kończy się ubolewaniem, że nikt nie potraktował serio tego niezwykłego znaleziska i pan Jan B. schował je w zamrażarce. Być może ktoś poprowadzi badania dalej...

I tyle mądrości objawionej specjalistów. Piszę te słowa nie bez przekąsu, bo zrozumiałem to, dlaczego w naszym kraju jest taki bałagan, skoro to cieć decyduje o tym, kogo ma z kim połączyć, a kogo nie! Po przeczytaniu tego akapitu w relacji reporterów „Naszych Stron” ogarnęła mnie zgroza. Uważam to za skandal i winni tego skandalu powinni pożegnać się z profesurami i stopniami naukowymi, bo dla mnie reprezentują oni poziom intelektu dokładnie równym z poziomem owego „kompetentnego” ciecia... Teraz nie dziwię się, że polscy naukowcy odnoszą sukcesy tylko za granicą, w kraju nie mają najmniejszych szans rozwinąć skrzydeł, bo im są one skutecznie podcinane przez zmamuciałych i sprykowaciałych kolegów, którzy już dawno powinni być na emeryturze!

Prof. Kreiner zachowuje się tak, jakby w życiu nie słyszał o zjawisku ablacji - dzięki któremu możliwe są powroty ziemskich statków kosmicznych na Ziemię, nie mówiąc już o tzw. „korytarzach wejścia” w ziemską atmosferę, które zawierają się w przedziale 10-20o. Co oznacza, że ciało, które wejdzie w atmosferę pod kątem mniejszym od 10o zostanie odbite od niej w przestrzeń kosmiczną, zaś pod kątem większym od 20o - spłonie w atmosferze. Dla mnie jest to oczywiste, że duży meteoryt lodowy z zawiesinami z pyły kosmicznego wszedł w atmosferę pod kątem zawartym w przedziale <10o-20o>. Wskutek zjawiska ablacji część lodu odparowała i uchroniła tym sposobem niewielki ułamek masy meteorytu - około 10% - który spadł Andrzejowi B. niemal pod nogi... Dlatego też jego pierwotną masę możemy ocenić na jakieś 60-100 kg.

Spadek lodowych brył miał istotnie miejsce w styczniu 2000 roku i jak podawały media w dniu 12 stycznia 2000 roku na belgijskie Liége spadła lodowa kula, cuchnąca amoniakiem. Oczywiście posądzono o to jakiś samolot, który pozbył się nieczystości z WC...

20 stycznia na okolice Toledo, w miejscowościach Tocina, Alcudia i Aunion z jasnego nieba spadło około 60 brył lodu. Największa z nich miała masę 10 kg.

25 stycznia dwa lodowe pociski spadły na włoskie Treviso.

27 stycznia na Treviso, Bolonię, Mediolan, Wenecję i inne miejscowości północnych i środkowych Włoch spada lawina lodowych brył, z których największe mają masę 5-7 kg! Wydarzenia te wiązałem wtedy z przejściem w pobliżu Ziemi Komety Milenijnej - C/1999S4(LINEAR), która sprawiła nam taki zawód, jak sławetna kometa C/1973E1(Kohoutek) w 1974 roku... Teraz przez Układ Słoneczny przechodziła kolejna kometa oznaczona jako C/2001A2(LINEAR), więc wydarzenie ze Skomielnej Białej można było skojarzyć z jej pojawieniem się na niebie. Można ją było obserwować w pierwszej dekadzie lipca w konstelacjach Wieloryba, Ryb i Pegaza, gdzie jej jasność była na granicy widzialności okiem nieuzbrojonym. Nawiasem mówiąc wstrząsająca tragedia rosyjskiego samolotu pasażerskiego Tu-154, który w dniu 3 lipca 2001 roku rozbił się pod Irkuckiem, wskutek czego 150 osób poniosło śmierć na miejscu mogła tez być spowodowana uderzeniem takiej lodowej „piguły”, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata”...

Nie bez znaczenia jest jeszcze jeden przedziwny fakt - otóż meteoryt Skomielna Biała spadł dokładnie w... 93 rocznicę spadku słynnego Meteorytu Tunguskiego, którego pochodzenie, skład chemiczny i mechanizm potwornej eksplozji, z jaką skończył swój żywot nad tajgą są kompletną tajemnicą!

Tyle wiedziałem do dnia 5 lipca.

6 lipca 2001 roku, pojechałem wraz z Majką i Danielem Wójtowiczami do Skomielnej Białej, by dowiedzieć się czegoś więcej u samego źródła. Dwa dni wcześniej rozpytywałem ludzi zamieszkałych w pobliżu miejsca impaktu, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, nawet nie potrafiono wskazać mi jego miejsca. Mówiono o tym, że meteoryt uderzył nie w stok Lubonia, ale Zbójeckiej Góry, tuż przy drodze numer 7 - „zakopiance”, niedaleko motelu i przekaźnika telefonii komórkowej. Udało mi się w końcu dotrzeć do pana Andrzeja B., który potwierdził wersję wypadków podaną już w prasie i TV. Wykonałem kilka zdjęć i zapis wideo - widać na nich wyraźnie, że meteoryt ma kształt aerodynamiczny - jakby kropli wody, a jego boki są wygładzone pędem powietrza. Jednolita barwa meteoru w pewnym miejscu staje się ciemniejsza - jakby znajdował się tam jakiś wrostek z czarniawego osadu czy innego barwnika. Wykonałem także pomiary radioaktywności - bo tego obawiali się p. B. - i stwierdziłem, że meteoryt wypromieniowywał tylko 0,014 µSv/h, podczas, kiedy tło radioaktywne gruntu trzymało się w granicach 0,016 - 0,018 µSv/h promieniowania β i γ.   W rozmowie ze świadkiem udało mi się tylko uściślić miejsce impaktu, które wskazałem strzałką na mapce. Najgorsze było w tym wszystkim to, że ci ludzie nie wiedzieli, co począć z tym fantem. Mówiło się o wysłaniu tego meteorytu do AGH w Krakowie, bądź na UJ, gdzie ktoś wykonałby analizę. Najgorsze także było to, że ktoś z Krakowa postraszył tych ludzi, że to oni będą musieli zapłacić niebagatelne pieniądze za wykonanie analizy!!!  - co uważam (i nie tylko ja) za przejaw kompletnej paranoi. W ten sposób można było stracić cenny dla nauki meteoryt. Wyglądało na to, że w Krakowie nikt tym nie chciał się zająć na poważnie, a mnie diabli brali, bo najchętniej zatelefonowałbym do mojego znajomego z tokijskiej telewizji NHK. Dla Japończyków zrobić reportaż z Polski o kawałku głowy komety, to pestka. I z całą pewnością wyłożyliby każde pieniądze na analizy... W takich przypadkach NHK jest sponsorowana przez NASDA[8], a wszystkie tego rodzaju artefakty są przewożone do Ośrodka Badań Kosmicznych NASDA w Kagoshima.

W rozterce i nie wiedząc, co robić zatelefonowałem do Roberta Bernatowicza i powiadomiłem go o tej sprawie. Niestety - był dokładnie w takiej samej sytuacji, jak ja i niczego mi nie mógł poradzić. Potem wykonałem telefon do Andrzeja Kotowieckiego znanego cieszyńskiego meteorytologa. On także nic nie mógł poradzić - a problemem było wykonanie analizy, do czego potrzebne jest laboratorium... Napisałem list do następnego meteorytologa-amatora pana Romana Rzepki z Giżycka, w którym przesłałem mu materiały prasowe dotyczące tego incydentu. Dopiero udało mi się przełamać impas w telefonicznej rozmowie z prof. dr hab. Bogdanem Rompoltem z Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, którego bardzo zainteresowała ta sprawa. Jego opinia, po zreferowaniu mu faktów, była jednoznaczna - mamy do czynienia z głęboko zamrożonym lodem kometarnym, pochodzącym z jądra głowy komety lub z mikro-komety, która rozpadła się gdzieś w atmosferze nad Beskidami... To właśnie dzięki takim mikro-kometom powstają tajemnicze „pearl clouds” - perłowe obłoki, które są skutkami eksplozji tego rodzaju ciał niebieskich na wysokości 25 km nad Ziemią. Próbki tego dziwnego, czerwonawo-pomarańczowego czy też brzoskwiniowego w kolorze, lodu zostaną zbadane w laboratorium IAUW. Ta instytucja była mi znana z ubiegłego roku, kiedy to Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych przesłało jej materiały dotyczące obserwacji spadku Meteorytu Beskidy - patrz zdjęcie - w dniu 6 maja 2000 roku, a który to meteoryt był widziany w pasie województw południowych, jak leciał nad Polską i eksplodował nad Republiką Czeską, siejąc wokół odłamkami, jak szrapnel.

Czy takie rzeczy, jak rozpad jąder kometarnych są możliwe? Oczywiście, że tak. Doskonale ilustruje to załączona sekwencja zdjęć otrzymanych ze Słowacji, a które przedstawiają częściowy rozpad głowy komety P/Hale-Boppa. Te dwa obiekty oznaczone na zdjęciach jako UNK-1 i UNK-2 to właśnie są one takimi odłamkami. To właśnie one spowodowały członków sekty „Heaven’s Gate” do popełnienia zbiorowego samobójstwa, bowiem jej członkowie wzięli je za UFO...

W dniu 7 lipca zatelefonował do mnie Andrzej Kotowiecki, który powiadomił mnie, że wysłał e-maile do uczonych z Krakowa i Warszawy, którzy zainteresują się tym meteorytem i dokonają odpowiednich badań.

Mnie natomiast zainteresowała dziwna zbieżność czasoprzestrzenna dwóch - tak na pozór odległych od siebie - wydarzeń. No bo spójrz Czytelniku: w dniu 30 czerwca, tyle, że 1908 roku - na tajgę syberyjską spadł Meteoryt Tunguski, który spustoszył ją straszliwie. Miało to miejsce o godzinie 00h17m11s GMT.  Meteoryt Skomielna Biała spadł około godziny 03h30m GMT - a zatem różnica wynosi tylko trzy godziny z kilkoma minutami. I dalej: Meteoryt Tunguski spadł na 60o55’ szerokości geograficznej północnej, zaś Meteoryt Skomielna Biała spadł na 49o39’ szerokości geograficznej północnej - co stanowi różnicę tylko około jedenastu stopni. To nie jest dużo - biorąc pod uwagę dzielący te wydarzenia dystans 93 lat!... Wydaje się zatem, że hipoteza stawiająca na kometarne pochodzenie Meteorytu Tunguskiego zyskała kolejny punkt!

Jak widać, to nie było UFO, lecz rzadkie bo rzadkie, ale naturalne zjawisko przyrody, które w naszym świecie stanowi pewną anomalię. Czy zmienia to w jakiś sposób atrakcyjność i sensacyjność tego wydarzenia? Bynajmniej! Jest to 42 meteoryt, którego lot ku ziemi obserwowano w naszym kraju.[9]

Pozostaje nam tylko czekać na wyniki badań Meteorytu Skomielna Biała. Mam nadzieję, że jeżeli nawet okaże się on „tylko” zamarzniętym fragmentem głowy kometarnej, to i tak pomoże on nam dowiedzieć się więcej na temat pochodzenia komet w Układzie Słonecznym i o jego historii. Patrząc i dotykając ten kawał dziwnej materii odczułem zdziwienie - że to jest takie ładne, niedowierzanie i zarazem fascynację - że to przybyło z Kosmosu, tak jak kiedyś, w mym dzieciństwie, kiedy to po raz pierwszy pokazano w naszej czarno-białej TV  film zrobiony z przekazanych przez Rangera 9 zdjęć Srebrnego Globu w rejonie krateru Alphonse... Ktoś w TV wpadł na cudowny - moim zdaniem - pomysł, by jako podkład dźwiękowy wstawić „Symfonię z Nowego Świata” Antonina Dvořaka. Nie mógł trafić lepiej. A teraz, po tylu latach trzymałem w ręku słony i zimny okruch spoza tego świata, który znam, i znów w uszach zabrzmiała mi niepokojąca muzyka arcydzieła czeskiego kompozytora... I pomimo trzydziestostopniowego upału poczułem nagły wiew chłodu czarnej pustki, w której ten kawał zamrożonej solanki przemierzał miliardy miliardów kilometrów w chłodzie niemal Zera Absolutnego aphelium i żarze palących promieni słonecznych w peryhelium, przez setki czy nawet setki tysięcy cykli, kiedy jeszcze Wszechświat był młody, a Ziemia dopiero formowała się z dysku akrecyjnego Słońca... I to była mocna rzecz!

W następnym wydaniu „Naszych Stron” z dnia 12 lipca 2001 roku, jego reporter w artykule „Bryła z... soli?” sugeruje, że nie był to żaden meteoryt, a tzw. lizawka dla zwierząt. Pisze on tak:

Tymczasem rozwiązanie zagadki pochodzenia bryły jest być może bardzo proste i bardzo... bliskie. Do naszej redakcji zadzwonili właściciele hurtowni soli kłodawskiej „Magia” z Nowego targu - Andrzej Sięka i Marcin Gołębiowski: Przyjeżdżajcie do nas, chyba wiemy, co to jest - zapewniali nas przez telefon.

Nasz reporter udał się do hurtowni by to sprawdzić.

              - Po przeczytaniu artykułu byliśmy bardzo ciekawi, co to mogło być. Gdy dokładniej przypatrzyliśmy się bryle na zdjęciu byliśmy niemal pewni, że to kryształ soli - mówi Marcin Gołębiowski.

Rzeczywiście, bryła znaleziona w Skomielnej Białej, po dokładnym obejrzeniu okazała się kilkukilogramowym kryształem soli, tzw. „lizawką”. Zimny i mokry od deszczu kryształ soli do złudzenia przypomina bryłę lodu. Od właścicieli hurtowni dowiedzieliśmy się, że solne kryształy kupują m.in. bacowie wyrabiający oscypki, ale najczęściej zaopatrują się w niego myśliwi.

Postanowiliśmy pójść tym tropem i dowiedzieć się, czy rzeczywiście myśliwi rozmieścili lizawki w lesie pod Luboniem Wielkim w okolicach Skomielnej Białej. Skontaktowaliśmy się z działającym na tym terenie kołem łowieckim „Knieja” ze Skawy.

- Rzeczywiście, pod koniec maja kupiliśmy dużą ilość tych kryształów , które rozmieściliśmy także w lasach koło Skomielnej Białej [...] - wyjaśnił nam Michał Zapała z Raby Niżnej, łowczy koła „Knieja”.

Ale myśliwi zostawiają lizawki na zwalonych pniach drzew i na ziemi, nigdy nie na wysokościach

- Jestem pewien, że słyszałem huk uderzenia o ziemię - zapewnia Andrzej B.  - nie widziałem jednak, jak ta bryła spadała. [...]

Właściciele nowotarskiej hurtowni twierdzą, że ten rodzaj lizawki jest na Podhalu nowością.

- Spotykana do tej pory lizawka dla zwierząt była mniejsza i miała czarny kolor. Ta kolor ma lekko pomarańczowy i jest naturalnym kryształem soli. Ludzie tego jeszcze nie znają. Rozprowadzamy go na tym terenie dopiero od niedawna - twierdzi Andrzej Sięka.

Faktycznie, sól z Kłodawy ma lekko pomarańczowe zabarwienie i zawiera domieszkę soli potasowych - stąd lekko gorzki smak. Podobnego zdania jest także prof. Bogdan Rompolt. Czekajmy zatem na wyniki analizy...[10] Trochę szkoda, że nie było to UFO, czy tylko „anomalne zjawisko” - a lizawka (czy aby?), ale tak czy inaczej znowu dane mi było posmakować Nieznanego, poznać nowych ludzi nie bojących się szukać odpowiedzi na pytania i - niejako przy okazji - powrócić sercem do czasów, kiedy mój świat nie był tak skomplikowany, a problemem było tylko napisanie wypracowania czy rozwiązanie słupka równań pierwszego stopnia jako zadanie domowe...

A sprawa pozostaje nadal otwarta i bynajmniej nie jest wyjaśniona do końca. W dalszym ciągu  n i e   m a  odpowiedzi na kluczowe pytanie, co właściwie wystraszyło Andrzeja B. tak, że wziął za meteoryt pierwszy lepszy niezwykle wyglądający kamień, który najprawdopodobniej jednak był zawleczoną tam przez kogoś lizawką? Co to było? Samolot odrzutowy? - ale w takim razie dlaczego nikt nie słyszał go poza świadkiem? Meteoryt, który spadł gdzieś w pobliżu świadka? - tego też się nie da wykluczyć i prof. Rompolt sugeruje taką możliwość - w takim przypadku należałoby poszukać go w tym rejonie. A może to był jednak Nieznany Obiekt Latający? Odpowiedź być może znajdziemy w przyszłości.

To, że znaleziskiem zainteresowali się wrocławscy astronomowie pozwala mi żywić nadzieję, że są w Polsce ludzie, którzy nie boją się wyzwania i są nade wszystko   o t w a r c i   n a   n o w o ś ć   N i e z n a n e g o   - są gotowi badać nieznane fenomeny i nadstawić karku dla swych racji, nawet wtedy, kiedy ciemny i sprzedajny motłoch jest odmiennego zdania. I chwała im za to!...

Jordanów, dn. 2001-07-12

             

KONIEC

 

No właśnie, badania wykonane w Instytucie Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego wykazały, że jednak była to tylko... lizawka solna z soli kłodawskiej. Ale wbrew pozorom to wcale nie stanowi żadnego rozwiązania zagadki, bowiem coś leciało i coś wydzielało dziwny świszczący huk, jak silniki samolotu odrzutowego. Jak twierdzi prof. dr hab. Bogdan Rompolt - to „coś” tam wciąż jeszcze jest... - „i rośnie, i rośnie!...” - jak złowróżbnie dodaje moja siostra.

Tymczasem ciekawe wyjaśnienie podał astronom - amator z Giżycka mgr inż. Roman Rzepka, który stwierdził, że istnieje pewien rodzaj meteorów, który zachowuje się w nietypowy sposób, co objawia się m.in. wykonywaniem dziwnych ruchów w atmosferze, a co może wynikać z ich odmiennego od znanych nam meteorytów, składu chemicznego i budowy fizycznej. Hipoteza ta jest jak dotąd nie do zweryfikowania, bo żaden taki jeszcze nie wpadł uczonym w ręce - a jeżeli nawet, to i tak się o tym nie dowiemy, a to dlatego, że zmieniłoby to obraz świata lansowany przez współczesną naukę...

113

O ile poprzednie obiekty mogły być meteorami i meteorytami, o tyle ten obiekt, który obserwowała pani Irena W.  z Jordanowa na pewno nie był żadnym bolidem.

W dniu 30 maja 1998 roku, pomiędzy godziną 23:00 a 23:30 świadek obserwowała z okna swego domu przelot obiektu w kształcie trójkąta równoramiennego nad masywem Przykca, którego powierzchnia mieniła się kolorami żółtym, czerwonym i niebieskim. W jego rogach płonęły niebieskie, czerwone i żółte światła, z tym, że żółte świeciło się bez przerwy w dolnym rogu trójkąta.

Pani W. nie chciała budzić domowników, i powiadomiła ich o wszystkim dopiero w następnym dniu.

114

Obserwacja tego NOL-a i jego dziwnych ewolucji miała miejsce w Sieprawiu, a świadkiem była artystka-malarz mgr inż. architekt Ewa Masłowska. Wydarzenie to miało miejsce 17 września 1998 roku, w godzinach 21:00-21:20, przy czystym niebie i dobrze widocznych gwiazdach.

NL ukazał się na AZ = 315o i powoli przesuwał się na wschód, lecąc na H = 45o - zrazu było to białe światło o jasności -4m. W drugiej fazie tuż przy świetle ukazał się popielaty trójkąt, który był powoli „wsysany” do światła. Naraz przy białym świetle pojawiło się mniejsze koloru czerwonego i obydwa światła z ogromną prędkością - jak odrzutowce - oddaliły się na wschód.

Obserwacja jak obserwacja - słyszeliśmy o ciekawszych - ale ma ona swój smaczek, a to dlatego, że tego samego dnia w okolicach Myślenic toczyła się akcja poszukiwawczo - ratownicza za śmigłowcem Pogotowia ratunkowego z Krakowa. Poszukiwania trwały do dnia 22 września 1998 roku i uczestniczyły w nich helikoptery z JW. WOPK w Krakowie-Balicach. Nie znaleziono ani szczątków helikoptera, ani żartownisiów - bo rychło okazało się, że ów helikopter cały czas spoczywał w hangarze. Być może ów fałszywy alarm był czymś podobnym do incydentu z dnia 7-9 września 1985 roku, ze statkiem bandery szwedzkiej m/v „Cona” na Morzu Bałtyckim?[11]

Istnieje możliwość, że był to eksperyment (???) Obcych przeprowadzony w celu np. rozpoznania naszej sieci informacyjnej w sytuacjach kryzysowych czy katastrofalnych...

115

To wydarzenie miało miejsce w Pobiedniku Wielkim, niedaleko Aeroklubu Krakowskiego. Świadek - pan Adam M. zaobserwował dziwne czerwone i zielone światła, które wisiały w powietrzu wirując wokół wspólnej osi. Było to coś podobnego do iluminacji laserowej, ale z drugiej strony świadek czuł, że światełka należą do jakiegoś solidnego, ciemnego obiektu, który wisi gdzieś nad Krakowem. Było to wieczorem, dnia 27 października 1998 roku, około godziny 18:35. Na niebie lśniły ostro jesienne gwiazdy, a NOL leciał z zachodu na wschód powoli „wirując” światłami. Pan M. obserwował je przez czas dłuższy i jest stuprocentowo pewien, że nie był to samolot, balon czy helikopter.

116

I to już ostatni incydent z serii obserwacji NL, który wydarzył się na terenach PROJEKTU TATRY. W nocy 21/22 stycznia 1999 roku, w Jordanowie, około godziny 02:30 pan A. L. i jego córka mgr W. L. przez 10 sekund obserwowali przelot 4 NL w kształcie kul świecących pomarańczowym światłem.

Te BOL-e przeleciały nad zachodnimi rejonami Jordanowa na H = 30o i na AZ = 45o-270o, z lekkim odchyleniem na południe - w kierunku (znowu!!!) Targoszówki!

BOL-e świeciły pomarańczowym światłem, ale ich krawędzie były - według relacji świadków - „tęczowe”. Poruszały się stosunkowo wolno. Świadkowie sądzili, że były to po prostu samoloty komunikacyjne, które wystartowały z lotnisk krajowych ze względu na opadnięcie gęstych mgieł, które w tych dniach blokowały ruch lotniczy na terenie całego kraju, ale przeczył temu brak odgłosu pracujących silników i kulisty kształt świateł, zupełnie innych niż światła samolotów pasażerskich.

---oooOooo---

Odetchnijmy na chwilę od Nocnych Świateł i zajmijmy się przez chwilę innymi obiektami, które zaobserwowano nad terenami PROJEKTU TATRY, a których nie ma zbyt wiele. Zacznę od...

117

... obserwacji niezwykłego obiektu, który przez analogię do NL mógłby być nazwany Dziennym Światłem. Było to w dniu 30 czerwca 1958 roku, o godzinie 13:00 w Mszanie Dolnej.

Bohaterami tego wydarzenia są inż. lotnictwa R. R. i jego ojciec pan A. R., którzy przez 20 minut obserwowali na bezchmurnym niebie intensywnie świecący punkt o jasności powyżej -5m, a który wykonywał dziwaczne ewolucje niemal w zenicie Mszany Dolnej. Polegały one na okrążaniu w linii łamanej punktu zenitu. Prędkość NOL-a była niewielka, ale zwroty NOL-a były bardzo ostre, bez wyhamowania prędkości, z przyspieszeniem wynoszącym kilkaset g.

118

Klasyczny DD zaobserwował w dniu 2 maja 1994 roku szef Krakowskiego Oddziału MCBUFOiZA Marcin Mioduszewski. Miało to miejsce pomiędzy godziną 13:00 a 13:06 w Trzemeśni, przy doskonałej pogodzie i w obecności 2 świadków.

NOL w kształcie dwuwypukłego dysku z kopułką (model „klasyczny”) nadleciał z północnego-zachodu i poleciał w kierunku południowego-wschodu, na H = 40o nad horyzontem. Miał on wielkość Księżyca w pełni i miał kolor srebrzysto-aluminiowy. Ów DD leciał z niedużą prędkością i po 6 minutach znikł za horyzontem.

Godzi się tutaj wspomnieć, że niedaleko Trzemeśni znajduje się Diabli Kamień w Smykalni k./Szczyrzyca, z którym są związane legendy o diabłach, które harcują tam w bezksiężycowe noce i które w połowie XI wieku chciały zburzyć nim klasztor oo. Benedyktynów, a potem oo. Cystersów... W okolicach Diablego Kamienia znajdują się jeszcze dwa miejsca mieszkalno-sakralne: Klasztorzysko i Grodzisko, które zostały zniszczone przez Tatarów w 1225 roku, a które zostały założone już w 2000 roku przed Chrystusem przez ludność pomorsko-łużycką i celtycką. Jest to ogromne cmentarzysko kultowe i miejsce mocy, przez które przebiega linia Ley’a - co pokazałem w jednym z programów TVN z cyklu „Nie do wiary...”

Z miejscem tym są związane nie tylko legendy, ale także opowiada się tam o obserwacjach NOL-i ale - niestety - niczego ciekawego nie udało się dowiedzieć od miejscowych.

119

Obserwacja typu DD z Tatr, której dokonał mieszkaniec Gdyni - pan Piotr Siwek w dniu 16 września 1996 roku, miała miejsce na Czerwonych Wierchach z V piętra WDW „Kościelisko” w Kościelisku. Niebo było czyste i pogoda wspaniała. Około godziny 18:22, zza Przełęczy Mułowej - czyli pomiędzy Krzesanicą a Ciemniakiem, wypłynął owalny obiekt lśniący fluoryzującą żółcią. Świadek początkowo sądził, że to obłok, ale był on zbyt regularny, jak na obłok, i jego kolor był niezwykły. Poza tym ów „obłok” uniósł się nad szczyt Ciemniaka za wysokość około 30o nad horyzont, i po jakichś 8 minutach delikatnie spłynął w Dolinę Tomanową...

NOL pozostawił po sobie jasny - „świecący jak aureola” ślad - który rozwiał się w powietrzu. Świadek sądził, że wylądował on w Dolinie Tomanowej, ale nie ma co do tego absolutnej pewności.

120

Ten sam świadek cztery dni wcześniej - tj. 12 września 1997 roku - wybrał się klasycznym szlakiem wycieczkowym z Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów Polskich via Świstówka i w godzinach 13:30-16:24 wykonał on serię zdjęć - w załączeniu - na których można zauważyć dziwne „efekty świetlne” - niektóre z nich można wytłumaczyć od biedy efektami katadioptrycznymi - wielokrotnymi załamaniami i odbiciami światła w soczewkach układu optycznego jego kompaktowego aparatu fotograficznego, aliści nie na wszystkich, bo kilka z nich przedstawia zagadkową „mgiełkę”, która jest nad wyraz podobna do tajemniczych, mglistych postaci fotografowanych niejednokrotnie w okolicach cmentarzy czy w czasie eksperymentów spirytystycznych.

Zdjęcia wykonane w Tatrach przez pana Piotra Siwka w dniu 12 września 1997 roku maja błąd katadioptryczny w postaci jasnego kręgu w narożnikach kadru - patrz zdj. nr 1-4.

Zdjęcie nr 5 jest kompletną zagadką, boż kim czy też czym jest zagadkowy mglisty słup przesłaniający częściowo próg stawiarski Doliny Roztoki i wodospad Siklawa?

Trudno właściwie powiedzieć, co właściwie uchwycono na tym zdjęciu. Może to emanacja energii życiowej tych, którzy stracili życie w okolicy tego miejsca, albo  to Obcy, którzy w niewidzialnej postaci obserwują Tatry i wszystkie żywe istoty w nich żyjące?... A może to oni przygotowali operację porwania czterech turystów z Pułtuska, która to operacja zakończyła się pełnym sukcesem w dwa lata później? Takiej możliwości też nie możemy odrzucić...

---oooOooo---

I wreszcie dochodzimy do ostatniej kategorii obiektów zaobserwowanych nad terenami PROJEKTU TATRY - są to Nieznane Obiekty Orbitalne - NOO albo w międzynarodowej nomenklaturze - Unknown Orbiting Objects - UOOs. Jak już pisałem, NOO są pozostałościami po wielkim konflikcie bogów, który rozegrał się jakieś 15-12 tysięcy lat temu, co stało się m.in. przyczyną zatopienia kontynentu Atlantydy, Lanki i Mu... Teraz, kiedy mamy już dość materiału obserwacyjnego - wszak NOO są statystycznie najczęściej obserwowanymi UFO - pozwolę sobie stwierdzić, że nie wszystkie NOO są tymi pozostałościami - co więcej - te NOO wykonują na wokółziemskich orbitach jakieś ściśle określone misje - już to zwiadowcze, już to naukowo-badawcze, co doskonale tłumaczyłoby ich aktywność na kilka lat przed otwartą wojną pomiędzy NATO a Jugosławią i II Wojną Asasynów pomiędzy USA a talibańskimi terrorystami Usamy ben-Ladena w 2001 roku.

Stawiając sprawę ze strony statystyki, to opisane w tej pracy UFO możemy podzielić na:

 

Kategoria UFO

Ilość

Dysk

Kula

Gwiaz
da

Inne

DD/Obiekt Dzienny

3

2

 

1

 

RV

1

 

 

 

1

RV/NOO

1

 

 

1

 

NL

9

 

 

 

9

NL/BOL

2

 

2

 

 

NL/NOO

10

 

 

10

 

Razem

26

2

2

12

10

 

Te 11 przypadków obserwacji NOO podaję poniżej:

121

W dniu 1 kwietnia 1997 roku, o godzinie 19:49 CW (17:49 GMT) w Jordanowie udało mi się sfilmować głowę komety Hale-Boppa. W pewnym momencie w wizjerze ujrzałem przelatujący obiekt, który kilka razy rozbłysnął i zniknął z pola widzenia. Używałem kamery Panasonic typu NV-RX7EN z zoomem 20x. Wszystko trwało około 2 sekund. NOO migotał z częstotliwością około 1 Hz białym lub biało-żółtym światłem, i był on nieco ciemniejszy od odwzorowania głowy komety H-B, której sumaryczna jasność wynosiła wtedy około -1m. Jasność NOO musiała wynosić około +3m, przy zoomie 7x.

Nie mógł to być ptak czy inne nocne latające zwierzę. Nie był to także ani samolot, balon czy helikopter - byłoby widać więcej świateł. Osobiście podejrzewam, że ów NOO znajdował się na LEO, a zatem na wysokości >120 km nad Ziemią.

Film został pokazany w czasie IV Ogólnopolskiego Kongresu Ufologicznego w Gdyni, w czerwcu 1998 roku. W dyskusji nikt nie potrafił mi podać jakiegoś wyjaśnienia, mimo tego, że był tam kwiat ufologii polskiej!...

122

Następny incydent z NOO miał miejsce w nocy 22/23 sierpnia 1997 roku, pomiędzy godzinami 22 a 23:30 w Mszanie Dolnej. Bohaterką jest pani mgr A. B. (wszelkie dane zastrzeżone), która zaobserwowała przelot jakiegoś bardzo szybkiego ciała w kolorze pomarańczowym, które ciągnęło za sobą smugę znikającą po około 2 sekundach. Całość zjawiska trwała około 5 sekund, więc mógł to być jakiś meteor. Ów NL przemieszczał się z NE na SE na H = 70o - prostoliniowo.

Analiza zdarzenia wskazuje na to, że mógł to być meteor z roju ι-Akwarydów Południowych promieniujących w dniach od 14 lipca do 29 sierpnia z radiantu o współrzędnych RA = 22h36m i DEC = -5o lub ι-Akwarydów Północnych promieniujących z miejsca o koordynatach RA = 22h27m36s i DEC = -15o30z różnymi Vg zawierającymi się w przedziale od 22,8 do 42,3 km/s, z częstotliwością 20 błysków na godzinę. Mogły to być także meteory z rojów: δ-Akwarydy i α-Kaprikornidy.

Istnieje także możliwość, że był to jeden ze sztucznych satelitów Ziemi - zbudowany i wystrzelony na orbitę niekoniecznie po 1957 roku...

123

Powróćmy do Jordanowa. 16 października 1997 roku, 13-letnia uczennica z Jordanowa Małgorzata M. wraz z jej dwoma koleżankami - Ulą B. i Angeliką W. zaobserwowały w godzinach 18:36-18:27 NL w kształcie „gwiazdy z nieregularnym krzyżem”, która szybko przemieszczała się po niebie z SW na NE na H = 60o. Po chwili NL znikł, a w chwilę później na jego miejscu pojawiły się trzy gwiazdy, ustawione w formację trójkąta równobocznego. Całe zjawisko zakończyło się po minucie.

Trudno wyjaśnić, co to być mogło... Na pewno nie były to:

v     Meteory - bo obraz spadku czy przelotu przez atmosferę meteorów jest zupełnie inny od opisanego powyżej;

v     Samoloty czy inne pojazdy powietrzne, bo Małgosia M. jest bystrą i inteligentną obserwatorką i doskonale rozróżnia ziemskie statki powietrzne;

v     Latające zwierzęta

v     Latawce, lotnie, itp. itd.

Jedynym wyjściem z sytuacji są albo NOO, albo samoloty podorbitalnego zwiadu fotograficznego i radio-elektronicznego typu Aurora czy Uragan - ale to nie wyjaśnia zakończenia obserwowanego zjawiska...

124

Wieczorem, dnia 4 lutego 1998 roku, wraz z jednym świadkiem - panią Małgorzatą W. z Jordanowa - około godziny 19:04 zaobserwowaliśmy na tle konstelacji Smoka silny błysk biało-niebieskiego światła o jasności około -2m,00 - którą porównaliśmy w jasnością gwiazdy Syriusz (α Wielkiego Psa),  -1m,4 - który to rozbłysk trwał 1-3 sekund. Wydawało nam się, że za tą „gwiazdą” ciągnęła się jasna smuga o długości jakichś 10 średnic NOL-a, ale nie jestem tego absolutnie pewny.

Być może był to meteor z roju Virginidów, promieniujących z punktu o współrzędnych: RA = 12h24m i DEC = 0o z Vg = 35 km/s, ale przeczy temu kierunek ruchu tego „bolidu” - z gwiazdozbioru Smoka, który jest jednym z gwiazdozbiorów wokół biegunowych, a błysk ów pojawił się mniej więcej na pozycji RA = 11h i DEC = +70o, a zatem nie mógł to być taki meteor. Ani samolot czy inny balon - może to był jakiś sztuczny satelita Ziemi, który wszedł w atmosferę i spłonął.

125

Ta obserwacja była dokonana aż z czterech punktów naszego kraju! Widziało ten NL wielu świadków i nie ma mowy o jakimkolwiek złudzeniu, czy planecie Wenus...

24 lipca 1998 roku, w godzinach 21:44-21:46, przy wygwieżdżonym niebie i lekkich cirrusach, zaobserwowano w Jordanowie, Krakowie, Miechowie i Warszawie przelot świecącego pomarańczowym światłem obiektu o jasności co najmniej -5m,00 (NOL był jaśniejszy od Wenus  - -4m,2 w maksimum blasku) i przesuwał się powoli od gwiazdozbioru Wężownika poprzez Orła, Tarczę Sobieskiego i Źrebię ku Wodnikowi, gdzie znikł. W ciągu 2 minut pokonał on 90o na niebie w azymucie i około 15o w elewacji.

Zrazu wydało mi się, że była to stacja orbitalna Mir, ale moje wątpliwości rozproszył pan Kazimierz Bzowski - któremu wysłałem kopię Karty zgłoszenia obserwacji NOL-a - w swym liście z dnia 5 sierpnia 1998 roku, który pozwalam sobie zacytować:

Panie Robercie!

Odpowiadając na Pana list z dnia 28 lipca br. załączam dwie strony >>Załącznika...<<.  Członek GB UFO z Warszawy - pan T. F. (...) ma na 11 piętrze budynku usytuowane obserwatorium do permanentnej obserwacji przestrzeni powietrznej obejmującej sektor od AZ = 0o do 180o i H = 0o do 90o. (...)

W dniu 4 sierpnia 1998 roku skonfrontowano podane przez Pana dane obserwacyjne z nagraniem video w nocy 27.07.1998 r. - dzięki temu ustalono, co następuje:

- Na kierunku 180o wynurzył się w podanym czasie zza strefy obserwacji świetlisty obiekt - jaśniejszy niż Jowisz w maksimum blasku. NOL ten mógł nadlecieć z południowego-zachodu. Pierwsza obserwacja: około 48-50o nad horyzontem i zniżał się do około 20o nad horyzontem. Trajektoria wschodnia. Łączny czas obserwacji około 3 minut - od godziny 21:43 do 21:46. (...)

W dniu 4 sierpnia 1998 roku usiłowałem połączyć się telefonicznie z prof. Budkiewiczem, który jest ekspertem ds. stacji Mir, ale nie zastałem go w domu. Tego dnia nie udało się - jak twierdzi pan T. F. zaobserwować stacji Mir, mimo intensywnych poszukiwań gołym okiem i teleskopem. (...)

Warszawa, 5 sierpnia 1998 r.                              

Kazimierz Bzowski

Kierownik GBUFO Warszawa

Tyle pan Kazimierz Bzowski - człowiek, który zjadł zęby na obserwacjach Mira, a także innych satelitów udających NOL-e. A potem obserwacje sypnęły się, jak z wora:

126

Znów Jordanów. 30 sierpnia 1998 roku, o godzinie 21:30, troje świadków obserwowało przelot dziwnego obiektu, który pojawił się na tle konstelacji Orła, gdzie świecił jako obiekt o jasności +0m,8 i przesuwał się w kierunku gwiazdy Altair - α Orła, po minięciu której rozbłysnął do jasności ponad -1m, a następnie przygasł do poprzedniej jasności, kierując się w stronę gwiazd: Deneb - α Łabędzia i Polaris - α Małej Niedźwiedzicy. Po minięciu Polarnej znów rozbłysnął do -1m i po chwili znikł pomiędzy gwiazdami Kohab (β UMi) i Megrez (δ UMa)...

Na pewno nie był to Mir czy inny satelita Ziemi. Żaden satelita tak się nie zachowuje, jak ten NL. Nie ma też takiego satelity, który pojawia się znikąd i znika jak Kot z Cheshire...

127

Jordanów, 9 października 1998 roku, w godzinach 19:29-19:30 dwoje świadków obserwowało przelot świecącego jasnożółtym światłem NOL-a, który szybko przemieszczał się z okolicy gwiazdy Deneb i znikł na południe od gwiazdy Makrab (α Pegaza). Jego jasność wynosiła około -2m,9 - co było porównywalne z jasnością Jowisza. Obydwa te obiekty miały identyczną jasność...

Być może był to Mir, ale rzecz w tym, że obiekt ten był widoczny w 2h35m  p o   zachodzie Słońca, a zatem nie mógł to być Mir czy inny sztuczny satelita Ziemi krążący po LEO. Ogólny czas obserwacji - około 15 sekund. Nie stwierdzono żadnych zmian jasności tego NOO, co oznaczałoby, że emitował on własne światło i znajdował się w stożku cienia Ziemi, lub - zakładając, że świecił on światłem odbitym - znajdował się w bardzo dużej odległości od naszej planety, poza stożkami jej cienia i półcienia.

128

Ponownie Jordanów, dnia 18 października 1998 roku, o godzinie 06:03, przez około 5 sekund dwoje świadków: Adam J., jego córka Katarzyna J. i ja, obserwowaliśmy nad wschodnim horyzontem przelot jakiegoś świetlistego punktu zmierzającego ku południowi.

W 5 minut później, jadąc samochodem po drodze nr 28 z Jordanowa do Skomielnej Białej i dalej do Krakowa drogą nr 7 - zauważyliśmy wiszące przez 2-3 minuty nad łańcuchem Tatr Bielskich dziwne światła koloru jaskrawo-pomarańczowego.

Pierwsze światło było koloru białawego, a te nad Tatrami - pomarańczowego. Te ostatnie nie poruszały się - wisiały na niebie i ich jasność wynosiła jakieś -1m, zaś jasność białego światła - 0m. Nie mogły to być meteory czy meteoryty - prędzej jakieś sztuczne satelity lub - dotyczy to obiektu znad Tatr Bielskich - balon meteorologiczny.

129

Następna obserwacja NOO miała miejsce też w Jordanowie, wieczorem, dnia 25 grudnia 1998 roku, około godziny 17:35 i trwała około 5 sekund.

NOO wyglądał jak ruchoma niebieska gwiazda, która przemieszczała się powoli z północy na południe na tle konstelacji Byka. Jasność tego obiektu wynosiła około +4m,5 - co ustalono porównując go z gwiazdami doskonale widocznych Plejad.

Być może był to sztuczny satelita Ziemi, ale biorąc pod uwagę fakt, że Słońce zaszło o godzinie 15:28 ów satelita powinien znaleźć się już w stożku cienia Ziemi. W przypadku, gdyby znajdował się poza nim, to powinien świecić światłem białym lub jasnożółtym, a nie niebieskim.

A zatem nie mógł to być satelita Ziemi zbudowany przez ludzi...

130

8 lutego 1999 roku, w Jordanowie - pięcioro świadków: Anna Leśniakiewicz, Marzena W., Ewelina W., Wioletta W. i ja - zaobserwowaliśmy o godzinie 19:25 przelot świecącego pomarańczowym światłem, gwiazdopodobnego NOL-a, o jasności widomej -1m - co ustaliliśmy porównując jego jasność z jasnością gwiazd: Betelgeuse - α Oriona, Syriusza i planet: Jowisza i Saturna - który przemierzył niebo w ciągu 10 sekund z punktu na AZ = 270o na AZ = 180o i stałej H = 40o.

I tutaj rzecz ciekawa - po przemierzeniu jakichś 40-45o wzdłuż azymutu, nad pomarańczowym NOL-em pojawiła się migająca biała „gwiazdka” o jasności +3m, a następnie oba NOL-e, czy jeden NOL z dwoma światłami, poleciały dalej.

Nie mógł to być żaden samolot czy helikopter. W ciszy zimowego wieczoru nie słyszeliśmy żadnego dźwięku pracującego silnika tłokowego czy odrzutowego, ani wizgu turbin. Nie stwierdzono żadnego wpływu NOL-a na otoczenia, a to dowodzi tego, że ów NOL poruszał się bardzo wysoko. Nie mógł to być żaden satelita - bo Słońce zaszło niemal 3 godziny wcześniej - czy stacja Mir dokonująca eksperymentu w rodzaju „Пятно 2½”, które to eksperymenty mogłyby być od biedy wyjaśnieniem pojawienia się świecącego punktu obok NOL-a.[12] zresztą trudno byłoby wyobrazić sobie zwierciadło kosmiczne, którego położenie zmieniałoby się z częstotliwością 2 Hz - nie mówiąc już o tym, że eksperyment „Piatno 2½” nie wypalił. Czy był to tylko przypadek? Być może, ale nie zapominajmy, że takie kosmiczne zwierciadła mogą odbijać nie tylko promienie Słońca, ale także promienie lasera bojowego. Wyglądałoby zatem na to, że to Ufici przerwali Rosjanom ten niebezpieczny eksperyment, który mógł stanowić zagrożenie dla światowego pokoju, bowiem przy pomocy takiego lasera i systemu zwierciadeł można razić cele na Ziemi, w jej atmosferze i w Kosmosie...

Tak czy inaczej - nie ma wyjaśnienia dla zaobserwowanego przez nas fenomenu!

131

Jordanów, 24 marca 1999 roku, godzina 18:32-18:34. na bezchmurnym niebie zaobserwowano przelot świecącego żółtym światłem NOL-a, który ukazał się na AZ = 180o i H = 40o, a potem poleciał lekkim łukiem i znikł na AZ = 135o i H = 15o. NOL znikł równie gwałtownie, jak się pojawił - jego jasność wynosiła początkowo -3m a pod koniec obserwacji spadła do 0m, co porównano z jasnością planet: Wenus, Jowisza i Saturna oraz gwiazd: Syriusza, Regulusa - α Lwa, Betelgeuse oraz Procjona - α Małego Psa.

Prawdopodobnie był to jakiś duży sztuczny satelita, albo Mir, ale... Ale żaden z tych obiektów nie pojawia się naraz i naraz znika. Być może był to jakiś samolot zwiadowczy typu Aurora czy Uragan znajdujący się na wysokości podorbitalnej - około 70.000 m, czy nawet na LEO, dokonujący zwiadu na terytorium Jugosławii...

O godzinie 19:55 CŚE lotnictwo NATO uderzyło na pozycje serbskie i serbskie bazy wojskowe w Kosowie. Zaczęła się kampania USA i NATO przeciwko Slobodanowi Miloszewiczowi i jego zbrodniczym generałom, istnieje zatem prawdopodobieństwo, że był to właśnie taki zwiadowczy samolot USA! Zakładając, że samolot taki leciał nad Jugosławią - czyli w odległości około 720-750 km w linii prostej od południowych granic Polski, na wysokości 70 km nad Ziemią, to teoretycznie powinien być widoczny w kole o promieniu wynoszącym 945 km, a nawet większym biorąc pod uwagę refrakcję atmosferyczną, a zatem rzecz jest całkowicie możliwa.

Z drugiej zaś strony, co to za samolot szpiegowski, którego widać jak na dłoni z odległości prawie tysiąca kilometrów? Nie mówiąc już o tym, że samolot odbijający nawet 100% światła słonecznego byłby widoczny z tej odległości jako gwiazdeczka o jasności poniżej +6m, natomiast jasność tego obiektu wynosiła tyle, co jasność Wenus, a zatem musiałby to być ogromny balon, poruszający się z prędkością co najmniej 5 Ma i na wysokości podorbitalnej! A zatem, co do było? Tego nie wiem... A jednak to   c o ś   pojawiło się na kilkanaście minut przed uderzeniem NATO na serbskie instalacje wojskowe w Jugosławii.

Wniosek jest jeden: Obcy prowadzący stałą obserwację Ziemi i jej mieszkańców usiłowali nas przestrzec przed kolejnym konfliktem zbrojnym na Bałkanach, nadając nam komunikaty i podpisując się pod nimi jako Matka Boska z Medjugorie. Niestety, stało się to najgorsze i Serbowie z Albańczykami (z UÇK) wciągnęli 26 państw na trzech kontynentach w działania wojenne III Wojny Światowej! Obcych nie interesują ludzie, ale to, co stanie się ze środowiskiem naturalnym Ziemi w okolicach Gór Dynarskich. I nie myliłem się. Oni rzeczywiście byli zaniepokojeni tym, co tam się działo, bowiem Amerykanie użyli w Jugosławii 40.000 pocisków ppanc. DU zawierających zubożony uran-238!

Jak straszną krzywdę wyrządzili tym przyrodzie Ziemi - przekonamy się wkrótce. W 2000 roku ruszyła kampania prowadzona przez sprzedajnych naukowców w celu zanegowania szkodliwości pocisków DU, w której haniebny udział wzięli także nasi atomiści!

30.000 pocisków DU użyto również w wojnie w Zatoce Perskiej przeciwko wojskom Husajna Saddama - co spowodowało trwałe skażenia uranem tamtejszych pustyń. Sławetny „syndrom Zatoki Perskiej” jest spowodowany najprawdopodobniej właśnie skażeniem ludzi rozpylonym uranem-238! Przecież wiadomo powszechnie, że wszystkie bez wyjątki izotopy i związki tego pierwiastka są toksyczne i w najwyższym stopniu szkodliwe dla zdrowia! Pozostaje pytanie: ile ton uranu pozostawili Rosjanie na polskich poligonach na Ziemiach Odzyskanych???...

132

Wieczorem dnia 6 maja 1999 roku, o godzinie 21:00 w Jordanowie, dwoje świadków zaobserwowało przelot gwiazdopodobnego obiektu zmierzającego z N-NW na S-SE. NOO przebył w czasie 30 sekund około 35o. nie była to - rzecz jasna - żadna gwiazda czy planeta, bo te ostatnie były doskonale widoczne na nocnym nieboskłonie: Wenus o jasności -4m i złocisto-białym kolorze, oraz czerwony Mars o jasności -2m. NOO miał kolor niebieskawo-biały. Jego jasność była porównywalna z jasnością Arktura - α Wolarza - czyli +0m,1 - z tym, ze kolor jego światła był podobny do koloru gwiazd o klasie widmowej B.

Mam całkowitą pewność, że nie był to Mir, bo ten ostatni świeciłby światłem słonecznym odbitym od jego korpusu, a w pobliżu terminatora to światło powinno czerwienieć, czego nie zaobserwowano. W opisywanym przypadku światło słabło do wartości +2m, ale nie zmieniło barwy, a zatem nie mógł to być Mir.

Żeby zakończyć już kwestię obserwacji NOO, to do tego chciałbym jeszcze dodać, że w latach następnych także stwierdzano pojawianie się tych obiektów - które tylko tu przekazuję z kronikarskiego obowiązku, bo spowszedniały one do tego stopnia, że tylko odnotowywano fakt ich pojawienia się, co obrazuje następująca tabelka:

 

Typ UFO

Rok 2000

Rok 2001

Razem

NOO

6

6

12

NOO/RV

1

-

1

Razem

7

6

13

 

Są to obserwacje dokonane przez Jordanowski Oddział MCBUFOiZA do 31 października 2001 roku. W skali całego Centrum te wielkości są większe o niemal 50%, co uzmysławia nam skalę zjawiska.

 

 18. KAMIENIE NIGDY NIE KŁAMIĄ!

Wydarzenie w Iwięcinie - Znikające kamienie ze Stawisk Małych - O diablich kamieniach raz jeszcze - Kamienne kule ze Słowacji i... Wieliczki - Dlaczego powstawały sanktuaria z kamieni?

Zejdźmy z Kosmosu na Ziemię i zajmijmy się teraz kamieniami., ale nie zwyczajnymi otoczakami, lecz głazami eratycznymi, które zaścielają Niż Polski i wychodniami albo ławicami kamiennymi, które można spotkać tam, gdzie nie sięgnął ich lodowiec. Lodowiec sprzed 10.000 lat.

Mimo tego, że wioska Iwięcino leży koło Suchej Koszalińskiej w województwie zachodniopomorskim, to zainteresowały mnie wydarzenia, które tam się rozegrały w dniu 18 lutego 1998 roku, około godziny 04:00. Opisał je najpierw tygodnik Chwila dla Ciebie i pozwolę sobie zacytować fragmenty tego raportu:

Z KOSMOSU DO IWIĘCINA

Coś takiego może zdarzyć się raz w życiu! - Zdarzyło się to 18 lutego br. około 4 nad ranem - mówi pani Beata z Iwięcina.

- Wstałam, by nakarmić dziecko. Nagle w oknie ukazało się światło! Żółtawe, podobne do światła żarówki, ale bardzo ostre. Podeszłam do okna. Zobaczyłam świecący półksiężyc. Spadał z nieba z dużą prędkością. Najpierw szybko,   p o t e m  w o l n i e j.  Nad ziemią 3 razy światło zapaliło się i zgasło.(!!!) Jak twierdzą inni świadkowie - zjawisko było znakomicie widoczne także w Darłowie, około 15 km od Iwięcina.

Nastepnego dnia pani Beata opowiedziała o wszystkim matce. Obie postanowiły poszukać tego, co spadło z nieba. Wkrótce znalazły spory, ciepły, błyszczący w dotyku kamień. Mama pani Beaty pracujaca w miejscowej szkole zaniosła znalezisko do dyrektora szkoły - jednocześnie nauczyciela fizyki.

- Zastanawialiśmy się, co to jest - mówi dyr. Zimnowłodzki - rozważałem, czy nie jest to fragment meteorytu? (...)

Dyrektor mgr inż. Włodzimierz Zimnowłodzki posłał „meteoryt” do mgr Andrzeja S. Pilskiego z Fromborka, który orzekł, że to jest zwyczajny   z i e m s k i   k a m i e ń,  a nie meteoryt. No cóż - dyrektor Zimnowłodzki zaciął się jednak i obiecał, że będzie szukał tego meteorytu...

Poprzez redakcję Chwili dla Ciebie skontaktowałem się z dyrektorem Zimnowłodzkim i w czerwcu 2001 roku otrzymałem od niego list z informacjami uzupełniającymi relacje zamieszczone w tym czasopiśmie. Potwierdzało to moje przypuszczenia - na terenie Polski Obcy zaczynali jakieś tajemnicze działania, w których kamienie odgrywają czołową rolę!... i to już od 1991 roku.

W 1991 roku, na terenie województwa pomorskiego miał miejsce podobny wypadek, o którym dowiedziałem się z referatu Zofii „Eleonory” Piepiórki pt. Sieć diabelskich kamieni, który wygłosiła ona w czasie Konferencji Radiestezyjno - Ufologicznej w dniu 12 grudnia 1998 roku w Morskim Instytucie Rybołówstwa w Gdyni. Na stronach 5 i 6 powołanego dokumentu czytamy:

... Kamień w Małych Stawiskach zwrócił mą uwagę swoim nagłym pojawieniem się w okolicy, w maju 1991 roku, w czasie około 14 dni, w dodatku bez jakichkolwiek śladów środka transportu, np. śladów kół, śladów ciągnięcia, itp. Przechodzę tą drogą w pobliżu miejsca, gdzie stał i  wiem, że nigdy tam nie było tak dużego głazu. Nikt spośród miejscowych rolników nie przyznawał się do niego. Miał on około 1 m wysokości, obwód około 5 m i masę około 3 ton. Mogłam powiedzieć tylko tyle, że był on z granitu, a od strony południowej miał przyklejoną jakby łatkę, która wyglądała jak plama sosu na ścianie. (...)

W latach 1992 i 1993 wokół tego kamienia stały jeszcze trzy mniejsze. Rozłożone symetrycznie w kształcie trójkąta w odległości około 0,5 m od kamienia i 2 m od siebie - jakby wskazywały dwa kierunki. Tworzyły coś jakby strzałkę czy ogon komety. Początkowo wydawało mi się to bez znaczenia, ale potem stwierdziłam, że jeden z nich wskazuje na wyspę Ostrów na jeziorze Wdzydze, a drugi na kamienne kręgi w Odrach. (!!!)Na Ostrowiu pokazywały się często NOL-e w kształcie ognistych kul. Dwa tygodnie wcześniej, zanim ten kamień się pojawił, ukazała się tam olbrzymia pomarańczowa kula światła o średnicy 30 m.

Ślicznie - tylko rzecz w tym, że kamienie owe   z n i k ł y   w roku 1994 - równie tajemniczo, jak się pojawiły!

Rok 1999. W nocy 24/25 lutego 1999 roku, na pole pomiędzy Żabnem a Niecieczą w województwie małopolskim spadł głaz - kamienna kula ze złocistego granitu o średnicy 1 m i masie około 5 ton. Ludzie okrzyknęli to znalezisko meteorytem i z zapałem zaczęli odłupywać jego kawałki, które uchodziły za panaceum. W kilka dni później wywieziono go do Tarnowa, gdzie zrobiono z niego pomnik przyrody.

Oczywiście uczeni stwierdzili, że jest to najnormalniejszy na świecie głaz narzutowy, cała otoczkę towarzyszącą jego pojawieniu się - wszystkie efekty audiowizualne uznano za halucynacje ciemnych i rozgorączkowanych chłopów z Niecieczy i całej sprawie ukręcono łeb...

Następny nietypowy głaz narzutowy - meteoryt został znaleziony we Florynce k./Grybowa w powiecie nowosądeckim, w dniu 22 lipca 1999 roku. Miał on kształt niemal regularnego dysku o średnicy prawie metra i masie pół tony. Do dziś dnia nie ustalono jego pochodzenia i jedno jest pewne - nie jest to głaz z miejscowego materiału skalnego, a z skądinąd...  Czy postąpiono słusznie nie zwracając większej uwagi na te fakty?

Uważam,  że niesłusznie!

„Diabelskie kamienie” tworzą wraz z wychodniami kamiennymi sieć na terenie naszego kraju (i innych krajów świata też). Podejrzewamy, że tworzą one sieć informacjozbiorczą, zbudowaną na przełomie Średniowiecz i Renesansu, czyli w XVI wieku. Być może Obcy ja odbudowują bądź modernizują, a to dlatego, że znaczna jej część uległa zniszczeniu w czasie prawie 500 lat nieprzerwanego funkcjonowania. Tak zatem ta aktywność NOL-i ma związek z tą restauracją sieci informacyjnej na terenie Polski.

O ile „diabelskie kamienie” potraktujemy jako swoiste „znaki drogowe” czy nawigacyjne dla NOL-i, to znalezisko na Słowacji - które odkrył dla świata dr Miloš Jesenský wymyka się - jak na razie, wszelkiej klasyfikacji. Chodzi tutaj o kamienne kule na pograniczu słowacko-czeskim w Javornikach. Są to bryły kamienne w kształcie kul, z których największa mierzy aż 300 cm średnicy i jest największą ze znanych na świecie! Znajdują się one w kamieniołomie w okolicach miejscowości Klokočov. Podobne struktury znajdują się także na stronie czeskiej granicy.

Byliśmy tam po drodze na II Międzynarodowy Kongres Ufologiczny PYRAMIDA’98 w Pradze, w ostatnim dniu kwietnia 1998 roku, i muszę przyznać, że te kule wywarły na mnie kolosalne wrażenie. Zwiedziliśmy klokoczowski kamieniołom, w którym mieści się owa kula piaskowcowa o średnicy 3 metrów, a następnie dwa inne przysiółki, gdzie ze skały wyzierały kule i idealnie kuliste wgłębienia. Niektóre negatywy mierzyły nawet do 6 metrów! Kto i kiedy je tak idealnie obrobił, a nade wszystko   j a k ?  - tego nie wiemy...

Owszem, świat nauki - a jakże - sformułował kilka hipotez. Najpierw była mowa o wietrzeniu kulistym, aliści to wietrzenie ma miejsce w granitach - jak twierdzą w swych pracach geolodzy: prof. dr hab. Walery Goetel i prof. dr hab. Kazimierz Maślankiewicz - i na pustyniach. Ostatnimi czasy uczeni stwierdzili, że wietrzenie kuliste może mieć miejsce także w piaskowcach - to opinia dr Krzysztofa Racielskiego z Uniwersytetu Warszawskiego - rzecz jednak w tym, że podobne struktury musiałyby występować także  po polskiej stronie granicy: w Beskidzie Śląskim, Żywieckim i Małym. Nie ma tam   a n i   j e d n e j   kuli kamiennej, co sprawdziliśmy w maju 1998 roku w ramach prac JORDANOL-a, ale... - coś podobnego znaleźliśmy w Smykalni k./Szczyrzyca w województwie małopolskim. Mowa tu oczywiście o Diablim Kamieniu.

No właśnie - Diabli Kamień. Stanowi on kompletną zagadkę Beskidu Wyspowego. Po raz pierwszy zetknąłem się z nim w 1997 roku, kiedy rozpracowywałem siatkę diabelskich kamieni Pająka-Wilka-Rzepeckiego. Słyszałem o nim jeszcze wcześniej, ale nie brałem tego wszystkiego na serio, co o nim mówiono. Najpierw zwiedziłem z żoną kamień (NB, też diabelski) w Rudniku, kamień Kopytko w Sieprawiu k./Świątnik i kamień Zimna Woda na grzbiecie góry Chełm k./Zembrzyc. Ten ostatni najlepiej pasował do legendy o diabłach bombardujących nowopowstałe kościoły i klasztory, a jego celem miało być w 1610 roku sanktuarium maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej. Inny piekielnik obrał za cel uderzenia ogromnym głazem Bazylikę Mariacką w Krakowie i swój ładunek rzucił w okolicach Rudnika. Legendy także mówią, że celem diabelskiego rajdu miał być klasztor w Tyńcu.

  Troszeczkę inaczej było w Sieprawiu, gdzie w czerwcu 1998 roku udaliśmy się specjalnie z miejscowymi znawczyniami przedmiotu, paniami Michaliną Dyrdą i Aretą Królówną. Od nich właśnie dowiedzieliśmy się, że ten głaz - a właściwie wychodnia ciężkowickiego piaskowca - zwana Kopytko, swoją nazwę zawdzięcza odciskowi jakby końskiego kopyta na swej powierzchni. Ów odcisk ma rozmiary około 20-25 cm średnicy i jest wgłębiony na około 10 cm. Legenda głosi, że odcisk tego kopyta wziął się z tego, że kiedyś jechała tam do Krakowa królowa Polski - św. Jadwiga Andegawenka - której koń wspinając się na ten głaz pozostawił odcisk swego kopyta. W części pierwszej Raportu... przedstawiłem pierwszy wariant tej legendy, w którym chodziło o konia królowej Bony Sforza d’Aragona, dzięki czemu ustalono datę na dni 15-18 kwietnia 1518 roku. W tym układzie, skoro to był koń św. Jadwigi Andegawenki, drugiej żony Władysława Jagiełły, to cały incydent należy cofnąć w czasie do roku Pańskiego 1384, kiedy to św. Jadwiga po raz pierwszy zasiadła na Wawelu. 

I teraz najciekawsze: na powierzchni wychodni Diabelskiego Kamienia w Smykalni k./Szczyrzyca znaleźliśmy negatywy kuliste   i d e n t y c z n e   z tymi, jakie widzieliśmy w Javornikach na Słowacji i w Czechach, zaś w najwyższych partiach wychodni - odciski końskich kopyt identyczny z tym na wychodni Kopytko w Sieprawiu!

Trzeba nam wiedzieć, że Diabli Kamień wraz z dwoma osadami: Klasztorzysko i Grodzisko na zboczach Ciecienia tworzą   c e n t r u m   k u l t o w e   kultury celtyckiej i pomorsko-łużyckiej i to co najmniej od roku 2000 przed Chrystusem!!! Biorąc wszelkie poprawki na pozostałości po atomowych wojnach Atlantydów, to śmiało można cofnąć powstanie tego centrum o dalsze 2000 lat... Obrzędy pogańskie trwały tam aż do połowy XII wieku, do czasu sprowadzenia się w te okolice oo. Benedyktynów i Cystersów - które to zakony stanowiły do czasu powstania Towarzystwa Jezusowego - swego rodzaju „komandosów Kościoła katolickiego” w Średniowieczu. Dziś Diabli Kamień obstawiono krzyżami i figurkami Jezusa oraz Maryi, postawiono kapliczkę u wejścia na wychodnię i szlak łącznikowy na Ciecienia, a tuż przy głazie wartę objęli pustelnicy. Ostatni pustelnik zmarł w połowie lat 60. XX wieku.

Prawdziwe kamienne kule znaleźliśmy jednak nie w tym rejonie naszego kraju, ale kilkanaście kilometrów na północ od Szczyrzyca - w kopalni soli w Wieliczce, w 2001 roku! A oto relacja na ten temat, którą zamieściliśmy w Internecie:

 

ŚLADY OBCYCH W MAGNUM SAL?

 

27 lutego 2001 roku, po raz trzeci w życiu miałem okazję wraz z moją siostrą Wiktorią Leśniakiewicz i dziesięciorgiem jej uczniów klasy I dG z Wysokiej k./Jordanowa, odwiedzić jeden z cudów naszego kraju, wpisany na listę dziedzictwa kulturowego świata UNESCO, unikat w skali kosmicznej - kopalnię soli w Wieliczce - Magnum Sal. Wcześniej zwiedzaliśmy Wieliczkę jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, zaś w maju 1989 - dzięki uprzejmości i znajomościom komendanta GPK Łysa Polana - mjr SG Mariana Toty udało się nam zwiedzić kopalnię soli w Bochni. Teraz w Wieliczce przebycie niemal sześciokilometrowej trasy wycieczkowej było dla nas wyprawą w dziwny świat pozbawiony światła, świat szarości, czerni i zieleni przełamanej ostrą bielą wykwitów solnych, świat ciszy łona Ziemi... To była także wyprawa w przeszłość naszego kraju i naszej planety.

Najpierw jednak zwiedziliśmy Muzeum Żup Solnych w Zamku Żupnym, gdzie miły pan przewodnik zapoznał nas z historią regionu - Pogórza Wielickiego - od epoki kamienia łupanego, aż do czasów współczesnych. Następnie z piwnic przeszliśmy na parter, gdzie eksponowano historię miasta Wieliczki i powiatu wielickiego. Najbardziej zajmująca była kolekcja solniczek ze wszystkich kontynentów i krajów świata. Najładniejsze były solniczki miśnieńskie z saskiej porcelany z czasów króla Augusta II Mocnego. Prześliczne farfurki sielankowych pasterek i pasterzy, warte miliony...

Najciekawszą jednak była ekspozycja geologiczna i paleontologiczna na drugim piętrze Muzeum. Zaraz przy wejściu wita gości niewielki dinozaur stojący przy gnieździe pełnym jaj, z których każde na oko ma objętość 3-4 jaj kurzych. W gablotkach znajdują się muszle ogromnych amonitów i belemnitów, kości mamutów i ich ogromne ciosy, obok podobnych do makaronu nitki nietoperzowych kosteczek, tworzących całe brekcje. Tutaj także znajdują się próbki różnych odmian soli, węgli i bursztynów z zatopionymi w nich okazami roślin i zwierząt.

Po dwóch godzinach opuszczamy Muzeum, by wejść w świat podziemi gwarków, koboldów, krasnali i ducha Skarbnika. Nasz przewodnik jest elegancko ubranym w czarny górniczy mundur starszym panem - jak później się dowiadujemy - byłym górnikiem z 30-letnim stażem pracy. Trasa wycieczkowa wiedzie przez kilkanaście komór i liczy sobie prawie 6 kilometrów. Mamy międzynarodowe towarzystwo: jacyś Belgowie i Niemcy, w przejściu mijamy się z grupką Murzynów... Po drodze podziwiamy wspaniałe rzeźby wycięte w zielonej soli przez rzeźbiarzy - amatorów. Zaskakują nas widowiska „światło-dźwięk”, których nie powstydziłoby się żadne europejskie muzeum czy kompleks architektoniczny, ale to wszystko jest w dole, 135 m pod powierzchnią ziemi i 50 mln lat wstecz, i to stanowi o unikalności tego wielickiego cudu świata... Oglądamy tedy  legendę o pierścieniu św. Kingi zmaterializowaną w nadnaturalnej wielkości rzeźbach, wypalających metan „pokutników” - najdoświadczeńszych górników, którzy ryzykując swym życiem, wypalali zastoiny metanowe przy pomocy pochodni na długich drągach - przedstawienia pracy w kopalni soli od najdawniejszych czasów przy pomocy naturalnej wielkości manekinów ludzi i... koni. W muzeum oglądamy narzędzia pracy, pamiątki po sławnych ludziach, którzy odwiedzali tą kopalnię - od króla Kazimierza Wielkiego do Ojca Świętego Jana Pawła II i prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego oraz naszych noblistów. Jest tam także kolejka konna, w której obwożono po kopalni cesarza Franciszka Józefa i drewniane sprzęty obrośnięte decymetrowymi kryształami białej i przeźroczystej soli.

Najciekawszą jest jednak ekspozycja geologiczno-mineralogiczna, gdzie czekała nas największa niespodzianka. Pokazano na niej sól wszelkich odmian z kopali w Wieliczce, Bochni, Wapna, Kłodawy i Inowrocławia. Niby zwyczajna NaCl, a ile jej odmian! Są tam ogromne, ponad 100-kilogramowe monokryształy halitu białego, czerwonego, zielonkawo-czarnego, szarego i brązowego koloru, a także niemal zupełnie przeźroczystego, z niebiesko-fioletowymi przebarwieniami spowodowanymi obecnością radioaktywnego potasu-40. Skąd się on tam wziął? Z Kosmosu? Z wnętrza Ziemi? Poza solą można zobaczyć tam kryształy gipsu, apatytów, siarki, getytu i innych minerałów, które występują wraz z solami. Poza tym obejrzeliśmy tam jeszcze utwory typowe dla jaskiń krasowych: stalaktyty, stalagmity i stalagnaty solne. I wreszcie najbardziej tajemniczy obiekt - duża, lekko spłaszczona kula kamienna, której wiek wynosi około 22,5 mln lat. Druga, ale mniej regularna leżała opodal - vide zdjęcia. Tylko dwa razy widziałem takie dziwne kule - w kamieniołomach słowackich Javorników, odkrytych w 1996 roku przez dr Miloša Jesenský’ego - i na Diablim Kamieniu w Smykalni k./Szczyrzyca, gdzie znalazła je ekipa Marcina Mioduszewskiego z MCBUFOiZA Kraków. Moi koledzy z MCBUFOiZA Ropczyce: Arkadiusz Miazga i Marcin Mierzwa odkryli je także na Diabelskim Kamieniu koło Ryglic w województwie podkarpackim. Jak dotąd nie ma zadowalającego wyjaśnienia, co do powstania tych niezwykłych obiektów! Ponoć są one dowodem na to, że w Miocenie w naszym rejonie Małopolski była tu pustynia...

Zastanawiamy się nad tymi dwoma dziwnymi faktami. Obecność radioaktywnego potasu-40 można od biedy wytłumaczyć tym, że w okolicach Inowrocławia, Wapna i Kłodawy - skąd rzeczone próbki zostały przywiezione - znajdują się także pokłady sylwinu - soli potasowej KCl - a więc może to dlatego? Potas-40 rozpada się wydzielając promieniowanie beta minus w ciągu 1,25 x 109 lat, więc mógł się tam zachować od 270 mln lat. A może promieniował tam nie tylko potas-40, a jeszcze inne pierwiastki promieniotwórcze, np. uran, tor i pierwiastki ziem rzadkich? Kto wie, czy znalazły się tam w wyniku rozumnego i celowego działania Obcych? - przecież Oni też mogli używać energii jądrowej - jak my teraz - i pozbywając się odpadów promieniotwórczych wyrzucając je wprost do permskiej solanki, z której potem powstały pokłady soli pod Kujawami. A może - co jest równie prawdopodobne - statek kosmiczny Obcych rozbił się nad Kujawami 270 mln lat temu, a do nas dotarło jedynie echo tej katastrofy w postaci przebarwionych na fioletowo-niebieski kolor kryształów halitu...  Kamienne kule mogłyby być rezultatem „wietrzenia kulistego” czy osadzania się masy skalnej wokół jądra krystalizacji - konkrecji. Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł - otóż ich obecność dziwnie zbiega się w czasie z powstaniem pól rozrzutu tektytów Mołdawitów-Vltavitów w Czechach i na Słowacji - 14,7 mln lat temu i Epizodem Wielkiego Wymierania. Czyżby więc były to namacalne ślady jakiejś kosmicznej katastrofy z Miocenu? Może te ogromne stacje i statki kosmiczne, o których pisze w swych pracach mgr Andrzej Kotowiecki zostały zniszczone przez meteory w kształcie kamiennych kul, które teraz zalegają w złożach Wieliczki i Bochni? Te kamienne kule to meteoryty, które doleciały do powierzchni Ziemi dlatego, że „wśliznęły” się do atmosfery pod odpowiednim kątem i niemal nienaruszone dotarły do mioceńskiej solanki, która potem stała się złożem soli... - a także w piaski na lądzie, które potem stały się piaskowcami magurskimi. Już na Słowacji uderzyło mnie to, że są one zupełnie gładkie, jakby polerowane - to pęd rozcinanego w czasie spadku na Ziemię powietrza tak je wygładził!

No właśnie, z tego, co wiem na temat poszukiwań meteorytów, to nikt nie starał się ich szukać w warstwach i pokładach kopalin. A przecież to właśnie tam powinno ich być najwięcej - im starsza warstwa geologiczna, tym większa ilość meteorytów powinna się w niej znajdować! Powód? - bardzo prosty: dawniej było więcej „kosmicznych odpadów” po akcie kreacji Układu Słonecznego, innymi słowy mówiąc - Ziemia krążąc wokół Słońca „pochłaniała” jak wielki odkurzacz wszystkie te „kosmiczne śmieci”, które powinny znajdować się teraz w pokładach skalnych pod naszymi stopami. Ciekawy jestem, ile takich okazów meteorytów zostało bezpowrotnie straconych w czasie eksploatacji naszych kopalni? Ile artefaktów po naszej Protocywilizacji (czy nawet Protocywilizacjach) albo pobycie Obcych zostało zniszczonych, lub po prostu wyrzuconych na hałdy?

Wydaje mi się, że jeżeli mamy szukać artefaktów paleoufologicznych, to szukajmy ich właśnie w naszych kopalinach: solach, węglach i rudach metali - a zwłaszcza w okolicach  złóż tych ostatnich, bo metale były potrzebne każdej cywilizacji!...

Potem już tylko krótki odpoczynek, zakupienie pamiątek i wyjazd windą na górę... Po wycieczce pozostaje nam wspomnienie piękna, tajemnicy i przygody, pamiątki oraz zdjęcia z tego niezwykłego świata ciemności i ciszy, a także miłej i fachowej obsługi na światowym poziomie.

Ta wycieczka dała mi przeświadczenie o tym, że jeszcze mamy szanse dokonać niejednego odkrycia nie tylko na drodze do innych planet - a w perspektywie do innych gwiazd - ale nade wszystko we wnętrzu naszej własnej planety, która jest jednym ogromnym archiwum z księgami zapisanymi w innych językach i rzecz w tym, by umieć te księgi przeczytać...

Pod koniec marca 2001 roku spotkałem się z kilkoma inżynierami-górnikami w Jaworznie, którzy podzielili mój punkt widzenia, a zatem rzecz jest całkowicie możliwa do przeprowadzenia i rokowania są jak najpomyślniejsze. Dobrze byłoby przeszukać kopalniane hałdy w poszukiwaniu „reliktowych” meteorytów, które mogły się tam znaleźć w trakcie sortowania węgla kamiennego, jako kamienie. Możemy znaleźć tam jedynie meteoryty kamienne, bowiem żelazno-niklowe dawno uległy utlenieniu i zmieniły się w tlenki żelaza i niklu. Trwałość przystoi kamieniom, a zatem to one powinny ostać się w pokopalnianych hałdach...

Osobiście uważam, że takie wycieczki edukacyjne dają dzieciom (i dorosłym) więcej, niż wielogodzinne ględzenie i wkuwanie z nudnych podręczników, co daję do rozważenia naszym pedagogom i wychowawcom młodzieży.

KONIEC

Diabelskie moce dają znać o sobie, na co przykładem są obserwacje NOL-i lub fenomenów z NOL-ami kojarzonych w okolicach Szczyrzyca.

I tak jest we wszystkich przypadkach tych diabelskich kamieni! Zawsze w ich pobliżu czy tez przy nich odbywały się obrzędy pogańskie i kontr-obrzędy chrześcijańskie. I dziwnym przypadkiem   w s z y s t k i e   te głazy i wychodnie wpisują się w siatkę linii Ley’a na terenie naszego kraju, a to już jest coś więcej, niż tylko przypadek...

Uczeni prostacy wyjaśniają to tym, że ludzi fascynował ogrom głazów i ich tajemnicze kształty, ale to tylko pół prawdy, bo dlaczego czczono je również tu - w górach, gdzie kamieni i wychodni pod dostatkiem? Proszę odpowiedzieć na to pytanie, a to już jest wyższa szkoła jazdy - i nie da się zbyć tego pytania prostym wyjaśnieniem godnym dziecka z podstawówki...

Najgorszym jednak w tym wszystkim jest to, że opisane tutaj kule na Słowacji i niektóre artefakty w Polsce zostały zniszczone częściowo przez okoliczną ludność, której wmówiono, że kawałki tych kul są panaceum na bezpłodność... W moim Memorandum nr 1/1999 podałem tą informację do wiadomości wszystkich liczących się ufologów w Polsce.[13] Podejrzewam, że za zniszczeniem tych artefaktów stoją „ludzie w czerni” - niewiele jednak mający wspólnego z pozaziemskimi czy agartyjskimi MiB-ami, ale z najbardziej reakcyjnymi i zachowawczymi odłamami Kościoła katolickiego lub twardołbymi, dogmatycznymi uczonymi, przed działalnością których ostrzegają nas badacze przeszłości Ludzkości w rodzaju Michaela Cremo... Obydwu tego rodzaju oszołomom artefakty te są nader niewygodne ze względu na to, że prawda, którą niosą - bije w ich osobiste przekonania i wyznawane dogmaty naukowe czy religijne. Dlatego też niszczą oni wszystko, co może mieć związek z Obcymi, ziemskimi Precywilizacjami, dowodami na Ich istnienie i działalność na naszej planecie.

I tak należałoby patrzeć na ten problem.

Sprawa sanktuariów kamiennych została wyjaśniona - to te kamienie pozostały po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów w roku 10.000 przed Chrystusem - o czym przetrwała pamięć w postaci mitów, legend i podań czy wierzeń. Być może 12.000 lat temu na tych miejscach znajdowały się lotniska, miasta i kosmodromy? Takim kosmodromem mógłby być z powodzeniem płaskowyż Tybetu czy Marcahuasi. W Jerzmanowicach mogła istnieć jakaś stacja radarowa systemu obronnego Atlantydów czy ich przeciwników, którzy mieli w nią wycelowana głowicę oślepiającą. Spełniła ona swe zadanie, tyle że po upływie 12.000 lat od końca konfliktu... Podobnie mogło być w Tatrach Wysokich i Zachodnich. Pozostałością po nich mogą być tunele pod górami i jaskinie wyłożone nieznanymi aliażami metali...

Tak czy owak, Atlantydzi i współcześni Ufici posługują się tajemniczym rodzajem energii, który przenika cały Wszechświat i pozwala na tworzenie takich rzeczy, o których się nawet komputerom nie śniło, a które nas tak zdumiewają w ufozjawisku. I o tym traktuje następny rozdział.

 

19. ASTRALNE BLISKIE SPOTKANIA

Tajemnicze radiosygnały - O bezsensie SETI - Kręgi zbożowe w Małopolsce - Duchy niepołomickiego cmentarza - Sypialniane téte-à-téte - Co wiedzą Aborygeni? - Teoria Jerzego Łataka

Ta historia wydarzyła się w 1967 czy 1968 roku, w zimie. Nie pamiętam dokładnej daty poza tym, że był to dzień imienin którejś z moich ciotek. I było to na krótko po przeczytaniu przeze mnie książki Marii Kann pt. Błękitna planeta, moralitetu fantastyczno-naukowego, którego bohaterowie - harcerze z Warszawy - spotykają w uroczych plenerach Bieszczadów kosmonautę pochodzącego z planety krążącej wokół słońca Tau Ceti. Jun Atlan - bo tak zwał się ów kosmonauta - był potomkiem Atlantydów i powrócił na Ziemię, by odnaleźć pozostałości po kulturze swych przodków.

Imieniny mojej cioci były standardowe: dorośli jedli, pili, palili i gadali, gadali i jeszcze raz gadali o milionach nieważnych spraw. Miałem wtedy 11 czy 12 lat, i takie imprezy mnie szalenie nudziły. Wyniosłem się tedy do drugiego pokoju, gdzie było wielozakresowe radio i zacząłem - wzorem bohaterów Błękitnej planety - „czesać” skalę radioodbiornika na falach średnich i krótkich. Głosy w radio syczały cos nienawistnie, bełkotały, przemawiały napuszenie w kilkudziesięciu językach. Od czasu do czasu dolatywały do mnie strzępy muzyki i ćwierkliwy głos pracy radiodalekopisów. Lubiłem słuchać tej muzyki - bo telex przekazywał szybciej wiadomości od antycznego aparatu nadawczego Morse’a. tutaj emisja pięciobitowych znaków tchnęła dla mnie urzekającą prostotą: znak /....o/ oznaczał „a”, znak /...oo/ to „b”, /..o.o/ to „c”, /..ooo/ to „d”, itd. itp. - a alfabet Morse’a wydawał mi się w porównaniu z tym szybkim kodowaniem i przekazywaniem informacji czymś żałośnie prymitywnym...

Kręciłem pokrętłem strojenia wsłuchując się w dźwięki otaczającego mnie Wszechświata, patrząc jednocześnie przez okno na nabiegające granatem niebo, na którym wybijały się srebrzyste ćwieki gwiazd wśród nagich koron drzew, jak na obrazach Siódmaka...  Słyszałem ćwierkanie radiodalekopisów - po latach dowiedziałem się, że były to głównie stacje szyfrowe MON, MSW i MSZ, pracujące w ramach Układu Warszawskiego. I naraz złapałem Morse - ktoś nadawał tak wolno, że mogłem wyłapać niewprawnym uchem nadawany znak: kropka, kropka, kropka, kreska, kropka - czyli /...-./ - chwila przerwy i znów ti, ti, ti, ta, ti. Już po imprezie, w domu spojrzałem do którejś z encyklopedii mojego dziadka i wyczytałem, że kombinacja /...-./ oznacza ZROZUMIAŁEM. Hmmm... - za to ja nie rozumiałem jednego - dlaczego ktoś przez niemal dwie godziny tłukł kluczem w eter na fali o długości około 31 metrów (9,5 MHz) jeden i ten sam sygnał: ZROZUMIAŁEM?...

Zaintrygowało mnie to i przez kilka następnych dni „czesałem” fale krótkie we wszystkich dostępnych mi pasmach: 16,8 m, 19 m, 25 m, 31 m, 41 m i 49 m - czyli od 17 do 6 MHz. Wyłapałem kilka takich dziwnych „audycji”, w czasie których przez kilka nawet godzin ktoś puszczał w eter: /..-/ czyli „u”, /..-./ czyli „f”, /-/ czyli „t” oraz /..../ czyli „h”... Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Teraz myślę, że to któraś z central szpiegowskich wysyłała dla swych agentów sygnały na HF i VHF. Trwała przecież Zimna Wojna i radiostacje szpiegowskie po obu stronach Żelaznej Kurtyny grały jej ponurego walca...

Nie liczyłem na to, że wychwycę w tym zgiełku Znak z Kosmosu i wreszcie spasowałem, ale... jednak pewnego dnia udało mi się wychwycić coś niezwykłego. Brzmiało to tak, jak melodyjka złożona z trzech rodzajów tonów: krótkiego /./, średniego - /-/ i długiego /__/. Przelewało się to-to gdzieś na skraju pasma 49 metrów, pomiędzy 5,8 a 6,0 MHz i brzmiało to mniej więcej tak:

.__-.--__-__.  .__-. ---.__  __-  ..__ __ __  ... ---.__.--. __..-..__ __.--  __..-__ __ itd.

Co to było? Nie wiem. Brzmiało to chwilami melodyjnie, jak pozdrowienie ze świata, którego już nie ma... Być może to był jakiś nowy rodzaj kodu albo szyfru stosowanego przez którąś ze służb specjalnych albo agencję kosmonautyki? A może to była próba Kontaktu? Mogę to tylko zgadywać. W jakiś czas potem wpadła mi w ręce książka SF jakiegoś francuskiego pisarza pt. Planeta Kalgar - w której ów autor także pisał o takich sygnałach, a zatem mógł to być jakiś żart radioamatora? A może to autor słyszał to samo, co ja i to zainspirowało go do napisanie tej książki?

W szkole średniej zainteresowała mnie także radioastronomia, jako potencjalne narzędzie zdobywania wiedzy o Obcych Cywilizacjach i ewentualnego Kontaktu z Nimi. Jeszcze wtedy naiwnie wyobrażałem sobie, że odbędzie się to przy pomocy fal radiowych. W prasie technicznej czytałem o programach OZMA, CYCLOPS, CETI - szczególnie to ostatnie działało mi na wyobraźnię: Communication with Extra Terrestial Intelligence! Później zrobiono z tego SETI - Searching for Extra Terrestial Intelligence - poszukiwanie pozaziemskich cywilizacji - a wszystko to opierało się na nasłuchiwaniu Kosmosu na pewnych zakresach fal radiowych. Brzmiało to wszystko obiecująco i  przekonywująco. Mamy nasłuchiwać Kosmosu na fali 21 cm, bo to fala rozgłośni „Radio Kosmos 1”, a że  częstotliwość 1420 MHz to pasmo wolnego wodoru (H), którego jest najwięcej w Kosmosie, to bez ochyby wszystkie rozumne istoty całego Wszechświata muszą się na niej porozumiewać! Rychło do tej częstotliwości doszło „Radio Kosmos 2” - czyli pasmo hydroksylowe - OH o częstotliwości 1661 MHz i długości fali 18 cm, „Radio Kosmos 3” to pasmo wodne - H2O o częstotliwości 22,23522 GHz i długości fali 1,35 cm. A jeszcze pasma o długościach fal 18,2 cm, 12,6 cm czy 31,4 m...

I co? I nic. Znaku z Kosmosu jak nie było, tak nie ma - jeżeli nie liczyć zagadkowych radioech van der Pola - Störmera. To ochłodziło mój entuzjazm, ale go nie podkopało. Doszedłem bowiem do wniosku, że nasłuchiwanie Kosmosu traci sens ze względu na to, że - zważywszy kosmiczne odległości - fala radiowa obrzydliwie „wlecze się’ z prędkością tylko tych 300.000 km/s i komunikacja z najbliższą gwiazdą zajęłaby nam 10 lat!

Zdałem sobie z tego sprawę po przeczytaniu zdumiewającej  swym rozmachem wizji, powieści Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki Zagubiona przyszłość, Proxima i Kosmiczni bracia - w której to „trylogii proximiańskiej” autorzy z drobiazgową dokładnością rozpracowują techniczne aspekty wyprawy Ziemian do układu Tolimana, którego trzy składniki są odległe od Ziemi o 4,3 ly. Ich statek kosmiczny - Astrobolid pokonał trasę Słońce - Proxima Centaura (Toliman C) w czasie 132 lat, lecąc z prędkością podróżną 50.000 km/s. Bohaterowie korzystali z  napędu jonowego, a dokładniej z jonowo-magnetycznego. W drugiej części podróży, pomiędzy Proximą a układem Tolimana A i B, posługiwali się już rakietą o napędzie fotonowym, która osiągała prędkość relatywistyczną  równą około ½c - czyli około 150.000 km/s, a i wtedy przebycie odległości wynoszącej 10.400 AU (czyli 2 miesięcy biegu światła) zajęło im dwa miesiące - wskutek interwencji mieszkańców układu Tolimana... Mimo wręcz czasami nachalnej komunistycznej łopatologii ideologicznej - bez której ta powieść nie miałaby szans ukazać się przed 1956 rokiem - czyta się to wszystko interesująco, nawet dziś - w XXI wieku. Autorzy wylewają potężny kubeł zimnej wody na głowy nie tyle zwolenników podróży międzygwiezdnych, ile zwolenników łączności radiowej z Obcymi w Kosmosie.  Meldunki na Ziemię były przekazywane z niemal cztero i pół-letnim opóźnieniem, co oczywiście czyniło ekspedycję skazaną wyłącznie na samą siebie, i życzliwość Obcych. I co najciekawsze - stojący od nas wyżej technicznie Urpianie (zamieszkujący Układ Tolimana) posiadali jednak sposób łączności ponadprogowej... Autorzy nie napisali tego wprost, ale dali delikatnie do zrozumienia, bowiem dla marksizmu-leninizmu tych czasów było to bluźnierstwem! Wysłannicy pyłowi Urpian mido mogły operować w Układzie Słonecznym, Układzie Procjona i Układzie Proximy w   c z a s i e    r e a l n y m !   A zatem   m u s i a ł y   mieć jakiś sposób na łączność ponadświetlną, której nośnik przemieszczał się z v >> c!

Oczywiście nie mówi się tego wprost, a tylko napomyka aluzyjnie... - np. promieniowania sisimi i fadoremi są jedynie promieniowaniami towarzyszącymi właściwemu przekazowi dodomi energii i informacji dla mido. Aby jednak mogły one funkcjonować należycie i w   c z a s i e   r e a l n y m   -    m u s i a ł y   one być instruowane i ładowanie energetycznie z v >> c i w T = 0. Inaczej po prostu   b y ć   n i e   m o g ł o! Bez tego Urpianie nie mogli prowadzić efektywnej kontroli nad załogami Astrobolidu i RER  w Układzie Proximy i budować agregatów Pamięci Wieczystej - superkomputera zawierającego wszelką wiedzę Urpian - na planecie Tolimana B. na tym polega urok tej „trylogii proximiańskiej” - poza jej aspektami stricte technicznymi , autorzy rozpatrują tam aspekty czysto filozoficzne Kontaktu: ludzi z XX wieku ze sztucznej planetki Celestia z ludźmi z XXVI wieku, dla których ci drudzy stanowią cos w rodzaju bogów dzięki przewadze technicznej; ludzi z Temidami - którzy są na poziomie kamienia jeszcze nie rozłupanego; ludzi z Urpianami z planety Juventa - którzy to Urpianie przerastają nas cywilizacyjnie o kilka stuleci; i wreszcie ludzi w cywilizacją Silihomidów, która niemal opanowała układ Ziemia - Księżyc niekonwencjonalnymi metodami walki. I tutaj kolejna ciekawa uwaga: i Urpianie i Silihomidzi posługują się   t e l e p a t i ą !   Tym środkiem łączności, który został wyklęty przez wszystkich racjonalistów! - a który był najprawdopodobniej w powszechnym użyciu na Ziemi   z a n i m   w y k s z t a ł c i ł a   s i e   m o w a ! Polecam tą ciekawą powieść choćby dlatego, że jest ona dla mnie źródłem inspiracji.

 A może było tak, że po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów sprymitywizowana Ludzkość przestała używać telepatii, więc rozwinęła mowę?... To dokładnie tłumaczy, dlaczego ludzki mózg pracuje zaledwie 10% swej objętości! I dlaczego Neandertalczyk miał większy o 400 g mózg od Homo sapiens sapiens... Po prostu Neandertalczyk porozumiewał się telepatycznie z innymi osobnikami i być może niektórymi gatunkami zwierząt, NB co stało się być może przyczyną jego zguby, a dzisiaj tylko resztki przedstawicieli jego cywilizacji straszy ludzi jako Ałmas, Yeti, Bigfoot czy Sasquatch...

Jaka z tego płynęła nauka dla mnie? Wyciągnąłem wniosek, że te wszystkie programy w rodzaju CETI, SETI i im podobne są jedynie wyciąganiem pieniędzy z kieszeni podatnika przez uczonych bez elementarnej wyobraźni! Dlaczego? A dlatego, że   ż a d n a   istota nosząca szczytne miano istoty rozumnej  n i e   b ę d z i e   posługiwać się   n a j m n i e j   efektywnym środkiem komunikacji, jakim jest wykorzystanie fal elektromagnetycznych. Fala radiowa na potwornie wielkich dystansach kosmicznych mierzonych okresem biegu światła, które w czasie 1 roku przebiega dystans zaledwie 9,46053 x 1012 km wlecze się i nie może być  efektywnym narzędziem wymiany informacji, a zatem musi to być coś innego - tym czymś wydaje się być zjawisko łączności biologicznej - właśnie telepatii.

Telepatia istnieje, i wykazał to m.in. eksperyment przeprowadzony przez Nieznany Świat i Nautilius Radia Zet w 1998 roku, kiedy to obraz nadany przez medium w studio radiowym, odebrało wielu ludzi, którzy nawet niczego o tym eksperymencie nie wiedzieli!!! Ale to jeszcze nic, w porównaniu z sensacją, która wyszła już po ukończeniu eksperymentu, kiedy w czerwcu 1998 roku omawialiśmy go w gronie przyjaciół w czasie odwiedzin naczelnego Nieznanego Świata w Jordanowie. Redaktor Marek Rymuszko  pokazał mi rysunek, który został nadany telepatycznie ze studia Nautiliusa Radia Zet. Przedstawiał on żółto-pomarańczowe Słońce na niebieskim tle i z wydłużonym, żółtym kleksem pod jego płomienistą grzywą. Namalowała go dziewczynka z jednej z warszawskich szkół. Zaintrygował mnie on, bo odnosiłem niejasne wrażenie, że gdzieś już widziałem taki obraz. I w przebłysku natchnienia pamięć podrzuciła mi rozwiązanie - rysunek ów był niemal identyczny ze zdjęciem komety Ikeya-Seki zbliżającej się do Słońca, w dniu 21 października 1965 roku, o godzinie 03:35 GMT! Ciekawe - kto „nadał” ten komunikat autorce rysunku, która zapewne w życiu nawet nie słyszała o tej komecie?!

W jednym z moich artykułów dla Nieznanego Świata rzuciłem projekt wysłania w Kosmos, na orbitę wokółsłoneczną o promieniu 150 AU - a zatem poza zasięgiem wpływów grawitacyjnych planet Układu Słonecznego - stacji kosmicznej Radiozwiadowcy Ziemi, której to misji celem byłoby wychwycenie wszelkich emisji w zakresach fal VHF i UHF z modulacja AM i FM pochodzących z gwiazd położonych w odległości do 20 ly od Słońca. W zasięgu anten RZZ znalazłyby się wszystkie podejrzane gwiazdy o posiadanie układów planetarnych z potencjalnymi CNT - jeżeli owe CNT posługują się radiem, to bardzo szybko dałoby się je zlokalizować i spróbować się z nimi dogadać. Nasz RZZ w pierwszym rzędzie podsłuchałby: Tolimana A, B i C (Proxima); Procjona A i B; Syriusza A, B i ewentualnego Syriusza C oraz inne gwiazdy w naszym najbliższym sąsiedztwie.

Rzecz ta byłaby do zrobienia nawet dzisiaj - w listopadzie 2001 roku - gdyby przeznaczyć na to środki wydawane przez Ludzkość na zbrojenia przeciwko sobie samej i grzęznącej w durnych i niepotrzebnych konfliktach, które jej nie przyniosły niczego dobrego... Jeżeli wyliczenia niektórych egzobiologów są prawidłowe, to RZZ powinien wychwycić kilkadziesiąt CNT w Galaktyce.

Ktoś mógłby zapytać, że skoro CNT i SCNT posługują się masowo telepatią, to dlaczego my nie odbieramy Ich telepatem? Odpowiedzi może być kilka:

v     Gatunek Homo sapiens sapiens   p o s i a d a ł   te właściwości, ale utracił je po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów 12.000 lat temu. Tych, którzy byli w stanie je odbierać mimo regresu ogółu, wymordowała w przeszłości Święta Inkwizycja jako czarownice i czarowników kontaktujących się z diabłem - szacuje się, że ogółem zamordowano 10 mln ludzi za rzekome czary. Hipoteza o najwyższym stopniu prawdopodobieństwa.

v     Ludzie nie są w stanie odbierać telepatem, bo ich mózgi nie są w stanie ich przyjmować i funkcja ta rozwinie się dopiero z biegiem czasu - hipoteza najmniej prawdopodobna.

v     Telepatemy te są nadawane na kanałach łączności telepatycznej, których nasze mózgi nie odbierają.

v     Ludzkie mózgi odbierają telepatemy, ale nie jesteśmy w stanie ich rozumieć, gdyż są kodowane i przez to niedostępne dla prymitywnych psychozoów - którymi w końcu jesteśmy.

v     Nie odbieramy żadnych telepatem, gdyż ich odbiór jest celowo blokowany przez Obcych, z powodów jak wyżej.

v     Mózg człowieka jest w stanie odbierać telepatemy Obcych CNT i SCNT tylko w stanach odmiennych świadomości: sen, trans, OOBE, itp. - a czego nie zdajemy sobie świadomie sprawy i bierzemy te informacje za twory własnej imaginacji, a nie za realne przesłania...

Starczy...

Osobiście podejrzewam, że Obcy kontaktują się z nami nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale przede wszystkim na płaszczyźnie tzw. astralu.

Czy mamy na to dowody? Oczywiście. Są nimi osławione kręgi i piktogramy zbożowe pojawiające się na polach uprawnych całego świata.

Wbrew temu, co pisze się pod koniec lat 90. XX wieku i początku lat 10. XXI wieku, te tajemnicze rysunki na polach nie są hitem ostatnich lat bo jak pisze w swej pracy UFO-mysteriet: från flygande tefat till cirklar i sädesfälten szwedzki ufolog Clas Svahn oraz Colin Andrews i Pat Delgado  w pracy Circular Evidence (w dostępnej mi włoskiej edycji L’Enigma delle trace circolari) - pierwsze kręgi zbożowe pojawiły się już w 1590 roku w rejonie miasta Assen w Holandii, zaś pierwsze wzmianki o kręgach pochodzą z angielskich kronik z 1499 roku! Już w XV wieku! - a zatem nie może być mowy o nowej formie kontaktu, bowiem zjawisko to towarzyszyło Ludzkości od zarania jej dziejów, tylko relacje o nim zatarł czas, zniszczyły liczne wojny i działania Kościoła - nie tylko katolickiego...

W Polsce - o ile wierzyć różnym relacjom - kręgi i piktogramy zbożowe obserwowano od dawna, ale media i ufolodzy zainteresowali się nimi od sierpnia 1998 roku, kiedy to mieszkańcy miejscowości Polanka k./Myślenic po raz pierwszy zgłosili pojawienie się czterech kręgów zbożowych w jej okolicy. Od tej pory do roku 2001, w kraju odnotowano następujące przypadki pojawienia się kręgów i piktogramów zbożowych:

 

Kategoria czas i miejsce zjawiska

Data powstania

Rodzaj zboża

Ilość ele-mentów

KZ Polanka 1998

Koniec lipca 1998

pszenżyto

4

KZ Stróża 1998

Sierpień 1998

pszenica

1(?)

KZ Pigża 1999

27.07.1999

pszenżyto

4

PZ Kielanówka 2000

1.07.2000

 

pszenica

4

PZ Nosówka 2000

Lipiec 2000

2

PZ Wylatowo 2000

22.07.2000

5

KZ Wylatowo 2000

VI/VII.2000

żyto

5(?)

KZ Drawień 2000-I

22.07.2000

 

 

pszenica

1

KZ Drawień 2000-II

24.07.2000

1

PZ Kruklanki 2000

VII/VIII.2000

5 w 1

PZ Wylatowo 2001-I

26/27.VI.2001

9

PZ Jugowa 2001

 

11/12.VII.2001

6

PZ Wylatowo 2001-II

2

PZ Łąka 2001

6

PZ Wylatowo 2001-III-A,B

24/25.VII.2001

3+3

 

Polscy badacze skupieni w organizacji nazwanej Polską Siecią Obserwatorów Kręgów Zbożowych przebadali te tajemnicze formacje i okazało się, że powstały one w miejscach, gdzie w przeszłości miały miejsce tragiczne czy znaczące wydarzenia dla życia naszego narodu. I tak np. w przypadku KZ Polanka 1998 mamy do czynienia formacjami, które powstały w okolicach dwóch cmentarzy: żydowskiego kirkutu i miejsca pochówku ofiar epidemii cholery. Jak twierdzi red. Jerzy Pałosz z Gazety Krakowskiej - kręgi te pojawiły się na tym terenie już w połowie sierpnia 1998 roku. Przedstawiony tam był krąg o średnicy 8 m z pierścieniem. Wychodząc z założenia, że każdy krąg jest jakimś przesłaniem - doszliśmy do wniosku, że jest to Ich ostrzeżenie przed spadkiem stacji orbitalnej Mir. Mogło równie dobrze chodzić Im o zwrócenie naszej uwagi na latające nam wtedy nad głowami NOO!

Wraz z Bronisławem Rzepeckim dokonałem pomiarów i udokumentowania jedynego ocalałego wtedy KZ - wyniki tego przekazaliśmy do publicznej wiadomości na łamach Czasu UFO. Pozostałe przypadki mają już bogatą literaturę, więc nie będę rozwijał tego tematu. Dodam tylko, że poza kręgami i piktogramami zbożowymi istnieją również Kręgi Trawiaste (KT), które obserwowano niejednokrotnie w różnych miejscach naszego kraju - także w zasięgu działania PROJEKTU TATRY, o czym później.

Zimą 1998 roku mieliśmy kolejną przesłankę po temu, by sądzić, że Obcy i ciała astralne ludzi potrafią manifestować się w przedziwny sposób. Było to w listopadzie i grudniu, w Niepołomicach, gdzie na miejscowym cmentarzu ukazywały się jakieś dziwne światła, a które ludzie utożsamiali ze zjawami swych bliskich zmarłych. Sprawie nadała bieg TVN i Superexpress. Nieszczęście chciało, że za wyjaśnienie tego fenomenu zabrało się dwóch krakowskich uczonych z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ci uczeni „zaciemniacze” po badaniach doszli do wniosku, że - cytuję po literkach - Światła na niepołomickim cmentarzu spowodowane są przez... fosfor wydobywający się z kości pochowanych tam zmarłych ludzi... No cóż - głupota tego stwierdzenia jest szokująca i zarazem ewidentna, jako że gdyby było tak, jak postulują to „zaciemniacze” z UJ, to takie fenomeny można by zobaczyć na każdym cmentarzu! Ale tego już „zaciemniacze” nie próbowali wyjaśnić, bo to nie pasuje do ich wymądrzonej teorii.

Pies z tym tańcował, niechże im będzie Wojtek - pardon - fosfor! A co uczeni „zaciemniacze” powiedzą na wizyty nieznanych Istot Nie Z Tego Świata w naszych sypialniach?  Bo wizyty te mają miejsce i są na to świadkowie. A chodzi mi tutaj nie tyle o Bedroom Visitors, ale chodzi o Bliskie Spotkania z Nimi... we śnie!

Pierwszy raz spotkałem się z tym problemem w Karkonoszach, gdzie w 1993 roku zarejestrowałem CE5 w Dolinie Sowiej. Jego bohaterami była pani mgr Ewa Katarzyna T. i jej kolega, którzy tam obserwowali NOL-a, który splanował im nad głowy zupełnie bezgłośnie, świecąc białymi i czerwonymi światełkami po bokach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w następne noce pani T. Śniła dziwny sen, w którym Obcy kazali się jej zainteresować Ziemia i naukami o niej, co wpłynęło na nią tak inspirująco, że zainteresowała się krystaloterapią...

 Następny przypadek dziwnych snów przeżyłem wraz z moją żoną w lecie 1998 roku, a mianowicie oboje śniliśmy identyczny w detalach sen, a było w nim lądowanie NOL-a w okolicach Majerzówki pomiędzy Jordanowem a Bystrą Podhalańską. Jeżeli był to tylko przypadek - to nadzwyczaj interesujący!...

Podobne przypadki opisywał w swej książce Alien Meetings amerykański ufolog Brad Steiger. Nie wyciągnął on jednak takich wniosków, które nasunęły się nam niemal automatycznie. Jest on nader prosty i przejrzysty - w czasie snu łatwiej jest nawiązać kontakt z naszą podświadomością - z ID - która jest bankiem pamięci każdego człowieka, bowiem zawiera informacje o tym, co człowiek widział i przeżył od swych narodzin do chwili obecnej. Co więcej - ID   n i e   k ł a m i e ! - i dlatego Obcy mają wgląd w nasze dusze, które nie są zakłamane przez Ego i Superego... Myślę, że Obcy w ten sposób dają nam znać: JESTEŚMY!!! I dlatego te wszystkie programy w rodzaju CETI i SETI oraz ich najnowsze mutacje są jedynie sztuką dla sztuki, bo Oni porozumiewają się telepatycznie, ergo wszelkie urządzenia radiokomunikacyjne są Im po prostu zbędne!  Dlatego właśnie SETI jest marnotrawieniem pieniędzy podatników, które powinny być skierowane na badania nad możliwościami ludzkiego mózgu i ich rozwijaniem, co dałoby nam większy pożytek, niż wsłuchiwanie się w Silentium Universii...

Tak zatem   s n y   s ą   w a ż n i e j s z e   o d   j a w y !   O tym dokładnie wiedzą australijscy Aborygeni, dla których sny są bardziej oczywiste od jawy, a cały świat zaczął się od skończenia się Czasy Snu - czasu istnienia i działalności poprzedniej CNT na Ziemi. I to właśnie parapsychiczne widzenie problematyki ufologicznej i Kontaktu z Obcymi jest centralnym punktem sposobu myślenia - zwanego Polską Szkołą Ufologii, a której podwaliny dał artykuł znanego zakopiańskiego mistyka, psychotronika, ufologa i badacza cayce’owskich readings - inż. Jerzego Łataka, a z którego tezami zgadzam się w całej rozciągłości. Uważamy mianowicie, że   s e n   j e s t   k l u c z e m   do tajemnicy Ich działalności na Ziemi.

W Czasie Snu ludzie byli w stałym kontakcie bilateralnym z bogami. A potem stało się coś, co ten kontakt przerwało na wieki. Czy była to - już tutaj postulowana - wojna na skale całej cywilizacji, czy może agresja z Kosmosu - tego jeszcze nie wiemy. Patrząc na to z tego punktu widzenia mogę powiedzieć, że Obcy dążą do ponownego nawiązania z nami kontaktu telepatycznego - stąd te wszystkie niesamowite przygody związane z zetknięciem z Nimi: wszczepy, telepatyczne przekazy, widzenia Matki Boskiej i świętych Pańskich, duchy i widma ludzi dawno zmarłych, itd. itp. Oni nie ingerują w nasze sprawy wewnętrzne, ale przez cały czas sprawują nad nami niewidzialną kontrolę, a wszystko to w czasie snu.

Pierwszy raz tego rodzaju myśl wyraził polski pisarz SF Adam Wiśniowski-Snerg w swej znakomitej i z tego punktu widzenia genialnej powieści Robot. Ta powieść jest czymś więcej, niż tylko opowiadaniem o ludziach, którzy znaleźli się w niecodziennej sytuacji - jest to konkretna wskazówka, gdzie należy szukać drugiego klucza do naszej Rzeczywistości...

 

20. ZAKOŃCZENIE

Jeszcze o Wielkiej Wojnie - Co ukrywają Dogoni? - Meteoryty i wieczne lody - Tropy wiodą w Kosmos - Znów wojna światów? - Wizje i rewizje lokalne - Złudzenia alchemików kolejnym dowodem.

Powróćmy jeszcze do hipotezy wielkiej wojny bogów. Wielu autorów zajmujących się zakazana archeologią, astrologia, atlantologią i naukami pokrewnymi zauważa, że rodzaj ludzki miał swe wzloty i upadki, i na dodatek jest o wiele starszy, niż się to ortodoksyjnym uczonym wydaje. Takie poglądy reprezentuje m.in. sir Brinsley le Poer-Trench lord of Clancarty, Aleksander Mora, dr Miloš Jesenský, Richard Mooney, Hans Bellamy, Jan Krzyściak, Klaus Aschenbrenner, Johannes von Buttlar, Michael Cremo, Alec MacCellan i wielu, wielu innych - w tym niżej podpisany.

Osobiście podejrzewam, że człowiek ma za sobą nie 3 mln lat rozwoju - jak głosi oficjalna nauka - a co najmniej 50 mln lat, i że pierwsze hominidy pojawiły się w czasie pierwszej eksplozji populacyjnej ssaków po tragicznym dla gadów impakcie asteroidy  sprzed 65 mln lat, dzięki której powstała na Jukatanie poimpaktowa formacja Chicxulub. Wyjaśnia to m.in. wszystkie odciski ludzkich stóp w kredowych skałach z poziomu wczesnego Trzeciorzędu - Tre-f na granicy paleocenu i eocenu, które znaleziono w okolicach Martina na Słowacji. Innym podejrzanym okresem w historii naszej planety są zlodowacenia - znane pod nazwą Epok Lodowych. Nie trafia do mnie to, że Ziemia przechodziła poprzez ciemne mgławice czy zmieniała się stała słoneczna, bo nie ma na to dowodów astronomicznych. Nie prościej byłoby założyć, że zlodowacenia są wynikiem działania na Ziemi kilku cywilizacji przedludzkich, i że każda z nich doprowadziła się do samozagłady swoją działalnością - za każdym razem wywołując efekt cieplarniany środowiska, a potem zlodowacenie. NB, nas czeka dokładnie taki sam los, jak pozostałe cztery cywilizacje przedludzkie.

Spójrzmy na Kenozoik: dzieli się on na dwie nierówne części: Trzeciorzęd - Tr i Czwartorzęd - Q. Trzeciorzęd zaś dzieli się na: Paleogen i Neogen. Człowiek powstał zatem już na początku Paleogenu - gdzieś na granicy Paleocenu i Eocenu - jakieś 55-50 mln lat temu. Poprzez pozostałe podokresy: Oligocen, Miocen i Pliocen ludzie rozwijali swoją cywilizację, aż doszło do pierwszego Wielkiego Kryzysu, który wyznaczył granicę Tr/Q1 od której zaczął się epizod lodowcowy Pleistocenu, zwany Günz-Menap, który zaczął się 1,7 mln lat temu i skończył się 600.000 lat temu. Interglacjał Kromer trwał około 100.000 lat, a po nim przyszedł drugi glacjał: Elster-Mindel - trwający 200.000 lat. W interglacjale Holstein nasza planeta odpoczęła sobie na kolejne 100.000 lat od lodów, które następnie zaatakowały Europę w czasie glacjału Sal-Ris na kolejne 100.000 lat. Potem się ociepliło na 50.000 lat w interglacjale Em, by w roku 50.000 przed Chrystusem nastało ostatnie - czwarte zlodowacenie Vislan-Würm, które skończyło się najprawdopodobniej katastrofą Atlantydy, Mu i Lanki w roku 10.000 przed Chrystusem. Obecnie żyjemy w kolejnym interglacjale i Ziemia dzięki naszym wysiłkom zmierza ku kolejnemu efektowi szklarniowemu i... następnemu zlodowaceniu, które zakończy dzieje naszej cywilizacji za kilka tysięcy lat, o ile sami nie wykończymy się wcześniej.

Ale nie tylko w Czwartorzędzie atakowały nas lody, bo zlodowacenia następowały także w następujących okresach: Prekambr (Wend) - 570 mln lat temu, Karbon - 362 mln lat temu i Perm - 290 mln lat temu. I co najciekawsze - w warstwach należących do tych okresów geologicznych znajdowano dziwne ślady i niezwykłe artefakty, wskazujące na istnienie w tych czasach jakiejś cywilizacji. Takim dziwnym śladem są np. ozokeryty, które nijak nie pasują do teorii o powstaniu złóż węgla kamiennego. Pisze się, że powstały one dzięki ropie naftowej, która powoli ulegała przemianom w warunkach wysokiego ciśnienia, temperatury i braku dostępu tlenu. OK., ale czy na pewno? Bardziej przemawia do mnie to, że ozokeryty, to są po prostu masy plastyczne, które zostały kiedyś po prostu zakopane i uległy metamorfozie w wyżej wspomnianych warunkach, co jest nie do przyjęcia przez ortodoksyjną naukę...

Zainteresowanych odsyłam do lektury książek Michaela Cremo i Thomasa de Jeana. Wychodzi zatem na to, że nie jesteśmy tutaj pierwsi!  - jak dotąd sądziliśmy to z naiwnością dzieci Wszechświata!

Najbardziej szokującym jest to, że około 600 mln lat temu Ziemia przeszła rewolucyjną zmianę życia. Znikła flora i fauna ediakariańska i ewolucja wystartowała niemal od zera! Niektórzy przypuszczają, ze stało się to za przyczyną planety Luna, która stała się naszym Księżycem i odtąd wiernie nam towarzyszy. Do tego jeszcze wrócimy, wszystko wskazuje na to, że Księżyc ma niejedną tajemnicę!

Podsumowując można powiedzieć, że życie na Ziemi rozwijało się swoją drogą, ale od czasu do czasu, wskutek kosmicznych bitew między cywilizacjami dochodziło do zagłady wielu gatunków i wymrożenia planety. Tak właśnie można wyjaśnić tajemnicę Wielkich Wymierań, jako rezultatów upadku Cywilizacji Przedludzkich. Ostatni Epizod miał miejsce 12.000 lat temu, kiedy to wskutek planetarnego konfliktu doszło do zalania kontynentów (no, bez przesady - po prostu archipelagów dużych wysp) Atlantydy, Lanki i Mu. Każda taka kosmiczna bitwa czy kosmiczna katastrofa ekologiczna - co na jedno wychodzi - spowodowana działalnością Ziemian i Obcych powodowała wymieranie gros gatunków na naszej planecie, ale jednocześnie dawała „ewolucyjnego kopa”, co powodowało błyskawiczny rozwój i opanowywanie opuszczonych nisz ekologicznych. W planetarnych wojnach bogów-astronautów używano wszelkich znanych nam i nieznanych broni masowego rażenia z użyciem asteroidów spychanych na planetę włącznie - co kończyło się Wielkimi Wymieraniami. Być może 65 mln lat temu jacyś Najeźdźcy z Kosmosu wykończyli dobrze zapowiadającą się cywilizację Dinozauroidów? Taka hipoteza jest równie dobra, jak każda inna. A że nie ma na to materialnych dowodów? Ależ są, tylko trzeba je dobrze poszukać! Kamienie nie kłamią! I tylko one mogą stanowić dowód. Metale korodują - z wyjątkiem tych szlachetnych, ale jest ich mało. Plastyki utleniają się bądź przeobrażają się w ozokeryty. Drewno butwieje, utlenia się i bardzo rzadko kamienieje. Kamienie zostają. Tylko one. I tylko one mogłyby być dowodem. Szukając tych śladów trzeba przeszukać kontynenty i dna Wszechoceanu Ziemi - choć te ostatnie wskutek subdukcji nie dają zapisu paleontologicznego starszego, niż 250 mln lat, a i to jedynie w kilku rejonach Wszechoceanu. Historię Ziemi i własnego gatunku znamy w oparciu o prace na kilkuset zaledwie odkrywkach i kilku tysiącach kopalni, które to dają obraz zamglony i niepewny. Nawet wspaniałe rekonstrukcje niektórych dinozaurów są zlepkiem kości kilku  czy kilkunastu osobników! Podziwiam odwagę uczonych, którzy tak autorytatywnie stwierdzają, że historia Ziemi jest taka, jaką oni widzą i nam przekazują. Ja nie byłbym tego taki pewien ferując ten wyrok. Bo w końcu na czym opieramy naszą wiedzę o czasie, który upłynął od danego wydarzenia? Na stratygrafii, czyli ułożeniu poszczególnych warstw osadów względem siebie, tworzących zapis geologiczny i zawarty w nich zapis kopalny. Kataklizmy towarzyszące np. zlodowaceniom, impaktom asteroidów czy tworzeniu się trapów wulkanicznych zmieniaja całkowicie zapis na okres miliona lat, jak nie lepiej. W przypadku impaktu K/Tr po cywilizacji Dinozauroidów nie miał prawa pozostać kamień na kamieniu, bo trzęsienia ziemi, megapowodzie i wzmożony wulkanizm dokonały straszliwych spustoszeń w kartach księgi Matki Ziemi i tak drobny epizod, jak cywilizacja Dinozauroidów został z niej dokładnie wymazany, i trzeba będzie dużej dozy szczęścia, by natrafić na artefakt z tej epoki.

Mamy jeszcze jeden sposób datowania - datowanie radionuklidami, czyli radioizotopami niektórych pierwiastków chemicznych, która to metoda oparta jest o znajomość czasu półrozpadu czy półzaniku - T1/2 jąder atomowych. Poniższa tabela uzmysławia nam, jak wielkie interwały czasowe jesteśmy w stanie mierzyć tą metodą:

 

Reakcja rozpadu

T1/2 (lata)

C-14 → C-12[14]

5.730

K-40 → Ar-40

1,25 mld

Rb-87 → Sr-87

48,8 mld

La-138 → Ce-138

106 mld

Sm-147 → Nd-143

108 mld

Lu-176 → Hf-176

24 mld

Hf-182 → W-182

9 mln

Re-187 → Os-187

166,6 mld

Th-232 → Pb-208

3,9 mld

U-235 → Pb-207

704 mln

U-238 → Pb-206[15]

4,46 mld

 

 

 

 

   

 

 

 

Niestety, zawodność tej metody została wykazana już niejednokrotnie - ot, choćby w przypadku Całunu Turyńskiego... Zakładając, że wojna z użyciem broni jądrowych czy impaktu asteroidy wzbogaca sedymenty w pierwiastki radioaktywne, a zatem odmładza daną warstwę o pewien czas. Można ustalić wiek danej warstwy poprzez porównanie jej z analogicznymi warstwami w innym miejscu, ale czy taka metoda jest stuprocentowo pewna? Poważnie w to wątpię...

A teraz z innej beczki.

Kiedy Ziemia została wyposażona w Księżyc? Pytanie to brzmi dziwnie tylko na pierwszy rzut oka, bowiem staje się ono istotne w porównaniu czasu pojawienia się Księżyca i Epizodu Ediakariańskiego - patrz wykres. Oficjalnie przyjmuje się, że Księżyc powstał w wyniku „wychlapnięcia” ziemskiej materii w wyniku kolizji Protoziemi z planetą o wielkości Marsa 2-3 mld lat temu - w czasie formowania się Układu Słonecznego. Hipoteza, jak hipoteza - teraz nie do udowodnienia.

Najsensowniejszym - moim skromnym zdaniem - jest wytłumaczenie, że Księżyc został „zakotwiczony” na swej orbicie jakieś 2,67 mld lat temu, kiedy zbliżył się do Ziemi na odległość 166.400 km, kiedy to doszło do grawitacyjnego wychwytu Luny i przekształceniu jej w nasz ziemski Księżyc. Luna podeszła niejako „z ukosa” - bo pod kątem 148o,6 względem płaszczyzny równika Ziemi. Kiedy doszło już do wychwytu, to w ciągu następnych 170 mln lat jego orbita zaczęła się stabilizować i jakieś 2,5 mld lat temu osiągnęła ona trwały mimośród orbity e = 0, i nachylenie w stosunku do równika Ziemi = 45o,7. Tyle, że Księżyc obiegał Ziemię w fantastycznie krótkim czasie - tylko 6h20m,64, ale jego odległość od naszej planety wynosiła jedynie 18.490 km! Efekty tego można sobie wyobrazić: potworne fale pływowe, wybuchy wulkanów i straszliwe trzęsienia ziemi. Dalsza stabilizacja orbity polegała na powolnym oddalaniu się Księżyca od Ziemi i dzisiaj Srebrny Glob krąży w odległości średniej 384.400 km, pod kątem 23o,8 i w czasie 27d7h,2. Za 300 mln lat Księżyc „zawiśnie” nieruchomo nad jedną hemisferą Ziemi... Tak widzi to astronom prof. H. Gesternkorn.

A może było zupełnie inaczej? Luna przypałętała się w okolice Ziemi nie około 2,67 mld lat temu, a zaledwie 50.000 lat temu? Prawie na początku IV Zlodowacenia Vislan-Würm. A to mogło być tak:

Luna wcale nie była planetką z Układu Słonecznego, ale gigantycznym statkiem kosmicznym z Układu Tolimana C - Proximy Centaura. Proxima jest gwiazdą karłowatą o klasie widmowej dM5e, aperiodycznie zmienną, o temperaturze fotosfery zaledwie 3.000 K - czyli o połowę niższej od Słońca. Proxima jest karzełkiem gwiezdnym, ale przecież nie zawsze tak było i miała ona swoje wielkie pięć minut w historii Wszechświata. Być może miała ona swój akt planetotwórczy i któraś z tych planet była biogeniczna, na której rozkwitło rozumne życie. Proximianie zorientowali się, że ich macierzyste słoneczko nie pogrzeje ich zbyt długo, więc chcąc nie chcąc zwrócili swe receptory radiowo-optyczne ku innym gwiazdom. Oczywiście na pierwszy ogień poszedł podwójny układ Tolimana A i B, których promieniowanie jest przyjazne życiu. Toliman A jest gwiazdą niemal identyczną ze Słońcem - jego masa wynosi 1,1 masy słonecznej, zaś klasa spektralna jest identyczna - dG2V. Toliman B jest mniejszy od Słońca o 0,1 masy słonecznej i ma typ widmowy dK5V, co oznacza, że jest chłodniejszy od Słońca, ale o całe niebo jaśniejszy i cieplejszy od przygasającej Proximy. Obawiam się, że ten układ nie ma planet, bowiem jest on ciasny - jego dwa składniki oddzielone są od siebie tylko przestrzenią 23,6 AU - dla porównania rozległość Układu Słonecznego od Słońca do Plutona wynosi średnio 39,3 AU, co należy jeszcze pomnożyć przez dwa... A zatem każda hipotetyczna planeta musiałaby spaść na któryś ze składników, które na dobitkę okrążają wspólne barycentrum w czasie 90d2h,4 - więc co z tego?

Stwierdziwszy, że nie ma planet w Układzie Tolimana A i B, Proximianie zdecydowali się na zbadanie możliwości osiedlenia się na planetach jedynego istniejącego w ich sąsiedztwie układu planetarnego - Układu Słonecznego. Wyprawy zwiadowcze doniosły, że znajdują się tam cztery planety możliwe do zamieszkania: Merkury, Wenus, Ziemia i Mars, a także jeden z księżyców największej planety Układu - który zda się być cały pokryty lodowatym oceanem - Europa... Decyzja mogła być tylko jedna - Proximianie opuścili swój układ i dogasające słoneczko i posługując się niedużą planetą, jako statkiem kosmicznym - puścili się w drogę w kierunku Słońca i jego planet. Jak długo lecieli - nie wiem. Może 132 lata z prędkością 50.000 km/s, a może aż 19.600 lat z prędkością 50 km/s... - nie wiem, mogę na razie tylko to zgadywać. Dość na tym, że Luna znalazła się w Układzie Słonecznym. I na nią czekał już komitet powitalny Ziemian.  Co było dalej - wiemy. Konflikt lub cała ich seria, która skończyła się upadkiem cywilizacji, epoki lodowe i regres do epoki kamienia łupanego, budowanie od zera. Zaś Obcy, którzy nas odwiedzają, to nic innego, tylko zbiologizowane maszyny - roboty ocalałe z konfliktów, które zaczęły - z braku kierujących nimi ludzi - ewoluować same. Efekty widzimy od czasu do czasu w czasie CE.

Co do tego mają Dogonowie? Ano to, że zapamiętali przylot Proximidów - a wtedy jeszcze nie Syriusz, ale α Centaura była najjaśniejszą gwiazdą naszego nieba - i to jej oddawali cześć. Opis Syriusza i „baletu” jego składników doskonale pasuje do układu Tolimanów - co udowodniłem w moim referacie praskim. A co do użycia planety do podróży z jednego układu planetarnego do drugiego? Znamy takie „bezpańskie” planety - ot, choćby tą oznaczoną symbolem TMR-1C w gwiazdozbiorze Byka, który to obiekt jest właśnie taką planetą...

Przyznam się szczerze, że kiedy przeczytałem po raz pierwszy o odkryciu obiektu TMR-1C, to od razu pomyślałem o Plejadianach - wszak Plejady są oddalone od nas wprawdzie o 390 ly, zaś TMR-1C o 450-500 ly (rozbieżne dane) i ma masę dwukrotnie większą od Jowisza - czyli około 3,815 x 1027 ton, ale porusza się swobodnie w Kosmosie i co najciekawsze - widać z niej Plejady tak, jak to przedstawiono na sztucznym głazowisku w Odrach na Pomorzu!

Wkrótce dowiedziałem się o innej planecie, którą odkryli Amerykanie w gwiazdozbiorze Centaura, gdzie na tle Drogi Mlecznej porusza się ogromny blok węgla o średnicy 13.000 km i w odległości tylko 17 ly od Układu Słonecznego! Masa tego największego znanego diamentu oznaczonego jako BPM-37093 wynosi niewiele mniej, niż masa Ziemi, czyli 4,05 x 1021 ton![16] A ile z tego byłoby karatów brylantów???... Ciekawe, bo coś takiego przewidział w latach 70. słynny pisarz SF Arthur C. Clarke w trzeciej części swej tetralogii kosmicznej 2061: Odyseja kosmiczna, w której pisze on o diamentach ogromnej wielkości, które mogłyby być odpryskami jąder gazowych gigantów, jak Jowisz czy Saturn. Czyżby BPM-37093 był takim jądrem planety pierwotnie wielkości Jowisza, z której wybuch np. Supernovej zdarł wodorowo-metanową powłokę  i zostało tylko gołe jądro z ogromnego diamentu wielkości Ziemi? Astronomia zna podobne przypadki - bo obserwowano planety odzierane ze swych atmosfer przez odrzucane po wybuchach Supernovych otoczki gazowe w mgławicach powybuchowych, a zatem mielibyśmy do czynienia z jednym z nich w naszym gwiezdnym sąsiedztwie?

   Niestety, na razie nie mamy czym tam dolecieć, by zbadać rzecz in situ. Nasze sondy Pioneer-10 i Pioneer-11 oddaliły się od Ziemi na odległość 66,6 AU (10 mld km) czyli około 9h15m biegu światła, a zatem wyszły już poza orbitę Plutona i zmierzają w kierunku konstelacji Byka. Obie sondy wystartowały w swą podróż niemal 30 lat temu...

Powróćmy jednak do Obcych i Ich aktywności na Ziemi. Niektórzy ufolodzy z „nowej fali” zarzucają mi, że nie wierzę w kilka rzeczy, m.in. w to, że Oni są zaangażowani w nasze sprawy i traktują nas obojętnie. Oczywiście, że tak! Oni traktują nas tak, jak my traktujemy mrowisko. Czy badacz życia mrówek będzie burzył całe mrowisko, by uratować pojedynczą mrówkę? - rzecz jasna nie. Gdyby Oni chcieli ingerować w nasze sprawy tu na Ziemi, to proszę Czytelniku pomyśl, ileż musieliby spełnić naszych życzeń? Sto miliardów? Więcej? A każde z nich zmienia Rzeczywistość... Dlatego całkowicie rozumiem Ich i Ich nastawienie do nas, bo sam zrobiłbym dokładnie tak samo.

I co z tego wynika? Jeden wniosek pesymistyczny: NIE DOROSLIŚMY JESZCZE DO KONTAKTU NA SKALĘ KOSMICZNĄ W OGÓLE.

Uzasadnienie:

Człowiek rozumny (tylko z nazwy) w ciągu swego pochodu cywilizacyjnego potrafił tylko niszczyć wszystko, co miał wokół siebie, nie tworząc niczego, co pozwoliłoby mu na odtworzenie zniszczonych naturalnych zasobów planety - to jest aspekt ekologiczny. W aspekcie etycznym - człowiek obraca wszystkie stworzone przez siebie dobra na zgubę własnego gatunku - wszak giną wciąż ludzie w bezsensownych wojnach etnicznych, ekonomicznych, religijnych i innych - a jego działalność na polu inwentyki obraca się zawsze przeciwko niemu i środowisku w którym żyje.

Jest jednak jeszcze drugi wniosek - optymistyczny: MY, LUDZIE Z PLANETY ZIEMIA, JESTEŚMY JEDYNIE CZĄSTKĄ OGROMNEJ RZESZY RAS GWIEZDNYCH, KTÓRE ZAMIESZKUJĄ WSZECHŚWIAT.

Uzasadnienie:

Skoro Obcy traktują nas z wyrozumiałym spokojem i obojętnością badaczy, to oznaczałoby, iż takich przedmiotów badań jak my sami musi być we Wszechświecie ogromna ilość. Mieliśmy po prostu pecha - wynikającego z rachunku prawdopodobieństwa - zbyt późno się narodzić i jesteśmy tym samym „zasietniałą” cywilizacją, która dopiero - jak noworodek - drze się na cały Wszechświat: PATRZCIE! JESTEM TUTAJ!!!

Silentium Universii zatem, to jeno pozór - ono nie istnieje!

No, a teraz wizje, rewizje i remanenty.

Jerzy Łatak podał za Czasem UFO bulwersującą wiadomość na temat oddziaływania NOL-i na efekty awarii reaktora jądrowego w Czarnobylu. W największym skrócie wygląda to tak, że przy każdym pojawieniu się NOL-a, spadała radiacja nawet o 2,2 R/h! Nie zapominajmy, że katastrofa w CzEJ była źródłem największego w historii świata skażenia promienistego. Okolice fatalnego reaktora numer 4 skażone były wszelkimi produktami rozpadu uranu w wysokości 14,5 MBg/m2 - czyli dziesięć razy więcej  niż po wybuchach w Hiroszimie i Nagasaki!!! No tak, ale tam zdetonowano kilka kilogramów izotopów uranu: 235U + 233U stabilizowanych przez 238U i plutonu - 239Pu stabilizowanego przez 240Pu, zaś w CzEJ było aż 260 ton uranu i produktów jego rozpadu, a czego 99,99% silnie radioaktywne. I to świństwo poszło w atmosferę, a wyniki tego znamy.

W czym rzecz? Ano w tym, że Ufici przewidzieli to, co się stanie w Czarnobylu i to na dłuższy okres naprzód. Rosjanie wybudowali CzEJ na aktywnym sejsmicznie uskoku tektonicznym i że w momencie katastrofy doszło do 7-minutowego trzęsienia ziemi, dokładnie pod „czwórką”. Skok reaktywności stosu atomowego przypadł dokładnie na moment pierwszego wstrząsu, który był przyczyną „rozhulania się” reaktora. Wstrząs uszkodził obieg pierwotny chłodzenia reaktora i to właśnie spowodowało jego przegrzanie, skok reaktywności i w rezultacie ostatecznym „rozsmarowany” w czasie wybuch jądrowy...

Ufici byli świadomi niebezpieczeństwa i - jak sądzę - seria CE4 w latach 70. i na początkach lat 80. miała na celu zbadanie odporności ludzi na działanie promieniowań α, β i γ - a szczególnie tych dwóch ostatnich - które wydzielają radionuklidy 131I, 136Cs i 137Cs, spadające fall-out’em po wybuchu na nasz kraj. Można zatem przyjąć, że CE4 w Golinie i Emilcinie były elementami tej akcji, tego programu badawczego.

Nawiasem mówiąc, to wydaje mi się, że katastrofa w CzEJ została spowodowana przez trzęsienie ziemi, które wywołane zostało podziemnym testem jądrowym przeprowadzonym przez Armię radziecką gdzieś na stepach Ukrainy - lub co jest bardziej prawdopodobne - na stepach pomiędzy Orenburgiem a Orskiem, gdzie znajdował się radziecki poligon atomowy. Zamieszkali w Orenburgu Rosjanie i Polacy niejednokrotnie opowiadali mi, jak w stepie widziano potężne błyski, potem czuli drgania ziemi, huk eksplozji i na horyzoncie wyrastała ogromna chmura w kształcie grzyba czy kalafiora... A potem ludzie zaczynali chorować na dziwne choroby i niektórzy już nie wracali do zdrowia.

Eksplozja jądrowa spowodowała uaktywnienie się uskoków - a w okolicach CzEJ zbiegają się ich aż trzy! - i w rezultacie trzęsienie ziemi o sile 7-8oMSK w epicentrum i 2-3oMSK na obrzeżach - co odczuli mieszkańcy Czarnobyla. Hipoteza ta wyjaśnia, dlaczego KGB „wyciszyło” (mimo trwającej „pierestrojki”! - sic!) wszystkich fizyków, którzy mówili o trzęsieniu ziemi w obawie, by nie wyszedł na jaw test jądrowy przeprowadzany w Europie i obecność w rejonie CzEJ trzech supertajnych stacji sejsmicznych, których zadaniem było podsłuchiwanie geofonami krajów NATO i USA - a dokładnie prób jądrowych i testów ciężkich rakiet wielogłowicowych MIRV. Podobnie rzecz może się mieć w przypadku Ignalina EJ na Litwie, która jest równie głupio i niebezpiecznie usytuowana na zbiegu dwóch uskoków tektonicznych...

Taką aktywność NOL-i zaobserwowali nasi koledzy ze Słowacji, gdzie w okolicach Bohunickiej EJ w Bohunicach także obserwowano częste przeloty NOL-i.[17]

Nieco inaczej było w ówczesnej Niemieckiej Republice Demokratycznej[18], gdzie na jej bałtyckim wybrzeżu znajdowała się elektrownia jądrowa „Nord IV” w Lubminie k./Greifswaldu. Elektrownia ta miała reaktory typu RBMK-1000 - takie same, jak w CzEJ - zaś jej awaryjność - wedle osób, które w niej pracowały - była niesamowita - 1191 awarii w czasie zaledwie 2 lat, z czego 7 było BARDZO POWAŻNYCH, co oznacza, że o stopień wyżej było to, co w CzEJ...

„Nord IV” EJ była pilnowaną przez poza tajnymi służbami enerdowskimi STASI, także przez radziecką KGB. No i - jak się okazuje - także przez Obcych. Służąc w GPK Świnoujście słyszałem niejednokrotnie od ludzi morza historie o obserwacjach dziwnych obiektów latających i pływających nad i na oraz w wodach Zatoki Gdańskiej, Pomorskiej i Greifswalder Bodden. Szczytem wszystkiego było rzekome ostrzelanie polskiego promu pasażersko-samochodowego m/f Wawel w dniu 19 marca 1986 roku. Tak naprawdę, to chodziło tam być może o zrzut aparatury kontrolno pomiarowej w wody Zatoki Pomorskiej przez Ufitów na 40 dni przed eksplozją w CzEJ i w warunkach ciągłego zagrożenia identyczną katastrofą ze strony „Nord IV” EJ. W latach 1992-94 „Nord IV” EJ została rozebrana i właśnie w tym czasie nad Greifswalder Bodden i Zatoką Pomorską pojawiły się czarne latające trójkąty z białymi i czerwonymi światełkami konturowymi - co filmowali Polacy, Rosjanie, Japończycy i Niemcy... Wyglądało na to, że Obcy chcieli się upewnić, czy rzeczywiście Niemcy i Rosjanie rozbrajają tą bombę ekologiczną!

Czarne trójkąty pojawiły się także w latach 90. właśnie nad krajami, które znacznie rozwinęły swoją energetykę jądrową: kraje UE i NAFTA. Wydaje się, że Ich monitoring naszego przemysłu jądrowego wszedł w nową fazę i zamiast dyskoidalnych NOL-i pojawiły się na niebie czarne latające trójkąty ze światełkami. Najczęściej widywano je właśnie w pobliżu instalacji jądrowych - tutaj znamienne są dwa przykłady: francuskiej Le Hauge EJ nad Kanałem La Manche i Irvine EJ nad Morzem Irlandzkim.

W przypadku Le Hauge EJ chodzi o skażenie wód Kanału radioizotopem superciężkiego wodoru 3H albo T (od słowa Tryt) w ilości 155 MBq/l wody morskiej! Tło radioaktywne morza wynosi 10-20 Bq/l, zaś norma WHO przewiduje maksymalne skażenie w wysokości 7 kBg/l. W opisywanym przypadku doszło zatem do skażenia przekraczającego normę o 22.143 razy! Nie dziwota więc, że co trzecie dziecko nad francuskimi brzegami Kanału ma białaczkę radiogenną, a nad Francją i Belgią przelatują stada czarnych trójkątnych UFO...

Wyjątkowo „gorące” „popioły” pozostałe po paliwie jądrowym z Irvine EJ zatopiono wraz z kilkoma tonami bojowych środków trujących i zapalających w okolicach Mull of Kintyre - onegdaj opiewanego przez Beatlesów - a dziś czekającego na to, by Pandora uwolniła się ze swej puszki na dnie Morza Irlandzkiego. Uroczy prezencik dla potomnych!... Od tego czasu nad Szkocją i Irlandią widuje się czarne trójkąty, a ufolodzy brytyjscy zachodzą w głowy, co je tam ściąga? Już wiadomo - efekty głupoty i bezmyślności brytyjskich atomistów i wojskowych...

I jeszcze jeden przykład z Europy. Sama tylko awaria elektrofiltrów kominowych huty żelaza w Algeciras w Hiszpanii spowodowała skok promieniowania, które wykryto najpierw we Francji, gdzie promieniowanie tła podskoczyło o 17 μBq/m3 powietrza radionuklidu 137Cs, zaś w południowych kantonach Szwajcarii skażenie to wynosiło już 150 μBq/m3. Włochom też dostało się za swoje - było tam 20 μBq/m3 powietrza. I co najciekawsze - nad skażonymi miejscami pojawiły się czarne trójkąty! A przecież nie była to awaria reaktora atomowego, a jedynie konwencjonalnego zakładu przemysłowego! I znów muszę powtórzyć, że Oni pilnują nas jak oka w głowie - a szczególnie naszej techniki jądrowej. Zbierając materiały do tego rozdziału przestałem się Im dziwić i Ich poczynaniom, choć z drugiej strony czyż szaleńca nie ratuje się wbrew jego woli???... 

Sprawa piktogramów zbożowych i ich związku z ciałami astralnymi zmarłych ludzi.

Nie tak dawno na łamach Nieznanego Świata przeczytałem niesamowitą relację pewnej pani, która na własne oczy zobaczyła proces tworzenia się kręgu zbożowego. Wyglądało to następująco:

Niedaleko wioski, gdzie mieszkała pani M. T. znajdowała się mogiła radzieckiego żołnierza. Pewnego dnia pani T. wraz z koleżankami wracała z potańcówki czy majowej zabawy i przechodziły nieopodal mogiły, kiedy ujrzały przed sobą młodego mężczyznę w rosyjskim mundurze, który zbliżał się do nich. I naraz:

>>Nieoczekiwanie jednak uwagę dziewcząt przykuło niezwykłe zjawisko. Oto bowiem w rosnący tuż przy drodze zagon zboża uderzył - dosłownie znikąd! - gwałtowny podmuch wiatru. Podmuch, to dosłownie mało powiedziane - przypominało to minitrąbę powietrzną, ograniczoną tylko do tego jednego pola, a wokół było nadal cicho i pogodnie. Tymczasem tuż przy nich zboże zostało dosłownie   w g n i e c i o n e   p a s a m i   w   z i e m i ę  - po czym nagle wszystko ucichło.<<

Dziewczęta zdezorientowane rozglądały się i stwierdziły, że nieznajomy literalnie rozpłynął się w powietrzu...

A skąd my to znamy? Przecież to proces powstawania piktogramów! Ta trąba powietrzna nie wzięła się znikąd, a powstała pod wpływem działania silników czy też jak woli prof. Jan Pająk - pędników NNOL-a, który zawisł nad polem i nie dość, że na chwilę pokazał ciało astralne radzieckiego żołnierza, to zamanifestował się piktogramem, którego sensu młodziutkie dziewczyny nie były w stanie umysłem ogarnąć... Osobiście sądzę, że w okolicy każdego cmentarzyska czy pobojowiska tworzyły się piktogramy, a my nie potrafiliśmy ich zinterpretować. Niedawno dowiedziałem się, że w Jordanowie powstały kręgi trawiaste w okolicach Hyćkowej góry w lecie 1992 roku i w lipcu 2000 roku na stokach Hajdówki - a przecież tam właśnie znajduje się zapomniany cmentarz ofiar „hiszpanki” z 1919/20 roku. Jakże elegancko wpisuje się to w teorię  o kontaktach Obcych z naszymi Drogimi Nieobecnymi...

Od pewnego czasu koresponduję z najbardziej znanym polskim ufologiem Krzysztofem Piechotą na temat „tajne stowarzyszenia, a sprawa UFO”. nie wdając się w szczegóły naszej dyskusji mogę powiedzieć tylko w największym skrócie, że wszystkie tajne ruchy opierały swe działania o alchemię. Stowarzyszenia te miały na celu stworzenie idealnego państwa wolności, równości i braterstwa - coś, co przyświecało rewolucji francuskiej w 1789 roku i rewolucji październikowej w Rosji w 1917 roku, a stało się jedynie straszliwym memento dla pokoleń ludzi i przestrogą, że każda próba stworzenia raju na Ziemi nieuchronnie kończy się piekłem... - i ponadto:

v     Uzyskanie kamienia filozoficznego, opanowanie sztuki transmutacji pierwiastków jednych w drugie - ze szczególnym uwzględnieniem robienia złota i srebra;

v     Uzyskanie wszechstronnego uniwersalnego rozpuszczalnika - alkathestu;

v     Uzyskanie eliksiru nieśmiertelności, które umożliwiłoby życie nieograniczone niczym, a przynajmniej długowieczność liczoną w tysiącach lat;

v     Wyprodukowanie sztucznego człowieka - homunkulusa.

Wszystkie te cztery cele miały służyć zbudowaniu pastwa idealnego i powszechnej szczęśliwości. Marzenie tak stare, jak sama Ludzkość i nieziszczalne, jak kwadratura koła.

Naprawdę może chodzić tutaj o przywrócenie stanu sprzed Wielkiego Konfliktu Bogów sprzed 12.000 lat, kiedy to przy pomocy atomowych syntetyzatorów można było produkować dowolne ilości dowolnych pierwiastków chemicznych z dowolnej materii czy energii w oparciu o odwrotność einsteinowskiego wzoru na równoważność energii i materii. To stąd to uporczywe poszukiwania archeusza, kamienia filozoficznego czy piątego żywiołu - quinta essentia - realizowane przy pomocy ognia. Tyle, że był to ogień nie zwykły, ale termojądrowych przemian które zachodzą wewnątrz jąder gwiazd i których efekty rozlatują się potem w chwili eksplozji gwiazdy Supernovej.

Wynalezienie alkathestu miało zapewnić otrzymanie kamienia filozoficznego na drodze rozpuszczania i sublimowania materii aż do uzyskania jej najczystszej postaci - lapis philosophorum.

Eliksir długowieczności miał zapewnić wybranym długowieczność - tak, jak biblijnym patriarchom, których długość życia wahała się pomiędzy 700 a 1.000 lat. Współcześnie takim  patriarchą był ponoć hrabia  de Saint Germain...

No i sprawa homunculusa.  Wyprodukowanie sztucznego człowieka przypomina mi dość dokładnie klonowanie istot żywych.

Czy to nam coś przypomina? A jużci! - przecież o tym wszystkim opowiadają ofiary Bliskich Spotkań Trzeciego, Czwartego i Piątego Rodzaju. To wszystko o czym tutaj piszę, Obcy opanowali do perfekcji, tyle że nie są to żadne istoty, ale biocybernetyczne maszyny pozostałe po Wielkim Konflikcie, a które - zbiologizowane - potrzebowały wszystkich tutaj wyżej wypunktowanych umiejętności do przetrwania. To właśnie dlatego Oni tak interesują się naszą genetyką i potrzebne Im są nasze gamety. To właśnie dlatego potrzebują niektórych narządów i tkanek człowieka i zwierząt - to jest materiał podkładowy do organów modyfikowanych do potrzeb Obcych.  Maszyn biologicznych. Neuromatów.

Istnieje jeszcze pewna furtka. Załóżmy, że Obcy - tj. autentyczni Kosmici, przedstawiciele CNT czy SCNT rzeczywiście istnieją, ale z tylko Im znanych powodów nie mogą czy nie chcą się z nami skontaktować osobiście, więc czynią to za pomocą neuromatów wysłanych do nas z jakiejś bracewellowskiej sondy skierowanej do nas kilka tysięcy lat temu. I to właśnie te neuromaty prowadzą tą działalność, którą my nazywamy aktywnością UFO.

Reasumując - można powiedzieć, że Masoneria i Różokrzyżowcy mogą być jedynie kontynuatorami organizacji, które działając tajnie przekazywały z pokolenia na pokolenie starożytna wiedzę Atlantów, stanowiąc coś w rodzaju zakonu św. Leibovitza z powieści Waltera M. Millera Jn. Są na to dowody. Wiedza ta ma nas doprowadzić z powrotem do Złotego Wieku sprzed Wielkiego Konfliktu. I o to w tym wszystkim chodzi.

Koniec remanentów. Czytelniku - wnioski wyciągnij sobie sam. Kiedy dobrze się rozejrzysz wokół siebie, to zobaczysz, że ten znany Ci i jak Ci się wydaje - ostatecznie poukładany świat ma swe drugie dno. I trzecie. I nawet czwarte... I znacznie różni się od tego, czego uczy się w szkołach, słucha się w kościele czy zna z własnego doświadczenia. Największe bowiem zagadki i tajemnice zawsze znajdują się najbliżej nas, tylko że my nie zawsze chcemy je dojrzeć...

Dziękuję za odwagę wszystkim ufologom, mistykom i psychotronikom oraz innym badaczom Nieznanego. Dziękuję wszystkim pisarzom fantastyki naukowej. Bez Was ten świat byłby o całe piekło nudniejszy i nie do zniesienia. Dziękuję Wam wszystkim...

KONIEC

Jordanów, 6 listopada 2001 roku, godzina 08:43.

 

21. LITERATURA

 

1. K. Aschenbrenner - Antylida, Gdynia 1998

2. - Astronomia popularna, Warszawa 1973

3. H. Bellamy - Kiedy na niebie nie było Księżyca, Łódź 1996

4. K. Boruń i A. Trepka - Zagubiona przyszłość, Proxima, Kosmiczni bracia, Warszawa 1956, 1987

5. P. Delgado, C. Andrews - L’Enigma delle trace circolari, Mediolan 1990

6. F. Drake i D. Sobel - Czy jest tam kto?, Warszawa 1995

7. Eleonora - Z pamiętnika jasnowidzącej, Katowice 1998

8. - Encyklopedia astronómie, Bratysława 1987

9. ­- Encyklopedia Zeme, Bratysława 1983

10. St. Figiel i J. Swajdo - Beskidy 3, Bielsko-Biała 1998

11. J. Gadomski - Łuna, Księżyc, Moon, warszawa 1969

12. J. Grzywok (Ruch Zwolenników Istnienia Obcych) - korespondencja prywatna autora z lat 1998-2001

13. M. Hope - Atlantyda - mit czy rzeczywistość, Warszawa 1994

14. J. Allen Hynek - The UFO Experience: A Scientific Inquiry, Chicago 1982

15. M. Jesenský - Korespondencja prywatna autora z lat 1993-2001

16. M. Jesenský - Bohové atomových válek, Ústi nad Labem 1998

17. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz - WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy, Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001

18. J. Krzysiak - Däniken, Kosmici i Atlantydzi, Katowice 1997

19. J. Krzyżanowski (Legnicki Klub Badań i Popularyzacji UFO „Kontakt”) - Korespondencja prywatna autora z lat 1996-2000

20. St. Lem - Obłok Magellana, Warszawa 1953

21. St. Lem - Niezwyciężony, Kraków 1967

22. St. Lem - Cyberiada, Kraków 1972

23. R. K. Leśniakiewicz - UFO nad granicą, Kraków 2000

24. J. Łatak (Zakopiańskie Towarzystwo Psychotroniczne) - List do autora z dn. 5 maja 1999 roku

25. - Materiały robocze i archiwalne Małopolskiego centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych z lat 1998-2001.

26. A. MacCellan - Zaginiony świat Agarti, Warszawa 1997

27. J. D. MacDougall - Krótka historia Ziemi, Warszawa 1998

28. - Nieznany Świat, nr 5-12,1998 i 1-5,1999

29. P. Novák -Vskazy odnikud, Pilzno 1997

30. J. Nyka - Beskidy, t. 2, Warszawa 1974

31. F. A. Ossendowski - Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów, Warszawa 1923

32. J. Pająk i K. Pańszczyk - Tunele NOL spod Babiej Góry, Dunedin 1998 (skrypt)

33. K. Piechota (Czas UFO) - Korespondencja prywatna autora z lat 1988-2001

34. P. P. Read - Czarnobyl - zapis faktów, Warszawa 1997

35. B. Rzepecki (GB NOL Kraków, Czas UFO, UFO) - Korespondencja prywatna autora z lat 1988-2001

36. B. Soczówka (Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych) - Przegląd obserwacji NOO, Miechów 1999 (skrypt)

37. C. Svahn - UFO-mysteriet: från flygande tefat till cirklar i sädesfällen, Nyköping 1998

38. T. Ściężor i J. Płeszka - Zdarzenie w Jerzmanowicach, Kraków 1993 (skrypt)

39. A. Tollmann i E. Tollmann - A jednak był Potop, Warszawa 1998

40. P. Ward - Kres ewolucji, Warszawa 1995

41. L. Zajdler - Atlantyda, Warszawa 1980

42. - Ziemia, Warszawa 1975

43. L. Znicz-Sawicki - Goście z Kosmosu - NOL, t. 3, Gdańsk 1986

44. L. Znicz-Sawicki - Podbój globu ziemskiego, t. 1-2, Kraków 1997

45. - Z powrotem na Ziemię, Warszawa 1980

46. J. Żuławski - Na Srebrnym Globie, Zwycięzca, Stara Ziemie, Kraków 1979

MATERIAŁY PRASOWE:

1. Gazeta Krakowska lata 1996-1999

2. Nasze Strony lata 1996-1997

3. Tygodnik Podhalański lata 1996-1999

4. Wizje Peryferyjne lata 1996-1997

5. Czas UFO lata 1997-2001

PROGRAMY RADIOWE I TV:

1. Nie do wiary, TVN w latach 1998-1999

2. Nautilius Radia Zet, w latach 1997-2000

 


Przypisy


[1] Szerzej na ten temat napisałem w opracowaniu „Ufologia a polityka”.

[2] Negatywne nastawienie Rosji co do sprawy rozszerzenia UE i NATO zmieniło się nieco na mniej sztywne po wydarzeniach 11 września 2001 roku, kiedy to Rosja przystąpiła do koalicji antyterorystycznej.

[3] W oryginale Jarosław Krzyżanowski używa pojęcia „warstwa tarciowa”.

[4] Aluzja to amerykańskich eksperymentów z systemem HAARP i radzieckim/rosyjskim ELIPTON-em.

[5] Autor, podobnie jak J. Krzyżanowski domniemywa, że w lipcu 1997 i lipcu 2001 roku przeciwko Polsce użyto broni meteorologicznej, co spowodowało gigantyczne powodzie.

[6] W dalszych partiach tekstu opracowania używam następujących skrótów: AZ = azymut, H = elewacja, RA = rektascensja i DEC = deklinacja.

[7] Zainteresowanych Czytelników odsyłam do antologii pt. Bolid Syberyjski pod moją redakcją, zamieszczoną w Internecie na stronie www.ufo-centrum.prv.pl.

[8] National Space Development Agency - Japońska Narodowa Agencja Kosmiczna.

[9] Zainteresowanych odsyłam do „Nieznanego Świata” nr 8,2000 i stronę internetową www.ufo-centrum.prv.pl - gdzie w artykule pt. „Kometa Milenijna i lodowe kule” podałem listę tych obserwacji bez Meteorytu Beskidy z 6 maja 2000 r. i Meteorytu Skomielna Biała. 

[10] Analiza wykonana przez Laboratorium Instytutu Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego w sierpniu 2001 roku wykazała, że niestety mamy do czynienia tylko z kawałem soli kłodawskiej...

[11] Wydarzenie to zostało opisane i zanalizowane przeze mnie w opracowaniu UFO nad granicą (Kraków 2000).

[12] Eksperyment „Piatno 2½” polegał na rozwinięciu dużego na 25 m średnicy zwierciadła i oświetlenie odbitym odeń „zajączkiem” świetlnym Ziemi na obszarze około 10 km2. Pierwszy eksperyment się nie powiódł dlatego, że zwierciadło nie rozłożyło się do przewidzianej średnicy.

[13] Memorandum to jest dostępne w Internecie na stronie MCBUFOiZA.

[14] Tzw. „zegar węglowy”.

[15] Tzw. „zegar uranowy”.

[16] Masa Ziemi wynosi ok. 5,97 x 1021 ton.

[17] Inż. Miroslav Karlik - UFO nad elektrownią jądrową - referat na IV Środkowo-Europejski Kongres Ufologiczny, Košice 1995.

[18] Dzisiaj są to trzy landy wschodnie Niemiec oraz miasto Berlin.

______________________________________________

Słowniczek terminów ufologicznych i astronomicznych

Obserwacje Dalekie:


DD - (Daylight Disc) - Dzienny Dysk/Obiekt - Nieznany Obiekt Latający w kształcie dysku lub inny obiekt zaobserwowany w świetle dziennym.
RV - (Radar-Visual) - Obiekt Radarowo-Wizualny - Nieznany Obiekt Latający zaobserwowany przy pomocy urządzeń technicznych: radiolokacji, kamer fotograficznych, filmowych, wideo, lornetek, teleskopów, itd.
NL - (Nocturnal Lights) - Nocne Światła - wszelkiego rodzaju Nieznane Obiekty Latające w nocy, demonstrujące swą obecność przy pomocy efektów świetlnych.
BOL - (Ball of Light) - Kule Świetlne - rodzaj Nocnych Świateł w kształcie kul.

Bliskie Spotkania:

CE0 - (Close Encounter of the Zero Kind) - Bliskie Spotkanie Zerowego Rodzaju - spotkanie z nieznaną istotą (EBE, ALF) bez udziału UFO.
CE1 - (CE of the First Kind) - Bliskie Spotkanie Pierwszego Rodzaju z UFO - obserwacja UFO z odległości powyżej lub równej 200 m.
CE2 - (CE of the Second Kind) - Bliskie Spotkanie Drugiego Rodzaju - przyziemienie NOL-a lub zaobserwowanie z odległości poniżej 200 m, pozostawienie śladów lądowania przez NOL.
CE3 - (CE of the Third Kind) - Bliskie Spotkanie Trzeciego Rodzaju - spotkanie z UFO w bezpośredniej bliskości i istotami w nim się znajdującymi, dobrowolne wejście na pokład NOL-a.
CE4 - (CE of the Fourth Kind) - Bliskie Spotkanie Czwartego Rodzaju - uprowadzenie lub porwanie na pokład NOL-a.
CE5 - (CE of the Fifth Kind) - Bliskie Spotkanie Piątego Rodzaju - spotkanie z NOL-em i Ufitami, w czasie którego doszło do kontaktu telepatycznego z Ufitami, bądź do przekazu telepatycznego po kontakcie z nimi.
CE6 - (CE of the Sixth Kind) - Bliskie Spotkanie Szóstego Rodzaju - przypadek spotkania z UFO lub Ufitami, w wyniku którego świadek odniósł obrażenia ciała, psychiki lub poniósł śmierć.

Kategorie obiektów latających:

UFO - (Unknown/Unidentified Flying Object) - Nieznany/Niezidentyfikowany Obiekt Latający - NOL.
UOO - (Unknown Orbiting Object) - Nieznany Obiekt Orbitalny - NOO.
USO - (Unknown Submarine/Submerged Object) - Nieznany Obiekt Podmorski/Podwodny.

Abrewiatura astronomiczna:

AZ - azymut
H - elewacja
RA - rektascensja
DEC - deklinacja
AU - (Astronomical Unit) jednostka astronomiczna (ok. 150 mln km)
ly - rok świetlny
 

Robert K. Leśniakiewicz

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                      Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/