|
|
Robert
Leśniakiewicz
|
BOGOWIE ATOMOWYCH WOJENKONIEC SŁOWO O AUTORZE
Dr Miloš Jesenský jest lekarzem weterynarii, dziennikarzem, ufologiem i znanym w swej ojczyźnie pisarzem. Mieszka w mieście Krasno nad Kysucou na słowacko-czesko-polskim pograniczu. Zadebiutował on literacko pod pseudonimem Manfred Jensen okultystycznym życiorysem Adolfa Hitlera pt. „Démon z jiného světa” (1997). W tym samym roku już pod swoim nazwiskiem wydał książkę „Čtyři hodiny do středověku”, którą krytyka uznała za najlepszą książkę od czasu pojawienia się na rynku „Poranka magów” Pauwelsa i Bergiera... W roku 1998 wydał „Reálne přiběhy X” nawiązujące do serialu telewizyjnego „Z Archiwum X”, następnie monografię „Země zázraků” stanowiącą encyklopedyczny przewodnik po legendach i tradycjach z pierwiastkiem nadnaturalnosci, które dziś zaliczylibyśmy do zjawisk paranormalnych. W tymże samym roku wyszła jego praca o tajnych broniach Hitlera pt. „WUNDERLAND: Mimozemské téchnologie Třeti Říše”, którą napisał wspólnie z Polakiem inż. Robertem K. Leśniakiewiczem. W 1999 roku ukazała się jego praca pt. „Dva měsice ve středověku” stanowiąca kontynuację monografii z 1997 roku na temat zagadek Średniowiecza. Rok 2000 to kolejne prace pt. „Vyslanec z temnot”, która to książka stanowiła kontynuację jego pierwszej pracy na temat Adolfa Hitlera; następnie ukazała się jego praca pt. „Po stopach Indiana Jonesa”, w której pisze on na temat Arki Przymierza i jej poszukiwań. Najciekawszą jest jego trzecia książka „Záhady devatenáctého století” w której omawia najciekawsze i najbardziej tajemnicze zagadki XIX wieku w formie wzorowanej na opowiadaniach Chrisa Cartera. W 2001 roku opublikował pracę pt. „Kletba faraonů” na temat klątwy faraonów i nie tylko, która dosięgła badaczy i rabusiów, którzy naruszyli wieczny spokój władców... Polskiemu Czytelnikowi Autor jest znany z przekładów artykułów, które ukazały się na łamach miesięcznika „Nieznany Świat”, którego jest stałym współpracownikiem. Poza tym jest redaktorem czasopism „Skryte Skutočnosti” (w Republice Czeskiej) i „UFO Magazín (Słowacja). Zajmuje się także dziennikarstwem radiowym w Radiu Żylina. Jest on najwybitniejszym ufologiem na Słowacji i krytyka słusznie upatruje w nim kontynuatora prac dr Ludvika Součka, znanego także polskiemu Czytelnikowi autora m.in. powieści fantastyczno-naukowych. Aktualnie wraz z Robertem Leśniakiewiczem pracuje nad książką na temat tajemnic Księżyca i innych planet, która będzie stanowić rozwinięcie niektórych wątków tej pracy.
Witold Baranowicz
DODATEK A – ATOMOWA WOJNA BOGÓW
I.
Zanim nasza cywilizacja wkroczyła w wiek atomowy – wiele odkryć, przekazów mitologicznych, opisów w świętych księgach, wykopalisk i zagadkowych zjawisk obserwowanych na ziemi pozostawało niezrozumiałymi. Sędziwe teksty sanskryckie „Mahabharata” opisują szczegółowo wybuchy wielkich kul ognistych oraz wywołane przez nie burze i sztormy. Następstwa tych wybuchów przybierały u ludzi forme klasycznych objawów choroby popromiennej, wywołując utratę włosów, wymioty i w końcu śmierć. Co ciekawe, teksty te podają, że osoby znajdujące się w zasięgu działania tych wybuchów mogą się ocalić usuwając wszystkie metale z powierzchni swych ciał i zanurzając się w wodzie rzecznej. Cel tego mógł być tylko jeden – dekontaminacja przez zmycie z powierzchni ciała i odzieży cząstek radioaktywnych, czyli proces, który w takich przypadkach zalecany jest i dzisiaj. Erich von Däniken wspomina zawarte w rozmaitych starożytnych tekstach opisy broni jądrowej, sugerując, że była ona użyta przez Przybyszów z Kosmosu, wyposażonych w wytwory swej wysoko zaawansowanej wiedzy i technologii przeciwko prymitywnym mieszkańcom naszej planety. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Przybysze stosowali tak drastyczne środki przeciwko pierwotnym, nie-ucywilizowanym, wyposażonym jedynie w łuki i strzały mieszkańcom Ziemi. Richard B. Mooney podaje, że bramińska księga „Siddnanta-Ciromani” posługuje się jednostkami czasu , z których ostatnia, najmniejsza trutti stanowi tylko 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotami, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w Starożytności tak mała jednostka czasu i jak ją można było mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny maja dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, żeby starożytne ludy zachowywały się w tym względzie inaczej. Thomas Andrews w swej książce „Nie jesteśmy pierwsi” pisze: Według jogi Pundid Kaniach z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966 początkowo pomiar czasu według braminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z „Brihath Sakatha” i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 >>kala<<, z których każda wynosiła 24 minuty. >>Kala<< dzieliła się na 60 >>vikala<<, z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: >>para<<, >>tatpara<<, >>vitatpara<<, >>ima<< i w końcu >>kashta<< - 1/300.000.000 część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundid Kaniach wyjaśnił, że uczeni bramini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli. 0,000.000.003 część sekundy – kashta – nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek elementarnych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystumiliardowej części sekundy![244] Tablica „Varahamira” z roku 550 n.e. zawiera wielkości matematyczne porównywalne z rozmiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby też przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia jest zbudowana z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach – jak dziś wiemy – większość przestrzeni jest nie wypełniona materią. Teksty te, pochodzące z dalekiej przeszłości, wskazują na to, że już wtedy istniała głęboka znajomość fizyki jądrowej. Fakt, że bramini zobowiązani byli zapamiętać szereg symboli matematycznych, nie rozumiejąc ich nawet, świadczy o celowo podjętym wysiłku zmierzającym do przekazania wiedzy z zaginionej ery technologicznej. Można sobie wyobrazić pradawnych uczonych, którzy obserwując upadek swej cywilizacji, zapisywali swoją wiedzę i powierzyli pewnej grupie ludzi odpowiedzialność za przekazywanie jej poprzez wieku, aż do czasu, kiedy znowu się stanie zrozumiała.[245] Wydaje się także, że coś z tej starożytnej nauki przenikało przez wieki w dość ogólnikowej formie. Dwa i pół tysiąca lat temu Demokryt mówił: W rzeczywistości nie istnieje nic, tylko atomy i pusta przestrzeń. Grecy uważali, ze atom jest najmniejszą i niepodzielną cząstką materii, podczas gdy Fenicjanin Moschus zapewniał, że atom można podzielić i zapewniał o tym Greków. Żyjący w I w. p.n.e. uczony rzymski Lukrecjusz pisał, że atomy pędzą nieustannie w przestrzeni i podlegają niezliczonej liczbie zmian pod zakłócającym wpływem zderzeń. Są one zbyt małe, aby je widzieć. Dopiero w XIX i XX stuleciu podjęto poważne prace w zakresie fizyki jądrowej, więc uczeni starożytni, których fragmentaryczna wiedza pochodzić musiała z zamierzchłej epoki zapomnianej technologii, nie mogli potwierdzić swych wiadomości w praktyce, nie istniała bowiem technologia, która to by umożliwiała. Zamierzchła epoka, kiedy wiedza ta była stosowana w praktyce, stosowała energię atomową do wielu celów. Idea transmutacji metali, która pochłaniała uwagę alchemików przez całe wieki, każąc im szukać sposobu zamiany ołowiu w złoto, wynikła najprawdopodobniej z jeszcze starszej wiedzy o tym, że manipulacja strukturami subatomowymi pierwiastków pozwala na przekształcenie jednego z nich w drugi.[246] Jednakże nas interesuje nie samo zastosowanie energii jądrowej, ale jej niewłaściwe zastosowanie. Wydaje się, że rozmaite starożytne teksty stwierdzają ponad wszelką wątpliwość fakt wystąpienia na Ziemi straszliwej masakry Ludzkości. W sferze domysłów znajduje się jedynie to, czy konflikt ów był wyłącznie ziemskiego pochodzenia, czy też wzięli w nim udział pochodzący z Kosmosu przybysze, wyposażeni w zaawansowaną wiedzę i technologię. Charles Berlitz pisze, że zaskakujące wzmianki i aluzje do stosunkowo niedawnych zdobyczy naszej cywilizacji, jak bomba atomowa, rakiety, gazy bojowe i inne, występują szczególnie obficie w starożytnych tekstach indyjskich. Wyjątkowo dużo tego można spotkać w staroindyjskim eposie „Mahabharata”, stanowiących kompendium wiedzy dotyczącej religii, świata, modłów, obyczajów, historii oraz legend o bogach i bohaterach starożytnych Indii. Często nazywa się ten epos „hinduską Iliadą”, chociaż jest 7 razy obszerniejszy od „Iliady” i „Odysei” razem wziętych – zawiera on 200.000 wierszy. Przypuszcza się, że został on napisany 1.500 lat p.n.e., ale dotyczy on zdarzeń znacznie wcześniejszych. Po raz pierwszy wydrukowano go w sanskrycie w 1834 roku, a następnie przełożono: najpierw na język włoski, a następnie w 1884 roku na angielski. „Mahabharata” w dużej części zajmuje się działaniami wojennymi, w których biorą udział bogowie, półbogowie i ludzie. Przypuszcza się, że opisy te stanowią quasi-historyczny przekaz dotyczący inwazji Ariów z północy, którzy wyparli pierwotnych mieszkańców tych ziem – Drawidów, na południe półwyspu indyjskiego. Jednakże wśród normalnych w takich razach obrazów starożytnych działań bojowych rozrzucone są zagadkowe i bardzo szczegółowe wzmianki dotyczące łatwych do zidentyfikowania obecnie broni takich, jak: działa artyleryjskie – agneyastra, rakiety i samoloty bojowe – vimana, radar, zasłony dymne, gazy trujące – tashtra, gazy obezwładniające – mohanastra, pojazdy rakietowe i głowice atomowe. W drugiej połowie XIX wieku fragmenty te brzmiały tajemniczo lub zabawnie; dzisiaj wymowa ich jest dla wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej oczywista, pomimo tego, że od czasu, którego te opisy dotyczą upłynęły tysiące lat. Przedstawiając bitwę pomiędzy starożytnymi armiami „Drona Parva” – jedna z ksiąg „Mahabharaty” – opowiada o walce, w czasie której: wybuchy pocisków dziesiątkują całe armie powodując, że tłumy żołnierzy wraz z bronią, słoniami i rumakami zostały uniesione i porwane przez wielki wicher jak suche liście z drzew... Starożytny kronikarz dodatkowo zaopatrzył ten opis w komentarz: Wyglądali tak wspaniale, jak szybujące ptactwo – jak ptaki odlatujące z drzew. Tekst zawiera nawet przedstawienie charakterystycznego, grzybiastego obłoku wybuchu nuklearnego, który porównywany jest do otwarcia gigantycznego parasola, zaś opis skażenia środków żywnościowych, wypadania włosów u ludzi oraz konieczność dokładnego zmycia ciała ludzi i zwierząt dla zapobieżenia choroby lub śmierci stanowią dziwnie nowoczesny akcent tej starożytnej legendy. A oto pochodzące z „Mahabharaty”, „Ramayany” i „Mahavira Charita” fragmenty opisujące walkę: Pojedynczy pocisk wybuchł z całą mocą świata. Rozżarzony słup dymu i ognia tak oślepiający, jak 10.000 słońc uniósł się w całej swej wspaniałości [...] Była to nieznana broń, żelazny piorun, gigantyczny posłaniec śmierci, który zamienił w popioły całą rasę Vrishni i Andhaka. Ciała ich były tak spalone, że nie można było ich rozpoznać. Ich włosy i paznokcie powypadały, wyroby garncarskie popękały bez żadnego widocznego powodu, a wszystkie ptaki zbielały. Po kilku godzinach wszystkie produkty spożywcze były zatrute [...] Aby uciec od tego ognia, żołnierze rzucali się do strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek. Następstwa działania tej superbroni opisane są następująco: Zaczął wiać wicher [...] wydawało się, że słońce się obróciło, świat spieczony ogniem wydawał się być w gorączce. Słonie i inne zwierzęta lądowe, palone energią tej broni, mknęły w ucieczce [...] nawet wody były tak gorące, że przebywające w nich stworzenia zaczęły palić się [...] Nieprzyjacielscy żołnierze padali jak drzewa powalone w szalejącym ogniu – wielkie słonie palone tą bronią padały na ziemię wydając dzikie ryki bólu. Inne palone ogniem biegały we wszystkie strony, jak wśród płonącego lasu, także rumaki i pojazdy spalone energią tej broni wyglądały, jak szczyty drzew, które spłonęły w pożarze lasu... Księga „Karna Parva” podaje nawet wymiary tej broni: Strzała śmiertelna jak laska śmierci. Mierzy ona 3 łokcie i sześć stóp[247]. Obdarzona mocą pioruna tysiącokiego Indry była ona niszczycielska dla wszystkich żyjących stworzeń. Starożytni Hindusi wykazali w swoich przekazach piśmienniczych zaskakującą wiedzę naukową o świecie i materii. W powstałym przed około 5.000 laty dziele zatytułowanym „Jyotish” znajdujemy rozważania na takie tematy, jak heliocentryczny ruch planet, prawa grawitacji, gwiazdy stałe na Mlecznej Drodze, dobowy obrót osiowy Ziemi, kinetyczna teoria energii i teoria budowy atomu. Wiadomo także, że niektóre szkoły filozoficzne podejmowały jako przedmiot swych rozważań skomplikowane obliczenia z zakresu fizyki atomowej. Wyznaczenie czasu potrzebnego do przejścia atomu przez jednostkę objętości równą tej, jaką on sam zajmuje jest przykładem jednego z prostszych „tematów badawczych”. Istnieją także liczne przykłady ścisłych i realnych opisów budowy rakiet i samolotów. Sama tylko „Mahabharata” zawiera ponad 230 strof poświęconych opisowi zasad konstrukcji latających maszyn – vimana – oraz innych urządzeń i aparatów.[248] W „Samarangana Suthadhara” omawiane są zalety i wady poszczególnych typów samolotów zarówno z punktu widzenia ich względnych zdolności i szybkości wznoszenia, jak również sposobów lądowania. Dyskutuje się tam także rodzaje materiałów napędowych – m.in. także rtęć?[249] – oraz materiałów konstrukcyjnych, a mianowicie – różnych odmian drewna, metali lekkich i ich stopów. Zwróćmy uwagę na fragment opisu lotu vimana: W wyniku działania sił utajonych w rtęci, które uruchamiają napędowy wir powietrza, człowiek znajdujący się wewnątrz może podróżować w podniebna dal [...] Viamana za pomocą rtęci może rozwijać moc pioruna [...] Jeśli ten żelazny silnik o odpowiednio połączonych częściach zostanie napełniony rtęcią, a do jego górnej części zostanie doprowadzony żar, to zaczyna on z rykiem lwa rozwijać moc [...] i natychmiast staje się niczym perła na niebie... Inny starohinduski epos „Ramayana” opisuje widok, jaki roztaczał się z góry podczas lotu boga Ramy i jego małżonki Sity ze Śri Lanki do Indii. Widok ten jest opisany tak szczegółowo, ze wydaje się niemożliwe, aby sam autor nie mógł tego obserwować samemu z góry. Ponadto starożytny samolot pokazano w zadziwiająco nowoczesny sposób: ...niepowstrzymany w swym ruchu [...] o godnej podziwu szybkości, [...] w pełni kontrolowany [...] o pomieszczeniach wyposażonych w okna i znakomite miejsca siedzące... Jednocześnie znajdujemy w tych dziełach stałą troskę i zaabsorbowanie niebezpieczeństwami wynikającymi z użycia broni nuklearnej. „Mahabharata” zawiera wersety, które – jeśli pominiemy ich archaiczny styl – mogliby wypisać na swych sztandarach dzisiejsi bojownicy o pokój: Wy okrutni i niegodziwi, upojeni i zaślepieni pychą, przez wasz Żelazny Piorun staniecie się niszczycielami własnego narodu. „Ramayana” przestrzega, iż Strzała Śmierci jest: tak potężna, że może w jednej chwili zniszczyć całą Ziemię, a jej straszliwy wznoszący się dźwięk wśród płomieni, dymu i pary [...] jest posłańcem śmierci. Wreszcie „Badha Parva” opisuje efekty ekologiczne użycia takich bomb: ... nagle pojawiła się substancja podobna do ognia[250] i nawet teraz pokrywające się bąblami wzgórza, rzeki i drzewa oraz wszelkiego rodzaju zioła, trawy i rośliny, w ruchomym i nieruchomym świecie, obracają się w popiół.[251] W końcu w „Musala Parva” znajdujemy notatkę wskazującą na to, że zdano sobie wreszcie sprawę z tego, iż broń ta jest zbyt niebezpieczna dla świata. Notatka ta zdaje się napomykać o zniszczeniu i pozbywaniu się głowic atomowych: w wielkim strapieniu umysłu król nakazał zniszczyć Żelazny Piorun na drobny proch. Wezwano ludzi [...], aby wrzucili ten proch do morza...[252]
II.
Indie nie są jedynym krajem, gdzie istnieją legendy i zapisy dotyczące pradawnej katastrofy atomowej na Ziemi. Występują one także w Chinach. Raymond W. Drake twierdzi, że w „Fengshen-yen-i” znajdują się opisy zdarzeń podobne do tych, jakie są w sanskryckiej „Mahabharacie”. Przeciwstawne sobie elementy walczyły o panowanie nad Chinami. Wspomagane one były przez pozaziemskich Przybyszów, używających broni przypominających najstraszniejsze wśród znanych nam obecnie. Wojna była prowadzona przy pomocy oślepiających promieni, ognistych smoków, płomiennych kul, lśniących żądeł i błyskawic. Jak wynika z opisów, walczące strony wydawały się posiadać urządzenia podobne dzisiejszemu radarowi, który pozwalał im na słyszenie i obserwowanie wizualne obiektów oddalonych na odległość kilkuset kilometrów.[253] Amerykański etnograf G. Baker odnalazł wśród kanadyjskich Indian legendy mówiące, że kiedyś tam na południu istniały wielkie lasy i łąki, a wśród nich wielkie oświetlone miasta, zamieszkiwane przez ludzi, którzy latali do nieba na spotkanie piorunom. Później jednak pojawiły się demony i wszystkie miasta zostały zniszczone. Pozostały tylko po nich istniejące do dziś dnia ruiny. Legendy te wywodzą się z objętych wieczną zmarzliną regionów kanadyjskiej tundry, położonych na Dalekiej Północy. Odnoszą się one do dawnych epok, kiedy to klimat dzisiejszych obszarów podbiegunowych odbiegał znacznie od dzisiejszego. Tradycja Indian kanadyjskich przypomina istniejące wśród Majów i Azteków legendy mówiące o miastach, w których ani w nocy ani w dzień nie gasły światła. Majowie mówili: Ta ziemia stanowi obecnie Królestwo Śmierci.[254] Przebywają tam dusze tych, którzy nigdy nie będą poddane reinkarnacji. [...], ale dawno temu było ono zamieszkałe przez starożytne rasy ludzkie. Istnieje wielkie podobieństwo, pochodzących z różnych części globu ziemskiego, legend mówiących o masakrach i zniszczeniach. Przypomnijmy sobie z mitologii greckiej postać Zeusa władającego gromami i błyskawicami, czy też postać Thora z mitologii nordyckiej władającego młotem i błyskawicami. Jeżeli w zamierzchłej przeszłości zaistniał konflikt na skalę światową, o zakresie większym nawet niż Druga Wojna Światowa i znacznie bardziej niszczycielski, to właśnie można by oczekiwać takich właśnie ech w pamięci narodów świata. Podobnie i równie szeroko są rozpowszechnione legendy o Złotym Wieku Ludzkości. Ci wszyscy, którzy szukają cudownej i zdumiewającej Atlantydy w jakimś jednym i określonym miejscu na Ziemi, skazani są – jak się wydaje – na rozczarowanie. Jeśli bowiem cały obszar kuli ziemskiej w dalekiej przeszłości osiągnął wysoki stopień cywilizacji, to legendy o jej istnieniu będą mieć charakter globalny. Sam fakt, że różne przekazy, pochodzące z rozmaitych części ziemskiego globu, umiejscawiały położenie Atlantydy na Morzu Śródziemnym, Atlantyku, Hiszpanii, Grenlandii, Islandii, Ameryce lub Tybecie, a nawet istniało podobne do Atlantydy królestwo Lemuria[255] na Pacyfiku wskazuje jedynie na to, że ówczesna cywilizacja miała charakter światowy, iż cywilizacja ta nie ograniczała się do jednej tajemniczej wyspy lub kontynentu, który następnie zatonął w morzu. Tylko istnienie cywilizacji o zasięgu globalnym może wyjaśnić podobieństwa występujące pomiędzy poszczególnymi cywilizacjami i kulturami zamierzchłej przeszłości, a także ich różnice.[256] Istnieje bardzo wiele punktów zbieżnych pomiędzy cywilizacjami Egiptu i Sumeru; również pomiędzy cywilizacjami rozwiniętymi w Dolinie Indusu i cywilizacjami Mezoameryki i Ameryki Południowej, szczególnie w ich legendach. Istnieją także duże różnice, choć dotyczą one głównie szczegółów, jak to, ze na obszarze Europy, Azji i Afryki północnej koło było w powszechnym użytku, podczas kiedy na obszarze Ameryki urządzenie to nie było znane.[257] Ci, którzy całkowicie odrzucają idee, że kiedyś musiał istnieć kontakt pomiędzy wszystkimi cywilizacjami zarówno europejskimi, azjatyckimi, afrykańskimi jak i amerykańskimi wydają się nie brać pod uwagę istotnych czynników. Tym bardziej, że jak dotąd na próżno poszukujemy jednego wyróżnionego obszaru, na którym powstałaby pierwotna kultura-matka – źródło wszystkich innych cywilizacji. Wiele wskazuje na to, że źródłem tym jest cały glob ziemski, iż istniał nie jeden, lecz wiele ośrodków rozwiniętej kultury i cywilizacji. Warto także zwrócić uwagę na inna osobliwość. Sporo legend mówiących o istnieniu wielkiego i katastrofalnego konfliktu w zamierzchłej przeszłości, wskazuje obszary, gdzie zdarzenia te miały miejsce. Okazuje się, że w większości chodzi o dzisiejsze pustynie! Szereg takich przekazów pochodzi z terytorium dzisiejszych Chin. Tam też znajduje się część niezbadanej dotychczas Pustyni Gobi, która ukrywa pod swymi piaskami wiele tajemnic. Podobnie w Indiach, w Dolinie Indusu, gdzie niegdyś kwitła wspaniała cywilizacja – dziś jest pustynia.[258] Pustynią jest znaczny obszar południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych, który Majowie nazwali właśnie Królestwem Śmierci.[259] w Egipcie Horus przeklął ziemie Seta na tysiące lat – ogromne obszary Afryki północnej wraz z Saharą są pustynne. To samo dotyczy również terenów na Środkowym Wschodzie – wielkie miasta Babilonii i Sumeru zrujnowane, spoczywają teraz pod ruchomymi piaskami. Większa część Australii to także pustynia – rdzenni jej mieszkańcy[260] wydają się być potomkami ludzi niegdyś cywilizowanych. Na niektórych obszarach tej pustyni, gdy w górach zdarzy się ulewny deszcz, woda i szlam przewalają się i dochodzą aż do płytkiego jeziora Eyre. Przypomina to okres, kiedy okolice te były zasobniejsze w wilgoć, gdy żyły tam olbrzymie kangury i diprodonty wielkości nosorożca, jak o tym wspominają legendy tubylców – pisze prof. Alfons Gabriel, znany badacz obszarów pustynnych. Jednak nawet tubylcy zdają się obawiać tych terenów, a ich przejście jest połączone z wielkimi trudnościami, jest tam bowiem strefa, która w języku krajowców nazywa się >>Narikalinnani<< - co oznacza - >>miejsce śmierci i zniszczenia<<. Legendy i mity mówią o antycznych środkach rażenia, które jako żywo przypominają współczesne pociski nuklearne; inne przekazy przypominają obliczenia matematyczne dotyczące zagadnień fizyki jądrowej. Ale nie tylko przekazy ustne, zapisy w świętych księgach czy inskrypcje w świątyniach i miejscach starożytnego kultu są intrygujące i zmuszają do porównań; odkrywa się coraz więcej faktów i ślady materialne. Podczas prób nuklearnych, przeprowadzonych współcześnie na pustyni Gobi, w pobliżu Lop-Noor[261] oraz na pustynnych obszarach Nowego Meksyku, w wyniku powstawania bardzo wysokich temperatur wywołanych wybuchem jądrowym – piasek pustyni ulegał zeszkleniu. Do wywołaniu procesu witryfikacji piasku potrzebne są tak wysokie temperatury, ze ich uzyskanie niemożliwe jest zarówno w procesach eksplozji konwencjonalnych materiałów wybuchowych czy palnych, ani też w procesach wulkanicznych. Takie temperatury można uzyskać tylko w procesach termonuklearnych. Tymczasem na pustyni Gobi znaleziono obszary zeszklonego piasku, znajdujące się tam od tysięcy lat. Obszary takie istnieją także na pustyni kalifornijskiej, zaś tajemnicze szkliste tektyty, z pustyń Afryki i Środkowego Wschodu uważa się za powstałe w procesach radioaktywnych.[262] Skały w Peru i Boliwii także noszą wyraźne ślady witryfikacji, zaś obszary, na których występują noszą wyraźne cechy pustynne. Powstaje pytanie: jak te pustynie utworzyły się? Jak mogły wytworzyć się i trwać, otoczone ze wszech stron ogromnymi obszarami bujnej wegetacji? A może one powstały wskutek eksplozji pocisków nuklearnych o wielkiej mocy, które zniszczyły nie tylko ludność ten teren zamieszkującą, lecz także wszelkie przejawy życia roślinnego i zwierzęcego, zaś substancje radioaktywne powstałe w tym procesie, swym promieniowaniem wysterylizowały ten teren tak, że nie nadawał się on do życia przez tysiące lat? Niewiele bowiem przejawów życia obserwuje się na tych pustyniach, a to, co tam rośnie i żyje przeżywa z wielkim trudem mimo wytworzenia się wielu cech adaptacyjnych. Być może istnieje ziarno prawdy w legendzie o Horusie, zaś przekleństwo zesłane na ziemie Seta było przekleństwem radioaktywnego skażenia. Można by mniemać, że przedstawione tutaj przypuszczenia są bezpodstawne lub zgoła fantastyczne, gdyby na tych jałowych teraz obszarach nie było śladów cywilizowanego życia ludzkiego. Można by twierdzić, że od niepamiętnych czasów ziemie te były wrogie człowiekowi i ludzkiemu osadnictwu. Ale tak nie jest. Na pustyni Gobi odkryto bowiem ruiny bardzo starych miast, prawie już bezkształtne, ale wszystkie one noszą na sobie ślady działania niezwykle wysokich temperatur, pokryte bąblami i pęcherzami tego samego rodzaju, co zaobserwowane w Hiroszimie po wybuchu amerykańskiej bomby atomowej. Wielu geologów utrzymuje, że szereg obecnie występujących na terenie południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych obszarów pustynnych[263] nie powstało w wyniku działania naturalnych sił przyrody. Tym bardziej, że jak podaje prasa amerykańska: ...suche stany, a zwłaszcza Arizona, budują na rzece Kolorado jedną zaporę po drugiej, aby zagospodarować te tereny. Urządzenia nawadniające opierają się głównie na dawnych urządzeniach Indian (?!), o czym świadczą starożytne resztki potężnych budowli na rzece Gila.[264] A oto, co na temat Sahary pisze znawca problemu prof. Alfons Gabriel: Na pustyni można znaleźć studnie istniejące od niepamiętnych czasów. Często ich szyby są zdumiewająco głębokie, w niektórych przypadkach przewyższają 100 metrów – i trudno zrozumieć, jak ludzie swymi prymitywnymi narzędziami zdołali je zbudować. [...] Od czasu, gdy w Górnym Egipcie odkryto wiele miejsc, na których porzucone były resztki narzędzi, wszczęto również poszukiwania na różnych pustyniach Ziemi. Poszukiwania te zostały uwieńczone powodzeniem. Sahara okazała się specjalnie bogata skarbnicą znalezisk; podobnie jak pewne części pustyni Gobi. Jest jednak zdumiewające, że te ślady starej ludzkiej kultury występują w takiej obfitości właśnie na pustyniach, a więc na obszarach, gdzie na przestrzeni setek kilometrów nie ma ani kropli wody, żadnego pastwiska, żadnych warunków do życia. Jak mogło dojść do tego? Jak dostali się ludzie do tego świata będącego zaprzeczeniem życia? Dziś już wiemy, że na tych obszarach pracowali nie przygodni wędrowcy, lecz przedstawiciele osiadłej ludności. Ale w jaki sposób można było żyć na pustyni? W ostatnich dziesięcioleciach poczynione zostały poważne postępy w badaniach nad przeszłością suchych obszarów. Poznaliśmy nieco nieznanych dotąd szczegółów, wiążących się z pojawieniem się człowieka na pustyni. Stosunkowo najlepiej udało się odtworzyć obraz prehistorii Sahary. W okresie przedlodowcowym i lodowcowym[265]ten wypalony słońcem szmat Ziemi był porośnięty lasami i stepem typu sawanny. Powiązany system rzeczny sprawiał, ze mogło tu rozwijać się życie. Tam, gdzie teraz hulają burze piaskowe nad gorącą pustynią żwirową, miotając ziarna kwarcu i sprawiając, ze wielbłądy już na trzeci dzień wędrówki są głodne i spragnione, istniały przez 50.000-100.000 lat jeziora, wokół których szumiały trzciny i harcowały zwierzęta. Żyła tu ludność [...] Rozwijała się też sztuka. Artyści ryli w skałach piękne obrazy, a kamienie pokrywali farbami. Na obszarach Afryki Północnej[266] roi się od obrazów. Wiele ścian wąwozów i zboczy górskich to prawdziwe >>księgi z obrazkami<<. Niektóre malowidła pociemniały tracąc wyrazistość, inne są ciągle jeszcze świeże. Wiele z nich, to dzieła sztuki, są też inne robiące wrażenie dziecięcych igraszek. Nieraz jednak jest trudno uwierzyć, że ludzie którzy znali tylko narzędzia kamienne umieli tworzyć tak żywe postacie. Ignatius Donelly podaje, że podczas kopania studni w miejscowości Lawn, (hrabstwo Marshall, stan Illinois, USA), na głębokości ponad 40 metrów wykopano monetę wykonaną z brązu. Duży nacisk warstw ziemi i warunki, w jakich przez długi czas ta moneta przebywała, spowodowały, że większość napisów i rysunków na obu jej powierzchniach uległa prawie całkowitemu zatarciu. Stwierdzono jedynie, że zarówno na awersie i rewersie znajdowały się niewyraźne zarysy jakiejś postaci, zaś wzdłuż krawędzi po obu stronach biegły jakieś napisy, ściślej mówiąc, ciągi hieroglifów nie do odcyfrowania. Jak wykazały badania, moneta ta w trakcie procesu produkcji była walcowana, jej krawędzie obcięte maszynowo, zaś napisy wytrawiane kwasem. W roku 1851, w tej samej okolicy stanu Illinois, na głębokości ponad 35 metrów wykopano dwa pierścienie miedziane. W czerwcu tego samego roku, w miejscowości Dorchester w stanie Massachusetts odkopano naczynie pokryte skamieniałą zaprawą murarską. Był to dzban w kształcie dzwonu, wykonany z nieznanego metalu, którego powierzchnia była inkrustowana srebrnym wzorem o charakterze roślinnym. Pewien lekarz w Kalifornii znalazł wewnątrz bryły złotonośnego kwarcu niewielki złoty przedmiot kształtem podobny do uchwytu od wiadra. Podobny uchwyt odkryto w jaskini w Kingoodie w północnej Anglii, w bloku skalnym. Jego wiek oceniono na co najmniej 8.500 lat. Można więc przyjąć, że przedmiot znaleziony w Kalifornii pochodzi mniej więcej z tego samego okresu. W roku 1969, wewnątrz bryły skalnej znalezionej w pobliżu miejscowości Treasure City w stanie Newada, odkryto ślady śruby o długości 5 cm. Sama śruba już dawno uległa korozji, ale przestrzeń, którą kiedyś zajmowała pozostawiła w skale ślad w kształcie spirali. Wiek tego znaleziska ocenia się na około 10.000 lat. Tom Kenny, farmer amerykański zamieszkujący w Plateau Valley, odkrył na swoim polu, na głębokości 3 m odcinek miejskiego chodnika, wykonanego z gładkich, symetrycznych płyt kamiennych. Analiza materiału i zaprawy murarskiej wykazała, że kamień nie pochodzi z surowców lokalnych, związanych z okolicą, w której został wykonany chodnik. Wszystkie te znaleziska wskazują na możliwość, której w zasadzie dotychczas nie brano poważnie pod uwagę, że odnajdywane ślady, czasem ukryte głęboko pod ziemią, świadczą o tym, iż na terenie współczesnej Ameryki Północnej przed wieloma tysiącami lat istniała wysoka cywilizacja. Wydaje się, ze cywilizacja ta uległa gwałtownej zagładzie w wyniku kolosalnej katastrofy, związanej z wystąpieniami tak wysokich temperatur, jakie pojawiają się wyłącznie w procesach nuklearnych i termonuklearnych.
III.
Jak już tu wspominano, zarówno w Chinach, jak i na terenie obu Ameryk, a przede wszystkim w Indiach istnieją legendy o kolosalnym konflikcie, który zdarzył się w dalekiej głębi wieków. Na tych obszarach powinny znajdować się dowody materialne tego kataklizmu.Jeszcze na początku XIX wieku znaleziono pierwsze ślady protoindyjskiej kultury, kiedy podczas budowy kolei w pobliżu osady Harappa napotkano na zwęglone ruiny jakiegoś starożytnego miasta. O mieście tym wspomina znany badacz L. R. Sprague de Camp pisząc, że musiało ono być poddane działaniu bardzo wysokich temperatur. Ruiny te obejmują olbrzymie stopione razem, jakby wydrążone w środku bryły – niczym sterta blaszanych puszek rażona strumieniem stopionej stali. Na południe od tego miejsca, urzędnik brytyjski J. Campbell odkrył podobne ruiny. Szereg innych podróżników opisywał pozostałości budynków wzniesionych z niezwykłych materiałów, przypominających grube płyty kryształów. I one również podziurawione i potrzaskane, nosiły na sobie ślady działania wysokich energii termicznych. Jednak dopiero po upływie stu lat, w roku 1921, podjęto systematyczne badania tajemniczych ruin. Prace wykopaliskowe odkryły duże miasto, dobrze rozplanowane, z szerokimi ulicami i doskonałą siecią kanalizacyjną. Późniejsze badania pozwoliły na stwierdzenie, że wedle podobnego planu zbudowano i inne odkryte przez archeologów starożytne miasta na obszarze Doliny Indusu: Mohendżo-Daro[267], Czahu-Daro, Amri Lothal i szereg innych. W wykopaliska archeologicznych znajdowano szkielety ludzkie noszące znamiona gwałtownej śmierci. szkielety te są najbardziej radioaktywnymi szczątkami ludzkimi, jakie kiedykolwiek znaleziono i przebadano p r z e d tragedią Hiroszimy. A. Gorbowskij w „Zagadkach historii starożytnej” (Moskwa, 1968) podaje, że radioaktywność znalezionych szkieletów przekraczała 50-krotnie poziom normalny. Z pewnością pod ruchomymi piaskami pustyń ukrywać się musi wiele rzeczy, których istnienia do niedawna nawet nie podejrzewaliśmy. Użyteczne być może okazałoby się przebadanie tych obszarów, chociażby tylko z punktu widzenia natężenia promieniowania radioaktywnego. Nie ulega wątpliwości, że natężenie to mogło obniżyć się po upływie wielu tysięcy lat do poziomu promieniowania tła, istnieją jednak szanse znalezienia pewnych śladów pochodzących od izotopów o najdłuższym okresie życia.[268] Podobnie dżungle Indii oraz Centralnej i Południowej Ameryki ciągle stanowią obszar niezbadany, istnieje tam szereg regionów, gdzie nie stanęła jeszcze stopa białego człowieka. A przecież te tajemnicze rejony zawierać mogą klucz do rozwiązania zagadki naszej przeszłości. A może piramidy egipskie ukrywają w sobie rozwiązanie jądrowego konfliktu zamierzchłej przeszłości? Ekipa uczonych z kairskiego Ein Shams University, pracująca pod kierownictwem noblisty w dziedzinie fizyki - prof. dr Luisa Alvareza – umieściła detektor promieniowania kosmicznego we wnętrzu Piramidy Chefrena u jej podstawy, by sprawdzić, czy w piramidzie nie znajdują się jeszcze jakieś nieznane komory. Całośc przedsięwzięcia odbywała się pod auspicjami uniwersytetu Ein Shams w Kairze, amerykańskiej Komisji ds. Energii Atomowej oraz Smithsonian Institute. Pomiary prowadzono przy założeniu, że jednorodny strumień promieniowania kosmicznego, przenikając przez piramidę i natrafiając w jej wnętrzu na puste przestrzenie, przechodzić będzie przez nie z większą łatwością, co zostanie zarejestrowane przez detektor. Badania trwały cały rok, przy czym aparatura pracowała bez przerwy, rejestrując promieniowanie przez 24 godziny na dobę, wyniki zaś przekazywane były do uniwersyteckiego komputera IBM-1120. kiedy komputer podał dane końcowe, zdumienie ogarnęło uczonych. Okazało się, że zapisy natężenia promieniowania kosmicznego, pochodzące z kolejnych dni pomiaru, wykazywały zupełnie odmienny charakter i były kompletnie ze sobą nieporównywalne. Dr Amr Gohed, odpowiedzialny za funkcjonowanie całej elektroniki oświadczył: Z naukowego punktu widzenia jest to niemożliwe. Musi tu istnieć jakaś tajemnica, której nie jesteśmy w stanie wyjaśnić [...] istnieje jakaś tajemnicza siła w piramidach, która przeciwstawia się znanym prawom nauki. Dla starożytnych Egipcjan piramidy t a k ż e stanowiły zagadkę, dlatego opierając się na legendach, przypuszczać można, że n i e są one grobami, lecz miejscem schronienia przygotowanym na wypadek wielkiej katastrofy. I to niekoniecznie dla ludzi, chociaż niektórzy ludzie mogliby się tam schronić, ale służącym najprawdopodobniej przede wszystkim zachowaniu i zabezpieczeniu w i e d z y i i n f o r m a c j i . Jeśli katastrofa przybrała formę kataklizmu wywołanego przez człowieka, z użyciem broni jądrowej włącznie, to hipoteza ta zyskuje na znaczeniu, ponieważ wyjaśniałaby ona przedziwne wyniki uzyskane podczas badań promieniowania kosmicznego wewnątrz i w pobliżu piramidy.[269] Istnieje możliwość, że piramidy będąc schronami i dysponując wszystkimi cechami, których wymaga się od tego typu budowli, są zabezpieczone także przed promieniowaniem.[270] Wydaje się, że niezależnie od tego, jakich środków użyto dla zapewnienia piramidom tej właściwości, środki te czy mechanizmy funkcjonują w dalszym ciągu w chwili obecnej. Czyżby więc istniał i działał ciągle jeszcze, sugerowany przez Andrew Thomasa w jego książce „Nie jesteśmy pierwsi” jakiś generator umieszczony pod piramidami? Takie urządzenie zapewne musiałoby znajdować się bardzo głęboko pod piramidą, znacznie głębiej, niż prowadzone dotychczas prace wykopaliskowe. Trudno powiedzieć, jaki ono mogłoby mieć kształt, czy też jak można by je wykryć, ponieważ urządzenie takie przekracza jeszcze możliwości współczesnej technologii.[271] Piramidy ciągle kryją w sobie niewyjaśnione tajemnice i przejawiają zagadkowe cechy, a pomimo tego istnieją ludzie, którzy twierdzą, że są one jedynie grobowcami faraonów. Nie oznacza to, że zgodzić się należy z wymyślnymi historyjkami, które opowiada się na temat ich budowy. Na przykład, że wysokość Wielkiej Piramidy[272] pomnożona przez milion daje nam w wyniku odległość Ziemi od Słońca.[273] Podaje się cały szereg innych liczb, które mają wskazywać rozmaite wielkości charakterystyczne, takie jak: długość roku, wielkość miesiąca księżycowego, czy masę kuli ziemskiej. Wysuwa się również przypuszczenia, że piramidy były wybudowane przez Noego po Potopie, że zbudowali je Kosmici, lub że zbudowane zostały według instrukcji Kosmitów, albo też że stanowią one punkty orientacyjne lub drogowskazy dla astronautów przybywających na Ziemię z innych planet. Pogląd, że cała ludzka wiedza ukryta jest gdzieś w piramidach, nie musi być zupełnie dziwaczny, chyba będzie jednak słuszniej powiedzieć, że choć cała wiedza starożytnego świata została tam umieszczona, to jednak już jej tam n i e m a . Wiele hipotez i interpretacji narosło wokół piramid egipskich w ciągu ostatnich 100 lat, zaś prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku, pomiędzy przypuszczeniami zupełnie fantastycznymi, a całkowicie prozaicznymi. Zdecydowanie odrzucić trzeba teorie i sugestie pozbawione podstaw, nie można się jednak zgodzić z absurdalnym poglądem, że te kolosalne konstrukcje postawione zostały przez grupę ludzi zaopatrzonych jedynie w prymitywne narzędzia, bez transportu kołowego, dźwigów, wyciągów, kołowrotów i innych urządzeń. Że zbudowano je w kraju, w którym w okresie budowy piramid był prawie niezamieszkały![274] – nie posiadał miast i z rzadka był tylko pokryty małymi wioskami. Znacznie bardziej uzasadniony wydaje się pogląd, że piramidy, a szczególnie rozległa ich grupa postawiona na płaskowyżu w Gizie, pochodzą z okresu przed-egipskiego. Zbudowane zostały nie jako budowle o znaczeniu sakralnym lub po to, by przechowywać czcigodne zwłoki wielkich przywódców, lecz stanowiły urządzenia ochronne przeznaczone właśnie do zabezpieczenia zdobyczy wiedzy. Wiele spośród tych urządzeń mogło zostać zużytych przez... nosicieli kultury, którzy pojawili się, aby z powrotem do cywilizacji doprowadzić prymitywnych potomków tych, którzy pozostali przy życiu po katastrofie. Wśród wszystkich piramid egipskich – a znamy ich około 70[275] - nie istnieje a n i j e d n a , w której stwierdzono, by odbył się kiedykolwiek w niej pochówek. Wszyscy faraonowie, a szczególnie najwięksi i najpotężniejsi z nich władcy, jak Ramzes II[276] i Tutmozis III pochowani byli w sławnej Dolinie Królów. Zadziwiające, jak wielu ludzi jest przekonanych, że zmumifikowane szczątki faraonów zostały odkryte w obrębie piramid. Przekonanie to opiera się prawdopodobnie na pewności, z jaka niektórzy archeolodzy wypowiadają opinię, iż piramidy są grobowcami władców Egiptu. Jeśli najwięksi i najsławniejsi władcy Egiptu zostali pochowani w skalnych grobowcach w Dolinie Królów, to dlaczego przyjmuje się, że mniej znani i nie zawsze realnie istniejący[277] pochowani zostali w tych ogromnych budowlach, rzekomo wzniesionych tak ogromnym wysiłkiem i znojem ludzkim? Egiptolodzy wydają się znajdować pod przemożnym wpływem przekazów dostarczonych przez wielkiego podróżnika Starożytności – Herodota. Ale Herodot opisuje to, co powiedzieli mu uczeni i kapłani, jakich napotykał na trasach swych wędrówek. Piramidy j u ż w ó w c z a s liczyły sobie kilka tysięcy lat i stanowiły dla Egipcjan zagadkę w nie mniejszym stopniu, niż są one nią dla nas dzisiaj...
IV.
Wspomniane w poprzednich rozdziałach wykopaliska i zapisy w starożytnych księgach dowodzą, że globalna wojna nuklearna w zamierzchłej przeszłości, to coś więcej, niż prawdopodobieństwo. I że wśród jej realiów znajdujemy nie tylko bomby jądrowe, ale także pociski rakietowe i urządzenia przypominające radar, nie mówiąc już o samolotach. Żadne jednak z tych urządzeń nie mogłoby zostać wyprodukowane bez istnienia zasobów i środków wysoko rozwiniętej techniki, a więc istnienia wysoko rozwiniętego uprzemysłowionego społeczeństwa. A jeśli tak, to utracony Wiek Złoty zamierzchłej przeszłości mógł być „złoty” tylko w retrospekcji – dla tych, którym dane było przeżyć kataklizm wojny i którzy zachowali w pamięci jedynie najpiękniejsze jego cechy. W gruncie rzeczy owa era rozwiniętej technologii mogła cierpieć na wszystkie schorzenia, które i nas trapią, a jeśli rzeczywiście cywilizacja ta była znacznie bardziej zaawansowana niż nasza, to i jej problemy mogły być znacznie trudniejsze. Bajeczne Miasto Świateł z pewnością miało swoje ubogie dzielnice, kłopoty z ruchem drogowym, zatłoczeniem, hałasem i stresami; mogły istnieć także problemy siły roboczej, rozwoju przemysłu, produkcji środków żywnościowych, transportu, zanieczyszczenia środowiska i przeludnienia. Nawet jeśli ludzie ci byli niczym mitologiczni bogowie o wspaniałych intelektach i imponująco długim okresie życia, to jednocześnie mogli być obciążeni jakąś wadą psychiczną, która stwarzała podobnie niebezpieczne sytuacje, na jakie społeczeństwo ludzkie natrafia i dziś. Jeśli zaś byli oni przedstawicielami wysoko rozwiniętej cywilizacji naukowo-technicznej w innym układzie słonecznym, to już samo promieniowanie naszego Słońca mogło stwarzać dla nich zagrożenie i pociągać za sobą ofiary. Być może na przestrzeni dziejów ulegali oni stopniowej degeneracji, pomimo tego, że ich cywilizacja znacznie przewyższała naszą. Wyjaśniałoby to przekaz zawarty w biblijnej „Księdze Rodzaju”, że wielka jest niegodziwość ludzi, a ich usposobienie jest wciąż złe. Z drugiej strony mogli oni zbudować społeczeństwo bardziej rozwinięte i bardziej ludzkie, niż nasze. Być może trudność leżała w ich stosunkach z innymi cywilizacjami kosmicznymi, a katastrofalny konflikt, który zniszczył ich świat i niemal zgładził rasę ludzką, wywołany był działaniem wrogiej cywilizacji przybyłej z obcej planety lub innego systemu słonecznego. Mogła to być kombinacja tych wszystkich wyżej wymienionych czynników. Niewykluczone, że nigdy się nie dowiemy, co było przyczyną upadku ludzkości i będziemy musieli pozostać przy tych danych, jakich dostarczają nam mity i dostępne jeszcze świadectwa materialne. Można przeprowadzić szereg interesujących rozważań na temat kierunków, w jakich ów wielki konflikt się rozwijał i znaleźć sporo przekonywujących argumentów na ich poparcie. Jeżeli bowiem miniona era wysokiej technologii dysponowała broniami nuklearnymi i wektorami do jej przenoszenia, itp., i jeśli jej społeczeństwa podlegały rozwojowi równoległemu do tego, jaki charakteryzuje społeczeństwa dzisiejsze, to z pewnością dysponowała ona także podobnymi metodami prowadzenia wojen. Istnieją pewne wskazówki w mitach jak i źródłach materialnych, każące przypuszczać, że ten wniosek jest słuszny. Antyczny tekst hinduski „Samara Sutradhara” wyraźnie mówi o stosowaniu w odległej przeszłości broni biologicznych – B. Specyfik o nazwie Samhara był używany jako środek wywołujący choroby wśród żołnierzy przeciwnika, zaś inny – Moha – powodował odrętwienia i paraliż. W „Fengshen-yen-i” wspomina się działania wojenne z użyciem broni B prowadzone w Chinach; i znowu w tekstach tych znajdujemy opisy zadziwiająco podobne do hinduskich. Przy tej niejako okazji powstaje pytanie: czy nie jest możliwe, że niektóre współczesne, trapiące Ludzkość schorzenia zostały kiedyś w przeszłości wywołane w sposób sztuczny? Istnieje wiele chorób, którym ulegają wyłącznie ludzie, nie trapią one natomiast zwierząt.[278] Czy nie mogły one powstać jako rezultat pradawnej, niszczycielskiej wojny bakteriologicznej, której zasięg wymknął się walczącym stronom spod kontroli? Znany biolog A. Firsow zwraca uwagę na fakt, że wirusy, traktowane obecnie jako reprezentujące etap pośredni pomiędzy światem żyjącym a nieżyjącym, światem organicznym a nieorganicznym, zachowujące się w stanie nieaktywnym jak substancje krystaliczne, zaś w stanie aktywnym reprodukujące się i wykazujące działania celowe, wcale nie musiały powstać u zarania życia na Ziemi. Tym bardziej, że wykazują one wysoki stopień specyficzności w stosunku do żywiciela, co mogłoby wskazywać na ich stosunkowo niedawne pochodzenie.[279] Inny rodzaj broni, powszechnie obecnie znanej, to broń balistyczna[280], a więc pistolety, karabiny, działa, itp. – a także materiały wybuchowe. W jednej z jaskiń w północnej Rodezji[281] znaleziono ludzką czaszkę. Czaszka ta, znajdująca się obecnie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie posiada okrągły utwór w lewej stronie, podczas gdy strona prawa jest roztrzaskana. Otwór ten jest doskonale okrągły, zaś kość wokół niego nie ma śladów promienistych pęknięć. Taki efekt – okrągły otwór z roztrzaskaną przeciwległą ścianą – jest typowym efektem działania na tkankę kostną pocisku karabinowego o dużej prędkości początkowej, znanym powszechnie zarówno z doświadczeń ubiegłych wojen, jak i praktyki kryminalistycznej. Dzida, strzała czy kamień takiego synergicznego efektu wywołać nie może. Może go spowodować tylko gorący pocisk wystrzelony z ogromną prędkością.[282] Tymczasem wiek tej czaszki wynosi około 40.000 lat, a więc przypada to na okres pojawienia się człowieka z Cro-Magnon, który jeszcze nie zdążył wynaleźć łuku i strzał! Ta czaszka nie jest jedynym znaleziskiem noszącym na sobie ślady takiego uszkodzenia. Muzeum Paleontologiczne w Leningradzie[283] znajduje się czaszka żubra, pochodząca sprzed 30.000 lat. Posiada ona okrągły otwór w środkowej części czoła. Badania wykazały, ze zwierzę, chociaż ranne nie padło, a rana uległa zabliźnieniu. Podobnie jak w przypadku czaszki ludzkiej znalezionej w Rodezji, i tutaj otwór jest doskonale okrągły, zaś wokół niego nie występują promieniste pęknięcia. A więc znowu efekt działania kuli karabinowej. Ale skąd karabiny w zamierzchłej przeszłości? Sięgnijmy znów do mitów i świętych tekstów. Mity Drawidów wspominają o laskach plujących ogniem i mających własność zabijania. Mojżesz miał także laskę, za pomocą której spowodował, że ze skały trysła woda. Naturalnie mogła to być także różdżka, ponieważ wynajdywanie wody pod ziemią za pomocą różdżki i w ogóle różdżkarstwo[284] w ogóle należą do sztuk starych. Niemniej jednak mogła to być broń balistyczna. Wiemy przecież, że Mojżesz był wychowany od dzieciństwa jako członek egipskiej rodziny panującej i mógł mieć dostęp do wiedzy niedostępnej dla ogółu. Podobnego rodzaju tajemnicą stanowi staroegipska sztuka drążenia tuneli w skałach, której rezultaty można obserwować np. w Dolinie Królów, czy też stosowano ją w czasie budowy Domów Wieczności w Abu Simbel, które faraon Ramzes II kazał wbudować w skalne urwisko. Przypuszcza się, że we wczesnym okresie historii Egiptu znana była i praktykowana sztuka sporządzania materiałów wybuchowych, która w późniejszych tysiącleciach uległa zapomnieniu.[285] Nie jest to dziwne, ani bezpodstawne przypuszczenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że Chińczycy znali metodę przyrządzania prochu kilka tysięcy lat temu.[286] Dlatego istnienie broni palnych w odległej przeszłości nie jest niczym nadzwyczajnym, szczególnie dla cywilizacji, która dysponowała energią jądrową. Niezwykle ciekawa sugestia wypłynęła ostatnio z kręgu radzieckich uczonych. Okazało się bowiem, że niektóre odkrycia szkieletów dinozaurów na Syberii, położenie kości oraz rodzaj ich uszkodzeń wydają się wskazywać na to, że zwierzęta te [w chwili śmierci] zostały pogruchotane za pomocą silnych środków wybuchowych. To naturalnie przesunęłoby fakt stosowania materiałów wybuchowych o kilka milionów lat wstecz.[287] Nie ulega jednak wątpliwości, że znajomość jak i zastosowanie substancji wybuchowych oraz broni działających w oparciu o te środki jest znacznie bardziej starożytna, niż to się na ogół przypuszcza. Inną tajemniczą sprawą, ściśle związaną z tragedią atomową w czasach prehistorycznych, są malowidła na ścianach jaskiń i na skałach, rozrzucone na całej kuli ziemskiej. Malowidła te, przedstawiające postacie tzw. Kosmitów zyskały sobie w ostatnich latach rozgłos światowy, a ich szczególna popularność datuje się od momentu publikacji książki Ericha von Dänikena zatytułowanej „Rydwany bogów”. Jednym z najbardziej znanych jest kontur olbrzymiej postaci wyryty w skale. Został on odkryty przez Henri Labote’a na płaskowyżu Tassili na Saharze i nazwanej przez niego Wielkim Bogiem Marsjańskim (patrz rycina). Szkic ten zadziwiająco przypomina postać odziana w skafander kosmonauty. Na obszarze płaskowyżu znajduje się więcej podobnych rysunków: jeden z nich przedstawia idącą grupę czterech postaci ubranych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów, których głowy są pokryte baniastymi hełmami. Rysunki tego rodzaju odkryto na różnych kontynentach. Istnieje np. rysunek naskalny na południe od miejscowości Fergana w Uzbekistanie, przedstawiający postać, której głowa jest otoczona pierścieniem z wychodzącymi z niego promieniami. Pierścień ten najprawdopodobniej reprezentuje hełm, jaki noszą nurkowie zaopatrzony w anteny. Niemal identyczne postacie przedstawiają rysunki odkryte w Val Camonica we Włoszech. Sylwetki Kosmitów znaleziono także wyrysowane na płaskich ścianach skał w Australii. Znaczne podobieństwo do postaci na rysunkach wykazują japońskie statuetki Dogu pochodzące z okresu Jomon (Dżomon). Wzbudziły one duże zainteresowanie, ponieważ przedstawiają one ludzi w pewnego rodzaju ubiorach ochronnych i hełmach zaopatrzonych w dziwne okulary. Japoński ekspert Isao Washio tak opisuje strój Dogu: ... rękawice przymocowane są do przedramienia za pomocą wiązania, zaś okulary mogą być zamykane i otwierane. Po bokach postaci umocowane są dźwignie prawdopodobnie przeznaczone do regulacji ich ustawienia, podczas kiedy >>korona<< umieszczona na hełmie spełnia rolę anteny [...]. urządzenia na zewnątrz ubrania nie stanowią elementów zdobniczych, ale są przyrządami pozwalającymi kontrolować ciśnienie w skafandrach w sposób automatyczny... Wszystkie te rysunki i postacie kojarzy się obecnie z Przybyszami z Kosmosu oraz poglądem, że planetę naszą w dalekiej przeszłości odwiedzali goście – astronauci z innych układów gwiezdnych. W gruncie rzeczy przedstawiać one mogą niebiańskich bogów – tym bardziej, że rysunkom Kosmitów towarzyszą często latające dyski, kuliste pojazdy i inne urządzenia latające. Wydaje się, że istnieje inne, nie mniej prawdopodobne wyjaśnienie, oparte na odmiennej interpretacji znajdywanych rysunków. Być może przedstawiają one po prostu ludzi w ubiorach chroniących ich przed skażeniem radioaktywnym. Przecież w większości rysunki Kosmitów odkryte zostały na terenach dzisiejszych pustyń. Wcześniej już jednak sugerowano, że pierwszą przyczyną powstania tych pustyń mogło być zastosowanie na tych obszarach broni nuklearnych, dlatego nawet tysiące lat później regiony te wskazywały wysoki stopień skażenia radioaktywnego. Rysunki mogły być więc wykonane później przez potomków mieszkańców tych okolic, którym udało się przeżyć kataklizm. Widzieli oni przybywających (albo ze schronów podziemnych, albo z obszarów nieskażonych radioaktywnym fall-out’em) ludzi w latających maszynach, którzy zabezpieczeni strojami ochronnymi pojawili się, aby skontrolować tereny, zbadać stopień ich skażenia i ocenić rozmiary zniszczeń. Niewątpliwie niektóre z tych rysunków mogą przedstawiać Przybyszów z Kosmosu. Nie wydaje się jednak słuszne pomijanie możliwości, że ubrania ochronne noszone były przez mieszkańców Ziemi, jako osłona przed skażeniem radioaktywnym. Gdyby bowiem Kosmici musieli być tak dokładnie chronieni przed naszym ziemskim środowiskiem przy pomocy tak dokładnie izolujących skafandrów kosmicznych, oznaczałoby to, że nie mogli Oni oddychać ziemską atmosferą czy też znosić panującej na powierzchni Ziemi temperatury.[288] A taki obraz kosmicznych bogów – jak pisze Richard E. Mooney – stałby w całkowitej sprzeczności z tym, jaki wyrobiliśmy sobie na podstawie mitów i legend. O mitycznych bogach Egiptu, Grecji, Indii a także Majów, Inków i Azteków n i g d y nie pisano, jako o noszących stroje ochronne. Dlatego albo byli oni Ziemianami, albo Przybyszami z Kosmosu, których fizjologia podobna była do ziemskiej w takim stopniu, że nie potrzebowali skafandrów ochronnych. Oczywiście ci, którzy przybywaliby tylko na krótki pobyt na Ziemi, mogliby nosić ubiory chroniące ich przed odmiennym promieniowaniem słonecznym, czy też nieznanymi, a być może groźnymi dla nich ziemskimi mikroorganizmami. Jednakże biorąc pod uwagę argumenty „za” i „przeciw” oraz uwzględniając rozmieszczenie głównych malowideł oraz materialnych dowodów katastrofy nuklearnej, wydaje się, że najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem funkcji owych „kosmicznych” skafandrów jest ochrona przed skażeniem promienistym.
V.
Kiedy Program Apollo został pomyślnie zrealizowany i ogłoszono większość wyników badań, okazało się, że istnieją fakty, które mogą wskazywać, iż nie tylko Ziemia, lecz i część naszego Układu Słonecznego była przed wielu tysiącami lat zniszczona w wyniku wojny atomowej. Jednakże, jeżeli chodzi o interpretację odkrytych faktów, opinie uczonych są podzielone. Staranny przegląd literatury dotyczącej badań przestrzeni kosmicznej wydaje się świadczyć, że uczeni są zakłopotani wynikami uzyskanymi zarówno w radzieckich/rosyjskich, jak i amerykańskich programach badawczych. Z drugiej strony obserwuje się istnienie także tendencji do ignorowania lub wręcz pomijania tych danych naukowych, które wskazać by mogły, że olbrzymie kratery na Księżycu, Marsie, Merkurym i Wenus nie powstały w wyniku działania naturalnych zjawisk, takich jak upadki meteorytów, asteroidów i komet lub działalności wulkanicznej, lecz w wyniku eksplozji nuklearnych, miliony razy potężniejszych niż te, jakich można oczekiwać po najpotężniejszych bombach wodorowych dnia dzisiejszego. Pomimo lądowania ludzi na Księżycu, nie wiemy dotychczas, co było przyczyną zniszczenia jego powierzchni oraz powstania na niej tak olbrzymiej ilości kraterów. Uczeni amerykańscy przyznali[289], że jakiś nieznany kataklizm musiał spowodować zniszczenie powierzchni Księżyca i planet.[290] Brytyjski astronom o światowej sławie Gilbert Fielder z zespołem współpracowników poddał analizie statystycznej położenia i częstotliwości kraterów na powierzchni Księżyca. Uzyskane wyniki wskazują wyraźnie, że kratery nie pokrywają Księżyca w sposób bezładny i przypadkowy, czego można by oczekiwać przy założeniu, że powstały one w sposób naturalny. Okazuje się, że kratery te tworzą określone i logiczne wzory. Występują mianowicie w parach, lub tworzą łańcuchy, szeregi lub równoległoboki. Pary kraterów lub kratery bliźniacze składają się z dwóch niecek o tej samej wielkości. Uczeni zauważyli, że w miarę, jak średni promień tych kraterów zwiększa się, rośnie także odległość pomiędzy nimi. Zjawisko to jest trudno wytłumaczyć w oparciu o teorie o naturalnym ich pochodzeniu.[291] Z drugiej strony, jeśli na Księżycu miała miejsce wojna nuklearna, wówczas padające bomby mogłyby tworzyć na jego powierzchni określone wzory lejów. W takim przypadku oczywiście, im większe byłyby zrzucane bomby, tym większa odległość miedzy nimi byłaby potrzebna dla uzyskania maksymalnego efektu destrukcyjnego. Liczne kratery tej samej wielkości tworzą także ciągi i łańcuchy, ułożone wzdłuż jednej linii i skierowane w określonym kierunku. Istnieje wyraźne podobieństwo między tymi łańcuchami kraterów na Księżycu, a łańcuchami lejów po bombach zrzuconych w Wietnamie przez amerykańskie bombowce B-52.[292] Kratery księżycowe występują również w grupach po cztery jednakowej wielkości – tworząc równoległoboki. Wyraźnie widać, że im większe są ich średnice, tym większy tworzą one równoległobok. Niektóre równoległoboki pokrywają obszar tysięcy kilometrów [kwadratowych] księżycowej powierzchni. W przypadku wojny jądrowej, celem tworzenia takich figur geometrycznych byłoby całkowite zniszczenie życia w ich obrębie. Współczesne ICBM[293], zarówno radzieckie/rosyjskie, jak i amerykańskie[294] wyposażone są przynajmniej w 4 głowice nuklearna każda[295] i zaprogramowane prawdopodobnie w taki sposób, aby ich eksplozje tworzyły właśnie równoległobok.[296] Powszechnie niemal wiadomo, że około 90% wszystkich kraterów na widocznej stronie Księżyca oraz na niektórych obszarach Marsa[297] koncentruje się na wyżynach lub [lądach] kontynentach, niewiele natomiast znajdujemy ich na morzach. Fakt ten trudny do wyjaśnienia w inny sposób, z punktu widzenia teorii o starożytnej wojnie jądrowej staje się zupełnie zrozumiały. Jeśli bowiem w księżycowych i marsjańskich morzach znajdowała się kiedyś woda, to życie inteligentne musiało skupiać się na lądach. Stąd obecność lejów i kraterów na tych obszarach jest w pełni uzasadniona, jako rezultat tej morderczej wojny, w której niszczono przede wszystkim duże skupiska mieszkańców w głębi lądu oraz miasta portowe i nadbrzeżne. Twierdzenie niektórych geologów, że kratery , które niegdyś pokrywały powierzchnie księżycowych i marsjańskich mórz, uległy zniszczeniu przed milionami lat w wyniku stopienia w skrajnie wysokich temperaturach, wydaje się mało prawdopodobne, tym bardziej, że przyczyna powstania tego piekła o temperaturze milionów stopni ciągle stanowi tajemnicę.[298] Nie można ponadto pominąć faktu, że około 10% księżycowych kraterów jest zlokalizowana właśnie na terenie mórz i nie uległy one stopieniu.[299] Być może powstały one wówczas, gdy zniszczono podwodne miasta. W każdym razie teoria stapiania w dalszym ciągu nie wyjaśnia występowania kraterów w parach, szeregach, równoległobokach, itd. Jednym z najdziwniejszych rodzajów kraterów obserwowanych na Księżycu są te, które posiadają „promienie” o długości setek kilometrów. Niektórzy uczeni utrzymują, że takie utwory jak: Tycho, Kopernik i Arystarch powstały w wyniku eksplozji, które miały miejsce nad powierzchnia Księżyca. Ponieważ ich „promienie” przebiegają po powierzchni innych kraterów, jest możliwe, że stanowi to rezultat wybuchu specjalnego rodzaju bomb, które zrzucono pod koniec wojny nuklearnej w celu ostatecznego zniszczenia ocalałych do tego czasu resztek życia. Po tysiącach lat, te jasne „promieniste” niecki wciąż jeszcze emitują znaczne ilości promieniowania. Badania powierzchni Księżyca w czasie zaćmienia za pomocą przyrządów optycznych czułych na podczerwień, przeprowadzone przez naukowców z NASA wykazały, ze te właśnie obszary wydzielają więcej ciepła i promieniowania, niż tereny sąsiednie.[300] Astronomowie tacy, jak Fielder, Shoemaker i Barosh od lat twierdzili, że nieregularne linie obserwowane wokół księżycowych kraterów przypominają bardzo linie rozchodzące się promieniście od kraterów pozostałych po próbnych wybuchach jądrowych w Yucca Flats. Oczywiście naukowcy ci utrzymują, że podobieństwo to jest przypadkowe, zaś same linie postały na Księżycu w wyniku działania naturalnych sił nieznanego pochodzenia.[301] Już jednak w latach 40. XX wieku astronomowie brytyjscy zaatakowali pogląd, iż przyczyną powstania księżycowych kraterów, niecek i wgłębień było działanie wulkanów. Wykazali oni, że n i e i s t n i e j e ani jeden przykład prawdziwego stożka wulkanicznego na widocznej stronie Księżyca. Dwadzieścia lat później, amerykańscy astronauci także nie mogli znaleźć żadnego dowodu aktywności wulkanicznej na Księżycu. Na początku lat 60. grupa radzieckich astronomów pracująca pod kierownictwem E. L. Krinowa po zbadaniu istniejących w naszym systemie słonecznym asteroidów i meteorytów oraz uwzględnieniu komet, a następnie obliczeniu średniej liczby takich ciał, które trafiają w kulę ziemską doszła do wniosku, że podczas minionych miliardów lat maksymalna liczba tych ciał niebieskich, jaka spadła na Księżyc nie mogła przekroczyć 16.000, nawet biorąc pod uwagę brak na nim atmosfery. Istnieją tam jednak na nim miliony kraterów, zaś liczba tylko samych dużych przekracza owe 16.000, podczas gdy na powierzchni najbliższego kosmicznego sąsiada Księżyca – Ziemi znaleźć można zaledwie niewielką ich liczbę. Natomiast na planetach Merkury, Wenus i Mars istnieją setki tysięcy kraterów – niemożliwe więc jest, by powstały one wskutek uderzeń meteorytów.[302] Nie można zatem znaleźć żadnego konwencjonalnego wyjaśnienia dla kształtu i rozkładu kraterów, tych niewinnie wyglądających, jakby pozostałych po ospie znaków, tworzących krajobraz księżycowy. Z jakichś powodów kratery te są płytkie i zgrupowane na określonych obszarach powierzchni Księżyca. Jedna z przedstawionych w ostatnich latach teorii wydaje się wyjaśniać wiele spośród dotychczas niezgłębionych tajemnic Księżyca. Teoria ta została opracowana przez dwóch wybitnych uczonych radzieckich: Michaiła Wasina i Aleksandra Szczerbakowa, którą przedstawili w książce pt. „Księżyc – nasz tajemniczy pojazd kosmiczny”. Przyjmuje ona, że Księżyc w ogóle nie jest naturalnym satelitą Ziemi, ale stanowi wydrążoną w środku konstrukcję, zbudowaną przez jakąś wysokorozwiniętą cywilizację, która wprowadziła go na orbitę okołoziemską jako sztucznego satelitę, w nieokreślonym czasie dalekiej przeszłości.[303] Ta zaskakująca idea szokuje w pierwszej chwili, ale zanim wydamy na nią wyrok skazujący, zbadajmy niektóre z kłopotliwych problemów, jakie owa śmiała i niekonwencjonalna teoria rozwiązuje.[304] Naturalnie jeśli Księżyc został wprowadzony na orbitę wokółziemską, to wyjaśnienie jego prawie kołowej orbity[305] staje się zupełnie oczywiste, podobnie jak fakt, że orbita ta nie przebiega w płaszczyźnie równikowej Ziemi[306], odmiennie od wszystkich innych księżyców istniejących w Układzie Słonecznym. Rzucającą się w oczy cechą powierzchni Księżyca jest istnienie na niej mórz. Stanowią one wyraźne, ciemniejsze płaskie powierzchnie prawie pozbawione kraterów, niemal wszystkie morza znajdują się w zachodniej części Księżyca skierowanej ku Ziemi. To właśnie przelatując nad niektórymi spośród tych mórz, wyprawa Apollo 8 odkryła obecność maskonów[307], stacjonarnych pól grawitacyjnych tak silnych, że zakłócały one tory lotów sond wokółksiężycowych. Ten fakt oraz wyliczony ciężar właściwy Księżyca i analiza jego ruchu, przeprowadzona przez Gordona McDonalda z NASA wydają się wskazywać na to, że Księżyc nie jest ciałem homogenicznym, co oznacza, że zachowuje się on bardziej jak wydrążona w środku kula, niż jak jednolite ciało niebieskie. Inne ostatnio odkryte fakty zdają się potwierdzać tą hipotezę. Przede wszystkim istnieje na jego drugiej stronie ogromne wybrzuszenie na jego powierzchni, tak wielkie, że mogłoby ono wywołać powstanie niezrównoważonych sił w obrębie księżycowej masy. Jednakże wpływ tej wypukłości jest skompensowany jakimiś zmianami w rozkładzie gęstości wnętrza Księżyca.[308] Sam fakt, że wybrzuszenie to znajduje się po przeciwległej stronie, niż oddziaływanie Ziemi, jest jeszcze bardziej intrygujący. Czyżby owo wybrzuszenie zostało spowodowane jakimiś ogromnymi przyśpieszeniami, które działały na Księżyc? Ciekawe wyniki otrzymano także w rezultacie sejsmograficznych eksperymentów przeprowadzonych w czasie pamiętnego lotu Apollo-13. Okazało się, że zderzenia lub wstrząsy na powierzchni Księżyca dawały nigdzie przedtem nie spodziewane sygnały, które zaczynały się od małych fal, a następnie powoli narastały, aby po długim okresie osiągnąć maksimum. W gruncie rzeczy, gdy III człon rakiety Apollo-13 spadł na Księżyc, cała powierzchnia Srebrnego Globu aż do głębokości 40 km drgała prawie trzy i pół godziny. Jeden z pracowników naukowych NASA skomentował ten fakt w następujący sposób: Księżyc zareagował jak wielki, pusty w środku gong! Tytan (Ti), cyrkon (Zr), itr (Y), beryl (Be) – te słowa zwracają uwagę, kiedy czyta się wyniki przeprowadzonej przez S. Ross-Taylora analizy chemicznej próbek skał księżycowych. Raport wskazuje, że te rzadkie pierwiastki występują na powierzchni Księżyca w dużych ilościach – znacznie większych, niż w ziemskiej litosferze i bardzo przekraczających ich zawartość procentową we Wszechświecie. Wszystkie one, znane czasami pod wspólną nazwą pierwiastków ogniotrwałych są niezastąpionymi materiałami do budowy antykorozyjnych, odpornych na działanie wysokich temperatur kadłubów rakiet kosmicznych.[309] Zaskakujące było również to, że wiek skał księżycowych, oceniony na podstawie rozpadu promieniotwórczego, wyniósł od 5 do 7 mld lat. Zaś w niektórych próbkach osiągał 20 mld lat, podczas gdy wiek całego Układu Słonecznego, a więc i Ziemi, ocenia się na 4,6 mld lat. Tylko! Ponadto w próbkach skał księżycowych odkryto kilka nowych pierwiastków[310] i minerałów, które w ogóle nie występują w skorupie ziemskiej, nie mówiąc już o obecności stosunkowo wysokich stężeń niektórych radioaktywnych izotopów szeregu [promieniotwórczego] uranu i toru. Te ostatnie w gruncie rzeczy mogły powstać tylko w wyniku eksplozji jądrowych.[311] Wszystkie wyprawy Apollo znajdowały także na powierzchni Księżyca duże ilości substancji szklistych – i tak na przykład Apollo-17 przywiózł szkło pomarańczowego koloru pochodzące z krateru Shorty. William C. Pinney – kierownik zespołu badawczego w Centrum Lotów Załogowych NASA w Houston, podczas konferencji prasowej, jaka miała miejsce w styczniu 1973 roku, powiedział: Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób te kawałki pomarańczowego szkła stanowić mogą rezultat działalności wulkanicznej. A przecież na ziemskich terenach doświadczalnych, na których przeprowadzano próbne wybuchy jądrowe takie odłamki kolorowego szkła do rzadkości nie należą. Wyniki badań księżycowych skał wprawiły w zakłopotanie tych uczonych, którzy uwierzyli, że Ziemia i Księżyc utworzone zostały z tego samego pierwotnego obłoku kosmicznego pyłu, lub że kiedyś w zamierzchłej przeszłości księżyc stanowił część Ziemi, a później wyrzucony został na orbitę w wyniku jakiegoś kataklizmu.[312]
VI.
Dalsze wyniki uzyskane przez kolejne wyprawy Apollo dostarczają nie mniej fascynujących informacji, niż z pierwszych wypraw. Badania magnetyzmu księżycowego dokonane z pokładu Apollo-16 wykazały, że Księżyc obecnie nie posiada globalnego pola magnetycznego, niemniej jednak próbki skał księżycowych wykazywały ślady dawnego działania tego pola.[313] Namagnesowanie to jest jednak nieznaczne i wynosi około 1/100.000 tego, co mamy na Ziemi.[314] Nie jest ono jednolicie rozłożone na powierzchni, lecz koncentruje się w siedmiu regionach. Wszystkie te regiony leżą na zewnętrznej stronie największych kraterów.[315] Odkryto również istnienie dwóch pasów ferromagnetycznego materiału, o długości około 1.000 km, leżących na głębokości 100 km pod powierzchnią Księżyca. Pochodzenie i przeznaczenie tych ogromnych utworów, podobnych do dźwigarów czy wzdłużników w kadłubie okrętu stanowi dotychczas zagadkę, podobnie jak odkryte przez wyprawę Apollo-16 ślady pordzewiałego żelaza w próbkach skał księżycowych. Ponieważ rdza świadczy o obecności wody, dawna teoria mówiąca, że Księżyc był zawsze pozbawiony zawierających wodę minerałów, powinna być poddana rewizji. Niezaprzeczalny dowód istnienia wody na Księżycu pojawił się wówczas, gdy instrumenty pozostawione przez poprzednie wyprawy Apollo niespodziewanie wykryły chmury pary wodnej rozciągające się na przestrzeni setek kilometrów. John Freeman z Rice University twierdzi, że wszystkie odczyty przyrządów pomiarowych wskazują na bezsporny fakt, iż para wodna pochodzi z głębokiego wnętrza samego Księżyca.[316] W ciągu tysięcy lat żywe były na Ziemi legendy mówiące, o istniejących na Księżycu miastach.[317] Według zapisów, jakie znajdujemy w książce Charlesa Forta, europejscy astronomowie twierdzili w swych publikacjach naukowych, że widzieli takie ruiny na Księżycu jeszcze w XIX wieku.[318] Amerykańskie czasopisma astronomiczne publikowały fotografie i rysunki piramid, kopuł, krzyży i mostów, jakie obserwowało się na powierzchni Srebrnego Globu. Zeszyt czasopisma Uniwersytetu Harvarda „Sky and Telescope” z kwietnia 1954 roku zawiera artykuł na temat mostu sfotografowanego na powierzchni Księżyca, łączącego dwa grzbiety górskie w pobliżu Mare Crisium.[319] Według opinii redaktora naukowego „The New York Herald Tribune” – Johna O’Neila oraz dwóch astronomów angielskich H. P. Wilkinsa i Patricka Moore’a, fotografia ta przedstawia definitywnie most, a nie przypadkową formację skalną tego kształtu.[320] Jeżeli Mare Crisium było kiedyś prawdziwym „oceanem”, wówczas most ten można by porównać do Mostu Złotej Bramy – Golden Gate Bridge w San Francisco, który również spina dwa grzbiety górskie w pobliżu oceanu. H. P. Wilkins obliczył, że długość tego księżycowego mostu wynosi około 20 km.[321] Spędził on również wiele czasu na katalogowaniu ponad 200 białych kopuł, o średnicach przekraczających 200 m, a obserwowanych w ostatnich czasach w coraz większych ilościach, które czasami znikają w jednym miejscu, aby znowu pojawić się w innym. Zaskakujące jest to, że wiele spośród tych księżycowych kopuł zaobserwowano w pobliżu wyjątkowo prostej ściany o wysokości około 450 m i długości ponad 100 km.[322] Po przeciwnej stronie tej ściany, na przeciwległej stronie Księżyca[323] znajduje się pęknięcie o szerokości 2 km i długości 240 km.[324] Jeszcze bardziej zadziwiające są zespoły gigantycznych głazów, znajdujące się na Mare Tranquillitatis i Oceanus Procellarum. William Blair uczony antropolog porównuje te budowle do Stonehenge o prostokątnych zapadlinach zerodowanych ścian, które zawaliły się ku środkowi oraz monolitycznych iglicach wyższych od jakiegokolwiek budynku na Ziemi. Radzieckie zdjęcia wykonane przez Łunę-9 wskazują, że niektóre spośród tych iglic mogą w gruncie rzeczy mieć kształt piramid.[325] Starożytna cywilizacja zamieszkująca w przeszłości na powierzchni Księżyca musiała dokonać ogromnego dzieła terraformując powierzchnię Srebrnego Globu. Astronomom od wielu lat znane są duże obszary tej powierzchni pokryte siatką krzyżujących się linii przypominających siatkę południków i równoleżników rysowanych na mapach Ziemi. Odnosi się wrażenie, że te uskoki, grzbiety górskie, wąwozy i łańcuchy kraterów ułożone są wzdłuż równoległych linii przecinających się z innymi pod kątem prostym. Taki system krzyżujących się linii jest zupełnie nienaturalny i uczeni nie potrafią znaleźć dla niego żadnego wytłumaczenia. Zdjęcia przesłane przez amerykańskie sondy z powierzchni Merkurego, Wenus i Marsa[326] wskazują na to, że los tych planet był podobny do Księżycowego. Można na ich powierzchni znaleźć kratery tworzące wzory podobne do księżycowych. Niektórzy fizycy oceniają, że energia potrzebna do utworzenia takich kraterów – których średnice osiągają 1.300 km – przekracza tysiące razy siłę wybuchu największych bomb wodorowych. Tak straszliwa siła wybuchu mogła zniszczyć planetę, która kiedyś krążyła pomiędzy Marsem a Jowiszem, a po której pozostał tylko pas asteroidów.[327] Kiedy ta grupa fragmentów skalnych została odkryta w roku 1802 przez niemieckiego astronoma Heinricha W. M. Olbersa,[328] astronomowie byli przekonani, że jakaś planeta została kiedyś zniszczona wskutek straszliwej eksplozji. Teoria ta jest wciąż żywa wśród astronomów radzieckich. Obliczyli oni na początku lat 60., że średnica owej planety wynosiła około 6.000 km.[329] Z drugiej strony jednak wiadomo, że nie istnieje żadna naturalna przyczyna eksplozji planety. Amerykański astronom Gerard P. Kuiper – dyrektor Obserwatorium Astronomicznego University of Arizona w Phoenix - twierdzi wprawdzie, że Pas Asteroidów powstał wówczas, kiedy 5 – 10 oddzielnych planet znajdujących się na orbitach pomiędzy Jowiszem a Marsem przypadkowo zderzyło się ze sobą, jednak nie posiada on konkretnych dowodów potwierdzających tą teorię, zaś ze statystycznego punktu widzenia taka przypadkowa kolizja jest niemal niemożliwa w przestrzeni, jaka istnieje pomiędzy Jowiszem a Marsem. Naukowcy z NASA byli zaskoczeni, kiedy sondy Pioneer-10 i Pioneer-11 przeleciały bez żadnej kolizji przez Pas Asteroidów, zawierający około 100.000 odłamków skalnych. Najprawdopodobniej nie zwrócili uwagi na fakt, że średnia odległość pomiędzy każdą z tych asteroid wynosi około 6,5 mln km! W każdym razie wiadomo, że największe rozmiary zniszczeń podczas tej starożytnej wojny miały miejsce pomiędzy Marsem a Jowiszem. Być może planeta lub planety istniejące w tej części Układu Słonecznego były głównymi bazami militarnymi i dlatego musiały zostać zburzone. Starożytne środki bojowe mogły również dokonać zniszczenia czterech księżyców Saturna, co spowodowało powstanie jego pierścienia[330]. Astronomowie twierdzą, że księżyce te rozpadły się, kiedy zbytnio zbliżyły się do planety.[331] Nie ma jednak żadnych realnych dowodów na poparcie tej teorii, tym bardziej, ze ci sami astronomowie przyznają, iż księżyce te nie mogłyby rozpaść się, gdyby były z popękanej litej skały. Ponadto – Saturn byłby jedyną planetą w Układzie Słonecznym, której księżyce uległyby rozpadowi w tak niezwykły sposób. A może i one także były ważnymi bazami wojskowymi i dlatego musiały zostać zniszczone?[332] W ostatnich latach świat naukowy dowiedział się, ze temperatura na powierzchni Jowisza wynosi ponad 50.000oC, a więc przekracza nawet temperaturę powierzchni Słońca.[333] Czy potężne bombardowanie za pomocą nuklearnych środków zniszczenia nie mogło zapoczątkować reakcji termojądrowych na tej planecie?[334] W książce zatytułowanej „Złoto bogów” Erich von Däniken dyskutuje możliwości istnienia w Starożytności wojny, w której cywilizacje pochodzące z innych systemów gwiezdnych walczyły ze sobą, i ci, którzy tę wojnę przegrali szukać musieli schronienia na Ziemi. W tych to zamierzchłych czasach nasz system słoneczny mógł zostać zniszczony przez istoty lub „bogów” pochodzących z innych układów planetarnych. Wydaje się jednak, ze nie ma powodów, dla których ci Kosmici mieliby wybrać sobie jako teren do załatwiania swych porachunków tą zapadłą okolicę Galaktyki, odległą przynajmniej o kilkadziesiąt lat świetlnych od miejsca, w którym przyczyna sporu powstała. Bardziej uzasadnione wydaje się twierdzenie, że wysoko rozwinięta cywilizacja powstała tu na Ziemi, przed kilkudziesięcioma czy nawet kilkuset tysiącami lat. Ta wspaniała cywilizacja osiągnęła już etap planetarny – rozpoczęła kolonizację znajdujących się w obrębie ekosfery[335] [słonecznej] planet Układu Słonecznego, stając tam na niebywale wysokim poziomie rozwoju technicznego i cywilizacyjnego. Zdaje się jednak, że postęp moralny nie przebiegał równolegle z technologicznym. Znane wady ludzkości, zwłaszcza dominacji jednych nad drugimi, zwielokrotnione niesłychanymi możliwościami zaawansowanej techniki i wiedzy, doprowadziły do otwartej rywalizacji pomiędzy mieszkańcami sąsiednich planet. Rezultatem tego była straszliwa wojna, w wyniku której z jednej z planet pozostał tylko Pas Asteroid, zaś powierzchnie Księżyca, Marsa, Merkurego i Wenus zamieniły się w skalne rumowiska o zatrutej i śmiertelnej dla każdego życia atmosferze. Ci nieliczni, którzy przeżyli ukryci w bunkrach i skalnych schronach na stosunkowo najmniej zniszczonej Ziemi, stali się nosicielami kultury i cywilizacji – „bogami” wśród ocalałych człekopodobnych istot zamieszkujących dzikie ostępy i dżungle Ziemi, mając nadzieję wskrzesić na gruzach dawnej świetności „złoty okres” – nowe cywilizowane życie.
VII.
Postawiono już w poprzednim rozdziale hipotezę, że przed kilkuset tysiącami lat rozwinęła się na naszej planecie cywilizacja, która zdołała osiągnąć bardzo wysoki poziom rozwoju. Pozwoliło jej to na skolonizowanie Wenus, Marsa, Merkurego, Faetona, a być może także i innych ciał niebieskich, np. księżyców Jowisza czy Saturna. Osiedleńcy żyjący w warunkach odmiennych od ziemskich, musieli w ciągu kilku pokoleń rozwinąć szereg cech adaptacyjnych, w wyniku czego ich technologia, cywilizacja i kultura coraz bardziej odbiegała od ziemskiej. Trudniejsze warunki życia kolonistów zmuszały ich do ciągłego ulepszania maszyn, urządzeń, architektury, pojazdów poruszających się po lądzie, wodzie i w atmosferze, a także statków komunikacji międzyplanetarnej. Ogromny poziom osiągnął również rozwój środków porozumiewania się, inżynierii genetycznej, leczenia chorób oraz walki ze starością, co pozwoliło naszym przodkom osiągnąć wręcz imponujący czas życia. Wszak dążenie do podboju Kosmosu i podróży międzygalaktycznych zaczęło coraz silniej opanowywać umysły mieszkańców Układu Słonecznego. Przechwycono z Kosmosu niewielką planetoidę Luna, a tor jej obiegu skorygowano tak, aby mogła ona krążyć w Układzie Słonecznym. Zasiedlono jej powierzchnię, a następnie zaczęto dokonywać pewnych zmian jej wnętrza, przekształcając ją w pojazd zdolny do poruszania się w przestrzeni międzygwiezdnej.[336] Przeprowadzenie tak poważnych przedsięwzięć inżynierskich i konstruktorskich wymagało jednakże zorganizowania odpowiednich dostaw sprzętu i surowców, urządzeń i specjalistycznych ekip roboczych, co z kolei pociągało za sobą konieczność dalszego skorygowania orbity planetoidy tak, by znajdowała się ona przez cały czas w zasięgu pojazdów transportowych ośrodków cywilizacji ze wszystkich planet. Postanowiono umieścić ją na orbicie wokółziemskiej. I tak w ten oto sposób na ziemskim niebie pojawił się Księżyc. Jednakże z jakichś nieznanych powodów operacja zakotwiczenia Księżyca na orbicie wokółziemskiej nie przebiegła zgodnie z planem, i w jej wyniku na Ziemi powstały straszliwe kataklizmy. Luna bowiem, kiedy dostała się w strefę przyciągania Ziemi, wywołała przesunięcie się masy wód. Rozpoczęły się przypływy. Pierwszy był największy. Fale popłynęły z okolic podbiegunowych w kierunku równika zatapiając po drodze wszystko, wraz z lądem Mu i częścią Atlantydy, na wysokość 3.000 – 5.000 metrów.[337] Niejasne są przyczyny równoczesnego wybuchu okrutnej wojny w Układzie Słonecznym. Prawdopodobnie dały znać o sobie znane wady Ludzkości, a szczególnie wady psychiczne, o których wspomniano uprzednio. Jeśli nawet ludzie ci byli, niczym mitologiczni bogowie, istotami o wspaniałych intelektach i imponująco długim okresie życia, to jednocześnie mogli być obciążeni jakąś genetyczną skazą psychiczną, która stwarzała podobnie niebezpieczne sytuacje, na jakie społeczeństwo ludzkie natrafia i dziś. Może też na przestrzeni wieków ulegli oni stopniowej degeneracji. Bez wątpienia zbudowali społeczeństwo bardziej rozwinięte i bardziej ludzkie, niż nasze, skoro osiągnęli tak ogromne zdobycze, a jednak dopuścili do tego, by katastrofalny konflikt zniszczył ich świat i niemal zgładził rasę ludzką.[338] Jedno nie ulega wątpliwości – ster działań w pewnym momencie wymknął się ludziom z rąk. Zapanowały okrutne prawa wojny. Konflikt ten nie trwał jednak długo. Użycie BMR w końcowym etapie szybko sprawiło, iż życie na planetach przestało istnieć. Planeta Faeton, na której zgromadzono największe zapasy środków bojowych, nie zdołała ich nawet wykorzystać. Jeden dobrze wymierzony pocisk jądrowy zainicjował eksplozję zmagazynowanych materiałów termojądrowych i straszliwy wybuch rozerwał na strzępy całą planetę Faeton. Dość łatwo sobie wyobrazić dalszy przebieg wypadków. Nieliczni ludzie przewidujący mieli dostęp do międzyplanetarnych pojazdów wraz z rodzinami i sprzętem, jaki zgromadzić się im udało, schronili się na Ziemi, która jako jedyna ostała się w stanie najmniej zniszczonym. Być może nie była ona ośrodkiem konfliktu w Układzie Słonecznym.[339] Choć okaleczona straszliwym kataklizmem, wywołanym zakotwiczeniem na jej orbicie Księżyca, i choć pozbawiona ośrodków dyspozycyjnych na Mu i Atlantydzie posiadała przynajmniej nadającą się do życia atmosferę. Lądowali tedy na Ziemi nie tylko uciekinierzy z najbliższych planet; tutaj znajdowały także schronienie załogi samolotów i statków międzyplanetarnych, które lecąc z zadaniem bojowym stwierdzały, że cel już przestał istnieć; lądowali także ci, którzy po wykonaniu zadania nie mieli dokąd wracać. Lądowali z rozpaczą, bali się także odwetu. Ale odwet nie nadchodził. Nie było komu o nim myśleć. Pobudowali zatem schrony i podziemne osiedla – systemy podziemnych tuneli w Argentynie, Peru i Ekwadorze, groty w Adżanta, Ellora i Deccan w Indiach – aby tam przeżyć w spokoju i otrząsnąć się do nowego życia.[340] Potem rozpoczęli penetrację otoczenia. Ziemia była bardzo zniszczona. Główne ośrodki cywilizacji nie istniały. Centra dyspozycyjne, niektóre lądy i wszystkie miasta albo znikły pod falami oceanów, albo zamieniły się w starty popiołu pod działaniem broni laserowej i jądrowej. Reszty dzieła zniszczenia dokonały wybuchy wulkaniczne, wstrząsające skorupą ziemską, której równowagę tak lekkomyślnie naruszono. Pomimo przerażająco smutnego bilansu rozpoczęto organizować nowe bytowanie. Zaczęto gromadzić ocalały jeszcze gdzie niegdzie sprzęt i urządzenia. Ekipy techniczne penetrowały powierzchnię Ziemi, poszukując tych, którym udało się przetrwać kataklizm, a także surowców, środków napędowych, leków i żywności. Podjęto budowę nowych miast, jak Tiahuanaco (?) i osiedli – jak Sacsayhuaman (?). życie zaczęło wchodzić w bardziej ustabilizowane tryby, pomimo tego, że niezbyt liczne społeczeństwo musiało borykać się z całym szeregiem poważnych problemów. Przede wszystkim nie było ono jednolite. W skład jego wchodzili przecież ludzie, którzy wychowali się na różnych planetach. Niektórzy z nich od początku nie mogli przystosować się do oddychania ziemską atmosferą, zapewne musieli korzystać z urządzeń wspomagających i ochronnych. Dla innych promieniowanie słoneczne na Ziemi było zbyt silne. Dla jeszcze innych – zbyt słabe. Wszystkim tym trudnościom należało zaradzić możliwie szybko, jeżeli to nieliczne społeczeństwo miało uchronić przed całkowitą zagładą i wymarcie samo siebie i zdobycze cywilizacji trwającej tysiące lat. Wśród puszcz tropikalnych, lasów i sawann Ziemi istniały prymitywne plemiona ludzkie znajdujące się na niskim szczeblu rozwoju, których sposób życia nie odbiegał właściwie od zwierzęcego. Zdecydowano się więc na śmiały eksperyment biologiczny, którego celem było dokonanie na kilku wybranych plemionach zabiegu genetycznego, pozwalającego na znaczne przyśpieszenie ich rozwoju. Uzyskane w tym procesie osobniki miały być w przyszłości wykorzystane jako tania, niewykwalifikowana siła robocza, rozumiejąca i wykonująca prawidłowo i w sposób zdyscyplinowany stawiane przez bogów-stwórców zadania. W biblijnej „Księdze Rodzaju” czytamy: A wreszcie rzekł Bóg: >>Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam...<<[341] na marginesie warto zaznaczyć, że wyraz Elohim - bogowie, stanowiący jedno z imion Boga w Starym Testamencie jest formą od liczby mnogiej Eloah – Bóg. Eksperyment powiódł się znakomicie, a jego efekty – jak się zdaje – przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Rozwój intelektualny plemion poddanych na ograniczonym terenie zabiegowi genetycznemu, a następnie starannej opiece i edukacji postępował bardzo szybko. Jednocześnie doprowadził on do powstania nieprzewidzianego produktu ubocznego – rozwiązał mianowicie problem, z którym bogowie się dotychczas borykali, dostarczył bowiem zastępu niezwykle urodziwych kobiet. Nic więc dziwnego, że co młodsi bogowie natychmiast przystąpili do ulepszania wyników eksperymentu, zapominając, że choć z grubsza przynależą do tego samego gatunku, to jednak reprezentują odmienne drogi rozwoju genetycznego, co szczególnie dotyczyło tych, którzy byli potomkami pokoleń długo żyjących na innych, niż Ziemia, planetach. Biblijna „Księga Rodzaju” podaje: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na Ziemi, rodziły się im córki. Synowie Boga widząc, że córki człowieka są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się podobały. [...] A w owych czasach byli na Ziemi giganci. Bo gdy Synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im ich rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach.[342] Narodzone z tych związków mutanty nie zawsze mogły być przedmiotem chluby bogów. Niektóre z nich stanowiące całkowicie zdegenerowane formy musiano zlikwidować.[343] Jednakże większość potomków reprezentowała znacznie zwiększone możliwości intelektualne niektórzy mieli tak wysoki poziom intelektualny, że bez trudu mieszali się ze społecznością młodszych bogów. Udany eksperyment spowodował nowy, gwałtowny rozwój cywilizacji na Ziemi. Bogowie mieli już zastępy siły roboczej. Wybrani spośród rzesz ludzie[344] uzyskiwali kwalifikacje techniczne, a nawet naukowe; wykonywali prace inżynierskie, byli pilotami, żołnierzami, lekarzami, czy wreszcie osiągali status boga. Starzy bogowie wymierali, młodzi coraz bardziej wtapiali się w prężne społeczeństwo inteligentnych Ziemian.
VIII.
Nowo powstałe po wojnie nuklearnej społeczeństwo Ziemian było bardzo zróżnicowane. Próba rekonstrukcji jego hipotetycznego składu wskazuje, iż obejmowało ono przede wszystkim stosunkowo niewielką grupę starych, długowiecznych bogów, którzy przeżyli zarówno kataklizmy na Ziemi, jak i wojnę międzyplanetarną. Wywodzili się oni ze starej międzyplanetarnej cywilizacji, wywodzącej się z Ziemi, lecz wychowani oni byli na różnych planetach Układu Słonecznego. Nie była to więc grupa jednolita. Znacznie bardziej jednorodna była grupa ich czystej krwi potomków, urodzonych i wychowanych na spustoszonej Ziemi. Była ona także niezbyt liczna, już chociażby z tego względu, że kobiet pośród starych bogów było niewiele z powodów, o których pisano uprzednio. Trzecią grupę, liczebnie znaczną, stanowili półbogowie – mieszańcy, będący potomkami młodych bogów i Ziemianek o wzbogaconej inteligencji, pochodzących z plemion objętych eksperymentem genetycznym. Do grupy półbogów próbowali, z różnym rezultatem, dołączyć wybitni przedstawiciele szczepów, których możliwości intelektualne zostały w wyniku odpowiednich zabiegów wydatnie zwiększone. Czwartą wreszcie grupę stanowiły szerokie rzesze wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych robotników, szkolonych i otoczonych przez bogów opieką, a należących do szczepów objętych eksperymentem genetycznym na określonych i ograniczonych terenach kuli ziemskiej. Ostatnia, piąta grupa, to prymitywne, żyjące w lasach tropikalnych, puszczach i sawannach w zgodzie z Naturą plemiona, nie objęte zainteresowaniem bogów i nie biorące udziału w cywilizowanym życiu. Każda z tych grup, poza ostatnią, spełniała w tym społeczeństwie wyznaczoną im przez starych bogów rolę, była w odpowiedni sposób kształcona i troskliwie doglądana. Starzy bogowie dbali o to, by nie dopuścić do powtórzenia błędów „minionego okresu”. Z tego też względu byli zwolennikami umiarkowanego, kontrolowanego rozwoju oraz zachowania stabilnego systemu społecznego. Byłby zatem to okres Złotego Wieku, którego reminiscencje przetrwały w zbiorowej pamięci Ludzkości – jej czwartej grupy – o czym pisze Owidiusz:
Złoty pierwszy wiek nastał. Nie z bojaźni karyZ własnej chęci strzeżono i cnoty i wiary.Kary, trwogi nie było, groźnych nie czytanoUstaw na miedzi rytych, ani się lękanoSędziów ostrych.********************************Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodneRozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne,Zboża w nieoranej rodziły się ziemiI łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.Hojną płynęły strugą i nektar i mlekoI z dębu zielonego złote miody cieką.[345]Przez szereg pokoleń władza starych bogów była niekwestionowana. Jednak grupy młodych bogów i półbogów – prężne, wykształcone i wychowane na Ziemi, inteligentne i ze swobodą posługujące się odrodzoną technologią planetarną, coraz bardziej oburzały się na zachowawczą i pełną ostrożności politykę Rady Starszych. Coraz więcej sprzeciwu wzbudzało ograniczanie funkcji decyzyjnych – jak również informacji dotyczących pewnych istotnych dziedzin wiedzy – do wąskiego kręgu bogów czystej krwi.W opowiadaniach i legendach istniejących w różnych punktach naszego globu przedstawione są szczegółowo właśnie i katastrofalne wojny. Znajdują się wzmianki o kontrowersjach między bogami, kończących się okrutnymi walkami, doprowadzającymi czasem do drgań skorupy ziemskiej. W wielu wypadkach znajdujemy także ślady działalności „propagandowej” zmierzającej do zdyskredytowania starych bogów.Gnoza obszaru śródziemnomorskiego, wiedza tajemna dostępna tylko wybranym uczy, że świat – tj. Ziemię – stworzył – tj. zorganizował na niej życie – Ialdabaoth - nieudolny demiurg który uważał się za Boga.[346] Syn demiurga, stanąwszy w obliczu gromadzących się objawów niekompetencji i niezręczności ojca, uchwycił przemocą władzę, aby ustalić nowy porządek i naprawić błędy dotychczas przezeń popełnione. Ten właśnie syn o imieniu Sebaoth, od tego czasu zapanował w Niebie i Raju. Ta tradycja pozostawiła ślady nawet w liturgii Kościoła rzymsko-katolickiego: podczas każdej mszy zgromadzeni wierni śpiewają: Sanctus, Sanctus, Sanctus Dominus Deus Sebaoth, pleni sunt coeli et terra gloria tua![347]Hinduska „Bhagavata Purana” przedstawia Viśnu Prajapati tworzącego nie światłość, jak biblijny Elohim, lecz ciemność, występek, niesprawiedliwość, grzech i chaos. A tekst mówi: Wówczas przyjrzawszy się zasługującemu na potępienie dziełu, Stwórca odczuwał do siebie niewiele podziwu. I aby dokonać naprawy swoich poczynań, Wisznu wysłał „czarowników” z poleceniem, aby tworzyli za niego. Ale oni zaniedbywali swe obowiązki i trwali w bezpłodnych medytacjach. Wówczas, by położyć kres tej bezczynności, z gniewu Prajapati musiał wydobyć się nagle młody bóg-dziecię, bóg-bohater, aby wyręczając swego ojca stworzyć pierwszą istotę ludzką.Aztekowie przypisywali proces kreacji pierwszych ludzi parze bogów – Ometecuhli i Omeciuatli, którzy wkrótce zostali zdetronizowani przez młodszych i bardziej aktywnych bogów.W Asyrii waśniom między bogami towarzyszyły tak straszliwe dźwięki, że cały świat był nimi wypełniony, a góry zapadały się.Mity greckie dostarczają podobnych wieści. Łatwo zrozumiała legenda mówi, że Ouranos lub Uranus – symbol Nieba i przestrzeni międzyplanetarnych – zapłodnił swoją małżonkę Gaję (Geę) czyli Ziemię. Domyślać się więc należy, że życie na Ziemi ma jakiś związek z obszarami pozaziemskimi. Ale z tego związku narodziły się wstrętne potwory. Ich ojciec był zdumiony i odesłał je z powrotem do łona matki, co wydaje się być po prostu innym sposobem wyrażenia myśli, ze zostali oni pogrzebani, a my od czasu do czasu znajdujemy ich teraz pod postacią kopalnych skamielin.Teraz kierownictwo obejmuje Czas – Chronos lub Kronos – zwany przez Rzymian Saturnem, ale ten „pożera swoje dzieci” i wszystko ogarnia stan stagnacji i bezpłodnej rutyny, zaś czarownicy zamiast tworzyć, oddają się kontemplacji. Później obserwujemy pojawienie się i rozstrzygające zwycięstwo nowego, silnego zespołu kierowanego przez Zeusa vel Dzeusa alias Jupitera lub Yod-Patera. Wszystkie te przekazy chwalą jego dynamizm i młodość. Jego atrybutami w Grecji, jak i we wszystkich innych miejscach, są cechy odpowiadające światłu, a więc: ogień, błyskawice, jasność, czystość, białość, blask słoneczny, orzeł. Greckie słowo Zeus podobnie jak łacińskie Deus jest równoważne hinduskiemu bogu bohaterowi, Słonecznemu Ormuzdowi Persów – Zwycięzcy Smoka.Tak więc zwycięstwo w tej nowej wojnie – czy wojnach – odnieśli młodzi bogowie. Było to jednak zwycięstwo w dużym stopniu pyrrusowe, tym bardziej, że nie oznaczało ono, że na Ziemi zapanował całkowity spokój. Teraz dopiero zaczęły się swary i waśnie pomiędzy młodymi bogami. Kontrowersje te zakończyły się następnymi okrutnymi walkami i katastrofalnymi wojnami.[348] Biblia wspomina te dawne wojny o władzę w szeregu „Ksiąg”. Izajasz (51,9) przywołuje na pamięć dawne pokolenia, kiedy Jahwe musiał zgładzić Rahab zwanego także Lewiatanem i Smokiem: O ramię Jahwe! Przebudź się, jak za dni minionych, zamierzchłych pokoleń. Czyżeś to nie ty poćwiartowało Rahaba, przebiło Smoka? Podobnie w „Księdze Joba” (25,12): Potęgą wzburzył pramorze, roztrzaskał Rahaba swą mocą, wichurą strop nieba oczyszcza i Węża Zbiega niszczy swą ręką... – oraz w niektórych „Psalmach” (74,13-14): Ty morze swą potęgą rozdarłeś, skruszyłeś głowy smoków w odmętach. Ty zmiażdżyłeś łby Lewiatana, morskim potworom na żer go wydałeś, a także (89,10-11): Ty rozkazujesz pysznemu morzu, Ty jego wzdęte bałwany poskramiasz. Tyś przebitego Rahaba podeptał, Twoich wrogów rozproszyłeś swym możnym ramieniem.
IX.
Ocena moralna zwycięzców w kolejnych wojnach i stosowanych przez nich metod walki nie była wśród ówczesnych ludzi jednoznaczna, skoro odnosi się wrażenie – w związku ze swarami i niezgodą panującą wśród bogów, z samym Jahwe włącznie – że tradycja biblijna była w sposób celowy cenzurowana, zgodnie z dyrektywami wydanymi przez bogów Hebrajczyków, którzy mieli zrozumiałe powody, aby ukrywać fakt, że ich władza została zaprowadzona wśród rozruchów i zamieszek. Nie znajdujemy niczego podobnego wśród założycieli i krzewicieli innych tradycji istniejących współcześnie z tamtymi. Lecky wskazuje na to, że większość gnostyków uważała boga żydowskiego za niedoskonałą istotę, stojącą na czele fałszywego systemu moralnego. Wielu ponadto uważało religię żydowską za system opierający się na zasadzie Zła, przyjmujący, że Szatan jest bogiem świata materialnego. Dlatego Kainici czynili każdego, kto się temu przeciwstawiał przedmiotem czci, Ofici natomiast jawnie oddawali cześć boską wężowi. Mamy więc, być może, chociaż częściowe wyjaśnienie szacunku, jakim większość gnostyków darzyło węża, w fakcie, że to zwierzę, które wśród chrześcijan stanowi symbol Zła i Szatana miało zupełnie inne znaczenie w symbolice starożytnej.[349] Walka pomiędzy młodymi bogami, która poprzedzała, a następnie ustanowiła panowanie Jahwe na Ziemi lub tylko w pewnych jej obszarach, opisana jest w judeo-chrześcijańskiej tradycji w epizodzie, w którym Archanioł Gabriel niszczy Smoka. W „Apokalipsie św. Jana” (12,7-9) czytamy: I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale ich nie przemógł i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony Wielki Smok, Wąż Starodawny, który zwie się Diabeł i Szatan, zwodzący całą zamieszkałą Ziemię, został strącony na ziemię, a z nim strąceni jego aniołowie. Zaś prorok Izajasz woła (14,12-15): Jakże to spadłeś z niebios, jaśniejący Lucyferze, Synu Jutrzenki? Jakże runąłeś na ziemię Ty, który mówiłeś w swoim sercu: >>Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na górze obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego<<. Jak to? Strąconyś do Szeolu, na samo dno Otchłani? Czy z tego wynika, że pod nowymi rządami wszystko przebiegało w łagodności i pokoju? Wcale nie. Pojawiły się nowe waśnie, a ich przedmiotem był tym razem nowy twór – człowiek, którego pojawienie się nie dla wszystkich było jednakowo pożądane. Abu Zayd Al-Balkhi znalazł na marginesie Koranu zapis, który podaje pewne wskazówki na temat sposobu myślenia I zamiarów naszych przodków czy poprzedników. Treść zapisu jest następująca: Mam zamiar – powiedział Bóg – ustanowić na Ziemi namiestnika,[350]ale aniołowie, towarzysze Iblisa zwanego wówczas Azazilem odpowiedzieli Mu: >>Czy masz zamiar umieścić na Ziemi kogoś, kto wprowadzi tam rozkład moralny, korupcję, zepsucie i rozlewać będzie krew wówczas, kiedy my nie przestajemy Cię wielbić?<<. Ale Bóg odpowiedział: >>Ja wiem to, czego wy nie wiecie<<. Już choćby z tego zapisu widać, że człowiek – tzn. trzecia i czwarta grupa wg przyjętej przeze mnie w poprzednim rozdziale klasyfikacji – nie cieszy się uznaniem bogów – druga grupa – a przy takim stosunku wzajemnym o konflikt nie trudno, tym bardziej, że człowiek wbrew wszelkim nakazom i zakazom ciągle sięgał po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Tak więc konflikt, wobec narastania wzajemnych niechęci był nieunikniony, a jednak do niego nie doszło, opowiada o nim m.in. Platon w swoim dialogu pt. „Kritias”: Przez wiele pokoleń, dokąd im starczyło natury boga, słuchali praw i odnosili się życzliwie do bóstwa, którego krew w nich płynęła. Ich postawa duchowa nacechowana była prawdą i ze wszech miar wielkością. Łagodność i rozsądek objawiali w stosunku do nieszczęść, które się zawsze zdarzają, i w stosunku do samych siebie nawzajem, więc patrzyli z góry na wszystko z wyjątkiem dzielności, wszystko co było w danej chwili, uważali za drobiazg i lekko znosili, jakby ciężar masę złota i innych dóbr; nie upijali się zbytkiem i bogactwo ich nie zaślepiało, i nie doprowadziło do utraty panowania nad sobą. Bardzo trzeźwo i bystro dostrzegali, że i to wszystko pod wpływem miłości wzajemnej przy dzielności wzrasta; [...] Ale kiedy w nich cząstka boża zgasła , dlatego, że się często z pierwiastkiem ludzkim mieszała i ludzka natura brać zaczęła górę, wtedy już nie umieli znosić tego, co u nich było, zrobili się nieprzyzwoici i kto umiał patrzeć, ten widział już ich brzydotę, kiedy zatracili to, co piękne pośród największych dóbr. Tym, którzy nie potrafią dostrzec życia prawdziwie szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy ich rozpierała chciwość niesprawiedliwa i potęga. Otóż bóg bogów Zeus, królujący zgodnie z prawami, umiał dostrzec taki stan rzeczy, zobaczył, jak się marnuje ród, który był jak się należy, więc karę im wymierzyć postanowił, aby się opamiętali, nabrali rozumu i zaczęli panować nad sobą, więc zebrał wszystkich bogów do ich prześwietnej siedziby, która się wznosi nad środkiem całego świata, zatem widzi wszystko, co ma udział w powstawaniu, a zebrawszy powiedział... Na tym urywa się dialog Platona i wydawać by się mogło, że nigdy się nie dowiemy, jaki był dalszy bieg wypadków. Jednak istnieje i druga opowieść – biblijna „Księga Rodzaju” (6,6-7), która jak się wydaje, zawiera odpowiedź na pytanie, jakie sobie każdy z nas zadaje po przeczytaniu platońskiego „Kritiasa”: Co powiedział bóg bogów Zeus? „Księga Rodzaju” mówi: ...a widząc, że wielka była złość ludzka na Ziemi [...] bolał w sercu swym i rzekł Bóg: >>Wygładzę człowieka, któregom stworzył, z oblicza Ziemi, aż do bydlęcia, aż do gadziny, i aż do ptastwa niebieskiego. Bo mi żal, żem je uczynił.<< Wydaje się więc, że postęp moralny nie przebiegał równolegle z technologicznym. Znane wady Ludzkości i dążność jednych do dominacji nad drugimi, zwielokrotnione zdobyczami zaawansowanej techniki i wiedzy, doprowadziły do otwartej rywalizacji pomiędzy mieszkańcami naszej planety. A rezultatem decyzji Zeusa czy Jahwe była znowu straszliwa wojna, której sposób prowadzenia, zastosowane środki i konsekwencje – naszkicowano już w pierwszym rozdziale, zaś opisy jej przebiegu znajdujemy rozproszone w tradycji różnych narodów, m.in. także w tradycji biblijnej. W „Księdze Proroctw Izajasza” (13,3-5) czytamy: Ja dałem rozkaz moim poświęconym, z powodu mego gniewy zwołałem wojowników radujących się z mojej wspaniałości. Uwaga! Wrzawa Królestw, sprzymierzonych narodów. To Jahwe Zastępów robi przegląd wojska do bitwy. Przychodzą z dalekiej ziemi, od granic nieboskłonu - Jahwe i narzędzia jego rozgniewania, aby spustoszyć Ziemię. Podobnie w „Psalmach” (68,18): Rydwanów Bożych jest dwadzieścia tysięcy, wiele tysięcy aniołów, to Pan wraz z nimi przybywa do świątyni z Synaju. Nie ulega wątpliwości, że stratedzy wojny atomowej nie kierowali swej broni na plemiona takie, jak współcześnie z nami żyjących Zulusów, Pigmejów czy nieszkodliwych Eskimosów. Skierowali ją na ośrodki cywilizacji. Tak więc radioaktywny mord ponownie przeszedł przez postępowe i wysoko rozwinięte narody i ośrodki. Pozostały natomiast oddalone od ośrodków cywilizacji, zacofane w rozwoju ludy dzikie i prymitywne plemiona. One jednak nie były w stanie przekazać informacji o istniejącej kulturze, ani nawet poinformować o niej, ponieważ nie brały w niej udziału.[351] Większa część kuli ziemskiej pokryta została żarzącymi się pustyniami, gdyż promieniowanie ciał radioaktywnych nie pozwala rozwijać się żadnym roślinom. Po kilku tysiącach lat – jak powiada Erich von Däniken – nie pozostało już nic z zatopionych oraz spalonych lądów i miast. Natura jedynie z nieskończoną cierpliwością przedzierała się poprzez ruiny, a żelazo i stal, pordzewiałe, rozpadły się na piasek, aby po tysiącach lat wszystko mogło zacząć się od początku... Aleksander Mora
BIBLIOGRAFIA:
1. Erich von Däniken – „Rydwany bogów”, Londyn 1969 2. Erich von Däniken – „Wspomnienia z przeszłości“, Warszawa 1974 3. Erich von Däniken – „Złoto bogów”, Nowy Jork 1973 4. Ignatius Donelly – „The Destruction of Atlantis”, Nowy Jork 1971 5. Charles Fort – “Księga przeklętych”, Nowy Jork 1941 6. Alfons Gabriel – „Die Wüsten der Erde und ihre Erforschung”, Hamburg 1961 7. A. Gorbowskij – „Rozum Kosmosu“, Cirkvenica 1976 8. Aqleksander Kondratow – „Zaginione cywilizacje”, Warszawa 1979 9. W. E. H. Lecky – „History of the Rise and Influence of the Spirit of Rationalism in Europe”, Nowy Jork 1897 10. P. Misraki (P. Thomas) – „Les Extraterrestres“, Paryż 1962 11. Andrew Thomas – “We Are Not the First”, Nowy Jork 1973 12. Brinsley le Poer-Trench – “The Sky People”, Londyn 1960 13. Jacques Vallée – “Anatomy of the Phenomenon”, Nowy Jork 1965 14. John N. Wilford – “We Reach the Moon”, Nowy Jork 1969 15. Ludwik Zajdler – “Atlantyda”, Warszawa 1963 16. „New Scientist”, 1979, 1980 17. „Saga”, 1973, 1975 18. “UFO Reports”, 1975, 1976, 1977 19. “Ufology” 1976, 1977 20. “Argossy UFO Annual”, 1975 21. “Official UFO” 1977, 1978
W SPRAWIE CHRONOLOGIIZ wielkim zainteresowaniem przeczytałem cykl „Atomowa wojna bogów” drukowany ostatnio w „Kamenie”. Jednakże nie zgadzam się, że owe wojny atomowe czy jądrowe miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, tak gdzieś pomiędzy 100.000 a 50.000 lat temu. Zgodnie z hipotezą artykułów A. Mory, były one prowadzone przez „bogów” przeciwko ludziom, bądź między ludźmi reprezentującymi wysoki poziom cywilizacji. Według autora cyklu, największe pustynie świata były terenem wybuchów nuklearnych, przez co są dziś wysterylizowane. Z tym punktem się zgadzam, ale trudno dopuścić, aby Precywilizacje istniały tylko na tych terenach, aby nie było ich jakichś śladów (technicznych) w innych punktach kuli ziemskiej i aby dosłownie nic z nich nie pozostało. I to nie tylko tzw. „dóbr materialnych”, ale i śladów eksploatacji minerałów, kopalń, odwiertów, itp. Moim zdaniem nigdy na Ziemi nie istniała cywilizacja ludzka porównywalna poziomem techniki z naszą lub ją przewyższająca. Prawdopodobnym natomiast jest to, że w zamierzchłych czasach na Ziemi ingerowali „obcy” – spoza naszej planety. Możliwe jest również, że w pewnym okresie na Ziemi wylądowała z Kosmosu druga niezależna rasa Kosmitów, w rezultacie czego były wojny między nimi. W tej wojnie czy wojnach nie liczono się z życiem ziemskim, ani z ludźmi jako istotami rozumnymi, gdyż poziom ludzi był nieskończenie niższy, niż „bogów”. Ze wstydem muszę przyznać, że do dziś dnia nie znam pełnego tekstu „Mahabharaty” i „Ramayany”. Wydaje mi się jednak, że w pierwszym odcinku cyklu A. Mory istnieje pewna nieścisłość. Mianowicie podano tam starożytny opis, jak Rama ze swą małżonką Sitą lecieli ze Sri Lanki[352] do Indii. Czy jest absolutnie pewne, że wymieniono w tym opisie Sri Lanka, a nie samo Lanka? To wielka różnica, bowiem Sri Lanka jest pojęciem geograficznym, starożytną nazwą wyspy Cejlon (Ceylon), która oderwała się od kontynentu Indii[353] pomiędzy 3000 a 2700 r. p.n.e. Natomiast Lanka, to nazwa zaginionego kontynentu, leżącego pomiędzy Madagaskarem a Indiami. Kontynent ten uległ zagładzie właśnie pomiędzy 3000 a 2700 rokiem p.n.e. i wówczas południowy cypel Półwyspu Indyjskiego utworzył wyspę Sri Lanka. Może kogoś zaskoczy fakt, że dysponuję precyzyjnymi obserwacjami astronomicznymi z okresu wojny opisanej w „Mahabharacie” i „Ramayanie”. Dane te zawarte są w książeczce (przedruk dokonany w Madrasie w 1976 roku) napisanej w języku Karnataka, mam natomiast jej tłumaczenie w rękopisie angielskim, dokonane przez Hindusa zamieszkującego w stanie Karnataka – dr Sunder Seshu. Posiadam też „Kalendarz Wedycki” z okresu powyżej 7000 lat p.n.e. wraz z komentarzem w języku angielskim, dokonanym przez dr Sampath Ivenigara z Instytutu Chronologii Indii w Madras. Nadmieniam, iż są to przedruki wydane w znikomym nakładzie 500 egz., tak że są to jedyne egzemplarze w Polsce. Otóż dane astronomiczne określające precyzyjnie propozycje niektórych gwiazd i konstelacji na niebie w okresie „Mahabharaty” i „Ramayany” – przy konfrontacji ich z astronomicznym „Kalendarzem Wedyckim” – pozwoliły uczonym z Instytutu Chronologii Indii rozpracować w czasie następujące wydarzenia:
a. lądowanie Hanumathy w Lanka – 4401 rok p.n.e. b. koronacja Ramy na króla – 4400 rok p.n.e. c. spisanie (opracowanie) „Ramayany” – 4378 rok p.n.e. d. odlot (wniebowstąpienie) Ramy – 4377 rok p.n.e. e. początek wojny opisanej w „Mahabharacie” – 13 października 3667 roku p.n.e. f. dokładną lokalizację zaginionego kontynentu Lanka, g. dokładną lokalizację starożytnego miasta Ayodhya, h. dokładną lokalizację stolicy zaginionego kontynentu Lanka Nagar.
Przyznać trzeba, że dane te, oparte na autentycznych dokumentach sprzed ponad 5000 lat – „Kalendarz Wedycki” i ok. 4700 lat – „Vymanika Shastra” – zakrawają na rewelację. W tym kontekście, nie sposób zgodzić się z tym poglądem, że „wojny atomowe” były tak dawne, jak to sugeruje A. Mora; raczej działy się w czasach już całkiem historycznych. Ciekawe, iż pewne dane biblijne oraz pewne wzmianki u Homera jak gdyby potwierdzają ów okres wojny, wymieniony w „Mahabharacie”. Np. Homer wspomina w „Iliadzie”, iż bogowie często udawali się na południe, na krańce ziemi do ciemnoskórych Etiopów. Biorąc pod uwagę, iż około 5000 lat temu Północny Biegun Magnetyczny leżał dalej na południowy zachód, niż obecnie, trzeba przyjąć kilkunastostopniową poprawkę do kierunków geograficznych ówczesnych (w stronę odwrotną do ruchu wskazówek zegara) to jest ówczesny kierunek południowy pokrywa się z obecnym, lecz z odchyleniem na wschód. A taki kierunek lotu widzie prosto do krainy Lanka.
Kazimierz Bzowski
---oooOooo---
Przyznaję, że nie znam materiałów źródłowych, o których wspomina pan Kazimierz Bzowski. Z opisu sądząc, są one rzeczywiście rewelacyjne: wyjaśniają i uściślają szereg zagadnień z „wojną bogów” związanych. Zawarte w liście dane nie stoją moim zdaniem, w sprzeczności z przedstawioną przeze mnie wizją rozwoju wypadków. Nawet wizja K. Bzowskiego nie jest sprzeczna z moją. Unikam odwoływania się do wpływu Kosmitów, nie chcę bowiem mnożyć bytów bez istotnej potrzeby – z jednej strony; a z drugiej – stoję wobec konieczności wyjaśnienia sobie przynajmniej nie budzących na ogół wątpliwości faktu krzyżowania się bogów z ludźmi, co przecież wymaga zgodności genetycznej i dodatkowo: przekazy wskazują na to, że bogowie czerpali sporo – nazwijmy to – przyjemności, nie można też przyjąć, że były to wyłącznie zabiegi sztuczne, probówkowe i laboratoryjne. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem z listu, że przynajmniej jedna z wojen atomowych miała miejsce w czasach historycznych. Były jednak wojny wcześniejsze, do których „dogrzebać” można się w starych przekazach, a także znaleźć – jak sądzę – ślady materialne. Dlatego także mój serial powinien być zatytułowany w liczbie mnogiej: „Atomowe wojny bogów”.
Aleksander Mora
W DWADZIEŚCIA TRZY LATA PÓŹNIEJ.
Kiedy pamiętnego lata 1980 roku jeden z moich kolegów pożyczył mi wycinki w „Kameny” z „Atomową wojną bogów”, to przeczytałem ją jednym tchem w ciągu czerwcowego popołudnia wylegując się na świnoujskiej plaży. Początkowo rzecz potraktowałem lekko – ot, jeszcze jedna fantazja na temat rezultatów atomowej wojny. Był rok 1980 – jako tutaj rzekłem – i problematyka wojny nuklearnej pomiędzy ZSRR i NATO oraz USA była jak najbardziej na czasie. Przez świat tryumfalnie szła teoria Alwarezów o impaktowej przyczynie wymarcia wielkich dinozaurów. W Polsce wrzało. Tworzyła się ta pierwsza, najautentyczniejsza „Solidarność” – jeszcze ta uczciwa i nie zawłaszczona przez polityczne męty. Zastanawialiśmy się wszyscy: wejdą – nie wejdą... Na włosku wisiała III Wojna Światowa i jej możliwe następstwa – wielkie wymieranie i atomowa epoka lodowa spowodowana „zimą jądrową”. I naraz w tym pomieszaniu umysłów pojawia się „Atomowa wojna bogów”. Czy Aleksander Mora przekazał nam swoiste memento i zarazem ostrzeżenie, że historia powtarza się tyle razy, ile tylko może???... Tak myślałem wtedy. I zdjął mnie lęk o los naszej cywilizacji... Że teraz to my przeżyjemy to, co oni – nasi praprzodkowie 12-, 50-, 1000 tysięcy lat temu! I znowu upadek cywilizacji i ponowne budowanie wszystkiego od zera... Potem zeszło wszystko na plan dalszy, a po 1989 zaczęliśmy poważnie myśleć o ufologii nie jako amatorskiej zabawie, ale o poważnej nauce interdyscyplinarnej. Skończyła się zabawa i zaczęły schody. Na początku roku 2003, redaktor naczelny „Świata UFO” prof. Bronisław Rzepecki zaproponował mi przepisanie „na dysk” peceta opracowania Aleksandra Mory. Zgodziłem się z tym większą przyjemnością, że byłem świeżo po opracowaniu przekładu znakomitej książki mego słowackiego przyjaciela dr Miloša Jesenský’ego pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998), którą to pracę wykonałem posługując się pseudonimem Witold Baranowicz. To już było inne czytanie. To była praca nad tekstem, który mimo 23 lat, które upłynęły od jego publikacji, niczego nie stracił na swej aktualności, zważywszy narastające napięcie w świecie spowodowane postawą Iraku i Korei Północnej, których liderzy grożą wolnemu światu bronią masowej zagłady! Koło historii wykonało pełny obrót. I znów, jak w 1980 roku – świat stoi na krawędzi konfrontacji i grozi mu to, o czym pisał Aleksander Mora... Dodałem trochę przypisów, które uaktualniają tekst i rzucają więcej światła na niektóre aspekty tego zagadnienia. Szczególnie poszła do przodu genetyka i kosmonautyka, której zdobycze tylko potwierdzają tezy Autora, a nie zaprzeczają, jakby to chcieli różnego rodzaju z Bożej łaski krytycy i uczeni, którzy się niczego nie nauczyli, a stanowią zakały uniwersytetów i innych instytutów naukowych. Jak bardzo blisko prawdy był Autor pisząc swe opracowanie? Bardzo blisko. Być może myli się w detalach, ale przecież przewodnia myśl jest dobra i tłumaczy wiele – jak nie wszystkie – anomalia zaobserwowane dzisiaj i dziwne artefakty, które znaleziono do dziś dnia... Jestem pewien, że ma on całkowitą rację – atomowe wojny bogów miały miejsce daleko przed tym, jak po raz pierwszy wyzwolono energię atomu na Jordana de Muerte rankiem 17 lipca 1945 roku. Swój pogląd wyłożyłem w książce pt. „Projekt Tatry” (Kraków 2002). Długo czekałem na tą chwilę. Całe 23 lata, ale było warto znowu przeczytać tą pracę i znowu zdumieć się jej aktualnością i akuratnością. I jej ponadczasowym przesłaniem. Autor przytacza dowody na istnienie szczątków Pracywilizacji w różnych częściach świata. Ja starałem się odpowiedzieć na to, czy w Polsce znajdują się ich ślady i ślady tego (tych) konfliktu(ów). Oczywiście! One są i to tak jasne i wyraźne, tylko że my – przyzwyczajeni do nich – nie potrafimy spojrzeć na nie właściwie! Tak samo, jak ślady po istnieniu Supercywilizacji. Tylko trzeba rozejrzeć się dookoła, pokonać uprzedzenia i przesądy naukowe, ideologiczne i religijne, a nade wszystko – zacząć myśleć samodzielnie, nie pod dyktando. Wtedy naraz zaczniesz dostrzegać to, o czym pisze Aleksander Mora w swej pracy, którą właśnie Czytelniku przeczytałeś...
Robert K. Leśniakiewicz Jordanów, dn. 2003-02-01
DODATEK B – SARS SPADA Z NIEBA
Do koszmarów, które straszą nas po przekroczeniu progu kolejnego tysiąclecia, od października 2002 roku doszedł jeszcze jeden. Te cztery litery: SARS budzą grozę i panikę wśród mieszkańców Ziemi. Pojawiła się kolejna, obok dżumy, cholery, czarnej ospy, grypy hiszpanki, gorączki krwotocznej Ebola i Lassa, Hanta, HIV (AIDS), choroba zakaźna na którą zapadło ponad 6.000 osób i zmarło około 300 – według danych WHO na dzień 1 maja 2003 roku. SARS to Severe Acute Respiratory Syndrom – syndrom ostrej niewydolności układu oddechowego – choroba, która pojawiła się początkowo w Chińskiej Republice Ludowej, a którą początkowo uważano za jakąś odmianę wirusa grypy. Nie jest to takie dziwne, jako że w latach 60. i 80. XX wieku przez świat przewaliły się dwie fale grypy Hong Kong o ciężkim przebiegu. Tym razem także zaatakowała ona Hong Kong, ale jej źródło znajduje się w środkowych Chinach – dokładniej w prowincji Shaanxi. Objawami SARS podanymi przez amerykański CDC&P (Center for Disease Control and Prevention – Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) są przede wszystkim: wysoka gorączka – powyżej +38oC (albo +100,4oF), bóle głowy, gardła i stawów, czasami bóle całego ciała, suchy, męczący kaszel, który pojawia się w ciągu 2-7 dni. A zatem typowe objawy infekcji grypowych. SARS rozprzestrzenia się drogą kontaktową zarówno z nosicielami wirusa, jak i materiałem zakażonym wirusem. Dlatego też wskazane jest noszenie maseczek, aby nie kontaktować się z kropelkami śliny, śluzu i innych płynów ustrojowych zawierających wirusy. Nie powinno kontaktować się ze skórą osób zainfekowanych. Chorobę prawdopodobnie wywołują tzw. koronowirusy[354], które wykryto we krwi osób zarażonych tą chorobą.[355] Interesuje nas problem tego, skąd właściwie wziął się SARS? Czy jest to tylko zmutowany wirus jakiejś innej choroby, który naraz przebił barierę immunologiczną człowieka i objawił się w postaci nowej, a więc ex definitio groźnej infekcji? Groźnej dlatego, bo chociaż codziennie setki ludzi ginie w wypadkach czy wskutek głodu, wojen czy katastrof naturalnych, to tym wszystkim wydarzeniom można zapobiec stosunkowo prostymi i wykonalnymi środkami. Chorobę nie da się pokonać tak łatwo. Choroba, to przede wszystkim coś groźnego, tajemniczego, niewidzialnego i niedotykalnego – czego przyczynę można zobaczyć tylko pod mikroskopem. Z tym jest tak, jak z promieniowaniem jonizującym czy zatruciem chemicznym. To jest sprawa psychiki. Boimy się tego, co jest niewidzialne... Skąd to się przywlokło? Jak dotąd uczeni nie potrafią dać jednoznacznej odpowiedzi. Jedni twierdzą, że mamy do czynienia z chorobą odzwierzęcą – jak np. w przypadku wirusa HIV, Lassa czy Ebola; inni zaś widzą w tym broń biologiczną, która wyrwała się spod kontroli... Hipotezy na temat pochodzenia SARS można podzielić następująco: v SARS to zmutowany wirus jakiejś choroby zwierzęcej, który przerzucił się na ludzi po przekroczeniu bariery immunologicznej, co mogło być spowodowane np. zmianami klimatycznymi wywołanymi np. przez zjawisko El Niño; v SARS jest wirusem wyhodowanym przez chińskich czy północnokoreańskich mikrobiologów jako broń biologiczna, która wyrwała się spod kontroli. Wszystkie dane wskazują na to, że jest on pokrewny wirusom... świnki (mumsa) i odry! Rosyjski specjalista dr Siergiej Kolesnikow twierdzi wprost, że SARS został wyhodowany przez człowieka jako broń B.[356] Faktycznie – byłaby to idealna broń B, jako że nie ma żadnej szczepionki przeciwko temu wirusowi, zaś sposoby leczenia są dopiero opracowywane... W podobnym duchu, tylko jeszcze bardziej stanowczo wypowiedział się prof. dr Tadeusz Płusa, który stwierdził, że istnieje znaczne podobieństwo wirusów koreańskiej piorunującej gorączki krwotocznej, a którą umarło 20.000 Amerykanów w czasie Wojny Koreańskiej, gorączki krwotocznej Ebola, wirusa Hanta i wirusa SARS. Wniosek nasuwa się sam – wszystkie te wirusy mogły zostać wyprodukowane w tych samych laboratoriach w Północnej Korei lub Ch.R.L. i użyte na frontach różnych wojen: Wojny Wietnamskiej, I Wojny w Zatoce i II Wojny w Zatoce... Co gorsze, jak twierdzi prof. Płusa, istnieją plany stworzenia połączeń wirusów czarnej ospy i Eboli oraz innych koszmarnych chorób, które miałyby zastosowanie jako broń B.[357] v SARS jest wirusem, który przybył do nas z Kosmosu na jakimś meteorycie. Jak dotąd uczeni i miłośnicy z Polskiego Towarzystwa Meteorytowego nic nie wiedzą o spadku jakiegokolwiek meteorytu na tych terenach, więc nie ma podstaw, by tak sądzić, aliści nie zapominajmy, że PTM nie ma swych informatorów tamże, a Ch.R.L. jest w dalszym ciągu krajem praktycznie zamkniętym dla Europejczyków i Amerykanów... Osobiście biorę pod uwagę fakt, że SARS mógł spaść wraz z ostatnim deszczem Leonidów, którego maksimum przypadło właśnie na 17-19 listopada 2002 roku; v SARS jest zmutowanym ziemskim organizmem, który powrócił na Ziemię w jakimś „złomie kosmicznym” w postaci nieaktywnego sztucznego satelity Ziemi lub stacji kosmicznej. Obawy takie uczeni wysuwali w związku z wejściem i spaleniem się w górnych warstwach atmosfery rosyjskiej stacji kosmicznej Mir, chodziło w jego przypadku o zmutowane pod wpływem promieniowania kosmicznego i braku grawitacji grzyby. Podobne obawy powstały w związku z katastrofą promu kosmicznego Columbia w lutym 2003 roku; v SARS jest przybyszem z głębokiego Kosmosu, który został tutaj zawleczony przez kometę lub strumień meteorytów pozaukładowych. Byłoby to kolejnym dowodem na istnienie życia pozaziemskiego, a nawet poza Układem Słonecznym! v I wreszcie SARS jest pozostałością po jednej z poprzednich cywilizacji Ziemi, która wykorzystywała wirusy do różnych celów – jako broń B lub nawet jako... lekarstwo na wiele chorób – w tym raka. Powstały one jako rezultat manipulacji i inżynierii genetycznej. Po upadku tej Supercywilizacji, wirusy po prostu „zdziczały” i stały się zwyczajnymi pasożytami, letalnymi dla swych żywicieli – w tym człowieka. A zatem która z tych hipotez jest prawdziwa? Mamy nadzieję, że ta niebezpieczna choroba zostanie w porę opanowana i nie zdoła zagrozić naszemu krajowi, a wbrew pozorom jest to niezmiernie łatwe, bowiem otwarte granice z krajami, gdzie stwierdzono tą chorobę mogą ją sprowadzić do nas w każdej chwili. Czy SARS spadło z nieba? Być może – dowodów na to na razie nie ma. Być może jest to – jak powiedzieliśmy to w ostatnim punkcie naszej wyliczanki – pozostałość po poprzednich cywilizacjach[358], która czai się w jej ruinach w dżunglach Afryki, Azji, Mezoameryki i Ameryki Łacińskiej, albo lata jeszcze po orbicie wokółsłonecznej czy nawet wokółziemskiej i od czasu do czasu spada powodując wybuchy epidemii nieznanych, a wybitnie letalnych i trudnych do wyleczenia chorób.[359] Ale to już jest temat z zupełnie innej ballady...
Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz Jordanów, dn. 2003-05-19
DODATEK C – KOLOROWE ŚNIEGI
W dniu 22 lutego 2004 roku, polskie media przyniosły interesującą wiadomość – otóż nocą 21/22 lutego na znacznej połaci województwa podkarpackiego i części małopolskiego spadł kolorowy śnieg. Zjawisko obejmowało swym zasięgiem obszar od Ustrzyk Dolnych do Rzeszowa i Kolbuszowej, zaś w Małopolsce plamy barwnego śniegu widziano w okolicach Grybowa i Nowego Sącza. A najciekawsze było to, że ani na Słowacji, ani na Ukrainie takiego zjawiska nie odnotowano, a zatem wygląda na to, że opad tego rdzawego pyłu ograniczył się tylko i wyłącznie do wyżej wspomnianego obszaru – patrz mapka. Poza tym media podały, że kolorowe, pomarańczowo-rdzawe plamy na śniegu widoczne były szczególnie w zagłębieniach terenu i śnieg pokryty tym pyłem wydzielał nieprzyjemny zapach. Analizy wstępnie wykazały, że był to zwyczajny piasek, który został najprawdopodobniej przyniesiony przez wiatry z Sahary, gdzie kilka dni wcześniej szalała potężna burza piaskowa. Red. Andrzej Zalewski z Eko Radio PR-1, w poniedziałek 23 lutego oznajmił dodatkowo, że kolorowy śnieg spadł także we Włoszech. Tam także miał spaść pył saharyjski, który zabarwił śniegi na czerwono. Kolorowe śniegi nie są czymś nadzwyczajnym, od czasu do czasu odnotowuje się śniegi o różnych zabarwieniach: czerwonym i rdzawym od piasków i pyłów pustynnych, żółtym od lessu, czarnym od produktów spalania związków węgla i różnokolorowe od barwników nieorganicznych, które są wydzielane trakcie produkcji różnych związków chemicznych. Szare, czarne i czerwonawe plamy na śniegu powodują również opady tefry i popiołów wulkanicznych. Sam wielokrotnie widziałem kolorowe plamy na śniegach Tatr i Karkonoszy czy Beskidów, które powodowały emisje przemysłowe. Ale czy to, co spadło na Małopolskę i Podkarpacie w niedzielę 22 lutego 2004 roku było pyłem saharyjskim? Nie byłbym tego taki pewny. Kolor pyłu – pomarańczowo-rdzawy i jego konsystencja – piasek - sugerowałyby, że mamy istotnie do czynienia z pyłem pochodzenia pustynnego. Jednakże jego nieprzyjemny zapach sugeruje coś innego. Moim zdaniem mógł to być piasek – a właściwie pył kosmiczny – pochodzący z meteorytu lub małej komety... Spadł on tylko w ściśle określonym rejonie i nie był obserwowany w krajach sąsiednich, a zatem zjawisko to miało charakter ściśle lokalny. Kosmiczny „gość” wpadł w atmosferę Ziemi i eksplodował na dużej wysokości. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – Polskie Towarzystwo Meteorytowe dysponuje relacjami o przypadkach zaobserwowania dużych meteorytów i następującym po ich spadku opadzie piasku. Nie mógł on być widzialny, bowiem w tym dniu nad obszarem Polski południowej zalegały gęste chmury, z których padał śnieg i śnieg z deszczem. Pył zawierający najprostsze związki organiczne: metan, amoniak, siarkowodór, itd. – które nadawały mu nieprzyjemny zapach – opadł na śniegi Podkarpacia i Małopolski powodując alarm przeciwchemiczny. (Lekcja Czarnobyla nie poszła jednak na marne.) Nasuwa się tutaj spostrzeżenie, iż jeżeli z takim pyłem mogły spaść na Ziemię najprostsze aminokwasy, to mogły spaść także i obce, pozaziemskie drobnoustroje: wirusy grypy ludzkiej i ptasiej, priony BSE/CJD, wirusy HIV, Ebola czy Lassa, riketsje choroby legionistów, itd. itp. A zatem należy uważać na stan zdrowia mieszkańców Polski południowej, bowiem istnieje możliwość pojawienia się tam jakiegoś czynnika chorobotwórczego. Tyle było wiadomo do dnia 25 lutego 2004 roku. W kilkanaście dni później, już w marcu, przeczytałem na portalu Onet.pl i na stronie internetowej CBUFOiZA o pojawieniu się bolidu EN 200204 „Łaskarzew”, którego zaobserwowano nad Polską w dniu 20 lutego 2004 roku, o godzinie 18:54 GMT, jak leciał z prędkością około 13,4 na początku do 10,0 km/s na końcu trajektorii pomiędzy miejscowościami Kozienice a Garwolinem. Początkowa wysokość wynosiła 71 km, zaś końcowa – 36 km nad Ziemią. Co z tego wynika? Ano wynika to, że teoria meteorytowa zyskuje solidną poszlakę. Kolorowe i śmierdzące plamy na śniegu mogły być plamami piachu z resztek meteorytu EN 200204 „Łaskarzew”, albo innego, który mu towarzyszył, bowiem takie ciała kosmiczne nie latają solo, a astronomowie twierdzą, że meteor ten był szczątkiem pozostałym po jakiejś kosmicznej kolizji w Pasie Asteroidów – i rzecz w tym, że takich szczątków mogło być znacznie więcej. Mieliśmy okazję widzieć pozostałości po gościu z Kosmosu, który spadł w dniach 20-21 lutego 2004 roku na Polskę południową. Uważam zatem, że ta zagadka została rozwiązana, chyba że... Chyba że mieliśmy do czynienia z kolejnym przypadkiem niewyjaśnionym, który sugerowałby to, iż zetknęliśmy się z kolejnym reliktem po atomowych wojnach bogów-astronautów sprzed 120 wieków...
Robert K. Leśniakiewicz Jordanów, dn. 2004-04-07
DODATEK D – STATEK KOSMICZNY OBCYCH NA WOKÓŁZIEMSKIEJ ORBICIE?
18 grudnia 1955 roku, w przestrzeni kosmicznej, w bezpośredniej bliskości Ziemi zaszło pewne dziwne wydarzenie – jaskrawy błysk światła, wybuch. Ale co mogło eksplodować w próżni? A oto próba odpowiedzi zamieszczona w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 51 (318)/2003 a dnia 15 grudnia 2003 roku.
Nieziemskie satelity na orbicie!
W lutym 1960 roku, Departament Obrony USA oświadczył, że na wokółziemskiej orbicie odkryto Nieznany Obiekt Orbitalny – NOO – o masie około 15 ton. Wojskowi zaczęli sobie łamać głowy nad tym, co to takiego i czy przedstawia ono zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W Pentagonie byli absolutnie przekonani, że nie był to radziecki sztuczny satelita Ziemi, a to dlatego, że śledzili oni starty radzieckich rakiet kosmicznych i znali trajektorie radzieckich sputników. Był to okres Zimnej Wojny i trwał pojedynek dwóch Supermocarstw w dziedzinie podboju Kosmosu. Po sześciu latach, w dniu 2 listopada 1966 roku, dowództwo obrony przeciwlotniczej USA i NORAD wydały oświadczenie na temat odkrycia trzech kolejnych NOO nieznanego pochodzenia. Po dalszych 13 latach, w dniu 20 sierpnia 1979 roku, Związek Radziecki podjął pałeczkę w badaniach satelitów Ziemi nieznanego pochodzenia. Tego właśnie dnia, południowo-afrykańska gazeta „Rand Daily Mail” opublikowała wywiad z radzieckim uczonym, astrofizykiem dr Siergiejem Pietrowiczem Bożiczem, w którym przyznał on, że ZSRR od samego początku swego programu wystrzeliwania sputników na orbity wokółziemskie prowadzono dokładną radarową kontrolę przestrzeni kosmicznej wokół Ziemi. Dzięki temu odkryto NOO, które nie należały ani do ZSRR ani do USA. Inne kraje nie mogły wchodzić w rachubę, bowiem po prostu nie miały możliwości technicznych wystrzeliwania satelitów na orbitę wokół naszej planety.
Tajemniczy wybuch w Kosmosie...
Według słów dr Bożicza – radzieccy uczeni obliczyli orbity niektórych z tych NOO. Rezultaty tych obliczeń zaszokowały specjalistów: te obiekty stanowiły części jakiegoś większego ciała, które rozpadło się na orbicie. A to znaczyło, że w dniu 18 grudnia 1955 roku, w bezpośredniej bliskości planety Ziemia, eksplodowało i rozpadło się na fragmenty jakieś ciało kosmiczne o średnicy około 80 metrów. Radziecki astrofizyk wysunął przypuszczenie, że mowa tu o statku kosmicznym, który eksplodował na w czasie zbliżania się do Ziemi lub na wokółziemskiej orbicie.
... i nie widać rozwiązania zagadki!
Niewiarygodne? Oczywiście! Ale amerykańscy specjaliści, którzy także przeanalizowali dane z obserwacji tajemniczych NOO na wokółziemskich orbitach, doszli do identycznego wniosku. Amerykański astronom dr John P. Bagby opublikował w 1969 roku swe obliczenia orbit małych satelitów Ziemi. Według jego poglądów, 18 grudnia 1955 roku, na orbicie wokółziemskiej coś rzeczywiście wybuchło, ale dr Bagby nie miał na myśli statku kosmicznego. I tak jedna z zagadek naszej najbliższej i tak ponoć dobrze zbadanej części przestrzeni kosmicznej pozostała niewyjaśniona do dnia dzisiejszego. Być może doszło tam do zderzenia się dwóch asteroidów? A może to jakiś asteroid rozpadł się pod wpływem sił ziemskiego ciążenia? A może – jak głosi jedna z najfantastyczniejszych hipotez – był to statek kosmiczny z innej planety, który latał po wokółziemskiej orbicie parkingowej i tam eksplodował z nieznanej przyczyny? Albo może przyleciała do nas kosmiczna sonda sterowana przez automaty. W każdym przypadku, udowodniono, że nie był to jakiś tajny satelita, wystrzelony w największej tajemnicy przez któreś z Supermocarstw. Pozostało mieć nadzieję, że kiedyś tam ziemska nauka dobierze się wreszcie do tych odłamków orbitujących w Kosmosie, i ich pochodzenie zostanie ustalone bez żadnych wątpliwości.
Przyznaję, że przekładając ten tekst poczułem się, jak kot, który złapał wyjątkowo smakowitą mysz. Od kiedy przetłumaczyłem książkę Petera Krassy – „Największa zagadka stulecia” (Berlin – Frankfurt nad Menem 1996) i zredagowałem opracowanie pt. „Bolid Syberyjski” (CBUFOiZA, 2002 – na prawach rękopisu), to przez cały czas w materiałach przewijała się ta dziwna sprawa NOO zwanych w Rosji Czarnym Księciem (po rosyjsku: Чёрной Принц) czy na Zachodzie Czarnym Baronem (Black Baron). Obie te nazwy są używane wymiennie na nazwanie obiektu(ów), które obserwowano pod koniec lat 40. i na początku lat 50. w najbliższej nam przestrzeni kosmicznej. Obserwowano je także w Polsce – zainteresowanych odsyłam do mojego referatu na VII UFO Forum we Wrocławiu w dniu 13 kwietnia 2003 roku, który jest dostępny na stronie internetowej Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych: http://ufo.internauci.pl. Ciekawa jest tutaj jeszcze jedna sprawa, a mianowicie: data 20 sierpnia 1979 roku. Fani polskiej ufologii wiedzą, o co chodzi – to data spadku (a raczej przelotu) Wielkiego Bolidu Polskiego – tajemniczego ciała kosmicznego, które wieczorem tego dnia albo przeleciało nad Skandynawią, Polską, Ukrainą i wpadło do Morza Czarnego gdzieś na wysokości Konstancy w Rumunii, albo odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną gdzieś nad Morzem Czarnym i Turcją... Pytałem o to w czasie II Miedzynarodowej Konferencji Ufologicznej w Debreczynie we wrześniu 1996 roku Węgrów – m.in. Gabora Tarcali’ego i znanego także w Polsce pisarza Istvána Nemerego, Rumunów – pisarza prof. dr Calina N. Turcu, red. Petera Leba i innego pisarza Gyorgy’ego Mandicsa; Bułgarów – Kiriła Kaneva i Turków – dr Akdogana Haktana (szefa istambułskiego „Siriusa”, znanego już polskim Czytelnikom z artykułu na temat Wielkiego Bolidu Tureckiego z dnia 1 listopada 2002 roku, opublikowanego na łamach „Nieznanego Świata” w 2003 roku) – odpowiedź była zawsze negatywna. Tak już mówiąc nawiasem, to być może dowiedziałbym się czegoś więcej rozpytując wśród byłych pracowników rumuńskiej Securitate, bułgarskiej Drżavnej Sigurnosti czy radzieckiego KGB i GRU, którzy stacjonowali w tych krajach... A swoją drogą, to zaiste dziwny to zbieg okoliczności: ponad połową Europy przelatuje dziwny bolid – nie-bolid, a na drugim końcu świata południowoafrykańska publikuje wywiad z radzieckim astrofizykiem na temat NOO. Przypadek? Nie ma takich przypadków. Teraz to rozumiem. Po prostu on wiedział, że w każdej chwili może dojść do spadku takiego obiektu w każdym punkcie naszej planety. No i Norwegowie, Szwedzi, Duńczycy, Polacy, Słowacy i Ukraińcy wyciągnęli Czarnego Piotrusia. 20 sierpnia 1979 roku podziwiali przelot Wielkiego Bolidu Polskiego, który mógł być jednym z fragmentów tajemniczego Czarnego Barona czy jak kto woli – Czarnego Księcia... Nie podzielam optymizmu Autorki i uważam, że już nie ma się do czego śpieszyć. To, co latało na tych orbitach albo spadło w atmosferę ziemską i spłonęło, albo oddaliło się poza pole grawitacyjne naszej planety i poleciało w Kosmos. Ale jeżeli jest na orbicie choć jeden odłamek Czarnego Księcia, to sądzę, że warto będzie go poszukać już to w Kosmosie, już to na dnie Morza Czarnego, i zbadać. Tylko co nam przyniesie ta wiedza???... Galina Sidniewa Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz
DODATEK E – CZARNA ZARAZA: PREZENT Z ODLEGŁEJ PRZESZŁOŚCI
W swej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” (Lublin 1979), Aleksander Mora twierdzi, że kilkanaście tysięcy lat temu na Ziemi kwitła wspaniała cywilizacja, która – niestety – zgładziła sama siebie w tytanicznym konflikcie z użyciem wszystkich znanych nam i nieznanych broni masowego rażenia – BMR, albo – jak mi się wydaje – została zniszczona w totalnej wojnie z kosmicznymi kolonizatorami i wskutek regresu cywilizacyjnego – cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Podobne poglądy wyznaje słowacki pisarz i ufolog dr Miloš Jesenský, który udowadnia to w swej pracy pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998). Z jego enuncjacji tamże zawartych wynika, że cywilizacja Atlantydy czy poprzedzająca ja cywilizacja Atlantyki[360] sięgnęła naszych najbliższych planet i skolonizowała je. Co gorsza – wyprowadziła BMR także w Kosmos, co mogło doprowadzić do tego, że nieaktywne i niewykorzystane jednostki tych kosmicznych BMR wciąż jeszcze okrążają Ziemię, Księżyc i inne planety Układu Słonecznego, grożąc zagładą wszystkiemu, co na niej żyje. Opisywałem już efekty spadku głowic bojowych A i C – co można znaleźć w moim opracowaniu pt. „Projekt Tatry” (Kraków 2002), zaś na łamach „Wizji Peryferyjnych” opisałem działanie broni B.[361] teraz też chciałbym skupić się na tym temacie, bowiem ostatnio uzyskałem d o w o d y na to, że broń biologiczna została stworzona przez poprzednie cywilizacje, i że wskutek Wielkiego Konfliktu owa broń wymknęła się spod kontroli człowieka. Aleksander Mora tak pisał na ten temat:
[...] Antyczny tekst hinduski „Samara Sutradhara” wyraźnie mówi o stosowaniu w odległej przeszłości broni biologicznych – B. Specyfik o nazwie Samhara był używany jako środek wywołujący choroby wśród żołnierzy przeciwnika, zaś inny – Moha – powodował odrętwienia i paraliż. W „Fengshen-yen-i” wspomina się działania wojenne z użyciem broni B prowadzone w Chinach; i znowu w tekstach tych znajdujemy opisy zadziwiająco podobne do hinduskich. Przy tej niejako okazji powstaje pytanie: czy nie jest możliwe, że niektóre współczesne, trapiące Ludzkość schorzenia zostały kiedyś w przeszłości wywołane w sposób sztuczny? Istnieje wiele chorób, którym ulegają wyłącznie ludzie, nie trapią one natomiast zwierząt.[362] Czy nie mogły one powstać jako rezultat pradawnej, niszczycielskiej wojny bakteriologicznej, której zasięg wymknął się walczącym stronom spod kontroli? Znany biolog A. Firsow zwraca uwagę na fakt, że wirusy, traktowane obecnie jako reprezentujące etap pośredni pomiędzy światem żyjącym a nieżyjącym, światem organicznym a nieorganicznym, zachowujące się w stanie nieaktywnym jak substancje krystaliczne, zaś w stanie aktywnym reprodukujące się i wykazujące działania celowe, wcale nie musiały powstać u zarania życia na Ziemi. Tym bardziej, że wykazują one wysoki stopień specyficzności w stosunku do żywiciela, co mogłoby wskazywać na ich stosunkowo niedawne pochodzenie.[363] [...] Inną tajemniczą sprawą, ściśle związaną z tragedią atomową w czasach prehistorycznych, są malowidła na ścianach jaskiń i na skałach, rozrzucone na całej kuli ziemskiej. Malowidła te, przedstawiające postacie tzw. Kosmitów zyskały sobie w ostatnich latach rozgłos światowy, a ich szczególna popularność datuje się od momentu publikacji książki Ericha von Dänikena zatytułowanej „Rydwany bogów”. Jednym z najbardziej znanych jest kontur olbrzymiej postaci wyryty w skale. Został on odkryty przez Henri Labote’a na płaskowyżu Tassili na Saharze i nazwanej przez niego Wielkim Bogiem Marsjańskim. Szkic ten zadziwiająco przypomina postać odziana w skafander kosmonauty. Na obszarze płaskowyżu znajduje się więcej podobnych rysunków: jeden z nich przedstawia idącą grupę czterech postaci ubranych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów, których głowy są pokryte baniastymi hełmami. Rysunki tego rodzaju odkryto na różnych kontynentach. Istnieje np. rysunek naskalny na południe od miejscowości Fergana w Uzbekistanie, przedstawiający postać, której głowa jest otoczona pierścieniem z wychodzącymi z niego promieniami. Pierścień ten najprawdopodobniej reprezentuje hełm, jaki noszą nurkowie zaopatrzony w anteny. Niemal identyczne postacie przedstawiają rysunki odkryte w Val Camonica we Włoszech. Sylwetki Kosmitów znaleziono także wyrysowane na płaskich ścianach skał w Australii. Znaczne podobieństwo do postaci na rysunkach wykazują japońskie statuetki Dogu pochodzące z okresu Jomon (Dżomon). Wzbudziły one duże zainteresowanie, ponieważ przedstawiają one ludzi w pewnego rodzaju ubiorach ochronnych i hełmach zaopatrzonych w dziwne okulary. Japoński ekspert Isao Washio tak opisuje strój Dogu: ... rękawice przymocowane są do przedramienia za pomocą wiązania, zaś okulary mogą być zamykane i otwierane. Po bokach postaci umocowane są dźwignie prawdopodobnie przeznaczone do regulacji ich ustawienia, podczas kiedy >>korona<< umieszczona na hełmie spełnia rolę anteny [...]. urządzenia na zewnątrz ubrania nie stanowią elementów zdobniczych, ale są przyrządami pozwalającymi kontrolować ciśnienie w skafandrach w sposób automatyczny... Wszystkie te rysunki i postacie kojarzy się obecnie z Przybyszami z Kosmosu oraz poglądem, że planetę naszą w dalekiej przeszłości odwiedzali goście – astronauci z innych układów gwiezdnych. W gruncie rzeczy przedstawiać one mogą niebiańskich bogów – tym bardziej, że rysunkom Kosmitów towarzyszą często latające dyski, kuliste pojazdy i inne urządzenia latające. Wydaje się, że istnieje inne, nie mniej prawdopodobne wyjaśnienie, oparte na odmiennej interpretacji znajdywanych rysunków. Być może przedstawiają one po prostu ludzi w ubiorach chroniących ich przed skażeniem radioaktywnym. Przecież w większości rysunki Kosmitów odkryte zostały na terenach dzisiejszych pustyń. Wcześniej już jednak sugerowano, że pierwszą przyczyną powstania tych pustyń mogło być zastosowanie na tych obszarach broni nuklearnych, dlatego nawet tysiące lat później regiony te wskazywały wysoki stopień skażenia radioaktywnego. Rysunki mogły być więc wykonane później przez potomków mieszkańców tych okolic, którym udało się przeżyć kataklizm. Widzieli oni przybywających (albo ze schronów podziemnych, albo z obszarów nieskażonych radioaktywnym fall-out’em) ludzi w latających maszynach, którzy zabezpieczeni strojami ochronnymi pojawili się, aby skontrolować tereny, zbadać stopień ich skażenia i ocenić rozmiary zniszczeń. Niewątpliwie niektóre z tych rysunków mogą przedstawiać Przybyszów z Kosmosu. Nie wydaje się jednak słuszne pomijanie możliwości, że ubrania ochronne noszone były przez mieszkańców Ziemi, jako osłona przed skażeniem radioaktywnym. Gdyby bowiem Kosmici musieli być tak dokładnie chronieni przed naszym ziemskim środowiskiem przy pomocy tak dokładnie izolujących skafandrów kosmicznych, oznaczałoby to, że nie mogli Oni oddychać ziemską atmosferą czy też znosić panującej na powierzchni Ziemi temperatury.[364] A taki obraz kosmicznych bogów – jak pisze Richard E. Mooney – stałby w całkowitej sprzeczności z tym, jaki wyrobiliśmy sobie na podstawie mitów i legend. O mitycznych bogach Egiptu, Grecji, Indii a także Majów, Inków i Azteków n i g d y nie pisano, jako o noszących stroje ochronne. Dlatego albo byli oni Ziemianami, albo Przybyszami z Kosmosu, których fizjologia podobna była do ziemskiej w takim stopniu, że nie potrzebowali skafandrów ochronnych. Oczywiście ci, którzy przybywaliby tylko na krótki pobyt na Ziemi, mogliby nosić ubiory chroniące ich przed odmiennym promieniowaniem słonecznym, czy też nieznanymi, a być może groźnymi dla nich ziemskimi mikroorganizmami. Jednakże biorąc pod uwagę argumenty „za” i „przeciw” oraz uwzględniając rozmieszczenie głównych malowideł oraz materialnych dowodów katastrofy nuklearnej, wydaje się, że najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem funkcji owych „kosmicznych” skafandrów jest ochrona przed skażeniem promienistym.
A może chodziłoby tu raczej także o skażenie biologiczne??? Ubiory ochronne przeciw mikrobom są równie szczelne jak skafandry kosmiczne czy głębinowe, a zatem są podobne do nich i równie funkcjonalne. Istoty, które obawiały się ziemskich bakterii nie mogły być Kosmitami, tylko ludźmi. To, że ci ludzie nosili skafandry jest na to dowodem. Ziemska flora bakteryjna może być szczególnie niebezpieczna dla istot, które mają podobny lub taki sam metabolizm i budowę komórek podobna do bakterii, a zatem bakterie nie są w stanie zainfekować obcego organizmu, bowiem po prostu nie mogłyby się one w nim namnażać i w rezultacie szybko by zginęły. Tak czy inaczej, te złośliwe mikroby powstały wskutek manipulacji genetycznych, co mogło wyglądać tak, wedle Al. Mory:
[...] Ziemia była bardzo zniszczona. Główne ośrodki cywilizacji nie istniały. Centra dyspozycyjne, niektóre lądy i wszystkie miasta albo znikły pod falami oceanów, albo zamieniły się w starty popiołu pod działaniem broni laserowej i jądrowej. Reszty dzieła zniszczenia dokonały wybuchy wulkaniczne, wstrząsające skorupą ziemską, której równowagę tak lekkomyślnie naruszono. Pomimo przerażająco smutnego bilansu rozpoczęto organizować nowe bytowanie. Zaczęto gromadzić ocalały jeszcze gdzie niegdzie sprzęt i urządzenia. Ekipy techniczne penetrowały powierzchnię Ziemi, poszukując tych, którym udało się przetrwać kataklizm, a także surowców, środków napędowych, leków i żywności. Podjęto budowę nowych miast, jak Tiahuanaco (?) i osiedli – jak Sacsayhuaman (?). Życie zaczęło wchodzić w bardziej ustabilizowane tryby, pomimo tego, że niezbyt liczne społeczeństwo musiało borykać się z całym szeregiem poważnych problemów. Przede wszystkim nie było ono jednolite. W skład jego wchodzili przecież ludzie, którzy wychowali się na różnych planetach. Niektórzy z nich od początku nie mogli przystosować się do oddychania ziemską atmosferą, zapewne musieli korzystać z urządzeń wspomagających i ochronnych. Dla innych promieniowanie słoneczne na Ziemi było zbyt silne. Dla jeszcze innych – zbyt słabe. Wszystkim tym trudnościom należało zaradzić możliwie szybko, jeżeli to nieliczne społeczeństwo miało uchronić przed całkowitą zagładą i wymarcie samo siebie i zdobycze cywilizacji trwającej tysiące lat. Wśród puszcz tropikalnych, lasów i sawann Ziemi istniały prymitywne plemiona ludzkie znajdujące się na niskim szczeblu rozwoju, których sposób życia nie odbiegał właściwie od zwierzęcego. Zdecydowano się więc na śmiały eksperyment biologiczny, którego celem było dokonanie na kilku wybranych plemionach zabiegu genetycznego, pozwalającego na znaczne przyśpieszenie ich rozwoju. Uzyskane w tym procesie osobniki miały być w przyszłości wykorzystane jako tania, niewykwalifikowana siła robocza, rozumiejąca i wykonująca prawidłowo i w sposób zdyscyplinowany stawiane przez bogów-stwórców zadania. W biblijnej „Księdze Rodzaju” czytamy: A wreszcie rzekł Bóg: >>Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam...<<[365] na marginesie warto zaznaczyć, że wyraz Elohim - bogowie, stanowiący jedno z imion Boga w Starym Testamencie jest formą od liczby mnogiej Eloah – Bóg. Eksperyment powiódł się znakomicie, a jego efekty – jak się zdaje – przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Rozwój intelektualny plemion poddanych na ograniczonym terenie zabiegowi genetycznemu, a następnie starannej opiece i edukacji postępował bardzo szybko. Jednocześnie doprowadził on do powstania nieprzewidzianego produktu ubocznego – rozwiązał mianowicie problem, z którym bogowie się dotychczas borykali, dostarczył bowiem zastępu niezwykle urodziwych kobiet. Nic więc dziwnego, że co młodsi bogowie natychmiast przystąpili do ulepszania wyników eksperymentu, zapominając, że choć z grubsza przynależą do tego samego gatunku, to jednak reprezentują odmienne drogi rozwoju genetycznego, co szczególnie dotyczyło tych, którzy byli potomkami pokoleń długo żyjących na innych, niż Ziemia, planetach. Biblijna „Księga Rodzaju” podaje: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na Ziemi, rodziły się im córki. Synowie Boga widząc, że córki człowieka są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się podobały. [...] A w owych czasach byli na Ziemi giganci. Bo gdy Synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im ich rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach.[366] Narodzone z tych związków mutanty nie zawsze mogły być przedmiotem chluby bogów. Niektóre z nich stanowiące całkowicie zdegenerowane formy musiano zlikwidować.[367] Jednakże większość potomków reprezentowała znacznie zwiększone możliwości intelektualne niektórzy mieli tak wysoki poziom intelektualny, że bez trudu mieszali się ze społecznością młodszych bogów. Udany eksperyment spowodował nowy, gwałtowny rozwój cywilizacji na Ziemi. Bogowie mieli już zastępy siły roboczej. Wybrani spośród rzesz ludzie[368] uzyskiwali kwalifikacje techniczne, a nawet naukowe; wykonywali prace inżynierskie, byli pilotami, żołnierzami, lekarzami, czy wreszcie osiągali status boga. Starzy bogowie wymierali, młodzi coraz bardziej wtapiali się w prężne społeczeństwo inteligentnych Ziemian.
Dr Miloš Jesenský opisał to jeszcze dokładniej w swej pracy, do której odsyłamy Czytelnika na stronę internetową Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych: http://ufo.internauci.pl. Skoro ludzie t a m t e j epoki potrafili manipulując genami wyhodować Homo sapiens sapiens, to wyhodowanie złośliwego szczepu bakterii czy wirusa byłoby dla nich pestką! I było! Zawsze zagadkę stanowiło dla nas to, jak to można by udowodnić. I dowód taki znaleźliśmy w książkach autorstwa Richarda Prestona – „Strefa skażenia” (Warszawa 1996); Petera Radetsky’ego – „Niewidzialni najeźdźcy” (Warszawa 1998), a nade wszystko w pracy Christophera Willsa pt. „Żółta febra, czarna bogini” (Poznań 2001). Otóż jednymi z najbardziej letalnych chorób są bakteryjne infekcje w rodzaju cholery azjatyckiej – Vibrio cholerae, czy dżumy dymienicznej – Yersinia pestis. Epidemie i pandemie tych chorób dziesiątkowały ludność całego świata czy nawet pustoszyły znaczne jego obszary, bowiem dżuma jest także chorobą atakującą zwierzęta i uśmiercającą je – i to przede wszystkim te, które towarzyszą człowiekowi: psy, koty, myszy, szczury, konie, krowy i świnie. Na cholerę nie ma do dziś dnia żadnej szczepionki – można ja leczyć tylko przy pomocy antybiotyków. Uczeni nie odpowiedzieli jak dotąd na podstawowe pytanie – od kiedy cholera zabija ludzi? Bo tylko jedno jest pewne – cholera nie zawsze była dla ludzi szkodliwa... Wiadomo, ze stosunkowo niedawno przebiła ona barierę gatunkową, ale kiedy to było? – tego nie wie nikt. Z dżumą jest trochę inaczej. Jej letalność jest wynikiem nie tego, że dodano jej jakiś gen powodujący „złośliwość”, ale genetycznie pozbawiono jej możliwości ruchu postępowego w środowisku płynnym, utraciła ona także wiele z biochemicznych możliwości zmiany swego żywiciela na innego (innymi słowy „przypisano” ją do określonych zwierzęcych żywicieli), co oznacza również, że nie może przetrwać w glebie; wyeliminowano także jej cykl Krebsa, który decyduje otrzymaniu wielu składników, które powstają w czasie oddychania... Oznacza to, że musi je otrzymać od żywiciela. I dalej – Y. pestis nie potrafi sama wytworzyć białka hialuronidazy, które umożliwiałoby jej przenikanie do komórek żywiciela. A to ma bardzo poważne konsekwencje, bo podwyższa mordercze zdolności tych bakterii. Udowodniono to nader prosto – zniszczono odpowiednie geny odpowiedzialne za produkcję hialuronidazy i cykl Krebsa u pokrewnych bakteriom dżumy bakterii Y. pseudotuberculosis – co spowodowało, że stały się one tak letalne, jak Y. pestis... Zjadliwość Y. pseudotuberculosis podanej doustnie wzrosła o 1.000 razy, zaś wstrzykniętej podskórnie – aż 10.000 razy![369] Badania nad tymi bakteriami przeprowadzano nie tylko na myszach i szczurach laboratoryjnych... Wniosek wyciągnięty przez uczonych był jeden – powstanie dwóch mutacji jednej bakterii naraz jest wysoce nieprawdopodobne, a zatem nie były one dziełem Natury. Bakteria Y. pestis została rozmyślnie uszkodzona genetycznie tak, by podnieść jej złośliwość. A co za tym idzie - wszystkie podane powyżej uwarunkowania genetyczne tworzą z niej idealną broń biologiczną, która została stworzona tylko i wyłącznie do niszczenia wielkich populacji ludzkich, uśmiercenia wszystkiego, co żyje a następnie samolikwidacji z braku żywicieli. Po co? – wiadomo: po to, by stosujący tą BMR agresorzy mogli w krótkim czasie opanować określony teren. A zatem była to z całą pewnością broń ofensywna pierwszego uderzenia! Jest jeszcze jedna sprawa związana z Y. pestis – otóż jej głównym wektorem są pchły. Bakteria ta potrafi tak zmodyfikować organizm tego owada, by pchła zarażała jak najwięcej istot żywych ze swego otoczenia. Zatyka ona dokumentnie jej jelita doprowadzając do szybkiego odwodnienia, co zmusza pchłę do jak najbardziej intensywnego odżywiania się – skakania z żywiciela do żywiciela – i w rezultacie zakażenia wielu z nich, zanim zginie. Szczuty, myszy i koty zakażają z kolei ludzi, którzy są celem biologicznego ataku. Zauważmy, że oba te dopusty Boże mają bardzo krótki okres wylęgania: cholera 2-3 dni, zaś dżuma 2-5 dni. Jak widać, obie te bakterie idealnie nadają się do prowadzenia wojny biologicznej poprzez tzw. dywersję biologiczną – rozsiewania chorób przy użyciu grup dywersyjno-rozpoznawczych, dywersyjnych bombardowań, ostrzału rakietowego, itp. Po zapowietrzeniu danego terenu dochodzi do wybuchu epidemii, a potem – kiedy śmierć zbierze swe żniwo – do wejścia na ten teren wojsk agresora... Uczeni doszli do wniosku, że całość manipulacji powodującej zletalizowanie niezłośliwych szczepów bakterii nie jest taka skomplikowana w wykonaniu, ale nader skuteczna w użyciu. Podobnie rzecz może się mieć z wirusami, które jeszcze bardziej są przystosowane do warunków wojny bakteriologicznej i stanowią niemal idealną broń B. Co do cholery, to ta bakteria na odwrót – posiada dodatkowy gen, który odpowiada za jej umiejętność syntetyzowania toksyny. Christopher Wills twierdzi wprost, że ów fragment DNA od długiego czasu znajduje się w helisie bakterii V. cholerae, przy czym dodaje, że nabyła go ona od innej bakterii. Ale znowu – taka możliwość jest raczej nikła, więc wygląda na to, że ktoś „pomógł” V. cholerae ten transpozon nabyć... Patrząc na ten wredny zestaw genów – pisze on – niemal ma się wrażenie, że ten transpozon został umyślnie zaprojektowany, żeby dać Vibrio właściwości niezbędne do dokonania spustoszenia w ludzkich wnętrznościach. Nie od rzeczy będzie tutaj wspomnieć, że istnieją również choroby zwierzęce, które są wywoływane przez bakterie ze szczepów Vibrio i Pasteurella. Zazwyczaj są one śmiertelne z 99% skutkiem. Kolejnymi wrednymi patogenami są dur plamisty – Rickettsia provazeki i dur brzuszny – Salmonella typhi. Ten drugi jest szczególnie paskudny, bowiem S. typhi potrafi przywierać do ścianek komórek wyściełających jelita ofiary, przenikać do wnętrza organizmu i wreszcie jest w stanie atakować te komórki, które mogłyby je unieszkodliwić, co stanowi likwidację bariery immunologicznej... – jak w przypadku wirusa HIV! I znowu ciekawa rzecz – istnieją dwa rodzaje szczepów S. typhi – afrykańskie i te, które zamieszkują Afrykę i resztę świata. Te ostatnie zaś pojawiły się na Ziemi w okresie od 2.000.000 do 200.000 lat temu! Ten światowy szczep potrafi infekować swe ofiary i przedostawać się do woreczka żółciowego, a stamtąd wydalać się z organizmu nosiciela i doprowadzać do skażeń wielu ludzi. Tego nie potrafią szczepy afrykańskie... A zatem kolejna celowa mutacja??? I znowu badania DNA Salmonelli i pokrewnej bakterii Shigella flexnen (wywołującej czerwonkę) potwierdziły tą tezę. DNA obu bakterii zawierały dodatkowe geny odpowiedzialne za ich mordercze właściwości... Jak dotąd uczeni nie wiedzą, jak doszło do tych mutacji – ale nikt nie zastanowił się nad ich sztucznym pochodzeniem. To nie ewolucja nadała tym drobnoustrojom ich mordercze właściwości, a celowa robota... Nieco mniej groźną jest bakteria Escherichia coli, która odpowiada za niektóre infekcje pokarmowe. Uczeni sądzą, że to ona była „genetycznym materiałem wyjściowym” do „wyprodukowania” tych patogenów, których jest bliską krewną. Co to właściwie jest? – zapyta Czytelnik. Otóż jest to kolejny konkretny d o w ó d na to, że dawno temu ktoś manipulował genami bakterii tak, by były one morderczą bronią przeciwko człowiekowi i zwierzętom, które go otaczają. Letalność tych patogenów jest czymś wbrew strategii przeżycia tych bakterii, bowiem patogenom zależy na tym, by ich żywiciel żył jak najdłużej - w ich własnym interesie. Do pewnego czasu śmierć żywiciela nie leżała w interesie bakterii, które były być może nawet bakteriami symbiotycznymi z człowiekiem i zwierzętami domowymi. Wskutek manipulacji genetycznych tutaj opisanych, bakterie te z symbiontów zamieniły się w patogeny i zaczęły zabijać. I o to chodziło. Twórcy tej BMR zamienili się dawno w pył i proch, ale ich dzieło wciąż zbiera krwawe żniwo nawet teraz – po stu dwudziestu wiekach! Sądzimy, że postęp badań genetycznych mikroflory pozwoli na znalezienie więcej dowodów na to, że manipulacje życiem miały miejsce znacznie wcześniej, niż się to nam wydaje, i że teraz płacimy daninę życia za szaleństwa Białych i Czarnych Magów Atlantydy...
Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz Jordanów,
dn. 2003-09-09 Przypisy [1] Najnowsze szacunki Stockholm International Pace Research Institute (SIPRI) podwyższają liczbę ofiar wojen na Ziemi do 5,2 mld ludzi! - przyp. tłum. [2] Ogółem do stycznia 2002 roku zdetonowano na Ziemi 2062 ładunki jądrowe i termojądrowe. Dane wg SIPRI - przyp. tłum. [3] Mógłby to być także równie dobrze dzień 16 lipca 1945 roku, kiedy to nad Jordana de Muerte wybuchło Trinity pierwsze „urządzenie jądrowe” o mocy ok. 20 kt TNT, dzieło Roberta Oppenheimera i Leslie Grovesa - przyp. tłum. [4] Zob. J. Piojan - „Historia del arte”, Barcelona 1972, t. 6, s. 314. [5] Wg K. Greiner i V. Liška - „Znaly snad starověké národy jaderne zbraně?” w „Almanach Čs AAA”, rocznik I, nr 1,1990, s. 6. [6] Z zastrzeżeniem, że Księżyc jest być może ciałem sztucznym, a nie naturalnym, o czym jeszcze będzie mowa w tej pracy. [7] Hipoteza o „naturalnym reaktorze jądrowym w Oklo” zakładała, że w żyłowym złożu rud uranu (uranofan, torbenit) wskutek trzęsień ziemi powstały głębokie szczeliny, w które następnie wlała się woda deszczowa, zatrzymując neutrony, co stanowiło zapoczątkowanie reakcji łańcuchowej rozpadu jąder atomów uranu 235U i wydzielanie wielkich ilości energii cieplnej. Ciepło to następnie odparowywało wodę i reakcja ustawała. Powtarzający się od kilku tysięcy pór deszczowych cykl aktywności „naturalnego reaktora” mógł spowodować zubożenie rud uranu w 235U o te 0,003%. Jak dotąd, to nikt nie zweryfikował tej hipotezy i opiera się ona głównie o chciejstwo uczonych. Trudno uwierzyć w to, że do dziś dnia nie doszło tam samorzutnie do wybuchu jądrowego i skażenia wód powierzchniowych i gruntowych produktami rozpadu jąder uranu... Czegoś takiego nie znaleziono na Ziemi, choć znamy kilka miejsc, w których taki proces byłby możliwy - przyp. tłum. [8] Soddy miał najprawdopodobniej na myśli zaginione cywilizacje Atlantydy, Mu, Lanki i być może także Agarti - przyp. tłum. [9] Wszystkie cytaty biblijne wg „Biblia Tysiąclecia” Poznań 1980 - przyp. tłum. [10] Zob. M. Agrest - „Kosmonawty driewnosti” w „Na susze i na morie”, Moskwa 1959; L. Souček - „Tušeni stinu”, Praga 1974. Zob. także w kontekście atomowych eksplozji w Starożytności: M. Hessemann - „”Weltweiter Atomkrieg vor 4.000 Jahren” w „Das Neue Zeitalter“ nr 3,1982 oraz „Krieg im Garten Eden“ w „Magazin 2000“ nr 84/85,1991; A. Lissoni - „Bombe atomiche nel 2000 a.C.?” w „Misteri e verita” nr 22,1996. [11] Oświadczenie M. Agresta dla W. J. Langbeina w książce „Syndrom Sfinksa”, Praga 1996, s. 88. [12] Ibidem s. 89 [13] L. Souček - „Tušenie tieňa“, ss. 84-85. [14] Ibidem, s. 84. [15] Ostatnia teoria naukowa wyjaśniająca zniszczenie Sodomy i Gomory zakłada, że doszło tam do samozapłonu metanu i innych lekkich węglowodorów, które wydobywały się z otwartego złoża ropy naftowej w dolinie Jordanu. Jednakowoż „Biblia” nic nie mówi o szalejącym wiele dni pożarze złoża ropy i gazu, który musiałby wystąpić w takim przypadku. Poza tym dziwnym wydaje się być fakt, że do takiego samozapłonu nie doszło wcześniej, przecież ludzie mieszkali tam od dawna?... Uczeni wyjaśniają ten paradoks tym, że samozapłon nastąpił wskutek uderzenia wielkiego meteorytu (deszcz ognia i siarki), ale w takim razie powinien po nim pozostać jakiś krater poimpaktowy, którego tam nie ma... - uwaga tłum. [16] J. von Buttlar - „Adams Planet. Das Paradies lag auf Phaeton“, Monachium - Berlin 1991, s. 84. [17] Oczywiście chodzi o ilość tych izotopów mierzoną w ppm i ppb. Wszystkie wymienione tutaj izotopy powstają tylko i wyłącznie na drodze sztucznych przemian jąder atomowych w reaktorach jądrowych i nie występują w Naturze! - przyp. tłum. [18] A. Mora w kultowej w Polsce pracy pt. „Atomowe wojny bogów” tłumaczy to jako „Opowieść o wielkich bitwach Bharatów” - przyp. tłum. [19] Słowa te przestały być aktualne w 1998 roku, kiedy to w wojnie o Kaszmir obie walczące strony: hinduska i pakistańska, użyły - wprawdzie demonstracyjnie, ale zawsze - 10 głowic jądrowych do podziemnych wybuchów na pustyni Thar w Radżastanie... - przyp. tłum. [20] B. L. Smirnow i W. I. Rubcow - „Astrawidia - mif ili riealnost’?” w „Tajny wiekow”, Moskwa 1978, s. 29. [21] L. Souček - ibidem, s. 78. [22] Polski ufolog Robert K. Leśniakiewicz wysunął w 1997 roku hipotezę na temat atomowej wojny bogów, która zakłada, że były to istoty, które przybyły do nas dzisiejszym Księżycem z układu planetarnego Proximy Centaura. Przybysze ci opanowali najpierw cały Układ Słoneczny, a potem doszło pomiedzy nimi do straszliwej wojny lub całej serii konfliktów, dzięki czemu zniszczona została Atlantyda, zaś ludzie stali się istotami rozumnymi. Niedobitki tych Istot schroniły się w planetarnym podziemiu naszej planety - w Szamballi-Agarti, skąd teraz przylatują na Ziemię statki latające znane jako UFO. Pamięć o tych wydarzeniach przetrwała w legendach i podaniach wielu ludów Ziemi... [23] V. R. Diksitar - „War In Ancient India“, Madras- Londyn 1944. [24] Bronie te można nazwać broniami ekologicznymi. Stwierdzenie, że bronie te nie mają odpowiedników we współczesnych arsenałach jest nieprawdziwe, bowiem już w latach 30. hitlerowcy pracowali nad niektórymi z nich - zob. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz - „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy”, (Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001); zaś współcześnie (w roku 2002), Amerykanie i Rosjanie pracują nad broniami ekologicznego oddziaływania - są to systemy nadawczych anten mikrofalowych znane pod kryptonimami HAARP i ELIPTON, które są w stanie oddziaływać na atmosferę Ziemi przez co kształtują pogodę na znacznych obszarach naszej planety. Jednym z efektów jej działania jest najprawdopodobniej tzw. dziura ozonowa. [25] Autorowi chodziło najprawdopodobniej o syntezę lekkich jąder atomowych w cięższe, tzw. cykl wodorowo - helowy, helowo - węglowy, itd. aż do otrzymania żelaza. [26] Dziś jest to tzw. Non Lethal Weapon - NLW - nie uśmiercająca broń psychotroniczna, nad którą pracowało się już w czasach Zimnej Wojny. [27] Przykładem na powyższe może być casus hitlerowskiej tajnej broni V-7, która dokładnie przypomina opisy zawarte w sanskryckich tekstach. Polscy badacze zagadnienia: Igor Witkowski, Robert K. Leśniakiewicz i Jarosław „Fox Mulder” Krzyżanowski upatrują genezę tej broni właśnie w Starożytności - i być może ta technologia spadła Niemcom dosłownie z nieba w lecie 1938 roku w postaci NOL-a, którego przechwyciło SS w okolicach Jeleniej Góry - w miejscowości Czernica bądź Kopaniec. Ów NOL zosta przetransportowany następnie do Jeleniej Góry, a potem do kompleksu „Der Riese” w Górach Sowich, gdzie poddano go analizom, w rezultacie których to badań powstały w 1944 roku dyskoplany Vril i Haunebu na terenie III Rzeszy. Trop czernicki czy kopaniecki jest badany przez dolnośląskich ufologów, ale rwie się on, a i Niemcom nie zależy na tym, by sprawa ta znalazła się na szerszym forum. Poszukiwania trwają - przyp. tłum. [28] Zob. W. Rubcow - „Astravidia - mif ili riealnost’”, Moskwa 1978, s. 33. [29] Zob. I. Wiesner - „Predpekli ráje I-III”, Ústi nad Labem 1995, ss. 93-94. [30] Zob. L. Souček - „Tušeni stinu”, Praga 1974, ss. 79-80. [31] W. Langbein - ibidem, s. 128. [32] D. W. Davenport - „2000 a.C. Distrizione Atomica”, Mediolan 1979. [33] Gleba po ataku atomowym na Hiroszimę i Nagasaki wypromieniowywała tam około 1,4 Sv/h w punkcie zero. Po katastrofie w Czarnobylskiej EJ, najbliższe otoczenie reaktora nr 4 wypromieniowywało aż 14,5 Sv/h - przyp. tłum. [34] Zob. M. Dimitriew - „Cziornyje mołni nad Mohendżo-Daro” w „Fienomen” nr 1.1989. [35] Z. Sitchin - „The Wars of Gods and Men”, Nowy Jork 1985. [36] V. Zamarovský - „Na počiatku bol Sumer”, Bratysława 1984, s. 322. [37] L. Matouš - „Nářek nad zkázou mĕsta Uru”, Praga 1956. [38] Z. Kukal i J. Malina - „Soumrak kouzelniků”, Praga 1987. [39] Być może taki efekt uzyskano w piecach, bo na wolnym powietrzu temperatura płonącego drewna nigdy nie osiąga 1.700oC niezbędnych do stopienia kwarcu... Nawiasem mówiąc po co atakujący mieliby rozpalać ognie pod murami obronnymi miasta? Przecież i tak by ich nie roztopili, a zatem z tego punktu widzenia poglądy wyżej wymienionych krytyków są czystym nonsensem i jedynie brzmią efektownie, bowiem wartość naukowa tych teorii jest równa zeru - uwaga tłum. [40] Zob. V. G. Childe i W. Thorneycroft - „The Experimental Production of the Phenomena of Vitrified Forts” w „Proceedings of the Society of Antiquaries of Scotland”, nr 72,1938, ss. 44-45. [41] Eksperyment ten nie spełniał warunków wyjściowych i brzegowych, dlatego jego wynik jest - delikatnie mówiąc - problematyczny. Nie uwzględniono w nim tak arcyważnej dla sprawy rzeczy, jak tego, że taki mur nieprzyjaciel mógł podpalić tylko z j e d n e j - zewnętrznej - strony i musiałoby się to odbyć kosztem straszliwych strat własnych, o czym „krytycy” się nawet nie zająknęli! - uwaga tłum. [42] V. Šolc - „Tivanaku, klenot And”, Praga 1986. [43] W. Kuzmiszczew - „Zołotoje gosudarstwo Inkow”, Moskwa 1984. [44] M. Jesenský - „Atomový utok na Sacsayhuaman?” w „Véda a technika mládeži” nr 12,1898, s. 53. [45] Osobiście jestem zdania, że wcale nie musiało to być użycie broni jądrowej, ale np. start rakiety z napędem jądrowym, której fotonowy odrzut zeszklił piaski Sahary na wielkim obszarze. Gdyby doszło do tak potężnego wybuchu, jaki postuluje inż. Wiesner, to energia tej eksplozji mogłaby doprowadzić do powstania nowego rowu tektonicznego w Afryce... - uwaga tłum. [46] I. Wiesner - ibidem, s. 95 [47] E. von Däniken - „Auf den Spuren der Allmächtigen“, Monachium 1993, s. 130. [48] Wiele rzeczy wskazuje na to, że piramidy egipskie mogły być nie tyle schronami przeciw atomowymi, ile bunkrami startowymi na antycznych kosmodromach... Ich kształt i okładziny mogły chronić ludzi przed emisją fotonów z silników fotonowych statków kosmicznych, które startowały z odległego o 800 km kosmodromu na Saharze. NB, polski pisarz Jerzy Edigey w jednej ze swych powieści sensacyjno-historycznych postawił hipotezę, że egipscy kapłani używali do mumifikacji i ochrony grobów faraonów oraz jego otoczenia rud uranowych, które sprowadzali z... naturalnego reaktora jądrowego w Oklo w Gabonie! - uwaga tłum. [49] To stwierdzenie jest dowodem na to, że starożytni autorzy przekazów doskonale wiedzieli, że na początku i końcu Wszechświat zapada się w gigantyczny kolaps fotonowo-neutronowy. A właśnie w czasie wybuchów atomowych wydziela się najwięcej fotonów i neutronów, które są środkiem rażenia siły żywej nieprzyjaciela - uwaga tłum. [50] Dziś już wiadomo, że zgony te były powodowane przez zainfekowanie ludzkiego organizmu sporami grzyba Aspergillus niger, który w sprzyjających warunkach pokrywał ściany komór grobowych faraonów i urzędników egipskich. NB, spory grzyba pokrewnego gatunku A. aureus znaleziono w grobach królewskich na Wawelu - zob. Zb. Święch - „Groby, mikroby, uczeni”, Kraków 1993 - przyp. tłum. [51] Zob. A. Mostowicz - „My z Kosmosu”, Warszawa 1978. [52] G. J. Cezar - „Belli Gallico”, 7,22. [53] Zob. M. S. Roumilhac - „La sidérurgie celtique en Languedoc fouilles du Roc de La Balme”, Paryż 1969. [54] Zob. K. Schwarz, H. Tillmann i W. Treibs - „Zur spätlantenezeitlichen Frankenalb die Kelheim“ w „JBD“ nr 6/7,1965/1966, ss. 36-66. [55] Godzi się tutaj wspomnieć także o polskich kopalniach krzemienia pasiastego, rud żelaza i rud uranu - sic!!! - pochodzące z lat 4.200-1.700 p. Chr., a zatem z Neolitu, w rejonach miejscowości Rudki, Stara i Nowa Słupia oraz Krzemionek Opatowskich w Górach Świętokrzyskich - przyp. tłum. [56] Alchemicy przyporządkowywali metale określonym planetom, i tak : złoto należało do Słońca, srebro do Księżyca, rtęć do Merkurego, miedź do Wenus, żelazo do Marsa, antymon do Jowisza i ołów do Saturna. [57] Promieniotwórczą jest każda ruda zawierająca uran, tor i inne pierwiastki ziem rzadkich (Rare Earths Elements = REE) zaś najczęściej spotykanymi i eksploatowanymi rudami są: Uraninit (Smoleniec, smółka uranowa) - mieszanina UO2, UO3, U3O8 wraz z innymi REExOx; Zippeit - U2SO10 · 3-6H2O; Torbenit - Cu(UO2PO4)2 · 8-12H2O; Autunit - Ca(UO2PO4)2 · 8-12H2O; Uranociryt - Ba(UO2PO4)2 · H2O; Schöckingeryt - NaCa3(UO2F,SO4[CO3]3) · 10H2O; Karnotyt - (K,Na,Ca,Pb)2(UO2)V2O8 · 3H2O; Soddyit - (UO2)15(OH)20Si6O17 · 8H2O; Curit - 3PbO · 8UO2 · 4H2O; Kuproskłodowskit - CuH2(UO2SiO4) · 5H2O; Chalkolit - (Cu,Ca)(UO2PO4) · 8H2O; Betafit - (Ca,U,Th)(REE,Ti)3O9 · nH2O; Toryt - Gd,Th(SiO4); Pirychlor - (Ca,Na,Ti,REE)2Nb2O6(F,OH,O); Euksenit - (Pb,Ca,REE)(REE,Ti)2(O,OH)6; Monacyt - (REE)PO4; Allanit - (REE,Na,Ca)(REE,Al,Be,Mg,Mn3)(OH[SiO4]3); Bastnezyt - (REE)CO3 · F; Ceryt - Ce2Si2O7 · H2O; Agardyt - (REE,Ca,H)Cu6OH6AsO4 · 3H2O oraz Xenotym (Ksenotym) - (U,Th,REE)PO4. Wszystkie te rudy są radioaktywne i można ich obecność wykryć przy pomocy licznika G-M. Większość z nich fluoryzuje pod wpływem promieniowania UV, co stanowi drugą ważną cechę rozpoznawczą tych minerałów - uwaga tłum. [58] Zob. M. Jesenský - „Ruda uranu w celtyckim grobie?” w „Nieznany Świat” nr 4,1997, ss. 8-11 - przekład R. K. Leśniakiewicz. [59] Słowacki i czeski odpowiednik naszego PEWEX’u - przyp. tłum. [60] Koszyce są zbudowane na średniowiecznych katakumbach stanowiących drugie, tyle że podziemne miasto. Katakumby owe zajmują powierzchnię równą powierzchni historycznej dzielnicy Koszyc. Odkryto w nich w latach 30. tzw. „Złoty Skarb Koszyc” - wspaniałą kolekcję złotych monet z XVI i XVII wieku - przyp. tłum. [61] Słowacki odpowiednik Straży Miejskiej w polskich miastach - przyp. tłum. [62] Biorąc pod uwagę fakt, że Słowacja była do roku 2000 jedynym krajem, który podpisał z WNP umowę o współpracy wojskowej, najsłuszniejszym byłoby domniemanie, że zabranie tego artefaktu zostało zaaranżowane przez rosyjskie służby specjalne, co wyjaśniałoby wiele niejasności związanych z tym incydentem. Takich spraw było o wiele więcej, m.in. także i w Polsce - uwaga tłum. [63] Ryba jest starochrześcijańskim symbolem chrztu świętego, używanym już od panowania cezara Tertulliana (160-230). Jezus - wedle podania biblijnego - wybrał swych uczniów spośród rybaków i dlatego pierwsi chrześcijanie używali tego znaku jako piktogramu wyrażającego imię Jezusa Chrystusa - z greki ryba - ICHTYS - wykłada się jako: Iesus CHristos Theon Üos Soter = Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel - co pokazał m.in. Henryk Sienkiewicz w powieści „Quo Vadis” - przyp. tłum. [64] Robert K. Leśniakiewicz sądzi, że skrzynka ta mogła być pokryta napisami w języku enocheńskim lub w języku z tzw. „Manuskryptu Voynicha”, które do dziś dnia stanowią zagadkę dla kryptologów - przyp. tłum. [65] Štatná Bespečnost’ - komunistyczna policja polityczna będąca czechosłowackim odpowiednikiem sowieckiego KGB. [66] Robert K. Leśniakiewicz spotkał się w listopadzie 2000 roku z dziennikarzami z „KV” i „Korzo”, którzy zapewniali go, że informacja na temat tajemniczej skrzynki była kaczką dziennikarską sprokurowaną w celu zwiększenia nakładu tych dzienników. W porządku - w takim razie dlaczego - zapytuje on - władze miasta zamurowały wejście do jednej z piwnic pod ulicą Hlavną? - co osobiście stwierdził, kiedy we wrześniu 1996 roku zwiedzał podziemia Koszyc wraz z autorem tej książki... - uwaga tłum. [67] Jak tego dowiedli badacze francuscy i brytyjscy, Arka Przymierza znajduje się dzisiaj w jednej z koptyjskich świątyń w etiopskim Aksum (Axum), dokąd wywieźli ją w XI wieku Templariusze! - przyp. tłum. [68] Robert K. Leśniakiewicz - list do autora z dnia 2 czerwca 1998 roku. [69] Polski astronom Roman Rzepka z Giżycka twierdzi, że meteoryt ten znaleziono i okazało się w trakcie badań, że nie pochodzi on z Układu Słonecznego, co jest herezją z punktu widzenia klasycznej astronomii, dlatego odkrycie to utajniono, jak wiele innych... - przyp. tłum. [70] Dlatego też dyktator Iraku Husajn Saddam w 1991 roku postawił na projekt pod kryptonimem Mały Babilon i Wielki Babilon, które de facto były powtórką hitlerowskiego programu V-3 Tausendfüßler. Były to ogromne działa o kalibrze 500 i 1.000 mm i o zasięgach 800-1.200 km. Pociski wystrzelone pod odpowiednim kątem mogły strącić satelitę lecącego na LEO i razić cele na terenie całego Izraela, który był celem numer jeden w tej wojnie - przyp. tłum. [71] W czasie Wojny w Zatoce Amerykanie stracili ponoć 5 satelitów, z czego 4 były satelitami szpiegowskimi a 1 telekomunikacyjny - przyp. tłum. [72] Zob. R. K. Leśniakiewicz - „Czarna Zaraza spada z nieba?...” w „Wizje Peryferyjne” nr 4,1996, ss. 15-19. [73] Radość ta jest spowodowana głównie faktem, że na pokładzie satelity znajdował się generator energii elektrycznej napędzany wysoce toksycznym i radioaktywnym izotopem 239Pu+IV - przyp. tłum. [74] Extreme UltraViolet Explorer. [75] Ten spektakularny spadek obserwował m.in. polski żeglarz-samotnik Andrzej Urbański na Oceanie Indyjskim w czasie swego rejsu dookoła świata - przyp. tłum. [76] Zob. Al. Mora - „Atomowa wojna bogów” w „Kamena”, Lublin 1979. [77] Podobne zjawisko Robert Leśniakiewicz zaobserwował wieczorem, dnia 4 lutego 1998 roku, o godzinie 18:04 GMT, kiedy to na tle konstelacji Smoka zauważył silny biało-niebieski błysk o jasności co najmniej -2m,00 - a zatem jaśniejszy od doskonale widocznego Syriusza. Obserwacja ta miała miejsce w Jordanowie. Być może był to wybuch pozaatmosferyczny, a nie jonosferyczny, jak sugeruje to Autor - co objawiłoby się przede wszystkim zaobserwowaniem efektu PM, odczuwalnego na znacznym obszarze Ziemi - przyp. tłum. [78] Zob. R. K. Leśniakiewicz - ibidem, s. 16. [79] Znany krakowski ezoteryk i publicysta Michał Kaszowski dzięki swym kontaktom na Ukrainie podał frapującą wiadomość, a mianowicie - w 1986 roku stwierdzono obecność izotopów 241Am, 242Am, 241Pu i 247Cm w glebie p r z e d katastrofą w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, w dniu 26 kwietnia 1986 roku. Ich T1/2 zawiera się w granicach 50 lat, a zatem mogły one pochodzić z tego pozaziemskiego źródła - przyp. tłum. [80] Klimat ten oddaje doskonale praca ks. S. Kracika - „Pokonać czarną śmierć”, Kraków 1992 - przyp. tłum. [81] Zob. M. Jesenský - „Černa smrt’ - nove pohl’ady na morove epidémie v stredoveku” - referat na spotkanie Klubu Historii Medycyny w dniu 23 kwietnia 1997 roku, Archiwum KDM a KDVL przy Východnoslovenskim Múzeum. [82] W roku 1998 media podały frapującą wiadomość na temat jasnej komety Hayakutake, która przeszła przez Układ Słonecznyw latach 1995/96, a mianowicie - analiza spektralna gazów głowy i warkocza wykazywała zupełnie inny stosunek gazów HCN do R-CN i ponad 1.000-krotnie większą ilość węglowodorów, co pozwala na wysunięcie przypuszczenia, że kometa ta pochodzi s p o z a Układu Słonecznego! - uwaga tłum. [83] Słowa te Autor napisał zanim wybuchła w Europie panika związana z epidemią/epizootią BSE/nCJD - powodowanej przez priony gąbczastego zwyrodnienia mózgu - przyp. tłum. [84] Takim stricte „bojowym” i „inteligentnym” wirusem może być wirus gorączki krwotocznej Ebola, który w ciągu kilku dni atakuje, infekuje i uśmierca organizmy ludzkie i zwierzęce, a jego letalność wynosi ponad 90%, natomiast zaraźliwość mieści się na IV poziomie. Aktualnie znamy 6 szczepów tego wirusa: Marburg, Zair, Sudan, Mindanao, Reston i Kenia - przyp. tłum. [85] Pewne światło na ten problem rzuca Andrzej Trepka i Krzysztof Boruń, którzy w powieści „Kosmiczni bracia” (Warszawa 1956, 1987) ukazują inwazję na Ziemię istot krzemowych - Silihomidów, które posługują się inteligentną bronią mikrobiologiczną w walce z Ziemianami - przyp. tłum. [86] Richard Preston w swej książce pt. „Strefa skażenia” twierdzi, że największą wylęgarnią wirusów są głębiny tropikalnych lasów deszczowych Afryki, Azji i Ameryki Południowej, co jednak nie wyjaśnia ich nieprawdopodobnej witalności, zaraźliwości i letalności - przyp. tłum. [87] W roku 2001 mikrobiolodzy podnieśli alarm w związku ze zniszczeniem w górnych warstwach atmosfery Ziemi stacji kosmicznej Mir, na której rozwinęły się grzyby zmutowane pod wpływem braku grawitacji i promieniowania kosmicznego, a które mogłyby się okazać szkodliwe dla istot żywych na naszej planecie - przyp. tłum. [88] Podobne przypadki odnotowywano także i w Polsce, gdzie np. w Cieszynie w 1625 roku Czarny Mór poprzedziła mgła - przyp. tłum. [89] Kronikarz Adam z Veleslavina. [90] Henning, 1904. [91] A. Strand, 1790. [92] R. K. Leśniakiewicz - ibidem s. 19. [93] United Kingdom Coast Guard - Straż Przybrzeżna Zjednoczonego Królestwa. [94] I faktycznie, Anthony Dodd przerwał z nieznanych powodów korespondencję z Robertem Leśniakiewiczem na początku 1998 roku i już się nie odezwał - przyp. tłum. [95] List A. Dodda do R. K. Leśniakiewicza z dnia 4 lutego 1997 roku. [96] Najlepszym przykładem ilustrującym powyższe jest wydarzenie z 1985 roku, kiedy to Amerykanie bez żenady pokazali w telewizji nieudany start rakiety z głowicą jądrową najnowszej generacji, która po starcie spod wody eksplodowała w powietrzu. Na Zachodzie nikt się tym nie przejął, poza ugrupowaniami lewicowymi i prosowieckimi. U nas propaganda podniosła histeryczny wrzask... - uwaga tłum. [97] Referat ten został włączony jako appendyks do opracowania Roberta Leśniakiewicza pt. „Projekt Tatry”, Kraków 2002. [98] Zob. opracowanie „Bolid Syberyjski” pod redakcją R. K. Leśniakiewicza, Jordanów 2001, (skrypt) przyp.tłum. [99] Zob. „Acta Cosmonautica” nr 3(615),1976. [100] Raczej średniej mocy, jako że najsilniejszy zdetonowany przez ludzi ładunek termojądrowy (tzw. Superbomba) na poligonie Cziornaja Guba (Nowa Ziemia) miał moc 58...68 Mt TNT - przyp. tłum. [101] Zob. J. Baxter i T. Atkins - „The Fire Came By”, Londyn 1976. [102] Zob. I. Ridpath - “The Great Siberian Fireball: The Unexplained”, Londyn 1983, ss. 1030-1033 i 1058-1060. [103] Kolejnym zsyntetyzowanym z wykorzystaniem energii jądrowej minerałem jest Czarnobylit, który stanowi mieszaninę paliwa jądrowego, piasku, żwiru oraz związków kadmu i berylu - przyp. tłum. [104] Cygarokształtny Nieznany Obiekt Latający - przyp. tłum. [105] A. Grobicki - „Nie tylko Trójkąt Bermudzki”, Gdańsk 1980. [106] Platon - „Timajos”, Warszawa 1960. [107] Zob. Rdz. 19,16 i dalsze. [108] Zob. Brinsley le Poer-Trench - “Men Among Mankind”, Londyn - Nowy Jork 1978. [109] Według ppłk dr Kolomana von Keviczky’ego - byłego oficera sztabowego Armii Węgierskiej i USAF - system SDI miał służyć także do odparcia ewentualnego ataku Obcych oraz obrony przed wielkimi asteroidami w ramach PROJECT ICARUS i PROJECT ORION - przyp. tłum. [110] Według Roberta K. Leśniakiewicza hipoteza ta dowolnie tłumaczy także to, skąd Celtowie brali materiał na radioartefakty. Mogli oni używać do tego celu spadłe niewybuchy głowic jądrowych i termojądrowych Atlantydów. [111] Multiple Independently targetet Re-entry Vehicles, Multiple Re-entry Vehicles - wielogłowicowy pocisk rakietowy z indywidualnie naprowadzanymi głowicami bojowymi, wielogłowicowy pocisk rakietowy - przyp. tłum. [112] Zgodnie z danymi przekazanymi przez prof. E. Jordaniszwiliego, tunguska eksplozja spowodowała aż trzy wywały drzew: Sziszkowskij Wywał, Kulikowskij Wywał i Woronowa Wywał z Woronowa Woronką (woronka po rosyjsku znaczy tyle, co lej, mały krater), co pozawala na wysunięcie hipotezy o Tunguskim MIRV sprzed 12.000 lat. Jest to kolejna hipoteza na temat natury Meteorytu Tunguskiego, opracowana przez R. K. Leśniakiewicza w 1996 roku - uwaga tłum. [113] Zob. także: J. Kolbuszewski - „Skarby króla Gregoriusa”, Katowice 1972 i G. Hain - „Zipserische Chronik, Herausgegeben in Lettschau”, 1910-1913. Ciekawym jest to, że oryginał tej kroniki został w czasie wojny wywieziony do Pragi Czeskiej i tam spalił się w czasie amerykańskiego nalotu. Istnieje do dziś jej fotokopia w j. niemieckim i węgierskim. Kronika ta służyła niemieckim uczonym jako źródło informacji o słowackich jaskiniach i innych osobliwościach Słowacji. Kto wie, czy nie poszukiwali oni we wskazanym rejonie resztek tej głowicy w czasie wojny w ramach projektu badawczego Vril. [114] Zob. L. Znicz-Sawicki - „Goście z Kosmosu: Katastrofa tunguska”, Gdańsk 1982 oraz I. Wiesner - „Předpekli ráje”, Ústi nad Labem 1996. [115] Jak doniósł niedawno A. W. Archipow, w dniu 15 maja 1994 roku, o godzinie 17:45 GMT w okolicy Charkowa (Ukraina) spadł meteoryt żelazny, którego skład był wielce nietypowym i wskazuje na to, że mógłby to być karkas jakiegoś satelity bojowego Atlantydów (zob. „Czas UFO” nr 2,1997; s. 29). Także pod koniec 1982 roku - jakl donosi A. A. Anfałow - w okolicach przylądka Fiolent (Krym), spadł do wody niezwykły „samolot” przypominający nieco miniaturę Tu-144 lub Concorde. Ów NOL był potem usilnie posdzukiwany przez okręty Floty Czarnomorskiej ZSRR, ale bezskutecznie. Istnieje domniemanie, że był to doświadczalny samolot radziecki stanowiący odpowiedznik amerykańskiegi F-111-A, ale jak dotąd nic nie potwierdza tego przypuszczenia. (Zob. także B. Rzepecki - „UFO nad Krymem” w „Czas UFO” nr 3,1997; s. 22.) - przyp tłum. [116] Informacja podana przez SIPRI za rok 1994 dla telewizji BBC. W Polsce podano ją w TVP-1 w dniu 10 stycznia 1998 roku. [117] Jest to prawdą, ale nie do końca, jako że Meteoryt Tunguski wykonywa w czasie swego lotu skrętu o 10-30o, podobnie jak Wielki Bolid Polski z dnia 20 sierpnia 1979 roku. Obydwa te „bolidy” mogły być jakimś rodzajem pocisków manewrujących, „inteligentnych” broni, jak pociski Cruise albo Tomahawk - przyp. tłum. [118] Czyżby to były urządzenia „bell-jar”? - przyp. tłum. [119] Dzisiaj Žďár nad Sázavou w Republice Czeskiej. [120] W. Hess - „Himmels und Naturerscheinungen in Einglattdrucken des 15. bis 18. Jahrhunderts“, Lipsk 1911. [121] J. Fiebag - „Die Anderen”, Herbig 1993. [122] J. Fiebag - ibidem, s. 83. [123] Jest to alotropowa odmiana fosforu, która zapala się przy dostępie tlenu atmosferycznego już w temperaturze pokojowej, czyli +20oC - przyp. tłum. [124] Zob. także J. Svoboda - „Peklo v nebe?” w „Magazin 2000” nr 8,1996; s. 30. [125] Zob. J. Svoboda - „Pozorováni obřich kouli” w „Magazin 2000” nr 12,1996; s. 30. [126] Zob. J. Svoboda - „Připad zrůd a podivných jaštĕrek” w „Magazin 2000” nr 6,1996; s. 30. [127] Wg. B. Paprocký z Hoholi - „Zrcadlo Čech a Moravy, dil II Diadochos id est succesio, čiastka tretia”, Praga 1941. [128] J. Beckovský - „Poselknĕ starých přiběhův českých” Praga 1880. [129] P. Missowitz - „Chronica civitatis Launensis in Boemia autore Missowicz servoconsulari”, manuskrypt z archiwum miejskiego w Lounech. [130] W. Březán - „Wácslawa Březány Život Wiláma z Rosenberka” Praga 1847. [131] J. Bartoška - „Kronika”, Uherský Brod. [132] V. Knĕžovský - „Pamĕti slanské”, Slané, VI,1898. [133] M. Dačický - „Pamĕti Mikuláše Dačického z Heslova”, Praga 1880. [134] P. Skala ze Zhorě - „Historie Česká od r. 1620 do r. 1623”, Praga 1865. [135] Wg „M. Jiřicho Kezelia Bydžovského Kronika Mladoboleslavská”, Mladá Boleslav, 1935. [136] B. Prokop - „Pamĕti volynské”, t. XIII, 1885-1886. [137] A. Nachleba - „Úryvky z rakovnických letopisů”, 1936. [138] „Protokol na všelijaké památky, kteréž se při mĕstĕ Bystřici staly od leta MDCXVIII za primátora Ignaciusa Zourka” - rękopis. [139] J. Renner - „Nejstarši kronika královskěho města Rakovnika 1425-1800”, Rakovnik. [140] A. Chotvský - „Památky Žamberské”, Wiedeń 1889. [141] Pamiętniki J. V. P. ówczesnego wikarego i proboszcza w Libeznicy - rękopis. [142] Tu i dalej: Walter M. Miller, jr. - „Kantyk dla Leibowitza“, w tłum. Adama Szymanowskiego, Poznań 1998, ss. 200-203. [143] J. Bergier i L. Pauwels - „Le matin dec Magiciens“, Paryż 1960. [144] W. M. Miller jr. - op. cit. ss. 72-73. [145] Po zakończeniu okresu détente lat 70. XX stulecia, w latach 80. wielu pisarzy tworzyło swe alternatywne wizje świata po III Wojnie Światowej - F. Pohl, R. Bradbury, F. Brown, Ph. K. Dick czy nasz Marek Baraniecki - w noweli pt. „Głowa Kassandry” - w których ludzie mozolnie odbudowywali cywilizację ze zgliszcz starego świata - przyp. tłum. [146] Albertus Magnus był w swym czasie największym filozofem, przyrodoznawcą i polihistorem, na co wskazuje jego tytuł doctorus universalis. Poza teologicznymi i filozoficznymi traktatami napisał on szereg prac w zakresie: botaniki, mineralogii, mechaniki, fizyki i alchemii. [147] W. M. Miller jr. - op. cit. s. 75. [148] W. M. Miller jr. - ibidem ss. 23-24. [149] W. M. Miller jr. - ibidem, s. 25. [150] W. M. Miller jr. - ibidem, ss. 32-33. [151] Dobitnie potwierdziły to wydarzenia z dnia 11 września 2001 roku i następstwa tychże wydarzeń w postaci wojny afgańskiej i możliwych innych lokalnych konfliktów na tle terrorystycznym - przyp. tłum. [152] W istniejących realiach politycznych przestał nam grozić globalny konflikt antydemokratyczny Wschód kontra wolny Zachód, ale realnie zagraża nam konflikt biedne Południe kontra bogata Północ, czego dowodzi wojna afgańska - uwaga tłum. [153] E. von Däniken - „Prophet der Vergangenheit“, Monachium 1992. [154] E. von Däniken - „Erinnerungen an die Zukunft“, Düsseldorf - Wiedeń 1968. [155] Zob. S. Russel - „Winter Without End?” w “Development Forum” nr 1,1984, ss. 1-10. [156] W roku 1991 media przyniosły informację o tym, że takie „martwe” odwetowe systemy istnieją zarówno w USA - znany pod kryptonimem Dead Line (Martwa Linia), a także w ZSRR - Μёртвая Рука (Martwa Ręka), co najlepiej ilustruje obłęd wyścigu zbrojeń pomiędzy Supermocarstwami - przyp. tłum. [157] P. Rousseau - „Dějiny budoucnosti”, Praga 1967, ss. 58-59. [158] Sytuację taką opisał N. Shute w swej powieści pt. „Ostatni brzeg”, Warszawa 1967 - przyp. tłum. [159] W układzie SI stosuje się obecnie jednostkę sievert (Sv), przy czym 1 Sv = 100 REM, a zatem dawki pochłonięte promieniowania gamma wynosiłyby odpowiednio 2,5 i 1,0 Sv, co wystarczyłoby do wywołania u ofiar wojny nuklearnej choroby popromiennej. Ofiary katastrofy w Czarnobylskiej EJ pochłonęły dawki w granicach 6-15 Sv. Niektóre z nich przeżyły dawkę 7,8 Sv, ale pozostały kalekami do końca życia - przyp. tłum. [160] Tak silne pożary związałyby ogromna ilość tlenu z atmosfery Ziemi, dzięki czemu jego ilość spadłaby z 21% do 18, a nawet 15%! Spowodowałoby to śmierć wszystkich zwierząt wyższych, które do życia potrzebują dużej ilości tlenu. Robert Leśniakiewicz przypuszcza, że pożary i ubytek tlenu z atmosfery Ziemi spowodowany impaktem asteroidu na granicy Kreda/Trzeciorzęd był bezpośrednią przyczyną wyginięcia wielkich dinozaurów. Przeżyły tylko te, które mogły przebywać przez czas dłuższy w stanie anabiozy oraz te, których przemiana materii wymagała mniej tlenu do podtrzymania procesów życiowych: żółwie, krokodyle, węże i leinazaury wtedy zamieszkujące okolice Bieguna Południowego - uwaga tłum. [161] R. Wilson - „Matka pro svět“ w „Jiné svĕty”, Zima 1993. [162] I. Janczarska i T. Gregorczyk w swym artykule pt. „Ojcowskie tajemnice” opisują siłownię atomową, która najprawdopodobniej została tam zbudowana i użytkowano ją kilka czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat temu na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego - uwaga tłum. [163] Według poglądów Roberta Leśniakiewicza, takim śladem narodów z przeciwatomowych schronów jest podziemne państwo Agharti, które powstało 60.000 lat temu - uwaga tłum. [164] E. von Däniken - ibidem. [165] Satelity takie mogły być wychwycone w przestrzeni kosmicznej przez radzieckie/rosyjskie i amerykańskie misje kosmiczne. Ogródkami wspomina o tym radziecki pisarz G. Giulia w powieści sf pt. „Gianeja”, w której takie pozornie martwe satelity, pochodzące wszakże od obcej i wrogiej nam cywilizacji, zagroziły Ziemianom, ale zostały zlokalizowane i zniszczone - uwaga tłum. [166] Mechanizm przechodzenia relikwii z rąk do rąk został wspaniale opisany w powieści H. Sienkiewicza - „Krzyżacy” i filmie Al. Forda o tym samym tytule, gdzie to np. Krzyżacy przekazują księżnej Annie-Danucie świętą relikwię, zaś główny bohater Zbyszko z Bogdańca napotyka na swej drodze blagiera, szpiega i handlarza relikwiami w jednej osobie - Sanderusa - uwaga tłum. [167] Zob. M. Jesenský - „Čtyři hodiny do středovĕku”, Ústi nad Labem 1997, ss. 140 i dalsze. [168] Wiktoria Leśniakiewicz w czasie pobytu w południowej Hiszpanii, Portugalii i Ceucie znajdywała na tamtejszych plażach dziwne kamyki czerwonej, białej i czarnej barwy oraz zielonkawe - jakby mołdawitowe (vltavitowe) szkliwo, które to kamienie mogłyby być śladem po budowlach Atlantydy, które - jak mówią legendy - były budowane właśnie z białych, czerwonych i czarnych kamieni - przyp. tłum. [169] W. Jeschke - „Der letzte Tag der Schöpfung“, Monachium 1981. [170] Zgodnie z „Żywotami Świętych Pańskich” (Mikołów-Warszawa 1910), św. Wit został jeszcze napojony roztopionym ołowiem i ścięty. Jego ciało, a także ciała jego dwojga opiekunów zostały wykradzione przez św. Florencję i pogrzebane. Św. Wit należy do 14 Świętych Przyczyńców - uwaga tłum. [171] W. Jeschke - ibidem, s. 15. [172] W. Jeschke - ibidem, s. 16. [173] W. Jeschke - ibidem, s. 17. [174] Jeżeli idzie o metodę pomiaru czasu przy pomocy węgla-14, to nie sprawdza się ona w przypadkach takich artefaktów, jak np. Całun Turyński czy Arka Noego, co może być dowodem na prawdziwość hipotezy o atomowych wojnach bogów, które wzbogaciły materię tych artefaktów w radioaktywny węgiel i przez co znacznie je „odmłodziły” - uwaga tłum. [175] W. Jeschke - ibidem, s. 19. [176] W. Jeschke - ibidem, s. 19. [177] Tj. 655,2 kg. [178] P. Barbet - „L’Empere du Baphomet”, Paryż 1972. [179] Zob. L. Charpentier - „Les mystéres templiers”, Paryż 1967. [180] Jak dowodzi tego Ian Wilson w swych pracach na temat Całunu Turyńskiego i tzw. Oblicz św. Weroniki, Templariusze mogli czcić Całun Turyński złożony tak, by widoczna była tylko głowa Jezusa Chrystusa - i nazywano to wtedy Mandylionem. W komturiach zatem najprawdopodobniej czczono repliki Całunu-Mandylionu. Fakt prowadzenia rozmów z Bogiem jest znany z legendy o Szamballi-Agharcie, gdzie Wielki Nieznany porozumiewa się z Bogiem poprzez Marzy - Księcia Śmierci, który sam jest podobny do szkieletu z lśniącą czaszką... - uwaga tłum. [181] Niektóre źródła podają, że Bajbars użył w tym celu Asasynów - fanatycznych morderców Starca z Gór, których bano się bardziej, niż wszystkich wojsk Krzyżowców razem wziętych! - przyp. tłum. [182] Dzisiaj Ískanderun w Turcji - przyp. tłum. [183] Dzisiaj Antakya w Turcji - przyp. tłum. [184] Dzisiaj Şanliurfa w Turcji - przyp. tłum. [185] Chin - przyp. tłum. [186] Z łac. „pomnażanie” - proces alchemiczny polegający na przemianie zwyczajnej materii w złoto przy pomocy kamienia filozoficznego i powiększenie jego ilości nawet do 10.000 razy! - przyp. tłum. [187] Właśc. Dżabir ibn-Aftach (?-1145) znany arabski lekarz, matematyk i astronom - przyp. tłum. [188] Nawiasem mówiąc, to jego traktaty astronomiczne czytał i studiował także Mikołaj Kopernik - przyp. tłum. [189] Tak naprawdę, to Mongołom kark skręcili rycerze polscy w bitwie pod Legnicą, w dn. 9 kwietnia 1241 roku. Mimo tego, że bitwa była przegrana i Henryk Pobożny oddał swe życie, Tatarzy nie byli wstanie kontynuować kampanii przeciwko Europie i dlatego bitwę tą uważa się za jedną z 12 decydujących o losach Europy bitew historii. Jej ważność można tylko porównać z ważnością Bitwy Warszawskiej z sierpnia 1920 roku! - przyp. tłum. [190] Zob. A. Bridge - „The Crusades”, Londyn 1985. [191] Według dzisiejszych standartów jest to korpus armijny - przyp. tłum. [192] P. Barbet - op. cit. s. 139. [193] J. Keel - „Operation Troyan Horse”, Londyn 1973. [194] Zob. V. Patrovský - „UFO - neuveřitelni připady” w “Archeoastronautické sešity 1991”, vol. I, nr 1,1991, s. 31. [195] Zob. także L. Znicz-Sawicki - „Goście z Kosmosu - NOL”, t. 1, s. 107. [196] H. W. Sachmann - „Himmelskräfte - Karl der Grosse, das Lichtphänomenon an der Sigiburg im Jahre 776 n. Chr. und der Heilige Reinhold, Schutzpatron der Stadt Dortmund, aus prä-astronautischer Sicht“, Essen 1993. [197] Zob. J. Fiebag - „Die Anderen”, Monachium 1993. [198] K. Rübel - „Gesichte der Hochensiburg”, Essen 1901. [199] Zob. J. Fiebag - ibidem., ss. 88-89. [200] M. Jesenský - „Čtiřy hodiny do středovĕku”, Ústi nad Labem 1997, ss. 168-169. [201] M. de Villars - „Le comte de Grabais”, Paryż 1670. [202] Zob. J. Fiebag - ibidem, s. 103. [203] Zob. także L. Znicz-Sawicki - „Goście z Kosmosu - NOL”, t.1, ss. 110-120 - przyp. tłum. [204] Zob. M. Strohmeier w E. von Däniken - „Fremde aus dem All“, Monachium 1995, ss. 41 i dalsze. [205] G. Schambach - „Volkssagen - Alt-Einbeck und Südniedersachsen, 1854-1855“. [206] Podobne fenomeny mają miejsce także w miejscach kontaktów z „duchami” w Tatrach i Karkonoszach, o czym pisze m.in. Robert K. Leśniakiewicz w „Projekt Tatry”, Kraków 2002. [207] Echa tych legend są zawarte także w bajkach naszego Śląska, gdzie z kolei egzystują utopce, nocznice i strzygi oraz zmory nocne, mające wygląd identyczny z szarymi karzełkami z niemieckich legend. [208] G. Schambach - ibidem. M. Strohmeier - ibidem, s. 42. [209] Tu i dalej: A. Gieysztor - „Mitologia Słowian”, Warszawa 1986. [210] Zob. K. Ondrejka - „Rozpravánie spod Salatina”, Bratysława 1972, s. 129. [211] Zob. „Etnografický atlas Slovenska”, Bratysława 1990, s. 84. [212] J. Svoboda - „Únosy UFO ve Středověku” w „Magazin 2000” nr 10,1996, s. 30. [213] M. Dačický - „Paměti Mikuláše Dačického z Heslova”, Praga 1880, nr 5, zeszyt III. [214] J. Svoboda - op. cit. S. 30. [215] Zob. J. Spengler i H. Institoris - “Der Hexenhammer”, wyd. III, Berlin 1922/23. [216] R. H. Forster i H. Thiele - „Das Leben in der Gotik“, Monachium-Wiedeń-Bazylea 1969, s. 308. [217] J. Fiebag - op. cit. ss. 69-70. [218] J. Fiebag - ibidem. [219] Oblicza się, że w czasie swej haniebnej działalności św. Inkwizycja winna jest śmierci ponad 10 mln Europejczyków! - przyp. tłum. [220] Także i w Polsce coraz więcej ufologów zaczyna podzielać ten pogląd i tak np. Bronisław Rzepecki twierdzi wprost, że Obcy są nam otwarcie wrodzy, zaś Robert K. Leśniakiewicz głosi pogląd o Ich skrajnej obojętności wobec Hominis sapientis - przyp. tłum. [221] P. Anderson - „The High Crusade”, Nowy Jork 1960, ss. 10-12. [222] P. Anderson - ibidem, s. 19. [223] Robert Leśniakiewicz ostatnio nieco zmienił zdanie twierdząc, że niektóre ufokatastrofy de facto mogły być katastrofami latających dysków V-7 wypróbowywanych przez Amerykanów na poligonach południowych stanów USA. Być może katastrofa szpicbergeńska także była rozbiciem się latającego spodka należącego do USAF lub... Armii Radzieckiej! - uwaga tłum. [224] Zob. R. K. Leśniakiewicz - „Referat na IV Środkowoeuropejski Kongres Ufologiczny” w Koszycach, z dnia 24 listopada 1995 roku; P. Morrison - - artykuł dla Bull. Phil. Society Waszyngton DC 16,58,1962 oraz studium D. Lunana w „Spaceflight” 1973, ss. 122-131. [225] Powyższe potwierdzają badania i obserwacje prof. Jacquesa Vallée’a oraz ufologów polskich i słowackich, którzy odkryli związek pomiędzy obserwacjami NOL-i a pokładami rud uranowych - uwaga tłum. [226] Zob. także: M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz - „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy”, Warszawa 2001; R. K. Leśniakiewicz - NOL-e nad elektrownią jądrową” w „Wizje Peryferyjne” nr 2,1996, s. 21 oraz R. K. Leśniakiewicz - „Projekt Tatry”, Kraków 2002 - przyp. tłum. [227] ALF = Alien Life Form - Forma Obcego Życia; EBE = Extra-Terestial Biological Entity - Pozaziemska Jednostka Biologiczna - przyp. tłum. [228] Niektórzy polscy ufolodzy, jak np. Michał Zawadzki z Warszawy twierdzą, że można zneutralizować skutecznie działanie NLW Obcych prostymi środkami - przyp. tłum. [229] Dawny Kujbyszew - przyp. tłum. [230] Zob. R. E. Fowler - „Sprawa Andreassonów” i „Sprawa Andreassonów - faza II”, Białystok 1993. [231] W książce „Projekt Tatry” R. K. Leśniakiewicz jednak optuje za wykorzystaniem przez Nich antymaterii w celach kosmicznej żeglugi - uwaga tłum. [232] J. Pająk - „Noc strzelających płomieni” w „Nieznany Świat” nr 7,1995, s. 4. [233] Przy założeniu, że ta ostania miała moc 60 kt TNT. Bomba ta miała moc tylko 20 kt, a zatem współczynnik ten wynosi nie 1.000 ale 3.000 razy - uwaga tłumacza. [234] Zob. B. Huevelmans - „Na tropie nieznanych zwierząt”, Warszawa 1965. [235] Być może ptaki te przeżyły wybuch termojądrowy i zmarły wskutek następstw choroby popromiennej i poparzeń termicznych II i III stopnia, które chciały złagodzić wodą - przyp. tłum. [236] Kwarc pod wpływem wysokich ciśnień, temperatur i promieniowania zmienia barwę i strukturę, co pozwala na określenie parametrów wybuchu jądrowego - uwaga tłum. [237] Zob. J. Pająk - ibidem, s. 5. [238] Zob. J. White - „Ancient History of the Maori”, t. I i II, Wellington 1887. [239] Zob. N. Wachtel - „La vision des vaincus”, Paryż 1971. [240] J. Pająk - „Tapanui Cataclysm - an Explanation for the Mysterious Explosion in Otago, New Zealand, 1178 a. D.”, Dunedin 1989. [241] Zob. F. Maziére - „Fantastique Ile de Pasquas”, Paryż 1965. [242] Zob. także Th. Hayerdahl - „Early Man and the Ocean”, Londyn 1978. [243] Zob. także Th. Hayerdahl - „Aku-Aku”, Warszawa 1963. [244] Tak niewielka jednostka czasu mogłaby posłużyć do opracowania mikrograwimetrycznych map Ziemi służących np. geologom w wykrywaniu bogactw naturalnych naszej planety, albo wojskowym zwiadowcom do wykrywania wrogich bunkrów i innych konstrukcji podziemnych – przyp. R.K.L. [245] To właśnie tym zajmuje się i taka wiedzę przekazuje sobie masoneria i inne tajne stowarzyszenia mistyczne i quasi-religijne – przyp. R.K.L. [246] Właściwie na pewno. Alchemia narodziła się w jednym z najstarszych państw na Ziemi – w Egipcie – i stanowi ona cień dawnej wiedzy poprzedniej cywilizacji czy nawet kilku poprzednich cywilizacji, które tam żyły – przyp. R.K.L. [247] To jest około 3.20 m – przyp. aut. [248] Zob. M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen”, (Ústi nad Labem, 1998) – przekład W. Baranowicz – uwaga R.K.L. [249] Rtęć nie może być paliwem jądrowym, ale rozpuszczony w niej uran czy inne pierwiastki wysokoenergetyczne – np. tor czy pluton – mogą być. Ewentualnie tzw. „czerwona rtęć” RM-20/20, którą najprawdopodobniej dzisiaj stosuje się w mini-bombach termojądrowych o mocy 1-20 kt TNT może być takim nośnikiem – uwaga R.K.L. [250] Stan plazmy? – przyp. aut. [251] W tym kontekście zrozumiałe jest zagrożenie wynikające z tego, że taka broń mogłaby się dostać w ręce nieodpowiedzialnego tyrana, który od razu zwróciłby ją przeciwko swojemu i innym narodom. Nie zapominajmy, że Irak, Indie i Pakistan leżą właśnie na terenach antycznych bitew atomowych i można tam znaleźć niejeden artefakt, który mógłby im pomóc w konstrukcji jakiejś superbroni! – uwaga R.K.L. [252] Istnieje możliwość, że ślady tego procederu znajdują się dzisiaj na Antarktydzie, pod pancerzem lądolodów, gdzie znajdują się słodkowodne jeziora wody, a których pochodzenie jest nieznane. Mogły je wytopić reakcje jądrowe zachodzące w antycznych głowicach broni A i H – przyp. R.K.L. [253] Niekoniecznie musiał to być radar – mógł to być np. satelita obserwacyjny lub ich cały system, jak np. dzisiejszy DSP czy ECHELON – uwaga R.K.L. [254] Obecnie są to południowo-zachodnie połacie Stanów Zjednoczonych, tzw. „big bad lands” – przyp. aut. [255] Lub kontynent Mu (Moo) – uwaga R.K.L. [256] Polski uczony prof. dr hab. Benon Zbigniew Szałek ze Szczecina udowodnił w swych pracach, że kiedyś istniało jedno pismo i jeden język, którym posługiwano się na obszarze całego świata – uwaga R.K.L. [257] Stwierdzenie dyskusyjne, bowiem Indianie znali koło, tylko je nie stosowali. Zresztą trudno jest stosować koło i posługiwać się pojazdami kołowymi na błotnistych terenach Jukatanu czy w dżunglach Amazonasu albo na andyjskich perciach. Jest to kolejny argument „za”, a nie „przeciw” – uwaga R.K.L. [258] Pustynia Thar w Radżastanie. Dziś także znajdują się tam poligony atomowe Pakistanu i Indii. – uwaga R.K.L. [259] Są to pustynie Nowego Meksyku, Newady i Arizony, na których dzisiaj też znajdują się amerykańskie poligony atomowe – uwaga R.K.L. [260] Aborygeni – uwaga R.K.L. [261] Jezioro Łob Nur – uwaga R.K.L. [262] Zob. Andrzej Kotowiecki – „Szkliwo nie z tej Ziemi” i „Tektyty – relikty Gwiezdnych Wojen?” na stronie CBUFOiZA – http://ufo.internauci.pl - uwaga R.K.L. [263] Obejmujących część Kalifornii i Arizony, tzw. Pustynię Sonora, tereny Wielkiej Kotliny między Sierra Nevada a górami Wasath na południu oraz na południu pustynie Mojave, Gila i Yuma z budzącą grozę Doliną Śmierci – przyp. aut. [264] Niedawno odkryto podobne resztki potężnych urządzeń wodnych na rzekach Europy Wschodniej, a dokładniej w okolicach Ufy w Federacji Rosyjskiej, a także plastyczne mapy je ukazujące – uwaga R.K.L. [265] Autorowi chodzi najprawdopodobniej o ostatnie zlodowacenie 50.000-10.000 lat p.n.e. – uwaga R.K.L. [266] M. in. w słynnym wąwozie Tassili-en-Dżer – uwaga R.K.L. [267] Oznacza to Miasto Umarłych, Osiedle Umarłych – przyp. aut. [268] Chodzi o izotopy o bardzo długim połowicznym zaniku – T1/2 - który może wynosić do kilku miliardów lat – uwaga R.K.L. [269] w tym kontekście staje się zrozumiałe postępowanie ortodoksyjnego egiptologa prof. Zahi Hawassa, który pragnie sam dorwać się do tajemnic piramid i załatwił sobie wyłączność na ich badanie, przy okazji od czasu do czasu dając popisowe widowisko dla całej reszty świata, jak to miało miejsce we wrześniu 2002 roku – uwaga R.K.L. [270] Już sama masa użytego przy ich budowie kamienia stanowi doskonałą ochronę przed promieniowaniem α, β i γ oraz neutronami, które są czynnikiem rażącym wybuchów jądrowych – uwaga R.K.L. [271] Wydaje się, że elementem zabezpieczającym przed promieniowaniem jest sama masywna konstrukcja piramidy oraz jej kształt, który powoduje zmniejszenie energii cząstek promieniowania kosmicznego oraz zmianę torów ich lotu – uwaga R.K.L. [272] Piramidy Cheopsa – przyp. aut. [273] Wynik wychodzący w metrach jest mniejszy o 1.000 i dlatego należy zastosować mnożnik 1.000.000.000 – uwaga R.K.L. [274] Całkowitą populację Egiptu szacowano na 2 mln ludzi – przyp. aut. [275] Aktualnie - na początku 2003 roku – mamy już odkrytych 110 piramid egipskich – uwaga R.K.L. [276] Zwany także Ramzesem Wielkim – przyp. aut. [277] Imienia Cheopsa (Chufu) nie ma na liście Manethona panujących w Egipcie – przyp. aut. [278] Co więcej – istnieją choroby, którymi zwierzęta zarażają się od ludzi – jak np. wszystkie infekcje grypo-podobne górnych dróg oddechowych – uwaga R.K.L. [279] Wirus jest pasożytem i jego strategia przetrwania zakłada jak najdłuższe życie w ciele nosiciela, ale tak to do końca nie jest, gdyż istnieją wirusy, które zabijają swego żywiciela od razu, jak np.: wirus grypy hiszpanki, wirus Yellow Fever, wirus O’Ngyong, wirus Lassa Fever, wszystkie szczepy wirusa gorączki krwotocznej Ebola, wirusy HIV, itd. itp., których letalność stanowi dowód na to, że mogły one zostać stworzone po to, by zabijać tylko i wyłącznie człowieka. Wszystkie one pochodzą z afrykańskich i amerykańskich dżungli, w których mogą się znajdować antyczne laboratoria i składowiska różnych antycznych BMR – uwaga R.K.L. [280] Właściwie pirobalistyczna, wykorzystująca – w odróżnieniu od broni neurobalistycznej i barobalistycznej – adiabatyczne rozprężanie się gazów powstałych z progresywnego lub degresywnego spalania się miotającego materiału wybuchowego – uwaga R.K.L. [281] Dzisiaj Zimbabwe – uwaga R.K.L. [282] Najbardziej podobny do tego efekt wywołują pociski zrobione z miękkiego ołowiu lub specjalnie ukształtowane – pociski grzybkujące, amunicja dum-dum – o niewielkiej prędkości początkowej – uwaga R.K.L. [283] Dzisiaj Sankt Petersburg w Rosji – uwaga R.K.L. [284] Stanowiące część radiestezji – uwaga R.K.L. [285] Zob. Bolesław Prus – „Faraon”, t. 3. Nie zapominajmy, że Bolesław Prus pisał swą powieść w oparciu o antyczne przekazy i dokumenty, a zatem mógł on natknąć się na jakiś papirus mówiący i o materiałach wybuchowych i technologii ich produkcji – uwaga R.K.L. [286] I potrafili go stosować m.in. do wyrobu rakiet. Technikę tą przejęli Mongołowie, którzy sporządzili pierwsze pociski rakietowe, używane potem na polach walk także w Europie w XIII wieku – uwaga R.K.L. [287] Zob. I. Jefriemow – „Gwiezdne okręty” (Warszawa, 1948). Ta powieść fantastyczno-naukowa została zainspirowana odkryciami dziwnie uszkodzonych szkieletów dinozaurów na terenie Azji Środkowej i Południowo-Wschodniej przez paleontologów radzieckich i chińskich w latach 40. XX wieku – uwaga R.K.L. [288] Sensownym także wydaje się pomysł, że odwiedzają nas mieszkańcy legendarnej Shamballi-Agharty, którzy mieszkają wewnątrz naszego globu. Dla nich promieniowanie Słońca i atmosfera mogłyby być szkodliwe i dlatego musieliby poruszać się po powierzchni Ziemi w ciśnieniowych i klimatyzowanych skafandrach chroniących ich przed rozrzedzoną i chłodną atmosferą, z oczami przysłoniętymi okularami, które filtrowałyby promieniowanie naszej gwiazdy dziennej... – uwaga R.K.L. [289] Na łamach „Scientific American”, lipiec 1974 – przyp. aut. [290] Nie tak dawno udowodniono jednak, że kratery księżycowe są kraterami impaktowymi, bowiem w 1178 roku zaobserwowano utworzenie się na powierzchni Księżyca nowego krateru Giordano Bruno, co zostało odnotowane w angielskich kronikach Canterbury Abbey – uwaga R.K.L. [291] Zjawisko podobne to opisanego zaobserwowano w przypadku impaktu w atmosferę Jowisza resztek komety P/Shoemaker-Lewy 9 w lipcu 1994 roku, a zatem jego natura jednak ma naturalne wyjaśnienie, co jednak nie znaczy, że jest ono obowiązujące co do reszty księżycowych i innych kraterów uderzeniowych – uwaga R.K.L. [292] Powstanie łańcuchów kraterów można łatwo wytłumaczyć tym, że uderzające w obracający się Księżyc strumienie meteorów (które przecież utworzyły się z komet) musiały tworzyć łańcuch impaktów, jak to widzieliśmy na Jowiszu w 1994 roku. A to wskazuje również na to, że Księżyc się kiedyś obracał wokół własnej osi – a co za tym idzie – nie musiał znajdować się na orbicie wokółziemskiej... – uwaga R.K.L. [293] Międzykontynentalne pociski rakietowe oraz MRBM – pociski rakietowe średniego zasięgu – uwaga R.K.L. [294] Do tego należy dodać jeszcze brytyjskie, francuskie, chińskie, północnokoreańskie, hinduskie, pakistańskie, irackie i izraelskie – uwaga R.K.L. [295] Są to wielogłowicowe pociski rakietowe – MIRV – uwaga R.K.L. [296] Pokazano to dość dokładnie w amerykańskim filmie „The Day After” z 1984 roku – uwaga R.K.L. [297] Chodzi o rejony otaczające „morze”, a w rzeczywistości pustynię Hellas – przyp. aut. [298] Obecnie wyjaśnia się to spadkiem na powierzchnię tych ciał niebieskich planetoid, których impakty powodowały rozległe wylewy płynnych law, co z kolei spowodowały powstanie „mórz” na ich powierzchni – uwaga R.K.L. [299] Jak dowodzą tego badania, są to kratery stosunkowo młode – np. Kopernik, Kepler, Arystarch, Tycho, itd., które powstały już po impaktach, które z kolei utworzyły księżycowe morza – uwaga R.K.L. [300] Jasne smugi – promienie - wokół tych kraterów są niczym innym, jak utworami powstałymi z opadnięcia przemielonego energią impaktu gruntu księżycowego. Wokół innych kraterów – starszych od tutaj wymienionych – też zauważono smugi, z tym że już pociemniałe wskutek działania erozji bezwodnej – uwaga R.K.L. [301] Jest to kolejny punkt mówiący za impaktową teorią powstania kraterów księżycowych, bowiem impakt meteorytu w skalną skorupę Księżyca czy każdego innego ciała niebieskiego wyzwala energie wielokrotnie przewyższające energię eksplozji jądrowych czy termojądrowych na Ziemi, ale wszystkie zjawiska im towarzyszące tu i tam są porównywalne – uwaga R.K.L. [302] Autor nie bierze pod uwagę erozyjnego działania ciekłej wody na kształtowanie się reliefu powierzchni Ziemi. Wody w stanie ciekłym nie ma na Wenus – jest ona związana z tlenkami siarki w kwas siarkowy, którego chmury blokują dostępu światłu słonecznemu do powierzchni planety i jednocześnie tworzą zwielokrotniony efekt szklarniowy. Wody w stanie ciekłym nie ma też na Marsie, bo jest on pokryty wodnym lodem pod warstwą pyłu. Woda najprawdopodobniej związana chemicznie i przykryta regolitem księżycowym występuje tylko w okolicach obu księżycowych Biegunów i też jej rola w erozji jego powierzchni jest zerowa – uwaga R.K.L. [303] W Polsce przedstawiono ją w almanachu SF pt. „Kroki w nieznane” t. 4, Warszawa 1974, pod redakcją Lecha Jęczmyka. Hipotezę tą rozwija słowacki pisarz i ufolog dr Miloš Jesenský w swej książce „Nejsme první na Mĕsicí” (Ústi nad Labem, 2002). Ja opisałem pokrótce tą teorię w opracowaniu pt. „Bolid Syberyjski” – uwaga R.K.L. [304] Autor pisał te słowa w końcu lat 70. XX wieku, kiedy to jeszcze nie dokonano najciekawszych odkryć na powierzchni Księżyca opisanych przez Grupę TMM i Richarda Hoaglanda pod koniec lat 90. Zainteresowanych odsyłam do książki Davida Hatchera Childressa – „Archeologia pozaziemska” (Warszawa 2000) – uwaga R.K.L. [305] Mimośród orbity Księżyca wynosi e = 0,0549, co stanowi jedną z największych wartości w Układzie Słonecznym i oznacza, że orbita księżyca nie jest idealnie kołowa, a eliptyczna. Reszta księżyców Układu Słonecznego ma e = 0,001-0,007. Wyjątek stanowią tu planetoidy, które stały się księżycami wskutek wychwytu grawitacyjnego planet-olbrzymów – uwaga R.K.L. [306] Nachylenie orbity księżycowej do równika Ziemi jest zmienne i waha się pomiędzy 18o,2 a 38o,6. W Układzie Słonecznym jedynie tylko Deimos ma równie zwichrowaną orbitę wokół Marsa – uwaga R.K.L. [307] Od słów MASs CONcentration – z ang. koncentracja masy. Jak dotąd znamy 12 maskonów dodatnich i jeden maskon ujemny pod Mare Serenitatis – uwaga R.K.L. [308] Odkryto tam również istnienie ogromnego basenu zwanego Basenem Aitken, który stanowi wklęsłość księżycowej bryły – uwaga R.K.L. [309] Co więcej – przewodnictwo cieplne gruntu księżycowego jest około 1.000 razy mniejsze, niż ziemskiego, zaś średnie natężenie jego promieniowania jonizującego (α, β i γ) wynosi 20-30 μR/h czyli 1,5 – 2 razy więcej, niż ziemskiego granitu! – uwaga R.K.L. [310] Autorowi chodziło chyba o nowe izotopy i izomery pierwiastków, a nie o nowe pierwiastki – uwaga R.K.L. [311] Nie koniecznie, bowiem pierwiastki te i izotopy powstają także w trakcje kontrolowanych reakcji jądrowych i samorzutnego rozpadu występujących w przyrodzie jąder uranu i toru – uwaga R.K.L. [312] Ostatnio furorę robi całkiem niedorzeczna teoria mówiąca o tym, że Księżyc jakoby powstał w wyniku impaktu w Proto-ziemię planetoidy wielkości Marsa, która spowodowała „wychlapnięcie” na orbitę wokółziemską materii, z której najpierw utworzył się pierścień podobny do saturnowego, który następnie przekształcił się w Srebrny Glob. Problem leży w tym, że nie wyjaśnia to w ogóle osobliwości księżycowej orbity – uwaga R.K.L. [313] Zob. w „New Scientist” 1980, t. 85, s. 66 – przyp. aut. [314] Dla porównania: pole magnetyczne A = 2,9 kOe, Z = 0,42-0,7 Oe, natomiast B = 1,7-3,5 µOe – uwaga R.K.L. [315] „New Scientist” 1979, t. 84, s. 373 – przyp. aut. [316] Istnienie wody na Księżycu potwierdzone zostało w 2001 roku przez misję orbitera sondy Lunar Prospector , który wykrył jej koncentrację wokół obu Biegunów Srebrnego Globu i niektórych zacienionych kraterach tamże – uwaga R.K.L. [317] Wiek Srebrnego Globu, wedle datowania radionuklidami metodą 87Pb – 87Sr, 40K – 40Sr i U-Th-Pb skał z Mare Tranquillitatis wynosi 3,7 mld lat, zaś postępy erozji próżniowej wynoszą 1 metr na 1 mld lat, a zatem ruiny tych miast mogą być niewiarygodnie stare i liczyć sobie niemal tyle samo lat, co sam Księżyc – uwaga R.K.L. [318] Polski pisarz Jerzy Żuławski w pierwszym tomie swej trylogii księżycowej: „Na Srebrnym Globie” opisał takie właśnie miasto, a właściwie jego ruiny, na Mare Imbrium – na pozycji: 9o14’W i 43o38’N, w pobliżu której znajduje się grupa skał oznaczona na mapach grecką literą β. Niewykluczone jest, że właśnie on sam je zaobserwował w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedy opracowywał materiał do swego monumentalnego dzieła – uwaga R.K.L. [319] Most ten łączył dwa przylądki: Promonthium Olivium i Promonthium Lavinium w zachodniej części powierzchni Mare Crisium – obecnie znajduje się tam niewielki krater – uwaga R.K.L. [320] Formację tą nazwano nawet Mostem Achillesa lub Mostem O’Neila - Pons Achillesi albo Pons O’Neili (O’Neil’s Bridge) – uwaga R.K.L. [321] Ponadto zawieszony on był około 1.600 m nad powierzchnią Księżyca, zaś jego szerokość wynosiła około 3.200 m – uwaga R.K.L. [322] Jest to formacja zwana Prostą Ścianą – Rupes Recta – na Mare Nubium – uwaga R.K.L. [323] Oczywiście strony widocznej z Ziemi – uwaga R.K.L. [324] Chodzi tutaj od Dolinę w Alpach – Vallis Alpes - zwaną także Poprzeczną Doliną– uwaga R.K.L. [325] Piramidy na Księżycu i Marsie spotyka się niejednokrotnie i stanowią one normalny „standard architektoniczny” tamtejszych hipotetycznych cywilizacji. Zainteresowanych odsyłam do pracy Davida Hatcher-Childressa – „Archeologia pozaziemska” (Warszawa, 2001) w której zamieszczono kilka interesujących zdjęć piramid zrobionych przez obserwatoria astronomiczne i z pokładów statków kosmicznych – uwaga R.K.L. [326] Szczególnie Mars jest intrygujący ze względu na zjawiska tam zaobserwowane – zamarznięte oceany wody pod warstwą pyłów – a także dziwne budowle w rodzaju piramid, zaobserwowane na powierzchni jego „lądów” przez orbitery tych sond – uwaga R.K.L. [327] Zaproponowano dla niej nazwę Faetona. Ze swej strony zaproponowałem dla niej symbol PH – od Phæton, analogicznie do symbolu Plutona – PL (w astrologii także używa się symbolu Ý) – uwaga R.K.L. [328] Pierwszą asteroidę 1 Ceres (symbol - Ö) odkrył J. Piazzi w 1801 roku, zaś Olbers odkrył dwie inne: 2 Pallas (W) w 1802 i 3 Westa (\) w 1804 roku – uwaga R.K.L. [329] Według ich poglądów, Faeton miał masę 89 razy większą od masy Ziemi i krążył po orbicie o nachyleniu niemal 90o do płaszczyzny ekliptyki. Część jego masy stanowi Pas Asteroidów, a reszta zaś krąży nadal po wydłużonej orbicie, jak kometa. Na ten temat pisał u nas m.in. dr Ahmad Jamaludin z Malezji, na łamach „Czasu UFO” nr 7,1998 – uwaga R.K.L. [330] Aktualnie znamy aż kilkadziesiąt pierścieni Saturna, które tworzą wokół niego skomplikowany system pierścieni szeroki na 139.300 km i o masie 1018 ton, tj. 1/70 masy naszego Księżyca – uwaga R.K.L. [331] Przekraczając tzw. granicę Roche’a, na której zostały rozerwane przez siły pływowe – uwaga R.K.L. [332] Dziś wiemy, że każda wielka planeta posiada swój własny system pierścieni. Trudno przypuszczać, chociaż z drugiej strony wykluczyć się nie da, że każdy z tych pierścieni jest śladem po zniszczonej kosmicznej bazie wojskowej... – uwaga R.K.L. [333] Autorowi chodzi chyba o temperaturę powierzchni jądra Jowisza, bowiem zewnętrzne warstwy jego atmosfery są wyziębione do 130 K, zaś na poziomie chmur ma ona temperaturę 300 K, natomiast pod chmurami już jest aż 700 K. Na głębokości 2.700 km temperatura atmosfery wynosi około 6.800 K przy ciśnieniu rzędu 104 MPa. Po przekroczeniu granicy 18.000 km od górnej warstwy obłoków temperatura wzrasta do 10.000 K zaś ciśnienie do 4 x 105 MPa! Średnia temperatura fotosfery słonecznej wynosi 5-6 tys. K – uwaga R.K.L. [334] Jowisz oddaje więcej energii, niż jej dostaje od Słońca, ale to właśnie tylko dzięki skurczowi grawitacyjnemu, a nie reakcjom termojądrowym – uwaga R.K.L. [335] Polski astronom prof. dr Jan Gadomski sformułował pojęcie ekosfery jako nadającej się do życia przestrzeni w której znajdują się nadające się do zamieszkania przez istoty białkowe planety. W ekosferze Słońca znajdują się cztery takie biogeniczne planety: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars i Księżyc – uwaga R.K.L. [336] Idea ta nie jest wbrew pozorom nowa, bo opisał ją w swych powieściach fantastycznych „Ci z Dziesiątego Tysiąca” i „Oko Centaura” polski pisarz J. Broszkiewicz w końcu lat 60. ub. wieku. Znamy obecnie (dane za rok 2001) około 30 „bezpańskich” – nie należących do żadnego układu planetarnego – planeto-podobnych obiektów, które poruszają się swobodnie w przestrzeni międzygwiezdnej. Jednym z nich jest odległy o 450 ly obiekt o oznaczeniu TMR-1C w konstelacji Byka; czyżby był on właśnie takim pojazdem międzygwiezdnym? – o czym pisałem w mojej pracy „Projekt Tatry” (Kraków, 2002) – uwaga R.K.L. [337] Trudno jest przyjąć, że ludzie o wiedzy i technice umożliwiającej im przestawianie planet i prowadzenie prac w Kosmosie nie potrafili przewidzieć powstania ogromnych fal pływowych w przypadku wejścia Luny w pole grawitacyjne Ziemi. Jest to z tego punktu widzenia całkowicie nie do przyjęcia – uwaga R.K.L. [338] Dlatego właśnie jestem zdania, a wyłożyłem je m.in. w antologii pt. „Bolid Syberyjski” (dostępna jest w Internecie na stronie CBUFOiZA: www.ufocentrum.org), że był to konflikt międzycywilizacyjny pomiędzy Ziemianami a obcą rasą inteligentną, która mogła np. szukać nowych terenów osiedleńczych – stąd determinacja atakujących i obrońców. Wojna zakończyła się zniszczeniem Obcych, ale jednocześnie cofnęła Ludzkość w rozwoju do epoki kamienia jeszcze nie rozłupanego – uwaga R.K.L. [339] To oczywiste, że – jak postulowałem w poprzednim przypisie - walczono o Ziemię, i dlatego też stosunkowo mało ją zniszczono, ale najeźdźcy zniszczyli ludzkie bazy i instalacje obronne na peryferiach Układu Słonecznego w pierwszym rzędzie, a kolonie na planetach w drugim. To wyjaśnia wszystkie niejasności, o których Autor pisze w swej monografii – uwaga R.K.L. [340] Do tego dorzuciłbym także legendarną Szamballę-Agartę, którą – o ile wierzyć legendom przekazanym nam przez F. A. Ossendowskiego – założono 60.000 lat temu, co może być pewną wskazówką, co do daty rozpoczęcia lub zakończenia tego konfliktu – uwaga R.K.L. [341] Rdz. 1,26 – uwaga R.K.L. [342] Rdz. 6,1-2 i Rdz. 6,4 – uwaga R.K.L. [343] Typowym przykładem mógłby tu być Yeti. Eksperymenty te mogły obejmować też i zwierzęta, dzięki czemu powstawały różne mutanty w rodzaju potworów z mitów greckich i innych: smoki, pegazy, chimery, etc. etc. – uwaga R.K.L. [344] Właściwie powinno się o nich mówić „nowi ludzie” lub „ludzie drugiej generacji”, wszak powstali wskutek eksperymentu genetycznego „ludzi pierwszej generacji” – uwaga R.K.L. [345] Owidiusz – „Przemiany” w przekładzie B. Kicińskiego – przyp. aut. [346] Nazwa „demiurg” nadana została przez Platona stwórcy boskiemu, budowniczemu świata, który dał Ludzkości duszę zmysłową i jest twórcą świata materialnego – przyp. aut. [347] Dosł.: Święty, Święty, Święty Pan Bóg Sebaoth, pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej – z tym, że imię Boga Sebaoth (inne imiona Boga to, Jahve [Jehowa], Adonai i Tetragrammoton) zastąpiono dzisiaj słowami: zastępów świętych – uwaga R.K.L. [348] Zob. Homer – „Iliada” i „Odyseja” – uwaga R.K.L. [349] Przykładem tego jest np. starożytny Egipt, w którym panował kult świętych węży utożsamianych z różnymi bogami, zaś korony faraonów ozdabiał Uraeus (Ureusz) – wizerunek świętej kobry. To dopiero chrześcijaństwo zrobiło z węża symbol diabła – uwaga R.K.L. [350] Oto jak nazwał On człowieka – przyp. aut. [351] Czynnego udziału, ale obserwowały jej przejawy i dawały wyraz w swej sztuce, czego Autor nie wziął pod uwagę. Wszak na Saharze i innych częściach świata pozostały petroglify przedstawiające wyżej ucywilizowanych ludzi z tamtej epoki... – uwaga R.K.L. [352] Poprawnie powinno być Śri Lanka – uwaga R.K.L. [353] Właściwie powinno być „subkontynentu Indii” – uwaga R.K.L. [354] Są to wirusy wywołujące m.in. odrę. [355] Patrz internetowa strona CDC – www.cdc.gov/ncidod/sars/ oraz www.who.int/csr/sars/en. [356] Jerzy Serafin – „SARS – broń biologiczna?” w „FiM” nr 18,2003 z dn. 2-8 maja 2003 roku. [357] Prof. dr Tadeusz Płusa – wywiad dla „Radiowego Magazynu Wojskowego”, PR-1 w dniu 18 maja 2003 roku. [358] Zainteresowanych odsyłamy do pracy Aleksandra Mory – „Atomowe wojny bogów”, Lublin 1980. [359] Zob. Miloš Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” na stronie internetowej CBUFOiZA w Krakowie www.ufocentrum.org. [360] Atlantyka, to umowna nazwa dla cywilizacji jeszcze starszych od cywilizacji Atlantydy ii nie należy jej traktować jako określonego terminu geograficznego czy historycznego. [361] R. K. Leśniakiewicz – „Czarna zaraza spada z nieba?...” w „Wizjach Peryferyjnych” nr 4/1996. [362] Co więcej – istnieją choroby, którymi zwierzęta zarażają się od ludzi – jak np. wszystkie infekcje grypo-podobne górnych dróg oddechowych. [363] Wirus jest pasożytem i jego strategia przetrwania zakłada jak najdłuższe życie w ciele nosiciela, ale tak to do końca nie jest, gdyż istnieją wirusy, które zabijają swego żywiciela od razu, jak np.: wirus grypy hiszpanki, wirus Yellow Fever, wirus O’Ngyong, wirus Lassa Fever, wszystkie szczepy wirusa gorączki krwotocznej Ebola, wirusy HIV, itd. itp., których letalność stanowi dowód na to, że mogły one zostać stworzone po to, by zabijać tylko i wyłącznie człowieka. Wszystkie one pochodzą z afrykańskich i amerykańskich dżungli, w których mogą się znajdować antyczne laboratoria i składowiska różnych antycznych BMR. [364] Sensownym także wydaje się pomysł, że odwiedzają nas mieszkańcy legendarnej Shamballi-Agharty, którzy mieszkają wewnątrz naszego globu. Dla nich promieniowanie Słońca i atmosfera mogłyby być szkodliwe i dlatego musieliby poruszać się po powierzchni Ziemi w ciśnieniowych i klimatyzowanych skafandrach chroniących ich przed rozrzedzoną i chłodną atmosferą, z oczami przysłoniętymi okularami, które filtrowałyby promieniowanie naszej gwiazdy dziennej... [365] Rdz. 1,26. [366] Rdz. 6,1-2 i Rdz. 6,4. [367] Typowym przykładem mógłby tu być Yeti. Eksperymenty te mogły obejmować też i zwierzęta, dzięki czemu powstawały różne mutanty w rodzaju potworów z mitów greckich i innych: smoki, pegazy, chimery, etc. etc. [368] Właściwie powinno się o nich mówić „nowi ludzie” lub „ludzie drugiej generacji”, wszak powstali wskutek eksperymentu genetycznego „ludzi pierwszej generacji”. [369] Wacław Biliński w swej powieści sensacyjnej „Bakteria 078” opisał prace Japończyków nad bakteriami dżumy prowadzone przez gen. Ishii Shiro w tajnym ośrodku badań nad bronią bakteriologiczną w okolicach Harbina (Mandżuria), który po wojnie Amerykanie przekształcili we własne centrum badań bakteriologicznych, osławioną JW 731. |
|||||
|
|
| Czytelników na stronie: |
|
Copyright
© Wiesław Matuch -
kontakt
Wrocław 2001 System Miłości Narodów
Strona SMN posiada drugi adres:
http://smn.klm.net.pl/