Pogoda

Strona główna SMN

Robert Leśniakiewicz

Centrum Badań Zjawisk Anormalnych -  Nowości

Biografia R. Leśniakiewicza


Książki

Bogowie Atom. Wojen cz.1
Bogowie Atom. Wojen cz.2
Bogowie Atom. Wojen cz.3
Bogowie Atom. Wojen cz.4

Projekt Tatry - część I
Projekt Tatry - część II

Operacja Ziemia

Spotkania z Obcym

Oczy Cesarzowej Sissi

Zbierając meteoryty

PKrassa - Największa zagadka stulecia
Z Archiwum H&X - jtx
Bolid Syberyjski - jtx

MILOS JESENSKY & ROBERT K LEŚNIAKIEWICZ - Tajemnica Księżycowej Jaskini

Powrót do Księżycowej Jaskini

 

 

SM

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN

Rozdział VIII - TEMPLARIUSZE A BMR

 

Pierwsze spotkanie z Bafometem - Historia na opak: Bomba A w rękach Templariuszy - Ognisty chrzest, albo porażka sułtana Bajbarsa - Zwycięstwo pod Bagdadem - Armia Templariouszy w państwie Dżyngiz Chana - Upadek Chana Chanów - Ostatni rozkaz Guillame’a de Beaujeau.

 

A to było tak:

Guillaume de Beaujeau stał nieruchomy jak posąg mając na wszystko baczenie. Zauważył, że Bajbars został ze swoją jazdą z tyłu i jego proporce utworzyły tam zieloną plamę. Sztywność wnet go opuściła i zwrócił się nagle ku jednej z balist, którą żartem zwano >>Szkaradną Siostrzyczką<<, i osobiście włożył do łyżki na końcu jej ramienia jeden z magicznych pocisków. Obsługa machiny bojowej starannie wycelowała według jego wskazówek. Dowódcy pozostałych machin zachowali się dosłownie według jego rozkazu.

Atakujący się przybliżali. Już można było ujrzeć śniade twarze, krótkie brody i pogardliwe uśmiechy na wargach.

Potem chorągiew Baussanta dwukrotnie się pochyliła. uwolnione ramiona balist rzuciły w dal swój śmiercionośny ładunek i... - i to, co potem nastąpiło przypominało Apokalipsę. Wybuchy atomowych granatów urządziły w szeregach Mameluków straszliwą rzeź. Rozerwane wybuchami ochłapy mięsa latały wokół. Potworny błysk niebiesko-białego światła oślepił saracenów, zgromadzonych od szczytu aż po mury miasta.

Potem podniosły się ogromne wirujące obłoki pyłu, które zaćmiły słońce. Niektórzy się obawiali, że ono zgaśnie zdmuchnięte tym strasznym wybuchem.

 

Francuski pisarz Pierre Barbet, który ten niesamowity opis starcia armii Templariuszy uzbrojonej w atomowe pociski, z wojskami sułtana Bajbarsa umieścił w drugim rozdziale swej zajmującej powieści z gatunku historical fiction pt. „Państwo Bafometa”[178], jest bez wątpienia autorem z niezwykłą inwencją. Ta ostatnia - jak to wynika z podziękowania we wstępie do jego książki - wynikała ze znajomości z niekonwencjonalnym historykiem dr Jean-Claude Laburthem, który był bardzo pomocny przy wymyślaniu fabuły do tego dzieła. Co właściwie zainspirowało francuskiego autora do opracowania alternatywnej historii wypraw krzyżowych i wyposażenia ich - średniowiecznych rycerzy - w broń atomową? I tutaj właśnie zaczyna się szukanie nietradycyjnych odpowiedzi na pytania, o których szkolne podręczniki historii milczą jak zaklęte...

Jak powszechnie wiadomo, wojenny zakon Templariuszy założono z inicjatywy francuskiego rycerza Hugona de Payns i jego przyjaciela Godefroia de Saint-Omera na przełomie lat 1118 i 1119. O tym pierwszym mamy bardzo skąpe informacje. Hugo de Payns urodził się - jak to wynika z jego nazwiska - w Payns, około roku 1080. Był on członkiem Rady Szampanii i to nie byle jakim, bo jego podpisy figurują na dwóch ważnych dokumentach hrabiego z Troyes. Na jednym z nich, datowanym 21 października 1110 roku, podpisał się on jako Hugo Paenz, na drugim zaś jako Hugo de Paenciis. Powszechnie panuje pogląd, że uczestniczył w I Wyprawie Krzyżowej hrabiego Bloisa de Champagne. Całkiem dobrze znał Goddfrieda de Boullion i jego dwóch braci: Balduina (Baldwina) i Eustachego de Boulogne oraz ich bratanka Baldouina de Bourg, hrabiego Edessy, który przyjął koronę Jerozolimy pod imieniem Balduina II.

Wydaje się, że powrócił on na Zachód w latach 1104-1105 wraz z Hugonem de Champagne. Był żonatym i miał jednego syna Theobalda de Pahons, który w 1139 roku został opatem klasztoru oo. Cystersów w Sainte-Colombe-de-Sens.[179]

Jeszcze mniej wiemy o tym, jaki był bezpośredni powód, który nakazał francuskiemu szlachcicowi utworzenie nowego zakonu Templariuszy - Rycerzy Świątyni - a dokładniej: Fratres Militae Templi - Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis.

Książka Barbeta przenosi nas do października 1118 roku, do Wschodniego Lasu pod miasteczkiem Troyes:

Hugon de Payns ścigając dzika wraz z czterema psami zapuszcza się coraz dalej i dalej w głąb dzikiej puszczy. Mroczny las ustępuje moczarom i na ich skraju jeźdźca oślepia nagły, silny błysk, który płoszy konia. Jeździec spadając z konia traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, widzi, że zapadła noc i na niebie świeci jasny Księżyc. Powierzchnia jeziora wzburzyła się, a z głębin bagniska występuje jakaś metalowa kula, w której ukazuje się okrągły otwór, z którego bucha szkarłatne światło, na tle którego ukazuje się jakaś astralna sylwetka:

Przerażony Hugo de Payns ujrzał diabelskie stworzenie. Lewicą przeciera szeroko otwarte ze zdumienia oczy, jakby się chciał upewnić, że nie ma do czynienia z nocnym koszmarem. Przed nim, o kilka kroków, stoi dziwna istota z gołą czaszką, z której wychodzą dwa krótkie rogi. Jej dłonie z pazurami obejmują metalową krawędź luku. Wydaje się, że ten karzełek jest taki mały, ma małe piersi, ale z grzbietu wyrastają mu dwa skrzydła. Jakby ożył stary rysunek - demon z piekła rodem wyszedł, by kusić dusze chrześcijan...

Kosmita - bo idzie właśnie o niego - który rozbił swój statek na Ziemi stał się rozbitkiem kosmicznym - kazał się nazywać Bafometem i nawiązuje dialog ze zszokowanym rycerzem, któremu wyjaśnia swą sytuację i wciągnie go do współpracy.

Krótkie wyjaśnienie: słowo Bafomet czy też Baphomet pochodzi z arabskiego abu fihamet, które w maurskiej Hiszpanii wymawiano jako ‘bufimihat, co oznacza tyle, co ojciec mądrości czy ojciec zrozumienia, co jeszcze inaczej można przełożyć jako źródło mądrości. Inne wyjaśnienie uważa, że chodzi tutaj o anagram imienia Mahomet czy Mohamad - dlatego we francuskiej Lagwendocji muzułmanów nazywano Bafomerianami.

Za to, że Hugonowi ludzie będą przynosili różne rzeczy mu potrzebne, Hugon stanie się Wielkim Mistrzem nowoutworzonego zakonu. Dziwna istota z Wszechświata dotrzymała słowa. Poparła złotem powstanie Templariuszy, którym szefuje Hugo de Payns, a po jego śmierci wspiera jego następców nie tylko grubymi sztabami złota, ale i posążkami, w których ukryto środki łączności, za pośrednictwem których mogli utrzymywać oni łączność nawet z najbardziej oddalonymi komturiami, a także dano im do dyspozycji BMR służące do prowadzenia wojny w Ziemi Świętej.

Na plus tej interpretacji Barbeta świadczy przede wszystkim tekst aktu oskarżenia przeciw Templariuszom, który podpisał papież w dniu 12 sierpnia 1308 roku. M.in. oskarżano ich o to, że:

... we wszystkich prowincjach modlili się oni do wizerunku głowy, która miała albo trzy, albo jedna twarz, której się Templariusze kłaniali i twierdzili, że ta głowa może ich uratować, i że daje zakonowi wielkie bogactwa...

Idola tego gdzie indziej opisuje się jako: ... miedzianą głowę odpowiadającą na wszystkie pytania w formie proroctw. Oczy głowy były jako rubiny jak jasne niebo, a powierzchnia była jako polerowane srebro pozłacane. Jest to Boży przyjaciel, który rozmawia z Bogiem, kiedy tylko zechce - a nazywa się BAFOMET - jak opowiadał jeden z przesłuchiwanych Rycerzy Świątyni.[180]

Templariusze także dotrzymują warunków umowy. W Bonlieu, Piney, Roysone i Bovy budują wojskowe obiekty, które bronią wstępu do lasu z moczarem przy Troyes, a Wielcy Mistrzowie rządzą wedle poleceń Bafometa. Radiostacje ukryte w każdej figurce w każdej komandorii umożliwiły Kosmicie sprawować kontrolę nad ludźmi Zakonu.

W 157 lat po spotkaniu Hugona de Payns z Bafometem, Pierre Barbet przenosi nas do roku 1275, kiedy to Guillaume de Beaujeau - ówczesny Wielki Mistrz Templariuszy - stoi na pokładzie okrętu flagowego, płynącego do Ziemi Świętej. W tym czasie komandorie w Europie przeżywają swój rozkwit, a egipski sułtan Bajbars wypiera chrześcijan z Caesarei, Jaffy i Antiochii... Z niegdysiejszego państwa Krzyżowców na Bliskim Wschodzie pozostał jedynie strzęp ziemi Trypolisu, Akki i Sydonu, którego suwerenność była stale zagrożona napadami pogan.

W tym czasie sytuacja polityczna Ziemi Świętej była stabilizowana dzięki umowie o przymierzu, zawartej pomiędzy księciem Edwardem a mameluckim sułtanem Rukn ad-Dinem Bajbarsem Bundukdarim z dnia 22 maja 1272 roku. O tym, że Bajbars mógł wbrew umowie zniszczyć państwo Krzyżowców koło Akki kiedykolwiek tego zapragnął, wyraźnie świadczy fakt, że zaraz po podpisaniu tego protokołu najął płatnego mordercę w celu zabicia angielskiego księcia. Morderca przebrany za chrześcijanina przeniknął w pobliże Edwarda i pchnął go zatrutym sztyletem. Wbrew temu, Edward nie zmarł i w ciągu kilku miesięcy Bajbars grał swą brudną grę aż do kończ, obłudnie życząc Edwardowi długiego życia i rychłego powrotu do zdrowia.[181]

Po krótkim postoju na Cyprze, gdzie wysłannicy Templariuszy odwiedzili króla Hugona III, do ich floty dołączyło następnych 5 okrętów, tak że do portu fortecy w Akkce przybiło 16 jednostek. Tutaj Guillaume de Beaujeau spotkał się z wysokimi rangą wojskowymi. Byli to Otto de Granson - dowódca kontyngentu króla angielskiego, dowódca francuskich Krzyżowców Jean de Grailly i Wielki Mistrz Zakonu Joannitów - Jean de Villiers ze swą świtą.

Na naradzie w sali kapitulnej, Wielki Mistrz Templariuszy przedstawił plan oswobodzenia Ziemi Świętej z rąk niewiernych poddanych sułtana Bajbarsa, przy którym zgromadzeni panowie wymienili zdumione spojrzenia. Czy Wielki Mistrz Templariuszy zwariował? No bo jak nazwać inaczej jego pomysł, aby nieliczne wojsko chrześcijańskie składające się z 2.000 konnych i 12.000 piechoty opuściło fortyfikacje i stanęło naprzeciw mameluckiej armii składającej się z 40.000 jezdnych i 100.000 piechoty? Guillaume de Beaujeau miał w rękawie tajnego asa. Zaprzysiągł swych rozmówców, i by pokazać im niszczącą siłę tajnej broni, dokonał on próbnej eksplozji jednego z atomowych granatów na wzgórzach Toron. Zszokowani oficerowie i ich wodzowie po obejrzeniu efektów wybuchu od razu przystąpili do realizacji templaryjskiego planu.

Plan ten zasadzał się do wypadu zjednoczonej armii składającej się z zakonnych wojsk Templariuszy i Joannitów wraz z kontyngentem anglo-francuskim i zaciężnym wzdłuż wybrzeży, ku twierdzom Pelerin i Nabulus (Nablus). Najgroźniejszą bronią miały być kołowe balisty i katapulty, których obsługa miała razić nieprzyjaciela przy pomocy pocisków „magicznego ognia”, a celem miała być każda większa grupa wojsk Bajbarsa. Poza tym jeźdźcy mieli przy pomocy ręcznych wyrzutni granatów pustoszyć szeregi nieprzyjaciela małymi ładunkami wybuchowymi, i tymże sposobem mała ilość wojsk własnych mogła zadać nieprzyjacielowi straszliwe straty, pomimo 6-krotnej przewagi tego ostatniego.

Po trzydniowej mobilizacji, wojsko Krzyżowców przeszło przez bramę św. Antoniego i udało się po wydmach na wybrzeże. Pierwsze godziny marszu - jak należało oczekiwać - nie przyniosły żadnych ciekawych wydarzeń, poza piekielnym żarem dnia, który musieli znosić aż do pierwszego popasu w Hajfie, nad zatoką pod górą Karmel.

W pobliżu miasta rozbito obóz mimo lecących strzał z jego murów, zaś mieszczanie wzywali pomocy od sułtana Bajbarsa. Ten zaś musiał poczekać kilka dni na zebranie swych wojsk, i tak mieszkańcy Hajfy za murami nie robili sobie żadnych złudzeń.

Tymczasem Wielki Mistrz nie miał zamiaru tracić czasu na zdobywanie Hajfy, więc pozostawił pod murami miasta niewielki oddział do blokowania miasta, a sam pociągnął ku Jaffie. Szybko przebył górę Karmel, Mt. Pellerin i także Caesareę. Przekroczyli płytkie rzeki ciągnące od Gór Samaryjskich i wstąpili na szarońską równinę.

I następna dygresja. Kraj, przez który szła armia Krzyżowców był w przeszłości teatrem niejednej wojny. W działaniach wojennych z lutego 1264 roku, Bajbars po czterech dniach oblężenia zdobył i zrównał z ziemią Caesareę i to samo zrobił z Hajfą. Po nieudanym oblężeniu templaryjskiej twierdzy Athlit zaatakował on joannicką twierdzę Arsuf, które twardo broniły trzy setki obrońców. Kiedy po poniesieniu ciężkich strat rycerze poddali się na podstawie bajbarsowskiego słowa honoru, o wyjściu wolnymi z miasta - nie wyszli spod murów żywymi...

Guillaume de Beaujeau liczył się z tym, że zaraz się zaczną poważne problemy. Alarm ogłoszono, muzułmańska armia powoli przybliżała się do linii Krzyżowców. Krzyżowcy musieli co rychlej dojść do brzegów Yarqonu, by uzupełnić swe zasoby wody, zaś flotylla dowodzona przez Karola de Anjou płynęła wzdłuż brzegu, by ubezpieczać atak od strony wody.

W dziesiątym dniu po wyjściu z miasta, chrześcijanie przekroczyli Yarqon i z usianego grobami wzgórza ujrzeli białe mury Jaffy.

Drogę do jej bram blokowała armia mamelucka tak ogromna, że okrzyki wojenne zamarły im na ustach. Krzyżowcy szybko przygotowali się do ataku przy pomocy miotaczy. Bajbars nie bawił się w przygotowania i pchnął swe wojska do ataku. W tej chwili Wielki Mistrz dał rozkaz do ataku atomowymi granatami - resztę znamy z początku tego rozdziału...

Nawet z tej odległości można było zobaczyć białe zęby na czarnym tle spalonego mięsa. Kilku mężczyzn, którzy jakimś cudem przeżyło ta gehennę atomowego ataku, leżało na ziemi. Byli wstrząśnięci nagłą i straszliwą katastrofą. Kilka stosów ciał paliło się, a gęsty dym kładł się nisko na ziemię, jakby chciał zakryć ten straszny widok. Gdzieś z dala galopowały konie bez jeźdźców. Zapadła martwa cisza...

Rycerze doszli do miejsca ataku. Obeszli jeszcze dymiące kratery i przechodzili koło stosów trupów. Ludzie i konie przemieszali się ze sobą, ze zwęglonych ciał dochodził straszliwy fetor palonego mięsa. Kości pokrywały strzępy spalonej i spieczonej skóry. W tej masie nie można było rozpoznać trupa sułtana, ale tak czy inaczej Bajbars był już tylko przeszłością i Krzyżowcom już nikt nie mógł stawić oporu.

W rzeczywistości Bajbars zmarł w lipcu 1277 roku, po nieudanej wyprawie przeciwko Mongołom i Turkom Seldżuckim w Cylicji. Jego koniec był taki sam, jakim było jego życie. Tradycja mówi, że zmarł po wypiciu zatrutego kumysu, który sam przyprawił dla swojego wroga, a potem przez pomyłkę wypił - co zakrawa na kiepski dowcip o szczycie roztargnienia - sic!

Saraceńscy dowódcy Jaffy zdecydowali się bronić za murami swojego miasta, ale kiedy zdetonowano im nad głowami jeden z mniejszych granatów atomowych, to nie było już w Jaffie człowieka, który stawiłby nawet symboliczny opór... Krzyżowcy wtargnęli do otwartego miasta i rozpoczęła się masakra, po której krew płynęła ulicami, jak woda deszczowa po oberwaniu chmury.

Omni principium grave - każdy początek jest trudny - ale w czasie, kiedy zdobycie Ziemi świętej stało się faktem dokonanym raz rozwinięta spirala wydarzeń nie mogła się już zatrzymać. Armia Krzyżowców zaczęła odprawiać swój tryumf, a tymczasem Guillaume de Beauajeau zwołał kolejna naradę wojenną. Według tajnych instrukcji Bafometa, które był otrzymał drogą radiową, przedstawił im dalsze interesujące plany wojenne. Ku zdumieniu swych towarzyszy broni, powierzył on pacyfikację Ziemi Świętej tajnym rywalom Templariuszy - Joannitom i chrześcijańskim rycerzom najemnym. Templariusze mieli zaokrętować się na pokłady galer, które uczestniczyły w boju o Jaffę i przeprawić się morzem do Aleksandretty[182], skąd mieli oni pociągnąć przez księstwa Antiochii[183] i Edessy[184] do Chanatu Abakańskiego w Persji, a po zniszczeniu jego armii zaatakują Chanat Kajduwu, który rozciągał się na południe od jeziora Bajkał. A dalej - jak przekonywał swych rozmówców Gillaume de Beaujeau - należy zniszczyć samego wielkiego Chiubilaj Khana (Kubłaja Chana) - a kiedy to się stanie, wiara w Chrystusa będzie rozszerzona od Syrii do granic Kathaju![185]

Usiłowania połączenia chrześcijańskich królestw z państwem Wielkiego Chana datują się już od pontyfikatu papieża Innocentego IV, który w 1245 roku wyprawił poselstwo kierowane przez franciszkanina fra Giovanniego de Plano Carpiniego, w celu nawrócenia Wielkiego Chana na prawdziwą wiarę. Kujukchan, który w Karakormie przyjął poselstwo Innocentego IV nakazał o. Carpiniemu, by powiedział papieżowi, że uznaje go za swego poddanego i by mu dał pokłon. Następną misję posłał francuski król Ludwik IX za pośrednictwem franciszkanina o. Williama Rubroeka. Ojciec William w latach 1253-1255 pokonał drogę liczącą 17.000 km na dwór Manguchana do Karakoramu i z powrotem po to tylko, by powrócić do kraju z listem mówiącym, że Ludwik IX ma oddać podobny hołd Wielkiemu Chanowi w każdym roku...

Jedynym problemem było to, że Templariusze mieli ograniczoną ilość broni atomowej i temu faktowi musieli oni podporządkować wszystko - w tym swą strategię. By tak się nie stało - chodzi o brak atomowych granatów - doszło do rozmowy z bratem parającym się alchemią - o. Joubertem, dzięki któremu Wielki Mistrz miał nadzieję, że uda się mu je pomnożyć. Ojciec Joubert mu to przyrzekł, a że był on znawcą dzieł Arnaldo de Villanova, wedle których cała materia jest wytworzona z pierwotnej substancji zwanej prima materia albo też lapis philosophorum przy pomocy którego można strukturę dowolnej materii.

Arnaldus de Villanova żył w latach 1235-1312 był przesławnym lekarzem i znawcą hermetycznej wiedzy, która studiował w krajach arabskich i Hiszpanii. Jego najbardziej znane dzieło - „Rosarium philosophorum” zawiera 9 monumentalnych traktatów alchemicznych o multiplikacji.[186] Z kolei Albertus Magnus von Böllstadt żył w latach 1193-1280 i jest uznany za ojca chrzestnego europejskiej alchemii, (za co przyznano mu Koronę Adeptów), której był bez reszty oddany i przeświadczony o jej słuszności jako metody badawczej, co wynika zresztą z jego traktatu „De mineralibus”.

O. Joubert spotkał się przed kilku laty z saraceńskim lekarzem Dżafarem, który studiował rękopisy al-Gebera[187], arabskiego alchemika z VIII wieku. Opisywał on tam cudowną i przedziwną skrzynkę, która powielała włożone do niej przedmioty. Ba! - co więcej - skrzynkę tą saracen wydobył z wraku jakiegoś diabelskiego statku, który zniszczony po żarem walał się na pustyni opodal Aleksandretty. A wszystko wskazywało na to, że był to statek identyczny z tym, który spadł z Bafometem na pokładzie nieopodal Troyes. Było więc czymś oczywistym, że Guillaume de Beaujeau nakazał o. Joubertowi dopaść magiczną skrzynkę za każdą cenę!

Arabskie źródło tej informacji nie powinno nas zbytnio dziwić, bowiem alchemię poza Grekami szerzyli właśnie Arabowie, NB sama nazwa alchemia wywodzi się z arabskiego al-khemeja, a słowo khemeja wywodzi się od nazwy Khem - a kraj Khem to Egipt...

Z dzieł arabskich najbardziej znane jest dzieło Gebera, które wywarło ważki wpływ na europejska alchemię i zawiera 22 traktaty m.in. „o życiu metali” i transmutacji, czyli przemianie zwykłych metali w złoto i srebro.[188] Legenda mówi, że w końcu Geber dał sobie spokój z alchemią ogłaszając, że znalazł sposób na robienie złota, i... został lekarzem, co przyniosło mu większe bogactwo, niż niejednemu Krezusowi!

Po krótkiej żegludze Krzyżowcy, którzy zaokrętowali się w Jaffie, wylądowali u ujścia Orontu, w małym porcie Saint Simeon, a nie w Aleksandrettcie. Wielki Mistrz nie chciał wywoływać w mieście paniki przybyciem templaryjskiej floty, w czasie której Dżafar mógłby uciec z miasta wraz z bezcenną skrzynką, przeto pozostawił jedną jednostkę pod wodzą seneszala Jeana de Grailly’ego - a sam pociągnął ku Aleksandrettcie. Jeden celnie uplasowany pocisk rozniósł w drzazgi bramę miasta i po chwili poszukiwań Krzyżowcy wpadli do domu alchemika Dżafara, którego zawlekli przed oblicze Wielkiego Mistrza. I tutaj o. Jobert wraz z Wielkim Mistrzem dowiedzieli się, jak jego dawny znajomy wszedł w posiadanie tajemniczej skrzynki z biało-błękitnego metalu, którą przyniósł ze sobą.

Kiedyś tam, w 1270 roku, Dżafar obserwował niebo z konstelacjami Zodiaku i zobaczył na nim ognisty ślad. Wydawało mu się, że przedmiot, który go zostawił, spadł gdzieś na pustynię w okolicach Aleksandretty. Na prośbę Dżafara emir rozkazał swym gwardzistom znaleźć i przynieść do miasta ów przedmiot, ale to nie było możliwe, gdyż rozgrzany był do czerwoności i częściowo zaryty w ziemi.

Kiedy przedmiot ostygł, niewolnicy zaczęli go odkopywać. Dżafar, który spodziewał się kamienia bogatego w żelazo, jakie od czasu do czasu spadają z nieba, był przeświadczonym o słuszności swego wyjaśnienia. Wydawał się to potwierdzać rdzawy kolor powierzchni kamienia, jaki się pojawił po odrzuceniu warstw piasku, a kiedy otwór się powiększył, to uczony zorientował się, że idzie o statek w kształcie walca zakończonego kuliście. Statek, który spadł z nieba pękł, i można było wejść poprzez szczelinę do środka. Dżafar oczywiście tak uczynił z lampą oliwną w ręku. Z wnętrza dobywały się jakieś opary i wciąż było tam gorąco. Na pokładzie było wszystko zniszczone i lekarz znalazł tam tylko zwłoki pilota. Innych ciał nie było. Dopiero na drugim końcu statku znalazł innych załogantów. Trupy ich leżały w długich, przeźroczystych walcach, które w czasie katastrofy roztrzaskały się i zmieniły w gruz wraz z innymi szczątkami aparatów i przyrządów, który tarasował przejścia i dalsze przestrzenie wewnątrz statku. Potem Dżafar musiał wyjść, bowiem zaczął się dusić, a przez następny miesiąc nie był w stanie penetrować statku, bowiem zapadł był na dziwną chorobę, na którą nie było lekarstwa.

Cudowną skrzynkę znalazł dopiero w czasie czwartej wizyty na pokładzie wraka, w skrytce w podłodze, pokrytej białą warstwą ochronną. Odłożył ją na bok i przez tydzień jeszcze badał i eksplorował nieznany statek, który musiał pochodzić spoza naszego świata. Ciała załogantów rozkładały się tak szybko, że nie mógł ich zbadać, więc zabrał skrzynkę i opuścił statek, który na rozkaz emira zasypano piaskiem.

Dżafar długo myślał nad tym przyrządem, aż odkrył jego zdolności multiplikacyjne które to odkrycie zachował dla siebie, jakby znajdował się w nim ów lapis philosophorum czy quinta essentia - o której pisał Geber. Skrzynka potrafiła idealnie zduplikować każdy przedmiot włożony do niej. Wytwarzała ona idealna kopię nie tylko przedmiotów martwych, ale i istot żywych! Lekarz potem często używał jej do produkcji złotych monet i w ten sposób doszedł do znacznego majątku, który umożliwił mu potem uniezależnienie się i badania alchemiczne, aliści po miesiącu skrzynka utraciła swoją moc i dlatego Dżafar dał ją bez żalu Wielkiemu Mistrzowi zwłaszcza, że ten zapłacił mu za nią tyle złota, ile sama ważyła.

Wkrótce potem cała armia zaczęła maszerować brzegiem Orontu, z którego skręciła ku Eufratowi i doszła do Edessy. W czasie marszu nie wynikły żadne problemy i Antiochia została zdobyta bez walki.

Antiochia była pierwszą wielką metropolią - poza Edessą - której zdobycie w 1268 roku przez Bajbarsa po dwóch wiekach chrześcijańskiego panowania było dla państwa Krzyżowców niebywałym ciosem. Masakra, która miała miejsce po tygodniowym oblężeniu, zaszokowała nawet zaprawionych w bojach i krwawych widowiskach muzułmanów. Aby nikt z mieszkańców miasta nie uniknął śmierci, Bajbars nakazał starannie zamknąć bramy miejskie...

Tymczasem o. Joubert na krytym wozie stworzył laboratorium, gdzie w dzień i w nocy pilnie pracował.

Wielki Mistrz Joannitów Jean de Villiers wysłał posłów, którzy oznajmili Krzyżowcom, że Grób Pański jest oswobodzony i że Ziemia Święta należy do Europejczyków. Armia pod wodzą Guillaume’a de Beaujeau przeszła 200 km w 12 dni, doszła do brzegów Eufratu - i co za tym idzie - stanęła u granic Chanatu Abakowego. Przewidując przyszłe komplikacje, Wielki Mistrz pchnął jeden oddział do Edessy w celu zabezpieczenia tyłów swej armii i utworzenia zabezpieczenia logistycznego z Aleksandretty, zaś prawe skrzydło chroniła niegościnna syryjska pustynia. Wojska potem pomaszerowały dolina Eufratu na Bagdad, a po przekroczeniu granicy chanatu zaczęły realizować zamiar swego wodza, który chciał zdobyć imperium większe, niż wszystkie zdobycze Aleksandra Macedońskiego.

Wstąpieniem na ziemie perskiego ilchana zaczęła armia Templariuszy ofensywę na Bagdad, który Mongołowie okupywali już od 1258 roku. W tym roku ilchan Hülegu zdobył na czele ogromnej armii to legendarne miasto Orientu i wymordował 80.000 jego mieszkańców. Informacje o ofiarach nie są przesadzone, nowozelandzki historyk J. J. Saunders pisze o tym tak:

Także i dzisiaj, po siedmiu wiekach, ten największy ze wszystkich nomadzkich ataków na cywilizację ma w sobie coś wywołującego strach i grozę. Na straszliwej scenie krwawych ruin odbywał się potworny dramat, jakiego jeszcze nie widziano od czasów rzezi asyryjskich, a który można było porównać jedynie z masowymi mordami XX wieku, kiedy to hitlerowscy mordercy pozbawili życia miliony osób.

Można dodać do tego także stalinowskich, pol-potowskich i innych siepaczy, by obraz był pełny...

Dalszy marsz był od czasu do czasu przerywany przez potyczki z niewielkimi siłami lekkiej mongolskiej jazdy, ale nie był to liczący się opór. Anbarę zdobyto, ale była cała w płomieniach tak, że żołnierze nie mogli odpocząć po marszu, w którym dziesiątkowały ich choroby, aż do 2/3 pierwotnej ilości.

15 sierpnia 1275 roku, Krzyżowcy ujrzeli przed sobą białe mury, pałace i minarety legendarnego Bagdadu, który był opanowany przez wojska mongolskie. Te natychmiast otoczyły wojska Templariuszy. Krzyżowcy postawili mury, za którymi ukryli balisty. Piechota otoczyła je wokół i żołnierze w przyklęku zaparli drzewca włóczni ukośnie do przodu, co mogło powstrzymać mongolską jazdę.

Trzeba nam wiedzieć, że najniebezpieczniejszą częścią mongolskiej armii była jazda na małych, lekkich i wytrzymałych konikach. Każdy wojownik miał do dyspozycji 4-6 koni, które pokonywały do 160 km dziennie! Każdy z nich miał wyposażenie dla jeźdźca na 4-6 dni. To właśnie dzięki temu mongolska jazda była tak piekielnie skuteczna w starciu z ciężkimi i nieruchawymi formacjami europejskiej piechoty i jazdy.

Guillaume de Beaujeau kazał się podnieść w koszu jednej z balist w górę, by rozeznać sytuację. Mongołowie byli dobrze poinformowani o śmiercionośnej broni Templariuszy i dlatego rozśrodkowali się na niewielkie grupki. Nowinką były chińskie wozy bojowe z łucznikami i długimi kosami na piastach kół. Na najeźdźców czekało już ponad 100.000 mongolskich jeźdźców, piechocińców i łuczników. Templariusze znaleźli się w pułapce. Nieprzyjaciel wykopał wokół nich głębokie rowy wypełnione ropą naftową, a po prawej stronie mieli oni Eufrat, którego brzeg mrowił się od łuczników. Mongołowie zapalili cysterny z ropą, której gęsty dym w mgnieniu oka otoczył pierwsze szeregi chrześcijańskiej armii.

W scenariuszu Pierre’a Barbeta, Wielki Mistrz błyskawicznie połapał się w sytuacji i zmienił plan. Rozkazał przetoczyć wszystkie miotacze ku wodzie, a dwa z nich miały strzelać do łuczników, którzy bronili przeciwległego brzegu.

Rozkazy wykonano w ulewie mongolskich strzał, ale udało się je wykonać tak, że atomowe granaty wybuchły już po chwili na nieprzyjacielskim brzegu. Wielki Mistrz był bez ochyby mistrzem improwizacji, co zawdzięcza fantazji Barbeta. Eksplozje atomowych ładunków zmieniły bieg rzeki, która szeroko rozlała się po równinie na północ od pola bitwy i zmusiła jazdę Mongołów oraz ich wozy bojowe do cofnięcia się. I tym sposobem Templariusze zabezpieczyli sobie tyły.

Rycerska jazda przekroczyła rzekę i oczyściła brzeg z łuczników, którzy przeżyli atak atomowymi pociskami. Tymczasem piechota zajęła stanowiska obronne za murem wozów, plecami do rzeki.

Abaka-chan i jego dowódcy zostali literalnie zaskoczeni i zawahali się - a ich wahanie dało czas rycerzom na uderzenie od południa na tyły armii mongolskiej - jej sił głównych. Chan wydał rozkaz uderzenia na wozy Templariuszy, ale kiedy jeźdźcy przybliżyli się na odległość strzału miotaczy, dosłownie wyparowali w oślepiających błyskach i słupach pyłu w kształcie grzybów powstałych po pierwszej salwie balist. W tej chwili rycerze wpadli na tylne linie chańskiego wojska i obrzucili je lekkimi ładunkami atomowymi z granatników. Efekt był straszny - armia mongolska została rozbita, a ich wódz martwy.

Bagdad poddał się bez walki, a Guillaume de Beauajeau potwierdził to, że następczynią tronu jest małżonka Abaka-chana, która była chrześcijanką i córką Michała Paleologa.

Takie mieszane małżeństwo nie było wyjątkiem w imperium mongolskim. Już w 1254 roku, z chrześcijanką był żonaty władca Mongołów - Möngke-chan, zaś w Persji poprzednik Abaki - ilhan Hülego był także żonaty z dziewczyną chrześcijańskiego wyznania. Także matka Wielkiego Chana była głęboko wierzącą chrześcijanką, co wszakże nie przeszkodziło temu, by pewnego ranka powróciła po Mszy św. tak pijana, że ledwie trzymała się na nogach. Jej wygląd głęboko wstrząsnął o. Williamem Rubroekem, który wychowywał na dworze chana jej syna Mangu-chana.

Przejęcie władzy przebiegło bez zakłóceń i Templariusze wyciągnęli z tego znaczne korzyści, bowiem jej państwo stało się bazą wypadową do dalszych podbojów Templariuszy na Wschodzie.

Po padnięciu Bagdadu, Wielki Mistrz zdobył także port w Basrze (Balsorze), ale zakazał niszczyć ten kwitnący port i handel morski. Oczarowany cudami orientalnego miasta i jego heterami, odaliskami, bajaderami - Wielki Mistrz strawił tam czas na przemyśliwaniu i studiach relacji tej garstki Europejczyków, którzy przeniknęli do serca Azji: dwóch misjonarzy franciszkańskich - Williama Rubroeka i Giovanniego Carpiniego, a także dwóch Wenecjan - braci Niccola i Matteo (Marco) Polo. Znano już wtedy szlaki karawanowe, więc pochód armii z balistami i ciężkimi wozami wymagał dokładnego opracowania zaplecza logistycznego - czegoś, co dzisiaj fachowo nazywa się GZT - Gospodarczym Zabezpieczeniem Tyłów - i połączenia Bagdadu z Aleksandrettą.

Frater Joubert ponownie pocieszył go tym, że udało mu się przestawić środki łączności ukryte w posążkach Baphometa tak, by mogli je używać do własnych celów dowódcy armii Krzyżowców, jednakże wciąż nie udało mu się wyjaśnić zagadki multiplikatora.

Otto de Granson zameldował przy pomocy posążka Baphometa zdobycie Basry, zaś marszałek Pierre de Sevry o pacyfikacji ostatniego, nie obsadzonego terytorium Chanatu Kajdu. Ze względu na to, że w połowie października trudno było rozpocząć skuteczną ofensywę, Wielki Mistrz zdecydował przesunąć swe wojska do Savy nad brzegami jeziora Gelechelan, po prawej stronie mając pustynię Deszt-i-Kervi przekroczył granicę Kurdystanu. W Bagdadzie pozostawił garść rycerzy pod wodzą swego seneszala i wszystkich tych, którzy przyłączyli się do wyprawy krzyżowej. Tym sposobem pozostawił tam nowicjuszy, a sam na czele zaprawionych w bojach wiarusów - tworzących armię uderzeniową - ruszył do przodu.

Po przezimowaniu i regeneracji sił, armia Templariuszy wyruszyła z Savy w dniu 11 kwietnia 1275 roku na podobieństwo długiego, żelaznego węża uosabiającego niezwyciężoną siłę. Równy krok i śpiew dzielnych i dziarskich wojaków podnosił morale i dodawał im ochoty do nowej krucjaty. Jak dotąd, to tryumfy Guillaume’a de Beaujeau spoczywały w małych figurkach Baphometa, które pomagały mu się połączyć z komturiami, i tajna łączność z Asasynami - członkami tajnej sekty Starca z Gór, którzy zbiegli przed masakrą, jaką chcieli im urządzić Mongołowie. Ci zaprzysięgli wrogowie państwa chanów działali jako grupy dywersyjno-rozpoznawcze na terenach chanatów Kajdu i Kubłaja-chana.

Starzec z Gór, to pseudonim perskiego wodza Hassana-i-Sabbaha z XII wieku, który toczył niewypowiedziane wojny ze swymi mameluckimi sąsiadami na tronie. To właśnie od jego imienia utworzono potem dwa słowa: haszysz (z angielskiego hashish) i morderca - asasyn (w wielu europejskich językach słowo as(s)assin(o) znaczy po prostu morderca, zabójca, skrytobójca). Starzec z Gór tumanił młodzieńców haszyszem i podstawiał im młode i ładne kobiety wmawiając im, że są w raju i że jeżeli dobrze wypełnia swe zadanie, to powrócą doń. Najczęściej chodziło o skrytobójstwa, a także o szpiegostwo.

Templariusze przekroczyli szybko granicę Chanatu Kajdu na starej trasie karawanowej i kiedy dotarli do Mulektu na południe od jeziora Geluchelan, ruszyli pięknym, urodzajnym i zielonym krajem z sadami i pastwiskami. Po sześciu dniach doszli do Szibaganu, a w Talabanie zaopatrzyli się w sól niezbędną do konserwowania mięsa z upolowanej zwierzyny. Po kolejnych sześciu dniach doszli do prowincji Badachszan, gdzie wzbogacili się mnóstwem srebra i kamieniami podobnymi do rubinów.

Asasynowie przynieśli wieści, według których silne załogi mongolskie obsadziły twierdze Kajdu Jarkenda i Chotan, które połączyły się z siłami syna Kubłaja-Chana - Nomukana, którego to chan chciał posłać do boju przeciwko Krzyżowcom.

Wielki Mistrz przy pomocy środków łączności Baphometa rozkazał seneszalowi Jeanowi de Grailly’emu obsadzić Samarkandę i tym sposobem osłonić lewe skrzydło swej armii przed następującymi na nie wojskami generała Bajana.

Postępy marszu były coraz mniejsze. Krzyżowcy opuścili Badachszan i wzdłuż rzeki Pjandżu dotarli do Pamiru i zaczęli się wspinać na górski płaskowyż. Tutaj pogoda była chłodna i od gór wiały lodowate wiatry, jezioro Sirikool (Siri-kul) było zupełnie zamarznięte i Krzyżowcy zaczęli cierpieć na odmrożenia. Na dotarcie do prowincji Kaszgar musieli oni zużyć aż 50 dni! Mongołowie nie atakowali, więc z tej strony Templariusze nie mieli problemów.

Sytuacja Templariuszy przedstawiała się następująco: na prawym skrzydle armii Krzyżowców znajdowały się ośnieżone szczyty gór Kaszmiru, przed nimi wojska Chanatu Kajdu, za nimi Pamir, a na lewym skrzydle czatowały siły Namukana. Wielki Mistrz życzyłby sobie spotkania z obiema armiami mongolskimi oddzielnie, dlatego też rozkazał marszałkowi, by z częścią wojsk pomaszerował na północ - ku Uzbekistanowi - i związał walką wojska Namukana. Swe główne siły zgromadził w obozie wybudowanym w okolicach Kaszgaru. Jednakże Kajdu-Chan nie palił się do ataku na dobrze broniony obóz Templariuszy, więc na rozkaz Wielkiego Mistrza armia runęła na pustynię Gobi. Jarkendę zdobyto bez walki, bo Templariuszy się tam tak bano, że Mongołowie poszli w rozsypkę pozostawiając na polu niedoszłej bitwy broń i machiny.[189]

Przy wypadzie w kierunku Chin zdobyli Kerię, gdzie Krzyżowcy dopadli ogromne zasoby jaspisu i chalcedonu przygotowane jako kontrybucja dla Kubłaja-Chana. Za Czarkalikiem czekały na nich pierwsze wydmy pustyni i zaczęli forsować to morze piasku. Wojsko dotarło do pierwszych studni, zgodnie ze wskazówkami przewodników, ale stało się coś, czego skrycie się wszyscy obawiali - studnie były zatrute.

 Przy pochodzie przez pustynie Azji, wojska Krzyżowców miały do czynienia z taktyką spalonej ziemi. Mongołowie zostawiali Europejczykom zniszczony kraj i zatrute studnie, co znacznie opóźniało ich pochód lub nawet całkowicie go hamowało. Poruszanie się ciężkozbrojnych rycerzy po piachu i w wysokich do +60-70oC temperaturach było prawie że niemożliwe, a głód i pragnienie zbierały swe żniwo. Najpierw padały konie, potem rycerze musieli się spieszyć i sprzęt oraz prowiant załadować na kozy, owce, psy i swe własne grzbiety. Podczas I Krucjaty ludzie brali ziarna trawy do ust i żuli je, by oszukać głód. Po obsadzeniu Antiochii doszło także do wypadków kanibalizmu - prymitywni Flamowie zjadali zabitych Turków, a kiedy trupów zabrakło - zabierali się za żywych...

Wielki Mistrz był w kontakcie ze swym marszałkiem i codziennie podawał mu swe położenie. W okolicach Samarkandy panował cały czas względny spokój. Kajdu-Chan nie dążył do walnej bitwy, tylko nękał Krzyżowców wojną podjazdową. Potyczkami, po których pozostawało na ziemi kilku Krzyżowców przeszytych mnogimi strzałami, kiedy nieopatrznie oddalili się spod ochrony konwoju...

Mongołowie z upodobaniem napadali na maruderów, którzy odłączali się od kolumny za potrzebą fizjologiczną. Te niezbyt dżentelmeńskie metody walki używane były w walkach pomiędzy Ryszardem Lwie Serce a armią Salatyna, w 1191 roku.[190] Mongołowie opanowali do perfekcji korzystanie z atutu swej znajomości pustyni i urządzali zasadzki na Krzyżowców przy studniach, które potem zakażali wrzucając w nie trupy poległych.

To jednak nie powstrzymało Krzyżowców i z każdym dniem armia była bliższa Tun-Chuangu. W 52 dni po wyjściu z Czarkaliku Templariusze wydobyli się wreszcie z piekła pustyni. Obwarowali się w ruinach miasta, które zniszczyli Mongołowie realizujący swą taktykę spalonej ziemi, wykopali nowe studnie i urządzili wielkie polowanie w celu uzupełnienia zapasów żywności.

Guillaume de Beaujeau dokonał pospiesznego bilansu sił i środków: pustynię przeszło 40.000 ludzi, wszystkie machiny bojowe, odzyskano większość koni i jucznych zwierząt. Na północy rozpościerało się miasto Chamil - centrum prowincji - a jeszcze dalej leżało stołeczne Karakorum. Wedle informacji Asasynów, w Chamil odpoczywała armia Kajdu-Chana po przejściu pustyni za Krzyżowcami, natomiast armia Kubłaja koncentrowała się w okolicach Szang-Czou, na północ od Cambałuku.

 W tym czasie do obozu Templariuszy zawitał poseł od Kubłaj-Chana - sam Marco Polo, który przyniósł im posłanie od Kubłaja. W tymże posłaniu Kubłaj-Chan oznajmiał, ze gotów jest zaakceptować Templariuszy i ich władzę w Mezopotamii i Transoxanii pod warunkiem, że nie będą się oni mieszać w ich interesy w Chinach. Wielki Mistrz, by zyskać na czasie, wyprawił do chana chanów własne poselstwo. Poza niektórymi darami, jak np. relikwiarz z drzazgą Krzyża Świętego i iluminowanej Ewangelii - dorzucili oni swe ultimatum, że Kubłaj może zachować swą władzę w Chinach wtedy i tylko wtedy, gdy poprzysięgnie on wierność i poddaństwo Wielkiemu Mistrzowi i papieżowi.

Posłowie Wielkiego Mistrza mogą mówić o szczęściu, gdy wyszli z pałacu chana chanów w Szang-Tu i nie zginęli, jak Asasynowie, których pochwycono i stracono, a których głowy dyskretnie wsunięto im zawinięte w korę.

W czasie, kiedy posłowie zmierzali ku chanowi, Guillaume de Beaujeau nakazał obsadzić Sü-Czou, a raczej to, co zeń zostało po spaleniu go przez Mongołów. Stąd pociągnęli oni ku Kan-Czou, przy czym widziany już z daleka słup dymu oznajmił im, ze Mongołowie nie zrezygnowali ze swej taktyki. Otto de Granson przedsięwziął kilka wypadów w okolicę, przez co zabezpieczył aprowizacje w postaci ryżu, co jeszcze uzupełniono mięsem upolowanych jaków, które ubito kopiami i strzałami.

Próby brata Jouberta z replikatorem poszły do przodu o tyle, ze wyprodukował on kilkanaście kopii atomowych granatów, ale nie chciały one wybuchać.

Wielki Mistrz dokładnie zważał na dalszy przebieg wydarzeń i na to, by obrócić wojenne szczęście na swoją korzyść. Sytuacja była poważna, bo Kubłaj-Chan zgromadził 360.000 jazdy i 100.000 piechoty, a nade wszystko dysponował on.... artylerią rakietową!

Liczba wojsk tatarskich może zdumieć niejednego. Już za czasów Czyngiza-Chana wyliczono jego armię na ½ do ¾ mln żołnierzy, zorganizowanych w pododdziały po dziesięciu, zaś oddział 10.000 ludzi[191] stanowił jednostkę operacyjną działającą całkowicie samodzielnie. Ulubiona taktyką było zmuszenie nieprzyjaciela do pościgu za częścią sił, a potem obejście go, przegrupowanie do ataku i uderzenie z nieoczekiwanego kierunku. Pirotechnicy byli werbowani spośród chińskich, perskich czy choremijskich specjalistów, a mongolska taktyka osiągnęła taką doskonałość, że nie było na świecie takiej armii, która byłaby w stanie sprostać armii chana. Mury przestały być ochroną, bo Mongołowie ostrzeliwali miasta z katapult, podkopywali i wysadzali mury przy pomocy ładunków czarnego prochu.

Guillaume de Beaujeau uznał, że najroztropniej będzie umieścić swą 40-tysięczną armię na jakimś wzgórzu, z którego balisty mogłyby strzelać we wszystkie strony. Takie miejsce znalazł w okolicach Calacianu, tam, gdzie wiódł szlak karawanowy pomiędzy zakolem Żółtej Rzeki, a pogórzem Kara Narim Uła.

Po radiowym połączeniu z Baphometem, Wielki Mistrz wydał rozkaz marszu na Si-Ning - miasto przed calaciałem, które Mongołowie spalili do cna. Krzyżowcy wedle tego planu pierwsi przybyli na pogórze Kara i tam okopali się.

Chan tymczasem strawił całą noc na rozmyślaniach w swym pałacu w Cianagore, zaś jego wojska otoczyły Krzyżowców ze wszystkich stron. Na drugi dzień, na Krzyżowców runęła pierwsza fala mongolskiej piechoty, którzy gnali przed sobą całe zastępy nestoriańskich chrześcijan, wyłapanych w czasie ewakuacji miast przed Templariuszami.

Chrześcijańskie żywe tarcze utworzono z nestoriańskich chrześcijan - od roku 431 uznanych za heretyków za to, że głosili oni o dwoistej - boskiej i ludzkiej zarazem naturze Chrystusa. Zamieszkiwali oni ogromne połacie Azji pomiędzy Syrią a Chinami, Mongolią a Cejlonem. Nestoriaństwo przeżyło w Azji całe stulecia, wierzący istnieli także w Mongolii, a Marco Polo opisał spotkanie z ich komunami także w Kaszgari i Jarkendzie.

Następne chwile są dramatyczne. Guillaume de Beaujeau odczekał do ostatniej chwili z wydaniem rozkazu otwarcia ognia. Atomowe granaty wystrzelono i poleciały one łukami ponad pierwszymi szeregami żywych tarcz, wprost pomiędzy zastępy Azjatów, i...

...śmiercionośne grzyby pyłu i dymu wytrysnęły spośród powodzi Tatarów i spowodowały straszliwą masakrę. W zwartych szeregach działanie granatów było straszliwe. Kawałki ludzkiego mięsa fruwały w powietrzu we wszystkie strony, kończyny spadały na jeźdźców, którzy stali w ostatnich szeregach. Kiedy pyły opadły, Krzyżowcy ujrzeli, jak resztki nieprzyjaciół uciekają w nieprzytomnym strachu.[192]

Kubłaj-Chan ze swym sztabem obserwował straszliwe widowisko. Tymczasem Nestorianie dostali się do obozu Templariuszy i poza paroma ranami i oparzeniami nie ponieśli żadnej krzywdy. Mongołowie pozbierali się i otworzyli ogień z bambusowych rakiet, ale pociski nic nie mogły zrobić zakutym w stal rycerzom poza tym, że płoszyły się ich konie, ale Guillaume de Beaujeau kazał rozwalić stanowiska rakietowych baterii atomowymi granatami. Wtedy Kubłaj posłał do ataku bojowe słonie, ale i to przewidział Wielki Mistrz i kazał podpalić rowy z ropą naftową, które wykopano w przeddzień bitwy. Poparzone i przytrute dymem słonie obróciły się przeciwko swym mocodawcom i spowodowały w szeregach Mongołów straszliwą panikę.

W tej chwili Kubłaj wydał rozkaz do generalnego szturmu. Niestety, na swe nieszczęście nie przewidział, że replikator o. Jouberta zacznie wreszcie działać ja należy i waleczność mongolskiej armii, jakkolwiek legendarna, musi się załamać w starciu z BMR. Chana chanów w żelazach przywiedziono przed oblicze Wielkiego Mistrza Templariuszy. Po rozesłaniu na wszystkie strony świata wieści o klęsce Kubłaja pod Kara Narim Uła poddali się Kajdu-Chan i jego generał Najan, dynastia Sung oddała klucze do Kuang-Czou, a takoż do Karakorum i Cembałuku...

I przyszła chwila, w której Wielki Mistrz zorientował się, że jest tylko wykonawcą woli Baphometa, który sprzyjał mu wtedy, kiedy jego ambicje były zbieżne z zamiarami Kosmity. Stary tybetański mag wynalazł sposób, jak się jego pozbyć. I pozbył się przy pomocy kanału mentalnego, w który udało mu się wedrzeć wraz z braćmi w wierze.

I wszystko skończyło się dobrze, a jak - o tym przeczytasz Czytelniku w książce Barbeta. Niestety, wbrew temu pięknemu freskowi paralelnych dziejów, które z podziwu godnym rozmachem i realizmem nakreślił Pierre Barbet, drogi Pana w naszym realnym świecie są zupełnie niepoznawalne i nieprzewidywalne. Po upadku Akki w 1291 roku, ciężko ranny seneszal Jean de Grailly dostał się na pokład ostatniego statku wraz z Otto de Gransonem i Wielkim Mistrzem Joannitów, zranionym bełtem kuszy.

Marszałek Pierre de Sevry w czasie ataku mameluków al-Ashrafa Khalila na templaryjskie umocnienia, zaś Wielki Mistrz templariuszy Guillaume de Beaujeau padł 18 maja 1291 roku przy obronie Przeklętej Wieży, ostatniej baszty i szańcu chrześcijaństwa w Ziemi Świętej dlatego, że - niestety - nie miał żadnych atomowych granatów...

Po śmierci Wielkiego Mistrza i zdobyciu Akki padły także Tyr, Sydon, Bejrut i Hajfa. Templariusze opuścili Ziemię Świętą i to stało się preludium do kasacji Zakonu Świątyni we Francji, co nastąpiło ostatecznie w 1307 roku i jest osobną historią, NB, równie mroczna i tajemniczą.

Dlaczego to wszystko napisałem? Dlatego, bo pomoże to zrozumieć Czytelnikowi to, o czym mówi następny rozdział.

 

---oooOooo---

 

Rozdział IX - KOSMICZNY ATAK W CZASIE WYPRAW KRZYŻOWYCH

 

Kosmiczny Robinson z 1790 roku - Luftwaffe w służbie Karola Wielkiego - Kto obronił Gymešski zamek? - Kara śmierci dla Władców Przestworzy - CE4 w Średniowieczu - Kosmiczny desant w średniowiecznym Ansby - Te Deum po tamtej stronie Wszechświata.

 

Dość fikcji literackiej - przechodzimy do faktów.

12 czerwca 1790 roku, a zatem w 478 lat po zniszczeniu Zakonu Świątyni stało się coś, co przy pewnej dozie fantazji można uważać za analogię do gwiezdnego rozbitka Pierre’a Barbeta, który to rozbitek wylądował swym uszkodzonym statkiem kosmicznym na powierzchni naszej planety.

Pod wieczór tego parnego i gorącego dnia, na niebie, wśród przeraźliwego hałasu pojawiło się dziwne ciało w kształcie kuli, które zataczając się w powietrzu runęło na ziemię w pobliżu miasteczka Alençon w departamencie Orne, pomiędzy Paryżem a Reims.

Obiekt ten połamał kilka drzew, zniszczył wiele krzewów i zapalił w tym miejscu trawę, kiedy uderzył w wierzchołek nieodległego pagórka. Wystraszeni tym wydarzeniem wieśniacy pognali na wyprzódki do miasteczka i tam opowiedzieli wszystkim jego mieszkańcom, z których kilku najodważniejszych podeszło ku kuli, gdy tylko umożliwiło im to buchające z niej gorąco. Świadkiem dalszych wydarzeń był jeden z lokalnych notabli z miejskiego magistratu, miejski fizyk i całe stado ciekawskich, które w międzyczasie przybiegło na miejsce zdarzenia.

Śledczy nazwiskiem Liabeuf, który przyjechał z Paryża kilka dni po incydencie, tak zrekonstruował to wydarzenie, które opisał w specjalnym protokole:

 Kiedy wokół tajemniczego przedmiotu zgromadziło się wielu gapiów, otworzyły się (w nim) coś, jakby drzwi i ze środka wyszła jakaś osoba podobna do nas, ale dziwnie ubrana. Miała ona odzienie ściśle przylegające do ciała i dokładnie je zasłaniające, a kiedy nagle ujrzała ludzi - znieruchomiała, a potem naraz czmychnęła w las...[193]

Rozżarzona kula potem bezgłośnie eksplodowała i pozostał po niej jedynie proszek. O tajemniczej istocie, która dała dyla w las, nikt już potem nie słyszał. Czeski badacz inż. Věnceslav Patrovský wygłosił pogląd, że chodziło tutaj o zwyczajny balon, który zapalił się od ogniska, które spowodowało nagrzewanie się powietrza unoszącego tego mondgolfiera. Pisze on o ognistej kuli, która spadła na pobliskie wzgórze, przy czym zdała się ona być otoczona płomieniami, i o kilku rolnikach, którzy wyszli na pole i myśleli, ze idzie o któryś z balonów, które wtedy zaczęto wypróbowywać.[194] Z jego opisu jednak znikły już skutki katastrofy: połamane drzewa i krzewy, co raczej jest trudno przyporządkować awaryjnemu lądowaniu mondgolfiera...[195]

Za wręcz klasyczny opis interwencji Obcych w naszą historię może posłużyć pojawienie się dyskoidalnych aparatów latających podczas wojennej wyprawy cesarza Świętego Państwa Rzymskiego i Narodu Niemieckiego Karola Wielkiego przeciwko Sasom w roku 776.

Karol, który zatrzymał się we Francji, na wieść o saskiej inwazji przyjechał do dobrze umocnionego Eresburga i do oblężenia pozostał w Siriburgu - dziś Hochensburg. Do likwidacji saskiej blokady doszło po przełamującym szturmie Franków, który - jak to udowodnił badacz Hans Wehrner Sachmann z Dortmundu - był skutkiem tajemniczego wydarzenia, które rozegrało się na niebie.[196]

Wydarzenia te opisuje kronika „Annales regnorum Francorum” następująco:

Karol Wielki zdobył na Sasach zamek Hochensyburg. W dalszych latach Sasi chcieli odbić ten zamek z powrotem. Wedle zapisów frankońskich coś ich tak przestraszyło, że uciekli z powrotem do siebie na łeb na szyję...[197]

Podobna informację znajduje dr Johannes Fiebag w książce dortmundzkiego archiwariusza prof. Karla Rübela:

Lorcherskie annały mówią o tym, że w czasie oblężenia Sigiburgu przez Sasów, naraz nad kościołem pojawił się zagadkowy ogień idący od dwóch tarcz. Pogan chwycił niewysłowiony strach i uciekli na złamanie karku. A że niektórzy z nich się oglądali, to ginęli wpadając na kopie tych, którzy biegli za nimi...[198]

Po długich i żmudnych poszukiwaniach, dr Fiebag i Hans Sachmann odnaleźli pierwotne źródło westfalskich kronikarzy - kronikę wydarzeń z VIII i IX wieku pt. „Patrologia” z apendyksem wielce uczonego o. Laurentia „Annales Laurissenesses”, którą przełożył z łaciny niekonwencjonalny historyk fantastycznej przeszłości Walter Raymond Drake. Tekst łacińskiej kroniki przypomina dokładny reportaż o rebelii Sasów:

Poseł odczytał wieść o powstaniu Sasów.

Wzburzyli się oni wielce i zabili wszystkich swych nadzorców. Udało im się zdobyć podstępnie Aeresburg i wygnać Franków. Po opuszczeniu zamku, zrównali go z ziemią...

Potem buty pełni, maszerowali dalej głosząc, że tak samo zrobią i z Sigisburgiem. Jednak obrońcy grodu z Bożą pomocą dali im hardy i zdecydowany odpór. Mimo tego sytuacja była beznadziejna i musieliby oni długo czekać na posiłki. Tymczasem Sasi nie mogli zamku zdobyć i zburzyć, przeto ustawili oni katapulty...

Jednak wola Boża chciała, że wystrzelone kamienie bardziej im zaszkodziły, niż obrońcom grodu! Zaczęli więc stawiać drabiny i wieże, z których zamierzali gród zaatakować. Bóg jest dobry i wynagrodził obrońcom ich odwagę. Tego dnia, kiedy miał się odbyć atak na chrześcijan, ukazała się Opatrzność Boża nad kościołem znajdującym się w twierdzy. Ci, którzy ów wielki znak widzieli, a wielu z nich żyje do dziś dnia, zgodni są co do tego, że nad kościołem widzieli dwie latające tarcze, ognistoczerwonego koloru.

(Dosłownie: „et dicunt vidisse instar duorum scutorum colore rubeo flammantes et agitantes super ipsam ecclesiam.)

kiedy poganie ujrzeli te znaki, w panice pierzchli w straszliwym przerażeniu. Jedni zabijali drugich, nabijali na kopie tych, którzy biegli przed nimi. Boska zemsta naganiała innych wprost na kopie swoich wojowników. Obrońcy odważyli się na wycieczkę i gnali Sasów aż do Lippe, a tam ich w potyczce, zupełnie wyczerpanych po forsownym biegu, pokonali.[199]

Informacje na temat podobnego wydarzenia mam także ze Słowacji, z obleganego zamku Gýmeš - dzisiaj Jelenec. Ruiny tego zamku znajdują się na południowym stoku Tribečského Pohoria, na północny-wschód od Nitry, w starszym grodzisku z XI wieku. Zamek postawiono w XIII wieku, dzięki staraniom Ondreja ze starosłowackiego rodu Forgačów. Jadrem zamku, który przedtem był tylko rezydencja mieszkalną, są dwie wieże, a od XV wieku cała budowla ma charakter stricte obronny. Prace wykończeniowe trwały aż do XVI wieku w czasie tureckiej ekspansji na te ziemie, której dotyczy także ta część mojej pracy.

W czasie półrocznego już oblężenia przez Turków zamku Gýmeš, ich dowódca - niejaki Batu - człowiek o zwierzęcej wprost drapieżności - zdecydował o generalnym ataku. Wyczerpana załoga twierdzy patrzyła w przyszłość z obawami, boż nieprzyjaciel srodze ich szeregi przerzedził, a sam dostawał coraz to nowe posiłki. Atakując, Turcy zaczęli rozwalać bramę taranami. Opór załogi słabł z każdą chwilą. Małżonka pana Forgača modliła się w kaplicy, i na jej uporczywe prośby doszło do cudu: niebo się zachmurzyło i nad zamkiem ukazała się czarna chmura, z której na Turków runęły błyskawice! Naraz obłoki zabarwiły się na krwawo i zaczął na nich padać deszcz ognisty! Turcy najpierw skamienieli ze zgrozy, a potem rzucili się do panicznej ucieczki. Nad zamkiem tymczasem ukazała się ogromna ręka z zaciśniętą pięścią. Turcy tu już nigdy nie powrócili...

Kiedy w 1989 roku rozbiłem obóz na podwórcu dziś opuszczonego zamku i przez czas jakiś penetrowałem jego ruiny, eksplorowałem na pół zasypane gruzem korytarze i lochy, czym naruszyłem spokój nietoperzy i węży zamieszkujących ten teren, cały czas męczyło i dręczyło mnie pytanie: co to za siła stanęła w obronie jego obrońców?

Obserwacje NOL-i nad Sigiburgiem w roku 776 nie były jedynymi w czasie Średniowiecza i mamy o nich kilkanaście dobrze udokumentowanych świadectw. O niektórych z nich pisałem już w swej wcześniejszej monografii traktującej o okresie pomiędzy 956 a 1344 rokiem.[200] Na końcu tego rozdziału Czytelnik znajdzie krótki przegląd chronologii wydarzeń od roku 1344 do 1790, a teraz przejdźmy do dalszej części rozdziału.

Pozostańmy jeszcze w epoce Karola Wielkiego, w VIII wieku, gdzie na bazie pisemnych przekazów udowodnię, że problem „wzięć” do NOL-i nie jest akurat wymysłem ludzi XX i XXI wieku. NB, wygląda na to, że będziemy musieli zrewidować także historie z ufologicznego punktu widzenia, bowiem w świetle tego, o czym poniżej, trzeba ja będzie zacząć nie w latach 40. XX stulecia, ale co najmniej dziesięć wieków wcześniej!!!

Za panowania króla Pepina Małego (714-768), na niebie Francji ukazywały się napowietrzne okręty pilotowane przez jakieś istoty, które zwano SYLFAMI. Pospolity lud był przeświadczony, że są to magowie, którzy posiedli umiejętność latania w powietrzu, od czego powstają burze i gradobicia. Obawy przed najazdem tych Władców Powietrza poszły już tak daleko, że Karol Wielki i jego następca wydali już we wstępie do swych „Capitullarii” WYROK ŚMIERCI na załogi napowietrznych okrętów!!!

Dr Fiebag w związku z tą sprawą cytuje notatkę francuskiego księcia Montfaucona de Villarsa, który w 1670 roku posłużył się dziś już zapomnianymi, średniowiecznymi tekstami:

Sylfów widział takoż prosty lud, jak i koronowane głowy. Aby pozbyć się tej niesławy, która ich otoczono, porywali oni ludzi i ukazywali im piękne kobiety, ich bogactwo, władzę, a potem przenosili ich z powrotem na ziemię, w różne miejsca. Naród, który widział ich lecących nad ziemią brał ich za czarnoksiężników, którzy przynosili ludziom i zwierzętom śmierć. Nie do wiary, ilu z nich zginęło od ognia lub wody![201]

Idzie tu o coś niewiarygodnego - otóż ludzie w VIII wieku sa porywani do Powietrznego Cesarstwa, poddani programowi edukacyjnemu i z powrotem dostarczani na Ziemię, aby się stali heroldami kultury „tych z góry”. Niestety, ten socjologiczny eksperyment zakończył się fiaskiem i to totalnym, zaś szlachetne idee nie docierały do tępych łbów Ziemian:

W Lyonie widziano, jak ze statku wyszli trzej mężczyźni i jedna kobieta. Wokół nich zgromadziło się wojsko i krzyczało >>Czarownicy!!! To ludzie hrabiego Benewentu, nieprzyjaciela Karola, poślijcie ich Frankom, by im zniszczyli urodzaje!<<

Czwórka, która wyszła ze statku usiłowała się bronić przed zarzutami tłumu. Twierdzili, że byli Francuzami, których porwały jakieś powietrzne istoty, które pokazywały im niewiarygodne rzeczy i kazali im po powrocie na Ziemię mówic o tym swym krajanom. W tłumie ludzi jednak wrzało i co chwilę opowiadanie ich było przerywane wykrzyknikami i pogróżkami. Coraz bardziej krzyczano, by ich spalić na stosie. Lyoński biskup Agobard zachował na tyle rozwagę, że polecił rzecz zakończyć wyrokiem godnym Salomona - powiedział, że rzeczywiście mogli oni ujrzeć rzeczy w niebie, o których nie wspomina Pismo, co uspokoiło tłum, który darował wolność całej czwórce[202].[203] Prawdziwość tej historii potwierdza w swej książce A. Calmet - „Von Erdcheinungen der Geisten und dennen Vampiren in Ungarn, Mahren...” (Augsburg 1751), który nazywa to państwo Sylfów po imieniu - Magonia.

O fenomenie porwań i wzięć w Średniowieczu świadczą także i następne źródła:

Pewnego dnia jedna kobieta leżała w pościeli. Nagle zgasło światło i usłyszała, jak otwierają się drzwi. Szybko wyskoczyła z łóżka i zapaliła lampę, poczym ujrzała karzełka z wielką głową (sic!!!), który uciekał z jej nowonarodzonym dzieckiem, a do kołyski podrzucił jej dziwacznego karzełka. Kobieta zaczęła krzyczeć i udało się jej wyrwać dziecko z rąk karła. Nocny gość dziwnym sposobem znikł, pozostawiając dziwne dziecko w kołysce. Kobieta chciała je nakarmić piersią, ale nie chciało ono pić mleka i wkrótce zmarło.

- Czy chodzi tutaj o przypadek wzięcia, tak dobrze znany z literatury ufologicznej? - pyta Marco Strohmeier, którego domeną stała się analiza porównawcza dzisiejszego fenomenu wzięć i dawnej tradycji „podrzuconych dzieci”, opublikowanej w studium z roku 1995.[204]

- Wcale nie - odpowiada na tak postawione pytanie - Opowiadanie to pochodzi z księgi sag z południowej Dolnej Saksonii i wczesnego Średniowiecza.[205]

Wedle Strohmeiera istnieją następujące przesłanki zbieżne z fenomenem bedroom visitors, takie jak:

v w większości przypadków do porwań dochodzi w nocy;

v z nieznanej przyczyny w pomieszczeniu gaśnie światło - nie-elektryczne przecież (!!!)[206];

v człowiek czuje czyjąś obecność w czasie snu lub półsnu;

v w miejscu kontaktu pojawia się i znika jakaś człekokształtna postać, która może przenikać przez zamknięte drzwi, okna czy po prostu przez ściany;

v przybysze usiłują porwać dziecko lub płód.

 

Dziwni goście odznaczają się przy tym charakterystycznymi cechami morfologicznymi:

 

· niskim wzrostem - od 100 do maksymalnie 150 cm;

· głowa jest nieproporcjonalnie wielka w stosunku do reszty ciała;

· wielkie, ciemne i podługowate oczy bez źrenic;

· skóra szarej barwy;

· brak owłosienia.

 

Paralele do tego opisu „nieznanych” istnieją - wedle badań Stroheimera - w całym szeregu średniowiecznych opowiadań i podań, a ich wspólnym mianownikiem jest motyw „małych szarych ludzików”, którzy byli obdarzeni nadprzyrodzonymi zdolnościami.

Autor dalej dowodzi łączności tradycji „szarych karzełków” z mitem „podrzuconego dziecka”, który jest znany w całej środkowej i zachodniej Europie, i mówi o tym opinia Georga Schambacha z roku 1854:

Wedle ludowych podań, jakie zawierają sagi, idzie o dzieci karzełków z wielkimi głowami (!!!), które to karły owe podrzucają na miejsce zdrowego dziecka.[207] Największe niebezpieczeństwo groziło dzieciom nie ochrzczonym, bowiem karły z upodobaniem porywały właśnie takie dzieci człowiecze. Dlatego właśnie jeszcze przed stu laty dzieci chrzciło się w trzy dni po urodzeniu, zaś noworodek do tego czasu był pilnowany i trzymany tylko w oświetlonym miejscu.[208]

Na bazie współczesnych prac Budda Hopkinsa, dr T. Bullarda, dr D. Jacobsa, dr J. Fiebaga i innych, będziemy zmuszeni do typowego wzorca porwania dołączyć także i fenomen „podrzuconych dzieci”. Według Hopkinsa, kobiety poddane regresywnej hipnozie były - wedle ich własnych słów - porwane, sztucznie zapłodnione i przywiezione z powrotem, potem odbierano im płód, który był wychowywany pozamacicznie. Takie dzieci były hybrydami ludzi i Kosmitów, i odznaczają się dziwnymi właściwościami anatomicznymi.

- Ludowe gadki, w których mówi się o „karzełkach z wielkimi głowami i szarą skórą”, o „ukradzionych dzieciach”, o „stalowych ptakach” mają swe racjonalne jądro - twierdzi Marco Strohmeier.

- Wtedy i teraz ludzie zyskiwali jednakie doświadczenia z tymi istotami - i widzieli, i widzą nadal je w swym specyficznym, socjalno-kulturowym kontekście. To nam daje możliwość zrozumieć to i zaradzić temu. Kto wykona tą pracę i przeniknie do jądra zachowanych legend, może dojść - jak to udowodniłem - do ciekawych wyników.

Tedy wziąłem sobie do serca powyższą myśl i zacząłem dokonywać analiz w słowackim folklorze, pod kątem ujawnienia fenomenu „porzuconego dziecka”. Z tego, co wyczytałem, najbardziej interesowały mnie boginki - szczególny rodzaj charakterystycznie złych i złośliwych „wił”, o których najczęściej wspomina się na obszarze Słowackich Tatr. Opisuje się je jako staruchy o wyglądzie dzieci (!!!), które mieszkają w potokach i moczarach, gdzie ludzie najczęściej je widzą. Ze swych ukryć wychodziły już po zachodzie słońca. Były one istotami, których bardzo się obawiano, a to dlatego, że porywały nie ochrzczone dzieci, na ich miejsce podrzucając szkaradne i chore podrzutki. Tradycja chciała, by kobieta przez sześć tygodni nie stanęła na ziemi bosą stopą, ani też nie wychodziła wieczorem z domu. Niekiedy jednak boginki wywabiały ją z domu i wodziły do rana po polnych i leśnych dróżkach, a tymczasem jej dziecko podmieniano na odmieńca.[209]

Niedawno wpadł mi w ręce skrót rozprawy pióra pewnego etnografa, który wielce dziwnym sposobem modyfikuje mit o „podrzuconym dziecku”, a może to stanowić dowód na przypadki wzięć - czyli CE4 - w niedalekiej przeszłości. Przy podejrzeniu wymiany własnego dziecka na odmieńca tradycja nakazywała, by matka wzięła 9 skorup jajecznych i do każdej z nich nalała wody. Następnie należało rozpalić małe ognisko i obok niego wykonać w glinie jamki, do których należało włożyć owe skorupki. Potem wszyscy mieli opuścić to miejsce, gdzie w kolisku leżało dziecko, które jednak należało pilnować. Zwykle odmieńca się odmieniało zaklęciem, które brzmiało: Chociaż jestem bardzo stary, w takich garnkach nie gotowałem.[210]

A teraz analiza:

o Wedle tradycji, ofiarą porwania czy też wzięcia jest kobieta, która właśnie urodziła dziecko, a które jej podmieniono. Żadne podanie nie mówi o tym, że porwano matce starsze dziecko, ani o tym, że podmieniono dziecko w czasie czuwania ojca pod nieobecność matki. To uwięzienie matki w czasie 6 tygodni po porodzie jest wielce interesującym szczegółem. Ze współczesnych badań CE4 wynika, że powyżej 60% ofiar wzięcia, to młode kobiety o średniej wieku poniżej 27 lat.

o Opisywany przez legendy „test” na podmienienie obcego dziecka zasadza się do tego, że wedle tradycji cudza obecność objawi się możliwościami, które są nieadekwatne do biologicznego wieku i możliwości dziecka. Respondentki Hopkinsa, które twierdziły, że podmieniono im dzieci na dzieci-hybrydy, które były bardzo inteligentnymi potomkami.

o Informacja o długim wieku „przemieniania” jest refleksem faktu, że Obcy mają dłuższe życie od ludzi.

o Sam mit o „podmienionych dzieciach” dowodzi wzajemnej łączności biologicznej Ludzi z Obcymi. Coś podobnego zakłada także Budd Hopkins, który domniemywa to, że Obcy przeprowadzają program eksperymentów genetycznych.

o Wysoka częstotliwość obserwowanego zjawiska. Dr Thomas Bullard skompletował 800 dobrze zbadanych incydentów. Ja sam, według badań etnografów w latach 1971-1975 naliczyłem 250 incydentów w 50 różnych miejscach, gdzie się mówiło właśnie o dzieciach porwanych przez Obcych.[211]

Wróćmy jeszcze na chwilę do podstawowego schematu uprowadzeń. Więcej, niż w 60% przypadków, Obcych opisano jako humanoidów z wielkimi, bezwłosymi głowami i czarnymi, migdałowymi oczami. Ich wzrost nie przekraczał 1,5 m i miały one chude ciało z długimi kończynami. Komunikacja z ludźmi przebiegała przy pomocy telepatii, co świadkowie opisywali, jako „głosy w głowie”. Wielu ludzi Obcy zastawali w łóżkach, stąd angielski termin bedroom visitors co literalnie znaczy sypialniani goście - i wyciągali ludzi z sypialni na otwartą przestrzeń, zaś ich współmałżonek(a) spał(a) spokojnie o niczym nie wiedząc. Potem w promieniu transportowym przenoszono ich na pokład NOL-a, albo delikwenta/delikwentkę doprowadzała tam załoga NOL-a. Tam zostawali oni poddawani zabiegom i badaniom medycznym, pobraniu próbek tkanek, włosów, skóry, itd. itp. - a przede wszystkim gamet męskich i żeńskich!

Według badań Hopkinsa, dana osoba przeżywała już jedno CE4 w wieku poniżej 3 lat, kiedy to Obcy zostawiali na jej ciele ślady cięć po pobranych tkankach. Następnie delikwent(ka) przezywa całą serię CE4 lub CE5 - szczególnie w wieku dojrzewania, podczas których dochodzi do pobrania gamet. Kobiety w wieku 16-21 lat są sztucznie zapładniane, a po upływie 2-3 miesięcy ciąży są porywane ponownie i pozbawia się je płodu. Pewien procent kobiet jest porywany stale dla pobrania jaj, które się zapładnia i inkubuje w celach, o których możemy sobie tylko podyskutować, bo nikt niczego pewnego nie wie. Podobnie Obcy porywają także niektórych mężczyzn, od których pobrano próbki spermy lub zmuszono ich do odbycia stosunku płciowego. Nie istnieje żadne logiczne wyjaśnienie, dlaczego stosuje się dwie różne techniki reprodukcyjne. Zainteresowanie Obcych badaniami genetycznymi dotyczy co najmniej połowy wszystkich porwanych.

Jak to już skojarzyliśmy wcześniej, porwania Ziemian nie są jedynie kwestią współczesności, a sięgają w głąb Średniowiecza. W Irlandii na ten przykład, była rozpowszechniona wiara w istnienie tzw. Fenów, którzy mogli porywać ludzi. Angielski folklorzysta Walter Wents tak o tym pisał w 1909 roku:

 Ludzie, którzy powracają z krainy Fenów po prostu niczego nie pamiętają - ani tego gdzie byli, ani tego, co robili...

- co dokładnie odpowiada schematowi CE4 ze względu na fenomen missing time - brakującego czasu.

Czeski autor Jiři Svoboda zaś przekazuje informację ze szwedzkiego miasta Malmö, gdzie tameczny duchowny - wielebny Peter Rahn w roku Pańskim 1621 pisał tak:

 Mały mężczyzna w szarym ubraniu porwał mi żonę, by pomogła przy porodzie. Kiedy ją porywano wiatrem, ujrzała metalowy chodnik wykuty w błyszczącym metalu i metalowe drzwi, które wiodły do pomieszczenia wypełnionego jasnym światłem.[212]

Czeski humanista i polihistor Mikulaš Dačický zaś w swych memuarach wspomina takie wydarzenie:

Roku Pańskiego 1608, Septembris. Pewna kobieta z przedmieścia Kutnej Hory opowiadała i udowadniała, że jej mąż o siódmej rano wyszedł z domu do pracy na dole (w kopalni), coś podobnego do jej męża podeszło do łóżka i położyło się obok, a potem wzięło ją z łóżka i przeniosło powietrzem aż do Pách, gdzie ją to coś puściło wolno, tak że powróciła do domu tylko w nocnej koszuli.[213]

To jest całkiem oczywiste, że długa i smutna przygoda Ludzkości z czarownicami i czarownikami ma swe realne jądro w przypadku porwań kobiet, zapładnianych w wielce dziwny sposób, który był opisany także współcześnie. Przy przesłuchaniach Inkwizycji, kobiety te przyznawały się do tego, ze często latały i słyszały wysokie i jasne głosy, a przy opisywaniu akty płciowego zwracały uwagę na diabłów i ich chłodne, metalowe prącia.[214]

I tutaj dochodzimy do korzeni dziwnego, średniowiecznego podania o inkubach i sukkubach. Inkubami - z łaciny ten, który leży na górze - nazywano demoniczne istoty, które spółkowały ze śpiącymi kobietami, zaś sukkubami - z łac. ta, która leży na dole - to istota, która miała stosunki płciowe z mężczyznami. Nie chodziło tutaj bynajmniej o jakieś erotyczne fantazje - w Średniowieczu wierzyło się w to, że ten styk był fizyczny i realny! Podobnie było także z ciążami, którą uważano za możliwą jedynie przy użyciu nasienia, którą przedtem sukkuba odebrała śpiącemu mężczyźnie. Średniowieczni demonologowie wierzyli potem w istnienie sukkub, które stymulowały mężczyznę do ejakulacji, a spermy używali jako inkubowie do zapładniania śpiących kobiet.

Wiele czarownic na torturach wyznawało, że diabelska sperma jest lodowata. Gorący otwór ich vaginy jest nienasycony i dlatego też wdają się w amory z demonami, które ukoiłyby ich pożądliwość - piszą w przesławnym „Młocie na czarownice” dwaj inkwizytorzy Spengler i Institoris - autorzy, którzy dzisiaj natychmiast i nieodwołalnie zostaliby umieszczeni w zakładzie psychiatrycznym, w separatkach bez klamek...[215]

Kanonik kapitularny w Strasburgu, wielebny Johannes Geiler von Kaisenberg (1455-1510) w roku Pańskim 1508 tak głosił z kazalnicy:

 Demon może przemienić się w męża i spółkować z niewiastą, a mąż może także użyć siły płodzenia od innego męża. Jak to bywało, niektórzy mieli dziwne sny zakończone wytryskiem nasienia, potem diabeł może owo nasienie zabrać i trzymać tak, by nie zginęło. Potem podejdzie do niewiasty tak blisko, żeby z tego powstało dziecko. W rzeczywistości diabeł nie jest ojcem dziecka, ale mąż... Podobnie diabeł może przybrać cielesna powłokę niewiasty i położyć się przy mężu... - a potem wszystkie rzeczy rozgrywają się tak, jak to ma miejsce pomiędzy mężczyzną a kobietą...[216]

Teologowie tej epoki z upodobaniem bredzili o vaginie jako niewysłowionej bramie piekieł. Kobiety oskarżone o spółkowanie z diabłem - co dzisiaj można nazwać sztucznym zapłodnieniem - pod wpływem tortur inkwizytorów w czasie procesów opowiadały wierutne bzdury, które wmawiali im przesłuchujący je, okrutni, ciemni, fanatyczni i seksualnie zboczeni lub niewyżyci, okaleczeni umysłowo przez celibat i ideologiczne pranie mózgów mnisi i księża. I tak w czasie jednego z przesłuchań w Tuluzie, oskarżona o czary niejaka Angele de Labarthe zeznała, że miała stosunek z diabłem, po którym urodziła dziecko z głową wilka.

W IV wieku, jeden z doktorów Kościoła katolickiego św. Augustyn opisał inkuby jako piekielne istoty uwodzące kobiety w „De civitate Dei”, XV,23:

Powszechnie wiadomo, że wiele wiarygodnych osób wiedziało o tym, że fauny i sylwanowie powszechnie znanych jako inkubowie często uwodzili i porywali kobiety, i mieli z nimi cielesne stosunki.

Taki pogląd potem w swych pismach rozwinął św. Tomasz z Akwinu w „Summa theologiae” tom I/51,3-6.

Teolog Sinistrari zaś nauczał, że to kobiety są takimi piekielnymi istotami bardziej otoczone, niż mężczyźni, co szczególnie dotyczy szczególnie wdów, panien czy zakonnic, a znacznie mniej mężatek. Dlatego też w niektórych opactwach i klasztorach żeńskich obserwowano epidemie obłędu i... inkubatu! Godnym uwagi jest to, jak twierdzi on, że inkuby to nie są zwyczajne diabły. Inkubowie bowiem ignorują wszelkie egzorcyzmy i są odporne na działanie świętych relikwii - a co ciekawsze, w Biblii diabła nazywa się Księciem Powietrza.

Do XVI wieku Kościół katolicki zebrał bogatą dokumentację z inkwizycyjnych protokołów i innych materiałów procesowych i na jej podstawie można było utworzyć całą gałąź wiedzy o kontaktach z demonami. Opisywała ona m.in. istoty, które czerpią pożytki z kontaktu seksualnego ze śmiertelnikami. Na koneksje pomiędzy inkubami, sukkubami a CE4 w czasach Średniowiecza wskazuje dr J. Fiebag na bazie dokumentu cytowanego przez francuskiego pisarza Roberta Charrouxa - „Verratene Geheimnisvolle Wesen und Ungrheurer” (Glarus 1978), w którym pisze, że w 1606 roku oskarżono o odbycie stosunku płciowego z inkubem młodą kobietę Francoise Bose, a która w dniu 30 stycznia 1606 roku zeznała do protokołu Inkwizycji, co następuje:

Oskarżona przyznała się do tego, że w roku Pańskim 1605, na kilka dni przed Wszystkimi Świętymi spała u boku swego męża, kiedy naraz obok jej posłania się coś pojawiło. Wystraszona przebudziła się i kiedy była jeszcze w półśnie, poczuła jakby jakaś kula spadła jej na pościel. Jej mąż wciąż spał. Duch miał męski głos, a na pytanie >>kto tam?<< odpowiadał po cichu, by się nie bała, gdyż jest rycerzem Świętego Ducha. Jest on tym, którego wysłano, by ją miłował jako mąż i żeby pozwoliła mu położyć się przy niej. Kiedy się wzdrygała, duch wskoczył najpierw na dzban, potem na podłogę i tak rzekł do niej: >>Jesteś okrutna wielce, skoro mi wzbraniasz dokonać tego, co zamierzałem ci zrobić!<< Potem odkrył ją z pościeli, podniósł do góry i tak powiedział: >>Teraz rozumiesz, że miłuję cię i ślubuję ci, że będziesz ze mną szczęśliwa, kiedy będziesz kochać się ze mną. Jam jest chram Boży, którego postawiono po to, by pocieszyć tak biedne niewiasty, jako ty<<. Francoise odrzekła, że jej to nie dotyczy, bowiem jest szczęśliwa ze swym mężem, jednakże duch kontynuował: >>Zawiedzionaś nim, ja zaś jestem rycerzem św. Ducha i dlatego do ciebie przyszedłem, bym cię pocieszył i kochał. Zyskałem miłość wszystkich kobiet i tylko żony faraonów nie kochałem<<. Potem położył się przy niej na łóżku i rzekł: >>Ja ci pokażę, jak to robią młodzieńcy z dziewczętami<< po czym zaczął ją obmacywać i posiadł ją.

Biedna kobieta wierzyła w to, że chodzi o dobrego świętego ducha, który jest kobietom przyjazny.

Dodała też, że drugiego dnia nowego roku, około północy drzemała obok swego męża, który spał już głębokim snem. Nagle pojawił się ten sam duch w jej łóżku i prosił ją, by mógł położyć się obok niej i kochać się z nią, ale ona odmówiła. On się jej potem zapytał, czy chce mieć wszystkie grzechy odpuszczone. Francoise odpowiedziała oczywiście, że tak. odrzekł jej: >>Już się stało<<. Jednakże powiedział jej, by nie przyznawała się do tego przy spowiedzi. Kiedy ja wypytywano, czy spowiadała się z tego, odpowiedziała, ze nie wiedziała iż stosunek cielesny z duchem to grzech. Ducha uznała za dobrego świętego i przychodził on do niej w każdy dzień, a ona pozwoliła mu tylko raz na to, by się z nią kochał. Kiedy mu odmawiała, duch skakał na podłogę i gdzieś przepadał - gdzie? - ona nie wie...[217]

Spróbujmy teraz to dziwne opowiadanie zanalizować: nieznana istota w nocy całkiem niepostrzeżenie wchodzi do ludzkiej siedziby, małżonek nie może się nawet przebudzić - to wszystko typowe rzeczy znane nam z przypadków bedroom visitors i CE4 przypadków Kathy Davis i Betty Andreasson... Lewitacja - duch unosi ją nad pościelą - jest kolejnym charakterystycznym detalem.

Opis stosunku płciowego nie jest jasny, a dla kobiety zupełnie niezrozumiały. Sytuacja staje się jasna, kiedy to odniesiemy do przypadków CE4. tam stosunek płciowy przebiega na chłodno bez zbytecznych emocji, jak mechaniczny akt prokreacji lub sztucznego zapłodnienia - inseminacji!...:

Przykłady zapłodnienia ziemskich kobiet przez niebiańskie, boskie czy diabelskie istoty można znaleźć w całej historii Ludzkości. Przykład rycerza św. Ducha przychodzącego potajemnie w nocy i płodzącego dzieci ze śpiącymi kobietami jest niczym szczególnym dla ludzi XVII wieku. Dla biednej Francoise ten przypadek skończył się tragicznie. Była oskarżona o to, że uprawiała miłość nie z boska istotą, ale z diabłem i 14 lipca 1606 roku spalono ją publicznie na stosie, jako czarownicę.[218]

Informacje o kontaktach z tajemniczymi istotami przetrwały do dnia dzisiejszego, i dzisiaj te wszystkie inkuby i sukkuby są identyfikowani, jako ufopasażerowie. I tu powoli dochodzimy do końcowego komentarza tych wydarzeń.

Wbrew romantycznemu przedstawieniu Kontaktu dwóch różnych cywilizacji, bilans działalności Obcych przedstawia się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażamy. Tamci zostali uznani za demony dlatego, że mieszali się w nasze ziemskie sprawy, porywali ludzi, straszyli ich swą hi-tech magią, wkradali się do sypialni, porywali mężczyzn, kobiety i dzieci i utrzymywali z nimi stosunki cielesne. Jak długo będziemy się jeszcze dziwić temu, że panujący w VIII wieku wydali na tyranów powietrza wyroki kary śmierci, i że cała cywilizacja Średniowiecza istotnie odrzuciła jakąś implantację pozaziemskiego czynnika z organizmu swej kultury, i nazwała go po prostu civitas diaboli?[219]

Wbrew powszechnie panujacemu daenikenowskiemu poglądowi o sielskiej koegzystencji Ziemian i Pozaziemian twierdzę, że ci pierwsi musieli bronic się kopiami, mieczami i katapultami przeciwko BMR, swej wolności i niezawisłości, co jest o wiele bardziej prawdziwe, niż wizje von Dänikena.[220]

Hipotetyczna rekonstrukcję powyższej tezy znajdziemy we wstępie do książki Poula Andersona pt. „The High Crusade”. Autor jest człowiekiem renesansowym: pisarzem, podróżnikiem, badaczem Skandynawii, ekspertem od Pozaziemian I technologii jądrowych, doskonały znawca win, ogrodnictwa i domowej kuchni. W swym dziele, Poul Anderson przenosi nas oczami swego bohatera - franciszkańskiego mnicha o. Parvusa do roku Pańskiego 1345, do miasteczka Ansby na północnym-wschodzie Lincolnshire. W tym czasie sir Roger of Tourneville gromadził wojsko, które zamierzał połączyć z siłami króla Edwarda I w wojennej potrzebie.

Owego pamiętnego dnia 1 maja 1345 roku, już wtedy 40-letni Parvus brodził po kostki w błocie głównej ulicy Ansby. Naraz jego wzrok dojrzał na niebie miraculum: z nieba zstępował cichutko jakiś statek w kształcie walca z gładkimi i błyszczącymi bokami, długi na jakieś 2.000 stóp. Po wylądowaniu tego statku otworzył się w jego boku właz i wyszła istota:

Miał on wzrost pięciu stóp, postać silną, ale przysadzistą i był ubrany w srebrzystą tunikę. Skóra byłą gładka i bezwłosa w kolorze głębokiego błękitu. Istota miała krótki ogon, po obu stronach widać było długie, spiczaste uszy, na twarzy widać było bursztynowe oczy, a czoło jego było wysokie.

Ktoś zaczął wrzeszczeć: >>Zabić ich!!!<<

Załoga statku liczyła około setke diabłów, ale tylko niektórzy z nich byli uzbrojeni. Później na pokładzie statku znaleźliśmy wiele dziwnych maszyn, najeźdźcy liczyli się z tym, że sam ich wygląd wystarczy, by wywołać panikę. Nie znali Anglików i sądzili, że pójdzie im lekko. Artyleria okrętowa była gotowa do akcji, ale nie nadawała się ona do użytku na Ziemi.[221]

- Wybiliśmy ich w ciągu godziny.

Wszystkim stronnikom idei o bezkonfliktowym pikniku z Obcymi dedykuję dialog pomiędzy o. Parvusem a jednym z Obcych przeprowadzony po łacinie:

- Za to, co się wam stało jesteście sami sobie winni - powiedziałem - Mieliście pecha, bo zaatakowaliście chrześcijan, którzy was nie sprowokowali.

- Chrześcijan? A co to takiego? - zapytał.

Sądziłem, że ten diabeł tylko markuje nieznajomość i wyrecytowałem >>Pater Noster<<. Nie znikł w obłoku dymu, co mnie nieco skonfudowało.

- Sądzę, że już zrozumiałem - odparł - recytujesz jakąś prymitywną modlitwę plemienną.

- Z pogańskimi wymysłami to się nijak nie zgadza! - zawołałem z rozgoryczeniem. Spróbowałem mu objaśnić Trójcę Przenajświętszą, ale kiedy doszedłem do Przeistoczenia, zaczął niecierpliwie machać niebieską ręką. Była ona podobna do ludzkiej, ale jej paznokcie były grube i spiczaste.

- czy wszyscy chrześcijanie sa tak dzicy, jak wasz naród? - zapytał.

- Mielibyście lepiej u Francuzów - przyznałem - mieliście pecha, że wylądowaliście u Anglików.[222]

Kto chce, może sobie w książce Andersona przeczytać o tym, jak to stateczni Krzyżowcy roznieśli całe Imperium Galaktyczne i ujrzy, jak to w jednej z bitew przez dymiące ruiny i zgliszcza przedzierają się kopijnicy, łucznicy i piechota z rozwiniętymi proporcami, śpiewając Te Deum pod gwiaździstym niebem, gdzieś po drugiej stronie Wszechświata.

A teraz przedstawię Czytelnikowi chronologię obserwacji Nieznanych Obiektów Latających w latach 1461-1779:

v 1 listopada 1461 roku - nad Arras zaobserwowano „powietrzny statek”.

v 1520 rok - w Erfurcie zaobserwowano dwie ogniste kule, z których jedna wylądowała, a potem odleciała. Z innych źródeł wynika, że był to ognisty promień, który spalił kilka miejscowości.

v 7 sierpnia 1566 roku - w biały dzień nad Bazyleą pojawiły się jakieś ciemne kule.

v 13 października 1684 roku - nad Jáchymovem latało jakieś ciemne ciało.

v 8 stycznia 1704 - nad Anglią przeleciał klucz Nocnych Świateł w kształcie litery „V”.

v 6 marca 1716 - sir Edmund Halley zaobserwował tak silne Nocne Światło, że można przy nim było czytać druk. Zjawisko trwało 2 godziny!

v 1718 - lekarz dr Hans Sloane obserwował w zachodniej Anglii jasne światło po zachodniej stronie nieba. Było ono jaśniejsze od Księżyca.

v 17 marca 1735 roku - w czasie obserwacji Marsa, astronom John Bevis ujrzał nad Londynem obiekt, który rozdzielił się na dwie części.

v 6 lipca 1744 roku - w godzinach wieczornych dwie świetliste kule przeraziły mieszkańców Hrádku nad Nisou.

v 1779 - francuski astronom Charles Messier zaobserwował przelot formacji ciemnych obiektów na tle tarczy Słońca.

 

Czy to nie wystarczy?

 

---oooOooo---

 

Rozdział X - PRZYBYSZE Z KOSMOSU - ŻYWI CZY MARTWI?

 

Druga wizyta w Polsce - Darwin ewolucji maszynowej - Ludzie, roboty i... coś pomiędzy nimi - Rozmaitość kształtów: konieczność czy specjalizacja? - Panopticum, dla którego trudno znaleźć jakieś wyjaśnienie.

 

Kiedy to przez kilka miesięcy na moim biurku bez przerwy pojawiała się literatura folklorystyczna, w której poszukiwałem dokumentów na Bliskie Spotkania Trzeciego i Czwartego Rodzaju w epoce Średniowiecza, po drugiej stronie Tatr inż. Leśniakiewicz też nie próżnował. Rezultatem jego wysiłków było studium, które ujrzało światło dzienne w jednym z numerów „Wizji Peryferyjnych” nr 5,1996 na stronach 6-7 i 15.

Pewnego dnia dostałem od moich polskich kolegów gruba kopertę z czasopismami i wertując ją znalazłem artykuł, który mnie dosłownie zelektryzował:

 

Robert K. Leśniakiewicz -

 

OBCY Z KOSMOSU - ŻYWI CZY MARTWI?

 

Jak się okazało, hipoteza o atomowych wojnach bogów wzbogaciła się w międzyczasie o nowe, interesujące aspekty.

No, a potem wszystko poszło prosto: podróż pociągiem Intercity z Koszyc do Kral’ovan, z Kral’ovan do Trstenej przedpotopowym pociągiem spalinowym alias „Orawska Strzała”, a potem pieszo cztery kilometry do przejścia granicznego w Chyżnym. Potem tylko półgodzinna jazda z głową między kolanami na tylnym siedzeniu Robertowego Rollmoppsa, jak jego właściciel nazywa swego fiata 126p BIS, NB inaczej go nazywał, kiedy strzeliła mu dętka, ale to już nie nadaje się do druku - sic!

I wreszcie po długiej podróży rozwaliłem się w fotelu z filiżanką parującej kawy w dłoni i zadałem pierwsze pytanie:

- Skąd ten pomysł o martwej ewolucji?

- Kiedy się dobrze zaznajomimy z twórczością Stanisława Lema - Robert na to - to z całą pewnością dojdziemy do wniosku, że fascynuje go cybernetyka i możliwość tzw. nekroewolucji - tj. samorzutnego rozwoju martwych, ale myślących maszyn.

- Czy w Układzie Słonecznym mogło dojść do nekroewolucji?

- Już w tej chwili mamy dostateczna ilość dowodów na to, że coś takiego jest w zasadzie możliwe, bowiem istnieją ślady ekspansji Kogoś na planetach Układu... Na Marsie i Księżycu na ten przykład pozostały monumentalne budowle i ślady wysoko rozwiniętej cywilizacji. Wyjasnia się to na różne sposoby - najczęściej tym, że wybudowali je Przybysze z Kosmosu. Mnie jednak najbardziej odpowiada hipoteza Aleksandra Mory o atomowych wojnach bogów-astronautów, które obróciły Ziemie w gruzy i inne planety Układu Słonecznego w perzynę, zaś jedna z planet - Faetona - w rój asteroidów.

- Jak to się ma do współczesnej ufologii? - zapytałem.

- Współczesna polska i zachodnia ufologia, jej niektóre szkoły, podchodzą do zagadnienia zgodnie z formułą, która przypomina mi anegdotę o red. Ryszardzie Sikorze z Jedynki Polskiego Radia, który w 1990 roku pytał górali, czy będzie śnieg. Od starych górali usłyszał, że >>Śnieg ponie bee albo i nie bee<<, zaś ci młodzi dodali, że >>Ponie śnieg bee, no chyba żeby loło<<. Dowcip polega na tym, że do dziś dnia nikt nie złapał ani UFO, ani załogi UFO. Amerykańskie opowiastki o ufokatastrofach w Roswell, Sztrec czy Laredo albo na Szpicbergenie wkładam tam, gdzie ich miejsce - to jest pomiędzy bajki... oraz pobożne życzenia niektórych „ufologów” od siedmiu boleści z Bożej łaski.[223] Ich źródła informacji są co najmniej niewiarygodne, uwierzą w nie, kiedy na własne oczy zobaczę i pokroję zwłoki Kosmity czy rozkręcę na czynniki pierwsze latający spodek. Z tego punktu widzenia jestem niewiernym Tomaszem, mimo tego, że spotkałem się ze zjawiskami, których nie potrafiłem i nadal nie potrafię nijak wyjaśnić do dnia dzisiejszego przy pomocy współczesnej wiedzy..

Skorzystałem z przerwy w opowiadaniu Roberta, zamieszałem kawę i pociągnąłem potężny łyk.

- Po obserwacji NOL-i z dnia 24 czerwca 1947 roku nad Górami Kaskadowymi, w rejonie Mt. Rainier, nasza ufologia przyjęła niewzruszony paradygmat - kontynuował mój rozmówca - a mianowicie ten, że NOL-e są pilotowane przez żywe załogi. Na ten temat nikt nie dyskutował, bowiem wszyscy ulegli czarowi najpierw samolotów, a potem rakiet i wreszcie statków kosmicznych, i uważali za coś normalnego, że NOL-e są pilotowane przez żywe istoty! Idzie o taniutki antropocentryzm, któremu dał odpór prof. Ronald N. Bracewell ze Stanford University, a który w 1960 roku przedstawił swoja teorię o automatycznych sondach międzygwiezdnych. Te mają najpierw przebywać przestrzenie międzygwiezdne i po odkryciu zasiedlonych planet nawiązać z nimi Kontakt. W świetle tego, co tu powiedziano, sonda taka mogłaby się przejawiać jako obiekt, który emituje ku nam „spóźnione radioecha” Störmera i van der Poola.[224] Tak, że to - o czym mówiliśmy - elegancko wpasowuje się w szereg tajemnic, które otaczają obecność pozaziemskiej cywilizacji w Układzie Słonecznym.

- Istnieje jeszcze jedna możliwość - Robert podjął swój ulubiony temat - bowiem moja hipoteza zakłada, że po straszliwej wojnie, która przed 15-12 tysiącami lat spustoszyła Ziemię i skończyła się zatopieniem lądów Atlantydy, Mu czy Lanki - resztki ludzkości zostały cofnięte w rozwoju do barbarzyństwa, jak to już mówiłem przedtem. Teraz tylko dodam to, że ci ludzie zostali wybici do nogi, albo spadli w rozwoju tak nisko, że technika, która stworzyli - całkowicie przerosła ich możliwości. Czy każdy z nas, ludzi XX i XXI wieku zna konstrukcję i obsługę wszystkich stworzonych przez naszą cywilizację maszyn? - oczywiście, że nie! No i tak martwy Rozum pozostawiony sam sobie rozpoczął ewolucję. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale nie jest to takie niemożliwe, jak się to wydane!

Westchnąłem i pociągnąłem kolejny łyk kawy...

- Maszyny, które były tak skomplikowane jak statki kosmiczne na ten przykład, musiały mieć rozwinięte centra kierowania obdarzone znaczną - jeżeli nie całkowitą - autonomią, a po zlikwidowaniu ludzi jako czynnika kontroli i nadzoru po Wielkiej Wojnie zostały one po prostu puszczone w samopas... I tak się zaczęła nekroewolucja. Nie było żadnych Dinozauroidów czy Przybyszów z Kosmosu - byli tylko biedni, prymitywni ludzie i bezduszne choć inteligentne maszyny. Ludzie mogli jedynie jako-tako pozbierać się i tworzyć jakieś pierwociny cywilizacji, natomiast maszyny - już od nich niezależne - zaczęły pracować nad tym, co uważały za potrzebę numer jeden ze swego punktu widzenia: zabezpieczenie dostaw energii i części zamiennych. I tak jak w powieściach Lema rozpoczęły się z ich strony nowe aspekty „życia” na Ziemi i we Wszechświecie...

Przyznaję, że zafascynował mnie obraz starożytnych Terminatorów.

- Po kilku tysiącleciach przebiegu nekroewolucji z maszyn powstały doskonałe pojazdy latające - UFO. To właśnie dlatego NOL-e tak często interesują się naszą energetyką i „wsysają” energię elektryczną wprost z przewodów naszej sieci przesyłowej i dlatego tez latają wokół naszych pokładów rud uranu i toru.[225] Także obecność UFO stwierdza się w rejonach baz wojskowych z bronią rakietowo-jądrową, bowiem Ufici niejako à priori doskonale wiedzą, do czego może dojść po masowym użyciu wszystkich rodzajów BMR...[226]

- A co z obserwacjami humanoidalnych istot, które znamy jako EBE czy też ALF?[227] - zapytałem, by przypomnieć Robertowi o swej obecności.

- To proste - padła natychmiastowa odpowiedź - EBE czy ALF naprawdę są cyborgami stworzonymi przez te myślące maszyny. A po co? Odpowiedzi może być kilka:

o Nawiązanie kontaktu z żywymi istotami - nie tylko z ludźmi - w celu utrzymania nad nimi kontroli.

o EBE są prototypami istot rozumnych ostatniej generacji, w których mechaniczne części zastąpiono biologicznymi ekwiwalentami.

o EBE stworzono w celu zapoczątkowania przechodzenia inteligentnych maszyn z kablowego, laserowego czy radiowego kontaktu międzyjednostkowego na kontakt biologiczny - telepatyczny.

o Jest całkiem możliwe, że wszystkie tutaj wymienione możliwości są dokładnie tak samo prawdziwe, a zatem pozwala to na wyciagnięcie paskudnego wniosku, a mianowicie, że EBE stworzono jako idealny instrument nadzoru i kontroli całego psychozoiku - całej noosfery Ziemi!

 

- Co pozwala nam na takie stwierdzenie?!

Przede wszystkim Ich działanie na nasze zmysły i Ich o wiele lepiej rozwinięta Świadomość i Nadświadomość. EBE maja od 0,9 do 1,5 m wzrostu i delikatna budowę ciała, ale za to ich głowy są ogromne. Właśnie te ich ogromne głowy - a właściwie mózgi - są ich najbardziej skuteczna bronią - skuteczniejszą, niż wszystkie nasze strzelające i wybuchające zabawki razem wzięte... Jako byłego żołnierza interesuje mnie - i zarazem przeraża - owa psychotroniczna broń i całkowita niemoc człowieka wobec niej.[228] Ba! - co więcej - ta broń jest o wiele bardziej humanitarna od wszystkiego, czym Ludzkość dysponuje w dniu dzisiejszym, aczkolwiek my też pracujemy nad NLW, bronią obezwładniającą istoty żywe na jakiś czas, ale nie odbierającej im życia.

Przez czas jakiś Robert opowiadał o nowych rodzajach broni, a ja obróciłem kasetę w magnetofonie. Robert tymczasem dolał mi kawy i kontynuował swą opowieść:

- Innym argumentem za tą hipotezą jest rozmaitość kształtów ciał Przybyszów. Znany rosyjski badacz paranormalnych fenomenów dr nauk geologicznych Władimir Iwanowicz Tjurin-Awińskij z Samary[229] naliczył podobnież aż 60 typów kształtów Obcych. Czyżby znaczyło to, że Ziemia jest miejscem randez-vous aż 60 ras gwiezdnych? Trudno w to uwierzyć, chociaż życie m u s i istnieć we Wszechświecie, ale - na wszystkie Żółte Koty Kosmosu! - dlaczego akurat Ziemia miałaby służyć im za salę konferencyjną jakiegoś OPZ - czyli Organizacji Planet Zjednoczonych? Muszą to być - sapristi! - doprawdy dziwne Zjednoczone Planety, które organizują sobie spotkania na szczycie na naszej umierającej, zatrutej i podminowanej 10 gigatonami trotylu staruszce Ziemi?... No, chyba że te istoty podobnie jak my kochają się w ryzyku i absurdzie!

- To jak wyjaśnimy tą rozmaitość kształtów?

- Hipoteza o biorobotach wyjaśnia to panopticum całkiem jasno i prosto - roboty są przystosowane do wykonywania różnych misji. Do wytwarzania np. sieci komunikacyjnej używa się robotów w kształcie latających walców, do pobierania próbek - prostopadłościenne pałubiaste konstrukcje, do latania - dyski, do kontaktów z ludźmi - wielkogłowe humanoidalne cyborgi, do kontaktów z delfinami i waleniami - rybokształtne pływające roboty emitujące ultrapiski, a wszystkie one porozumiewają się ze sobą telepatycznie... Innymi słowy mówiąc - nie wierzę w prawdziwość filmu ukazującego sekcje zwłok Kosmity - czy raczej Kosmitki - z Roswell, bo to nie był robot, a może raczej robotka, robocica czy robotowa???, a była to de facto samica rhezusa czy innej zmutowanej przez promieniowanie małpy, albo kobieta z syndromem Turnera.

- Czy robot musi mówić prawdę? Nie, nie musi. I dlatego właśnie nam - czyli istotom stojącym ewolucyjnie n i ż e j on, jako istota ewolucyjnie w y ż s z a nie musi mówić prawdy. Mogą im mówić to, co chcą - wychodząc z apriorycznego założenia, że ludzkie prymitywy i tak ich nie zrozumieją. Stąd biorą się te wszystkie androny, które ludzie zapamiętują w czasie CE. Po drugie - roboty mogą częściowo mówić prawdę twierdząc, że pochodzą z Księżyca, Marsa, Wenus, itp. - bowiem TAM ZOSTAŁY WYPRODUKOWANE przez ludzi przed Wielką Wojną, albo EYCHODOWANE SZTUCZNIE w warunkach laboratoryjnych - jak mówi o tym choćby relacja Betty Andreasson.[230] Hodowla biorobotów jest hitem mechanicznej ewolucji - ciągnie mój rozmówca - hoduje się je sztucznie, ale do tego potrzebne jest dokładne i detaliczne rozpracowanie sposobów rozmnażania się istot ż y w y c h ! I to właśnie dlatego Ich tak interesuje rozmnażanie się - i to nie tylko nasze - a to dlatego, że Oni szukają najoptymalniejszej metody. Stąd właśnie bierze się ten cały cyrk z porywaniem ludzi i zwierząt, opowieści o badaniach, wiwisekcjach i tym podobnych nieprzyjemnościach. Stąd wreszcie masowe badania ludzi przebywających w kręgach i piktogramach zbożowych! Oni już tutaj idą na masówkę, nie na detal. Załatwiają to hurtowo!

Następnym argumentem „za” jest sposób manewrowania w powietrzu NOL-i. Nie wiem, czy NOL-e wymodliły sobie u Pana Boga wyjątek spod prawa o bezwładności ciał i grawitacji, a one obowiązują wszędzie - od miejsca, gdzie diabeł powiedział dobranoc do najodleglejszego kwazara. Ta zagadka musi spoczywać gdzie indziej. To „gdzieś indziej”, to właśnie robotyzacja załóg UFO...

- Jak to?

- A tak, bo NOL-e są w stanie lecieć z prędkościami tysięcy kilometrów na godzinę i startować czy hamować z przyspieszeniami rzędu tysięcy g. człowiek, a raczej jego biologiczna konstrukcja, jest w stanie wytrzymać do 20 g, ale krótko. W przypadku działania przyspieszenia wyższego niż 20 g po pewnym czasie pozostaje z człowieka krwawy placek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Gwałtowna akceleracja czy deceleracja może zabić żywe organizmy, ale robotom to nie szkodzi, z tego prostego powodu, że ich endo- i egzoszkielety są zrobione nie z węglanu i fosforanu wapnia, ale ze znacznie odporniejszych materiałów, co umożliwia im znoszenie gwałtownych przyśpieszeń i opóźnień. Natomiast NOL-e z częściowo zbiologizowanymi załogami latają znacznie ostrożniej, bez gwałtownych zmian prędkości i kierunku - co zgadza się z relacjami uczestników CE. Wiem, że to, co teraz mówię to naukowa herezja, ale wynikałoby z tego, że Oni nie opanowali jednak grawitacji i antygrawitacji jak Niszczyciele i Zływrogi z powieści „Dalekie szlaki”(Warszawa 1973) Siergieja Sniegowa. Być może Oni posługują się antymaterią, ale nie jestem tego stuprocentowo pewnym.[231] Szkoda mi tej hipotezy, ale fakty pokazują na to, że tak właśnie jest. Nie mówią o tym świadectwa ludzi porwanych do UFO. to, o czym mówią post factum, wbrew hipnozie nie może być miarodajne, a to dlatego, ze Obcy im po prostu wkodowuja w mózgi to, co chcą im wbić do głowy, a nie to, co my byśmy chcieli wiedzieć. To oczywiste! To dotyczy także Ich czynności na pokładzie NOL-a.

i to dowodzi jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie - Oni maja jakąś słabość, jakąś piętę Achillesa, której ujawnienie przed nami może mieć dla Nich zasadnicze konsekwencje. Czy może chodzi o tajemnicę napędu UFO?

- Może?...

- Hmmm... - A może chodzi o to, że po zbiologizowaniu maszyny staną się śmiertelne, jak ludzie? Musi to być dla Nich kwestią życia i śmierci, bo po co robiliby z nami ten cały psychotroniczny cyrk z maskowaniem wspomnień? Wybuch jądrowy nie zniszczy łatwo cybernetycznego mechanizmu, bo trudno jest zabić to, co ex definitio jest martwe, ale zbiologizowany automat, a to już jest inna rzecz. Promieniowanie zniszczy organiczne struktury jego pseudo-organizmu, co w konsekwencji doprowadzi do porażenia funkcji życiowych i poważnego uszkodzenia takiej EBE! I to właśnie dlatego stale kontaktowcy są tak upierdliwie pouczani, by nie dopuścić na Ziemi do kolejnego nuklearnego Armageddonu...

Nasze spotkanie powoli zbliżało się do końca. Dopiłem kawkę, a filiżankę postawiłem na stoliku tak niezdarnie, że ta wypadła i poplamiła obrus. Postawiłem na plamie spodeczek, by mnie nie rozpraszała w dalszym ciągu debaty.

- Na koniec musze powiedzieć jeszcze kilka słów o zachowaniu Obcych, które sprawia wrażenie standardowego modelu. Wszyscy świadkowie CE przypisują Im takie właściwości, jak: bezduszność, bezlitosność, wyższość i co najważniejsze - brak jakichkolwiek emocji. Zazwyczaj przypisuje się to temu, że Ich psychika jest diametralnie różna od naszej, z definicji obcej i nie-ludzkiej. Ale czy tak właśnie jest? Sądzę, że tak, bowiem roboty mają nieporównywalnie uboższe formy wyrazu w porównaniu ze spontanicznymi reakcjami istot żywych. Wspominając przypadki Andreassonów, Suttonów, Villas-Boasa czy Browne’a i inne stwierdzamy, że osoby te były zdumione automatyzmem zachowania się Obcych. Nawet w tak drastycznym przypadku, jak w incydencie w Kelly-Hopkinsville, Suttonowie zaobserwowali, że atak Obcych na ich dom przebiega wedle jakiegoś odgórnego schematu, a istoty trafiane pociskami z ich broni wydawały dźwięki, jakby „strzelało się do wiadra” - co jest znane wszystkim tym, którzy byli na wojnie czy strzelali ostrą amunicją. Takie dźwięki wydaje lekki pancerz uderzony pociskiem z broni palnej. Także kobiety, które doprowadziły Villas-Boasa i Browne’a do stosunku płciowego mogły być takimi boicybernetycznymi istotami, których jedynym zadaniem było urodzić humanoida - hybrydę człowieka i - nie, nie Kosmity - w tym przypadku robota... Albo - po prostu istotę, która szła na części zamienne dla innych biocyborgów! Nie sądzę, by nosiciele informacji genetycznej DNA i RNA byli tak rozsiani po Wszechświecie, że znalezieni dla nich partnera seksualnego było fraszką i człowiek mógł mieć potomstwo z byle Pozaziemianką. Coś mi tu nie gra...

- Jak to można podsumować?

- Jak to zbierzemy wszystko do kupy, to można powiedzieć, że hipoteza o sztucznym pochodzeniu Obcych, którzy nas nawiedzają, broni się całkiem nieźle, choć ma swe słabe strony, bo nie tłumaczy do końca przypadku Semjase z Plejad i innych bardzo ludzkich Pozaziemian odwiedzających Ludzkość i niektórych jej przedstawicieli, że wspomnę Adamskiego czy Maiera... - podsumował Robert siadając za kierownicą Rollmoppsa - Myślę, że podczas zbierania faktów, ta hipoteza będzie potwierdzona lub zanegowana, co w niczym nie zmienia jej atrakcyjności. Eksploracja Wszechświata przy pomocy robotów jest o wiele bardziej efektywna, niż wysyłanie ludzi czy innych istot żywych z krwi i kości. Postulat prof. Bracewella jest dalej w mocy i badania w tym kierunku muszą trwać dalej.

Na tym wizyta u inż. Leśniakiewicza się zakończyła.

 

---oooOooo---

 

Rozdział XI - NOC, KIEDY ZACHWIAŁ SIĘ KSIĘŻYC

 

Kanonik z Canterbury o niewiarygodnym zdarzeniu - „Aland, Aland, Zealand!” - Poszukiwania w kraterze Tapanui - Wyspa Wielkanocna poligonem atomowym bogów? - Posągi, które mogłyby powstać w Hiroszimie.

 

18 czerwca 1178 roku, kronikarz katedry w Canterbury w Anglii zaobserwował dziwne wydarzenie, które opisał tak oto:

Tego roku, w niedzielę poprzedzającą święto św. Jana Chrzciciela, pięciu ludzi ujrzało niezwykłe zjawisko. Owego czasu był Księżyc w fazie pomiędzy nowiem a I kwadrą, więc jego rogi były obrócone ku wschodowi. Nagle jego górny róg się rozdzielił, a ze środka przepołowionego miejsca wystrzelił zwijający się płomień, który miotał wokół iskry i płomień, a cała reszta Księżyca zaczęła się zwijać jakoby w przerażeniu wielkim. Wszyscy mówili o tym, że Księżyc zwijał się, jak raniony wąż. Po chwili Księżycowi powrócił jego dawny wygląd i kształt. Wyżej opisany dziw powtórzył się co najmniej sześciokrotnie, a błysk ognia za każdym razem był z innego kierunku. Po tych przemianach, Księżyc od rogu do rogu przybrał ciemny wygląd na całej swej długości.

Wielu historyków odesłało oczywiście ten przekaz pomiędzy bajki, a w najlepszym przypadku w sferę fantazji, pozostaje wszakże prawdą to, że znaleźli się niekonwencjonalnie myślący badacze, którzy poszli tropem tego niezwykłego wydarzenia.

Dowody na prawdziwość opisu podanego nam przez średniowiecznego mnicha udało się nam znaleźć tam, gdzie się ich nikt znaleźć nie spodziewał.

Być może Czytelnicy w swej młodości przeczytali powieści Juliusza Verne’a i pamiętają wykrzyknik roztargnionego geografa prof. Jakuba Paganela: „Aland, Aland! Zealand!” wydanego nad listem znalezionym w butelce wyłowionej z morza:

 Którym to pamiętnym wykrzyknikiem dopełnił brakujące litery i odgadł - tak mu się przynajmniej wydawało - miejsce pobytu zaginionego kapitana Granta w powieści „Dzieci kapitana Granta”. I to właśnie Nowa Zelandia będzie celem naszego dalszego dociekania, do której puścimy się śladami Polaka - prof. dr inż. Jana Pająka, który po smierci prof. J. Allena Hynka uznany został za badacza niezwykłości numer jeden na świecie. Od kilku lat przebywa w Dunedin na Nowej Zelandii, gdzie wykłada na tamtejszym uniwersytecie, a także na uczelniach Cypru i Malezji.

Gdyby któreś z europejskich państw przed ośmioma stuleciami było zniszczone silnym wybuchem, to historyczne podręczniki tego kraju byłyby wypełnione opisami tej katastrofy, setki badaczy badałoby jej przyczyny i skutki, a każdy mieszkaniec poznałby nawet najmniejsze szczegóły tej tragedii -

napisał w 1995 roku prof. Pająk
 

Jednakże, kiedy spytacie mieszkańców Nowej Zelandii o detale dotyczące eksplozji na Tapanui, spotkacie się z przekonaniem - ba! - pewnością, że takiej eksplozji nigdy nie było![232]

Profesor Pająk wie co robi i co pisze. Już w 1987 roku odkrył on na Nowej Zelandii krater Tapanui, nazwany tak od niewielkiego miasteczka leżącego na Wyspie Południowej. W promieniu 350 km od niego znajdują się do dziś widzialne ślady katastrofy, od której upłynęło 830 lat.

Te powszechne negowanie eksplozji dziwi nas tym bardziej, że na Nowej Zelandii na każdym kroku widać ślady straszliwej katastrofy. Ślady są tak wyraźne, że należy wyłożyć więcej energii na ich badanie i akceptowanie. Ignoramus et ignorabimus - nie wiemy i nigdy nie poznamy!

 Prof. Pająk weryfikując ślady eksplozji Nieznanego Obiektu Latającego nad Nową Zelandią w 1178 roku wskazał na cały szereg przesłanek:

v Ogromny krater Tapanui, znajdujący się na Wyspie Południowej w zachodniej części prowincji Otago, na zachodnim stoku góry Puherus. Okolice krateru wskazują jednoznacznie na to, że powstał on w momencie wybuchu o mocy rzędu 60 Mt TNT, czyli 1.000 razy większej od mocy bomby atomowej typu Hiroshima.[233]

v Identyczność krateru Tapanui z kraterami powstającymi po naziemnej eksplozji atomowej. Współczesne eksperymenty z bronią jądrową pozwoliły na lepsze poznanie problematyki tworzenia się kraterów powybuchowych. Przy naziemnej eksplozji dominującą rolę gra nadciśnienie powstające na czele fali uderzeniowej, niszczące wszystko, co jej stanie na drodze. Uderzenie sprężonego powietrza niszczy domu i inne budowle, wywraca i łamie drzewa, rani ciężko wszystkie żywe istoty. Fala uderzeniowa powoduje ich śmierć poprzez tysiące mikroobrażeń... Detonacja nad Tapanui w tym przypadku przypomina dość dokładnie eksplozję nad Podkamienną Tunguską, dzięki podobieństwu ułożenia pni drzew zniszczonych przy eksplozji Tunguskiego Fenomenu, co było niemal identyczne z przypadkiem Tapanui.

v Zniknięcie lasów w centralnej części Wyspy Południowej. Już pierwsi biali osadnicy, którzy lądowali tam w 1840 roku, znaleźli tam wbrew przyjaznemu klimatowi wyspy jedynie stepową roślinność z resztkami zwęglonych pni drzewnych. Lasy na Wyspie Południowej strawiły w przeszłości gigantyczne burze ogniowe, a przy pomocy datowania radionuklidem 14C udało się ustalić, że wybuchły one w roku 1178 - czyli dokładnie wtedy, kiedy kronikarz z Canterbury sporządził swą notatkę o niebieskiej katastrofie!!!

v Koncentrycznie ułożone pnie zwęglonych drzew, których korzenie mierzą w kierunku centrum krateru Tapanui. Wyniki badań katastrofy tunguskiej każą przypuszczać, że j e d y n ą przyczyną takiego ułożenia pni drzewnych był silny wybuch, którego fala uderzeniowa spustoszyła okolicę.

v Przyczyny genocydu ptaka Moa w roku 1178. Na Nowej Zelandii mieszkał onegdaj wielki - 3-5 m wysokości - ptak Moa (Eurapteryx gravis ex. Dinornis giganteus) co znaczy dosłownie „straszny, gigantyczny ptak”, na którego polowali jeszcze Maorysi.[234] Jak dowodzi tego prof. Pająk, Moa wyginęły w tym rejonie około roku 1178, a ich zwęglone szczątki znajdują się do dziś dnia w górnych warstwach gleby wokół Tapanui. Szkielety znajdują się nad brzegami jeziorek okalających krater. Wygląda na to, że te ogromne ptaki na krótko przed śmiercią uciekły z miejsca, gdzie dziś znajduje się krater, ale zatrzymały się na brzegach zbiorników wodnych, których nie mogły pokonać, i tam zastała je masowa śmierć.[235]

v Namagnesowanie gleby i skał w okolicy krateru. Jak uważa prof. Pająk - okolice krateru są namagnesowane turbulentnie, co można łatwo sprawdzić przy pomocy kompasu. Występują tutaj rozmaite anomalie atmosferyczne i radiokomunikacyjne.

v Deficyt niektórych mikroelementów w glebie. W okolicy krateru Tapanui występuje endemicznie choroba zwana „grypą Tapanui”. Prof. Pająk uważa, że ta magnetyczna symulacja może zmienić ilość niektórych biogennych mikroelementów w glebie, co może być etiologią tego schorzenia. Ich deficyt może synergicznie wpływać na przebieg choroby, która z klasyczna grypą ma jedynie wspólną nazwę i przypomina dość dokładnie... chorobę popromienną!

v Ceramiczne kamienie i Trynityty. W kraterze znajdują się niezwykłe minerały, tzw. „kamienie ceramiczne” czyli kwarcyty zdeformowane wysokim ciśnieniem i temperaturą.[236] Są tam także Trinityty - minerały złożone z cząstek krzemowego szkliwa o wielkości ziarenek piasku w kształcie kulki lub kropelki. Trynityty znajduje się zawsze na miejscach wybuchów jądrowych, niby odciski palców na miejscu zbrodni...

v Powierzchniowe złoża złota w prowincji Otago, które są rozmieszczone koncentrycznie wokół krateru Tapanui i wskazują na przebieg fali uderzeniowej po eksplozji. Mechanizm wyrzucenia złota na powierzchnię Ziemi w prowincji Otago jest według prof. Pająka identyczny z działaniem separatorów wibracyjnych ciał sypkich. Mechanizm ten uruchomił się wtedy, gdy wybuch spowodował silną wibracje gruntu i trzęsienie ziemi.

v Maoryjskie nazwy okolic krateru Tapanui. Maorysi, jak i inne narody maja zwyczaj nadawania nazw miejscom, w których w przeszłości rozegrały się ważne wydarzenia. Dotyczy to nazw z okolicy Tapanui, które wskazują na dawna tragedię. Prof. Pająk przytacza niektóre z nich: HAKATARAMEA - znaczy tyle, co „ogień rozpalony przez odpoczynek latającego statku”; HOKANUI - „wianek strzelających płomieni”; MATAURA - „świecący niebieski statek”; OMARAMA - „odpadły od Księżyca” (!!!); OTARAIA - „odpadły róg, rozbity na części”(!!!); POMAHAKA - „noc wielu strzelających płomieni”; PUKERAU - „góra, która zatrzęsła światem”; WAIPAHI - „horyzont wybuchającego ognia” czy wreszcie TAPANUI - „ogromny wybuch”![237]

v Maoryjskie legendy wprost mówiące o eksplozji. Legendy tubylców bardzo często mówią o zdarzeniach związanych z katastrofą w Tapanui. Jedna z nich mówi o obiekcie w kształcie rogu świecącym jak Księżyc, który eksplodował nad Tapanui i spowodował straszliwe spustoszenie, śmierć, pożary i wyginięcie ptaków Moa. Powstanie wyspy Stewart według prof. Pająka jest związane także z piękną i romantyczną legendą. W języku Maori ten skrawek ziemi przy Nowej Zelandii nosi nazwę RAIKURA , co znaczy „rozżarzone niebo”. Nazwa ma przypominać dzień, w którym statek synów wodza nieba przybył, by spotkać się z żona miejscowego wojownika. Jej małżonek by nie dopuścić do tego spotkania, wywiózł żonę na Wyspę Południową. Kiedy wódz nieba ujrzał, ze kobieta znikła, jego statek udał się na poszukiwania. Po przybyciu nad Tapanui i nieudanym randez-vous wódz nieba wybuchnął gniewem i rozpalił niebo i ziemię ogromnym ogniem śmierci i zniszczenia. Nazwy miejscowości, które skatalogował etnograf John White w swej książce „Ancient History of the Maori” czyta się jak w powieści fantastyczno-naukowej: „Wojna we Wszechświecie”, „Związki między bogami a ludźmi”, „Drogi z Ziemi ku gwiazdom”, itp.[238] Z innego mitu zaś dowiemy się, jak to bóg Rongamai wypowiedział wojnę plemieniu Nga-Ti-Hau: Jego pojawienie się było, jak gorejąca gwiazda, jak ogień, jak Słońce. Rongamai spuścił się z nieba na sam środek wioski: W ziemi powstała jama, obłoki pyłu przesłoniły światło, huk przypominał grzmot piorunu, a potem szum muszli.[239]

v Notatka kronikarza z katedry Canterbury. Ten zapis, który zacytowałem na początku rozdziału prof. Pająk komentuje ściśle technicznym językiem: Błysk pierwszego obiektu eksplodującego nad Tapanui odbił się od księżycowego globu, jak od zwierciadła wypukłego, co na świadkach sprawiło wrażenie rozszczepienia się rogów Księżyca. Potem magnetyczne fale eksplozji szerzące się w jonosferze spowodowały falowanie mas zjonizowanego gazu i w rezultacie skakanie obrazu Srebrnego Globu wiszącego nisko nad horyzontem. Po tym pierwszym wybuchu, statki w kształcie cygar dalej eksplodowały, przy czym każdy wybuch wywoływał takie same efekty, jak ten pierwszy, tj. ognisty błysk i falowanie obrazu Księżyca. To wszystko potem wywołało efekt przyciemnienia jego blasku.[240]

 

Ślady podobnych wydarzeń możemy znaleźć dzisiaj także na całym świecie. Miedzy innymi na Wyspie Wielkanocnej, małym skrawku suchego lądu wśród przestworów wodnych Pacyfiku, gdzie poza znanymi na całym świecie ogromnymi figurami z kamienia, znajdują się tam inne niemniej ciekawe rzeźby.

W największych muzeach świata, w niektórych zbiorach prywatnych i gdzieś w głębi pieczar rodzinnych w łonie Wyspy Wielkanocnej znajdują się wyrzeźbione w drewnie figurki zwane Moai-Kava-Kava. Przedstawiają one mężczyzn z wystającymi żebrami, zapadniętymi piersiami, przedłużonymi uszami, kozimi bródkami i wychudłym ciałem. Na zdjęciach możemy ujrzeć trzy dominujące cechy ich fizjognomii: kacheksję, strupy i otwarte rany na ciele. Nic dziwnego, że w 1965 roku pokazał się pogląd, że figurki te przedstawiają ofiary silnego napromieniowania radioaktywnego, na który była kiedyś ta wyspa wystawiona. Francuski badacz Francois Maziére w swej książce pt. „Tajemnica Wyspy Wielkanocnej” pyta wprost, czy w przeszłości wyspa ta nie dostała potężnej dawki promieniowania jonizującego pochodzącego z innego świata, wskutek zetknięcia się z Przybyszami i Ich techniką, co stało się impulsem do wytwarzania wotywnych rzeźb, jako pamiątki z tych czasów.[241] Oczywistym jest, że wygląd tych ludzi wskazuje na to, że cierpieli oni na chorobę popromienną - konkluduje on.

Skąd się wzięło promieniowanie na Wyspie Wielkanocnej przed kilkoma stuleciami?

Francois Maziére przy pomocy swej małżonki Tily zapisał na Wyspie Wielkanocnej legendę ostatniego człowieka znającego Rongo-Rongo o wielce skomplikowanym imieniu A Ure Auviri Porotu legendę o tym, jak to w dawnych czasach wyspę dotknął „palec boga Uoke”, który całą ją rozkołysał. Podobna legendę o piorunie boga Make-Make zapisał już w 1924 roku, angielski etnograf Macmillan Brown. Inne podanie mówi o „padającym niebie, które patrzyło, czekało i znów odleciało w górę”. Postawmy sobie pytanie: Jak człowiek przed ośmioma wiekami miał opisać start i lądowanie statku kosmicznego? Czy tak?

W tej chwili zaczynamy domyślać się, że Wyspa Wielkanocna, podobnie jak Wyspa Południowa Nowej Zelandii, stała się onegdaj celem uderzenia BMR. Czy była to głowica bojowa, która zeszła z orbity z prędkością „błyskawicy boga Make-Make”? A może ktoś tej wyspy użył tak, jak my użyliśmy atolu Bikini? Jako atomowy poligon? Samolot wylądował, jego załoga zainstalowała „urządzenie termojądrowe” i odleciała, zaś samo urządzenie wybuchło przy okazji rozpylając połowę wyspy w atmosferze... NB, to, co ludzie zrobili z tymi rajskimi atolami Polinezji woła o pomstę do nieba!!!...

Zasadnicza różnica pomiędzy dwoma tymi hipotezami spoczywa w tym, że jeżeli w pierwszym przypadku zabijał ludzi jakiś anonimowy system prehistorycznego programu SDI, to w przypadku drugim szło o przygotowaną co do szczegółu akcję. Komuś zależało na tym, by modele dzisiejszych duchów Moai-Kava-Kava były dokumentacją jego doświadczeń z bronią jądrową!...

 Silny traumatyzm, jaki cechuje Polinezyjczyków nie jest dziełem przypadku czy akcydentalnego wypadku - jest to pozostałość wstrząsu duchowego, i że nie ma on sobie równego na innych wyspach. Czy to się komu podoba, czy nie - Wyspę Wielkanocną napadły takie siły, które jak uważam, są obecne także i dziś i są silne na tym skrawku ziemi, która tak strasznie zmienił ogień -

- jak pisał F. Maziére. Wiemy, j a k i e to siły ma na myśli autor. To te siły, które spowodowały powstanie długiego na 800 m i szerokiego na 200 m łożyska wulkanicznego szkliwa na Rano Raraku i nie zapomniały w jego kraterze umieścić typowy krater poimpaktowy. Albo te same siły, które przetopiły minerały w szkliwo wulkaniczne wbrew temu, że wulkany na wyspie są nieczynne od tysięcy lat.

Kluczem do tajemnicy Wyspy Wielkanocnej jest ogień. Znaleziska ziarenek pyłku kwiatowego wskazują na to, że Wyspa Wielkanocna miała bogata florę, i że nie były to gaje palmowe - jak to sugerują twórcy filmu „Rapa-Nui” z Kevinem Costnerem w roli głównej, a które potem znikły pod toporami ludzi. Roślinność - jak to dowiadujemy się z rdzeni odwiertów osadów jeziornych w Rano Raraku i Rano Kao - wyginęła na wyspie wskutek burz ogniowych. Bogaty materiał paleobotaniczny analizował prof. O. H. Selling z Narodowego Muzeum Przyrodniczego w Sztokholmie, a wyniki opublikowali Thor Hayerdahl i E. N. Fedron jr. w pracy pt. „Archeology of the Easter Island and the Eastern Pacific”, Santa Fé 1961.

Jak pisze norweski badacz Wyspy Wielkanocnej znany podróżnik i uczony Thor Hayerdahl - zniszczenie roślinności na wyspie było tak dokładne, jakby z całej flory wyspiarskiej nie zostało nic. Potem dopiero na wypalonej ziemi pojawiła się trawa i paprocie.[242] Zagadkowa jest na wyspie obecność wielu rodzinnych pieczar, jakby rodzinnych schronów, w których mieszkańcy spędzali swe życie i które służyły jako depozyt cennych i świętych przedmiotów, ale głównie były to schrony ze składami, bardzo podobne do tych ze współczesnych podręczników Przysposobienia Obronnego...

Tajemnicą owiany jest także zanik cywilizacji Wyspy Wielkanocnej, która tak nagle zgasła, kiedy już dojrzała do doskonałości. Z dnia na dzień, jej bogata kultura została zniszczona i to do imentu, i to tak szybko, że rzeźbiarze opuścili niedokończoną moai o wielkości 7-piętrowego domu! I to było tak szybko, że pozostawili na miejscu narzędzia pracy! Prace w kamieniołomach i przy ahu zostały przerwane i nigdy już się do nich nie wróciło. Wielotonowe posągi zrzucono z ahu - domy spalono doszczętnie i to tak, że popękały kamienie z ich fundamentów, a całe rody ukrywały się przez lata w podziemnych schronach wyspy.

Także groby świadczą o wszechobecnym upadku i zarazie na wyspie. Przed upadkiem panował tam niepolinezyjski zwyczaj kremacji zwłok i składania popiołów w pogrzebowych skrzynkach obłożonych kamieniami w bliskości ahu, potem trupy chowano masowo pod stosy nieociosanych głazów, ułożonych w bezkształtne stosy i byle gdzie na równinie Orongo, albo do podziemnych komór, niedbale wybudowanych pod twarzami czy brzuchami obalonych figur Moai.

I tak już całkiem na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie - a mianowicie: Figurki Moai-Kava-Kava sa zjawiskowo podobne do ofiar choroby popromiennej i wedle tubylczych legend są to przedstawiciele rasy, których znaleźli Polinezyjczycy po przybyciu na Wyspę Wielkanocną.[243] „Długousi”, bo tak siebie nazywali, przybyli na wyspę w XII wieku - w roku eksplozji w Tapanui i notatki canterburskiego kronikarza o chwiejącym się Księżycu - dokładnie w roku Pańskim 1178...

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                      Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/