Pogoda

Strona główna SMN

Robert Leśniakiewicz

Centrum Badań Zjawisk Anormalnych -  Nowości

Biografia R. Leśniakiewicza


Książki

Bogowie Atom. Wojen cz.1
Bogowie Atom. Wojen cz.2
Bogowie Atom. Wojen cz.3
Bogowie Atom. Wojen cz.4

Projekt Tatry - część I
Projekt Tatry - część II

Operacja Ziemia

Spotkania z Obcym

Oczy Cesarzowej Sissi

Zbierając meteoryty

PKrassa - Największa zagadka stulecia
Z Archiwum H&X - jtx
Bolid Syberyjski - jtx

MILOS JESENSKY & ROBERT K LEŚNIAKIEWICZ - Tajemnica Księżycowej Jaskini

Powrót do Księżycowej Jaskini

 

 

SM

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN

W przeglądzie tym pominąłem dwa niezwykle ciekawe przykłady, które ilustrują naszą hipotezę w sposób niemal idealny. Autorem opisu następującego wydarzenia jest nie kto inny, jak sam francuski lekarz, król proroków Michel de Nostre Dame alias Nostradamus (1503-1566) z Salon. Poza swymi słynnymi „Centuriami” pozostawił on także zeznanie na temat obserwacji, której dokonał w dniu 10 marca 1554 roku, w godzinach 19:00-20:00.:

W bliskości Księżyca, który tymczasem był w fazie pomiędzy nowiem a I kwadrą, przeleciał wielki ogień ze wschodu na zachód. Miał on kształt płonącego polana czyli pochodni i świecił - płomienie szły od niego, jak od roztopionego żelaza, długie jak cała Droga Mleczna. Leciał tak szybko, jak kopia, a wokół siał dym i trzaskanie... Poruszał się tam i sam, jak liście na drzewie, kiedy uderza weń silny wiatr. To trwało całe 12 minut, a kiedy doleciał w obszar konstelacji Orła - znanego jako kamienna droga - tam się zwrócił i poleciał na południe, nad morze. Pozostawiał za sobą wielki ogon, który długo utrzymywał swą barwę. Od czasu do czasu wylatywały zeń iskry, jakby błyskawic. Co spadło w dół, od razu spalało się na proch.[120]

Niemiecki badacz dr Johannes Fiebag, który obserwację Nostradamusa komentował w jednej ze swych książek, tak napisał na arginesie tego wydarzenia:

Meteoryt, który spadał z nieba? Przeciwko temu przemawiają dwa fakty: 1o - zmiana kierunku lotu z zachodniego na południowy, i 2o - długi, ponad 12-minutowy czas jego obserwacji. Obserwacja lotu meteorytu trwa zazwyczaj kilka sekund!!![121]

A zatem skoro to nie był meteoryt, to co?

Pewien rakietokształtny przedmiot wyrządził pożar w Kielu, w dniu 10 października 1717 roku, kiedy to świadkowie zaobserwowali bezpośrednio przed pożarem na niebie „ogniste znamiona”. Liczne drobne kawałki materii padały na ziemię i po obiedzie, około godziny 17 na przedmieściu wybuchł pożar, który objął od razu trzy domy. Na całe szczęście ucichł wiatr, bo w przeciwnym wypadku w ogniu stanęłoby całe miasto.[122]

Spróbujmy zanalizować to wydarzenie - chodziło prawdopodobnie o atak przeprowadzony przy pomocy bojowych środków zapalających (BŚZ) - zdolnych do wywołania pożaru powierzchniowego na terenie nieprzyjaciela i poparzeń w przypadku bezpośredniego kontaktu z nimi. Także współcześnie BŚZ są ważnym czynnikiem rażenia siły żywej i sprzętu oraz środkiem walki zarówno na froncie, jak i na tyłach. Masowe stosowanie BŚZ może złamać potęgę gospodarczą i militarną państwa oraz zdemoralizować jego mieszkańców. Zgodnie z tym opisem możemy podciągnąć pod to wszelkie bomby zapalające: termitowe, elektronowe, kombinowane, fosforowe czy napalmowe, albo niekonwencjonalne BŚZ.

Jeszcze raz przypomnę słowa kronikarza: drobne kawałki materii spadały na ziemię. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem byłoby to, że użyto BŚZ w postaci małych płytek fosforowo-celuloidowych. Ich budowa jest prosta - składają się one z celuloidowej płytki z wtopionymi w nią dwiema lub trzema porcjami białego fosforu.[123] Przy uderzeniu o ziemię fosfor zapala się i celuloid płonie silnym płomieniem, który jest trudny do ugaszenia...

Pytanie za 64.000 € brzmi: kto w 1717 roku rozrzucał na Kielem BŚZ i po co? Nie wiem, ale jestem w stu procentach pewien, że nie była to ani kometa, ani meteoryt ani piorun kulisty! Planeta Wenus - tak chętnie obwiniana przez „krytyków ufozjawiska” też nie...

Podobne informacje o użyciu BŚZ znamy już ze stuleci poprzedzających to wydarzenie, i tak np. Marek Bydžovský z Florentina w notatce z 1550 roku pisze tak:

Tegoż lata, 31 maja w Pradze i w Žatci spadały z nieba kawałki siarki, wielkie i małe, a wszystkie czworograniaste, którąż to ludzie zbierali i używali zamiast zwykłej, ale śmierdziała ona wielce, kiedy ją palili.[124]

Informacje o spadaniu z nieba siarki jeszcze nieraz się pojawiały. Wszystkie one b y ł y p o p r z e d z o n e e k s p l o z j a m i , co jest co jest ważkim faktem dla naszych dalszych rozważań. Kryštof Harant z Polžic i Bezdružic o tym pisze tak:

Także i w tym czasie (czerwiec 1627) w Pradze padała z nieba siarka i w innych miejscach także. Poza tym straszne gromy słychać było.

A teraz z innej beczki.

Jak wszyscy wiemy, przy powietrznym wybuchu jądrowym w wyniku reakcji rozszczepienia jąder uranu czy plutonu, albo w wyniku syntezy jąder wodoru w jądra helu, w jednej chwili wyzwalana jest ogromna ilość energii. Eksplozja wyzwala ogromne ciśnienia i temperatury, od której powietrze w punkcie zero rozgrzewa się do setek tysięcy stopni Celsjusza. Powietrze zaczyna świecić i w punkcie zero tworzy się świetlna kula, której średnica zależy od użytej mocy głowicy czy bomby. Przy niewielkich mocach jest to kilka do kilkunastu metrów, a przy wybuchu termojądrowym - kilka kilometrów! Przy dobrej pogodzie, błysk wybuchu można zobaczyć na dystansach setek kilometrów. Po jakichś 10 sekundach kula zamienia się w obłok zawierający produkty wybuchu: radioaktywne fragmenty jąder atomów, które uległy reakcji łańcuchowej; resztki uranu czy plutonu, które nie uległy reakcji i fragmenty konstrukcji bomby.

Jeżeli zatem chcemy rozważać to, czy zdumieni obserwatorzy widzieli nad średniowieczną Europą jądrowe wybuchy głowic, które zeszły z orbity, to musimy także poszukać i efektów ekologicznych tych wybuchów - przede wszystkim świetlistych kul widocznych z daleka na niebie.

Obserwacje ogromnych świetlistych kul, które odnotowano w Niemczech, w dniach 19 lipca 1762 roku i 17 lipca 1771 roku wykazują, że ich średnice wahały się pomiędzy 900 a 950 metrów. Przy innym zapisie o obserwacji świetlistej kuli znajduje się informacja, że obserwowano także „żarzący się obłok”, a było to w lipcu 1771 roku, zaś kula była gigantyczna. Podobne świadectwo o obserwacji ogromnej, świetlistej kuli nad Anglią w dniu 26 listopada 1758 roku mówi o kuli o średnicy od 800 m do 3,2 km! Poprzedziła ona pojawienie się żarzącego się obłoku. Innym efektem, który był integralną częścią tego fenomenu były silne efekty dźwiękowe - czyli mówiąc po ludzku - potężny huk słyszany na wiele mil... Na koniec podaję świadectwo, które cytuje czeski badacz Jiři Svoboda na temat obserwacji ognistej kuli we Włoszech:

Pierwsze wydarzenie miało miejsce 31 marca, a drugie 26 sierpnia 1668 roku. W czasie obydwu obserwacji kul szacowano ich średnicę na 5,5 km.[125]

Dalszym efektem atomowego konfliktu jest zmiana ziemskiego pola geomagnetycznego, co zależy od ilości i rodzaju użytych BMR. Przy masowym użyciu broni A i H czy N, dochodzi do znacznego zdestabilizowania pola magnetycznego Ziemi, powstania burz magnetycznych i - jak dowodzą badania amerykańskie z lat 60. - zwiększenia ilości zórz polarnych. Wszystkie te zjawiska wytwarzane są przez „dziury”, które powstają w ziemskim polu magnetycznym po eksplozjach atomowych. Jego niestabilność powoduje, że na powierzchnię Ziemi dostaje się zwiększona ilość wysokoenergetycznego promieniowania UV i kosmicznego, co przejawia się genetycznymi defektami i malformacjami (radiogennymi mutacjami letalnymi). Poza działaniem promieniowań jonizujących (α, β, γ, X i promieniowanie kosmiczne) czy radioaktywnego opadu (fall-out’u) mutacje mogą powstawać także dzięki niestabilności pola geomagnetycznego. Aha, i jeszcze jedno - Amerykanie dowiedli także, że niestabilność pola magnetycznego Ziemi powoduje także zwiększenie ilości... pożarów!...

I co? I czy jest to t y l k o zbieg okoliczności, ze w latach 1540-1580, w czasach, kiedy wybuchło najwięcej pożarów (zmiana geomagnetyzmu), pojawiło się wiele wzmianek o mutacjach? Bartolomej Paprocký z Hloholi pisze tak o roku 1541:

Tego lata wiele dziwnych potworów zrodziło się między l u d ź m i i pomiędzy o w a d a m i w rozlicznych miejscach.[126]

Dowodem na destabilizację pola geomagnetycznego po użyciu broni jądrowej są - jak już to wspomniałem - burze magnetyczne i intensywne zorze polarne. Dla udowodnienia tego możemy użyć szerokiej dokumentacji i banku danych o niezwykłych fenomenach, jakimi są następujące prace: O. Seydl - „A List of 402 Northern Lights Observed in Bohemia, Moravia & Slovakia from 1013 till 1951” w „Geofizykalni sbornik” nr 17,1954; L. Křivský - „Solar Activity, Aurorae and Climate in Central Europe in the last 1000 Years” w „Travaux gèopsyhiques” XXXIII, nr 6,1985. W jakiej mierze zależało to od spadku głowic, „martwych satelitów”, itp. itd. atmosferycznych wybuchów BMR od połowy XVI do końca XVIII wieku - obrazuje poniższe zestawienie:

 

Rok

Wydarzenie

1570

A. D. 1570 zoczono nad Pragą miotły, a także kopie lecące na zachód Słońca, tak jasne, jak Księżyc, co trwało pół godziny z okładem.[127]

1571

Około godziny trzeciej w nocy, 26 sierpnia, nad Pragą Czeską zauważono miotły (komety), a przed nimi lecące na zachód kopie jasne jako miesiąc, co po pół godzinie znikło.[128]

1572

W nocy, która dzień 18 stycznia poprzedzała, w wielu miejscach w czechach od godziny ósmej do godziny dziesiątej straszliwe widowisko na niebie ukazało się: między długimi białymi kreskami alebo słupami, poczerniały płomień ognisty od wschodu Słońca do strony północnej się wznosił, a potem takoż pojawił się wielki obłok krwawy i wiele tam i sam latających płomieni, które noc rozjaśniały, a lud wielce się dziwował a przestraszonym był. (Beckovský)

1572

14 stycznia: Roku tegoż po święcie Trzech Króli w czwartek w nocy na piątek widziano widma ogniste miotające się tu i tam po niebie.[129]

1572

3 marca: Znowu ogniste zjawisko w nocy 3 marca nad Pragą i w innych miastach czeskich pojawiło się i wiele nieprzyjemnych rzeczy się stało w owych miejscach. (Beckovský)

1572

Tegoż lata po niedzieli reminiscere widziane były słupy ogniste w nocy z czwartku na piątek, rozchodziły się one i skupiały, co trwało kilka godzin pod rząd. (Missowitz)

1572

12 czerwca: Tego lata ukazał się znowu groźny znak na niebie - przedziwne słupy, niektóre jasne, niektóre ciemne nad miastem Pragą, w czwartek na dzień św. Antonina, po szóstej godzinie w nocy, a to w miesiącu czerwcu. (Paprocký)

1575

14 lutego: Czternastego Februara w nocy światło wielkie pokazało się po północnej stronie...[130]

1582

1 kwietnia: Primae Aprilis z soboty na niedzielę iudica, około óśmiu godzin aż do dnia widziano ogniste słupy podpalające. (Březán)

1582

2 lipca: A. D. 1582, w dniu 2 miesiąca lipca przy brzasku i rano pokazała się zorza na niebie, groźna i jasna, a tak nisko zawieszona, jakby na dachach domów. Kto wtedy na nią patrzył, to myślał, że się gdzieś pali...[131]

1583

2 września: Tegoż Roku Pańskiego 1583, w poniedziałek po św. Idzim, po godzinie pierwszej w nocy ukazało się na niebie zjawisko straszne i groźne: najpierw od północy i zachodu widoczne były słupy, które się często-gęsto dzieliły, a na zachodzie niebo czerwonym jako krew było. Potem tuż przed dniem po całym niebie wszędy czarny kurz i czarny dym wstępował. Zasię z nieba jakaś wielka jasność zstępowała, jak ogień i całe niebo - jakby ogniem objęte - gorzało. I błyskało się, jakby od burzy. A potem ogień ten w jedno miejsce się zebrał, a słupy czerwone i czarne dzielić się poczęły. I działo się to noc całą aż do białego rana, a cała noc była jasna, jakby Słońce zza chmur wyjść miało...[132]

1588

16 grudnia: W owym czasie przed Świętami Bożego Narodzenia przez kilka nocy na niebie ukazywał się taki oto znak: światłość wielka i słupy, które się potem dzieliły i walczyły ze sobą tu i tam, a także jak przed Czarnym Morem wskazywały w stronę Roudnicy. (Kněžovský)

1598

17 listopada: Tegoż roku w piątek po św. Marcinie w nocy, o drugiej godzinie ukazało się zjawisko niebieskie: od północy gęsto słupy świetliste pojawiły się na podobieństwo świec, które w niebo wystrzelały, a potem doszło do tego, że czarne pasmo je krzyżem poprzedzielało i znikły. Trwało to aż do 7 godziny. A wielce jasnymi owe słupy były, jakby gorzał w nich wielki ogień, a potem po 7 godzinie te słupy się podzieliły, i jakoby dym z nich wychodził, co trwało aż do godziny 9. (Kněžovský)

1590

Marzec: Tegoż roku, pod koniec mięsopustu, kometa czyli włochata gwiazda była wypatrzona, ale niewielka. Potem na początku postu znak wielki na niebie się ukazał: słupy wielce jasne z tej strony od Roudnicy. (Knĕžovský)

1591

8 września: Tegoż roku, w niedzieli dzień Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ukazał się znak na niebie. Wszystko zaczęło się od godziny 1 w nocy. Najpierw ujrzano słupy ogniste na wschodzie i zachodzie, a wszystko to tak wyglądało, jakby niebo gorzało... (Kněžovský)

1593

22 stycznia: Na początku roku tego widziane na niebie niezwykłe zjawiska były, o czym wiele mówiono i pisano: tak też krzyż i miecz krwawy w obłokach, przy czym grzmot i krzyk wielki w obłoczech słychać było: >>biada!, biada! biada!<<[133]

1598

1 marca: Tego roku w niedzielę Laetare w nocy na poniedziałek widziano trzy słupy nad Ranskou Horou, a przy nich była i gwiazda wielka, jakby te słupy się spotykały: a kiedy ta gwiazda miała do tych słupów dojść, to spadła w dół, 1 dnia miesiąca marca. (Missowitz)

1598

13 lipca: W a. D. 1598, 13 lipca w czwartek po św. Wawrzyńca powietrze przyszło w nocy z wielkim błyskaniem i dziw na niebie ponad zamkiem Krumlova naprzeciw Domorajcim był widziany. (Březán)

1601

1 września: Roku onego, po Podniesieniu Św. Krzyża, około godziny 4 po północy stało się wielkie trzęsienie ziemi z wielkim znakiem na niebie. (Missowitz)

Tego samego roku, w poniedziałek po św. Mateuszu, od godziny 2 do godziny 8 rano widoczne były słupy ogniste na niebie. (Missowitz)

1602

Listopad: Tuż po ukazaniu się dekretu cesarza Rudolfa w Czechach na niebie obserwowano różne przedziwne zjawiska niebieskie, osobliwie nocami... 10 dnia miesiąca listopada... nocni dozorcy widzieli nad rynkiem zorzę wielką i myśleli, że się gdzieś pali. Potem stwierdzili, że to była tylko jasna zorza i nigdzie się nie paliło...[134]

1603

12 października: Dnia 12 miesiąca października, z soboty na niedzielę Salus Populi, dziwy straszne widziano w Kutných Horách na nieboskłonie - krwawe obłoki na niebie ze wszystkich stron nadciągające.

1603

5 stycznia: Kiedy to Václav Budovec z Budovadnia 5 stycznia jechał do Pragi... i był blisko wsi Senčic, u góry ukazała się mu wielka zorza, tak że myślał on, jego małżonka i wszyscy przytomni, iż wielki ogień we wsi jest. A kiedy patrzali na ową zorzę, oddzielił się od niej słup ognisty i na nim też była wielka światłość. (Skala)

1624

Wrzesień: ... tego i następnego miesiąca bardzo często-gęsto na czeskiej ziemi i we wszystkich innych krainach, miastach, miasteczkach i wsiach ukazywały się czasu nocnego szatańskie znaki w postaci smoków ognistych i latających przez powietrze z niemałym przestrachem i podziwem.[135]

1630

4 stycznia: We wtorkową noc dnia 4 stycznia, pomiędzy 8 a 9 godziną wieczorem, w powietrzu nad Pragą widziano wielkie błyskanie i huk od niego szedł, aż lud się przeraził... (Beckovský)

1630

1-4 lutego: ... przez całą noc dziwy widać było na niebie - słupów wiele krwawych - naliczono ich aż 10.[136]

1630

2 kwietnia: 4 lutego widziano straszne, ogniste znaki na niebiesiech i obłokach nocą z poniedziałku na wtorek - a to: słupy od północnej strony przychadzające ku południowi, a ich światło długo trwało na nieboskłonie. (Bydžovský)

1633

3 grudnia: Dnia onego... Bóg swój dziw ukazał - dwa światła, jedno na północy, drugie na południu przeciw sobie powstały, jakby się pomiędzy sobą biły. (Prokop)

1647

Marzec: ... w Žatci... nad miastem krwawe miesze się pokazały.[137]

1709

Marzec: ... In Martio... In novem drugi piątek tegoż miesiąca okoo godziny 10 w nocy jakowaś światłość się na niebie ukazała i przez ¾ godziny trwała.[138]

1731

Wrzesień: Item tegoż roku, miesiąca Septembris, ukazało się na nocnym niebie jakieś zjawisko na kształt kilku wysokich, ognistych słupów.[139]

1737

16 grudnia światło na niebie się ukazało, od 9 do 10 godziny, było ono czerwone, a niebo także czerwonym było, jakby krwią polane.[140]

1741

8-10 październik: Roku 1741, dnia 8-go, 9-go i 10-go ukazywała się światłość na niebie, bądź był to phaenomenon. Prawie po północy od Dražďan wychodziła światłość, jakby słońce zachodziło od godziny 9-tej do północy. Z tego światła wychodziły jasne słupy, które tak jak wymusztrowane wojsko chodziły tam i sam, a ich końce były ogniste, a to wszystko przez trzy noce... Item z tych słupów wychodził wicher, bowiem powietrze tak falowało, jakby fale na wodzie powstałe...[141]

 

To wszystko podałem jako przykład, choć kroniki roją się od takich zapisków, że mógłbym to ciągnąć i ciągnąć, ale przecież nie o to chodzi. Kiedy zorientowałem się, że przepisywanie wiekowych tekstów jest tak nudne, jak ich czytanie, to pozostało mi na koniec tego rozdziału napisać tylko jedno, jedyne łacińskie słowo -

FINIS

 

---oooOooo---

 

 

Rozdział VI - MILLENIUM PO WYBUCHU

 

Jak przyszedł PŁOMIENNY POTOP - Ludzkość jak Fenix wstaje z popiołów starego świata - „Jestem głosem wołającego na pustyni” - Naszyjnik z elementów elektronicznych i techniczny schemat ideowy jako relikwia - Naród atomowych schronów.

 

I nastał potem dzień, kiedy Synowie Boży stanęli przed Panem i był pomiędzy nimi także Szatan i stał przed oczyma Jego.

I tak zwrócił się do niego Pan: >>Skądże przybywasz Szatanie?<<. A Szatan odpowiedział tak, jak to miał we zwyczaju: >>Okrążyłem Ziemię i schodziłem ją.<<

I rzekł Pan do Szatana: >>A przypatrzyłeś się prostemu i szczeremu księciu, słudze memu, Imieniu, który nienawidzi zła i miłuje pokój?<<

Szatan odpowiadając, rzekł: >>Czyż Imię daremnie lęka się Boga? Czyż nie pobłogosławiłeś jego ziemi wielkim bogactwem i nie uczyniłeś go możnym między narodami? Lecz wyciągnij nieco swą dłoń i ujmij mu z tego, co ma a pomnóż moc jego wroga. Czy w twarz Ci nie będzie złorzeczył?<<

Rzekł Pan do Szatana: >>Oto cały majątek jego w twojej mocy. Tylko jego samego nie tykaj.<<

I odszedł Szatan sprzed oblicza Bożego.

Zaprawdę książę Imię nie był jak święty mąż Hiob, kiedy bowiem jego ziemie dotknęły nieszczęścia, a jego lud zubożał, kiedy zobaczył, że nieprzyjaciel jego wzrasta w moc, poczuł strach i stracił ufność do Boga i powiedział sobie: >>Muszę uderzyć nim nieprzyjaciel zdruzgocze mnie, nie biorąc miecza do ręki.<< I zaprawdę tak było w owych dniach [...], że książęta ziemi utwardzili swoje serca przeciwko prawu Pana, a pycha ich była niezmierzona. I każdy z nich myślał w duchu, że lepiej by wszyscy przepadli, niżby wola jednego księcia przeważyła jego wolę. Albowiem możni tej ziemi zmagali się o najwyższą władzę nad wszystkim. Przez kradzież, zdradę i oszustwo chcieli zyskać władzę, wojny zaś bardzo się bali i drżeli, albowiem Pan Bóg dopuścił, by mędrcy owych czasów poznali machiny, którymi można zniszczyć cały świat, a w ręce dano im MIECZ ARCHANIOŁA, którym Lucyfer został strącony, aby ludzie i książęta lękali się Boga i ukorzyli przed najwyższym. Lecz nie ukorzyli się.

Szatan rzekł do jednego z książąt: >>Nie lękaj się dobyć miecza, albowiem mędrcy zwiedli cię, powiadając, że świat będzie do końca zniszczony. Nie słuchaj rad słabych, albowiem nadzbyt cię straszą i służą twoim wrogom, wstrzymując twą rękę wzniesioną przeciwko nim. Uderz, a wiedz, że będziesz królem nad wszystkim.<<

I książę usłuchał słów Szatana i wezwał przed swe oblicze wszystkich mędrców królestwa, i żądał, by poradzili mu, w jaki sposób nieprzyjaciel może być zniszczony tak, by nie ściągnąć gniewu Bożego na swe królestwo. Lecz większość mędrców rzekła: >>Panie, to niemożliwe, albowiem nasi wrogowie mają miecz, jaki tobie daliśmy, a jego żar jest jak ogień piekielny i jak furia słońca, bo ze Słońca wziął swój płomień.<<

>>Trzeba zatem, byście mi uczynili jeszcze inny, który byłby siedem razy gorętszy, niż samo piekło<< - rozkazał książę, jego zuchwałość była bowiem większa, niż zuchwałość faraona.

I wielu z nich rzekło: >>Nie panie, nie żądaj tego od nas, albowiem wystarczy dym z takiego ognia, jeśli tylko rozpalimy go dla ciebie, by wielu zginęło.<<

I wpadł książę w gniew, słysząc ich odpowiedź, i jął podejrzewać, że go zdradzili, i wysłał pomiędzy nich swoich szpiegów, by poddali ich próbie i sprzeciwili się im, a wtedy mędrców ogarnął lęk. Niektórzy z nich zmienili swą odpowiedź, by nie padł na nich jego gniew. [...] Ale jeden z czarowników był na podobieństwo Judasza Iszkarioty i dał świadectwo nader przebiegłe, zdradziwszy wszystkich braci, okłamał wszystkich ludzi, mówiąc, by nie lękali się demona Opadu. Książę wysłuchał bacznie tego fałszywego mędrca, którego imię było Miedzianoczoły i kazał szpiegom oskarżyć wielu mędrców przed ludem. Najmniej mądrzy spośród czarowników wpadli w przerażenie i doradzali księciu wedle jego pragnień, mówiąc: >>Tego oręża można użyć, byle nie przekraczać takich a takich granic, bo wtedy na pewno wszyscy zginą.<<

I książę poraził miasta swych wrogów owym ogniem i przez trzy dni i trzy noce jego wielkie katapulty i żelazne ptaki raziły ich gniewem. Nad każdym miastem ukazało się słońce jaśniejsze, niż słońce na niebie i zaraz to miasto nikło i topiło się niczym wosk w płomieniu pochodni, a jego mieszkańcy zatrzymywali się na ulicach i skóra na nich dymiła i stali się jak bierwiona rzucone na rozżarzone węgle. A kiedy gniew słońca ustał, całe miasto płonęło i z nieba uderzył ogromny piorun niby wielki młot PIK-A-DON, by je do końca zmiażdżyć. Jadowite dymy opadły wszędzie na ziemię, i ziemia rozgorzała w nocy od wtórnego ognia, a przekleństwo wtórnego ognia powodowało parchy na skórze i sprawiło, że wypadały włosy i krew umierała w żyłach.

I wielki smród wzbił się z ziemi po same niebiosa. Podobną do Sodomy i Gomory stała się ziemia i wszędzie były ruiny, nawet w krainie owego księcia, albowiem wrogowie jego nie powstrzymali się od zemsty i wysłali ogień, by pochłonął jego miasta, tak jak ich. Smród rzezi stał się przykry Panu, który przemówił do księcia Imienia, powiadając: >>Cóż za ofiarę całopalną przygotowałeś przede mną? Cóż to za woń wzbija się z miejsca całopalenia? Cóżeś uczynił mi całopalenie z owiec czy kóz, czy też ofiarowałeś swemu Bogu cielca?<<

Ale książę nic nie odrzekł i Bóg powiedział: >>Uczyniłeś ofiarę całopalną z synów moich.<<

I Pan zabił go wraz z Miedzianoczołym zdrajcą, i spadła zaraza na ziemię, a szaleństwo ogarnęło rodzaj ludzki, więc ukamienowano mędrców i możnych, którzy pozostali jeszcze przy życiu.[142]

Profesor Carl Sagan uważa za przekonywujący dowód na import hi-tech w przeszłości jakiś artefakt wymykający się ramkom czasowym swej epoki. Wyobraźmy sobie coś takiego - w starym rękopisie iroszkockim znajdujemy np. schemat obwodów nowoczesnego radioodbiornika... Coś podobnego posłużyło w 1959 roku Walterowi M. Millerowi jr. na kanwę jego znakomitej (nagrodzoną Hugo Award w 1961 roku) pt. „Kantyk dla Leibowitza”, z której zaczerpnąłem cytat na rozpoczęcie tego rozdziału. Ta godna uwagi książka jest dziełem mówiącym o losach Ludzkości, która po nuklearnej wojnie cofa się w rozwoju do Średniowiecza, co wprost koresponduje z główną myślą naszej pracy. Opowiadanie, jakie ją poprzedziło, było opublikowane także w książce Jacquesa Bergiera i Louisa Pauwelsa pt. „Poranek magów”, która została bardzo ciepło przyjęta przez cały fandom sf i paleokontaktowców.[143]

Amerykański autor napisał ogromną, czterystustronicową powieść, w której czytamy, jak to odrodzony Kościół katolicki za pośrednictwem mnichów z Albertiańskiego Zakonu Błogosławionego Leibowitza, bierze na siebie trud i odpowiedzialność chronienia światła poznania dla tych, którzy przeżyli. Uda się im tego dokonać za cenę nieprawdopodobnych wysiłków, cierpień i ofiar, jak to było z mnichami iroszkockimi, którzy zachowali skarby myślowego dorobku Starożytności dla następujacych czasów Średniowiecza. Ten podziwu godny fresk Waltera M. Millera jr. nieraz wyciska łzy z oczy czytelnika, ale nie jest to prymitywny tear-jerker rodem z Hollywood czy bezdennie głupi latynoski serial-tasiemiec, a bolesny obraz odrodzenia się ludzkiej cywilizacji z ruin i popiołów starego świata spalonego płomieniami jądrowego Armageddonu...

„Memorabilia”, to zbiór świętych tekstów, który w przedstawieniu autora, mnisi zestawili z chaotycznych wyrywków zachowanych książek i „Encyclopedia Britannica”, zawierał wszystkie zachowane pamiątki po Ludzkości, co w czasie p o wojnie atomowej było w zbiorze tej miniaturowej Biblioteki Aleksandryjskiej wyliczone w ponurym opisie. Czytamy w „Memorabiliach” za pośrednictwem Waltera M. Millera jr.:

Ze zmieszania języków, ze stopienia się szczątków wielu narodów, ze strachu wyrosła nienawiść. I nienawiść powiedziała: >>Ukamienujmy, rozszarpmy i spalmy tych, którzy to uczynili. Złóżmy ofiarę całopalną ze wszystkich, którzy dokonali tej zbrodni wraz z ich naimitami i mędrcami niechaj zginą w płomieniach wraz ze swymi dziełami, imionami, a nawet pamięcią po nich. Zniszczmy ich wszystkich i nauczmy nasze dzieci, że świat się stał nowy, i że mogą nic nie widzieć o sprawach, które dokonały się przedtem. Uczyńmy wielkie Sprostaczenie, a wtedy świat zacznie się od nowa.<<

Tak więc spełniło się, że po Potopie, Opadzie i plagach, szaleństwie i pomieszaniu języków, wściekłości przyszło krwawe prostaczenie, kiedy to jedni ocaleni rozdzierali innych ocalonych - członek po członku, zabijając władców, uczonych, przywódców, techników, nauczycieli i każdego, kogo przywódcy rozpasanej tłuszczy uznali za zasługującego na śmierć za to, że pomagał w tym, że Ziemia stała się tym, czym się stała.[144]

Kolektywne szaleństwo ogarnęło w powieści Millera całe kontynenty na okres czterech pokoleń, kiedy to dzieci wraz z mlekiem matek wysysały nieprzejednaną nienawiść do wszelkiego poznania. Immodica ira gignit insaniam ­- bezgraniczny gniew - jak wiadomo - rodzi szaleństwo. Na koniec, kiedy wymordowano wiedzących, zwrócono się z braku tych ostatnich przeciwko umiejącym czytać i pisać. Inteligencja oblekła się w habity i sutanny, a potem zamknęła na grubymi murami klasztorów, gdzie jednak od czasu do czasu dopadała ich brutalna pięść prymitywów. Mnisi byli ścigani, mordowani, paleni na stosach zrobionych z ich archiwów, tak więc męczenników przybywało setkami.

Hagiografia błogosławionego Leibowitza opisana w foliałach starych rękopisów w bibliotece klasztoru na skraju pustyni Utah wskazuje na to, jak starannie Miller jr. budował swoją koncepcję alternatywnej historii.[145] Inżynier systemów obronnych Issac Edward Leibowitz schronił się do klasztoru oo. Cystersów przed prześladowcami. Kiedy po sześciu latach bezskutecznych poszukiwań swej żony Emily, czy choćby tylko jej grobu, Leibowitz uwierzył w to, że ona nie żyje - bowiem cały obszar południowego-zachodu Stanów Zjednoczonych będący celem atomowego ataku wykluczył możliwość jej przeżycia - wtedy to właśnie Leibowitz wstąpił do zakonu. Po złożeniu ślubów zakonnych wraz ze swymi współbraćmi w Nowym Watykanie złożyli petycję o pozwolenie utworzenia nowego zakonu oo. Albertynów, nazwanego tak ku pamięci Alberta Wielkiego von Böllstadt (1193-1280), patrona wszystkich uczonych.[146]

Po 12 latach cierpliwego czekania, z papieskiej kurii przyszło zezwolenie. Nowe zgromadzenie miało w tajemnicy gromadzić i chronić resztki kulturalnego dziedzictwa Ludzkości, które uniknęły zaginięcia w atomowym kataklizmie oraz deponować zachowane księgi i dokumenty. Członkowie zakonu dzielili się na „tropicieli książek” i „pamiętaczy”. Ci pierwsi przemycali księgi na południowo-zachodnią pustynię, gdzie je zakopywano w pojemnikach do gorącego piachu, zaś ci drudzy zapamiętywali całe książki i traktaty na wypadek, gdyby któreś z nich przepadły.

Raz, kiedy Leibowitz sam przewoził książkową kontrabandę, został zdemaskowany jako ukrywający się pod habitem uczony - specjalista od produkcji systemów broni. Został on spalony wraz z kilkoma pojemnikami książek, zas sam klasztor - zbudowany na zbiorniku wodnym - trzykrotnie dewastowano, zanim skończyły się przesladowania.

Walter M. Miller jr. bardzo sugestywnie opisuje proces ochrony poznania, jak i czasy, kiedy zachowane informację uzyskują swą minimalną wartość:

Na początku, w czasach Leibowitza [...] mieli nadzieję, że czwarte lub piąte pokolenie zechce odzyskać swoje dziedzictwo. Ale mnisi z pierwszych lat nie wzięli pod uwagę, że człowiek ma łatwość płodzenia nowego dziedzictwa kulturowego w ciągu niewielu pokoleń, jeśli poprzednie zostanie doszczętnie zniszczone, łatwość płodzenia go dzięki prawodawcom i prorokom, geniuszom i maniakom; za pośrednictwem Mojżeszów i Hitlerów, za pośrednictwem jakiegoś ciemnego tyrana, ojca narodów, kulturalne dziedzictwo można przyswoić sobie miedzy zmierzchem a świtem, i niejedno w ten sposób sobie przyswojono.[147]

Przez sześć stuleci ciemnoty mnisi stale studiowali i spisywali swój skromny dobytek. Czekali... większość tekstów, które chronili, były do niczego, niektórych z nich nawet do końca nie rozumieli. Ale dobrym mnichom wystarczyło to, że maja wiedzę w rękach... To właśnie były „Memorabilia”, a ich zadaniem było je chronić - i chroniliby je, nawet jeśli czasy ciemnoty miałyby trwać jeszcze dziesięć stuleci, albo nawet dziesięć tysiącleci!...

We wstępie do swego dzieła, autor zapoznaje nas z postacią brata Francisa Gerarda z Utah, który pragnie uczcić swój nowicjat obrzędowym postem na pustyni, nieopodal jakichś przedpotopowych ruin zawianych piaskiem i zapomnieniem. Wędrowiec, który pewnego dnia przechodził po starej drodze wskazał mu głaz, który przykrywał wejście do ciemnego otworu. Po dramatycznym wejściu do podziemi, brat Francis przy pomocy skromnej znajomości „przedpotopowej angielszczyzny” przeczytał na poły zatarty napis na ścianie szybu. Napisany przez zamierzchłą cywilizację napis brzmiał dlań tak oto:

 

SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU

Maksymalna pojemność - 15

Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu upewnij się, czy pierwszy właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone...[148]

 

Sens napisu był biednemu nowicjuszowi jasny, Francis znalazł się przed wejściem do mieszkania nie jednego, ale piętnastu demonów! On sam żadnego Opadu nigdy nie widział, ale tradycja przekazywała, że sam Leibowitz natrafił na tego potwora na skraju pustyni i przez kilka miesięcy był przez niego porażony, czy nawet demon się w niego wcielił, dość na tym, że wywleczono z błogosławionego demona poprzez chrzest połączony z egzorcyzmami... Opad przedstawiano tedy jako jaszczura, którego zrodził PŁOMIENNY POTOP, a także jako koszmar, który we śnie straszy panny - wszak nie na darmo o mutantach mówiło się Dzieci Opadu...

Przerażony Francis przeżegnał się i ustami zsiniałymi ze zgrozy zaczął wymawiać słowa modlitwy:

... Od zerowego punktu wybuchu

wybaw nas, Panie.

Od kobaltowego deszczu

Wybaw nas, Panie.

Od deszczu strontu

Wybaw nas, Panie

Od opadu cezu

Wybaw nas, Panie.

 

Od przekleństwa Opadu

Wybaw nas, Panie.

Od tego, byśmy się rodzili potworami

Wybaw nas, Panie.

Od przekleństwa zniekształceń ciała

Wybaw nas, Panie.

Od przekleństwa promieniowania

Wybaw nas, Panie.

A morte perpetua

Domine, libera nos.[149]

Słowa dziwnej modlitwy, którą autor włożył w usta swego bohatera sprawiły, że nowicjusz poczuł się pewniej i zdobył się na odwagę, by pójść poprzez hałdę gruzów do chodnika, po schodach. Poprzez wąski otwór dostał się do jakiegoś pomieszczenia, gdzie na podłodze stały zasypane do połowy jakieś metalowe skrzynie, biurko i drzwi z zatartym napisem.

W podziemnym pomieszczeniu Francis zapalił ogień i przeszukał całą wolną przestrzeń. Poza metalowymi skrzyniami i biurkiem, które się nie dały otworzyć, znalazł on tam czaszkę ze złotym zębem i metalową, skorodowana walizeczkę, która nieoczekiwanie udało mu się otworzyć. Poza papierami znalazł on tam drobne kawałeczki metalu i szkła, które kiedyś dawno temu tworzyły miniaturowe obwody komputera:

Były to przeważnie małe rurki z drucianym wąsem przy każdym z końców. Takie przedmioty nie były dla niego niczym niezwykłym. Zgromadzono ich trochę w małym muzeum opactwa - różnego wymiaru, koloru i kształtu. Kiedyś widział, jak szaman pogańskiego ludu ze wzgórz nosi cały ich sznur, jako obrzędowy naszyjnik. Ludzie ze wzgórz myśleli o nich jako o >>częściach ciała Boga<<, bajecznej >>machina analytica<<, czczonej jako najmądrzejszy z bogów. [...]

Podobne drobiazgi w muzeum były ze sobą połączone, aczkolwiek nie w kształt naszyjnika, ale w skomplikowaną i bezsensowną gmatwaninę leżącą na dnie małego pudełka oznaczonego etykietką: >>Chassis radia. Przeznaczenie niepewne<<.[150]

Na dnie walizeczki nowicjusz znalazł małą kartkę, a na niej schemat nakreślony białymi liniami na niebieskim tle i podpisanym jako: Projekt obwodu - Leibowitz I. E.

Ta pisemna relikwia, której autorem był bez wątpienia sam założyciel zakonu, stała się w przyszłości przeznaczeniem Francisa. Przez długie lata studiował on schemat tranzystorowego urządzenia, który on sam interpretował jako: Szczytową abstrakcję transcendentalnej jakości wyjaśniającej myśl błogosławionego Leibowitza. Przeniósł ten rysunek na bogato iluminowany pergamin z wyobrażeniami Boga na tronie, emblematem Zakonu Albertiańskiego i podobizną Błogosławionego. A wszystko to w stu barwach, kwiatach, owocach, liściach i heraldycznych zwierzętach...

Na tym miejscu kończę streszczanie fragmentu powieści Millera jr., i powracam do hipotezy prof. Sagana o artefaktach w kształcie schematu elektronicznego w średniowiecznej iluminacji. I tutaj powinniśmy zadać pytanie, jaką właściwie mamy szansę, że taki dowód będzie w przyszłości znaleziony? Jak to przed chwilą wspomniałem, los powieściowego brata Francisa był nieodłącznie sprzężony z odkryciem materiałów piśmiennych w starym schronie przeciw-atomowym, i myślałem tak dosłownie. Finis coronat opus. Nieszczęsnego mnicha w drodze do Nowego Watykanu napadają i rabują mu dzieło jego życia, piętnastoletniej pracy, a w drodze powrotnej przyjmie on - wzorem swego patrona - męczeńską śmierć z rąk dwójki ludzkich mutantów, żałosnych Dzieci Opadu, które pożywiły się ciałem nieszczęsnego mnicha przedłużając w ten sposób o kilka dni swą żałosną egzystencję...

W powieści Millera jr. występuje grupa ludzi, która poświęca się i w podziemiach kościoła stara się zachować w barbarzyńskim świecie choć część ogromnego dziedzictwa przeszłości - postawa, która znalazła swój wyraz już w połowie lat 60. XX wieku.

W tym czasie specjaliści z firmy Westinghouse Electric Co. Ltd. Zakopali w ziemię koło Nowego Jorku dwie metalowe skrzynie z materiału twardszego od stali, które do roku 6965 powinny wytrzymać wszelkie kataklizmy z wybuchami jądrowymi włącznie.

W specjalnych kontenerach zdeponowano informacje o naszych czasach, kulturze, która przekroczyła próg wieku atomowego, mikrofilmy, plany, wykresy obrazujące przedmioty życia codziennego, dzieła sztuki i złożone elektroniczne przyrządy i narzędzia. Przy pomocy uniwersalnego klucza językowego, który na potrzeby naszych następców opracował John Harrington, będzie można zrekonstruować dwa tysiące lat naszej cywilizacji, dawno po jej zniszczeniu...

Nie dajmy się zwieść stwierdzeniom polityków, którzy nam mówią, że Zimną Wojnę i z nią i groźbę nuklearnej katastrofy można uważać już za przeszłość.[151] Bellum ita suspiciatur ut nihil aliud nisi pax quaesita videatur - wojnę należy zaczynać tak by było widoczne, że nie idzie o nic innego, jak o pokój. Żyjemy w czasach, w których została naruszona równowaga sił dwóch bloków i wciąż istnieje ryzyko samobójczego globalnego konfliktu.[152] To oczywiste, że bronie nuklearne nie są wycelowane w chatki Zulusów czy Eskimosów, a w najbardziej newralgiczne punkty naszej cywilizacji. Po ich zniszczeniu, pozostałe narody nie byłyby w stanie odtworzyć już tak wysokiego poziomu cywilizacyjnego, bowiem nie uczestniczyły w jego tworzeniu.

Wyobraźmy sobie taką straszną sytuację, która - miejmy nadzieję - nigdy nie będzie miała miejsca, że jeżeli grupa szaleńców wywoła na naszej planecie globalną wojnę jądrową, to na jakie cele zostaną użyte BMR? Na bezludną Saharę? Nie. Na trudno dostępne stoki Himalajów? Też nie. Na Biegun Północny czy Południowy? Oczywiście, że nie, bo i po co?... Na ubogie osady Indian południowoamerykańskich w Andach? Pewnie, że nie, bo i na co? Zatem na atole pacyficzne porośnięte gajami palm? Po co? No to na osady australijskich Aborygenów? A po kiego licha? Na szałasy i lepianki afrykańskich Murzynów czy ziemianki Malijczyków? Też bez sensu. Na północnoamerykańskich Indian na pustyniach Meksyku czy Arizony? Oczywiście nie, no to może na potomków Majów w dżynglach Jukatanu? Brednia. Na rosyjskich >>kriestian<< i >>ochotczykow<< w syberyjskiej tajdze i tundrze? Nie ma po temu powodu. Na amazońskie plemiona? A co one komu zrobiły? Nie, cele ataku BMR będą leżały w centrach cywilizacyjnych, tam - gdzie żyją i pracują miliony ludzi. Te właśnie kraje zostaną wymazane z map Ziemi.[153]

Całe połacie kuli ziemskiej zmienią się w radioaktywne pustynie i stulecia działania promieniowania jonizującego wygubi wszelką roślinność...

Ci, którzy przeżyją tę katastrofę, będą narażeni na mutacje, a ze zniszczonych miast nic nie zostanie już po dwustu latach. Natura będzie niczym nieskrępowaną siłą, która wyrówna ruiny, stal i żelazo skoroduje i obróci się w rdzawy proch.[154]

Ponad stu naukowców, w tej liczbie kilku noblistów, którzy w październiku 1983 roku wzięło udział w waszyngtońskiej konferencji zorganizowanej przez Amerykańskie Towarzystwo Ekologiczne, pt. „Długookresowe, ogólnoświatowe biologiczne skutki wojny jądrowej” byli w swych prognozach o wiele bardziej pesymistyczni, niż Erich von Däniken.[155]

Pierre Rousseau w swej pracy pt. „Historia przyszłości” dramatycznie opisał przebieg „elektronicznego Kriegsspielu” w pierwszej fazie niszczycielskiej wojny. Wyobraźcie sobie głęboką, ciemną noc po dyplomatycznym przyjęciu, które stargało nerwy światowych mocarstw i:

... wszystkie stacje radiolokacyjne, które pracowały w paśmie A jak Alfa nadawały alarmowe wezwanie: >>W odległości 4.800 km zaobserwowano dziesiątki podejrzanych rakiet<<. Jeżeli są to rakiety nieprzyjaciela, to pozostało jakieś 10-11 minut do ich unieszkodliwienia. Rakiety lecą na wysokości 100 km z prędkością 7,7 km/s. Władze i Sztab Generalny są już powiadomione. OPB jest w stanie alarmu i antyrakiety wystartowały.

30% pocisków zestrzelono, ale pozostałe 70% przelatuje przez obronę i głowice wodorowe o mocy 20-100 Mt TNT spadają na swe cele. Ludzie zamknięci w schronach poprzez kamery TV widzą zagładę swych miast, które w sekundzie zostały wymazane z mapy świata. Wystarczył jeden jedyny pocisk, by ich miasto z drapaczami chmur i pałacami zmieniło się w proch i pył...

Elektroniczne urządzenia działały z taką precyzją, że rakieta, którą sterowały wybiła w środku miasta krater o średnicy 10 km, z którego wyrzucona została ognista kula o temperaturze 5.000.000 K. A potem celami stawały się mniejsze miasta, porty, węzły komunikacyjne, zagłębia przemysłowe, elektrownie jądrowe i normalne, fabryki i przetwórnie wzbogaconego uranu i plutonu. Aby zniszczyć cały potencjał gospodarczy i militarny - zwłaszcza wyrzutnie pocisków ICBM - nieprzyjaciel obrzuca po prostu terytorium kraju głowicami wodorowymi. To jednak w niczym nie przeszkodzi w odwetowym uderzeniu. Z podziemnych silosów, okrętów podwodnych czy ruchomych wyrzutni wylatują rakiety, aby przenieść swój śmiercionośny ładunek z kolei do kraju agresora, wbrew temu, że kraj zaatakowany już nie istnieje.[156] Tracą sens słowa >>atak<< i >>obrona<<, a ilość ofiar sięga setek milionów...

Nie ma już kogo atakować, ani kogo bronić.

Cała wojna jest tylko partią szachów rozgrywaną przez grupki technokratów ukrytych pod ziemią i we Wszechoceanie. na powierzchni Ziemi nie zostaje zupełnie nic i daremnie szukalibyśmy na tysiącach kilometrów kwadratowych jakiejś żywej istoty. Wszystko się spaliło w blasku ognistych kul, czy zostało rozpylone przez fale uderzeniowe podmuchu >>overkillu<<, albo zniszczone promieniowaniem gamma. Wbrew temu, walka prowadzona przez zamkniętych w betonowych schronach trwa nadal. Abstrakcyjna walka w wirtualnych przestrzeniach prowadzona przez komputery...[157]

 W tydzień po wybuchu wielkiej, globalnej wojny i po użyciu połowy zasobu głowic jądrowych - nad północną hemisferą Ziemi wytworzył się dymowo-pyłowy całun, który wisiałby w górnych warstwach atmosfery przez całe miesiące. Każda głowica o mocy rzędu 1 Mt TNT wyrzuca w powietrze powyżej 100.000 ton pyłu, do czego należałoby jeszcze dodać słupy dymu z płonących miast, pól i lasów. Gros promieniowania słonecznego zostałaby odbita z powrotem w przestrzeń kosmiczną, przez co na północ od równika zapadłaby „nuklearna zima” z temperaturami co najmniej -25oC. Powierzchnia wód zamarzłaby i wszystko, co przeżyłoby ten Armageddon umarłoby z pragnienia. Mróz zniszczyłby wszelkie rośliny i plony - gdyby wojna wybuchła na wiosnę lub w lecie. Całun nie dopuściłby do powierzchni Ziemi światła słonecznego i ustałby proces fotosyntezy z wiadomym skutkiem.

Po pewnym czasie radioaktywne obłoki przeniknęłyby na półkulę południową, co natychmiast odbiłoby się na jej klimacie i ekologii[158] - najbardziej ucierpiałyby obszary lasów deszczowych Amazonasu, Konga i Indochin. Ich ekosystemy są najbardziej wyczulone na zmiany temperatury. Z kolei mieszkańcy równikowych metropolii zaczęliby z braku żywności masowo migrować w głąb lasów równikowych. Wybrzeża opustoszałyby, to pewne, a to za sprawą radioaktywnego skażenia wód Wszechoceanu i żyjących tam jadalnych stworzeń morskich.

Radioaktywny fall-out trwałby całe tygodnie. Opad ten dałby skażenia mieszkańców półkuli północnej wynoszące w najlepszym wypadku 250 REM[159] - przy czym połowa obszaru dostałaby długotrwałą dawkę promieniowania rzędu 100 REM, co spowodowałoby gigantyczny skok zachorowań na nowotwory i powstanie masowych letalnych mutacji genetycznych.

A to jeszcze nie byłoby wszystko. Wciąż jeszcze nie pisałem o potężnym czynniku niszczącym, jakim jest ogień. Na ogromnych powierzchniach wybuchłyby burze ogniowe - ogromnych rozmiarów pożary powierzchniowe - spowodowanych już to błyskami promieniowania podczerwonego eksplozji nuklearnych, już to od piorunów z licznych burz wywołanych ogromnymi skokami temperatur. Byłyby one zupełnie niekontrolowane, bo nie byłoby kogokolwiek, kto by je był w stanie ugasić. Całun obłoków nad półkulą północną byłby od spodu całkiem czarny od sadzy płonących lasów, miast, rafinerii i pól naftowych.[160]

Po głosie ostatniej Trąby Apokalipsy, tlenki azotu: NO, NO2 i NO3 powstałe w atmosferze osłabiłyby osłonę biologiczną ozonosfery - zawierającą trójatomowy tlen O3 czyli ozon - w górnych warstwach atmosfery, o co najmniej 30%. Potem same spadłyby z wodą i śniegiem jako kwasy azotowy - HNO4 i azotawy - HNO3, jako kwaśne deszcze dobijając resztki roślinności i tlenotwórczego fitoplanktonu we Wszechoceanie.

Pozbawiona ozonosfery powierzchnia Ziemi byłaby bombardowana 2-4 razy silniejszym strumieniem promieniowań UVA, UVB i UVC, niż ma to miejsce dzisiaj. U ludzi promieniowania UVB i UVC powodują zgorzel i raka skóry, ślepotę i osłabienie systemu immunologicznego organizmu powodując coś w rodzaju popromiennego AIDS!!! - zaś pozostałe zwierzęta straciłyby wzrok - jak w powieści Johna Wyndhama pt. „Dzień tryfidów”. Roślinnośc także zostałaby wypalona tym złowrogim promieniowaniem.

I na koniec to najgorsze. Oblicza się, że w pierwszym starciu nuklearnym zginęłoby około 1,1 - 2,0 mld ludzi, zaś dalszy miliard umierałby wskutek choroby popromiennej. Cała reszta zmarłaby w wyniku następstw nuklearnej katastrofy: z zimna, chorób, głodu i szaleństwa w ciemnym i zimnym świecie. Na półkuli północnej przeżyłaby jedynie garstka ludzi rozrzucona pośród martwych zimnych i radioaktywnych przestrzeni.

Na powierzchni Ziemi nie zostało nic, tylko tu i ówdzie w ruinach miast wegetują wychudłe, ubogie, nędzne stwory - ludzie. Nie zostanie niczego, bo to >>nic<< wojna wymęczy i dobije po długiej i strasznej agonii, kiedy wszystko zabije wszechobecna radioaktywna trucizna -

- jak opisuje Rousseau obraz atomowej Gehenny.

Niczego lepszego nie byłoby po użyciu innych środków i rodzajów BMR. Amerykański pisarz Richard Wilson (1920-1987) opublikował w 1968 roku opowiadanie sf pt. „Mother for the World”, w którym opisał działanie broni MD - Masowej Dysocjacji, po użyciu której ludzki organizm dosłownie się rozpadał wskutek błyskawicznej reakcji rozkładu (dysocjacji) wody w tkankach:

Nie pozostały tutaj żadne rozkładające się zwłoki, które wszystkie rozpadły się i rozpyliły na wietrze. Zachował się jedynie kostny pył uwięziony w sieci ubrań, rozrzuconych w całym mieście.[161]

 Po konflikcie i atomowej wojnie pomiędzy Chinami a USA, na Ziemi pozostało jedynie dwoje ludzi - czterdziestoletni mężczyzna i dwudziestosiedmioletnia ociężała umysłowo kobieta, która staje się pramatką całej nowej Ludzkości. I kiedy w tej wariacji na temat wygnania z Edenu patrzy Wilson z Millerem jr. w przyszłość z niejaką nadzieją, boż ponure tony wyzierają jedynie z opisów życia dwojga ludzi w opuszczonym i zrujnowanym mieście, w którym dominują jedynie setki tysięcy porzuconych aut, stada dzikich psów i wysokościowy hotel, który stał się ich Ogrodem Eden, boż daje on im schronienie, ciepło i żywność na całe lata.

„I wszystko zacznie się od nowa” - rozwija dalej myśl Erich von Däniken, którą już dziewięć lat wcześniej wyraził Walter M. Miller jr., w swej książce tymi oto słowy:

Człowiek po raz drugi, trzeci i n-ty pokusi się o zniszczenie swego świata. Być może, że i tym razem nie przeniknie tajemnicy starych zapisów i tradycji. 5.000 lat po katastrofie, archeolodzy będą twierdzić, że człowiek w XX wieku nie znał żelaza i nawet po intensywnych poszukiwaniach go nie znajdą. A kiedy wzdłuż niektórych granic znajdą pasy betonowych, przeciwczołgowych gwiazdobloków, to „wyjaśnią”, że były to jakieś kultowe, astronomiczne linie...

Kiedy znajdą kasety magnetofonowe, to nikt nie będzie w stanie się domyślić, że to był system zapisywania dźwięku. Teksty mówiące o wielkich miastach, gdzie stały wielopiętrowe domy ogłoszą niewiarygodnymi, bo takowe nie mogły istnieć. Tunele londyńskiego metra wezmą albo za geometryczne curiosum, albo za przemyślny system kanalizacji.[162]A potem jeszcze znajdą legendy o żelaznych ptakach latających z kontynentu na kontynent i o przecudownych statkach plujących ogniem i znikających w niebie... Oczywiście będzie to tylko mitologia, bowiem - ich zdaniem - tak wielkie i plujące ogniem ptaki nie mogły nigdy egzystować[163]...[164]

Punctum. Pozwoliłem sobie na takie długie cytaty dlatego, że lepiej tego się nie da już napisać...

 

---oooOooo---

 

Rozdział VII - MASKA P.GAZ W ŚREDNIOWIECZNYM RELIKWIARZU

 

Parę słów o relikwiach - Dziwne znaleziska nad Morzem Śródziemnym - Czytamy życiorys męczennika - Wielkie Rybak z 938 roku i nadchodzące tysiąclecie - Panika w Watykanie: święte kości były z... plastyku! - Co kryją relikwiarze?

 

W poprzednim rozdziale opisałem, jak to bohaterowie powieści Millera z zakonu oo. Albertynów starannie przechowywali szczątki cywilizacji, która in aeternam została pochowana pod ruinami, pustyniami i rozwalonymi kopułami schronów przeciwatomowych. Mogliśmy zobaczyć, jak to przedmioty codziennego użytku stawały się relikwiami i przedmiotami kultu. I nawet najmądrzejsi z mnichów, którzy wszak byli tylko strażnikami wiedzy, nie byli w stanie się nawet domyślić, czemu one służyły. Właśnie to niezrozumienie ich przeznaczenia stanowiło o ich świętości.

Z takiego punktu widzenia należałoby się teraz przyjrzeć „naszemu” Średniowieczu i znaleźć choć jeden przykład na to, że „nasza” cywilizacja zetknęła się z artefaktami pochodzącymi z „tamtej” cywilizacji.

O przypuszczalnym pasie „śmiercionośnych satelitów” już pisałem, jako o danaidzkim darze z przeszłości. Podobnie jak i o antycznych tekstach opisujących użycie BMR w Starożytności. Tak długo, jak nie przechwycimy choć jednego z bojowych satelitów Atlantydów[165], będziemy trzymali się twardo Ziemi, a od pisemnych przekazów - które mogą posłużyć tylko jako wskazówki - przejdziemy do materialnych dowodów.

Kiedy w swej bibliotece pomiędzy tomami, do których - dzięki brakowi czasu od ich zakupienia się w ogóle nie dostałem - znalazłem paperback przekładu niemieckiego autora dr Wolfganga Jeschkego pt. „Ostatni dzień stworzenia”, po jego przeczytaniu przeżyłem niebotyczne zdumienie. Dr Jeschkemu w swej książce udało się wyrazić bardzo konkretny pogląd na to, jak powinien wyglądać d o w ó d potrzebny do wsparcia naszych rozważań.

Od razu ostrzegam, że droga do tego będzie bardzo kręta, ale trudno - nie da się łatwo i prosto wywlec na światło dzienne tego, co uległo zatonięciu w oceanie czasu i teraz od czasu do czasu jego okruchy są wyrzucane na piaszczysty brzeg Dnia Dzisiejszego...

Po całej epoce Starożytności - w Średniowieczu - wiara w Jedynego Boga była wspierana dzięki resztkom ciał rozmaitych świętych, ich odzieżą, przedmiotami codziennego użytku, które dotykali za życia, przedmiotami przez nich wytworzonymi i przedmiotami, które tworzyły atrybuty ich męczeńskiej śmierci czy tortur. Te święte przedmioty w biegu dziejów zbierano i starannie, pieczołowicie ukrywano w drogocennych relikwiarzach, składano w kościołach czy klasztorach bądź w majątkach osób sprawujących władzę, albo też majętnych - gdzie zachowały się do dnia dzisiejszego.[166]

Niekiedy popyt na relikwie osiągał taka koniunkturę, że poczęto niemalże taśmowo produkować falsyfikaty, co doprowadziło do niebywałego chaosu. I tak pisało się np. o 13 głowach, 9 prawych rękach i 58 palcach wskazujących św. Jana Chrzciciela, które rozsiane są po wielu miastach Europy, czy jeszcze bardziej zdumiewających relikwiach w rodzaju „piórek ze skrzydeł Ducha Świętego” - że wspomnę tylko o tym, do czego ta dziwna mania doprowadziła![167]

Wedle dr Jeschkego idzie przede wszystkim o dziwne znaleziska u wybrzeży południowej Hiszpanii[168], południowych Włoch, Malty, Sardynii i Balearów, które są praktycznie nie naruszone przez czas i wielce zajmujące. Pisze on o nich tak:

Właściwie chodzi tutaj o ułomki materiału o brudnobiałej lub żółto-czerwonej barwie. Można tę materię uważać za bardzo starą kość słoniową, albo resztki kości, które fale i piasek przez stulecia nie tylko wygładziły, ale na dodatek zdeformowały do niepoznaki. Było teraz tylko kwestią fantazji, by tym kostnym ułomkom przysądzić historyczność i właściwy kształt - a co za tym idzie - części ciała różnych świętych, którzy podróżowali po tym świecie.[169]

W kalabryjskiej miejscowości San Lorenzo k./Reggio di Calabria już od 500 lat czci się 20-centymetrowy kęs takiego materiału, jako palec wskazujący proroka Jeremiasza. W Algeciras przy Gibraltarze czci się jako relikwię kwadratowy ułamek o boku około 12 cm, który ma być fragmentem czaszki św. Jana Chrzciciela, którego obcięta głowa miała być wyrzucona przez Morze Śródziemne na wybrzeże Hiszpanii.

Zgodnie z tym, co pisze dr Jeschke, najdziwniejsza rzecz spoczywała w srebrnym relikwiarzu w klasztorze św. Felicji - szło tu o doczesne szczątki św. Wita, młodziutkiego sycylijskiego męczennika z przełomu III i IV wieku. Wit, nazywany także po łacinie Vitusem, należy do dziś dnia do najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego. W XIV wieku przyjęto go w poczet pomocników w biedzie i od tego czasu jest on nosicielem wielu patronatów. Lista jego pośmiertnych czynności jest imponująca, jest on bowiem patronem: Saksonii, Dolnej Saksonii, Czech, Pomorza, Sycylii, Pragi Czeskiej, Mönchenglandbach, Ellwangen, Korvey, Höxteru, Kremsu, saskich cesarzy, młodzieży, karczmarzy, aptekarzy, plantatorów winorośli, aktorów, słodowników, górników i kowali, zwierząt domowych, psów i bydła. Wzywano go w przypadkach wścieklizny, epilepsji, histerii i kurczach (taniec św. Wita), chorobach uszu i oczu, utracie mowy i słuchu, moczeniu nocnemu, piorunów, niepogody, pożarów i niepłodności. Jego kuriozalną, ale bardzo ważką funkcją była ochrona cnoty dziewiczej, o czym jeszcze będzie tu mowa.

Ten męczennik i święty narodził się prawdopodobnie w Marare del Vallo na pd-zach. wybrzeżu Sycylii, około roku 297 n.e. Jego pogański ojciec Hylas zażądał od niego, który był wychowany w duchu wiary chrześcijańskiej przez dojarkę Crescencję, by wyrzekł się wiary. Wit nie zastosował się do rozkazu ojcowskiego i wraz z Crescencją i wychowawcą Modestem uciekł do Lukanii, gdzie przystał do chrześcijańskiej komuny. Pewnego dnia chrześcijan wyłapano, aresztowano i w okowach dostarczono do Rzymu na dwór cezara Caiusa Aureliusa Valeriana Diocletianusa (Dioklecjana) (230-316) - panującego w latach 284-305 i ziejącego wręcz chorobliwą nienawiścią do nowej religii. Według legendy, Dioklecjan kazał wrzucić do kotła z wrzącym olejem Wita i jego opiekunów, kiedy nie przekonały go cuda dokonywane przez Wita, który m.in. uleczył z epilepsji jego syna. Z kotła cała trójka jednak wyszła bez szwanku, a i owszem, lew - który miał ich pożreć - legł przed nimi i lizał im stopy... Twego już było za wiele dla okrutnego cezara, który kazał poddać całą trójkę torturom, które pozbawiły ich życia. Ciało Wita pochowała potem jakaś chrześcijanka. Inna wersja legendy mówi, że Wit i jego współbracia zostali przewiezieni na Sycylię, albo męczennik już po próbie z wrzącym olejem został zabrany przez aniołów Pańskich do swej ojczyzny, gdzie wkrótce zmarł.[170]

Żeby było już całkiem jasno, to trzeba dodać, że św. Wit ma niezwykle bogatą ikonografię. Na większości płócien czy deseczek (ikon) bywa on przedstawiany jako młodzian w odświętnej szacie z koroną męczenników na głowie. Jego atrybutami są: palma, księga, kocioł, lew, orzeł (który przynosił mu chleb niebieski), chleb i lampa. Głównym indywidualnym atrybutem świętego jest kogut - albo kogut na księdze - co nie jest zupełnie jasne. Brokoffowa rzeźba na praskim Moście Karola przedstawia młodego Wita w bogatej szacie na wierzchołku góry z wężami i lwami, z których jeden łasi się mu do nóg. Na kamieniach wokół niego widzimy zmiażdżone kości.

W roku 583 - w czasie zwiększonego popytu na relikwie - jego ciało zaczęto „porcjować”: tułów wywieziono do Włoch, oddzielone kończyny pozostały na Sycylii. Opat Fulrad de St. Denis przewiózł ciało do swego klasztoru w 756 roku, gdzie pozostało aż do roku 836, kiedy to opat Hilduin przekazał go opactwu Korvey n./Wezerą. Szczątki męczennika dalej rozsyłano po Europie. Jedno ramię dostał w 922 roku czeski książę Wacław, który kazał wybudować rotundę poświęconą temu męczennikowi na miejscu, gdzie do dziś dnia stoi klasztor św. Wita. W 1355 roku, z rozkau cesarza Karola IV próbowano zabrać relikwię ciała św. Wita, ale zamiar ten nie został nigdy wykonany i od tego czasu św. Wit stał się patronem niebieskim Królestwa Czeskiego.

Cześć i respekt, jaki zdobył sobie św. Wit pośród ogromnej plejady świętych spowodowały to, że jego imieniem zaczęto nazywać nowopowstałe klasztory, chramy i inne miejsca kultu. Aż 150 miast chlubi się tym, ze do dziś dnia posiada szczątki tego świętego w swych świątyniach, a co najmniej dziesięciokrotnie więcej ustanowiło go patronami swych kościołów czy całego miasta.

I tak do tych przesławnych miejsc, w których znajdują się kości św. Wita należy klasztor w Korvey an Weser, który był kiedyś centrum kultu tego świętego. Znajduje się tam najdelikatniejszy ze szczątków młodego świętego - jego członek, który wdzięczny męczennik dał na patronat nad niewinnością panien i kobiet, a który wyszedł na światło dzienne w X wieku w Palermo.

Pierwsza pisemna wzmianka o tej relikwii miała pochodzić z 938 roku, z klasztoru św. Felicji, gdzie bardzo długo ją przechowywano. Relikwię tą wyłowił pewien rybak wraz z 12 rybami, (co oczywiście uznał za znak Boży), po dwóch dniach zmagania się ze sztormowym morzem. Był on zamknięty w futerale z jasnoszarego metalu, mającego kształt węża o długości pół stopy.

Pełen wdzięczności za swe cudowne ocalenie, rybak przekazał swe znalezisko opatowi klasztoru św. Felicji, który tą dziwną rzecz od razu schował pod kluczem. Przede wszystkim ukrył ją przed wzrokiem kobiet, bowiem mogła ona w nich wzbudzać niezdrowe myśli. Stało się to w połowie IX wieku.[171]

Los był dla owej dziwnej rzeczy niezmiernie łaskawy i przeżyła ona bez żadnego uszczerbku straszliwy pożar, który w 922 roku spustoszył stary klasztor św. Felicji, a w roku 932 przeniesiono ją do nowego klasztoru, gdzie spoczywa do dnia dzisiejszego.

W a. D. 1277 młody opat Ambrosius uprosił za pośrednictwem arcybiskupa Palermo uwiarygodnienia relikwii u papieża. Do Palermo przybyły raz za razem dwie komisje wyższych duchownych, by zbadać ten dziwny przedmiot - niestety, papież Mikołaj III nie był w stanie na podstawie tych raportów wydać jakiegokolwiek orzeczenia. Znalezisko znalazło się w próżni do czasu, kiedy to papież Bonifacy VIII w roku 1296 powołał kolejna komisję, ale rzecz szła niezwykle ciężko, jak po grudzie. Dopiero po siedmiu latach dyskusji, udzielił on w roku Pańskim 1303 - na krótko przed swoją śmiercią pontifex maximus - tej relikwii swe błogosławieństwo.

To, co się stało potem, komentuje dr Jeschke:

Od XIII stulecia ten przedziwny przedmiot w kształcie węża, który najwyższa instancja Kościoła katolickiego potwierdziła jako symbol chrześcijańskiego cudu i świadectwo niezwykłego męstwa Sycylijczyków (sic!!!), znalazł się w cyzelowanym i wyłożonym jedwabiem srebrnym relikwiarzu, który wystawiano i otwierano raz na stulecie przy święcie centenarium św. Felicji, tak iż każdy mógł obejrzeć szczątek ciała (nie kości!) świętego, który nie ulegał rozkładowi. Profesor medycyny z Palermo dr Angelo Buenocavallo napisał o >>il gazzo di Sta. Felicita<< polemiczny traktat, gdzie twierdził, że nie idzie tutaj o ciało ludzkie, a o >>jeden z pogańskich przyrządów zrobionych z kości słoniowej, na którym to instrumencie muzułmańscy minstrele wydobywali miłe uchu tony muzyki, które tak lubił jakiś mamelucki król.<<[172]

To, co potem nastąpiło, nie powinno dziwić nikogo. Książka profesora została wyklęta i spalona na stosie, jako herezja. Buenocavallo temu losowi się wywinął tylko dlatego, że zdążył zbiec do Padwy, gdzie w tamtejszym uniwersytecie zasłynął jako doskonały anatom. Tymczasem „instrument muzyczny św. Wita” powoli pokrywał kurz i pył zapomnienia, aż do 1938 roku, kiedy to znów udostępniono go publiczności z okazji święta milenium św. Felicyty (Felicji). Potem nastąpił krótki atak ze strony profesora tarenckiego gimnazjum, faszysty Luigi Risotto na łamach faszystowskiej prasy, gdzie uderzył on w relikwię i jej kult z najcięższych dział:

Fakt, że Kościół katolicki jeszcze w XX wieku oddaje cześć członkowi męskiemu jakiegoś świętego jest wręcz niewiarygodnym skandalem!... Tak naprawdę, to jest to nic innego, jak kawałek fajki jakiegoś Maura.

Hmmm... - bardzo pięknie, tylko tyle, że w swej naiwności i zacietrzewieniu profesorowi-faszyście umknął fakt, że ten „kawałek gumy” wzmiankowano pisemnie już w X wieku, a w a. D. 1303 był on wystawiony jako relikwia. Żeby było ciekawiej i śmieszniej, to Arabowie zaczęli palić tytoń dopiero w XVI wieku! Fajki wodne wynaleziono w roku 1612, a dokonał tego kawiarz, niejaki Zijad (Zidżad) Kawad, który po długim namyśle wynalazł narghile, by podnieść atrakcyjność swego lokalu... Z Damaszku ten wynalazek rozpełzł się po części Europy - od Budapesztu po Sewillę i Afryki z Azją - od Dar-es-Sallam do Hajdarabadu - czyli wszędzie tam, gdzie sięgały wpływy arabskie.

W 1961 roku, na polecenie papieża Jana XXIII zaczęła pracę - bez zbytniego rozgłosu - specjalna komisja, która miała zweryfikować dziedzictwo materialne świętych Kościoła katolickiego, a zatem wszystkie relikwie. Watykańscy eksperci po pięciu latach badań zaewidencjonowali 3.786 egzemplarzy pozostałości po świętych, z których 1.284 uznano za oficjalne przedmioty kultu; 1.544 zalecono tolerować, zaś 958 pozostało tam, gdzie są teraz - ale oficjalnie czczono je w wyjątkowych wypadkach...

Śledztwo to przyniosło jeden nieoczekiwany skutek - okazało się bowiem, że więcej niż w 1.000 przypadków, szczątki kostne wykonano z materiału o barwie brudnobiałej czy żółtoczerwonej - i jak powtarzało się to we wszystkich relacjach - przypominającego starą kość słoniową.[173]

Próbki tego materiału przekazano Watykańskiemu Laboratorium Fizycznemu, gdzie poddano je analizie metodą radionuklidu węgla 14C. I teraz uwaga! - testy na obecność węgla-14 wykazały, że w inkryminowanych próbkach go w ogóle n i e było!!! A to oznaczałoby, że próbki te były starsze, niż 20.000 lat - a zatem n i e mogło tutaj iść o szczątki chrześcijańskich świętych!!!...

Świat miał powstać w dniu 23 października 4004 roku przed Chrystusem, jak wyliczył to abp William Ussher, a zatem ten „flet” czy „członek” św. Wita był z czasów przedbiblijnych. Ekspertyza ta trafiła tam, gdzie zazwyczaj lądowały dokumenty sprzeczne z nauką Kościoła katolickiego - w dziale prohibitów archiwum watykańskiego, bowiem nie była zgodna z założeniami kultu świętych.[174]

2 marca 1969 roku, arcybiskup Palermo otrzymał polecenie od papieża Pawła VI przywiezienia w całkowitej tajemnicy na zamek św. Anioła relikwii św. Wita.

5 marca relikwię dostarczono do Rzymu i okazano ją Ojcu Świętemu, który ja obejrzał ze wzrastającym zniechęceniem. Potwierdziły się bowiem jego najgorsze przeczucia. Badania w WLF potwierdziło, że materiał relikwii nie buł organiczny, ani nieorganiczny - mogło w jej wypadku iść t y l k o o materiał syntetyczny.[175]

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten cały il grazzo di Sta. Felicita wedle Jeschkego był wielce podobnym do... karbowanego przewodu masek tlenowych do lotów wysokościowych pilotów odrzutowców! Ewentualnie do rur współczesnych masek p.gaz., używanych przez wszystkie armie świata do ochrony przez wszelkimi BMR.

Przede wszystkim pozostało niewypowiedziane pytania: Gdzie na kilka stuleci przed wynalezieniem tworzyw sztucznych wyprodukowano taki materiał? Skąd się on wziął w Średniowieczu, w którym już wtedy wykazywał niezwykle podeszły wiek. Watykańscy fizycy stanęli w obliczu zagadki, której nie udało się wyjaśnić przy pomocy żadnego logicznego rozumowania i technicznego oprzyrządowania.[176]

„Flet św. Wita” znikł ponownie z pola widzenia i jego ponowne „znalezienie” na potrzeby dokładnego zbadania jest porównywalna tylko z szansą, jaka miał rybak Rossa, który wyłowił go z morza z dwunastoma rybami...

A my możemy postawić pytanie: Co jeszcze kryje się w ozdobnych pudłach relikwiarzy, włożone pomiędzy kości i odzież świętych? Ten interesujący, ale dla zwykłego badacza niedostępny materiał należałoby zbadać obiektywnie i bez uprzedzeń, a wtedy przyniósłby on zapewne obiektywne przesłanki do wyciągania wniosków. Te ostatnie wyciągane przez komisje kościelne są dla nas niedostępne - i należą do tych rzeczy w Watykanie, o których dla dobra Kościoła katolickiego nie mówi się głośno.

Ciekawe są wnioski z ekspertyzy antropologicznej kości i innych resztek pozostałych po świętych Cerkwii prawosławnej, których badanie wykonano w klasztorach byłego Imperium Sowieckiego w latach 1919-1920. Rzecz była dokonaną - niestety - w sposób co najmniej barbarzyński, zgodnie z założeniami ideologicznymi Sowietów, którzy chcieli raz na zawsze skończyć z „religijnymi przeżytkami”. Przedstawiam tutaj wyciąg z protokołów komisji ówczesnego GPU mówiącymi o osobliwych znaleziskach w prawosławnych relikwiarzach. Przeczytajcie i osądźcie sami:

 

Relikwie

Data
i miejsce

Wyniki ekspertyzy

Artemija Wierkolskiego

20.XII.1918. Archangielskaja Obłast’

Grób składający się z 3 części: w pierwszej - wata, w drugiej - cerkiewny złotogłów, w trzeciej - niewielka czerwona trumna, przewiązana sznurem i opieczętowana, po jej otwarciu znaleziono: węgle, okopciałe gwoździe i ani śladu po kościach.

Awramija Męczennika

12.II.1919. Władimir

Po zdjęciu pokryw znaleziono watę w której leżało kilka kości, przynajmniej dwóch ludzi. Jedna kość była zupełnie nowa. Wata znajdowała się we wnętrzu czaszki.

Księcia
Gieorgija

15.II.1919. Władimir

Zmumifikowany trup w szatach jedwabnych ze znakami towarowymi.

Księcia
Gleba

13.II.1919. Władimir

Kościotrup obciągnięty wysuszoną skórą.

Księcia
Andrieja

13.II.1919. Władimir

Wielka ilość waty w książęcych szatach, w wacie kości z widocznymi obrażeniami.

Księcia
Gawriłła

17.II.1919. Juriew Polskij

Szkielet leżący w wacie. Brak kości drobnych wszystkich kończyn. Znaleziono żeberko dziecka.

Daniły Prepodobnego

20.II.1919. Perejesławl

Kości.

Pietra i Fiwronii

10.II.1919. Murom

Skrzynia podzielona na dwie części, w każdej znajdują się kości, które wydawały zapach zgnilizny.

Książąt: Konstantina, Michaiła, Fiodora i matki Iriny

07.II.1919. Suzdal’

4 worki z kośćmi, czaszki wypchane watą.

Episkopa Joana

11.II.1919. Suzdal’

Szkielet pod grubą warstwą waty pokryty skórą. Spodnia warstwa kości zmieszana z gliną.

Jefrosinie Suzdalskiej

12.II.1919. Suzdal’

Figura z odłamkami kości.

Jefriemija Suzdalskiego

12.II.1919. Suzdal’

Kupa zetlałych ze starości kości.

Fieodozji Totiemskiej

17.IV.1919. Tot’ma

Zmumifikowane ciało w znacznym stopniu zetlałe.

Prokopija Ustjańskiego

06.III.1919. Wielsk

Zmumifikowane ciało.

Mitrofana Woroneżskiego

03.II.1919. Woroneż

Czaszka z przylepionymi włosami, wata, kilka rękawic, wypchane worki zamiast środkowej części ciała.

Tichona Zadońskiego

28.I.1919. Zadońsk

Czaszka - wysuszona i rozpadająca się na proch. Karton zabarwiony na kolor ciała, falsyfikaty rąk i nóg zrobione z waty i kartonu. W rękawicy karton. Damskie pończochy, buty i rękawice.

Simeona Prawiednyjego

25.IX.1920.

Jekaterinburg

Kości ciemnoczerwonej barwy pokryte pleśnią. Czaszka pusta w środku. Brak kości stóp. Poza tym jakieś niezidentyfikowane, zetlałe kości. Pomiędzy czaszką a miednicą - wata. Niewielka ilość nieznanej materii w kolorze ciemnoczerwonym, rozsypującej się na proszek.

Siergieja Radoneżskiego

11.IV.1919. Siergiejew

Ubiór przeżarty przez mole, wata, fragmenty ludzkich kości i cała masa martwych owadów: moli, motyli, itp. Na czaszce widoczne są czerwonawe włosy.

Sawy Starożewskiego

17.III.1919. Moskowskaja Obłast’

Kłąb waty, w którym znaleziono 33 bardzo zniszczone i połamane kości. 2 monety o nominałach: 20 i 10 kopiejek.

Antonija, Joana, Jewstafija

Brak danych

Moskwa

Zmumifikowane ciała, trumna, ikona z kwadratowym otworem wypełnionym woskiem z kością o rozmiarach 2,5 x 3,7 cm.

Gawriłła Męczennika

Brak danych

Moskowskaja Obłast’

Brak danych.

Episkopa Nikity

03.IV.1919. Nowgorod

Na wpół zniszczony kościotrup w kilku miejscach pokryty skórą. Na grzbiecie brak skóry. Zachowana jedna stopa.

Mstisława Udałogowego

03.IV.1919. Nowgorod

Ludzka czaszka oddzielona od korpusu, także obie ręce. Szkielet jest podniszczony. Brak nóg. Przy prawym boku odzież i sczerniałe kości.

Księcia Władimira

03.IV.1919. Nowgorod

Kupa czarnych kości i szczątki odzieży, czaszka rozwalona na dwie połowy. Kości nie mają nic wspólnego z czaszką.

Anny, żony Jarosława

03.IV.1919. Nowgorod

Niekompletny szkielet, gdzieniegdzie na kościach skóra. Czaszka zniszczona.

Księcia Fiodora, brata Aleksandra Newskiego

03.IV.1919. Nowgorod

Brak stóp, czaszka leży oddzielona od reszty ciała, skóra na grzbiecie kościotrupa zetlała.

Joana Nowgorodskiego

03.IV.1919. Nowgorod

Nieforemna kupka kości, czaszka na poły rozpadnięta i sczerniała.

Kiriłła Nowoje
zierskiego

Luty 1919. Biełoziersk

Figura obrazująca człowieka. Trochę kości, na czaszce dwie monety z 1740 i 1747 roku.

Jakowa Borowiczskiego

30.III.1919.

Brak danych

Kości porozrzucane chaotycznie bez ładu i składu.

Aleksandra Swirskiego

22.X.1918. Łodieńskij Ujezd

Trumna metalowa o wadze 40 pudów[177], a w niej woskowa figura.

Wsiewołoda Gawriłła

27.II.1919.

Pskowskaja Obłast’

Cynowa skrzynia z różnymi kośćmi, na dnie: popiół, wapno i kawałki drewna.

Trzech Afoskich Męczenników: Jefriemieja, Ignatija i Akakija

Brak danych

Bałaszow

W srebrnej skrzynce kilka ludzkich kości na zielonej poduszce. Niczym się nie różnią od kości innych zmarłych.

 

Brrr...! I na tym zakończymy tą ponurą kronikę. Prawdę powiedziawszy, to nie dziwię się, że rosyjscy komuniści tak starannie zabalsamowali ciało Włodzimierza Ilicza Ulianowa-Lenina, choć - a może właśnie dlatego - spowodowali tak upadlający los świętym szczątkom męczenników Matki Rusi...

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                      Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/