... Najstraszliwsze zagadki przybierają maskę szaleństwa, chcą bowiem ukryć, że
są zagadkami... Świat jest zagadką łagodną, a nasze szaleństwo czyni ją
straszną, gdyż chce objaśnić go według swojej prawdy.
Umberto Eco - „Wahadło Foucaulta”, Warszawa 1993, s. 99
SPIS TREŚCI:
WSTĘP
I. ATOMOWE WOJNY W STAROŻYTNOŚCI
Klasyczny przykład: Sodoma i Gomora - Starożytność znała BMR - Miasto, które
znikło z powierzchni Ziemi - Atomowy atak na Sacsayhuaman? - Radioaktywne
szkielety i groby - Promieniste mumie w zbiorach Muzeum Egipskiego.
II. BLENDA URANOWA W CELTYCKIM GROBIE?
Materiał
rozszczepialny w starej mogile - Wykopalisko pod nadzorem armii? - na tropie
zagadkowych mundurów - Tajemniczy przedmiot z podziemi - Wizyta w mieście - Nic,
tylko fatamorgana...
III. PROGRAM SDI SPRZED TYSIĘCY
LAT
Komety, które wcale nie były kometami -
Groźba martwych satelitów - Atomowa wojna bogów - BMR zagrażają Średniowieczu -
Manewry niewidzialnej armii - Na koniec świadectwo kronikarza.
IV. ZAGADKA ANTYCZNYCH GŁOWIC
JĄDROWYCH
Wizyta w
Polsce - Zewnętrzne Hebrydy, dnia 26 października 1996 roku - Wybuch jądrowy w
1908 roku? - Pseudo-meteoryty i quasi-bolidy - Bojowe satelity Atlantydów nadal
bombardują Ziemię.
V. DANCE MACABRE W
NAJBLIŻSZYM WSZECHŚWIECIE
Śmierć tańczy na orbicie - Płonące
pochodnie i latające ognie na niebie - Nostradamus: Prorok, który wiele widział,
ale niewiele rozumiał - Niebiescy podpalacze: Padał napalm, fosfor czy siarka? -
Tajemnicza zorza nad Europą.
VI. MILLENIUM PO WYBUCHU
Jak przyszedł PŁOMIENNY POTOP -
Ludzkość, jak Feniks wstaje z popiołów starego świata - „Jestem głosem
wołającego na pustyni!” - Naszyjnik z elementów elektronicznych i techniczny
schemat ideowy jako relikwia - Naród atomowych schronów.
VII. MASKA P.GAZ W
ŚREDNIOWIECZNYM RELIKWIARZU
Parę słów o
relikwiach - Dziwne znaleziska nad Morzem Śródziemnym - czytamy życiorys
męczennika - Wielki Rybak w 938 roku i nadchodzące Tysiąclecie - Panika w
Watykanie: Święte kości były z... plastyku! - Co kryją relikwiarze?
VIII.
TEMPLARIUSZE A BMR
Pierwsze spotkanie z Baphometem -
Historia na opak: Bomba A w rękach Templariuszy - Ognisty chrzest, albo porażka
sułtana Bajbarsa - Zwycięstwo przed Bagdadem - Armia Templariuszy w państwie
Czyngiz Chana - Upadek chana chanów - Ostatni rozkaz Guillame’a de Beaujeau.
IX. KOSMICZNY
ATAK W CZASIE WYPRAW KRZYŻOWYCH
Kosmiczny Robinson z
1790 roku - Luftwaffe w służbie Karola Wielkiego - Kto obronił Gymeszski Zamek?
- Kara śmierci dla władców przestworzy - CE4 w Średniowieczu - Kosmiczny desant
w średniowiecznym Ansby - Te Deum po tamtej stronie Wszechświata.
X. PRZYBYSZE Z
KOSMOSU - ŻYWI CZY MARTWI?
Druga wizyta w Polsce
- Darwin ewolucji maszynowej - Ludzie i roboty i... coś pomiędzy nimi -
Rozmaitość kształtów: Konieczność czy specjalizacja? - Panopticum, dla którego
trudno znaleźć jakieś wyjaśnienie.
XI. NOC, W KTÓREJ ZACHWIAŁ SIĘ KSIĘŻYC
Kanonik z Canterbury o niewiarygodnym
zdarzeniu - „Aland, Aland, Zealand!” - Poszukiwania w kraterze Tapanui - Wyspa
Wielkanocna poligonem atomowym bogów? - Rzeźby, które mogłyby powstać w
Hiroszimie.
SŁOWO O
AUTORZE
DODATEK A -
Atomowa wojna Bogów
DODATEK B – SARS spada z
nieba
DODATEK C – Kolorowe śniegi
DODATEK D – Statek
kosmiczny Obcych na wokółziemskiej orbicie?
DODATEK E – Czarna Zaraza:
Prezent z odległej przeszłości
WSTĘP
Bella delectat cruor
- wojna żywi się krwią - prawda to stara, jak świat światem. Pewien uczony
wyliczył, że od początku istnienia egipskiego Starego Państwa (odkąd zachowały
się źródła pisane i dokumenty) do chwili współczesnej - czyli przez pięć i pół
tysiąclecia - na naszej Ziemi rozegrało się około 14,5 tysiąca wojen. Jego
francuski kolega Nicolas Camille Flammarion (1842-1925) dopełnia to
wyliczenie tym, że konflikty te pochłonęły około 1.200 mln ludzi[1],
którzy przelali ogólnie rzecz biorąc 18 mln m3 krwi! - a ich czaszki
ustawione jedna obok drugiej utworzyłyby sznur tak długi, że wystarczyłby on
na s z e ś c i o k r o t n e opasanie nim kuli ziemskiej!!!
Flammarion przeprowadził swe wyliczenia
przed najbardziej niszczycielską II Wojną Światową, której ogólny bilans - ok.
52 mln ofiar w 48 krajach świata - oznajmiał początek nowej ery Ludzkości,
złowieszczo płonącą pochodnią atomowego ognia. Pochodnią ta zniszczył rozjuszony
bóg wojny dwa japońskie miasta, którym sprawił los gorszy od biblijnej Sodomy i
Gomory.
Dokładnie 6 sierpnia 1945 roku, o
godzinie 8:45 czasu lokalnego, nad Hiroszimę nadleciał amerykański bombowiec
B-29 Superfortess o imieniu własnym „Enola Gay”, od którego
oderwało się coś na spadochronie. Pół kilometra nad powierzchnią ziemi,
przedmiot eksplodował i w tej samej chwili w mieście zginęło 65.000 jego
mieszkańców, a pozostałe 15.000 nieco później. Po 17.000 ludzi nie pozostało ani
śladu, a z pozostałych zabitych pozostały jedynie straszliwie zmasakrowane
zwłoki. 155.000 kobiet, mężczyzn i dzieci zmarło w następnych tygodniach
straszną śmiercią wskutek napromieniowania. Podobny los spotkał także
mieszkańców Nagasaki.
Od tego czasu przeprowadzono wiele
eksperymentalnych wybuchów atomowych[2],
ale na pytanie: od kiedy nasza (podobno) humanitarna cywilizacja zaczęła używać
energii jądrowej? - nie znaleziono dotychczas żadnej odpowiedzi...
Od kiedy będziemy mogli datować użycie
energii jądrowej? Czy od roku 1934, kiedy to Enrico Fermi zaczął swe
badania nad promieniotwórczością, zmierzające do udowodnienia hipotezy
głoszącej, że rozbicie atomu jest możliwe? A może od roku 1938, kiedy to
niemiecki fizyk Otto Hahn rozszczepił jądro atomu uranu-235? A może
będzie to ów nieszczęsny dzień 6 sierpnia 1945 roku, kiedy to bomba atomowa
wybuchła nad Hiroszimą???[3]
Impuls do dokonania próby odpowiedzi na
te pytania otrzymałem w pewne deszczowe popołudnie, w które lato 1997 roku było
bogate, kiedy to siedziałem w domu przy czarnej kawie i papierosie, kartkując
„Historię sztuki” Piojana. Kiedy natknąłem się na akwarelę „Sen” jednego
z największych i notabene najbardziej tajemniczych niemieckich artystów
Albrechta Dührera (1471-1528), zupełnie zatkało mnie ze zdumienia. Na
kopii obrazu ze schyłkowego okresu życia i twórczości wielkiego malarza,
znajdującego się dziś w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum, widzimy nad
idylliczna kraina unoszący się, wielce realistycznie oddany obłok w kształcie
grzyba, grożącego zniszczeniem tego pogodnego i beztroskiego krajobrazu. W
długim komentarzu do akwareli Dührer pisze o proroczym śnie, który mu się
przyśnił w nocy z czwartku na piątek przed świętem Zesłania Ducha Świętego w
1525 roku, który rzucił na karton wkrótce po tym, jak się ze snu obudziłem i
trząsłem na całym ciele...[4]
Zaszokowany tak sugestywnym obrazem,
przez następne dni nie robiłem niczego innego, poza gromadzeniem reprodukcji
obrazów i grafik od XIV do XVIII wieku do mojego „prywatnego katalogu dowodów
rzeczowych”, jak go nazwałem, a do którego chciałem zebrać jak najwięcej tego
rodzaju przykładów, takich rysunków i malunków w celu porównania ich z dziełem
Dührera. Trzęsienia ziemi, płomienie, wybuchy, pożary, deszcz ognisty i
siarczany - to wszystko defilowało przed moimi oczami, jak straszliwy komiks z
przeszłości, ale obłok w kształcie grzybabył tylko u Dührera.
A jednak udało mi się znaleźć coś
podobnego. W 1785 roku opisywał i narysował podobny fenomen radca legacyjny
Lichtenburg, który był tego świadkiem w okolicach miasta Gotha. W magazynie
„Magazin für das Neuste and der Physik und Naturgesichten“ napisał on dosłownie
tak:
Około godziny trzeciej po południu, na
północ od miasta utworzył się pojedynczy, ciężki, do góry podobny i od szczytu
grzybowato rozszerzony burzowy obłok. Zaobserwowałem, że spod kapelusza grzyba
wychodziły jasne i gładkie opary, które w krótkim czasie utworzyły krąg wokół
nogi grzyba. Wydawał się on być w ruchu, tym szybszym, im bardziej się on
rozszerzał. Po upływie jednej minuty osiągnął on największą szerokość górnej
części grzyba.[5]
Hmmm... - wiadome jest, że wokół
atomowego grzyba wytwarza się jonizujący pierścień gazów i tak go uchwycono na
rycinie z końca XVIII wieku. Jeżeli jest to tylko zbieg okoliczności, to co
najmniej dziwny!...
To jeszcze wciąż nie jest wszystko, boż
mamy przesłanki po temu, by wierzyć, że ziemska energetyka jądrowa jest o wiele,
wiele starsza.
Niemal detektywistyczne dochodzenie
zaczęło się już w maju 1972 roku, kiedy to w zakładzie wzbogacania uranu w
Pierrelatte, Francja, dokonano rutynowej analizy rudy uranowej. Wyniki tej
analizy wprawiły w osłupienie i podziw fizyków i pracowników naukowych tych
zakładów. Okazało się bowiem, że w uranie poddanemu analizie procent atomów
izotopu uranu 235U wynosi tylko 0,717% a nie 0,720%, jak to ma
miejsce wszędzie na Ziemi, Księżycu[6]
i w meteorytach.
Gdzie zatem zginęło pozostałe 0,003%
235U?
Trop wiódł do Gabonu, do tamtejszych
kopalni rud uranowych w Oklo, skąd wzięto próbki rudy do badań we francuskich
laboratoriach. Analizę rudy wykonano od razu na miejscu. Zdziwienie specjalistów
urosło do chorobliwych rozmiarów, bo badania wykazały, ze w 700 tonach uranu,
które tam wydobyto w latach 1970-1972, brakuje 200 kg radioizotopu 235U.
Mało? Taka ilość całkiem wystarczy do skonstruowania kilkudziesięciu bomb
atomowych typu Hiroszima...
Wygląda na to, że nikt w niedawnej
przeszłości z Gabonu nie ukradł takiej ilości 235U, a zatem
wychodziłoby na to, że w rudach uranowych w Oklo j e s t mniej uranu, niż go
tam być powinno! A to oznacza tylko jedno - ktoś kiedyś oddzielał już uran-235
od naturalnej rudy!
Chociaż specjaliści pośpieszyli od razu
z wyjaśnieniem o „naturalnym reaktorze jądrowym w Oklo”[7]
pozostaje faktem, że ktoś czy coś w przepastnej przeszłości oddzielał izotop
235U od reszty rudy dokładnie tak, jakby chciał przeznaczyć go do
celów energetycznych.
Oczywiście uczeni usiłowali wyjaśnić to
zjawisko poprzez fakt, że rudy uranu w Oklo składały się w swej masie z 17%
235U i 83% 238U. Izotopy te mają różny czas półzaniku - T1/2
- i przed 2 mld lat ta ruda uranowa zawierała tylko 3% 235U. Uran
mógł być wymyty przez wodę w delcie pradawnej rzeki, gdzie dziś leży Oklo i tam
osadzał się 235U dokonując jego wzbogacenia. Kiedy ilość 235U
wzrosła do masy krytycznej, dochodziło do reakcji łańcuchowej.
Jakkolwiek by z tym reaktorem nie było,
pozostaje faktem, że niewiele wiemy o energetyce jądrowej w Starożytności.
Dr Robert „Oppie” Oppenheimer,
który w latach 1943-1945 pracował w PROJECT MANHATTAN nad bombą atomową, był nie
tylko fizykiem - jak go przedstawiają jego pamiętniki, ale zajmował się także
starohinduskimi - uwaga! - tekstami, które są niczym innym, a właśnie opisami
tajemniczych broni.
Czy inspirował się on tekstami pisanymi
sanskrytem?
Po pierwszej próbnej eksplozji atomowej
w dniu 16 lipca 1945 roku, na poligonie Los Alamos, Nowy Meksyk, Oppenheimer
zacytował epos „Mahabharata”: Uwolniłem kosmiczną siłę - teraz jestem
niszczycielem światów...
W kilka lat po II Wojnie Światowej, dr
Oppenheimer wykładał w Rochester University, gdzie w czasie jednej z dyskusji
pewien student zadał mu pytanie: Czy bomba atomowa w Los Alamos była w ogóle
tą pierwszą, a może były wcześniej przeprowadzone jakieś utajnione testy?
Odpowiedź wykładowcy była bardzo, bardzo
dziwna:
- Well -
rzekł z westchnieniem - Ona była
pierwszą... W każdym razie w tym wieku...
Czy słynny
uczony miał na myśli to, że broń atomowa była w użyciu już w dalekiej
przeszłości?
Inną odpowiedź na tą samą kwestię dał
laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii radioaktywnych związków chemicznych z
roku 1921 - Frederic Soddy (1877-1956), który w swej książce „Odkrycie
promieni” daje taką odpowiedź, która mogłaby być drugim motto dla tej książki:
Domniemywam, że w przeszłości istniały
cywilizacje, które znały energię atomową, a które zniszczyły niewłaściwe
wykorzystanie tej energii.[8]
Zapraszam Was do podróży ku tym
cywilizacjom...
---oooOooo---
Rozdział I -
ATOMOWE WOJNY W STAROŻYTNOŚCI
Klasyczny przykład: Sodoma i Gomora -
Starożytność znała BMR - Miasto, które znikło z powierzchni Ziemi - Atomowy atak
na Sacsayhuaman? - Radioaktywne szkielety i groby - Promieniste mumie w zbiorach
Muzeum Egipskiego.
Kiedy w roku 1959 prof. Matwiej
Agrest, a po nim czeski autor literatury faktograficznej dr Ludvik Souček
(a za nimi cała rzesza innych autorów) wystąpili z hipotezą, że biblijne
miasta Sodoma i Gomora (zob. 1 Mjż 13,13 i 1 Mjż 19)[9]
zostały zniszczone w drugim tysiącleciu przed Chrystusem przez wybuchy jądrowe -
wywołało to burzę niezgody w środowisku naukowców. Kościół katolicki potępił to
jako kacerstwo, a specjaliści zostali wzburzeni w najwyższym stopniu.[10]
Prof. Agrest, który jest ojcem tej
hipotezy o zniszczeniu obydwu tych miast przy pomocy eksplozji jądrowych, opiera
ją na analizie biblijnego tekstu. Według niego, szło o tragiczny efekt
likwidacji nadmiaru materiałów radioaktywnych przez Kosmitów, którzy za wszelką
cenę (i słusznie!) nie chcieli pozostawić ich na naszej planecie, której
mieszkańcy nie posiadali osłon antyradiacyjnych.
Mówi
Agrest:
Według opisu biblijnego, wniosek ten
jest więcej, niż prawdopodobny. Kosmici polecili Lotowi i jego rodzinie, aby się
ukryli w górach, gdzie znajdowały się jaskinie. Tam byli doskonale zabezpieczeni
przed promieniowaniem radioaktywnym - był to bowiem doskonały, naturalny schron
przeciwatomowy.[11]
W roku 1966, amerykański egzobiolog
Carl Sagan rozważał możliwość atomowego zniszczenia Sodomy i Gomory, którą
to myśl nazwał: Zupełnie sensowną i godną głębokiej analizy. Nawet taki
przeciwnik i krytyk archeoastronautyki, jakim jest Gunnar von Schlippe
musiał przyznać, że: Jeżeli idzie o zniszczenie Sodomy i Gomory, to
rzeczywiście można je porównać z działaniem bomb jądrowych.[12]
Dr Ludvik Souček w swej książce
„Przeczucie cienia”[13]
dołącza krótką notatkę współczesnego komentarza do tej partii
starotestamentowego tekstu:
1. Lota obronili dwaj aniołowie, którzy
go ostrzegli przed katastrofą i przykazali mu ucieczkę >>w góry<<, nie oglądając
się za siebie, co jest całkiem dobrą radą, mając na względzie szkodliwe
działanie pulsu świetlnego wybuchu nuklearnego.
2. Lot odpowiada równie dziwnie: >>...
boję się, że to zło przeniknie do mnie i mnie uśmierci<<.
Pan przyrzekł (w Księdze Mojżeszowej)
zniszczyć Sodomę i Gomorę siarka i ogniem, a zatem jej mieszkańcom groziło:
poparzenie, spalenie, zatrucie bądź uduszenie dymem czy gazami
- komentuje biblijny opis dr Souček[14]
- W żadnym z tych wypadków nie jest logicznym mówienie o >>źle, które
przenika<<, bez przypomnienia promieniowania przenikliwego. Lot wie o tym, że
promieniowanie jest szkodliwe dla zdrowia i obawia się o to, by nie został
porażony promieniście, zanim dostanie się pod osłonę gór.
3. Ciekawym jest także opis samej
katastrofy:
>>Widziałem występujący z ziemi dym, jak
dym z pieca. Wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia... I
zniszczył trzy miasta i całą okolicę Jordanu, ze wszystkimi ich mieszkańcami i
wszelką polną roślinnością<<.
Dym z ziemi dość dokładnie przypomina
grzyb po eksplozji jądrowej -
tak kończy swą analizę jądrowego wybuchu nad Sodomą i Gomorą dr Ludvik Souček.[15]
W tzw. „Zwojach znad Morza Martwego”,
które ukryła sekta Esseńczyków, w jaskiniach Cirbet Qumran na pn - zach. brzegu
Morza Martwego, na południe od Jerycha, przed legionami cezara Wespezjana
(69-79) tak opisuje się w tym najstarszym hebrajsko-aramejskim tekście „Starego
Testamentu” zagładę Sodomy i Gomory:
Podźwignął się słup z dymu i prochu,
podobny do słupa dymu, co wychodzi z wnętrza Ziemi. Zasypał Sodomę i Gomorę
deszczem siarki i płomieni, zniszczył miasta, cała nizinę, wszystkich
mieszkańców i całą roślinność...
Lot mieszkał w Segor, a potem przeniósł
się w góry, bał się pozostać w mieście. Ludzi przedtem ostrzeżono, by opuścili
miejsca przyszłej eksplozji, żeby nie patrzyli na wybuch i skryli się pod
ziemią. Uciekinierzy, którzy się obejrzeli - oślepli, a potem zmarli.[16]
- A gdzie są dowody? - mógłby ktoś
spytać. - Czy znaleziono jakieś ślady po wybuchu atomowym? - Dziś wiemy z całą
pewnością, że tak. Dyrekcja Egipskiego Instytutu Atomowego potwierdziła, że w
miejscach, gdzie zniszczono te kaanaeńskie miasta znaleziono zwiększoną ilość
izotopów o bardzo długim T1/2: 32Si = 100 lat, 44Ti
= 47 lat, 53Mn = 3,7 mln lat, i wiele innych.[17]
Nie idzie tutaj bynajmniej o radioaktywne tło ziemi i minerałów w tych
miejscach, a o sztucznie wytworzone izotopy n i e w y s t ę p u j ą c e
normalnie w przyrodzie!
Możemy to spokojnie zapisać po stronie
„za” hipotezie głoszącej, że Ludzkość w okresie Starożytności miała kontakt z
Broniami Masowego Rażenia (dalej BMR). W tej chwili jest na to trudno
odpowiedzieć, ale na korzyść tej hipotezy przemawia wiele innych wskazówek,
poszlak i przesłanek.
Według podręczników historii
wojskowości, armie Starożytnosci posiadały całkiem niezły arsenał broni, na
który to arsenał składały się głównie: kopie, oszczepy, topory bojowe, miecze,
młoty bojowe, łuki i strzały, tarcze, puklerze, hełmy i inne opancerzenie. Jako
broń - i to uderzeniową - wykorzystywano tresowane słonie, a gdzieś na Wschodzie
w pewnej bitwie wypuszczono na nieprzyjaciela w charakterze broni... wygłodzone
lwy! Do zdobywania twierdz używano taranów, wież oblężniczych i różne machiny
miotające (baro- i neurobalistyczne) balisty i katapulty. Jakość i ilość
uzbrojenia zależała zawsze od stopnia rozwoju gospodarczego w tym, czy innym
czasie.
I tu zaczynają się problemy. Według
tego, czego nas uczą historycy, starożytne armie rozwalały sobie łby
siekieromłotami, a ich wojownicy poza tym siekli się i kłuli broniami siecznymi
i kolnymi. A jednak studiując tameczne źródła rzuca się w oczy niezwykłość
używanych broni, która całkiem wymyka się tradycyjnym wyobrażeniom o
technologiach uzbrojenia.
I tak np. sanskrycki epos „Mahabharata”,
czyli „Epos o Bharatach”[18],
który Hindusi przypisują legendarnemu Viasie - zawiera coś, co daje nam
do myslenia. Między 10.000 kupletów przeplatanych prozą, podzielonej na 18
ksiąg, znajdujemy opis boskiej broni Indry, o której epos mówi tak:
W boju,
kiedy owa broń palić zaczęła
Zachwiała
się ziemia, wraz z drzewami zadrżała
Wylały rzeki i wzburzyły
morza
Pękały góry i skały, dzikie
wiatry wiały
Ognie pogasły, przygasły
słoneczne promienie -
Ardżuno! Ardżuno! - nie
używaj cudownej broni!
Nie można jej używać tak,
bo jest ona niebezpieczna!
Można ja użyć tylko w
skrajnym niebezpieczeństwie...
Przecież użycie tej
strasznej broni grozi zgubą wszystkiemu,
co żyje!...
Akademik prof. B. L. Smirnow w
komentarzu do tego tekstu w rosyjskim przekładzie „Mahabharaty” tak dodaje do
tego cytatu następującą myśl:
Doprawdy, człowiek musi się zastanowić
nad wysoką moralnością i odpowiedzialnością[19]tego
narodu, który przed dziesiątkami wieków wykazał się nie tylko odwagą zadania
sobie pytania o granice użycia broni absolutnej, ale także jej uzasadnienie.[20]
Jakaż to była broń, którą można by
porównać do znanych nam broni z arsenału BMR?
W innym miejscu „Mahabharaty” czytamy:
Potężny Gurkha wypuścił z pokładu swej
vimany jedną, jedyną strzałę przeciwko przelatującemu trójmiastu. I podźwignął
się w nieskończonym żarze jasny obłok, j a ś n i e j s z y o d t y s i ą c
a s ł o ń c i zamienił miasta w popiół. I kiedy Gurkha opuścił się swym
wozem ku ziemi, jego wóz stał się podobny do lśniącego kawałka antymonu...
Czytelnicy już z całą pewnością słyszeli
to porównanie: Jaśniej, niż tysiąc słońc, użyte w książce Roberta
Jungka - „Heller als der Tausend Sonnen”, opisującej powstanie i użycie
pierwszej bomby jądrowej - porównanie to wzięto z najstarszego utworu
literackiego Indii!
Inny tekst mówi o apokaliptycznym
wybuchu jeszcze sugestywniej:
Była to błyszcząca strzała, płonąca, ale
nie wydająca dymu. Wystrzelono ją na nieprzyjaciela i wszystko spowiła gęsta
mgła. Zakręciły się, zawirowały jadowite wiry. Z potwornym hukiem podniosły się
obłoki i wzbiły pod niebiosa. Wydawało się, że Słońce się zakołysało. Cały świat
spalił żar wybuchu, jakby od wielkiego upału. Tysiące wozów, dziesięć tysięcy
mężczyzn i słoni obróciło się w proch i popiół...
Po zakończeniu zażartych walk zniszczono
ostatnią nieużywaną broń, która wyglądem przypominała: Metalową strzałę, o
wyglądzie ogromnego posła śmierci. Bohater nakazał swym ludziom, aby starli ją
na drobny proch.
W innym miejscu Mahabharaty mówi się o
tym, że owa broń jest w stanie - uwaga! - Ukarać ziemię dwunastoma laty
niepłodności i zabijać płody w ciele matki (!!!) - co dość dokładnie
odpowiada naszej wiedzy na temat napromieniowania i jego skutków letalnych w
postaci choroby popromiennej u ludzi i zwierząt, które to promieniowanie
powoduje m.in. uszkodzenia płodów czy radiogenne mutacje letalne.
A oto ciąg dalszy dance macabre:
Wyleciała jedyna strzała. Do białości
rozżarzony słup dymu, jasny jak dziesięć tysięcy słońc podniósł się w
straszliwym ryku... Była to nieznana broń, żelazna strzała, gigantyczny
posłaniec śmierci, który zmienił w popiół cały naród Viśniów i Andhaków... Ciała
ich były spalone nie do poznania. Ich włosy i paznokcie poodpadały, gliniane
garnki popękały z nieznanej przyczyny, a ptaki zbielały. Po kilku godzinach cała
żywność została skażona... (!!!) Ta silna broń odrzuciła wielką ilość wojowników
wraz z ich końmi i słoniami oraz z bronią, jakby to były nędzne liście z
drzew...
Zbieżność opisów atomowych wybuchów i
ich skutków biologicznych z sanskryckich tekstów jest więcej, niż oczywista!
- Epos podaje też pewne informacje o
sposobach ochrony przed tymi broniami - mówi na marginesie „Mahabharaty” dr
Ludvik Souček - Ta broń jest w stanie zabić tych wojowników, którzy mają na swym
ciele metal. Kiedy wojownicy dowiedzieli się, że ta broń ma zostać użyta, to
zdejmuja z siebie wszystko, co metalowe, po wybuchu wskakują do rzeki, by obmyć
siebie i wszystko, czego się dotknęli. Nie jest to nadmiar dbałości o higienę,
bo w przypadku zaniechania tych czynności, ludzie porażeni działaniem tej broni
tracą włosy i paznokcie, a wszystko co żyje blaknie i słabnie...[21]
wskazówki, co do strategii przeżycia po
uderzeniu bronią jądrową są mniej ozdobne, ale mówią dokładnie, co zrobić, by
przeżyć.
Wzmianki o podobnych BMR znajdujemy
także gdzie indziej. Apolloniusz z Rodos w dziele „Argonautyka” pisze o
metalowych ptakach bombardujących okręt Argonautów metalowymi strzałami. Do dziś
dnia nie jest znana przyczyna strategicznego fiaska genialnego wodza
Aleksandra Wielkiego Macedońskiego (356-323 p.n.e.) , które polegało na
ściągnięciu armii z Indii, w odwrocie - który bardziej przypominał paniczną
ucieczkę. Flavius Filostratos tą porażką armii Aleksandra tłumaczy złymi
doświadczeniami żołnierzy Macedończyka z hinduskimi broniami: „Ogniem Bharavy” -
„z gromami i błyskawicami mogącymi zniszczyć przeciwnika nawet poza murami
obronnymi miast” czy „metalowymi strzałami napędzanymi płomieniami” - antenatami
dzisiejszych wieloprowadnicowych czy wielolufowych miotaczy rakietowych pocisków
à la rosyjska Katiusza... Aleksander przy odwrocie od Indusu ku
Bander-e-Shapur w południowo-wschodnim Iranie stracił ¾ żołnierzy ze swej
ogromnej, jak na owe czasy, 200.000-armii, której większość maszerowała starą
trasą karawanową na Persepolis. Był to smutny koniec jego, z początku
tryumfalnego, marszu długiego na 40.000 km, a którego długość odmierzali
bemanistae - krokoodmierzacze, jak nazywano geografów Aleksandra Wielkiego.
Po porażce z hinduskimi broniami, dni
Aleksandra były już policzone i przez ostatnie dwa lata swego życia trawił
gorzko swą przegraną na Wschodzie...
Tybetańska kronika „Dzyan” zaś mówi o
tym, jak to przed tysiącami lat przybyły na Ziemię jakieś istoty w metalowym
statku. Osiedliły się one na niej, ale dzięki wzajemnej niezgodzie doszło do
krwawych konfliktów.[22]
Władca podwodnego miasta wraz ze swymi wojownikami wzleciał w powietrze w
ogromnej kuli. Kiedy podlecieli na odległość dobrej widzialności nieprzyjaciela
i jego miasta, wystrzelili weń wielką świetlistą kopię, która niosła się na
słonecznym promieniu. Miasto eksplodowało w ognistej kuli, która wyleciała
pod niebo. Wszyscy byli straszliwie poparzeni. Ci, którzy patrzyli na kopię i
ognistą kulę, w którą się zmieniła - oślepli, a ci, którzy weszli do
zniszczonego miasta - wkrótce zmarli. Kiedy władca ujrzał, co zrobił i do jakiej
katastrofy doszło, zebrał swych poddanych do statku latającego, czy nawet kilku,
te wzniosły się w niebo i już nigdy nie powróciły. Tyle starotybetańska kronika.
Systematyczną analizą starohinduskich
systemów BMR od dłuższego czasu zajmuje się znany czeski autor inż. Ivo
Wiesner takich książek, jak m.in.: „Predpeklie ráje I-III”, „Svetlo dávnych
vekov” i „Narod v léne bohov”. Na podstawie danych zawartych w książce prof.
V. R. Diksitara podzielił on hinduskie systemy BMR następująco[23]:
SYSTEMY BRONI WYKORZYSTUJĄCYCH SIŁY NATURY
Válavja- broń emitująca silne
uderzenia wiatru - tornada - niszczące spore powierzchnie ziemi.
Váruna
- BMR wywołująca burze i powodzie.
Vadjra- generator piorunów
kulistych, nie mający odpowiednika we współczesnych arsenałach.[24]
SYSTEMY BRONI TECHNOGENNYCH
Brahmashiras
- anihilacyjna BMR, termojądrowy ładunek uwalniający ogromną ilość energii
dzięki fuzji ciężkich jąder atomowych.[25]
Brahmadanda
- rakieta z głowicą neutronową.
Pashupata
- wielolufowy miotacz rakietowy strzelający rakietami z konwencjonalnymi
głowicami.
Chákra
- latający d y s k z siedmioma ostrymi grotami, napędzany silnikami
rakietowymi na obwodzie.
Narajana
- ówczesny odpowiednik dzisiejszej bomby kasetowej.
Anthardhana
- broń dezorientująca wroga, łamiąca jego morale i powodująca utratę
świadomości.[26]
W tej wyliczance moglibyśmy dojść bardzo
daleko - ich lista sięga kilku stron w książkach Diksitara i Wiesnera - a nie
mówiliśmy jeszcze o zasadach użycia tych broni, co jest dziedzina wiedzy zwana
Astravidia, a której opanowanie pochłaniało aż pięć lat
intensywnego szkolenia!
Stając twarzą w twarz z sanskryckimi
tekstami możemy - według dr Władimira Rubcowa przyjąć cztery podstawowe
hipotezy:
1. Legendy o broni, której nic się nie
oprze, możemy uważać za zwyczajny mit-horror, bez żadnej realnej podstawy.
2. Realną podstawą tych legend jest
istnienie nie standartowych broni, których technologia była ściśle tajna i
utrzymywana w najwyższym sekrecie, a ich działanie dla naszych przodków było ty,
czym dla nas zniszczenie Hiroszimy. Chodzi tutaj np. o bojowe środki zapalające,
czyli tzw. „grecki ogień” oraz rakiety na czarny proch, oddziaływanie tych
ostatnich było czysto psychologiczne i jako takie zaliczały się bardziej do NLW
a nie BŚZ.
3. Istnieje prawdopodobieństwo, że w
Starożytności na półwyspie Dekan istniała wysoko rozwinięta cywilizacja, która
znikła z powierzchni Ziemi wskutek nienaturalnej katastrofy. Owa cywilizacja
mogła pozostawić po sobie ślady w legendach o BMR, z którymi zapoznali się
twórcy „Mahabharaty”.
4. Możliwym jest, że w odległej
przeszłości, pomiędzy Ziemią a odległymi cywilizacjami kosmicznymi istniała
bilateralna czy nawet multilateralna więź, dzięki czemu na naszą planetę dostały
się próbki wytworów Obcych Cywilizacji.[27]
Co do prawdziwości hipotez 3 i 4, to
świadczą one za nimi nie tylko antyczne teksty, ale także poszlaki i dowody
wprost o użyciu BMR w zamierzchłych czasach Ludzkości.[28]
Inż. Wiesner i prof. S. K. Trikha z Uniwersytetu w Dehli w czasie prac
wykopaliskowych na równinie Kurukshera - jednym z pól bitewnych w bratobójczej
wojnie Bharatów opisanym w „Mahabharacie” - stwierdzili podwyższone tło
promieniowania radioaktywnego Ziemi, podobnie jak w podziemnych sztolniach
służących za schrony.[29]
Dr Ludvik Souček sformułował na początku
lat 70. XX wieku teorię, wedle której dwa kwitnące miasta starożytnych Indii:
40-tysięczna Harappa i Mohendjo-Daro nie były zniszczone przez atak plemion
Ariów, jak to się dziś przypuszcza, ale początkiem ich zaniku była jakaś silna
eksplozja - a raczej katastrofa mająca związek z eksplozją - której epicentrum
znajdowało się około 140 km od Mohendjo-Daro. Kataklizm ten o d w r ó c i ł
bieg rzeki Indus, tak że pod wodą i bagnem znalazły się obie metropolie i
sąsiednie osady, zaś ich mieszkańcy wyemigrowali do Gudjataru, zaś aryjscy
koczownicy przybyli z północnego-wschodu i dokończyli dzieła zniszczenia.[30]
Dzisiaj ta souczkowa hipoteza się
potwierdziła - badania archeologiczne przyniosły informację wielce frapującą -
otóż okazało się, że katastrofa stała się w mgnieniu oka, a glina w ruinach
miast była wypalona temperaturami o wysokości 1.400-1.600oC! Badacz
S.de Camp stwierdził, że domy były wyeksponowane na niesłychanie
wysoką temperaturę, gdy odnalazł takie miejsca, gdzie kamienie były nadtopione,
a co większe z nich z l e w a ł y się ze sobą! W okolicy tych
zwitryfikowanych kamieni de Camp odkopał ludzki szkielet, który był 50 razy
bardziej radioaktywny, niż gleba w jego okolicy. (!!!)
Jak pisze Walter Jörg Langbein,
włoski badacz hinduskiego pochodzenia David W. Davenport znalazł na
obszarze występowania protoindyjskiej, harappskiej kultury w prowincji Sindh
(Pakistan) bezsporne dowody na atomowe wybuchy sprzed tysiącleci:
Mohendjo-Daro, jedno z najstarszych
miast świata, było zniszczone bombami atomowymi.[31]Na obszarze miasta o powierzchni około 1 km2, we
wschodniej i wyższej części zamieszkałej dzielnicy znaleziono około 30.000
znacznie zniekształconych ludzkich kościotrupów, które były poddane działaniu
wysokich temperatur. Zgodnie z poglądami D. W. Davenporta, kiedyś nad centrum
Mohendjo-Daro eksplodowała co najmniej jedna bomba jądrowa:
>>Kiedy w 1927 roku nasze wykopaliska
sięgnęły poziomu ulic Mohendjo-Daro, wraz z archeologami natknęliśmy się na
straszliwe znalezisko - 44 szkielety ludzkie, które leżały twarzami do dołu na
głównej ulicy, jakby powalone straszliwie silnym uderzeniem w plecy przy
rozpaczliwej, panicznej ucieczce. Jest czymś oczywistym, że ta kwitnąca
metropolia nad Indusem musiała zginąć w jakiejś okropnej katastrofie<<.[32]
W przypuszczalnym epicentrum wybuchu
znaleziono zeszklone kamienie i szczątki r o z t o p i o n e j ceramiki - w
kierunku od epicentrum skutki działania wysokiej temperatury malały i znajdowano
także szkielety ludzkie. Mówi Davenport:
W okręgu jakichś 50 m od epicentrum
przypuszczalnego wybuchu kamienie i cegły przeszły proces topienia. W okręgu 60
m cegły były stopione tylko z jednej strony, a materiał ten później się
skrystalizował.
Głównym, rzekłbym, koronnym argumentem
na poparcie teorii Davenporta jest odkrycie, o którym musiałem przeczytać kilka
razy pod rząd, bowiem byłem przekonany, że mnie wzrok myli - po przeprowadzeniu
pomiarów naturalnego tła radioaktywnego Ziemi w tym rejonie zabrano się za
badanie kości ludzkich i liczniki Geigera-Müllera po prostu oszalały. Dlaczego?
Ano dlatego, że kości te były silnie radioaktywne - tak radioaktywne, jak
kości ofiar atomowego ataku na Hiroszimę i Nagasaki!!![33]
Fakt stwierdzenia wysokiej
radioaktywności tych szczątków ludzkich potwierdza także członek AN ZSRR dr
M. Dimitriew:
Nawet po okresie 4.000 lat są to
najbardziej radioaktywne szkielety - i prawdą jest, że tak bardzo, jak kości
ofiar Hiroszimy i Nagasaki.[34]
Niemniej ciekawymi są okoliczności,
które towarzyszyły zanikowi najstarszej cywilizacji Mezopotamii. W literaturze
specjalistycznej możemy sobie poczytać, jak to państwo Sumeru padło, kiedy
zostało zaatakowane około roku 1950 p. n. Chr. z północy przez Amorytów a od
wschodu przez Elamitów. Ale to nie wszystko. Około roku 1700 p. n. Chr. znikła
ostatnia wzmianka o Sumerze i Sumerach, i dziwnym jest to, że stało się to
akurat w tym samym czasie, kiedy o kilka tysięcy kilometrów na wschód znikły
miejskie aglomeracje Mohendżo-Daro i Harappy...
Znany asyrolog Zacharia Sitchin,
znany ze swych kontrowersyjnych teorii o dziejach Bliskiego Wschodu, analizuje w
swej pracy „Wojny bogów i ludzi” tabliczki klinowego pisma, które opisują
katastrofy poprzedzające zniknięcie ostatnich miast Sumeru. Wspomina się tedy w
nich o „przyjściu niewidzialnej śmierci” w kształcie obłoku gnanego „złym
wiatrem”, który to obłok przykrył całą krainę „jak płaszcz, a raczej śmiertelny
całun pokrył całe miasta”. Jego kolor był „czerwony jak słońce na zachodzie, ale
przesłonił prawdziwe słońce, a gorący dech bogów przychodzący z zachodu przenosi
ciemność z miasta do miasta.” Obłok ten powstał, jak to czytamy, z „oślepiającej
błyskawicy znad Zachodnich Gór (tj. półwyspu Synaj), na równinie, bez
miłosierdzia, w bliskości morza” - tj. w pobliżu zatoki Ejlat (Izrael):
Gigantyczny żar wystrzelił ku niebu,
ziemia się zachwiała, a wielcy bogowie pobledli...[35]
Mało który naród miał poetów, którzy
wyśpiewywali swój żal nad jego zgubą. Nie mieli ich starożytni Egipcjanie,
dlatego że zmarli powoli, nie gwałtowną śmiercią, nie mieli ich Hetyci, bo
zginęli jakby rażeni piorunem, nie maja ich Kartagińczycy, bo Rzymianie nie dali
im na to czasu, nie mieli ich Asyryjczycy ani Babilończycy
- pisze w swym nekrologu na nagrobek kultury Sumeru dr Vojtech Zamarovský
w swej znakomitej pracy.[36]
Dr Zamarovský chciał tymi słowami
wyrazić to, że Sumerowie wynaleźli oryginalny gatunek literacki, którym
dramatycznie wpisali się do złotej księgi światowej literatury - były to
„lamentacje” nad zagładą swych ostatnich miast, które porównywali do ostatnich
kwiatów umierającej kultury...
A te „gorzkie żale” czy „narzekania” są
z pewnego względu dla nas niezmiernie ważne. W „Lamencie nad Eridu” opisuje się
miasto, które było „zaduszone w milczeniu”. Trupy mieszkańców leżały grupami na
ulicach, prawie identycznie, jak w Mohenjo-Daro. W „Lamentacjach nad Nippur”
znajdujemy coś podobnego:
Martwi zapełniali ulice miasta, trupy
leżały na jego kiedyś tak pięknych ulicach, na których za życia tak chętnie się
przechadzali - teraz wszyscy tu leżeli nieżywi...
Największym z tych elegijnych poematów,
o objętości około 450 wersów, pod nazwą „Lamentacja nad Ur” jest wedle naszego
punktu widzenia nie tylko płaczem poszkodowanej ludności nad ludźmi, przeciwko
którym obrócili się ich właśni bogowie, ale także krzykiem przerażenia, rozpaczy
i bezsilności przeciwko eksplozji bomby jądrowej. Czytamy zatem:
Wtedy dobry wiatr odszedł, a na miasto
spadły troski i bieda - ojciec Nannar, miasto biednym było: lud płacze. Jego
mury popękały: lud narzeka!
I dalej:
W głównej bramie miasta, która ludzie
doń wchodzili, leżą trupy. Na przestronnych placach, gdzie działy się wielkie
wydarzenia - leżą zabici. Przed świątyniami, gdzie odbywały się wielkie
uroczystości - leżą stosy trupów. Krew leje się na ziemię, jak brąz i ołów do
pieca. Trupy, jak owcze sadło, rozkładają się na słońcu...
Kto się ośmielił stawić opór, ten został
porażony bronią. Kto ratował się ucieczką, tego zmiotła burza. Silny i słaby
zginął w Ur. starcy, którzy zostali w mieście, ginęli w ogniu. Nawet niemowlęta
w łonie swych matek - zabrała woda, jak ryby...[37]
Krótko potem sumeryjska cywilizacja
uległa naporowi Elamitów, którzy złamali jej kark. To był raczej coup de
grace - cios litości zadany umierającej krainie, przez którą przeleciał
„wiatr śmierci”, o którym piszą lamentacje.
Także w hetyckim mieście Hattushas
(Hattuszas) - centrum i stolicy cywilizacji Hetytów, którego ruiny odnaleziono w
Boghazköy, leżącego w odległości około 150 km na wschód od Ankary (Turcja),
znajdujemy także ceglane ściany domów, stopione do czerwonawej masy... W tym
mieście a n i j e d n a budowla nie ostała się straszliwemu żarowi.
Zapytajmy się, co takiego stało się około roku 1200 p. n. Chr., kiedy życie tej
ludnej metropolii zostało nagle przerwane wskutek jakiegoś ataku, przed którego
siłą i brutalnoscia nie uchroniły go ani grube ceglane mury, których grubość
przy fundamencie wynosiła 7 m! Hattushas nagle, z dnia na dzień, zmienił się w
kupę gruzów, i dopiero po upływie kilku stuleci ponownie zamieszkali tu ludzie,
których starofrygijskie miasteczko utrzymało się aż do czasów hellenistycznych.
A co się stało kiedyś, w starożytnej
Irlandii, gdzie do dziś dnia możemy na kamiennych murach twierdz Dundalik i Ecos
zobaczyć witryfikację spowodowaną gwałtownym skokiem temperatury? A to jeszcze
nie wszystko, bo coś podobnego można znaleźć na szczycie wysokiej na 616 m
n.p.m. góry Tap O’Noth w Aberdeenshire (Szkocja), gdzie wspaniała górska
twierdza zbudowana z ogromnych głazów zamieniła się w czarna masę, spieczoną
ekstremalnie wysoką temperaturą, która była tak wysoka, że stopiona szlaka
skalna spływała promieniście ze szczytu i tężejąc tworzyła sople na kształt
stalaktytów. (!!!)
Agnosco veteris vestigia flammae
- poznaję ślady wielkiego ognia - mówi kartagińska królowa Dydona w
wergiliuszowskiej „Eneidzie”, a te słowa powiedziane w innym czasie i innym
miejscu, doskonale pasuja do naszej zagadki. Pradawne fortyfikacje (przez kogo i
przeciwko komu zbudowane?) były zniszczone nagłym i silnym pulsem udaru
termicznego - przy czym witryfikacja, czyli zeszklenie kamienia, przebiegała o
d g ó r y - są rozsiane na całym terytorium Wysp Brytyjskich, a także we
Francji i Niemczech.
Zwitryfikowane powierzchnie kamienne
możemy zobaczyć także w inkaskiej twierdzy Sacsayhuaman nad dzisiejszym Cusco,
około 4.000 m n.p.m. w południowych Andach Peruwiańskich. Tutaj poza udarem
termicznym działała jeszcze jakaś nieznana siła, która wyrwała ze ścian bloki
kamienne, i ułożyła na stosy, jak pudełka zapałek.
W 1898 roku, opublikowałem apologię
katastroficznej teorii przeciwko krytyce niektórych autorów, którzy czerpali
korzyści z hołdowania marksistowsko-leninowskiemu światopoglądowi. Polemika
ukazała się w grudniu 1989 roku, co przysporzyło mi kupę problemów, a które nic
nie straciły ze swej aktualności aż do listopada 1997 roku. Przez te osiem lat
moje argumenty nic nie straciły ze swojej wagi, pozwolę sobie tedy zacytować
cały mój artykuł en block:
Atomowy atak na
Sacsayhuaman?
Dr Ludvik Souček w swej
książce „Tušeni stinu” pokazuje artefakty po straszliwych katastrofach -
jądrowych wybuchach w dawnej historii. Wskazuje on na m.in. nadtopione mury
obronne stolicy Hetytów - Hattushas, mury prawiecznych twierdz w Irlandii,
zeszklone powierzchnie ogromnych głazów w górskiej twierdzy Sacsayhuaman...
Zdeněk Kukal
i Jaroslav Malina w książce „Zmierzch magów”[38]
maja wszak inny pogląd na tą sprawę:
Takie znaleziska
archeolodzy znajdują bardzo często. Idzie tu o resztki spalonych obiektów, co
wykazano doświadczalnie. Jak się obłoży kamienne mury szczapami drewnianymi i
zapali, to może się roztopić nawet kamień. I tak np. mur obłożony kłodami
drewnianymi zostanie po ich spaleniu dosłownie zeszklony. To są znane rzeczy -
archeolodzy angielscy przeprowadzili podobne eksperymenty 50 lat temu, a
radzieccy - 15 lat później...[39]
W innej pracy Maliny
znajdujemy podobną informację:
Od czasu do czasu są
znajdowane mury obronne, fortyfikacje, bastiony, itp., które zbudowano z
kamienia gładzonego, a które tak wyglądają, jakby były zeszklone. I tak wynika
pytanie, czy kamień może być stopiony przez zwyczajny płomień. Odpowiedź na to
pytanie uzyskali przed pół wiekiem brytyjscy archeolodzy. Zrobili oni model muru
obronnego, jakie były stawiane w epoce żelaza w Irlandii i Szkocji. Ściany muru
zbudowali z kamienia ciosanego poprzekładanego drewnianymi legarami oraz
spojonych gliną z szutrem bazaltowym. Potem model ten obłożono z e w s z y s
t k i c h s t r o n drewnem i podpalono. Po trzech godzinach mury popękały,
a wnętrze rozżarzyło się do czerwoności, zaś spodnie warstwy bazaltu i gliny
spiekły się i zeszkliły, że przypominały dość dokładnie masę kamienną znajdowaną
w okolicach twierdz.[40]
Wyżej wymienieni krytycy:
Kukal, Malina i Malinová na bazie wyników tego eksperymentu próbują obalić
hipotezę dr Součka twierdzącą, że to właśnie wybuchy jądrowe lub termojądrowe
doprowadziły do witryfikacji skał i murów dawnych celtyckich twierdz.[41]
Z ich poglądami możemy
polemizować. W 1888 roku, archeologiczny triumwirat: Human - Winter - Luschan
odkrył w okolicach dzisiejszej wsi Boghazköy mury warowne stolicy Hetytów.
Grubość murów hetyckiego miasta Zindżirli wynosiła aż 4 m. Trudno sobie
wyobrazić, by 4-metrowej grubości mur został stopiony dzięki podpaleniu kawałków
drewna czy wiązek chrustu!!!
Podobna sytuacja czeka nas,
kiedy będziemy analizowali stopienie murów inkaskiego Sacsayhuaman, leżącego na
wysokości 4.000 m n.p.m. ... Budowa twierdzy zaczęła się za panowania Inki
Yupanque’ego, a ukończona została za panowania Inki Huayana Capaca.
Kamienne bloki trzech wałów są do siebie idealnie dopasowane, a największy z
nich ma więcej, niż 60 m3 i waży 150 ton!
I jak się wam t e r a z
przedstawia hipoteza o wiązkach chrustu?
No, ale żeby powierzchnia
takich głazów mogła się zeszklić, to potrzeba było kilkaset ton drewna
naniesionego i położonego na murach. Gdzie go zbierzemy?...
Rzecz bowiem w tym, że
roślinność na płaskowyżu Altiplano jest bardzo uboga - wysokogórska - i n i g
d y nie była ona bogata! To naukowy pewnik! Vaclav Šolc tak o tym
pisze:
Tutaj prawie nic nie
rośnie. Zielone są jedynie poletka Indian w dwa miesiące po zakończeniu się pory
deszczowej - potem już niczego nie ma, jeżeli nie liczyć długiej i szorstkiej
trawy, i od czasu do czasu kępek ostów.[42]
I co? - na El Dorado to-to
nie wygląda?
I jeszcze jedna obiekcja
natury - rzekłbym - militarno-organizacyjnej - otóż jej zdobywcy musieliby
wnosić paliwo po stromych stokach 4.000-metrowej wysokości płaskowyżu, w
rozrzedzonym powietrzu, pod nieustanną ulewą strzał kamieni i innych pocisków
obrońców. Jak oni to zrobili? Nie byliby w stanie nawet dojść do podnóży murów
obronnych twierdzy. Nie mówiąc już o takim drobiazgu, ze w twierdzy wody było
pod dostatkiem, a jedna z wież - zwana >>Okrągłą<< miała własne, autonomiczne od
sieci wodnej Sacsayhuaman, źródło!
Jak widać „wyjaśnienia”
podane przez „krytyków” souczkowskiej teorii są zupełnie nieprzekonywujące i
naiwniejsze od nienaukowych teorii. Mam wrażenie, że podobne argumenty pióra
różnych poważnych badaczy wydają się być jedynie parodią naukowych hipotez,
usiłujących wyjaśnić to, co niewyjaśnione. Złożoność tej problematyki w całej
jej rozciągłości najlepiej wyraził rosyjski badacz Władimir Kuzmiszczew w
swej książce „Złote państwo Inków”[43], w której pisze on tak:
Jakiż był zamiar architekta
budującego tą twierdzę, jeżeli nie ukazanie wielkości Inków? Jak to możliwe, że
Inkowie, którzy dziś nas zadziwiają swym praktycyzmem, doprowadzonym do
perfekcji, iż stał się on prawem życia codziennego, zgodzili się na jego
realizację? Synowie Słońca z Tawantinsuyu mieli dość wrogów za granicą Imperium
Inków, przede wszystkim w czasach Pahakutiego i Tupaca Inki Yupanki.
Było dosyć także i tych, którzy uprzejmie wątpili w historię Synów Słońca, którą
Inkowie tak usilnie propagowali. I nie od rzeczy byłoby zadać pytanie przeciwko
jakim broniom, przeciwko jakim wojskom postawiono gigantyczne mury Sacsayhuaman?...[44]
W roku 1867, amerykański
pisarz Mark Twain (1835-1910) opisał resztki świątynnej wieży w Borsippa:
... osiem okrągłych
stopni-tarasów, z których dwa stoją do dziś dnia - gigantyczna budowla z cegieł,
która zapadła się po trzęsieniu ziemi, spalona i na pół stopiona piorunami
rozgniewanego boga.
Ruiny tej budowli, jak
możemy przypuszczać, są stopione nie tylko od zewnątrz, ale także w środku.
Badacz E. Zehren do tego dodaje:
Nie można wyjaśnić tego,
skąd się wziął taki silny żar, który nie tylko wyżarzył,
ale i r o z t o p i ł setki palonych cegieł i wyżarzył całe wnętrze wieży,
które jest teraz jedną masą przypominającą stopione szkło.
À propos szkła - jak już jesteśmy przy
szkle - w kairskim muzeum znajduje się fragment tzw. „libijskiego szkła”, które
powstało wskutek stopienia piasku kwarcowego. Znaleziono je w odległości 800 km
na pd-zach. od Kairu, na powierzchni 136 x 56 km i podejrzanie podobne jest do
zielonkawego szkliwa, które powstało w wyniku wybuchów jądrowych na amerykańskim
poligonie atomowym w Nowym Meksyku!
Wspomniany już tutaj inż. Ivo Wiesner
twierdzi, ze wytworzenie takiej szklanej płyty o powierzchni 7.500 km2,
którą znaleziono na Pustyni Libijskiej, pochłonęłoby aż 2,6 mln ton ropy
naftowej, co odpowiada energetycznemu ekwiwalentowi eksplozji bomby
termojądrowej o wielkiej mocy:
Bilans energii wskazuje jednoznacznie,
że zeszklenie takiej ilości piasku kwarcowego na tak wielkiej przestrzeni nie da
się wyjaśnić inaczej, jak użyciem broni jądrowej[45].[46]
Fragmenty niezwykłych informacji, z
którymi się zetknęliśmy się i jeszcze się zetkniemy na stronicach tej książki,
tworzą wielce zajmującą mozaikę, wedle której granica czasowa używania czy też
nie używania - jak kto woli - broni jądrowej, cofa się do dalekiej przeszłości.
Do tego puzzla możemy dołączyć jeszcze informację podaną przez egipski dziennik
„Al-Ahram” z dnia 18 maja 1992 roku. Pisze się w niej, że zaproszono do Egiptu
specjalistów, którzy mieli prześwietlić niektóre staroegipskie mumie przed
renowacją, która jej miała uchronić przed skutkami zmian temperatury w
magazynach Muzeum Egipskiego w Kairze. Radiolodzy przy tym stwierdzili szokującą
rzecz, a mianowicie niektóre z najstarszych mumii były... radioaktywne! Kiedy
przeniesiono je do sali z aparaturą rentgenowską, umieszczone w niej liczniki
G-M zaczęły trzeszczeć, co oznaczało, że mumie promieniowały![47]
Od tego był już tylko jeden krótki krok
do hipotezy prof. Saida Sabita z Fakultetu Medycyny w Kasr al-Ejni
głoszącej, że starożytni Egipcjanie używali przy mumifikacji zwłok źródeł
promieniowania jonizującego, co zapobiegało zniszczeniu mumii wysokich
dostojników egipskich...[48]
I tutaj zbliżamy się do końca naszych
rozważań na temat BMR, które w starożytnych Indiach nazywano Brahmashiras
czy Brahmadanda, w Ameryce Południowej - Mashnak, w
sumeryjskich mitach - miecz bogów, zaś w celtyckich legendach - Oko Balora. Pisałem o straszliwych broniach, które dawały ogień
mogący spalić trzy światy i porównywano je do płomieni, które
pożerają Wszechświat w mgnieniu oka j e g o k o ń c a ![49]
Jak nazwalibyśmy ją dzisiaj?
Atom owa? Termojądrowa? Neutronowa?
---oooOooo---
Rozdział II - BLENDA URANOWA W CELTYCKIM
GROBIE?
Materiał rozszczepialny w starej mogile?
- Wykopaliska pod nadzorem armii? - Na tropie zagadkowych mundurów - Tajemniczy
przedmiot z podziemi - Wizyta w mieście - Nic, tylko fatamorgana...
Poul Anderson
w jednej ze swych książek pt. „Guardians of Time” (Nowy Jork 1991), opisuje
wydarzenia, które miały swe miejsce ponad sto lat temu.Londyński
„Times” poczynając od 15 czerwca 1894 roku przez kilka dni donosił o tym, co
wydarzyło się w Addleton, w którym rozkopano tajemniczy grób.
Addleton, to miasto w hrabstwie Kent,
które powstało z jakobińskiego osiedla, na którego terenie znajdowała się
porośnięta trawą mogiła z nieokreślonej epoki. Miejscowy właściciel zamku
Lord of Wyndham należał do tych archeologów-amatorów, w których bogate było
całe XIX stulecie. Wraz ze swym kolegą, ekspertem z British Museum - Jamesem
Rotheritem postanowili rozkopać ten grób i zobaczyć, co w nim było. Wiadomo
tylko, że nie znaleźli wiele. Skromny osteologiczny materiał w postaci kilku
ludzkich i końskich kości, zardzewiałe przedmioty ozdobne i broń, a wszystko z
to V wieku n.e. W więcej niż tysiącletnim pyle i prochu czekał o wiele bardziej
interesujący artefakt - była to mała, niebieskawo lśniąca metalowa skrzynka, po
otworzeniu której znaleziono w jej środku ciężkie, połyskujące, metalowe gruzły,
które wyglądały, jak aliaż złota ze srebrem. Znalezisko było wybornie zachowane.
Lord z Addleton wkrótce poważnie
zachorował, zaś Rotherhit - który mniej miał do czynienia z tym artefaktem -
też, z tym że lżej. Kiedy Wyndham po krótkiej i ciężkiej chorobie zmarł 25 lipca
z objawami zatrucia, podejrzenie padło na Rotherhita, jednakże jego rodzina
wynajęła detektywa, który udowodnił to, że ta właśnie kupka dziwnego metalu
wydawała z siebie śmiercionośne promieniowanie. Nikt tego nie rozumiał, ale na
wszelki wypadek tajemnicza skrzynkę wrzucono do głębokiego kanału.
Wyjaśnienie tego przypadku przyniosło w
roku 1894 Scotland Yardowi znaczne trudności. Antoine Henry Becquerell
odkrył zjawisko radioaktywności dopiero w dwa lata po opisanych wydarzeniach,
zatem nie dziwota, że promieniowanie mogło zabić nieprzygotowanego nań
człowieka...
I chociaż wydarzenia te wydają się być
tylko fikcją literacką, to historia odnotowała kilka wydarzeń niepokojących i
niepokojąco podobnych do tego znaleziska rudy uranu w celtyckim grobie.
Wspomnijmy tylko zagadkowe zgony uczonych biorących udział w badaniu grobu
faraona Tutenchamona w 1923 roku[50],
czy informacje o „uranowym szlaku” wiodącym przez Europę w ciemnych czasach
Średniowiecza, po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego na równi ze szlakami
żelaznymi, miedzianymi, jantarowymi i innymi.[51]
W czasach wędrówek ludów i ekspansji
barbarzyńców ze wschodu Europy, zapotrzebowanie na metal pokrywano ich
wydobyciem w kopalniach odkrywkowych. O kopalniach rud żelaza już wspomina
Gajusz Juliusz Cezar w „Belli Gallico”, gdzie pisze on w związku z
wydarzeniami przed Awarykiem - gdzie Gallowie używali sztuki górniczej do
wspierania rzymskiej sztuki oblegania miast:
... et aggere cuniculis
subtrahebant, eo scientius, quod aput eos magnae sunt ferrariae atque omne genus
cunicolorum notum atque usitatum est…[52]
Inne źródła wspominają o znalezieniu
śladów prac górniczych we Francji, co dowodzi m.in. faktu, że w niektórych
miejscach Celtowie wydobywali rudy współczesnymi nam sposobami, i tak np. o
sztolniach Camp d’Affrique k./Nancy pisał J. Moreau w „Die Welt der
Kelten” (Stuttgart 1958). Innym ośrodkiem wydobywczym był Hèrauklt w Masywie
Centralnym, gdzie tradycje wydobywcze zaczęły się przed połową pierwszego
tysiąclecia przed Chrystusem, zaś w czasie pomiędzy 3 a 1 tysiącleciem p.n.e.
wydobywano rudę w sztolniach Roc de la Balme, Aigues-Vives, Vélieux, Mailhac.[53]
W innych miejscach rudy żelaza
wydobywano odkrywkowo w różnych miejscach Europy - m.in. w okolicach Michelberg
k./Kelheim, gdzie wydobywano limonit jeszcze w Średniowieczu[54].[55]
O tym, że Starożytność znała rudę
uranową świadczą także początki prac wydobywczych w czeskim Jáchymovie. Kopalnie
powstały w XVI wieku, jako trzecie po Jihlavie i Kutnej Horze. Do
zorganizowanego wydobycia doszło w roku 1516, kiedy to hr.von Schlick
w z n o w i ł prace wydobywcze w p r a s t a r e j już wtedy (!!!) sztolni
w osadzie Konradesgrün. To właśnie tutaj, w Górach Kruszcowych, górnicy
natrafili także na czarna warstwę mazi barwy smoły. Przez więcej, niż 200 lat
był to dla nich tylko „smolny kamień” - smoleniec, który zwiastował im obecność
rud srebra i był minerałem służącym do wypełniania wyrobisk, albo...
uszczelniania szpar w ich chatach!
W 1789 roku, minerał ten stał się
przedmiotem badań Martina Klaprotha, który przyporządkował go planecie
Uran, zgodnie z formułą Herschela.[56]
Z wykryciem promieni X i odkryciem naturalnej promieniotwórczości rud uranu[57]
przez Henry’ego Becquerella, pojawiła się konieczność wydobycia smółki uranowej.
W Jáchymovie zaczęto produkować rad (Ra), która to produkcja w roku 1939
stanowiła aż 1/3 światowej produkcji tego pierwiastka. W czasie hitlerowskiej
okupacji, w Jáchymovie Niemcy chcieli zbudować „stos atomowy”, w którym paliwem
miała być tamtejsza ruda uranowa, rafinowana i wzbogacana przez firmę „Degusa”.
I takjuz na początku lat 40. uran stał się surowcem strategicznym, jednym z
najważniejszych pierwiastków używanych przez naszą cywilizację.
Jak widać, już cywilizacja na
technicznym poziomie Celtów była w stanie wydobywać i przetwarzać rudę uranu... Oczywiście wcale nie musimy sobie tutaj wyobrażać jakiś prymitywny reaktor
jądrowy zbudowany w lesie za granicą Cesarstwa Rzymskiego, gdyż jego
eksploatacja mogła mieć elementarny charakter. Narody Starożytności miały wiedzę
na temat letalnego dla organizmów żywych działania promieniowania jonizującego i
nie musiały niczego wiedzieć na temat fizycznych podstaw tych procesów.
Wystarczyło, że obserwowano dokładnie zwierzęta i pracujących w kopalniach
niewolników, by stwierdzić śmiercionośne działanie promieniowań: α, β, γ czy
X... Rozdrobniona ruda uranu czy toru mogła stac się jednym ze środków mogących
utrzymać w stanie nienaruszonym ciało znamienitego zmarłego, zaś promieniowanie
mogłoby porazić także każdego, kto naruszyłby cielesną powłokę i materialne
wyposażenie nieboszczyka, co było o wiele bardziej skuteczne i zdradliwsze od
trucizn i innych zabezpieczeń...
W związku z tym, przeczytanie dalszego
tekstu w tym rozdziale może być inspirujące. Zestawiłem ten tekst z wycinków
lokalnej, koszyckiej prasy i własnych notatek z lata 1996 roku.[58]
A oto ten niezwykły materiał:
WYKOPALISKA POD
NADZOREM ARMII?
(Košice, piątek, 9
sierpnia 1996 roku, godzina 02:30)
- Przybądźcie
niezwłocznie na ulicę Hlavną, do wykopów, coś się tam dzieje - jest tam cała
kupa policji!!! - odezwał się z telefonu dyżurnego redaktora „Večernika”
nieznajomy głos. O drugiej godzinie, to wszystko przypomina kiepski humor, ale
lojalność wobec swej profesji nie pozwala się odwrócić rasowemu dziennikarzowi
plecami do sensacji i mała grupa reporterów dociera do budynku byłego TUZEX’u[59]
o godzinie 02:20.
-Co tutaj robicie?! - szczeknął do nich jeden z policjantów, którzy
otaczali wykop. Redaktorzy okazują mu legitymacje prasowe i chcą się widzieć z
kimś kompetentnym, kto objaśniłby im, o co właściwie tutaj chodzi. Jeden z dwóch
facetów stojących przy wykopie, ubrany po cywilnemu, po cichu rozmawia z drugim,
który jest ubrany w polowy mundur maskujący z dystynkcjami pułkownika.
-Spadajcie stąd, ale już - zwraca się do patrzących na nich dziennikarzy -
Bo jak się coś wam stanie, to już wasza rzecz, ale nam tu problemów nie
będziecie robili!...
Dziennikarze taktycznie
odchodzą poza kordon i obserwują policjantów odganiających od wykopu ludzi,
którzy właśnie wyszli z pobliskiego baru, a potem wpadli do wykopu.
O godzinie 02:38
przyjeżdżają dwie ciężarówki, które swym wyglądem przypominają ambulanse bankowe
do przewożenia pieniędzy. Wyskakują z nich ludzie w ochronnych ubiorach i
całkowicie blokują wykop. Kilku z nich pod przewodnictwem cywilów schodzi w dół
i znika w podziemiach.[60]
O godzinie 03:47 żołnierze
wynoszą z wykopu lśniący, metalowy przedmiot w kształcie walca, długi na 1,5 m,
ładują go do ambulansu i odjeżdżają w kierunku ulicy Pribilinova. Z wykopu
słychać jeszcze dobiegający szczęk narzędzi, a zaraz potem wychodzą z niego inni
żołnierze, którzy zabierają się drugim ambulansem. Po ich odjeździe w wykopie
nie widać niczego podejrzanego, wszystko wydaję się być w porządku. Po chwili
odjeżdżają radiowozy policyjne.
Skoro nie udało się
dowiedzieć niczego na miejscu, poszukiwania dziennikarzy trwają dalej. Między
innymi redakcja telefonuje do rzecznika prasowego Komendy Miejskiej policji w
Koszycach, który odsyła ich z kolei do Grupy Prewencji Kryminalnej w tym
mieście. Tam jednak też nie uzyskują żadnej informacji o tym wydarzeniu - ich
rzecznik prasowy wie jedynie to, że na Hlavnej działała jedynie policja
municypalna[61],
która zatrzymała jakiegoś bezdomnego.
- Rzecz jest w stadium
śledztwa i nie można niczego podać do wiadomości publicznej. Spróbujcie się
dowiedzieć czegoś w Policji Municypalnej - słyszą przyjacielską radę.
Zapytany o zajście na
Hlavnej oficer operacyjny Policji Municypalnej w Koszycach odpowiada, że nie ma
żadnej wzmianki w dokumentach o jakimkolwiek działaniu policji w rejonie
wykopów. Kolejną instytucją, którą „Košicki Večer” indaguje o incydent jest
oficer prasowy Ministerstwa Obrony. Ten zaś przekazuje pytania redakcji do
Wydziału ds. Kontaktów ze Społeczeństwem Sztabu Generalnego Słowackiej Armii,
którego przedstawiciele mieli się telefonicznie skontaktować z dziennikarzami.
Tak się jednak nie stało i Sztab Generalny nie zwołał konferencji prasowej.
Sprawa miała swój ciąg dalszy w poniedziałek.
NA TROPACH
ZAGADKOWYCH MUNDURÓW
(Košice, poniedziałek,
12 sierpnia 1996 roku)
A dalej było tak, jak w
serialu „Z Archiwum X”.[62]
Poniedziałkowy numer „KV” przyniósł wyjaśnienie Sztabu Generalnego Słowackiej
Armii, które dotyczyło piątkowych wydarzeń. Wedle wydanego komunikatu:
Żołnierze Słowackich Sił
Zbrojnych w tym, czasie nigdzie nie byli
(na miejscu opisywanych
zdarzeń) ani nikt nawet nie zwracał się do nich o pomoc w takim przypadku.
Zdaniem autorów tego
>>wyjaśnienia<<, mogło chodzić o żołnierzy jednostek wojskowych podległych MSW,
jednakże - jak oznajmił natychmiast rzecznik prasowy MSW - żadna jednostka
wojskowa podległa MSW w policyjnej akcji nie uczestniczyła.
Przez całe przedpołudnie
dyskutowałem na ten temat z kolegami ze Wschodniosłowackiego Muzeum. W przerwie
wyskoczyłem na filiżankę kawy i posłuchałem kilku ciekawych rozmów, jednakże
żaden z moich kolegów nie był mądrzejszy ode mnie.
- Cóż to takiego - myślałem
- wykopali nieopodal koszyckiej katedry i to tak tajnie, że nawet najbardziej
kompetentni i poinformowani archeolodzy i historycy sztuki nie mają pojęcia o
tym, co to właściwie było?
Informacyjnej blokady nie
przełamali nawet pracownicy Urzędu ds. Zabytków miasta Koszyce, którego dyrektor
kategorycznie oświadczył:
- Proszę mi wybaczyć,
ale nie mogę panu nic powiedzieć, ani pańskim kolegom. Niczego mi nie wiadomo na
ten temat!
Jego odmowa zaskoczyła
nieco tych, którzy śledzili rozwój wypadków. Również próby uzyskania w Muzeum
jakichś informacji spełzły na niczym, zaś już na ulicy jeden z kopiących na
Hlavnej powiedział mi:
- Są tam jakieś stare
groby: pełno kości i śmieci, a wszystko przegniłe. Ludzie gadali o jakimś drugim
wejściu i o tym, że byśmy się bardzo zdziwili. Ale dlaczego? - tego nie wiemy.
No, a potem, na drugi dzień, tamci pracownicy nie przyszli do pracy, bo byli
chorzy.
Te ostatnie informacje
pasowały - jak się zdaje - do krążących po mieście plotek, iż dwóch robotników,
którzy odkopali dziwną skrzynkę - nie przystąpiło następnego dnia do pracy ze
względu na zły stan zdrowia. Zresztą inni zagadnięci przeze mnie pracownicy nie
byli rozmowniejsi.
-Niech pan da mi spokój
i wynosi się stąd. Niczego nie wiem! - łopata w ręku jednego z nich wykonała
ruch mówiący więcej, niż tysiąc wypowiedzianych słów...
Dziennikarze postanowili
odszukać dwóch robotników, którzy nie zgłosili się do pracy z powodu choroby, a
którzy ponoć odnaleźli tajemniczą skrzynkę. Jednego nie było w domu - a
przynajmniej na pukanie i dzwonienie do drzwi nikt nie reagował, zaś u drugiego,
który mieszkał w pobliskiej miejscowości Furča, zastano młodą kobietę, która
powiedziała krótko:
- Wynoście się! Dajcie nam
spokój! Mamy dość kłopotów bez was! Jego nie ma w domu!!!
Wkrótce potem, „KV” podał,
że wedle dobrze poinformowanego źródła, które pragnęło zachować anonimowość, w
szpitalu wojskowym hospitalizowano dwóch cywilów, a potem trzech żołnierzy.
Wszyscy - cała piątka -
była nieprzytomna, a nie ranna, tzn. na ich ciałach nie znaleziono żadnych
obrażeń zewnętrznych. Natychmiast ich odizolowano i dopuszczono do nich jedynie
wybranych lekarzy. Większości z nich jeszcze nie widziałem. Po kilku godzinach
gdzieś ich ze szpitala wywieziono, zdaje się, że na lotnisko.
Komendant Wojskowego
Szpitala Sił Powietrznych ustosunkował się negatywnie do tej informacji:
- Nic mi nie wiadomo o
hospitalizacji większej grupy osób w moim szpitalu, ale w piątek przyjęto u nas
jednego żołnierza w stanie nieprzytomności. Nie mam pojęcia, czy to podpada pod
was przypadek.
Takie właśnie oświadczenie
przekazał on „KV”.
ZAGADKOWY PRZEDMIOT Z
PODZIEMI
(Košice, wtorek, 13
sierpnia 1996 roku)
Punkt zwrotny w rozwoju
wydarzeń rozgrywający się wokół dziwnego incydentu następuje we wtorek, 13
sierpnia, w godzinach rannych. W tym czasie na prywatny numer telefonu red.
Arpada Soltezsa dzwoni ponownie ten sam osobnik, którego głos wezwał do
wykopów dziennikarzy w nocy 9 sierpnia. Nieznajomy mówi:
- jeżeli się nie boicie,
to zaprowadzę was na miejsce, w którym kopali ci dwaj pod Hlavną. Pokażę wam to
drugie wejście, ale możecie mieć z tego cholerne kłopoty, o jakich się wam nawet
nie śniło...
W porze obiadowej reporter
i fotograf redakcji spotykają się z tajemniczym informatorem.
- Moje nazwisko? -
reaguje na pierwsze pytanie - po co wam ono, czemu mnie pytacie o takie
bzdury. Jak coś będziecie chcieli widzieć, to powiem wam sam!
Nie rzucający się w oczy
40-latek, który nikomu się nie przedstawił, prowadzi ich w stronę jednego z
budynków w historycznej części centrum Koszyc. Dom niezbyt stary i niezbyt nowy
stoi na wiekowych fundamentach. We trójkę wchodzą do piwnicy, a z niej przez
wykuty w ścianie otwór do podziemi. Na podłodze tunelu, którym się poruszają,
leżą powyginane i przerdzewiałe resztki okuć do drzwi. Po przebyciu jakichś 50
m, ekipa dociera do znajdującej się na końcu tunelu piwniczki o rozmiarach 5 x 8
m. Po prawej stronie widać wysoki na metr stos ludzkich kości, w rogu stos
samych czaszek, natomiast w drugim końcu pomieszczenia znajduje się wejście do
dalszej części podziemi i tunel.
- Tunel prowadzi do
wykopów na Hlavnej - nieznajomy przewodnik wskazuje na ciemny wylot
korytarza - Na waszym miejscu nie dotykałbym niczego - dodaje.
W ciemnym pomieszczeniu
trudno jest się poruszać i orientować - jedynym źródłem światła jest mała
elektryczna lampka i czasem błyski flesza. Mężczyzna wskazuje na wysoki na
jakieś 10 cm postument w przeciwległym końcu salki. Według jego słów, stała na
nim mała metalowa skrzynka o długości 1,5 m z obłymi kantami i rogami.
-
Wyryto na niej znak
ryby[63]
i jakiś napis -
komentuje -
Drobnymi literkami łacińskimi, ale nie po
łacinie. Również nie po niemiecku czy w jakimkolwiek współczesnym znanym języku.
Pracowaliśmy nad tym kilka lat.[64]
(!!!) Ale niczego nie udało się nam odkryć. Co znajdowało się w skrzynce, tego
nie wiem, bo nie potrafiliśmy otworzyć jej wieka bez naruszania, ale nie
mieliśmy po temu żadnych możliwości technicznych. Musimy już wracać.
Po wyjściu na Hlavną nasz
cicerone szybko oddala się i znika w tłumie. Nie odpowiedział na ani jedno
pytanie o swą tożsamość, zawód i owo zagadkowe „my”... Na pożegnanie powiedział
jedynie:
- Pokazałem wam to tylko
dlatego, że skoro zajęli się tym specjaliści, to musi to być jakieś szczególne
paskudztwo. Według tego, jak oni postępowali widać, że doskonale wiedzieli, co
znaleźli. Kto wie zresztą, może doskonale wiedzieli, czego szukają?... Nie
chciałbym, żeby ta rzecz uległa zapomnieniu, mimo tego, że mam własna opinię o
dziennikarzach...
Nadal byliśmy skazani na
domysły. Kiedy dostaliśmy na biurko gazetę, spróbowałem się dodzwonić do
redaktora naczelnego - mogłem sobie odpuścić. Powiedziano mi, że: Szef jest
od kilku dni na urlopie...
WIZJA LOKALNA
(Košice, środa, 14
sierpnia 1996 roku)
Po kilku nieudanych próbach
uzyskania jakichś sensownych informacji, pełen niesmaku, otworzyłem drzwi mojego
biura. Wydarzenie, które rozegrało się niemal na naszych oczach wydawało mi się
tak nieprawdopodobne, jak historia z radioaktywną trumna w celtyckim grobie, o
którym pisano w książce Andersona.
Ponownie zabrałem się za
wertowanie wszystkich gazet, zastanawiając się nad wariantami rozwiązania tego
problemu. Czyżby była to li tylko mistyfikacja???
Jeszcze raz otwieram gazetę
z poprzedniego dnia i podkreślam tytuły informacji, które już przeczytałem.
Znajduję doniesienie o prezentacji projektu „Bezpieczne Koszyce”, w trakcie
którego doszło do spotkania mera miasta z komendantami policji państwowej i
municypalnej. Mer po wysłuchaniu raportów o stanie przestępczości kryminalnej w
poszczególnych rewirach miasta, odniósł się także do dziwnego znaleziska na
Hlavnej. Zgromadzonym oficerom policji oświadczył:
Skoro nie znaleźliście
tego, o czym pisze miejska prasa, to znaczy, że wasi funkcjonariusze spali na
służbie. A skoro oświadczacie, że nie macie z tym nic wspólnego, to oznaczałoby,
że mamy znów jakąś Št.B.[65]-
która działa na terenie miasta bez wiedzy policji.
Po przeczytaniu tych
linijek, hipotezę o kaczce dziennikarskiej mogłem odesłać spokojnie do lamusa.
Biorąc pod uwagę to, co powiedział mer miasta, dyrektor Urzędu ds. Zabytków i
inni oficjele, dziwnym się wydaje to, ze nikt nie wytoczył całej koszyckiej
prasie sprawy sądowej o zniesławienie wysokiego urzędnika państwowego i
instytucji, co powinno nastąpić właśnie w przypadku kaczki dziennikarskiej -
nieprawdaż? Poza tym trudno zrozumieć, dlaczego o wydarzeniach tych milczy
konkurencyjny dziennik „Korzo”, który od tego czasu wielokrotnie nie zdołał
uprzedzić redaktorów „KV” w pościgu za sensacjami czy aferami...
Razem z dyrektorem muzeum
udajemy się osobiście w stronę wykopów w średniowiecznej części miasta. Ulica
Hlavná wygląda jak po ciężkim bombardowaniu: wszędzie dziury i leje przykryte
małymi mostkami. Ogłuszeni łomotem świdrów pneumatycznych zmierzamy w kierunku
domów, w których - jak podejrzewamy - znajduje się wejście do podziemi.
Przechodzimy po wysepkach
gładkiego asfaltu, zaglądamy do jam, w których widać resztki starodawnych murów
i umocnień, korytarzy oraz tuneli. Ponieważ zaczyna padać, po błotnistych
kałużach podchodzimy do domu, w którym może znajdować się wejście do podziemi.
Wejście jest zamknięte, przed nim pracują mężczyźni w roboczych kombinezonach,
nieopodal stoi kilku policjantów, którzy ostrzegają, że nie wolno tam wchodzić.
Decydujemy się obejść dom
od tyłu i spojrzeć do wykopu z drugiej strony ulicy. Przechodzimy kilkaset
metrów wzdłuż ulicy Vratnej. Z wykopu za drewnianą barykadą z zakazem wstępu
podnosi się mężczyzna w żółtej kamizelce. Macha do nas rękami. Nie zwracamy nań
uwagi i idziemy dalej.
- Stójcie! Dalej
zabronione!!! - drze się. Zawracamy do muzeum.
Tego dnia „KV” opublikował
wyniki przeprowadzonej wśród mieszkańców ulicznej sondy na temat tajemniczego
znaleziska. Kilku mówiło o niewypałach z czasów II Wojny Światowej, inni o
tajnych materiałach. Jedno dla tych wypowiedzi było wspólne - rozmówcy mówili
bardzo mało - albo dlatego, że nic nie wiedzieli, albo byli zastraszeni...
Po obiedzie spotkałem się
ze znajomym dziennikarzem, który swego czasu pracował dla dziennika „Nový čas”,
a obecnie jest zatrudniony w „Korzo”. Ów „łowca afer” stwierdził, że (uwaga!
uwaga!) t a s p r a w a g o n i e interesuje (sic!!!) - i rozwodził się
nad spotkaniem z dyrektorem jakiejś fabryki. Całkowicie już zdezorientowany
kupuję dla porządku także „Korzo”, ale na próżno szukam w nim choć wzmianki o
znalezisku. Ani słowa!!! Mój znajomy „łowca afer” pisze natomiast o...
podlewaniu miejskiej zieleni![66]
Wracając do muzeum
intensywnie rozmyślam o wszystkich tych osobliwych wydarzeniach. Istnieja dwie
możliwości, jak ta cała historia może się skończyć: pierwsza - „KV” odwoła
wszystko i nikt już nie dojdzie, czy stało się to pod naciskiem władz miejskich,
armii czy MSW... Druga - że „KV” niczego nie odwoła i sprawą zajmą się
odpowiednie władze.
FATAMORGANA
(Košice, piątek, 15
sierpnia 1996 roku)
„KV” odwołuje wszystko, co
napisał był wcześniej. Tekst tego dementi tak dalece odróżniał się od
poprzednich na ten temat, że moje (i nie tylko moje) podejrzenia, że jest to
kamuflaż mający uspokoić opinie publiczną, graniczą z pewnością. Żeby było
jeszcze ciekawiej, tego samego dnia „Korzo” pisze o... śmiercionośnej
skrzynce wykopanej przy ulicy Hlavnej!!!
Po wszystkich tych
wydarzeniach mało kto już wierzy w prawdziwość tego dementi. Ciekawe jest to,
że nikt nie mówi o mistyfikacji. Jeżeli to zresztą miała być mistyfikacja, to
kogo winić za szerzenie alarmujących pogłosek?
Dzisiaj, kiedy od tej całej
afery upłynęło kilka miesięcy, nadal nie wiadomo, co ją wywołało. Nabieramy
natomiast coraz większej pewności, że najlepszym sposobem ukrycia czegoś jest
„przykrycie” tajemnicy jeszcze większą tajemnicą - zgodnie z rzymską zasadą:
Ridiculum arcifortius et melius magnas plerumque secat res. A już
najskuteczniejszą bronią dla tych, którzy chcą cos ukryć za zasłoną tajemnicy
jest wyśmianie problemu i jego realności. Jakże dobrze znamy tą metodę chociażby
z historii badań fenomenu UFO!
Dla mnie ten incydent tu
zrelacjonowany był nauczką i wskazaniem, jak tworzą się zagadki - i nie dotyczy
to tylko tajemniczego radioartefaktu z Koszyc, ale także Arki Przymierza[67],
zwłok z Roswell, czy jak wolicie radioaktywnej trumny, którą być może jutro ktoś
znajdzie w celtyckiej mogile, słowiańskim kurhanie czy egipskiej piramidzie...
Życie dopisało zakończenie
tego rozdziału i to całkiem nieoczekiwanie. Jak podały światowe agencje, w dniu
9 grudnia 1997 roku nieoczekiwanie na Grenlandię spadł meteoryt o masie około 1
mln ton, którego energia uderzenia wynosiła mniej więcej 15-20 kt TNT, czyli
tyle, ile bomba typu Hiroszima czy Nagasaki. Media podały tą informację i...
bardzo szybko ją wyciszono. Jak pisze Robert K. Leśniakiewicz:
...Niedawno otrzymałem
list od pani redaktorEwy Jabłońskiej z „Super Expressu”, w którym
tak komentuje ona to wydarzenie:
>>Pan Bzowski... ma
bardzo ciekawą teorię o meteorycie, który spadł w grudniu na Arktykę (był
ogromny - pisałem wtedy o tym u siebie w „Świecie bez tajemnic”). Swoją drogą
mógł to być odłamek asteroidu, o którym pisze Pan w swym opracowaniu (zgadza się
data). Informacje o spadku tego ciała zostały bardzo szybko utajnione, gdybym
nie wydrukowała depeszy z Agencji, to straciłabym ją, bo została zdjęta w ciągu
dwóch godzin. W Centrum Astronomicznym w Warszawie twierdzą, że nie mieli o tym
żadnej informacji do tej pory. Jest to chyba dość dziwna sprawa. Pan Bzowski
uważa, że w jakimś zachodnim piśmie była wzmianka o tym, że meteoryt ten był
znacznie większy, niż podano to na początku i że skoro nie wywołał kataklizmu,
to musiał wcześniej wytracić swoją prędkość...<<
Osobiście nie podzielam optymizmu pana Kazia Bzowskiego, bo skoro któryś MIDAS zauważył ten
upadek i sejsmometry na Islandii i w Kanadzie odebrały upadek tego ciała jako
wstrząs podobny do wybuchu bomby jądrowej - a wstrząs taki ma swą
charakterystyczną i absolutnie różną charakterystykę od „normalnych” trzęsień
ziemi, to nie mógł to być żaden meteoryt czy statek kosmiczny - jakby tego sobie
życzył Kazio Bzowski, a właśnie głowica jądrowa z czasów Wielkiej Wojny
Bogów-Astronautów![68]
Jeżeli to, o czym pisała
red. Ewa Jabłońska jest prawdą, to znaczyłoby, że na powierzchnię Ziemi w
rejonie zachodniej Grenlandii spadła jądrowa lub termojądrowa głowica bojowa
Atlantydów, która w odróżnieniu od tej, z której zrobiono koszycki
radioartefakt, jednak eksplodowała! Być może od razu udali się tam Amerykanie i
Duńczycy z Thule AFB - a skoro tą informację utajniono, to znaczy, że udali się
tam na pewno... Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy?[69]
---oooOooo---
Rozdział III - PROGRAM SDI
SPRZED TYSIĘCY LAT
Komety, które wcale nie
były kometami - Groźba martwych satelitów - Atomowa wojna bogów - BMR zagrażają
Średniowieczu - manewry niewidzialnej armii - Na koniec świadectwo kronikarza.
Czytelnik doinformowany
wie, że SDI czyli Strategic Defense Initiative - po polsku Inicjatywa
Obrony Strategicznej powstała po telewizyjnym wystąpieniu amerykańskiego
prezydenta Ronalda Reagana w dniu 23 marca 1983 roku. Ci lepiej
poinformowani wiedzą, że to pierwszymi byli Rosjanie, którzy wysłali na orbitę
wokółziemską bojowe satelity z laserową bronią radiacyjną - (dalej LBR) na
pokładach, a rozwój LBR w byłym ZSRR zaczął się znacznie wcześniej i wyłożono
nań więcej pieniędzy, niż w USA... A kiedy w „Deklaracji o współpracy w
przestrzeni kosmicznej” podpisanej w dnia 27 stycznia 1967 roku obie strony
dogadały się, że nie będą umieszczały we Wszechświecie Jądrowe czy inne BMR,
sowiecka polityka w praktyce dowiodła, że LBR nie jest ani jednym, ani drugim -
przeto Rosjanie rozkręcili na pełne obroty zbrojenia w najbliższym sąsiedztwie
Ziemi. Jak to pokażę dalej, nie był to pierwszy nieszczęsny pomysł, który
narodził się w chorych mózgach mieszkańców Ziemi w przeszłości.
Historia wojskowych
satelitów zaczyna się już w połowie lat 50., kiedy to USAF zainstalowały na
orbicie satelitarny system MIDER, który miał ochronić Stany
Zjednoczone przed atakiem radzieckich ICBM. Wkrótce przemianowano go na system
DSP - Deep Space Platform, o którym wiele mówiło się w czasie
Wojny w Zatoce Perskiej, kiedy to satelity DSP lokalizowały
irackie SCUD-y zaraz po ich starcie z wyrzutni.[70]
W rzeczywistości siedem satelitów DSP krąży na wysokości (a raczej
w odległości) 38.000 km nad Ziemią i monitoruje 100% jej powierzchni.[71]
Aż do końca XVIII wieku
wszystko, co poruszało się na niebie i wymykało się doświadczeniom codzienności
było nazywane kometą - z łaciny: cometes, stella crinita.
Najciekawszym jest to, że
od początku komety miały jak najgorszą opinię i zawsze wspominało się o nich -
czy wręcz pisało - jako o powodzie wystąpienia morowej zarazy czy
morowego powietrza. I nie jest to jedynie produkt fantazji mieszkańców
średniowiecznej Europy - jeszcze w 1829 roku, angielski lekarz G. Forster
napisał opasłą księgę, w której detalicznie opisał niszczycielskie dokonania co
najmniej pół tysiąca komet. Pisał on tedy o komecie, która przywlokła do Fryzji
pomór bydła, w Szkocji zaś się objawiła meteorytem, który uderzył w kościelną
wieżę i uszkodził zegar, a także wspomina kometę z 1668 roku, po której w
Westfalii masowo wymierały... koty!
Słowa „meteoryt” czy
„kometa” powinniśmy pisać właściwie w cudzysłowie, bowiem mamy podstawę sądzić,
że nie wszystkie te ciała niebieskie możemy identyfikować z informacjami, które
mamy teraz o „prawdziwych” meteorytach i kometach.
A zatem zapamiętajmy
sobie, że nie wszystkie te „komety” były w przeszłości kometami sensu stricto
- na ten temat będzie jeszcze dużo w tej książce. Innymi słowy mówiąc - nasza
wiedza o BMR umożliwia nam zrekonstruować to, co tak naprawdę stoi za tradycją,
która obwinia komety o grzech rozsiewania Czarnego Moru.
Kiedy wraz z inż. Robertem
K. Leśniakiewiczem (oficerem rezerwy Wojska Polskiego i Straży Granicznej RP,
znanym polskim literatem, ufologiem i ekologiem) poszliśmy ciernistą drogą w
poszukiwaniu wskazówek istnienia Wielkiego Konfliktu, czy nawet całej ich serii,
w przeszłości Ziemi, znaleźliśmy wspólny mianownik, spiritus movens,
całkiem nieoczekiwanie w naszej współczesnej kosmonautyce.[72]
Jestem przekonany, iż
powszechnie wiadomo o tym, że efektem kosmicznej technologii rozwijanej w czasie
Zimnej Wojny pomiędzy Wschodem a Zachodem muszą być sztuczne satelity Ziemi,
które już dawno spełniły swoją rolę. Już mniej znanym jest fakt, że około 8.000
„martwych satelitów” zagraża naszej planecie spadkiem na jej powierzchnię i ta
groźba wstępuje w swe finalne stadium. To, że owe satelity pozostają na swych
orbitach, zawdzięczają swej ogromnej prędkości wynoszącej VI ≥ 7,9
km/s, jednakże po kilkunastu latach taki satelita zamienia się w bombę zegarową.
- W każdej chwili może
przyjść nieszczęście - twierdzi amerykański ekspert ds. satelitów inż.
Gabriel Heller na marginesie sprawy spadku na Ziemię chińskiego satelity
fotozwiadowczego FSW-1, który w dniu 13 marca 1996 roku około
godziny 05:00 GMT wpadł w wody Wszechoceanu, nawet dokładnie nie wiadomo,
gdzie... Amerykanie twierdzą, że FSW-1 wpadł do Pacyfiku u
wybrzeży Chile, zaś Rosjanie twierdzą, że do Atlantyku u wybrzeży Argentyny.
Wszyscy zaś są zadowoleni, że FSW-1 wpadł w głębiny, a nie na ląd.[73]
Ten chiński kosmiczny
szpieg wymknął się spod kontroli w 1993 roku i od tej poru w sposób
nieobliczalny poruszał się po nieprzewidywalnej wokółziemskiej orbicie. Jego
spadek był czymś niekontrolowanym i nieodwracalnym. Jest zatem udowodnione, że
prawdę o „martwych satelitach” się ukrywa przed społecznością światową. Idzie tu
o dość realne ryzyko - już w latach 60. wypalony człon amerykańskiej rakiety
spadł na gęsto zamieszkałą część stanu Iowa i zatłukł na śmierć kilka sztuk
bydła.
Jeszcze większą plamę dała
NASA w styczniu 2002 roku, kiedy to zapowiedziała, że jeden z jej satelitów
badawczych ultrafioletowego promieniowania Słońca - EUVE[74]
wystrzelony w 1992 roku, ma spaść na obszar pomiędzy Australią a Florydą.
EUVE faktycznie spadł... w wody Zatoki Perskiej, w dniu 31 stycznia 2002
roku. Wielka to zaiste dokładność, z jaką sprowadzane są tego rodzaju obiekty
kosmiczne na Ziemię!!! A przecież uczeni z pewnością w głosie twierdzili, że
wszystko jest absolutnie pod kontrolą!...
W 1975 roku, świat
obleciała szokująca informacja NASA, wedle której stacja kosmiczna Skylab
ważąca kilkadziesiąt ton miała wejść w atmosferę Ziemi i spaść na jej
powierzchnię.
Inż. Gabriel Heller
później tak wspominał te wydarzenia, które miały miejsce w centrum zawiadywania
lotem satelitów Ziemi:
Przeżywaliśmy wręcz
niewysłowiony strach. Skylab właściwie z niczego, bez uzasadnionego
powodu miał spaść na Ziemię. Nie mogliśmy niczego przedsięwziąć. Mnożyły się
uwagi o tym, że można by go zestrzelić rakietą międzykontynentalną (ICBM) z
głowicą jądrową, i w ten sposób zmniejszyć do minimum ryzyko niekontrolowanego
spadku Skylaba. Niestety, nasze radary nie były w stanie kontrolować jego
lotu i nie dało się przy ich pomocy wyliczyć nawet przybliżonego miejsca upadku
stacji - to był czysty przypadek. Do ostatniej chwili satelita krąży wokół
Ziemi, a wy nie potraficie przewidzieć, gdzie spadnie... Jak zatem wycelujecie
ICBM? Może udałoby się to zrobić nad terytorium jakiegoś państwa, ale
musielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że Skylab tam się właśnie
skieruje. Na całe szczęście Skylab spadł do Oceanu Indyjskiego i wszyscy
odetchnęliśmy z ulgą...[75]
Przypadki, w których
„martwe satelity” spadające na Ziemię nagle zmieniają kierunki lotu, nie są aż
takie rzadkie. Nie tak dawno załoga amerykańskiego wahadłowca STS
Endeavour cudem uniknęła zderzenia z takim spadającym satelitą. Uniknęła
ona paskudnego losu Challengera tylko dzięki przytomności umysłu
dowódcy wahadłowca i żelaznej dyscyplinie kolektywu. Udało się im wyminąć
satelitę, ale ich morale znacznie podupadło, że nawet poprosili o zezwolenie na
powrót...
Ten „kosmozłom”, który
krąży wokół naszej planety nie jest jeszcze największym ryzykiem. Mówiąc
dokładniej, nie jest nim, kiedy bierzemy pod uwagę tylko te satelity i sondy
kosmiczne, które wystrzelono po 1957 roku, po locie rosyjskiego Sputnika-1.
Mamy udokumentowane przesłanki, by podejrzewać, iż obiektów wytworzonych
ludzkimi rękami w najbliższym otoczeniu Ziemi jest o wiele więcej, niż nam się
to wydaje i krążą one po swych orbitach więcej, niż od tysiąca lat i to jeszcze
w czasach, kiedy w Europie żyli łowcy mamutów.
Aleksander Mora
w swej monumentalnej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” pisze, że współczesny świat
powstał z popiołów straszliwego, globalnego konfliktu, który mógł dorównywać
tylko biblijnemu Armageddonowi.[76]
W tejże pracy Al. Mora opisuje, jak to na Ziemi używano wszelkich BMR - A, B, C,
H oraz N - a jakby tego było jeszcze mało, to dodaje do nich NLW i LBR...
Informacje, które Al. Mora
podał w swej pracy sugerują, że powierzchnia naszej planety została totalnie
zdewastowana tymi broniami, w finalnej części Wielkiej Wojny Bogów użyto także
NLW zbudowanych w oparciu o wszystkie efekty Psi (psychotroniczne) i gazów
obniżających zdolność bojową armii i obrony cywilnej.
Według Al. Mory, konflikt
ten przebiegał nie tylko na Ziemi, ale także na powierzchni Księżyca i Marsa,
gdzie znajdowały się w tych czasach ziemskie kolonie. Tak zatem nie ma się co
dziwić, że wojujące strony wysłały w Kosmos tysiące wojskowych statków
kosmicznych i bojowych satelitów, które przecinały niebo naszej planety, jak
roje rozjuszonych szerszeni i rwały Silentium Universii tysiącami sygnałów
łączności dalekiego zasięgu. Mówiąc krótko: Al. Mora - a po nim także Robert K.
Leśniakiewicz i Krzysztof Piechota domniemają, że już przed 50.000 -
10.000 laty istniało coś podobnego do amerykańskiego systemu SDI/MWD, ale na
nieporównywalnie w y ż s z y m poziomie technicznym!
Planetę okrążały roje
satelitów z BMR na pokładzie, a także satelity-killery, które polowały na te
pierwsze. Bojowe satelity mierzyły rakietami w powierzchnię Ziemi, przygotowane
do zadania śmiercionośnego ciosu na rozkaz z Ziemi, lub na rozkaz pokładowych
komputerów, w cele na powierzchni planety. To oczywiste, że nie wszystkie
„killery” były w stanie zniszczyć satelity bojowe, bowiem efekt PM po
eksplozjach jądrowych w atmosferze poraził część z nich i nie wykonały one swej
misji. Tymczasem bojowe satelity chaotycznie krążyły na niebie, zderzały się i
spadały na Ziemię już dawno potem, kiedy sztaby generalne i wojujące armie
zostały starte na proch...
Powyższa hipoteza zakłada,
że Wielka Wojna Bogów-Astronautów skończyła się 15-12 tys. lat temu. W czasie, w
którym przez większą część naszej planety przetoczyła się atomowa śmierć, nie
było ani zwycięzców, ani pokonanych - przegranymi byli wszyscy... Vae victis!
Miliony ludzi leżało w grobach czy odparowało w żarze „silniejszym od tysiąca
słońc”, gniło żywcem wskutek wojny bakteriologicznej, umierało od zatrutych wód
i powietrza, czy na radioaktywnych pustyniach uczynionych ludzkimi rękami. Świat
na całe stulecia cofnął się, a wiedza, która straciła całe techniczno-materialne
osprzętowanie stała się bezużyteczny, po milionkroć przeklętym balastem -
swoista odmiana folkloru, źródłem legend, których potem nikt nie był w stanie
zrozumieć, i w końcu religii...
Resztki ludzkiej
cywilizacji skoncentrowały się w kilku miejscach, skąd powoli migrowały na inne
obszary. Po upływie stuleci skutki konfliktu były leczone przez potężne siły
regeneracyjne Matki przyrody i powoli świat powrócił do równowagi. Prawda - z
jednym wyjątkiem: na wokółziemskich orbitach nadal krążyli „mechaniczni
berserkerowie”, które to satelity koniec końców zawsze wchodziły na trajektorię
wiodącą ku Ziemi. I tak po stu wiekach, kiedy to Ludzkość zapomniała o
niebezpieczeństwie grożącym z góry i wstąpiła w epokę Starożytności, a potem
Średniowiecza, zaczęły na głowy mieszkańców Ziemi spadać z nieba „martwe
satelity” i ich śmiercionośne głowice bojowe, które ludzie z niewiedzy nazywali
„kometami”. Ci tzw. ludzie pierwotni nie bez kozery mieszkali w jaskiniach, nie
dlatego, że tylko jaskinie nadawały się - w ich mniemaniu - do zamieszkania a
dlatego, że tylko w jaskiniach byli oni jako tako zabezpieczeni przed skutkami
eksplozji jądrowych...
Spadki satelitów z bronią
B mogły spowodować także upadek Imperium Rzymskiego. W świetle tej hipotezy,
Ziemia pod koniec IV wieku była bombardowana satelitami i ich fragmentami, przez
co na naszej planecie wybuchały raz po raz niszczycielskie epidemie. Nastały
wędrówki ludów, narody przemieszczały się, a żelazne granice, „limes Romanum”,
nie wytrzymały tego naporu. Potem nastąpiło ciemne milenium chorób - od roku 400
do 1400 po Chrystusie, ze straszliwymi infekcjami - epidemiami i pandemiami
importowanymi z Wszechświata, które były natchnieniem dla malarzy i rytowników
Średniowiecza, specjalizujących się w dance macabre.
Jak w tych czasach
objawiały się spadki i destrukcyjne efekty działania satelitów bojowych z czasów
Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów? To zależało od rodzaju BMR na ich pokładach.
Mogę przytoczyć tutaj kilka przykładów.
Jeden z nich wzmiankował
inż. Robert K. Leśniakiewicz całkiem niedawno, kiedy to mieszkańcy Dolnego
Śląska donosili uczonym i mediom o dziwnej eksplozji, która miała miejsce w
górnych warstwach atmosfery, wieczorem dnia 3 maja 1994 roku. Tego wieczoru,
mieszkańcy Zielonej Góry zaobserwowali nad północnym horyzontem błysk silnego,
jasnoniebieskiego światła, o jasności -4m,5, który porównywalne było
z jasnością Wenus w jej najjaśniejszej fazie.[77]
Nie mogła wszakże to być planeta Wenus, ani kometa McKnoffa, która w opisywanym
czasie znajdowała się koło Capelli (α Woźnicy). Prof. dr hab.
Janusz Gil
z zielonogórskiego obserwatorium astronomicznego oświadczył ku ogólnemu
zdumieniu, że mogło chodzić jedynie o w y b u c h j ą d r o w y !!![78]
Wybuch jądrowy przy naszej
planecie?!?!?!
Robert Leśniakiewicz
podejrzewa także, iż przelot tzw. Wielkiego Bolidu Polskiego w dniu 20 sierpnia
1979 roku był jedynie przelotem (a właściwie spadkiem) satelity-killera czy
satelity z głowicami jądrowymi A czy H na pokładzie, które na szczęście nie
odpaliły. Niestety, z głowic wydostało się na zewnątrz nieco radioaktywnego
plutonu-239 i plutonu-240, który spowodował porażenie promieniste robotników
pracujących przy węgierskim odcinku Rurociągu Orenburskiego. Węgrzy początkowo
podejrzewali o to reaktor w Czarnobylu, ale przyrządy nie potwierdziły tej
hipotezy, więc ja odrzucono. Jednakże to, co nie mieściło się w głowach komisji
dochodzeniowej, doskonale wpisuje się w ramy tej hipotezy...[79]
Trochę inaczej sytuacja
wygląda w przypadku spadku satelitów z głowicami B na pokładzie, które mogły
spowodować rozliczne epi- i pandemie oraz epizootie i panzootie biczujące
kontynent europejski i cywilizacje do tego stopnia, że Europa stała się nie
tylko morowym kontynentem z morową mentalnością - permanentnym poczuciem
zagrożenia nieznanym niebezpieczeństwem. Scenariusz katastrofy zaczyna się od
tego, że ludzie najpierw widzieli na niebie kilka „komet” czy „meteorów”, a
potem na powierzchnię planety spływała mgła, która niosła ze sobą chorobotwórcze
mikroby i od tego zaczynał się Czarny czy też Szkarłatny Mór.
Następstwa owych pandemii,
w których zmarła 1/3 mieszkańców Europy, osłabionych w poprzednich latach
słabymi urodzajami, były straszne dla kultury i życia ówczesnych Europejczyków.
Jak należało oczekiwać, zdobycze starożytnej i średniowiecznej medycyny były, w
starciu ze szczególnie zjadliwymi szczepami bakterii, wirusów, riketsji, prionów
czy sporów, zupełnie nieprzydatne. Przy pierwszych szaleństwach epidemii,
lekarze uciekali pospołu z bogatymi mieszczanami z zapowietrzonych miast, ale
inni zostawali i próbowali wraz z duchownymi zabezpieczyć tok pracy szpitali.
Niestety, środki do walki z chorobami były zbyt słabe: kropienie octem, żucie
czosnku i cebuli, okłady z proszku z mielonych owadów i ziół, a po śmierci
pacjenta palenie odzieży i domu...
Według lekarzy z
paryskiego fakultetu medycznego, Mór nastał wskutek pojawienia się komety (!!!),
która zatruła powietrze - co jest spostrzeżeniem uniwersalnym, na który co
chwilę natykamy się badając historię epidemii. Wszędzie widać było te same
objawy grozy: zbiorowiska trumien, ciała leżące na ulicach, masowe groby rychło
napełniane trupami. Mór wywoływał poczucie beznadziejności, depresję i
szaleństwo.[80]
W wielu miejscach obwiniano o niego i linczowano Żydów i żebraków za rzekome
zatruwanie studni... Ulicami przeciągały grupy biczowników, którzy okładali się
batogami na znak pokuty. Epidemia przypominała tańce śmierci, szaleńcze pląsy
żywych ludzi z kościotrupami, jak to widać na rycinach i obrazach z tamtych
czasów.
W roku 1350 epidemia
wygasła, ale powracała regularnie co każde 10 lat, az do końca stulecia. Także XV wiek zna nieproszonego gościa - drobiazgowa analiza pozwala domniemywać, że
Morowa Zaraza wracała co 2-3 lata. Frekwencja epidemii zaczęła spadać widocznie
do końca XVIII wieku.[81]
Jak już wspomniałem na
początku tego rozdziału, porównując ze sobą źródła historyczne, kroniki,
literaturę memuarową ze znanymi przypadkami stwierdzimy, że obiekty obserwowane
przez mieszkańców starożytnej i średniowiecznej Europy nie były wcale kometami
sensu stricto takimi, jakimi je znamy. „Prawdziwe” komety są niczym
innym, jak kulami brudnego śniegu z zamarzniętych gazów: metanu - CH4,
cyjanowodoru - HCN, amoniaku - NH3, izocyjanków - R-CN i lekkich
węglowodorów: C2H2, C2H6, C3H8...[82]
Nie, „komety” naszych antenatów przelatywały nisko, nad strzechami wiosek i
dachami miasteczek, niejednokrotnie z wielki hukiem (!!!) i odznaczały się
najrozmaitszymi kształtami. Często strzelało się do nich z dział miejskich czy
też fortecznych, a jeżeli wierzyć przekazom historycznym, to w roku 1664 do
jednej z nich wypalił z krócicy portugalski król Alfons VI. W żadnym,
podkreślam ż a d n y m wypadku nie szło o jakieś efemeryczne, dalekie ciała
niebieskie, gdzieś wysoko pod gwiazdami, ale o nisko latające o b i e k t y,
na który m.in. wycelowała swą broń jedna z koronowanych głów Europy.
Z początku XVIII wieku
pochodzi przedziwne wyobrażenie „zwierzopodobnej komety”, jeżeli mam cytować
dosłownie oryginalny tekst przekazu pod obrazkiem. Idzie tu o nieprawdopodobną
wręcz syntezę pierwiastków ludzkiego i zwierzęcego ciała, na którym na dodatek
znajdujemy armatę w ogonie. Na ten naiwny i absurdalny obrazek moglibyśmy
machnąć ręką i przejść ponad nim do porządku dziennego, aliści faktem jest, że
pojawienie się tej „komety” wzbudziło w ludziach nieprawdopodobną panikę! Nie
zapominajmy, że rysunek i komentarz doń powstał ponad 200 lat temu, kiedy to
dzisiejsza wiedza techniczna była zupełnie nieznana i wymykała się jakiejkolwiek
werbalizacji ludziom z początków XVIII wieku. Dlatego też opisując to dziwo,
posługiwali się i m z n a n y m aparatem pojęciowym i porównywali to, co
widzieli do różnych części ludzkiego i zwierzęcego ciała oraz używanych wówczas
urządzeń technicznych - nie ma w tym nic niezwykłego! Czy wyobrażasz sobie
Czytelniku, jak średniowieczny kronikarz przedstawiłby w swym dziele satelitę
czy helikopter albo Łunochoda?...
Powróćmy jednak do broni
biologicznych - broni B - Starożytności i skonstatujmy, że wirusy oraz bakterie
na pokładach satelitów bojowych w czasie dziesiątków tysięcy lat mutowały pod
wpływem promieniowania kosmicznego, dzięki czemu pojawiły się takie
mikroorganizmy, jak wywołujące AIDS wirusy HIV czy gorączkę krwotoczną Ebola...
NB, pierwsze objawy Eboli przypominają objawy grypy - czyżby więc wirus Eboli
był takim zmutowanym wirusem grypy???...
Według Roberta
Leśniakiewicza wszystko wygląda na to, ze głowice nie spalają się w atmosferze,
a dopóki przypuścimy możliwość, że jeden wielogłowicowy satelita bombarduje
dokładnie wyznaczone cele w tym samym czasie, to otrzymamy odpowiedź na pytanie
o istnienie kilku do kilkunastu ognisk epidemii (czy pandemii), która wybucha w
kilku odległych od siebie miejscach naraz - j e d n o c z e ś n i e - jak
np. tzw. grypa „hiszpanka”, która po I Wojnie Światowej obiegła całą planetę i w
niczym nie ustępowała iperytowi, karabinom maszynowym i dalekosiężnej artylerii,
bowiem uśmierciła na świecie ponad 20 mln ludzi. Jak to było możliwe w czasach,
kiedy nie istniały jeszcze międzykontynentalne linie lotnicze, a podróże były
utrudnione w zrujnowanym wojną świecie, że pandemia ta wybuchła we wrześniu 1918
roku w stanie Massachusetts (USA), a w kilka dni później pojawiła się także w
Bombaju (Indie)?!
Ta dyseminacja patogennych
mikroorganizmów jest dalszym dowodem na to, że można jej dokonać t y l k o
dzięki transportowi lotniczemu - w Średniowieczu zupełnie nieznanemu i
realizowanemu tylko za pomocą satelitów bojowych naszych przodków sprzed 10.000
lat...
Od swego zarania, nasza
cywilizacja - zwłaszcza w centrach Lewantu - jak się wydaje, toczy bezlitosna
wojnę z ostatnimi armiami z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów. Efekty
działania BMR - broni: A, H, N i C - czas po prostu zatrze w pamięci ludzi i w
Przyrodzie, natomiast cały czas walczymy z armiami, które wala się na nas z
mikroświata. Ostatnie Supermocarstwa Przedstarożytności pozostawiły po sobie
ogromny kontyngent małych, ale niedosiężnych nam szkodników. Epidemie
Średniowiecza zgubiły miliony ludzi, ale śmiercionośne choroby wracają znów i
grobów przybywa.
Tajemniczy świat
mikroorganizmów pozostaje dla nas niebezpiecznym i problematycznym frontem walki
bez pardonu i miłosierdzia. Właśnie dlatego, że nie jesteśmy w stanie
przewidzieć, ba! - nawet dostrzec i przewidzieć przemiany i maskowanie oraz
uniki niewidzialnych armii. Nikt nie zna broni, które zostaną w przyszłości
użyte, tak samo, jak nikt nie zna czasu, w którym dojdzie do odpalenia głowic z
orbitalnych stacji kosmicznych Atlantydów, a mikroby przystąpią do generalnego
ataku. Nie można wątpić w to, że już w najbliższej przyszłości cała Ludzkość
może zostać zdziesiątkowana przez bakterie i wirusy, a kto wie, czy nie zupełnie
zniszczona.[83]
Zakładając, że niektóre
szczepy bakterii i wirusów pochodzą z arsenałów broni B prehistorycznych
imperiów, które to szczepy wykazują swoistą „inteligencję”, która zmusza je do
atakowania wszystkiego, co żywe - zgodnie z jej wojennym przeznaczeniem[84]
można powyższy scenariusz uznać za wysoce prawdopodobny. Wirusy czy bakterie za
swym celem postępują cicho, skrycie i cierpliwie, wyrafinowanie atakując mózg,
wątrobę, nerki, jądra, jajniki i oczy. Po wniknięciu w organizm, „utajniają” się
na kilka lat i doskonale oszukują system immunologiczny organizmu. Otwarcie
atakują dopiero wtedy, kiedy pokonają ostanie zasieki i okopy systemu obronnego,
usadowią się w neuronach, a potem już ich ofiara ma niewiele szans na przeżycie.
Jak to jest możliwe, że wirus - ta nieprawdopodobnie mała bryłka żywej materii
potrafi postępować tak przemyślnie? Z chytrością, taktyką i długofalową
strategią? Wirusy jakby doskonale poznały silne i słabe strony człowieka -
napadają na jego najważniejsze do życia organy i także na swego
najniebezpieczniejszego przeciwnika - system immunologiczny człowieka.
Kto, kiedy i w jakim
laboratorium zaprogramował przed tysiącleciami tą groźną armie tak, jakby była
ona wielkim mózgiem władającym całym mikroimperium i każdą jednostką osobno?[85]
Wbrew temu, że
mikrobiologia nagromadziła w ciągu ostatnich 200 lat ogromne mnóstwo faktów i
informacji, wciąż jeszcze szukanie ognisk wirusów jest w sferze domysłów i
fantazji.[86]
A według mojego punktu widzenia, lekarze i weterynarze powinni oderwać wzrok od
mikroskopów, zaś ich koledzy powinni zażądać od NORAD, NASA czy jeszcze innej
sieci obserwującej pobliże Ziemi, zidentyfikowania tych wszystkich nie-ziemskich
satelitów albo innych nie naszych obiektów kosmicznych i prewencyjnego ich
zniszczenia![87]
A teraz przejdźmy do broni
chemicznych - C. one tez miały swój ważki udział w wojnie sprzed 10.000 lat.
Mogły to być duszące bojowe środki trujące (BŚT) takie, jak np. fosgen - CO-Cl2,
dwufosgen - CCl2-O-CCl2; parzące BŚT w rodzaju iperytu -
S(CH2-CH2-Cl)2, albo luizytu - CH3-F-P-O-As(CH2-CH2-N[CH3]2)
czy tabunu - (CH3)2-N-C2H5-O-P-O-CN;
psychicznych BŚT, jak: sarin - (CH3)2-HCO-POF-CH3;
soman - C(CH3)3-CH-CH3-O-POF-CH3
albo tzw. V-gazy - CH3F-PO2-(CH2)n...
- no i wreszcie takie, o których się nam jeszcze nie śniło, bowiem chemia
organiczna ma to do siebie, że pozwala tworzyć nowe, nie znane w Naturze związki
chemiczne. Mogły to być np. defolianty będące w stanie ogołocić z liści wszelką
roślinność zaatakowanego kraju, tak jak to robili Amerykanie w Wietnamie, gdzie
potraktowali oni specyfikiem o kryptonimie „Orange Agent” całe prowincje tego
kraju, albo Rosjanie w Afganistanie i ostatnio w Czeczenii.
Kiedy zwrócimy się ad
fontes ku średniowiecznym źródłom, to stwierdzimy, że w okolicach miasta, w
którym wybuchała Czarna Zaraza jego mieszkańcy obserwowali duszne i cuchnące
opary. To widać z poniższego kronikarskiego zapisu:
vRoku
Pańskiego 1067, na wiosnę około św. Grzegorza (tj. albo 12.III. lub 24.IV.)
pokazały się w Czechach wielkie mgły dnia każdego, tak że człowiek człowieka
przed sobą na cztery kroki nie widział. Za nich potem przyszedł nadzwyczajny i
nieznośny smród, który ludzie ciężko znosić musieli. Trwało to dni trzydzieści i
pięć. Mówiło się także o tym, że w tej mgle ludzie spotykali się z jakowymyś
potworami albo diabelskimi mamidłami[88].[89]
vRoku
Pańskiego 1139 w Czechach była niebywale gęsta mgła, a około południa dnia 24
lipca silnie cuchnęła, jakby piekłem (tj. siarką).[90]
vDnia 22
sierpnia 1547 roku przyszła sucha mgła oszkliwie śmierdząca, a po trzech
następnych dniach pokazał się świetlisty krąg naprzeciw słońca, który był
krwistoczerwony, jak i samo słońce.[91]
W przypadkach powstawania
tych dziwnych, dusznych mgieł mogło iść o synergiczne działanie broni B i C -
broń C zmniejszała odporność istot żywych, zaś patogeny broni B szybko dawały
sobie radę ze swymi ofiarami. Sposób kombinowany - ale jak widać - skuteczny...
Niektóre z tych
hipotetycznych głowic z bronią B spadły w wody Wszechoceanu, które pokrywają ¾
naszej planety. Jest to o tyle prawdopodobne, że w wielkim konflikcie brały
udział wyspiarskie Supermocarstwa, takie jak: Atlantyda, Mu czy Lanka, a zatem
cele tych głowic m u s i a ł y znajdować się tam, gdzie teraz przelewają
się fale oceanów nad niezmierzonymi głębinami. Inż. Leśniakiewicz przytoczył nam
zapis średniowiecznego kronikarza Forestusa Alcmarianosa mówiący o tym,
jak to długi na około 32 metry wieloryb został wyrzucony przez fale Atlantyku w
okolicach Egmontu, co po pewnym czasie stało się p r z y c z y n ą epidemii. Ta ostatnia zaś wybuchła: od zapachu i jadowitości powietrza,
które z a t r u ł wieloryb.
Hmmm... - dziwi się Robert
Leśniakiewicz - To brzmi całkiem logicznie, ale dlaczego mieszkańcy Egmont
pozwolili na to, by wieloryb zgnił na plaży? Był rzeczywiście ogromny, ale tez
przypłynął o własnych siłach, a potem padł (!) w okolicy miasta - czyżby nie
mógł wrócić na morze o własnych siłach? A dlaczego mieszkańcy miasta
zrezygnowali z wykorzystania takiej góry mięsa i tłuszczu, która zepsuła się
potem? A może wcale nie szło o wieloryba, ale o coś, co miało tylko wygląd
wieloryba? A może była to rakieta?...[92]
Robert Leśniakiewicz tak
ciągnie dalej fascynującą techniczną interpretację opisu średniowiecznego
kronikarza:
Aby głowica mogła poruszać
się w atmosferze musi dysponować ona ochronnym pancerzem w kształcie
aerodynamicznym. W warunkach naszego środowiska wodnego i powietrznego nasze
pojazdy wodne i powietrzne musza posiadać także odpowiedni hydro- i
aerodynamiczny kształt, co jest idealnym warunkiem
sina qua non szybkiego
poruszania się w danym ośrodku. Ciała morskich ssaków, z tego punktu widzenia,
są idealnie dostosowane do środowiska, w którym się poruszają, ponieważ ich
współczynnik oporu ośrodka Cxjest bardzo mały. Żeby pocisk
rakietowy czy głowica ICBM trafiła dokładnie w cel - a dokładność ta wynosi
teraz kilka dm - to musi ona być zrobiona w kształcie o małym współczynniku
oporu aerodynamicznego Cx i swym kształtem przypominać
wieloryba czy delfina. I jak się wydaje, mieszkańcy Egmont spotkali się z taką
bojową głowicą czy jądrową rakietą, która była uszkodzona uderzeniem o wodę,
albo wskutek manipulowania nią przez mieszkańców Egmontu, skaziła okolicę
biologicznie czy chemicznie. Jaka szkoda, że Alcmarianos nie podał nam więcej
szczegółów tej sprawy...
---oooOooo---
Rozdział IV - ZAGADKA
ANTYCZNYCH GŁOWIC JĄDROWYCH
Wizyta w Polsce -
Zewnętrzne Hebrydy, dnia 26 października 1996 roku - Wybuch jądrowy w 1908 roku?
- Pseudometeoryty i quasi-bolidy - Bojowe satelity Atlantydów nadal bombardują
Ziemię.
W dalszym ciągu mojej
wędrówki śladami prehistorycznych BMR, które to bronie masowej zagłady niczym
miecz Damoklesa wisiały nad Ludzkością przez całą Starożytność i Średniowiecze,
przeniesiemy się teraz przy pomocy taśmy magnetofonowej, kilku zdjęć i rysunków
do pracowni - zwanej ARCHIWUM X - Roberta Leśniakiewicza z Jordanowa.
Jordanów, to ładne miasteczko, położone w górnym biegu jednej z najczystszych do
niedawna polskich rzek - zielonej Skawy. Położone pomiędzy Hajdówką na południu,
a Przykcem na północy. Właśnie w tym urokliwym zakątku Polski żyje i tworzy
emerytowany kapitan Wojsk Ochrony Pogranicza i Straży Granicznej RP inż. Robert
Konstanty Leśniakiewicz - pisarz, tłumacz i twórca niekonwencjonalnych teorii, z
którymi po części już zapoznaliśmy się w poprzednim rozdziale. Roberta znam od
dłuższego czasu i dlatego wiem, że badaniami anomalnych zjawisk zajął się już od
roku 1973, kiedy to nad Tatrami zaobserwował Nieznany Obiekt Latający. Miał
szczęście, bo realność jego obserwacji potwierdzili także krakowscy
astronomowie: prof. dr hab. Kazimierz Kordylewski i prof. dr hab.
Zbigniew Dworak. W roku 1985 zaczął pracować w Klubie Kontaktów Kosmicznych
(klubowy numer osobisty KKK-84) red. Lucjana Znicza-Sawickiego, a od 1988
roku należał do najaktywniejszych członków Grupy Badań NOL red. Bronisława
Rzepeckiego z Krakowa. Aktualnie jest wice-koordynatorem Małopolskiego
Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych Marcina Mioduszewskiego z Krakowa
i kieruje Oddziałem Jordanowskim MCBUFOiZA. Współpracuje z wieloma redakcjami
zagranicznych i krajowych czasopism ezoterycznych w rodzaju: „Nieznany Świat”,
„Wizje Peryferyjne”, „Czas UFO” i ekologicznego „Eko Świata”, poza tym jest
autorem książek: „UFO na granicy” (Kraków 2000); „Projekt Tatry” (Kraków 2002) i
naszej wspólnej pracy pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej
Rzeszy” (Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001), a także kilku filmów VHS
dokumentujących dowody istnienia UFO.
I to właśnie tutaj, w
niewielkim domku z zabudowaniami gospodarskimi i zwierzętami, siedzimy sobie w
ARCHIWUM X przy filiżance aromatycznej kawy i rozprawiamy o antycznych głowicach
jądrowych i innych zagadkach z przeszłości.
Zaczęliśmy wywiad od
Robertowej odpowiedzi na moje pytanie - zadawane zawsze obligatoryjnie przy tego
rodzaju okazjach - o to, jak się to wszystko zaczęło?
- Znany brytyjski badacz
UFO i ex-sierżant policji z North Yorkshire Anthony Dodd z Grassington
opisał w 1997 roku niezwykle ciekawy przypadek obserwacji Nieznanego Obiektu
Latającego i jego eksplozji nad Zewnętrznymi Hebrydami. Wydarzenie to zaczęło
się w dniu 26 października 1996 roku, kiedy to wielu świadków zaobserwowało nad
zachodnim wybrzeżem wyspy Lewis przelot małego, samolotopodobnego obiektu, który
po chwili eksplodował z potwornym hukiem. Niektórzy twierdzili, że były tam d
w a wybuchy, i lawina płonących szczątków ciągnących za sobą spirale dymu,
runęła w ocean... Śledztwo, które przeprowadziła policja i UKCG[93]
oraz wojskowe służby specjalne Royal Navy i RAF zakończyły się z zerowym
wynikiem. Eksplozja czy eksplozje musiały być silne, bo tego wieczora odczuto
wstrząsy podziemne w Morecambe i Lancashire, gdzie dodatkowo stwierdzono przerwę
w dostawie energii elektrycznej. Zagadka ta, jak twierdzi A. Dodd, nie została
rozwiązana do dziś dnia.
- Przyznam się, że ta
rzecz jest bardziej złożona - ciągnie Robert Leśniakiewicz - Może szło tutaj o
wybuch pocisku rakietowego klasy woda - powietrze czy woda - woda, co jest
akurat dość prawdopodobne, bowiem jest to akwen ćwiczebny, a w pobliżu Lewis
odbywały się manewry Royal Navy. Były tam także okręty podwodne innych państw
NATO, jak to twierdzi Anthony Dodd. Mówiąc te słowa mój przyjaciel wyłowił ze
sterty papierów na stole kserokopię angielskiego tekstu, położył przede mną i
wskazał palcem na odpowiedni akapit.
- Jest czymś zupełnie
możliwym, że wybuch Meteorytu Tunguskiego był w rzeczywistości eksplozją statku
kosmicznego z napędem nuklearnym, który wymknął się spod kontroli - stało w
tekście Anthony’ego Dodda czarno na białym - Skończyło się to katastrofą.
Wiemy, że na morzu w okolicy Lewis sa testowane najnowsze systemy broni nawodnej
i podwodnej, i nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby to była któraś z nich. Jednakże
istnieje cały szereg wskazówek, że wchodzą tutaj w grę jakieś inne siły, które
dały odpór wojsku. Mam informacje, że wiele pościgowców w tym czasie znikło bez
śladu... Wiadomo także, że trójkątne obiekty nadlatywały nad Szkocję znad oceanu
i były one obserwowane przez nawodne i podwodne okręty NATO.
Dowiedzieliśmy się, że
jeden z amerykańskich okrętów podwodnych znikł przy takim spotkaniu i choć US
Navy zdementowała te plotki, to kiedy się z nimi skontaktowałem, CIA zagroziła
mi, ze mnie „uciszy”.[94]
Nad naszym krajem musi dziać się wiele dziwnych i ciekawych rzeczy, które są
związane z fenomenem UFO. sądzimy, że wkrótce coś się stanie ważnego, i że
przyszłość naszej planety jest niepewna.[95]
- To oczywiste, że armia
nie chce się przyznać do porażki - ciągnie Robert po chwili - Przecież jak można
nazwać utratę kontroli nad swą rakietą, albo - co jest jeszcze gorsze -
zestrzelenie własnego samolotu czy zatopienie własnego okrętu podwodnego???...
Implikacją czegoś takiego byłaby kompromitacja i ośmieszenie armii, utrata
prestiżu, nagonka mediów, krytyka na forum parlamentu, węszenie wywiadów i
kontrwywiadów, itd. itp. Z drugiej zaś strony prędzej czy później, tak czy
inaczej, doszłoby do przecieków medialnych - tak zawsze bywa w krajach
demokratycznych. Wielka Brytania, to nie Rosja Radziecka z jej manią utajniania
wszystkiego, co nie pasuje jej rządzącym. W normalnych i demokratycznych krajach
utajnia się tylko naprawdę ważne rzeczy i wydarzenia, a wybuch rakiety - choćby
nie wiem, jak nowoczesnej i najnowszej generacji i typu - jest tylko jednym z
wydarzeń, które stanowią chwilową sensację dnia.[96]
Nie sądzę zatem, by była to zwykła ziemska rakieta.
W tej chwili zamieszałem
swoją kawę i nastawiłem bacznie uszu, bo zadałem kolejne - oczywiste w tej
sytuacji - pytanie:
- Skoro to nie była
rakieta, to w takim razie co to było?
- Sądzę, że wybuch na
Hebrydach mógłby stanowić dowód na prawdziwość hipotezy o atomowych wojnach
bogów! - odpowiada on. - W świetle tej hipotezy możemy śmiało założyć, że w dniu
26 października 1996 roku nad Hebrydami Zewnętrznymi doszło do eksplozji
termojądrowej lub neutronowej głowicy Atlantydów lub ich przeciwników,
kimkolwiek by byli, pochodzącej sprzed dwunastu tysiącleci. Nie były to wybuchy
jądrowe, bo w przeciwnym wypadku cała wyspa Lewis i jej mieszkańcy wyparowaliby
w błysku termicznym termojądrowej eksplozji o temperaturze co najmniej 10 mln K.
Był to wybuch chemiczny inicjujących ładunków konwencjonalnych materiałów
wybuchowych i paliwa syntezy termojądrowej. Do jądrowego wybuchu na szczęście
nie doszło.
Nasza dalsza rozmowa
toczyła się wokół zasad konstrukcji broni jądrowych i termojądrowych, które są
znane choćby z podręczników Przysposobienia Obronnego z czasów, kiedy czerwona
płaszczyzna krajów tzw. „obozu socjalistycznego” straszyła na mapach zachodnich
polityków i wojskowych. Pomijam tą część wywiadu, co dotyczy także szczegółów
technicznych dowodzenia, dlaczego i wskutek czego hipotetyczna głowica, która po
wejściu w atmosferę leciała kursem na Hebrydy i wybuchła nad Lewis, miała
zapalnik sporządzony z bomby atomowej zrobiony z izotopu 239Pu+IV
o jego T1/2 = 24.400 lat, co stało się przyczyną jądrowego niewybuchu
tej głowicy. Szczegóły znajdzie Czytelnik w referacie Roberta na VI
Środkowoeuropejski Kongres Ufologiczny w Koszycach, listopad 1997 rok.[97]
- Jeżeli założymy, że ten
właśnie izotop plutonu-239 został użyty do budowy detonatorów w głowicach
termojądrowych Atlantydów - ciągnie dalej Robert - tak zatem po upływie 20.000
lat były one już do niczego, bo masa krytyczna plutonu przestała być masą
krytyczną i stała się masą podkrytyczną. Po wtargnięciu głowicy do atmosfery
ziemskiej i po jej naprowadzeniu na cel doszło tylko do wybuchu konwencjonalnego
materiału wybuchowego, który rozerwał pancerz głowicy i zainicjował drugi
chemiczny wybuch mieszaniny wodorku litu - HLi z dwuwodorkiem berylu - H2Be
- jeżeli była to głowica neutronowa - które to związki reagują wybuchowo z
tlenem z powietrza atmosferycznego, co doskonale wyjaśnia dwa wybuchy i lawinę
płomienistych szczątków do oceanu. Czyż nie jest to jasne?...
- Czy rzecz ta jest do
udowodnienia?
- Oczywiście! Zwiększona
ilość litu i berylu oraz produktów rozpadu jader uranu bądź plutonu w próbkach
gleby czy wody mogłaby być doskonałą wskazówką tego, że szło o rozbicie się
głowicy A, H czy N, co dałoby się znaleźć w oceanicznych czy lądowych
sedymentach na Lewis, o czym wspomniałem Tony’emu Doddowi w liście z 22 stycznia
1997 roku.
- Wziąłem pod uwagę
jeszcze jedną możliwość - prawił dalej mój gospodarz - Założyłem, ze mieszkańcy
Atlantydy byli w stanie syntetyzować antymaterię. Reakcja anihilacji materii i
antymaterii jest jedną z najbardziej wydajnych energetycznie reakcji we
Wszechświecie, i tak jeżeli pięciotonowa bomba A z czasów II Wojny Światowej
wyzwoliła energię eksplozji rzędu 1,5 x 1014J, to anihilacja tej
samej masy dałaby energię rzędu 4,5 x 1020J - czyli 3 mln razy więcej
(!!!), niż ta śmieszna petarda rzucona na Hiroszimę! Porównajmy to z ilością
energii, którą Ludzkość ma do dyspozycji w nośnikach energii w postaci paliw
kopalnych - jest to około 11 x 1022J, a przy maksymalnym
wykorzystaniu zasobów uranu, toru i zsyntetyzowanego plutonu, będzie tego około
2,5 x 1025J... Wybuch bomby anihilacyjnej - broni D od słowa
„dezintegracja” - nad Lewis, zmiotłoby z powierzchni Ziemi ponad pół Europy. Być
może coś takiego spadło właśnie na początku naszego stulecia w rejonie
Podkamiennej Tunguskiej.[98]
Na chwile przerwijmy nasz
wywiad i spróbujmy zrekapitulować przebieg wydarzeń, które do dziś dnia nie
znalazły swego wytłumaczenia:
Dnia 30 czerwca 1908 roku,
o godzinie 07h17m11s czasu lokalnego, czyli o
00:17.11 GMT nad Syberią przeleciało podługowate ciało i eksplodowało w
okolicach faktorii Wanawara w dorzeczu Podkamiennej Tunguskiej, na 60o55’
N i 101o57’ E. Detonację było słychać w promieniu 800 km - rolnika
S. B. Siemionowa powaliła ona na ziemię i pozbawiła przytomności. Trzęsienie ziemi
wywaliło wrota stodoły i powybijało szyby w oknach. Maszynista lokomotywy
pociągu Kolei Transsyberyjskiej zatrzymał go w obawie, że trzęsienie ziemi go
wykolei. Wstrząsy podziemne zostały zarejestrowane niemal na całym świecie, zaś
atmosferyczne fale uderzeniowe obiegły dwukrotnie kulę ziemską.
Niebo zabarwiło się na
jasno-karminowy kolor, co zaobserwowano w Heidelbergu, St. Petersburgu i
Londynie. Gigantyczny obłok pyłu rozsiał się w atmosferze ponad stratosferą, co
spowodowało powstanie świecących obłoków na niebie Europy i północnej Afryki. Na
obszar Tunguskiej Obłasti spadł dziwny, czarny deszcz...
Sprawą zajmowało się wielu
specjalistów, którzy opisywali wyniki swych badań w literaturze
popularno-naukowej, ale przytoczę tutaj tylko wyniki uzyskane przez triumwirat
matematyków Korobiennikowa, Czustkinai Szurszałowa, którzy
wyciągnęli z tego wydarzenia daleko idące wnioski.[99]
Obszar zniszczonej eksplozją tajgi miał nieregularny kształt jakby motyla z
rozpiętymi skrzydłami, szerokiego na 75 km i długiego na 50 km. Eksplozja miała
miejsce 6.500 m nad tajgą, a trajektoria tajemniczego intruza przebiegała pod
kątem 40o względem powierzchni Ziemi. Całkowita ilość energii
wyzwolonej w momencie wybuchu wynosiła, wedle szacunków energii fal
uderzeniowych eksplozji - około 9,5 Mt TNT, co triumwirat matematyków porównał
do ładunku termojądrowego wielkiej mocy.[100]
Poglad ten już w 1946 roku
wygłosił inny rosyjski badacz dr inż. Aleksander Kazancew. Jako pierwszy
uważał katastrofę tunguską za nadziemny wybuch jądrowy, a to ze względu na
informacje o dziwnych chorobach skóry ludzi z pobliża miejsca wybuchu, co wziął
za objawy choroby popromiennej.[101]
Oczywiście przeciwko
takiemu rozumowaniu podniosły się silne protesty świata nauki, ale Kazancew już
w drugiej połowie lat 40. XX wieku wiedział, co mówi.
Krótko po atomowym
bombardowaniu Hiroszimy, Kazancew także znalazł się w tym mieście, które
zniszczył właśnie nadziemny wybuch jądrowy. I właśnie tutaj - w Hiroszimie -
Kazancewowi zapaliło się w mózgu dziwne wrażenie, że już gdzieś to widział...
Chwytliwa pamięć dopomogła skojarzyć mu to, co miał przed oczami w Hiroszimie z
tym, co widział w tajdze Podkamiennej Tunguskiej. A oto analogie znalezione
przez Kazancewa:
vW centrum
wybuchu, pod „punktem zero” stały gołe drzewa przypominające słupy
telegraficzne. W Hiroszimie było coś dokładnie takiego samego - 100 m od punktu
zerowego eksplozji stały drzewa pozbawione konarów i kory, choć okoliczne
budynki zmieniły się w sterty gruzu, zaś dalsze drzewa zostały powalone
korzeniami w kierunku punkty zerowego, dokładnie jak w tunguskiej tajdze!
vCzarny dym i
czarny deszcz. Świadkowie, którzy przeżyli atak na Hiroszimę mówili o tym, że po
eksplozji nad ruinami miasta zawisł czarny obłok, z którego padał na ziemię
czarny deszcz - dokładnie tak, jak na Syberii w czerwcu 1908 roku. Słup dymu w
Podkamiennej Tunguskiej miał co najmniej 20.000 m wysokości, zaś ten w
Hiroszimie tylko 12-15 tys. metrów.
vCharakter
promieniowania termicznego. Jak wiemy, jednym z efektów wybuchu jądrowego jest
błysk termiczny (podczerwony) i co za tym idzie - ekstremalny wzrost
temperatury. Prof. Feliks Zigiel wyliczył, że tunguski wybuch musiał
spowodować wzrost temperatury o kilkadziesiąt tysięcy stopni Celsjusza. Także
ciekawą okazuje się być relacja pomiędzy wybuchem a wypalonym lasem. Na obszarze
katastrofy drzewa spaliły się całkiem, albo nie - wcale nie! Istniały przecież
przypadki, gdzie na spalonych obszarach były „wyspy” nietkniętej płomieniami
roślinności, a to dowolnie potwierdza fakt, że nie mógł to być zwykły pożar
lasu. Ogień zapłonął na tych miejscach, które miały gęste podszycie i których
liście nie uchroniły przed przenikliwym żarem w ułamku sekundy - dokładnie tak,
jak przy wybuchu nuklearnym.
vRodzaj
wybuchu i jego następstwa. Ekspedycje prof. Zołotowa i prof.
Fłorieńskiego potwierdziły, ze eksplozja miała miejsce na wysokosci 3-5 km,
co zupełnie wyklucza wybuch jakiegoś meteorytu czy bolidu i całkowicie wybuch
komety.[102]
vAnalogia do
choroby popromiennej. Pasterze w tajdze zaobserwowali, że w czasie po wybuchu
zwierzęta dostały jakiejś choroby skórnej. W 1945 roku, po eksperymentalnym
wybuchu w Alamogordo tamtejsze zwierzęta doświadczalne dostały identycznej
choroby skóry, jak te w tajdze.
vPojawienie
się mutacji w tajdze. Jak wykazały badania prof. Fłorieńskiego w 1958 roku, na
obszarze eksplozji rośliny wykazują zmiany genetyczne, które zaowocowały przede
wszystkim stymulacją wzrostu - dokładnie to samo zjawisko obserwowano w
Hiroszimie. Tempo zmian dziedziczności przyspieszyło aż 12-krotnie, najwięcej na
przedłużeniu trajektorii Tunguskiego Dziwa. Po 70 latach na miejscu katastrofy
wyrósł las iglasty. Eksperci stwierdzili, że nasiona sosen były poddane po
katastrofie silnym mutagennym czynnikom. Analiza dendrologiczna słoi rocznego
przyrostu wykazała, że słoje z czasów katastrofy były większe i wyraźniejsze.
Przed rokiem 1908 miały one przeciętnie1-4 mm grubości, a po eksplozji aż 5-10
mm! Drzewa, które przeżyły wybuch zwiększyły się trzykrotnie, zaś ich obwód
znacznie przekroczył normę...
vPodwyższenie
poziomu naturalnego tła promieniowania radioaktywnego. W 1959 roku ekspedycja
Plechanowa zbadała 300 gatunków roślin rosnących na terenie powybuchowym.
Radioaktywność w epicentrum wybuchu była 1,5 razy wyższa, niż w odległości 50 km
od niego - przede wszystkim w inkryminowanych słojach przyrostu z 1908 roku.
Wykazuje to, że ogień, który zniszczył tajgę był jądrowego pochodzenia i zmiany
w genomach miejscowych roślin trzeba przypisać tylko i wyłącznie promieniowaniu
jonizującemu.
vZnalezienie
Trinitytu. Na atomowym poligonie w Alamogordo uczeni znaleźli w kraterze
powybuchowym zeszkloną masę, przypominającą swym wyglądem zieloną porcelanę,
której to masie nadali nazwę Trinityt - od kryptonimu całego doświadczalnej
eksplozji „Trinity” - Trójca Święta. Dokładnie takie same kawałki zeszklonej
gleby zostały znalezione w syberyjskiej tajdze w latach 60.![103]
A zatem jądrowy wybuch już
w 1908 roku?
Facta non
ficta!
A to jeszcze nie wszystko
- eksplozja nastąpiła po przelocie cygaro-kształtnego obiektu ze szczególną
charakterystyką lotu i wykonaniem manewru unikowego na trasie 600 km.
Szczególnym jest to, że ów CNOL[104]
zmniejszył swą prędkość lotu z 45 km/s do zaledwie 0,7 km/s - do prędkości lotu
pocisku karabinowego... Rosyjski astrofizyk B. J. Lewin ponadto
udowodnił, że „meteoryt” po raz pierwszy zaobserwowano na wysokości 130 km, a
zatem w obszarze szerokiego na 60 km korytarza lądowania sztucznych obiektów
kosmicznych, których trajektoria musi tworzyć z linią horyzontu kąt o wartości 6o.
innymi słowy mówiąc, tak właśnie powinna lecieć rakieta z głowicą bojową z
programu SDI Atlantydów, wycelowana w rejon Podkamiennej Tunguskiej...
Wróćmy jednak spoza Uralu
i czerwca 1908 roku, na północną stronę Tatr i do czerwca 1997 roku. W
archiwum-pracowni Roberta dopijam kawę, z której została tylko warstwa fusów na
dnie filiżanki. Za otwartym oknem szumią śliwy i bzyczy jakaś pszczoła usiłująca
wlecieć do środka.
- Reasumując - powiada
Robert - Pozwalam sobie wygłosić opinię, że to może być właśnie taka przyczyna
wybuchu nad Hebrydami. Poza wskazówkami, o jakich tu mówiłem, jest jeszcze jedna
przesłanka - historyczna - bowiem na Hebrydach są widoczne ślady po gigantycznej
katastrofie w postaci zwitryfikowanego bazaltu, co mogły spowodować tylko
eksplozje nuklearne. Poza Lewis z archipelagu Hebrydów Zewnętrznych możemy ślady
tej katastrofy znaleźć także na Hebrydach Wewnętrznych, na wyspach Skye, Rhum,
Eigg czy Staffa...
Mówiąc te słowa Robert
podszedł do swej biblioteczki i przyniósł książkę, którą wyciągnął spośród
kilkuset tomów. Chwilę trwało, zanim znalazł odpowiedni akapit, a potem zaczął
cytować:
...Ślady tego ognia można
znaleźć głównie na Ben More, wznoszącej się na wyspie Mull. Profesor W. J.
Judd, angielski sejsmolog udowodnił, że ten szczyt, który dzisiaj mierzy
jedynie 996 metrów nad poziom morza musiał mieć trzy albo i więcej tysiące
metrów wysokości i był zniszczony przez bombardowanie z niebios.[105]
-Hmmm... - mój gospodarz
trzymał już w ręku inną książkę - Wydaje mi się, że Aleksander Grobicki
trafił w dziesiątkę i teraz wiemy, jakie to było bombardowanie... W tym
fragmencie całkowicie zrozumiałe jest to, co Platon włożył w usta starego
egipskiego kapłana z Sais, a potem i Solona:
...i prawdą jest zbaczanie
ciał przebiegających obok Ziemi po niebie i co jakiś czas zniszczenie tego, co
na Ziemi od wielkiego ognia.[106]
W zaległej nagle ciszy
rozległ się szczęk wyłącznika magnetofonu. Zamknąłem książkę, którą trzymałem w
ręku, obróciłem kasetę i włączyłem magnetofon, a Robert mówił dalej:
- Te „ciała przebiegające
obok Ziemi”, to wcale nie musiały być asteroidy, ale termojądrowe głowice
Atlantydów. To całkiem możliwe, że egipscy i żydowscy pasterze obserwowali ich
działanie w Sodomie i Gomorze[107],
a jakaś uderzyła w Mohendjo-Daro. Przeciez wielu atlantologów uważa Wyspy
Brytyjskie za część Imperium Atlantydy - prowincje Poseidię![108]
Ktos mógłby się doczepić do tego, że skoro ta część Imperium Atlantydy była już
bombardowana, to po co miałoby się ją bombardować po raz wtóry? Doświadczenia
wojenne naszej cywilizacji uczą, że w przypadku konfliktu na cel leci więcej,
niż jedna rakieta z głowicą jądrową. Zasada jest bardzo prosta - jedną głowicę
jądrową system OPB (Obrony Przeciw Balistycznej) może łatwo zlokalizować i
zniszczyć - jak to miało miejsce w czasie Wojny w Zatoce w 1991 roku, kiedy to
system OPB taki jak Patriot czy Aegis lokalizował i
z powodzeniem niszczył irackie pociski typu SCUD. Ale zestrzelić
dwie lub trzy rakiety manewrujące, lecące z różnych kierunków i z prędkościami
około 10 Ma - o! to jest zupełnie inna para kaloszy. Dlatego właśnie Ronald
Reagan tak pilił swoich naukowców i generałów do wybudowania systemu
obronnego znanego jako SDI czy aktualnie NMD. Szło tutaj o zniszczenie
sowieckich rakiet balistycznych, zanim dolecą do atmosfery nad terytorium USA.[109]
Do czego mogło doprowadzić odpalenie ICBM z głowicami jądrowymi, to mogliśmy
sobie zobaczyć choćby na filmie „The Day After”, w którym na miasto Kansas City
spadają dwie sowieckie głowice termojądrowe po 50 kt TNT każda. Reżyser tego
obrazu był jednak strasznym optymistą, bo byłoby jeszcze gorzej, niż to ukazano
w tym filmie. I było jeszcze gorzej. 12.000 lat temu!...[110]
- Czy zaobserwowano coś
podobnego? - pytam.
- Oczywiście, że
zaobserwowano. Poza Meteorytem Tunguskim czy jak wolisz Tunguskim Ciałem
Kosmicznym albo Tunguskim Fenomenem, który mógł być właśnie takim
wielogłowicowym pociskiem rakietowym - MIRV czy MRV[111]
- boż stwierdzono tam nie j e d e n , ale t r z y wywały drzew w tajdze[112]
czy śladami wybuchów na Hebrydach, możemy wyliczyć jeszcze inne, jak nie
identyczne - fenomeny.
Mój rozmówca podsunął mi
kilka kartek maszynopisu, które natychmiast znikły w mojej aktówce i które
przestudiowałem jadąc do domu:
vRumowisko
Wantule i Wąwóz Kraków w Polskich Tatrach Zachodnich. Obie te formacje powstały
przed 10.000 lat w rezultacie silnego, punktowego trzęsienia ziemi o sile co
najmniej 8oR. takie punktowe trzęsienie ziemi mogła spowodować tylko
eksplozja mikroładunku jądrowego rzędu 0,5-1,0 kt TNT, albo uderzenie w masyw
Ciemniaka w Czerwonych Wierchach niewybuchu kosmicznej głowicy jądrowej.
vRumowisko po
kopule szczytowej Slavkoskiego Szczytu w Słowackich Tatrach Wysokich. 6 sierpnia
1662 roku, nieznane „coś” wyrżnęło w szczyt i rozwaliło go, powodując tym samym
silne lokalne trzęsienie ziemi o sile 5-6oR. świadkowie wydarzenia
widzieli przy tym smoka, który poleciał dalej na południe i spadł w okolicach
wsi Štrba. Mógł to być niewybuch głowicy jądrowej lub głowicy z bronią B, która
po rozbiciu się uwolniła toksyczny radioaktywny pluton albo zarazki Czarnego
Moru, który pustoszył potem okolicę.[113]
vJeszcze do
dziś dnia nie wiemy, czym był tzw. Wielki Bolid Polski z dnia 20 sierpnia 1979
roku. Kiedyś podejrzewałem, że był to radziecki ICBM czy MRV, ale trudno
przypuścić, by taka rakieta przeleciała nad Europą i nie wywołała reakcji NATO i
USA?
vMarzec 1956,
inż. Mad Schock sfotografował rozpad dziwnego i tajemniczego meteorytu
nad Pustynią Libijską. Mógł to być pojazd atmosferyczny lub pozaatmosferyczny
pędzony silanami - czyli wodorkami krzemu. Wybuch tego „meteorytu” nastąpił na
wysokości co najmniej 18.000 m! Po eksplozji całą okolicę zasypał piasek, co
mogłoby być dowodem na powyższe.
- Czy był to meteoryt? -
zapytuje w swym komentarzu Robert Leśniakiewicz - inż. Schock zbierał próbki
piasku i kamieni nazajutrz po tym wydarzeniu i mogły one - ale wcale nie musiały
- być odłamkami gościa z Kosmosu. Na Saharze, podobnie jak na Antarktydzie,
nietrudno jest znaleźć meteoryty, a nie zapominajmy, że Sahara była ongi
kwitnącą krainą - jeszcze nomen-omen 10.000 lat temu. Kto wie, czy nie była ona
celem ataku z Kosmosu?...[114]
Piąty przypadek:
v19 marca 1986
roku jakieś trzy „pociski” omal nie posłały na dno polski prom
pasażersko-samochodowy m/f Wawel. Początkowo postawiłem na
meteoryt, ale całkiem dobrze mogła to być atomowa głowica Atlantydów, a zatem w
miejscu o koordynatach 14o30’E i 54o33’N na głębokości
około 30 m mogą się znajdować szczątki meteorytu bądź też ... atomowej
(biologicznej czy chemicznej) głowicy bojowej Atlantydów.
vPrzestrzeń
powietrzna Kalifornii nad Los Angeles. Dnia 9 października 1992 roku, wielu
ludzi obserwowało przelot „czegoś”, co wtargnęło do atmosfery, gdzie się
spaliło. Na pewno n i e b y ł to jakiś sztuczny satelita Ziemi.
vTajemniczy
wybuch nad Zieloną Górą w dniu 3 maja 1994 roku. Bez wyjaśnienia.
vFenomen
Tunguski - trzy wywały drzew i trzy wybuchy o sumarycznej mocy 13...130 Mt TNT!
To były przykłady
wskazówek, które mogą, ale nie muszą służyć za przesłanki o prawdziwości teorii
o prehistorycznych głowicach bojowych w Kosmosie.[115] Kiedy
przechadzaliśmy się po Jordanowie, zapytałem Roberta o to, co mogłoby nam pomóc
w dalszych badaniach?
- Myślę, że należałoby
wykonać następujące czynności - powiedział Robert po krótkiej chwili
zastanowienia - Po pierwsze: dokładnie przeszukać teren, nad którym
zaobserwowano rozpad obiektu i spróbować znaleźć jego szczątki, zebrać je i
zabezpieczyć, a potem dokładnie udokumentować. Po drugie: zlokalizować źródła
promieniowania przy pomocy radiometrów, i określić moc i rodzaj ich
promieniowania. Po trzecie: przeprowadzić analizę chemiczną próbek gleby,
roślinności i wody na obecność pierwiastków ziem rzadkich i produktów rozpadu
uranu czy transuranowców. I wreszcie po czwarte: poszukać ewentualnych zmian
radiogennych zwierząt i roślin, które miałyby miejsce 1-10 lat po wydarzeniu, w
elipsie rozrzutu odłamków po eksplozji. Oczywiście kosztowałoby to dużo
pieniędzy i czasu - przyznaje Robert po chwili namysłu, kiedyśmy wrócili do jego
pracowni - Ale byłoby to możliwe, gdybyśmy mieli chociaż j e d e n p r o m
i l z tych 10 mln mld USD, które corocznie świat wydaje na zbrojenia i badania
nad nowymi rodzajami i systemami broni...[116]
Staliśmy na podwórzu
Robertowego domu, którego fasadę zalewało mocne, słoneczne światło. W ogródku
bzyczały pszczoły, niedaleko porykiwała krowa, a o kostki ocierały się nam koty.
Mimo woli wzniosłem oczy ku niebieskiemu niebu, bez jednego obłoczka. Naraz
poczułem nagły chłód, gdy uprzytomniłem sobie, że gdzieś tam, w czarnym
bezkresie Kosmosu krążą jak drapieżniki, stare bojowe satelity, których
śmiercionośne głowice wciąż są wycelowane w Ziemię...
---oooOooo---
Rozdział V - DANCE
MACABRE W NAJBLIŻSZYM WSZECHŚWIECIE
Śmierć tańczy na orbicie -
Płonące pochodnie i latające ognie na niebie - Nostradamus: Prorok, który wiele
wiedział, ale niewiele rozumiał - Niebiescy podpalacze: Padał napalm, fosfor czy
siarka? - Tajemnicza zorza nad Europą.
Któregoś późnego wieczoru,
już po mojej wizycie w Jordanowie, stałem sobie na balkonie mojego domu i
paliłem papierosa. Mój wzrok błądził z jego żarzącego się końca na ciemne niebo
nad głową, na którym lśniły setki gwiazd. Kometa Hale-Boppa już dawno opuściła
ogromna arenę, na której z początkiem roku tryumfalnie się zjawiła, a teraz
nieboskłon przecinały tam i ówdzie krótkie błyski oznaczające koniec życia
meteorów...
Res incognita animos
turbat - jak
mówi starorzymskie przysłowie - rzecz nieznana niepokoi duszę. Wizyta u Roberta
Leśniakiewicza miała dla mnie jeden jedyny cel - upewnienie się, co do tego, że
hipoteza o atomowych wojnach w Starożytności nie jest takim głupim pomysłem,
jakby się to wydawało. I tak, w tej całej „aferze” z radioaktywną trumną w
koszyckich podziemiach powstało całkiem logiczne pytanie: I CO DALEJ?!
Póki będziemy zakładać, że
„martwe satelity” wisiały nad cywilizacją Średniowiecza, jak przysłowiowy miecz
Damoklesa, póty możemy poszukiwać wzmianek o dziwnych wydarzeniach w relacjach
ówczesnych kronikarzy. Spadające satelity i rakiety musiały manifestować się na
niebie dziwnymi światłami, kształtami cylindrycznymi i stożkowatymi czy
kulistymi, które miały bardzo mało wspólnego z obiektami o kształcie dysku -
znanych nam od 1947 roku.
Zasadnicza różnica
polega na braku jakichkolwiek manewrów czy prędkości lotu, który to lot był
wykonywany na tej samej, prostej trajektorii.[117]
Większość z tych obiektów ukończyła swój lot spadkiem, albo nadziemnym wybuchem,
który w połączeniu z kształtem przypominającym samolot czy rakietę - wprost
sugeruje podobieństwo do głowic pocisków rakietowych.
A teraz spójrzmy na to, co
się działo w przedziale czasowym pomiędzy początkiem Średniowiecza, a końcem
XVIII wieku - jak spada ilość i jakość informacji z postępem czasu, dzięki
mistycznej i religijnej interpretacji obserwatorów. Uogólniając, można rzec, że
od początku tysiąclecia spadał z nieba ogień, na niebie manewrowały dziwne
ogniste pochodnie czy cylindry ogniste, a od czasu do czasu rozlegały się
tajemnicze eksplozje. Już sam przegląd niektórych tylko obserwacji może być z
naszego punktu widzenia bardzo zajmujący
Zobaczmy sami:
Rok/Lata
Wydarzenie
715
W środku lata na
niebie pokazał się ciemny obłok, a potem niebo błysnęło ogniem.
746-773
Na niebie widziano
ogniste smoki, szable i krzyże.
919
Nad Węgrami
pokazała się tajemnicza, świecąca pochodnia.
1104
Ogniste pochodnie i
latające ognie na niebie.
1258
Błyszcząca kula
przeleciała nad rzeka i dwoma wioskami Szkocji, a po przebyciu 3 mil
rozpadła się na popiół.
1322
4 listopada, w nocy
nad Uxbridge (Anglia) pokazał się ognisty słup, który zmienił kolor, a
potem z niego wydobył się czerwony płomień i posłyszano silny wybuch.
1355
W lecie, nad
wieloma miastami Anglii latały czerwone i niebieskie tarcze, które jakby
walczyły ze sobą.
1388
W kwietniu nad
wieloma miastami Europy widziano ognistego smoka.
1478
W Szwajcarii
spadały z nieba na ziemię przedmioty podobne do dzwonów[118]
i „ogniste misy”, które pozostawiały ślady na niebie.
1501-1503
W całej Europie
spadały z nieba misy i krzyże - w okolicy Norymbergii przez całe 26 dni!
1561
14 kwietnia
przelatywały nad Norymbergą cylindry, krzyże i inne figury geometryczne,
które jakby toczyły ze sobą bój!
1619
11 czerwca nad
wioską Odranec i częścią wsi Věcova[119]
widziano jakiś ciemny obłok, w nim koło i jakieś dziwne znaki. Potem
usłyszano straszliwy huk, jakby wybuchu i na ziemię spadły trzy kawały
metalu. W tym samym roku Christopher Schere prefekt jednego ze
szwajcarskich kantonów widział przelot długiego, błyszczącego obiektu
nad Fluelenem.
1624
Od 7 do 17
listopada, w Czechach, zawsze o godzinie 5 po południu pokazywała się
kula lecąca z zachodu ku wschodowi. Obracała się i zmieniała kolor od
białej do czerwonej. Niekiedy kul było więcej.
1678
W godzinę po
zachodzie Słońca, nad Dalmacją pokazał się obiekt większy od Księżyca w
pełni i przeleciał nad Włochami i Korsyką z chrzęstem przesypywanych
kamieni.
1752
15 kwietnia nad
szwedzkim Angermanlandem przeleciała jakaś rura z fontanną ognia!
1762
9 sierpnia nad
Szwajcarią przeleciał wrzecionowaty przedmiot, który zaobserwowali także
dwaj astronomowie.
1783
18 sierpnia o
godzinie 21:15, pewien Włoch Tiberius Cavello zaobserwował mały
obłok, a pod nim owalny obiekt, który po chwili eksplodował. 30 sierpnia
nad Greenwich jakiś obiekt rozpadł się na 8 satelitów, które powoli
odleciały na SE.