The Streets of Ashkelon
Opowiadanie religijno - fantastyczne
Ponad wieczną osłoną chmur Świata Weskera dał się słyszeć narastający,
przytłumiony łoskot. Handlarz Garth zatrzymał się raptownie, pozwalając
butom zagłębić się w błotnistej mazi, i przyłożył dłoń do ucha.
Zniekształcony przez gęstą atmosferę grzmot był coraz głośniejszy.
- To brzmi podobnie jak hałas czyniony przez twój podniebny statek -
powiedział Itin przetrawiając powoli skrawki informacji, by z
zachowaniem wszelkich zasad tutejszej logiki przeanalizować dokładnie
każdy z osobna. - Ale przecież twój statek stoi wciąż tam, gdzie
wylądowałeś, i chociaż w tej chwili go nie widzimy, musi tam stać,
jesteś bowiem jedyną osobą, która potrafi go obsługiwać. Nawet gdyby
ktoś jeszcze to umiał, słyszelibyśmy najpierw odgłosy jego startu.
Ponieważ tak nie było, a ten hałas jest niewątpliwie wydawany przez
pojazd kosmiczny, zatem musi to być...
- ...jakiś inny statek - uciął Garth, zbyt zajęty własnymi myślami, by
cierpliwie czekać, aż Itin dobrnie do
końca łańcucha logicznego. Z całą pewnością był to jakiś inny gość z
przestrzeni, kierujący się, podobnie jak on przedtem, na sygnał radaru
S.S. Pojawienie się kogoś takiego było tylko kwestią czasu. Nowo
przybyły niewątpliwie szybko dojrzy na ekranach statek handlarza i
postara się wylądować jak najbliżej.
- Lepiej się pospiesz, Itin - stwierdził Garth. - Najszybciej dotrzesz
do wioski wodą. Powiedz wszystkim, by schowali się w bagnie, byle dalej
od stałego lądu. Urządzenia tego statku wytwarzają podczas lądowania tak
wysoką temperaturę, że każdy, kto znajdzie się w miejscu przyziemienia,
zostanie dosłownie ugotowany.
Była to groźba, którą niewielki, ziemnowodny mieszkaniec Świata Weskera
zrozumiał od razu. Zanim jeszcze Garth skończył mówić, Itin zwinął
żebrowane uszy niczym nietoperz skrzydła i bez szmeru dał nurka do
pobliskiego kanału. Garth ruszył dalej przez hamującą kroki maź,
docierając do skraju wioski w chwili, gdy łoskot przeszedł w ogłuszający
ryk, a statek kosmiczny wyłonił się spośród nisko zalegających chmur.
Przesłoniwszy oczy dłonią, by nie dać się oślepić długiemu językowi
tryskającego z dysz ognia, przyglądał się z mieszanymi uczuciami
szaro-czarnej sylwetce pojazdu.
Po spędzeniu na Świecie Weskera prawie całego standardowego roku, brak
towarzystwa innych ludzi zaczynał poważnie mu doskwierać. Niemniej,
podczas gdy odziedziczony po małpich przodkach instynkt stadny domagał
się swoich praw, umysł kupca liczył pilnie słupki i dodawał zyski. Ten
statek też mógł należeć do jakiegoś handlarza, co oznaczałoby koniec
monopolu na handel z tą planetą. Z drugiej jednak strony, równie dobrze
mógł to być ktokolwiek inny. Pomyślawszy to, Garth schronił się pod
gigantyczną paprocią i poluzował tkwiącą w kaburze broń. Statek osuszył
na wiór co najmniej ze sto jardów kwadratowych moczarów, aż w końcu
silniki umilkły, a stopy wsporników zagłębiły się z trzaskiem w popękany
grunt. Metal poskrzypywał jeszcze, osiadając w miejscu, gdy chmura dymu
powoli rozpływała się w wilgotnym powietrzu.
- Garth... ty szantażysto, szczekający po tutejszemu... gdzie jesteś? -
zagrzmiał głośnik statku. Sylwetka pojazdu wyglądała tylko nieco
znajomo, ale brzmienie głosu nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Garth
uśmiechnął się krzywo wychodząc na otwartą przestrzeń i zagwizdał na
palcach. Kierunkowy mikrofon na stateczniku obrócił się w jego stronę.
- Co ty tu robisz, Singh? - krzyknął do mikrofonu. - Zamiast znaleźć
własną planetę, wolisz okradać innych z uczciwych zysków? Taki z ciebie
podstępny krętacz?
- Uczciwych! - ryknął wzmocniony głos. - I kto to mówi? Człowiek, który
poznał więcej więzień niż burdeli, a tych ostatnich, słowo daję, jest
niemało. Przykro mi, kompanie z dzieciństwa, ale nie możesz liczyć na
moją pomoc w obrabianiu tej morowej dziury. Mam na oku inny, o wiele
mniej śmierdzący świat, gdzie zbiję fortunę. Zatrzymałem się tu tylko na
chwilę, bo trafiła się okazja, by zarobić uczciwie kilka kredytów.
Jestem tu za taksówkę. Przywiozłem ci towarzystwo, idealne wręcz dla
ciebie. Facet nijak nie jest związany z twoim fachem, ale może ci się
przydać. Wyszedłbym sam, aby cię przywitać, gdyby nie te testy i
szczepienia. Wypuszczam pasażera przez śluzę i mam nadzieję, że pomożesz
mu z bagażem.
Przynajmniej nie będzie tu drugiego kupca, to jedno dobre. Ale jaki to
niby pasażer zechciał odbyć podróż w jedną stronę na tak zacofaną
planetę? Co takiego kryło się w pełnym rozbawienia głosie Singha? Garth
obszedł statek, by znaleźć się naprzeciw rampy, i spojrzał na przybysza,
który gramolił się przez luk towarowy, z trudem taszcząc wielką pakę.
Ten obrócił się, ukazując coś jakby białą psią obrożę, oznaczającą
duchownego. Powód wszelkich chichotów Singha z miejsca stał się
oczywisty.
- Co pan tu robi? - spytał szorstko Garth pomimo starań, by nadać
głosowi jak najłagodniejsze brzmienie. Jeśli nawet tamten to zauważył,
to zignorował formę powitania, uśmiechał się bowiem nadal i schodząc po
rampie wyciągnął dłoń.
- Jestem ojciec Marek - powiedział. - Z Misyjnego Towarzystwa Braci.
Miło mi spotkać...
- Pytałem, po co pan tu przybył. - Garth panował już nad sobą, a jego
głos był cichy i wręcz lodowaty. Wiedział, co trzeba zrobić, i to jak
najszybciej, jeśli miała istnieć jeszcze jakaś szansa.
- To chyba oczywiste - powiedział ojciec Marek, wciąż pełen dobrego
samopoczucia. - Nasze stowarzyszenie misyjne jako pierwsze wysyła
duchownych emisariuszy na obce światy. Miałem to szczęście...
- Zabieraj pan tę walizkę i wracaj zaraz na statek. Nie jesteś tu
potrzebny, nikt cię nie zapraszał. Będziesz tu tylko ciężarem dla
wszystkich, żaden tubylec nie będzie nawet chciał z tobą gadać.
- Nie wiem, kim pan jest, sir, ani czemu pan kłamie - powiedział ksiądz,
wciąż spokojny, ale już bez uśmiechu. - Zapoznałem się dobrze z prawem
galaktycznym, podobnie jak i z historią tej planety. Nie ma tu żadnych
chorób ani niebezpiecznych zwierząt. Jest to planeta otwarta, a dopóki
Inspekcja Kosmiczna nie zmieni jej statusu, mam takie samo prawo
przebywać na jej powierzchni, jak pan.
Facet miał rację, rzecz jasna, ale Garth nie mógł otwarcie tego
przyznać. Blefował, mając nadzieję, że ksiądz nie zna dobrze swoich
praw, ale niestety. Znał. Pozostał tylko jeden sposób, by go zawrócić,
póki jeszcze można to zrobić.
- Wracaj na statek! - krzyknął, nie skrywając złości. Płynnym ruchem
wyciągnął broń i z odległości kilku cali wymierzył czarną lufę w żołądek
księdza, który zbladł, ale się nie ruszył.
- Co ty wyrabiasz, Garth?! - krzyknął przez głośnik przerażony Singh. -
Ten facet zapłacił pełną taksę za przejazd i nie masz prawa wyrzucać go
z planety.
- Mam prawo - powiedział Garth, mierząc dla odmiany między oczy kapłana.
- Daję mu trzydzieści sekund na zawrócenie, potem pociągnę za spust.
- Cóż, wygląda na to, że albo oszalałeś, albo zebrało ci się na żarty.
Jeśli to dowcip, to w złym stylu. I nieudany. W te klocki ja jestem
lepszy.
Umieszczona w boku statku wieżyczka z czterema działkami obróciła się z
postękiwaniem i wycelowała lufy w Gartha.
- A teraz odłóż pukawkę i pomóż ojcu Markowi przenieść bagaż - rokazał
Singh, jakby lekko rozbawiony. - Chciałbym ci pomóc, przyjacielu, ale
nie mogę. Mam wrażenie, że jednak należy dać ci szansę zamienienia paru
słów z ojcem. Wiesz, ostatecznie poznałem go trochę w drodze z Ziemi.
Garth wcisnął broń do kabury. Czuł, że przegrał. Ojciec Marek uśmiechnął
się triumfująco i wyciągnął z kieszeni Biblię.
- Mój synu...
- Nie jestem twoim synem - wykrztusił Garth, wciąż przeżywając gorycz
porażki. Zamierzył się w gniewie pięścią, ale ostatecznie uderzył
intruza otwartą dłonią. Starczyło, by ksiądz upadł na ziemię, a białe
kartki książki splamiło błoto.
Itin i inni tubylcy obserwowali to wszystko beznamiętnie. Garth nie
zamierzał niczego im wyjaśniać. Ruszył w kierunku swojego domu, ale
kiedy odwrócił się, ujrzał, że nadal stoją bez ruchu.
- Przybył jeszcze jeden człowiek - powiedział. - Trzeba mu pomóc
wyładować jego bagaże. Jeśli nie będzie miał ich gdzie schować, możecie
wpakować je do dużego magazynu, aż znajdzie sobie jakieś miejsce.
Spojrzał jeszcze, jak rozkołysanym krokiem podążają w kierunku statku, a
potem wszedł do siebie i z niejaką satysfakcją trzasnął drzwiami tak
mocno, aż pękła jedna z szyb. Istotną ulgę przyniosło mu otwarcie jednej
z zaledwie kilku pozostałych jeszcze butelek irlandzkiej whisky, którą
trzymał na specjalne okazje. Cóż, ta okazja była wystarczająco
szczególna, chociaż nie taka, jakiej Garth by pragnął. Alkohol był
dobry, wypalił nieco paskudny smak, który czuł w ustach. Gdyby mu się
udało, sukces okupiłby wszystko. Ale przegrał, robiąc z siebie dupka.
Singh odpalił silniki bez jakichkolwiek pożegnań. Trudno było
powiedzieć, co sobie o tym pomyślał, ale na pewno po powrocie chlapnie
coś niestworzonego w klubie cechu. Nic, tym będzie się martwić, gdy
zajrzy tam następnym razem. Teraz trzeba ułożyć jakoś sprawy z tym
misjonarzem. Wyjrzawszy przez okno zobaczył, jak tamten w strugach
deszczu walczy z namiotem, cała zaś ludność wioski stoi w szeregu i
przygląda się. Oczywiście, nikt nie zaproponował pomocy.
Do czasu, gdy namiot już stanął, a wszystkie paczki i pudełka znalazły
się w środku, deszcz przestał padać, a poziom napoju w butelce znacznie
się obniżył. Garth czuł się o wiele lepiej przygotowany do stawienia
czoła nieproszonemu gościowi. W gruncie rzeczy pragnął nawet z nim
porozmawiać, zapominając na chwilę o interesach. Ostatecznie, cały rok
bez ludzkiego towarzystwa... W takiej sytuacji każdy kompan mógł być
mile widziany. Czy przyjmiesz zaproszenie na obiad? John Garth, napisał
na odwrocie starej faktury. A może za bardzo go przestraszył i duchowny
nie zechce przyjść? Nie, tak się nie zawiera znajomości. Wygrzebał spod
pryczy pudełko dość duże, by pomieściło pistolet. Itin czekał oczywiście
za drzwiami, jako że akurat teraz wypadała jego kolej jako dyżurnego
Zbieracza Wiedzy. Garth dał mu pudło i kartkę.
- Zaniesiesz to do tego nowego człowieka - powiedział.
- Czy ten nowy człowiek nazywa się Nowy Człowiek? - spytał Itin.
- Nie! - warknął Garth. - Nazywa się Marek. Ale proszę cię tylko, byś mu
to oddał, a nie żebyś wdawał się z nim w pogawędki.
- Nie prosisz mnie, bym z nim rozmawiał - powiedział wolno Itin. - Ale
on może o to poprosić. A inni spytają.0 jego imię, i gdybym go nie
znał... - dalszy ciąg zginął w huku zatrzaskiwanych drzwi. Jak zwykle,
gdy Garth tracił zimną krew i zapominał o dosłownym traktowaniu
wszystkiego przez tubylców, tubylcy wygrywali rundę. Trzaśniecie
drzwiami było półśrodkiem, przy następnym spotkaniu bowiem, wszystko
jedno, czy za dzień, za tydzień czy za miesiąc, Itin gotów był wznowić
monolog dokładnie w tym samym miejscu, w którym przerwał. Garth zaklął
pod nosem i dolał wody do dwóch ostatnich opakowań najlepszego w smaku
koncentratu.
- Wejść - powiedział, usłyszawszy ciche pukanie do drzwi. Ksiądz pojawił
się w progu z pudełkiem.
- Zwracam i dziękuję, panie Garth. Doceniam pański gest. Nie mam
pojęcia, co spowodowało ten żałosny incydent na lądowisku, ale chyba
najlepiej będzie o tym zapomnieć, jeśli mamy razem mieszkać na tej
planecie przez jakiś czas.
- Drinka? - spytał Garth, biorąc pudełko i wskazując na stojącą na stole
butelkę. Nalał do pełna dwie szklaneczki I wręczył jedną księdzu. - Też
tak myślę, ale jestem jeszcze chyba winien parę wyjaśnień. - Spojrzał
ponuro na szkło,
potem uniósł naczynie w kierunku kapłana. - Wszechświat jest duży i
powinniśmy umieć jak najlepiej się w nim znaleźć. Za Rozum!
- Bóg z tobą - powiedział ojciec Marek i również uniósł szklaneczkę.
- Ani nie ze mną, ani z tą planetą - powiedział zdecydowanie Garth. - I
w tym jest właśnie główny szkopuł. - Opróżnił szklaneczkę do połowy i
westchnął.
- Czy chcesz mną wstrząsnąć? - spytał kapłan z uśmiechem. - Zapewniam
cię, że to nie wystarcza.
- Nie chodzi o wstrząsy, ale o fakty. Ja sam jestem kimś, kogo wy
nazywacie ateistą, a zatem mało obchodzą mnie wszystkie objawione prawdy
jakiejkolwiek religii. Co zaś się tyczy tubylców, prostych i nie
uczonych, tkwią oni jeszcze w epoce kamienia łupanego. Udało im się
jednak dojść do tego miejsca w historii bez przesądów czy nawet śladów
oddawania czci bogom. Miałem nadzieję, że uda im się uchronić przed tym
jeszcze dłużej.
- Co mówisz? - kapłan zmarszczył brwi. - Chcesz powiedzieć, że oni nie
mają bogów, w nic nie wierzą? Przecież muszą umierać...?
- Owszem, umierają i obracają się w proch. Jak wszystkie żywe
stworzenia. Znają zjawiska przyrody, jak burze, drzewa i wodę, nie czczą
jednak błyskawic, duchów drzew czy nimf wodnych. Nie ma tu ani szpetnych
bożków, ani żadnego tabu, ani klątw, które zatruwałyby im życie. To
jedyne prymitywne społeczeństwo, jakie poznałem, wolne całkowicie od
przesądów i dzięki temu o wiele szczęśliwsze i rozsądniejsze, bardziej
normalne. Chciałem po prostu uchronić ich przed tego rodzaju wpływami.
- Chciałeś pozbawić ich Boga, odebrać im zbawienie? - Oczy księdza
rozszerzyły się, a on sam aż się cofnął.
- Nie. Chciałem uchronić ich od przesądów do czasu, aż dorosną nieco i
zaczną patrzeć na sprawy bardziej
realistycznie. Gdy nie będzie już grozić im zagłada za sprawą tego
wszystkiego...
- Ubliżasz Kościołowi, panie, równając wiarę z przesądami...
- Proszę - powiedział Garth, podnosząc rękę. - Żadnych sporów
teologicznych. Nie sądzę, by twoje szefostwo kupiło ci bilet po to
tylko, byś mnie nawracał. Przyjmij po prostu do wiadomości fakt, że
przez długie lata dochodziłem do mojego obecnego światopoglądu i żadna
podejrzana metafizyka tego nie zmieni. Obiecuję ci, że nie będę próbował
zawracać ciebie ze złej drogi, o ile ty obiecasz mi to samo.
- Zgoda, panie Garth. Przypomniał mi pan, że moją misją jest troska o te
dusze. Ale czemu moje dzieło tak bardzo panu przeszkadza, że aż chciał
powstrzymać mnie pan przed zejściem na ten ląd? Groził mi pan nawet
bronią i... - ksiądz urwał i spojrzał na szklankę.
- I nawet pana uderzyłem? Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie i mogę
jedynie przeprosić. Oczywisty brak dobrych manier, jeszcze gorsze
usposobienie. Proszę pożyć tu trochę, a i ksiądz nie będzie lepszy. -
Garth spojrzał ponuro na swe wielkie, złożone na stole dłonie. Na skórze
widniały liczne szramy i ślady zadrapań. - Powiedzmy, że to frustracja,
ponieważ ten świat jest taki, jaki jest. W swoim fachu musi ksiądz mieć
masę sposobności, by zaglądać w mroczne zakątki ludzkich dusz i umysłów,
i wie chyba niejedno o motywach postępowania i o szczęściu. Byłem zawsze
zbyt zajęty, by pomyśleć o osiedleniu się gdzieś, o założeniu rodziny.
Do niedawna wcale mi zresztą tego nie brakowało, zacząłem jednak myśleć
o tych na poły futrzastych, na poły rybich tubylcach jak o własnych
dzieciach. Czuję się do pewnego stopnia za nich odpowiedzialny.
- Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga - powiedział cicho ojciec Marek.
- Niech i tak będzie, ale wówczas mamy tu gromadkę Jego dzieci, które
nawet nie potrafią wyobrazić sobie Jego istnienia - warknął Garth, zły
nagle na samego siebie za chwilę słabości. Zaraz jednak dał się ponieść
emocjom. - Czy nie rozumie ksiądz, jakie to ważne? Proszę pożyć trochę z
nimi, a odkryje ksiądz, jak prosta i szczęśliwa jest ich egzystencja w
porównaniu z życiem w stanie łaski, o której tyle mówicie. Czerpią
przyjemność ze swego życia i nie zadają cierpienia. Dzięki zbiegowi
okoliczności są produktem swoistej ewolucji w świecie niemal zupełnie
pozbawionym bogactw, nie mieli zatem szansy wyjść poza kulturę wieku
kamienia. Umysłowo jednak mogą się równać z nami, może nawet są lepsi.
Wszyscy nauczyli się mojej mowy, bym mógł im wyjaśniać wszystko, co chcą
wiedzieć. Wiedza, jej gromadzenie, sprawia im prawdziwą satysfakcję.
Wydają się nieznośni, każdy nowy fakt musi bowiem przez nich zostać
umiejscowiony w znanej już strukturze rzeczy, ale im więcej się
dowiadują, tym prędzej ten proces przebiega. Któregoś dnia staną się pod
każdym względem równi człowiekowi, pewnie nawet nas przerosną. Czy
zechciałby mi ksiądz wyświadczyć pewną uprzejmość?
- Jeśli tylko będę w stanie.
- Proszę ich zostawić w spokoju. Albo nauczać ich, skoro już ksiądz
musi, historii, filozofii, prawa, wszystkiego, co pomoże im stawić czoło
realiom tego wielkiego wszechświata, którego istnienia nawet nie
podejrzewają. Ale proszę nie mieszać im w głowach waszą nienawiścią,
cierpieniem, poczuciem winy i obsesją grzechu i kary. Kto wie, co złego
może z tego wyniknąć...
- To zniewaga, sir! - powiedział kapłan, zrywając się na nogi. Ledwo
sięgał handlarzowi do brody, ale zachowywał się tak odważnie, jak ktoś
przeświadczony o słuszności swoich racji. Garth też wstał, tracąc
cierpliwość.
Stanęli naprzeciwko siebie, mierząc się gniewnymi spojrzeniami, gotowi
bronić własnych poglądów.
- To ty jesteś obrazą rodzaju ludzkiego! - krzyknął Garth. - Ten wasz
niewiarygodny egotyzm każe wam wierzyć, że wasza mała mitologia,
niewiele różniąca się od tysięcy innych brzemion człowieka, jest w
stanie uczynić cokolwiek więcej, niż tylko zamroczyć nie zmącone jeszcze
umysły. Czy nie rozumiesz, że oni wierzą w prawdę i nigdy nie słyszeli o
czymś takim, jak kłamstwo? Nie są przygotowani, by zrozumieć umysły
podążające innymi ścieżkami. Nie oszczędzisz im tego...?
- Będę czynił moją powinność, gdyż taka jest wola boska, panie Garth.
Oto są boże istoty, które mają dusze. Nie mogę poniechać ich, nie mogę
pozbawić ich Słowa, które może otworzyć im wrota do Królestwa
Niebieskiego.
Gdy ksiądz uchylił drzwi, wiatr rozwarł je szeroko. Kapłan zniknął w
deszczowej ciemności, a krople wody zaczęły wpadać do środka. Buty
Gartha zostawiały na podłodze błotniste ślady, gdy ich właściciel
podszedł, by zamknąć drzwi i odizolować się od siedzącego cierpliwie i
nieporuszenie na deszczu Itina. Niczym nie zrażony tubylec dalej czekał
na chwilę, gdy Garth znów dopuści go do tej wiedzy, której przywiózł ze
sobą tak wiele.
Na mocy milczącego porozumienia zarówno Garth, jak i ksiądz postanowili
nigdy nie wracać do kwestii poruszonych owego pierwszego wieczoru. Kilka
dni odosobnienia pogorszyło jeszcze sprawę, obaj bowiem przez cały czas
mieli wzajemną świadomość swojej obecności. Zaczęli zatem rozmawiać ze
sobą, starając się pozostać w obrębie neutralnych tematów. Garth powoli
spakował swoje towary, ale nie wspominał głośno o tym, że jego praca
dobiegła już końca i w każdej właściwie chwili mógłby odlecieć. Zebrał
dość interesujących okazów botanicznych i potencjalnych lekarstw, by
uzyskać za nie dobrą cenę i sporo namieszać na galaktycznym rynku.
Przed jego przybyciem tutejsze rzemiosła były ledwie rozwinięte i
ograniczały się głównie do mozolnego rzeźbienia ułamkami kamienia w
twardym drewnie. Dopiero on dostarczył narzędzi i nie obrobionych metali
z własnych zapasów, w sumie zresztą niezbyt wiele. Nim upłynęło kilka
miesięcy, tubylcy nie tylko nauczyli się robić użytek z nowych dóbr, ale
zdołali przetransponować ludzkie wzory i formy na własne wyroby, obce z
gruntu ich kulturze, ale zarazem piękne. Pozostało tylko wprowadzić ich
dzieła na rynek, stworzyć zapotrzebowanie i wrócić po więcej. Tubylcy
żądali w zamian jedynie narzędzi, książek i wiedzy. Garth był pewien, że
postępując w ten sposób, z łatwością zapewnią sobie miejsce w
galaktycznej wspólnocie.
Taką przynajmniej miał nadzieję. Teraz jednak w małej osadzie, która
wyrosła wokół jego statku, powiał wiatr przemian. Już nie on był w
centrum uwagi wioski. Uśmiechał się, ile razy pomyślał o utracie swej
pozycji, ale był to krzywy uśmiech. Pełni powagi i uważni tubylcy
przybywali wciąż, by pełnić dyżury na stanowisku Zbieracza Wiedzy przed
jego domem, ale ich zapisy, będące rejestracją faktów, ani umywały się
do huraganu intelektualnego, który szalał wokół osoby księdza.
Podczas gdy Garth kazał im odpracowywać każdą książkę czy maszynę,
ksiądz rozdawał je za darmo. Garth starał się stopniować dostęp do
wiedzy, traktując tubylców jak bystre, ale niewykształcone dzieci.
Chciał nauczyć je chodzić, krok po kroku, nim zaczną, biegać.
Ojciec Marek zaczął od razu wykładać im wszystkie zasady
chrześcijaństwa. Jedyny wysiłek, którego wymagał, to budowa kościoła,
miejsca kultu i nauki. Z bezkresnych, ogólnoplanetarnych bagnisk
przybyło jeszcze więcej tubylców i w ciągu paru dni stanął dach wsparty
na palach. Każdego ranka kongregacja pracowała trochę nad ścianami, a
potem rzucała się do nauki wszystko wyjaśniających, wszystko
obiecujących i nade wszystko jedynych prawdziwych faktów o
wszechświecie.
Garth nigdy nie powiedział tubylcom, co sądzi o ich nowych
zainteresowaniach. Głównie dlatego, że wcale go o to nie pytali,
poczucie honoru zaś nie pozwalało mu na urządzanie łapanek na słuchaczy
i wylewanie przed nimi wszystkich swych żalów. Może byłoby inaczej,
gdyby Itin zjawiał się na dyżurach, ale w dzień po przybyciu księdza
przysłano kogoś innego i Garth nie miał więcej okazji z nim porozmawiać.
Zdziwił się zatem, gdy po siedemnastu tutejszych dniach, trzykrotnie
dłuższych od ziemskich, zaraz po śniadaniu pojawiła się na jego progu
delegacja, której przewodził właśnie Itin. Stał z lekko otwartymi
ustami, podobnie jak pozostali, ukazując podwójny rząd ostrych zębów i
purpurowo-czarne podniebienie. Ten znak uświadomił Garthowi, że
delegacja przybywa w poważnym celu, otwarcie ust bowiem, jak pamiętał,
sygnalizowało nie ziewanie, lecz silne emocje - szczęście, smutek,
złość. O które z nich chodzi tym razem, nie wiedział. Tubylcy byli
zazwyczaj opanowani i zbyt rzadko widywał ich w stanie wzburzenia, by
móc ustalić przyczynę.
- Odpowiem na każde - powiedział lekko zaniepokojony Garth. - W czym
rzecz?
- Czy jest Bóg?
- Co rozumiecie przez określenie „Bóg"? - odpowiedział pytaniem Garth.
No bo i co miał im powiedzieć? Cóż takiego mogło lęgnąć się im w
głowach, skoro aż przyszli do niego z takim pytaniem?
- Bóg jest Ojcem naszym w Niebiesiech, który uczynił nas i chroni nas.
Do którego modlimy się o pomoc, a jeśli dostąpimy zbawienia, to wówczas
u Jego boku...
- Starczy - przerwał Garth. - Nie ma Boga. Wszyscy otworzyli usta i
spojrzeli na Gartha, jakby chcąc przemyśleć jego odpowiedź. Gdyby nie
znał ich tak dobrze, widok ostrych zębów mógłby go przerazić. Przez
chwilę zastanowił się, czy ulegli już indoktrynacji, i czy nie
spoglądali na niego jak na heretyka, ale odsunął tę myśl.
- Dziękujemy - powiedział Itin i cała gromadka odeszła.
Wprawdzie ranek był chłodny, ale z nieznanych przyczyn Garth spocił się
jak mysz.
Nie musiał długo czekać na ciąg dalszy. Itin wrócił już po południu.
- Przyjdziesz do kościoła? - spytał. - Wiele skomplikowanych spraw
obecnie poznajemy, ale żadna nie jest tak trudna do zrozumienia, jak ta
właśnie. Potrzebujemy twojej pomocy. Musimy usłyszeć ciebie i ojca Marka
mówiących razem w jednym miejscu, ponieważ on naucza, że coś jest
prawdą, a ty twierdzisz, że prawda jest zupełnie inna. Obie te opinie
nie mogą jednocześnie być wiarygodne. Musimy dowiedzieć się, która jest
słuszna.
- Przyjdę, oczywiście - powiedział Garth, starając się ukryć nagłe
podniecenie. Nic nie zrobił, a tubylcy i tak przyszli do niego. Wciąż
jeszcze można było mieć nadzieję, że pozostaną wolni.
W kościele było gorąco i Garth aż zdumiał się liczbą zgromadzonych tam
Weskersów. Nigdy jeszcze nie widział ich tylu naraz. Wielu miało otwarte
usta. Ojciec Marek siedział przy zarzuconym książkami stole i wyglądał
dość nieszczęśliwie, ale nic nie powiedział, gdy Garth wszedł do środka.
- Wiesz chyba, że to był ich pomysł - odezwał się handlarz. - Sami
przyszli do mnie i poprosili, bym tu zajrzał.
- Wiem - powiedział ksiądz z rezygnacją w głosie. - Czasami to trudni
wychowankowie. Ale uczą się, chcą wierzyć, a to najważniejsze.
- Ojcze Marku, handlarzu Garth, potrzebujemy waszej pomocy - powiedział
Itin. - Obaj wiecie wiele rzeczy, których my nie wiemy. Musicie pomóc
nam pojąć religie, co nie jest rzeczą prostą. - Garth chciał coś
powiedzieć, ale zmienił zamiar. - Przeczytaliśmy Biblię i wszystkie
książki, które dał nam ojciec Marek, i jedno wynika z nich jasno.
Przedyskutowaliśmy to i wszyscy się zgodzili. Były to inne książki niż
te, które dostaliśmy od kupca Gartha. Tamte opisywały wszechświat,
którego nie znamy, który obywa się bez Boga, nigdzie nie ma bowiem o Nim
ani wzmianki, dokładnie sprawdziliśmy. W książkach ojca Marka On jest
wszędzie i nic nie dzieje się bez Niego. Jedno z tych podejść musi zatem
być fałszywe. Nie wiemy, jak to możliwe, ale gdy ustalimy, kto ma rację,
wówczas poznamy i mechanizm fałszu. Jeśli Boga nie ma...
- Ależ oczywiście, moje dzieci, że On istnieje - wtrącił pełnym
żarliwości głosem ojciec Marek. - Jest Ojcem naszym w Niebiesiech, który
nas stworzył...
- Kto stworzył Boga? - spytał Itin, a po kościele przeszedł pomruk
świadczący o tym, że innych też to interesuje. Wszyscy wpatrzyli się z
przejęciem w ojca Marka, który zmieszał się nieco pod tyloma
spojrzeniami; potem jednak odrzekł z uśmiechem:
- Nikt, skoro to On jest Twórcą. Zawsze był...
- Jeśli istniał zawsze, to czemu wszechświat nie może istnieć zawsze bez
twórcy? - przerwał mu Itin. Waga tego pytania była dla wszystkich
oczywista. Ksiądz zaczął cierpliwie udzielać odpowiedzi.
- Gdyby to było takie proste, moje dzieci... Ale nawet naukowcy nie są
zgodni w kwestii stworzenia wszechświata. Podczas gdy oni wątpią i
błądzą, my znamy światło prawdziwej wiedzy. Wszędzie w koło dostrzegamy
cuda stworzenia. A jak może istnieć jakikolwiek twór bez stwórcy? To On,
nasz Ojciec, nasz Bóg w Niebiesiech. Wiem, że targają wami wątpliwości,
a to dlatego, że dusze wasze obdarzone są wolną wolą. Niemniej odpowiedź
jest prosta. Miejcie wiarę, tyle tylko trzeba. Po prostu uwierzcie.
- Jak można uwierzyć bez dowodu?
- Jeśli nie dostrzegasz, że sam ten świat jest dowodem na Jego
istnienie, wówczas powiem ci, że nie trzeba tu dowodów. Wiara wystarczy!
Podniósł się gwar i coraz więcej tubylców otwierało usta, jakby chcąc
przebić się myślami przez gmatwaninę słów i wybrać z tego prawdziwy
sens.
- Czy możesz nam to wytłumaczyć, Garth? - odezwał się Itin, uciszając
swym pytaniem ciżbę.
- Mogę podpowiedzieć wam jedynie, że należy sięgnąć po naukową analizę,
która weryfikuje wszystkie rzeczy, z samą sobą łącznie, i znajduje
odpowiedź dowodzącą prawdy lub fałszu każdego twierdzenia.
- To właśnie musimy uczynić. Także doszliśmy do tego wniosku. - Uniósł
grubą księgę, a wielu obecnych mu przytaknęło. - Studiowaliśmy Biblię
tak, jak uczył nas tego ojciec Marek, i znaleźliśmy odpowiedź. Bóg
uczyni dla nas cud, by dowieść, iż nas obserwuje. Dzięki temu znakowi
poznamy, że istnieje, i pójdziemy za Nim.
- To oznaka fałszywej dumy - powiedział ojciec Marek. - Bóg nie
potrzebuje cudów, by dowieść swego istnienia.
- Ale my potrzebujemy cudu! - krzyknął Itin, i chociaż nie był on
człowiekiem, w jego głosie zabrzmiało dziwnie ludzkie pragnienie. -
Czytaliśmy tu o wielu mniejszych cudach, o chlebie, rybach, winie,
wężach, które miały miejsce z o wiele bardziej błahych powodów. Jedyne,
co On musi zrobić, to uczynić cud, a wówczas wszyscy pójdziemy za Nim.
Cud wystarczy, by cały nowy świat padł u Jego tronu, jak nas uczyłeś,
ojcze Marku. Sam powiedziałeś nam, jakie to istotne. Przedyskutowaliśmy
sprawę i wiemy już, że jest tylko jeden cud najlepszy na taką okazję.
Całe znudzenie tą teologiczną imprezą opuściło Gartha w mgnieniu oka.
Nie dostrzegał dotychczas, albo i nie chciał dostrzegać, do czego to
wszystko prowadzi. Lekko tylko odwróciwszy głowę ujrzał ilustrację, na
której Itin otworzył Biblię. Z góry zresztą wiedział, jaki to obrazek.
Wstał powoli, jakby się przeciągał, i zwrócił się do księdza.
- Przygotuj się! - wyszeptał. - Uciekaj stąd i schowaj się w statku. Ja
ich tu zatrzymam. Nie sądzę, by zrobili mi krzywdę...
- O co ci chodzi? - spytał ksiądz, mrugając pełnymi zdumienia oczami.
- Zmykaj stąd, głupcze! - syknął Garth. - Jak sądzisz, jaki cud ich
zadowoli? Jaki to cud uznaje chrześcijaństwo za swą podstawę?
- Nie - powiedział ojciec Marek. - To niemożliwe. To po prostu
niemożliwe...
- Ruszaj stąd! - krzyknął Garth, ściągając księdza z krzesła i pchając
go ku tylnej ścianie, ale ten zatrzymał się i odwrócił. Garth chciał go
chwycić, ale było już za późno. Tubylcy byli niewielcy, ale było ich
dużo. Garth zdzielił Itina, wpychając go z powrotem w tłum, ale gdy on
bił się z jednymi, inni zajęli się księdzem. To było jak walka z falami
morza. Futrzaste, pachnące piżmem ciała zakryły misjonarza. Szarpał się,
aż go związali i tak przyłożyli w łeb, że znieruchomiał. Wyciągnęli go
potem na zewnątrz, gdzie pozostało mu jedynie leżeć na deszczu,
przeklinać i patrzeć.
Weskersi byli wspaniałymi rzemieślnikami i wszystko, co zrobili, do
ostatniego detalu odpowiadało instrukcjom z Biblii. Krzyż ustawiono na
szczycie niewielkiego wzgórza, metalowe gwoździe lśniły, obok leżał
młot. Ojciec Marek został rozebrany i przystrojony w starannie zawiązaną
przepaskę biodrową. Wyprowadzili go z kościoła. Na widok krzyża omal nie
zemdlał. Potem jednak podniósł wysoko głowę zdecydowany umrzeć tak, jak
żył, z wiarą.
Nie było to jednak łatwe. Nawet dla Gartha, któremu przypadła jedynie
rola widza. Modlić się przed krucyfiksem, na którym widnieje rzeźba i
mówić o ukrzyżowaniu to jedno, całkiem zaś czymś innym jest widzieć
nagiego mężczyznę, któremu liny wpijają się w skórę i który zwisa z
drewnianego krzyża. I widzieć też ostry gwóźdź przystawiany z namysłem
do miękkiej powierzchni jego dłoni, widzieć młot przymierzający się do
ciosu, słyszeć jego uderzenia i to, jak metal rozdziera ciało.
I jeszcze krzyk!
Niewielu rodzi się męczennikami. Ojciec Marek nie należał do tej
garstki. Przy pierwszych uderzeniach krew popłynęła mu z kurczowo
zaciśniętych ust. Potem otworzył je szeroko i mężny duch go opuścił.
Krzyknął gardłowo, w przerażeniu, zagłuszając szmer padającego deszczu.
Krzyk odbił się echem od szeregów widzów, którzy rozwarli usta.
Jakiekolwiek uczucie to spowodowało, szereg za szeregiem popadał w
epileptyczne pląsy, naśladując cierpienie ukrzyżowanego kapłana.
Zemdlał, zanim wbito ostatni ćwiek. Krew spływała ze świeżych ran i
mieszając się z deszczem spływała lekko różową pianą z jego stóp. Z
księdza uchodziło życie. W tej właśnie chwili otępiały od ciosów w
głowę, szarpiący się w więzach i szlochający Garth stracił przytomność.
Obudził się w swoim magazynie. Było ciemno. Ktoś rozcinał plecione liny,
którymi go związano. Na zewnątrz wciąż szumiał deszcz.
- Itin - powiedział, jako że nie mógł to być nikt inny.
- Tak - odszepnął tubylec. - Pozostali naradzają się w kościele. Lin
zmarł niedługo po tym, jak uderzyłeś go w głowę, a Inon jest ciężko
ranny. Niektórzy mówią, że ciebie też należy ukrzyżować, i obawiam się,
że w końcu do tego dojdzie. Lub też zabiją cię w ten sam sposób, jak ty
zabiłeś Lina. Znaleźli w Biblii takie miejsce...
- Znam to - przerwał mu Garth zmęczonym głosem. - Oko za oko. Wiele
jeszcze tam znajdziecie, jeśli będziecie tak szukać.
- Musisz odejść i dostać się do statku tak, żeby nikt cię nie zauważył.
Dość już zabijania. - Głos Itina także pobrzmiewał zmęczeniem.
Garth wstał ostrożnie. Przycisnął głowę do szorstkiej ściany i poczekał,
aż miną nudności.
- Nie żyje - stwierdził raczej, niż spytał.
- Tak, zmarł jakiś czas temu. Inaczej nie mógłbym przyjść do ciebie.
- I został pogrzebany. Gdyby tak się nie stało, nie pomyśleliby, żeby
teraz zabrać się za mnie.
- I pogrzebany! - W głosie Itina pojawiła się osobliwa emocja, echo słów
martwego już księdza. - Pogrzebano go i zmartwychwstanie. Tak jest
napisane w księdze i tak się stanie. Ojciec Marek będzie szczęśliwy, że
sprawy ułożyły się po jego myśli. - Wydawało się, że słychać w tym
ludzki płacz, ale to niemożliwe, przecież Itin nie był człowiekiem.
Garth z wysiłkiem dotarł wzdłuż ściany do drzwi, gdzie oparł się, by nie
upaść.
- Dobrze zrobiliśmy, prawda? - spytał Itin, ale nie doczekał się
odpowiedzi. - Zmartwychwstanie, Garth, prawda?
Aż tutaj dochodziło nieco blasku z rzęsiście oświetlonego kościoła.
Garth dojrzał swe zakrwawione dłonie zaciśnięte na framudze. Twarz Itina
była tuż obok. Kupiec poczuł drobne, zakończone pazurkami dłonie,
wpijające się w jego ubranie.
- Zmartwychwstanie, prawda, Garth?
- Nie. Zostanie w ziemi tam, gdzie go pochowaliście. Nic się nie zdarzy,
bo jest martwy i takim pozostanie.
Deszcz spływał po futrze Itina, który otworzył usta szeroko, jak do
krzyku, gotów zmącić obojętną ciszę nocy. Całym wysiłkiem zmusił się
jednak do wypowiedzenia kilku słów, wyrażając swe obce myśli w obcej,
tubylczej mowie.
- A zatem nie zostaniemy zbawieni? Nie staniemy się bezgrzeszni?
- Byliście czyści - powiedział Garth, na poły śmiejąc się i płacząc. - I
to jest właśnie najpaskudniejsze w całej tej sprawie. Byliście
nieskalani, bez grzechu, a teraz jesteście...
- Mordercami - powiedział Itin, a woda ściekała po jego opuszczonej
nisko głowie i odpływała w ciemność.