Pogoda

Strona główna SMN

Billy Meier

Autor - G. MOOSBRUGGER
 

Książka

"Ufo z Plejad"

Od autora
Era wodnika
Zagadka Noli
Plejadanie
Pojazdy kosmiczne Plejadan
Billy – łącznik Plejadan
Kontakty z pozaziemskimi...
Demonstracje Plejadan
Nocne demonstracje Pleja...
Obserwacje dzienne i nocne
Dlaczego unikają nas
Materiał fotograficzny
Badania naukowe... dowody
Zamachy na Billy`ego
Ataki Inteligencji Giza
Czego chcą od nas...
Zakończenie


  Billy Meier - aud. radiowa
  Audycja radiowa o UFO

  Przesłuchaj książkę...

   Sfilmowany statek  1
   Sfilmowany statek  2

   UFO Meier 1987 cz. 1
   UFO Meier 1987 cz. 2
   UFO Meier 1987 cz. 3

   Contact Billy Meier cz. 1
   Contact Billy Meier cz. 2
   Contact Billy Meier cz. 3
   Contact Billy Meier cz. 4
 

 

  Najlepsze strony w Polsce
    Historia kontaktów BILLY’EGO MEIERA z inną cywilizacją. Film oryginalny

SM

UFO Z PLEJAD

XII BADANIA NAUKOWE I INNE DOWODY

AUTOR - GUIDO MOOSBRUGGER

W naszym zmaterializowanym społeczeństwie nadal obowiązuje dewiza: „Należy uznawać tylko to, co można zbadać przy pomocy urządzeń pomiarowych". Zasada ta rozciąga się także na ufologię i dotyczy również osoby Billy Meiera. Od czasu ujawnienia przezeń swoich kontaktów nieustannie rozlegają się głosy domagające się od niego naukowych dowodów.
 
Amerykańsko-japońska grupa badaczy podjęła wszelkie możliwe środki, aby je zdobyć, co po wielu trudnościach zostało uwieńczone sukcesem. Ktoś, kto nie zajmuje się tego typu sprawami, nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić, jakiego nakładu czasu, sił i środków wymagało to ogromne przedsięwzięcie. Najtrudniejszą sprawą nie były same analizy, lecz znalezienie instytucji skłonnej sfinansować to ryzykowne zadanie. Poza tym należy wziąć również pod uwagę ryzyko utraty prestiżu przez danego naukowca, w przypadku gdyby jego przełożeni lub koledzy po fachu dowiedzieli się o jego uczestnictwie w tym przedsięwzięciu, bowiem tak zwany przypadek Meiera nadal jest uważany na świecie jako największe oszustwo w dziejach ufologii.
 
W całym tym przedsięwzięciu musiał być spełniony jeszcze jeden istotny warunek — badania naukowe musiały być przeprowadzone gruntownie i bardzo rzetelnie, zaś otrzymane rezultaty interpretowane zgodnie z prawdą, bez jakichkolwiek uprzedzeń, i opublikowane. Badania przeprowadzone pobieżnie lub przekłamana interpretacja ich wyników byłyby całkowicie bezwartościowe, a nawet szkodliwe.
 
Billy znajduje się jednak w szczęśliwym położeniu, ponieważ na poparcie autentyczności swoich kontaktów może przedłożyć szereg wyników badań naukowych, którym poddane były jego zdjęcia, próbka materiału używanego do produkcji statków promiennych, wydawane przez nie dźwięki oraz miejsca lądowań. Ponadto na jego korzyść przemawiają testy przeprowadzone na detektorze kłamstwa, którym oprócz niego poddano jeszcze pięciu innych świadków.
 
Jesteśmy wdzięczni wszystkim osobom i instytucjom, które przyczyniły się w jakikolwiek sposób do powstania tego materiału dowodowego/ Mimo to liczni sceptycy z uporem maniaka wysuwają pod adresem Billy'ego różnego rodzaju zarzuty w myśl zasady: „Nie może być prawdą to, co nią być nie powinno".
 
Oto kilka z nich najczęściej się powtarzających:
 
a)  żadne z wymienionych badań nigdy nie miało miejsca, przeto wszystko to jest czczym wymysłem;
 
b)  wspomniane analizy to przejaw zmowy lub przekupstwa;
 
c)  badania te są niewiarygodne, ponieważ przeprowadzający je naukowcy albo popełnili jakieś błędy, albo byli niedostatecznie kompetentni. Czasami człowiekowi włosy stają dęba, kiedy się czyta, co niektórzy
 
ludzie wypisują na ten temat. Ale jak do wszystkiego, również i do tego można się z czasem przyzwyczaić.
 
W dalszej części przedstawiam wyniki najważniejszych analiz naukowych dowodów Billy'ego.
 
1. Opinie świadków o zdjęciach Billy Meiera
 
Wszystkie czarnobiałe filmy przedstawiające NOLe Billy Meier wywoływał w sklepie fotograficznym „Bar" w Wetzikon (Przedgórze Zürychskie), natomiast kolorowe w trzech różnych laboratoriach na terenie Szwajcarii.
 
Właściciel sklepu, Willy Bar, w rozmowie z dwoma amerykański badaczami1 powiedział między innymi:
 
Nigdy nie dostrzegłem niczego podejrzanego w wywoływanych przez siebie czarno-białych filmach. Nigdy też nie proszono mnie o dokonanie jakichkolwiek manipulacji. Wielu ludzi podejrzewało, że to moja robota, ale to nieprawda. [...] Nie wiem nic o NOLach, ale te zdjęcia są prawdziwe. Gotów jestem w każdej chwili powtórzyć to przed sądem. [...] Gdyby [Billy] korzystał z czyjejś pomocy, nie musiałby wypróbowywać wszystkich modeli [aparatów], aby sprawdzić, który z nich będzie dla niego najporęczniejszy.2
 
Billy Meier zaprosił nawet któregoś razu Willy Bara na spotkanie ze statkiem Plejadan, ale ten odrzucił to zaproszenie. Pomocnik Bara Fritz Kindlimann nie stwierdził na filmach Billy'ego jakichkolwiek śladów manipulacji i potwierdził, że są one prawdziwe.
 
2. Wyniki niektórych analiz zdjęć i filmów
 
Analizy zdjęć i filmów Billy'ego przeprowadzone w USA nie wykazały jakichkolwiek śladów fałszerstwa. Poniżej przytaczam kilka wypowiedzi na ten temat:
 
Oglądając zdjęcia specjalista od efektów specjalnych, Wally Gentleman, twierdził:
 
Zastanawiam się, czy jest tu wykorzystana specjalistyczna wiedza, czy też nie? Jeżeli nie, to te zdjęcia muszą być prawdziwe.3
 
Po ich obejrzeniu dodał:
 
Jednoręki człowiek nie mogłaby w żadnym wypadku sfałszować tych zdjęć bez pomocy innych osób. [...] Musiałby dysponować liczącą co najmniej piętnaście osób grupą. [...] Gdybyśmy chcieli nakręcić podobne ujęcie [chodzi o jeden z krótkich filmów nakręconych przez Billy'ego], ktoś, kto by zamówił u mnie podobną robotę, musiałby mi za to zapłacić 30.000 dolarów. Poza tym do jej wykonania potrzebowałbym odpowiednio wyposażonego studia. Gdybym go nie miał, trzeba by było wyłożyć dodatkowe 50.000 dolarów na sprzęt.4
 
Eric Eliason, ekspert od analizy zdjęć pracujący w Służbie Geologicznej Stanów Zjednoczonych, w rozmowie z Gary Kinderem powiedział:
 
Mogę tylko powiedzieć, że w materiale, jakim dysponowałem, nie stwierdziłem niczego podejrzanego, jeśli chodzi o nakładanie obrazów. Gdyby takie nałożenie miało miejsce, komputer by je wykrył, lecz tam niczego takiego nie było.5
 
Dr Michael Malin, fizyk oraz specjalista w dziedzinie nauk planetarnych i geologii, tak wyraził się o zdjęciach Billy'ego:
 
Te fotografie są o wiele lepsze od wszystkich zdjęć NOLi, jakie miałem okazje dotychczas oglądać [...]. Widoczne na nich obiekty wyglądają niezwykle realnie. [...] Nie odkryłem [...] na tych zdjęciach żadnych [...] nieprawidłowości. Z tego, co widziałem, mogłem wysnuć wniosek, że te zdjęcia nie zostały sfabrykowane.6
 
Fizyk Neil Davis po zbadaniu zdjęć pod względem ostrości, kolorów, oświetlenia oraz ewentualnego fotomontażu i zastosowania modeli w końcowym wniosku napisał:
 
W trakcie badania zdjęcia nie odkryto niczego, co by wskazywało, że widoczny na nim obiekt [statek kosmiczny] jest czymś innym niż sfotografowanym z pewnej odległości dużym urządzeniem.7
 
3. Analiza próbki metalu
 
Szef grupy amerykańskich badaczy stwierdził, że chociaż sfałszowanie zdjęć lub filmów jest teoretycznie możliwe, to z całą pewnością wykluczone jest spreparowanie stopu metali dostarczonego Billy'emu przez istoty pozaziemskie. Jego zdaniem stwierdzenie pozaziemskiego pochodzenia tej próbki jest jednym z najlepszych dowodów, jakiego dostarczono.
 
Gary Kinder dziwił się, że Billy przez 3 lata siedział cicho, nic nie mówiąc o tych kawałkach metalu, które otrzymał od swoich pozaziemskich przyjaciół, dzięki którym mógłby o tyle wcześniej potwierdzić autentyczność swoich kontaktów.
 
Jak się jednak wkrótce okazało, nie było to takie proste. Podjęta w roku 1979 pierwsza próba ich zbadania, zakończyła się niepowodzeniem. Pierwsze oceny specjalistów były wręcz zniechęcające, co było dodatkowo potęgowane brakiem odpowiednich środków finansowych, zarówno w Szwajcarii, jak i za oceanem. Efektem tego stanu rzeczy były bezwartościowe opinie, jak na przykład ta wygłoszona przez pewnego metalurga z Uniwersytetu Stanowego w Arizonie mówiąca, że jedna z tych próbek stopu metali to „kawałek żeliwnego garnka kuchennego".
 
Nieoczekiwana zmiana nastąpiła, gdy grupie amerykańskich badaczy udało się po długich staraniach pozyskać do przeprowadzenia analizy próbki stopu metali dwóch wybitnych specjalistów. Byli to dr Edwin Walker z Tucson w stanie Arizona i dr Marcel Yogel, chemik z laboratorium badawczego koncernu IBM w San Jose w Kalifornii. Dr Yogel jest pionierem w dziedzinie technologii luminescencyjnej i wynalazcą nośnika magnetycznego do dzisiaj używanego w dyskach pamięci, ponadto wniósł ogromny wkład w badanie płynnych kryształów obecnie powszechnie stosowanych w różnego rodzaju wyświetlaczach.
 
Obaj naukowcy stwierdzili, że badana przez nich próbka stopu metali wytworzona została w procesie zimniej syntezy. Metoda ta nie jest jeszcze znana na Ziemi.8
 
Podczas badania próbki dr Walker przeżył coś, co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło w czasie jego trzydziestoletniej praktyki. W pewnym momencie bez jakiegokolwiek zewnętrznego oddziaływania rozprysł się pleksi-glasowy pojemnik, w którym znajdował się fragment badanego stopu. Jak się potem okazało, przyczyną były uwolnione elementy gazowe wchodzące w skład stopu.9
 
W wywiadzie z Japończykiem Jun-Ichi Yaoi dr Yogel stwierdził między innymi:
 
Nie potrafię wyjaśnić, z jakiego typu materiałem miałem do czynienia. Jako naukowiec nie potrafię tego porównać do żadnej znanej mi kombinacji materiałów. Czegoś takiego nie da się wykonać przy użyciu żadnej spośród znanych na Ziemi technologii! Pokazałem tę próbkę swojemu przyjacielowi metalurgowi, który obejrzawszy ją potrząsnął na koniec głową i rzekł: „Nie mam pojęcia, jak można by to połączyć w całość". W chwili obecnej znajdujemy się właśnie w tym punkcie. Myślę, że my, przedstawiciele świata nauki, powinniśmy rzetelnie zbadać tę sprawę, zamiast przypisywać wszystko ludzkiej wyobraźni.10
 
8Brit Elders, Lee Elders, Thomas K. Welch UFO... Contactfrom the Pleiades, Genesis III Publishing, Munds Park, 1980, str. 58. Swojej opinii, że analizowana próbka metalu była jedyną w swoim rodzaju.
 
Dwa pociemniałe na skutek utleniania kawałki metalu nie zawierały niczego poza pewną ilością zanieczyszczeń w postaci aluminium, siarki, srebra, miedzi i ołowiu, lecz mimo to stanowiły dla niego niespodziankę.
 
- Kiedy dotknąłem utlenionej powierzchni — wspomniał Vogel
 
- pojawiły się na niej czerwone smugi a cała warstwa tlenku
 
zniknęła. Wystarczyło lekkie dotknięcie, o tak, aby odwrócić proces
 
utleniania i odsłonić czysty metal. Nigdy przedtem nie widziałem
 
podobnego zjawiska. To było coś niezwykłego.11
 
I dalej:
 
Zanim znajdujący się w posiadaniu Marcela Vogela z IBM złocis-tosrebrzysty trójkąt zniknął, Vogel zdążył go umieścić pod kosztującym około 250.000 dolarów elektronicznym mikroskopem skaningowym i zarejestrować przebieg jego badania za pomocą sprzężonej z nim kamery video. Niewielka próbka zawierała w sobie bardzo czyste srebro, a także „bardzo, bardzo czyste" aluminium, potas wapń, chrom, miedź, argon, brom, chlor żelazo, siarkę oraz krzem. Jeden z oglądanych pod mikroskopem obszarów ujawnił „olbrzymi melanż niemal wszystkich pierwiastków układu okresowego". Każdy z nich był przy tym wyjątkowo czysty.
 
— Było to niezwykłe połączenie — powiedział później — ale nie powiedziałbym, żeby cokolwiek wskazywało na pozaziemskie pochodzenie próbki.
 
Bardziej niż ilość czy czystość występujących w próbce pierwiastków Vogela intrygowała ich odrębność. Każdy pierwiastek łączył się z pozostałymi, a jednocześnie w jakiś sposób zachowywał swoje typowe cechy. [...] W pewnym momencie w pobliżu środka próbki, przy pięćsetkrotnym powiększeniu, odkrył dwie równoległe bruzdy połączone między sobą licznymi wyżłobieniami tworzącymi precyzyjny wzór wykonany w metalu przy użyciu jakiejś mikroskopowej technologii. Chyba jeszcze bardziej zaskakujący okazał się fakt, że pierwiastkiem dominującym na tym niewielkim obszarze był metal ziem rzadkich tul.
 
- Tego się zupełnie nie spodziewałem — powiedział Vogel. — Tul został wyodrębniony dopiero podczas II wojny światowej jako produkt uboczny prac nad energią jądrową i to w ilościach minimalnych. Jest pierwiastkiem nadal rzadko spotykanym, a jego wartość wielokrotnie przewyższa wartość platyny. Ktoś musiał dysponować rozległą wiedzą metalurgiczną, aby wpaść na pomysł podobnego połączenia.
 
Powiększenie wzrosło do 1600 razy i Vogel ujrzał rzeczy, jakich nigdy dotąd nie widział w całej swojej karierze naukowej.
 
—  Próbka odsłoniła przede mną cały nowy świat. Pojawiły się struktury w obrębie struktur... bardzo, bardzo niezwykłe. Przy mniejszym powiększeniu widać zaledwie metaliczną powierzchnię. Teraz pojawiły się struktury złożone z przenikających się płaszczyzn różnych typów. To jest bardzo podniecające.
 
Vogel coraz bardziej wnikał w głąb metalu.
 
— Mamy teraz powiększenie 2500 razy. Widzę struktury podwójnie załamujące światło. Bardzo ciekawe! To niezwykłe, aby metal przejawiał podobne właściwości. Kiedy wykonuje się przekrój i po oszlifowaniu ogląda się jego powierzchnię, wówczas wygląda ona jak metal, ma lustrzany połysk metalu, ale teraz, w spolaryzowanym świetle, okazuje się, że... tak, to metal, ale jednocześnie... kryształ!12
 
Osobliwa jest również miękkość owego stopu metalu używanego do produkcji statków kosmicznych przez Plejadan w przeciwieństwie do stopów stosowanych przez nas do budowy kadłubów samolotów. Końcowy wynik tych skomplikowanych badań jednoznacznie świadczy o pozaziemskim pochodzeniu tych metalowych próbek.
 
4. Analizy odgłosów statków Plejadan
 
Jak już wielokrotnie wspominałem, statki kosmiczne Plejadan posiadają zabezpieczenia uniemożliwiające wykrycie ich za pomocą urządzeń wzrokowych, akustycznych oraz radiolokacyjnych. Częściowe lub całkowite otwarcie ekranu ochronnego sprawia, że można usłyszeć dobiegający od strony statku osobliwy i bardzo przenikliwy dźwięk.
 
Billy Meier miał trzy razy możliwość jego nagrania (dwa razy wiosną 1976 roku w pobliżu Hinwil i raz w Sadelegg-Hinterschmidruti 18 czerwca 1980 roku). Nagrania te, zbadane przez kilku naukowców, okazały się interesującą niespodzianką. Poniżej przedstawiam kilka z ich opinii. Dwóch specjalistów w dziedzinie akustyki po przeprowadzeniu badań za pomocą odpowiedniego sprzętu powiedziało Gary Kinderowi, że jeszcze nigdy dotąd nie spotkali się z dźwiękami o tak nietypowej charakterystyce spektralnej oraz częstotliwościach.13
 
Specjalista w dziedzinie techniki komputerowej Nils Rognerud wyznał Kinderowi:
 
Patrząc na tę sprawę z naukowego punktu widzenia byłem nastawiony do niej sceptycznie, ale te dźwięki naprawdę były niezwykłe.14
 
Inny specjalista stwierdził:
 
Komputer wykazał, że nagrany dźwięk stanowi mieszaninę 32 wąskich częstotliwości perfekcyjnie ze sobą zespolonych, z których 24 znajduje się w zakresie słyszalności ludzkiego ucha, zaś 8 poza nią.15
 
Inżynier dźwięku Steve Ambrose, wynalazca mikromonitora będącego mikroskopijnym odbiornikiem radiowym sprzężonym z głośnikiem, stwierdził, że te nagrania posiadają kilka zaskakujących właściwości:
 
W jaki sposób powieliłbyś ten dźwięk? Chodzi mi nie tylko o samo brzmienie, ale również o to, co pojawi się na ekranie analizatora widma. Stworzenie czegoś, co brzmi podobnie, to jedna sprawa, a stworzenie czegoś, co oprócz podobnego brzmienia zachowuje jednocześnie całą złożoność tych oscylacji to druga sprawa. Jeśli to jest oszustwo, to chciałbym spotkać faceta, który je sprokurował. Prawdopodobnie zarobiłby kupę forsy na efektach specjalnych.16
 
Komentując wyniki badań Ambrose'a Gary Kinder napisał:
 
Ambrose znał wielu ludzi w Hollywood zajmujących się tworzeniem efektów specjalnych, ale żaden z nich nie był w stanie zduplikować tych odgłosów. Jim Dilettoso zbadał nagrania przy pomocy analizatora cyfrowego. Po rozłożeniu dźwięków na czynniki pierwsze stwierdził:
 
Podczas słuchania dźwięki te nie sprawiały aż tak niezwykłego wrażenia. Właśnie takich odgłosów należałoby się spodziewać po latającym spodku w filmie science-fiction. Dopiero analiza ujawnia ciągłe zmiany. Kombinacje poszczególnych dźwięków przybierają na sile bądź słabną, a wszystko to odbywa się w takim tempie, że wygenerowanie tylu odgłosów, nawet przy pomocy syntetyzera, nie byłoby sprawą łatwą.18
 
Następnie:
 
Chcąc uzyskać weryfikację swoich wyników z niezależnego źródła, Dilettoso wysłał taśmę z nagraniem do Roba Shellmana, inżyniera dźwięku z laboratorium marynarki wojennej w Groton w stanie Connecticut. Zaskoczony złożonością nagrania, Shellman z miejsca wykluczył jedną z potencjalnych możliwości: źródłem dźwięku nie mogły być urządzenia elektryczne. W liście do Dilettoso napisał:
 
„Sprzęt, którego użyłem, dostosowany był do analizy linii o częstotliwości od 50 do 60 herców, powszechnie występującej w instalacjach elektrycznych. Gdyby urządzenie wytwarzające ten dźwięk było silnikiem lub inną maszyną elektryczną, linie częstotliwości miałyby oczywisty przebieg. Tymczasem niczego takiego nie stwierdziłem".19
 
Jeden z inżynierów dźwięku powiedział, że do stworzenia tego rodzaju dźwięku niezbędne byłoby bardzo nowoczesne studio.
 
Aby zduplikować ten dźwięk potrzeba by co najmniej 8 bardzo drogich syntetyzatorów i bardzo nowoczesnych i skomplikowanych mikserów kosztujących na dzień dzisiejszy nie mniej niż 100.000 dolarów [w cenach roku 1980]. Nie ma jednak sposobu na tak doskonałe ich splecenie ze sobą.20
 
Dalszy komentarz wydaje się zbędny.
 
5. Badania fizyczne miejsc lądowań
 
W rozdziale VII mowa była o osobliwych śladach lądowania pozostawionych przez statki Plejadan w różnych miejscach Przedgórza Zürychskiego. Związany z nimi materiał dowodowy jest istotny, ponieważ ma on wielu świadków. Wielu ludzi twierdzi jednak, że ślady lądowali mogą stać się konkretnym dowodem dopiero wtedy, gdy poddane zostaną odpowiednim badaniom fizyczno-chemicznym, co powinno być ich zdaniem w interesie samego Meiera. Przy ich okazji można byłoby stwierdzić również oddziaływanie tych pojazdów na otoczenie, zwłaszcza glebę (np. podwyższona radioaktywność, promieniowanie magnetyczne itp.).
 
Przypomnijmy sobie choćby ślady powstałe 23 listopada 1977 roku na parkingu przed domem Billy'ego, kiedy to w ciągu 10 minut doszło do stopienia dziesięciocentymetrowej pokrywy lodowej o średnicy 3,5 metra, czy też 2 ślady lądowania na łące niedaleko Centrum. Jak to możliwe, aby po prawie godzinnym przebywaniu poza domem w tak złą pogodę (burza, wicher i ulewa) Billy mógł pojawić się w nim w absolutnie suchym ubraniu? Sceptycy powiedzieliby zapewne, że schował się gdzieś na godzinę i uciął sobie krótką drzemkę. Wobec tego, w jaki sposób w taką pogodę powstały ślady lądowania i kto je spreparował? Idiotyzmem jest twierdzenie, że ktoś wybrał akurat tak paskudną pogodę, aby w jej trakcie sporządzić te ślady i to jeszcze w tak osobliwej formie. Oto wypowiedzi kilku osób na ten temat. Świadek Herbert Runkel uważa na przykład:
 
— Jestem całkowicie pewny, że Edi [Billy] nie spreparował tych śladów. Często sam widziałem takie ślady lądowania i posiadam bardzo wyraźne zdjęcia niektórych z nich zrobione w różnych miejscach. Widać na nich wiele szczegółów. Mogę zapewnić, że zgnieciona trawa jeszcze po czterech latach rosła tam wolniej niż w innych miejscach.
 
Inny świadek, W. Witzer ze Stuttgartu, który oglądał ślady lądowania 6 lipca 1976 roku po północy, stwierdził, co następuje:
 
— Przybywszy na miejsce lądowania, dokonałem (razem z rodziną F. z Karnwestheimu) kilku pomiarów kompasem. Okazało się, że jego wskazówka przestała pokazywać właściwy kierunek.
 
Mniej szczęścia miał pewien naukowiec, który usiłował w naszej obecności (Billy i ja) zmierzyć w miejscu lądowania w Juckern licznikiem Geigera promieniowanie radioaktywne. Próba ta od początku skazana była na niepowodzenie, gdyż statki kosmiczne Plejadan nie wydzielają tego rodzaju promieniowania.
 
Jedynie w początkowej kontaktów z Semjase, w latach 1975-1976, statki kosmiczne Plejadan wyposażone były w napęd wysyłający do otoczenia intensywne promieniowanie, od którego nazywane były przez nich samych „statkami promiennymi". Pozostawiały one widoczne i dające się mierzyć ślady w miejscach, w których stykały się bezpośrednio z ziemią. Po takim lądowaniu w gruncie i roślinności pozostawało promieniowanie, w związku z czym grupa amerykańskich i japońskich badaczy przeprowadziła w tych miejscach odpowiednie badania za pomocą detektora promieniowania gamma.
 
Najbardziej udane pomiary zostały dokonane w miejscu lądowania w rezerwacie Frecht w pobliżu Hinwil, gdzie 28 stycznia 1975 roku po raz pierwszy pojawiła się Semjase w swoim statku. Początkowo badacze nie wierzyli własnym oczom. Wewnątrz powierzchni o średnicy 6,5 metrów intensywność promieniowania była od 100 do 400 procent wyższa niż w otoczeniu, zaś samo promieniowanie zdawało się mieć pulsujący charakter.
 
W innym miejscu lądowania, na skraju lasu położonego poniżej farmy, przyrząd pomiarowy ponownie wykazał wzrost poziomu promieniowania od 100 do 300 procent. W jeszcze innym miejscu, na prowadzącej do domu żwirowej drodze, było tak samo. Potem okazało się, że kilka metalowych przedmiotów oraz sam Billy wykazywał wzrost promieniowania do 300 procent. Nigdzie więcej nie stwierdzono takiego wzrostu.21
 
Te liczby mówią same za siebie i wydaje mi się, że dalszy komentarz jest zbędny.
 
6. Testy na detektorze kłamstw
 
W ramach badań „sprawy Meiera" grupa amerykańskich badaczy podjęła wszelkie możliwe środki w celu ustalenia prawdy. Jednym z elementów ich dochodzenia było poddanie Billy'ego oraz kilku członków jego grupy testowi na prawdomówność. „Kłamstwo to, jak wiadomo, celowe mówienie nieprawdy". Osoba, która kłamie, znajduje się w swego rodzaju sytuacji stresowej, której objawem jest reakcja wegetatywnego układu nerwowego. Na ile jest to skuteczna metoda, jako laik nie mogę się wypowiadać. Kompetentne źródła zapewniły mnie jednak, że kłamcę zdradzić może nawet minimalna, ledwo zauważalna zmiana głosu, co odpowiedni przyrząd może z łatwością wychwycić. Test głosowy został przeprowadzony za pomocą Analizatora Stresu Mark IX-P.
 
Detektor ten rejestruje wszystkie, nawet najdrobniejsze wahania ludzkiego głosu, które są następnie poddawane interpretacji przez prowadzącego przesłuchanie specjalistę. Podczas sporządzania listy pytań ważne jest, aby znalazły się wśród nich takie, których zadaniem będzie wywołanie w przesłuchiwanej osoby jak największego stresu.
 
Poddawszy w roku 1978 Billy'ego tego rodzaju testowi, zadano mu w obecności świadka 22 pytania, na które musiał odpowiadać krótko i węzłowato. Jeżeli chodzi o jego ocenę, zdania mogą być oczywiście podzielone. Moim zdaniem mało który „łgarz" skłonny jest poddać się dobrowolnie tego rodzaju testowi.
 
Oto kilka pytań zaczerpniętych z książki Wendelle C. Stevensa UFO... Contact from the Pleiades: Preliminary Investigation Report:
 
1.  Czy nazywa się Pan Meier?
 
2.  Czy jesteśmy teraz w Hinterschmidrüti [miejsce zamieszkania Billy'ego]?
 
3.  Czy mamy teraz rok 1978?
 
4.  Czy używa Pan aparatu fotograficznego marki Olympus?
 
5.  Czy rzeczywiście fotografował pan pozaziemskie statki kosmiczne?
 
6.  Czy wie Pan, że są one pochodzenia pozaziemskiego?
 
7.  Czy jest Pan obywatelem Szwajcarii?
 
8.  Czy był Pan kiedykolwiek w Indiach?
 
9.  Czy zna Pan osobę o imieniu Asket?
 
10.  Czy zna Pan tę osobę jako istotę pozaziemską?
 
11.  Czy w przypadku zdjęć wykonanych 28 marca 1976 roku w Ba-chtelhórnli używał Pan modeli  [zdjęcia przedstawiające trzy statki unoszące się w powietrzu obok siebie]?
 
12.  Czy kiedykolwiek używał Pan modeli do wykonywania zdjęć statków kosmicznych?
 
13.  Czy usiłował Pan kiedykolwiek upowszechniać zdjęcia modeli jako zdjęcia pozaziemskich obiektów latających?
 
14.  Czy był Pan kiedykolwiek w pozaziemskim obiekcie latającym?
 
15.  Czy latał Pan kiedykolwiek pozaziemskim obiektem latającym?
 
16.  Czy pocztę otrzymuje Pan w Hinterschmidrüti?
 
17.  Czy używany przez Pana sprzęt został zafundowany Panu przez jakąś anonimową grupę?
 
18.  Czy rzeczywiście nagrał Pan odgłosy pozaziemskiego obiektu latającego?
 
19.  Czy wykonał Pan kiedykolwiek zdjęcia ze zdjęć lub obrazów i upowszechniał je jako zdjęcia prawdziwych obiektów?
 
20.  Czy usiłuje Pan nas oszukać tymi zdjęciami?
 
21.  Czy jest Pan zadowolony, że ten test został przeprowadzony prawidłowo?
 
22.  Czy chciałby Pan coś dodać do swoich odpowiedzi na powyższe pytania? Może Pan teraz to powiedzieć.22
 
A teraz lista pytań skierowanych do żony Billy'ego, Kalliope, Jacobusa Bertschingera, Engelberta Wachtera oraz Bernadetty Brand.
 
1.  Nazywa się Pan...?
 
2.  Mieszka Pan...?
 
3.  Czy jest Pan/Pani obywatelem...?
 
4.  Czy zna Pan/Pani Billy Meiera?
 
5.  Czy wierzy Pan/Pani w kontakty Billy'ego z istotami pozaziemskimi?
 
6.  Czy miał Pan/Pani jakieś osobiste przeżycia związane z tego typu kontaktami?
 
7.  Czy zdaniem Pana/Pani możliwe jest, że w tego rodzaju kontaktach jacyś Ziemianie grywają rolę istot pozaziemskich?
 
8.  Czy zdjęcia, które robił Billy, przedstawiają pozaziemskich statki kosmiczne?
 
9.  Jak Pan/Pani sądzi, czy do wykonania tych zdjęć mógł on użyć modelu?
 
10.  Czy wie Pan/Pani, że Billy zrobił kiedyś zdjęcia wykonanego przez siebie modelu?
 
11.  Czy te zdjęcia robiono przy użyciu innego modelu?
 
12.  Czy to był model Billy'ego?
 
13.  Czy to był model Semjase?
 
14.  Czy zdjęcia te były kiedykolwiek rozpowszechniane jako zdjęcia prawdziwych statków kosmicznych? [Chodzi tutaj o zdjęcia modelu pożyczonego Billy 'emu przez Semjase — patrz zdjęcie nr 67.]
 
15.  Czy zdjęcia te były zawsze oznaczone jako zdjęcia modelu?
 
16.  Czy widział Pan/widziała Pani kiedykolwiek osobiście ślady lądowania statków kosmicznych?
 
17.  Czy widział Pan/widziała Pani już kiedyś na ziemi takie same lub podobne ślady?
 
18.  Czy   wie  Pan/Pani,   w  jaki   sposób  Billy   mógłby   wykonać takie ślady?
 
19.  Czy jesteś przekonany/przekonana, że kontakty Billy'ego mają naprawdę miejsce?
 
20.  Czy chciałby Pan/chciałaby Pani złożyć jakieś dodatkowe wyjaśnienia lub oświadczenie?
 
Dokładna analiza wyników testów nie wykazała jakichkolwiek oznak kłamstwa tak u Billy'ego, jak i pozostałych osób im poddanych.
 
7. Potwierdzenie pewnych faktów astronomicznych
 
Omówienie wszystkich informacji i proroctw przekazanych nam przez istoty pozaziemskie za pośrednictwem Billy'ego w ciągu ostatnich 15 lat znacznie przekroczyłoby ramy tej książki, w związku z czym ograniczę się jedynie do niektórych faktów dotyczących astronomii, które zostały już w całości potwierdzone przez świat nauki.
 
7.1. Legendarna planeta Malona
 
Podobnie jak inne owiane legendą obiekty, również Malona, zwana także Malon, Maldek lub Faeton, od starożytności intryguje wielu badaczy. Według informacji istot pozaziemskich Malona była w czasach prehistorycznych bezpośrednią sąsiadką Ziemi i krążyła wokół Słońca po dzisiejszej orbicie Marsa. Wenus w owym czasie nie znaleźlibyśmy tam, gdzie się obecnie znajduje. Bliższe szczegóły o tej planecie podam w następnym podrozdziale.
 
Planety naszego układu słonecznego były pierwotnie usytuowane w następujący sposób: (Słońce), Merkury, Ziemia, Malona, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton, Transpluton i Uni.
 
Dwie ostatnie karłowate planety nie zostały jeszcze do dzisiaj odkryte z powodu ich olbrzymiego oddalenia. Od dłuższego czasu astronomowie podejrzewają jednak istnienie Transplutona.
 
Malona była miejscem zamieszkania ludzkich form życia, lecz wskutek działań wojennych została przed około 75.000 laty dosłownie wysadzona w powietrze przez rządnych władzy jej mieszkańców. Wbrew opiniom wielu badaczy uważających tę planetę za olbrzyma była ona raczej karłowata, o wymiarach zbliżonych do Ziemi.
 
Nie jest prawdą również przypuszczenie, że tę straszliwą katastrofę wywołał olbrzymi meteor, który wyłonił się z czeluści kosmosu i z całą siłą zderzył się czołowo z Malona, a także domniemanie, że została ona rozerwana wskutek eksplozji potężnej bomby atomowej. Według Plejadan mieszkańcy Malony w czasie wspomnianej wojny wpuścili ogromne ilości ody do jednego z wulkanów, co doprowadziło do owej kosmicznej katastrofy. Nieliczni, którym udało się zbiec na statkach kosmicznych przed tą katastrofą, wylądowali na Ziemi i osiedlili się na niej. Wszyscy pozostali, którzy pozostali na Malonie, zginęli.
 
Ta zagłada nie dotknęła oczywiście ciał duchowych Malonan, które mogą istnieć poza ciałem fizycznym. Przytaczając opis tego zdarzenia, Billy powiedział:
 
- Reszta mieszkańców planety zginęła w ogniu, przy czym ich ciała duchowe uleciały z miejsca katastrofy i w odpowiednich proporcjach rozlokowały się na najbliższych planetach, na których istniało już życie, gdzie weszły w cykl inkarnacji będący elementem procesu ewolucyjnego. Jedną z nich była Ziemia.
 
Resztki tej planety krążą dzisiaj wokół Słońca w formie pasa asteroid stanowiąc przestrogę przed ludzką głupotą i żądzą władzy. Wiele asteroid (lub planetoid) porusza się po bardzo wydłużonych eliptycznych orbitach z powodu niezwykłej siły eksplozji, która wyrzuciła je daleko w kosmos. Innego dowodu na istnienie tej planety dostarcza nam luka między Marsem i Jowiszem w regule Titiusa-Bodego, w miejscu w którym znajduje się wspomniany pas astroid składający się z milionów drobnych cząsteczek, jak również z licznych, nieregularnych kawałków skał o maksymalnej średnicy dochodzącej do kilkuset kilometrów. Orbity większości z nich znajdują się w przedziale odległości od 2 do 3 AU23 od Słońca. Niektóre z pozostałości Malony od czasu do czasu przecinają orbitę Ziemi, niejednokrotnie przelatując bardzo blisko niej, jak na przykład Eros, który w roku 1937 zbliżył się do Ziemi na 0,15 AU. 7.2. Reguła Titiusa-Bodego.
 
W drugiej połowie XVIII wieku, gdy ludzie nie wiedzieli jeszcze o istnieniu Urana, Neptun i Plutona, niemiecki matematyk J.D. Titius ustalił wzór pozwalający na obliczenie średnich odległości od Słońca planet w kolejności występowania w Układzie Słonecznym, a astronom J.E. Bodę rozpropagował go i wprowadził do astronomii.
 
Zasada odległości Titiusa-Bodego mówi:
 
1. Uszeregować planety według kolejności występowania, zaczynając od Słońca: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton (oraz Transpluton i Uni).
 
2.  Nadać im kolejne liczby O, l, 2, 4 etc.
 
3.  Tak przyporządkowane liczby pomnożyć przez 3, następnie dodać do tego iloczynu 4 i całość podzielić przez 10 (patrz poniższa tabela). Uzyskany wynik oznacza odległości planet naszego układu planetarnego od Słońca w jednostkach astronomicznych. Na przykład odległość Marsa od Słońca wynosi 1,6 AU, a Jowisza 5,2 AU etc.
 
Analiza odległości planet obliczonych według „prawa" Titiusa-Bodego ujawnia dwie rozbieżności między nimi, a rzeczywistym rozmieszczeniem planet. Zgodnie z nimi Neptun powinien znajdować się na orbicie Plutona, zaś w miejscu pasa asteroid między Marsem i Jowiszem powinna istnieć planeta. Jak na razie nie ma naukowego wyjaśnienia tej rozbieżności.
 
Prawo Titiusa-Bodego nie wyjaśnia zagadkowego przesunięcia się planet, które nastąpiło po całkowitym zniszczeniu Malony. Gdy Wenus (pierwotnie księżyc Urana) weszła w późniejszym okresie za pośrednictwem olbrzymiej komety zwanej „Niszczycielem" na swoją dzisiejszą orbitę, Merkury był wewnętrznym sąsiadem Ziemi, zaś Malona zewnętrznym.
 
Gdy rozgrywała się ta kosmiczna tragedia, Malona wyrzucona została po pierwszej eksplozji na ówczesną orbitę Marsa (2,8 AU), po czym rozerwana została na kawałki, które do dziś krążą wokół Słońca jako pas asteroid. W tym samym czasie Mars został rzucony na najbliższą wewnętrzną orbitę, na której znajdowała się poprzednio Malona (patrz szkic).
 
7.3. Historia Wenus według Semjase
 
Według Plejadan Wenus nie jest odpryskiem Malony, lecz dawnym satelitą Urana. Olbrzymia kometa zwana przez nich „Niszczycielem" wyrwała ją przed 10.000 lat (dokładnie 10.314 lat temu w odniesieniu do roku 1990) z orbity Urana i zawlokła w pobliże Ziemi, wywołując w ten sposób szereg kosmicznych katastrof. Dopiero przed 3500 lat ów dawny księżyc Urana usadowił się ostatecznie na obecnej orbicie pomiędzy Merkurym i Ziemią.
 
Owe dane i inne wyjaśnienia na temat tej planety, zwanej przez nas często gwiazdą poranną, Semjase przedstawiła Billy'emu podczas 29 spotkania 7 lipca 1975 roku. Powiedziała wówczas również:
 
— Po tych burzliwych wydarzeniach Wenus skierowana została na bardzo spokojną orbitę, która jest najbardziej ustabilizowana ze wszystkich planet. Jest to skutkiem bliskiego przelotu obok Ziemi, podczas którego doszło również pod wpływem siły przyciągania Ziemi do zmiany jej kierunku obrotu na przeciwny. Krótki czas przebywania w obrębie ziemskiego pola grawitacyjnego sprawił, że nie zdążyła ona nabrać większej prędkości obrotowej i obecnie jej czas obrotu wokół własnej osi jest najmniejszy spośród wszystkich planet Układu Słonecznego. Stąd też jeden dzień na Wenus trwa 117 ziemskich dni [doba słoneczna], przy czym czas rotacji wokół nachylonej pod kątem 3 stopni osi biegunów wynosi 243 ziemskich dni [doba gwiazdowa]. Podczas swojego przelotu w pobliżu Ziemi 3453 lat temu [3472 w odniesieniu do roku 1994] Wenus została z powodu siły przyciągania Ziemi „okradziona" ze swojej energii rotacyjnej i w wyniku sił tarcia wzrosła jej temperatura.

Ów wzrost temperatury pod wpływem sił tarcia jest przyczyną obecnie panujących na Wenus warunków. Już same te warunki dowodzą fałszywości twierdzeń wszystkich tych, którzy utrzymują, że na Wenus istnieją ludzkie formy życia. Taka możliwość w ogóle nie wchodzi w grę, ponieważ warunki fizyczne panujące na powierzchni tej planety oraz skład jej atmosfery są zabójcze dla ludzi. Temperatura powierzchni Wenus mierzona na głębokości 32 kilometrów wynosi obecnie 457 stopni Celsjusza. Dlatego właśnie wszelka woda, jak znajduje się na tej planecie paruje i tworzy ową bardzo gęstą pokrywę chmur.

Powstała w ten sposób atmosfera jest tak gęsta, że jej ciśnienie przy powierzchni planety jest 334 razy wyższe od ciśnienie powietrza na Ziemi mierzonego na powierzchni morza. Interpretując to w waszych naukowych kategoriach jej atmosfera jest zabójcza dla ludzkich form życia, ponieważ w 87 procentach składa się z dwutlenku węgla, przy czym ta wartość zmienia się nieznacznie w zależności od miejsca. Tlen istnieje dzisiaj tylko w niższych warstwach i to w wyłącznie w ilości 4,23 procenta, resztę zaś stanowią azot i gazy szlachetne. Para wodna występuje obecnie w niewielkich ilościach, a atmosfera jest znacznie większa od waszej ziemskiej.

Ciśnienie właściwe atmosfery Wenus jest 107 razy większe od ciśnienia właściwego atmosfery Ziemi. Ono również jest zabójcze dla ludzkich form życia, które zostałyby przez nie zmiażdżone; ten sam los spotkałby również metalowe struktury. Przy okazji chcę ci powiedzieć, że znaleźliśmy na Wenus ziemskie urządzenie, które zostało doszczętnie zmiażdżone przez jej atmosferę, zanim jeszcze dotarło do jej powierzchni. Chodzi tu o sondę wysłaną przez naukowców jednego z waszych państw zwanego Rosją.

Wyglądało ono, jak gdyby zostało ciśnięte z ogromną siłą o metalową ścianę. Wenus posiada nikłe pole magnetyczne oraz słabo jeszcze wykształconą warstwę nazwaną przez was „Pasem Van Allena", co sprawia, że nie jest ona osłonięta przed tym, co nazywacie „wiatrem słonecznym". Poza tym bardzo wysoka temperatura nieustannie uszkadza ten pas. Brak wody jest również dodatkowym czynnikiem potęgującym nieprzyjazność tej planety dla życia. Od chwili zajęcia orbity między Merkurym i Ziemią 3453 lat temu planeta ta znajduje się w fazie wypoczynku i jednocześnie ponownego kształtowania. Z ciągu następnych stuleci i tysiącleci powstaną na niej odpowiednie do rozwoju życia warunki, po czym zaczną kształtować się jego prymitywne formy, tak to ma zawsze miejsce na wszystkich światach tworzących życie...

Mimo iż obecnie wydaje się to niemożliwe, w przypadku Wenus mamy jednak do czynienia z planetą, która znajduje się w początkowym stadium na drodze do stworzenia życia. Co się tyczy samej planety, to należy stwierdzić, że jest ona bardzo płaska, zwłaszcza w obszarze równikowym, obszary reliefowe położone są daleko od tego rejonu. Temperatura stron znajdujących się w fazie dnia i nocy jest prawie równa, duże różnice występują natomiast w sile wiatrów wiejących na różnych wysokościach. Przy powierzchni jest bezwietrznie. Wiatry zaczynają wiać w miarę oddalania się od niej i na dużych wysokościach ich prędkość rośnie, osiągając wartość nawet do 117 metrów na sekundę.

Dolny pułap chmur zaczyna się na wysokości 43,17 kilometra [licząc od powierzchni planety], przy czym wartość ta może ulegać zmianie z powodu sztormów atmosferycznych. Jest to możliwe przede wszystkim nad tymi obszarami, gdzie wiatry kierowane są w dół i docierając do powierzchni owiewają góry wznoszące się średnio na wysokość 2,3 kilometra. Klimat i warunki atmosferyczne są w zasadzie takie same na całej planecie, z kilkoma wyjątkami. Tak więc życie ludzi na tej planecie jest obecnie niemożliwe, chyba że wsparte zostanie odpowiednimi środkami technicznymi. W tym właśnie znaczeniu, wbrew twierdzeniom wielu oszustów, na Wenus nie istnieje jakiekolwiek życie. Istnieją tam jednak zupełnie inne formy [życia], których nie da się jednak w żaden sposób porównać do ludzkich. Planeta ta jest jeszcze bardzo dzika, bo i jaka ma być po zaledwie 3453 latach. Przykładem może być chociażby wasz Księżyc, który jest niemal kopią Wenus skrytą za grubą warstwą chmur.

Jeśli my lub inne formy życia udajemy się na Wenus, która jest bogata w różne minerały i pierwiastki, musimy używać do tego celu specjalnych kombinezonów chroniących nas przed niebezpiecznymi wpływami jej atmosfery, panującym tam żarem i tak dalej, a także różnorodnymi truciznami i gazami, których zabójcze obłoki przemieszczają się nad jej powierzchnią. Ponadto musimy brać pod uwagę występujące lokalnie różnice, które mogą sprawiać, że temperatura powierzchni planety może wynosić w pewnych miejscach ponad 500 stopni Celsjusza, w innych może z kolei wystąpić różnica w procentowym składzie gazów takich jak dwutlenek węgla, azot, hel, argon i neon, a w jeszcze innych — różnice ciśnienia, które mogą się wahać od 88 i 107 atmosfer. Tak się przedstawiają podstawowe fakty dotyczące możliwości istnienia ludzkich lub podobnych form życia na Wenus.
 
W innym miejscu Erranie wyraźnie podkreślili, że obecnie w Układzie Słonecznym na żadnej planecie oraz księżycu oprócz Ziemi nie istnieją jakiekolwiek ludzkie formy życia, również w formie duchowej, z wyjątkiem nielicznej grupy istot pozaziemskich przebywających czasowo w celach badawczych w kilku bazach na różnych planetach. W dawnych czasach oprócz Ziemi zamieszkałe były jeszcze Malona i Mars.
 
Wszystkie dane fizyczne podane przez Semjase były sukcesywnie potwierdzane przez sondy rosyjskie i amerykańskie. Od pewnego czasu ziemscy astronomowie wiedzą, że Wenus wiruje wokół własnej osi w kierunku przeciwnym w porównaniu do wszystkich pozostałych planet i jednocześnie przeciwnym do ruchu orbitalnego. Reiner Klingholz w swojej książce z roku 1990 Maraton w kosmosie podaje następujące czasy obrotu poszczególnych planet Układu Słonecznego wokół własnej osi: Merkury
 
—  58,65 dni (ziemskich); Wenus -- 243 dni; Ziemia -- l dzień; Mars
 
—  l dzień; Jowisz — 0,41 dnia; Saturn — 0,44 dnia; Uran — 0,72 dnia; Neptun — 0,67 dnia oraz Pluton — 6,39 dnia.
 
Ziemska nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić tych anomalii. Rudolf Kippenhahn w swojej książce z roku 1987 Obce światy na stronie 146 pisze:
 
Jeśli chodzi o tę ekstremalnie powolną i niezwykłą pod względem kierunku rotację Wenus, wydaje się, że „maczała w tym palce" nasza Ziemia. Co 583,9 ziemskich dni Wenus i Ziemia zbliżają się do siebie na bardzo małą odległość. Wenus podlega wówczas dolnej koniunkcji i odległość między obu planetami wynosi wówczas zaledwie 41 milionów kilometrów.
 
Przypuszczenie Kippenhahna jest bliskie prawdy i godne uwagi, zwłaszcza gdy uwzględni się fakt, że najprawdopodobniej nie wie on o opisanym powyżej wydarzeniu.
 
7.4. Księżyce Saturna
 
Oto fragment rozmowy Billy'ego z Quetzalem o księżycach Saturna przeprowadzonej podczas 154 kontaktu 10 października 1981 roku:
 
BILLY: Rozumiem, a skoro już mówimy o gwiazdach, to mam jeszcze pytanie dotyczące Saturna. Jak wiesz, amerykańska sonda kosmiczna Yoyager ruszyła w kierunku tej planety i śle stamtąd na Ziemię zdjęcia. Znowu naukowcy się zdziwią, jak było w przypadku Jowisza, kiedy okaże się, że wokół tego niedoszłego słońca krąży więcej satelitów, niż do tej pory przypuszczano. Do dzisiaj sądzono, że Saturn posiada 10, maksimum 12 księżyców, podczas gdy w rzeczywistości jest ich 19, pomijając planetki. Interesuje mnie, czy wszystkie księżyce mogą zostać odkryte dzięki tym zdjęciom?
 
QUETZAL: Tak, a nawet jeszcze więcej. Jak sam się mogłeś przekonać podczas swojej podróży, wokół Saturna krąży 19 księżyców. Wszystkie one mogły zostać sfotografowane przez sondę i już niewiele brakuje do ich odkrycia [wszystkich 19]. Od czasu twojej podróży w pobliże Saturna naukowcy ziemscy odkryli już kilka z nich i nadal liczą na odkrycie następnych. I tam czeka na ich niespodzianka!
 
BILLY: Masz na myśli asteroidy?
 
QUETZAL: Owszem. Te planetki, asteroidy, są tak małe, że nie widać ich z Ziemi, przynajmniej jeszcze nie teraz, ponieważ brak jest jeszcze odpowiednich przyrządów. Większą część tych planetek sonda już sfotografowała, co wywołało spore zamieszanie wśród naukowców.
 
BILLY: Aż trudno uwierzyć, że wokół tej planety krąży aż tyle asteroid, nie licząc tych wędrownych, które od czasu do czasu przelatują obok niej. Nic dziwnego, że są niewidoczne z Ziemi, skoro ich średnica wynosi od 10 do 15 kilometrów. O ile sobie dobrze przypominam, w roku 1975 wspominali mi o tym Ptaah i Semjase.
 
QUETZAL: To prawda, lecz powinieneś również wiedzieć, skąd one się wzięły na orbicie wokół Saturna.
 
BILLY: To wiem. Semjase powiedziała mi, że te małe obiekty są resztkami planety Malona, która krążyła kiedyś między Marsem i Jowiszem, zanim eksplozja wywołana przez nierozsądnych ludzi zniszczyłają, rozrywając ją na tysiące kawałków, które zostały wyrzucone w przestrzeń kosmiczną na wszystkie strony. Większość z nich dostała się w pole grawitacyjne Saturna i od tego czasu stanowią one jego satelity. Z tego wynika, że nie są one właściwymi księżycami tego niedoszłego słońca, lecz jedynie przechwyconymi przezeń obcymi ciałami wędrownymi wielkości asteroid. Właściwych księżyców Saturna jest tylko 19.
 
Jak podała 26 lipca 1990 roku znana szwajcarska gazeta Tages Anzeiger, osiemnasty księżyc Saturna odkrył niedawno amerykański astronom Mark Showalter. Zatem do odkrycia przez ziemskich astronomów pozostał jeszcze jeden z nich.
 
7.5. Niektóre fakty dotyczące Jowisza
 
W czasie spotkania w dniu 19 października 1978 roku Billy zapytał Semjase, czy amerykańska sonda kosmiczna Voyager-l uzyska dobre dane podczas przelotu obok Jowisza. Oto odpowiedni fragment tej rozmowy:
 
SEMJASE: Zgodnie z naszymi obliczeniami trajektoria lotu tej sondy przebiega bardzo blisko Jowisza i jego księżyców, co oznacza, że należy się liczyć z dobrymi rezultatami, o ile znajdująca się w niej aparatura będzie pracowała bez zarzutu.
 
BILLY: Czy to oznacza, że naukowcy niedługo odkryją, że ta tak zwana czerwona plama Jowisza jest w rzeczywistości gigantycznym wirującym lejem na wzburzonej powierzchni tej niedoszłej gwiazdy oraz centrum potężnej, trwającej od tysiącleci burzy? Czy to oznacza również, że wkrótce okaże się, że nie tylko Saturn, ale także Uran i Jowisz posiadają pierścienie, tyle że o wiele cieńsze i mniejsze.
 
SEMJASE: Oczywiście. Należy oczekiwać, że tak będzie, ponieważ sonda będzie przelatywała tak blisko tych obiektów, że będą musiały być odkryte.
 
BILLY: Acha. To pewnie zostanie również odkryte, że pierścień otaczający Jowisza składa się w większości z cząstek pochodzących z wulkanów księżyca lo, których część została pochwycona przez pole grawitacyjne Jowisza, i że większość wyrzuconego przez nie materiału opadła z powrotem na lo praktycznie przykrywając otwory wulkanów, dzięki czemu jego powierzchnia w przeciwieństwie do innych księżyców Jowisza jest gładka mimo licznych kraterów.
 
SEMJASE: Widzę, że uważnie słuchałeś wszystkich moich wyjaśnień i zapamiętałeś je. Czy pamiętasz również inne rzeczy?
 
BILLY: Oczywiście, pamiętam jeszcze co nieco z tego, co ty i Ptaah mówiliście mi. Pamiętam, że duże księżyce Jowisza różnią się od siebie barwami, mają na przykład kolor czerwony, żółty, brązowy, biały oraz pomarańczowy. Wiem także, że mówiłaś mi, iż Jowisz jest płyną kulą i powinien być właściwie gwiazdą, którą nie stał się jednak z powodu zbyt małej masy, i że prawie w całości składa się z płynnego helu i wodoru. Także ty albo Ptaah powiedzieliście mi, że powierzchnia jądra stanowi grubą skorupę złożoną z soli wapnia i związków siarki, które są pozostałością po odparowaniu wody. O ile dobrze pamiętam, to właśnie ty powiedziałaś mi, że księżyc lo był dawniej całkowicie pokryty wodą. Ty albo Ptaah powiedzieliście mi, że księżyc Europa jest dokładnie przeciwieństwem lo. Masy wodne nie wyparowały tam, lecz zamarzły i stworzyły gigantyczny pancerz lodowy. Poza tym wyjaśniliście mi także wiele innych rzeczy, jak na przykład to, że księżyc, który przypominał mi wyglądem kurze jajo, ma średnicę 200 km, zdaje się, że to był najbliższy księżyc Jowisza, nie pamiętam jednak jego nazwy.
 
SEMJASE: Księżyc, o którym wspomniałeś, nazywana się u was Amalthea. Księżyc lo, o którym mówiłeś, jest najbardziej aktywnym wulkanicznie ciałem w Układzie Słonecznym. Ale musieliśmy już o tym mówić, skoro o tym wspomniałeś.
 
BILLY: Tak, takich rzeczy szybko nie zapominam. Powiedziałaś wówczas, że księżyc ten jest bardziej aktywny wulkanicznie od Ziemi, a także i to, że wielokilometrowej wielkości chmurowe twory w leju wichrowym Jowisza poruszają się z bardzo dużą prędkością i obracają w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
 
SEMJASE: Tak, to prawda.
 
BILLY: Nie wiem, czy dobrze sobie przypominam pewne fakty związane z aktywnością wulkaniczną lo. Powiedziałaś mi swego czasu, że wybuchy wulkanów następują tam z ogromną siłą, które niczym eksplozje bomb atomowych wyrzucają materiał wulkaniczny tworząc chmury w kształcie grzyba wznoszącego się na wysokość nawet do 180 kilometrów. Są to głównie cząstki pyłu, gazy, popiół i nieco magmy, które mkną w górę z prędkością dochodzącą do 2300 kilometrów na godzinę. Powiedziałaś mi wtedy także, jak już wspomniałem, że większość wyrzuconego materiału opada z powrotem na jego powierzchnie. Reszta jest wyrzucana w przestrzeń kosmiczną, gdzie część z niej jest przechwytywana przez pole grawitacyjne Jowisza i w jego pierścieniu zagęszcza się w ogromne pasmo jonów siarki. Czy tak? SEMJASE: Tak.
 
Wszystkie te i inne informacje udostępnione opinii publicznej były od początku przedmiotem ataków sceptyków, którzy wyśmiewali je jako „faąta-zje" Billy'ego. Z czasem jednak zaczęły one ustawać, gdyż w zasadzie wszystkie informacje podane powyżej zostały już potwierdzone przez naszych naukowców, o czym świadczą informacje podawane we współczesnych podręcznikach astronomii (z 17 księżyców Jowisza znanych jest już dzisiaj 16, znane są już również pojedyncze pierścienie Jowisza oraz Neptuna, a także co najmniej 11 pierścieni Urana, zaś czerwoną plamę Jowisza nazwano gigantyczną trąbą powietrzną wirującą w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; największą niespodzianką dla astronomów był jednak bezsprzecznie księżyc lo ze swoją aktywnością wulkaniczną).
 
Nawiasem mówiąc, kazałem poświadczyć własnoręcznym podpisem informacje podane w punktach 7.4. i 7.5. zawarte w sprawozdaniach z rozmów z Semjase i to jeszcze w czasie, gdy nasza ziemska nauka nie znała podanych tam faktów (1982).
 
8. Dwa listy
 
W roku 1975 Billy otrzymał od pana V. z Niemiec kopię bardzo interesującego listu. Ponieważ jest ona złej jakości i nie nadaje się do przedstawienia tutaj, treść listu przytaczamy w całości poniżej.
 
Szanowny Panie,
 
proszę mi wybaczyć, że piszę do Pana ten list, mimo iż nie znam Pana osobiście. Pański adres otrzymałam od pewnej osoby, która poradziła mi napisać do Pana jako do osoby, która może być zainteresowana moim przeżyciem.
 
Najpierw chciałabym się jednak przedstawić. Jestem obywatelką Niemiec i mam 35 lat. Od około 4 lat podróżuję autostopem po świecie w poszukiwaniu przygód. W czasie takich podróży nietrudno o dziwne przeżycia, jakich się normalnie nie doznaje.
 
To, o czym chcę Panu opowiedzieć, przydarzyło mi się 17 dni temu. Było to na pustyni w Iranie w odległości około 3 kilometrów od wsi Zahedan wczesnym rankiem. Razem z moim przyjacielem Peterem rozbiliśmy namiot z dala od wsi, aby nie być niepokojonym przez jej mieszkańców. Około godziny 7. zbudził nas dziwny dźwięk, lecz z wnętrza namiotu nie widzieliśmy, co mogło być jego przyczyną. Po chwili ustaliliśmy, że dochodził zza wydmy znajdującej się około 50 metrów od nas. Peter uznał, że to jacyś robotnicy wykonujący tam jakąś pracę, i zadowoliwszy się tym wyjaśnieniem, wrócił do namiotu.
 
Mnie jednak to wyjaśnienie nie zadowoliło i poszłam zobaczyć, co ci robotnicy tam robią. Obeszłam dookoła całą wydmę i nagle stanęłam twarzą w twarz z kobietą mniej więcej w moim wieku. Była dziwnie ubrana i przypominała wyglądem astronautów, jakich widziałam na zdjęciach. Ona również się wystraszyła widząc mnie i z miejsca przerwała swoją pracę, która polegała na grzebaniu w piasku jakimś dziwnym przyrządem. Wciąż zdziwiona jej widokiem, podeszłam do niej i zapytałam ją po angielsku, co tu robi. Powiedziała, że szuka czegoś, co spadło w tym miejscu. Po chwili wróciła do przerwanego zajęcia i po kilku minutach znalazła to, czego szukała - dość osobliwie wyglądający spiralny cylinder, który włożyła do dziwnego urządzenia stojącego obok. Szykując się do odejścia pożegnała się ze mną.
 
Czułam, jak coś ciągnie mnie do niej, i szybko poprosiłam ją, aby została jeszcze trochę, na co po chwili wahania w końcu przystała. Przedstawiłam się i spytałam ją, czy mieszka tutaj w Zahedanie. W odpowiedzi zaśmiała się i powiedziała, że ta miejscowość nie jest zbyt gościnna i że pochodzi z bardzo daleka. Następnie dodała, że nazywa się Semjaze lub Semjase, o ile ją dobrze zrozumiałam. Poplotkowałyśmy jeszcze trochę o Irańczykach, po czym powiedziała, że musi już iść. Pożegnałyśmy się więc i jeszcze przez chwilę krzątała się przy swoim urządzeniu, które ku mojemu zdziwieniu wzniosło się nieco w powietrze, zanim odeszła i zniknęła za pobliskim piaszczystym pagórkiem.
 
Gdy nieco ochłonęłam, ruszyłam w górę pagórka, za którym przed chwilą zniknęła. Kiedy znalazłam się na jego szczycie, poczułam oszołomienie, widząc coś, co nie mogło być prawdą. W odległości około 100 metrów ode mnie stało coś, z czego zawsze się śmiałam, kiedy ludzie o tym mówili, to znaczy „latający spodek"! Nie mogłam w to uwierzyć i pomyślałam, że chyba mi odbiło. Musiała to być jednak prawda, ponieważ widziałam, jak ta kobieta wniknęła razem ze swoim urządzeniem przez otwór w dole statku, który następnie zamknął się za nią. Wkrótce spodek wzniósł się bezdźwięcznie w górę i przeleciał nade mną. W tym momencie jakaś niewidzialna siła przydusiła mnie do ziemi. Przez chwilę widziałam, jak ten latający spodek wznosił się powoli niemal pionowo w górę, po czym wystrzelił jak strzała, szybko niknąc na tle niebieskiego nieba i wydzielając dziwny dźwięk.
 
Stałam jak zamurowana w tamtym miejscu przez jakiś czas, zanim wróciłam do namiotu. W drodze do niego nagle poczułam się dziwnie i usłyszałam wewnątrz głowy obcy głos, który kilkakrotnie powtórzył skierowane pod moim adresem przeprosiny.
 
Kiedy opowiedziałam o tym potem Peterowi, wyśmiał mnie, mówiąc, że to było „pustynne przywidzenie". Pokłóciliśmy się i kilka godzin później rozstaliśmy na zawsze. Powiedział mi, że nie chce mieć do czynienia z wariatką i zaproponował, aby każde z nas poszło swoją drogą.
 
A przecież wiem, że nie jestem ani trochę stuknięta, i wiem także, co widziałam. Pamiętam, jak powiedziała w pewnym momencie, że ma bardzo dobrego przyjaciela w Europie. Wiem, że ją widziałam, także dziwny przyrząd, którym przeszukiwała piasek, oraz ten latający spodek. Nie jestem stuknięta i wszystko, o czym tu piszę, przeżyłam naprawdę.
 
W międzyczasie poznałam pewnego mężczyznę, któremu opowiedziałam o tym zdarzeniu. Powiedział mi, że takie rzeczy są możliwe, i dodał, że powinnam napisać do Pana, ponieważ zajmuje się Pan takimi sprawami, i opowiedzieć tę historię, co niniejszym czynię. Ten mężczyzna wiedział o Panu z jakiejś gazety. Proszę jednak nie wymieniać mojego nazwiska, kiedy będzie Pan relacjonował tę historię komuś innemu. Wystarczy mi tych przykrości, których już zaznałam od innych ludzi, którym o tym opowiedziałam. Nie chcę, aby po powrocie do Niemiec ludzie wytykali mnie palcami i mówili: To ta „rąbnięta babka", która widziała w Iranie latający spodek i kobietę z gwiazd szukającą czegoś na pustyni jakimś dziwnym przyrządem. Proszę mnie zrozumieć i nie wymieniać mojego nazwiska. Dlatego też nie podaję bliższych danych o sobie, żadnego adresu i tak dalej, ponieważ, jak już powiedziałam, wystarczy mi tych przykrych słów, które już usłyszałam od ludzi, którym o tym opowiedziałam. W Niemczech mogliby mnie wysłać do szpitala dla umysłowo chorych po moim powrocie do domu, gdyby dowiedziano się, kim jestem. Proszę mieć to na uwadze.
 
Przesyłam Panu serdeczne pozdrowienia
 
Szczerze oddana
 
[Elsa Schröder]
 
Anatolia, Turcja, 8 marca 1975
 
Poniższe słowa dopisane zostały ręcznie u góry listu:
 
Szanowny Panie!
 
List, który dołączam, został przysłany do mnie omyłkowo przez turecką pocztę. Co miesiąc otrzymuję z Anatolii w Turcji przesyłki z czasopismami, które są często źle zapakowane, a czasami nawet otwarte. W ostatniej przesyłce znalazł się również niniejszy list. Wilgotny znaczek przykleił się do jednej z gazet i dlatego trafił on do mnie razem z całą prasą. To nie ja oderwałem znaczek, w związku z czym proszę mi to wybaczyć.
 
Ponieważ jestem uczciwym człowiekiem i nie otwieram cudzych listów, wysyłam ten list do Pana.
  
Wyrazy szacunku
 
J. Krauer
 
W czasie rozmowy, która miała miejsce 17 listopada 1989 roku, Jszwjsz Ptaah, ojciec Semjase, potwierdził autentyczność opisanego w liście spotkania.
 
Latem 1976 roku Billy otrzymał kolejny list, w którym opisane było spotkanie pewnego niemieckiego obieżyświata z istotami pozaziemskimi, podczas którego zostało potwierdzone, że kontakty Billy'ego z Plejadanami są prawdą.
 
Wielce szanowne Panie i szanowni Panowie!
 
W załączeniu przesyłamy Państwu kopie listu od jednego z naszych przyjaciół, który podróżuje obecnie po świecie. Zgodnie z jego wolą nie podajemy Państwu jego adresu, a dlaczego, zrozumieją Państwo po zapoznaniu się z jego listem.
 
Po wielu rozmowach z naszym pastorem, wielebnym Dillmannem, postanowiliśmy sporządzić dodatkowe kopie załączonego listu i wysłać je pod podane przezeń różne adresy. Mając nadzieję, że ów list będzie Państwu przydatny, jednocześnie wątpimy w zawarte w nim informacje i poważnie martwimy się stanem zdrowia naszego przyjaciela. Mimo tych wątpliwości spełniamy życzenie naszego przyjaciela i za radą wielebnego Dillmanna przesyłamy ten list, którego treść muszą Państwo przeanalizować sami.
 
Poinformowano nas, że zajmują się Państwo sprawami, o których jest mowa w tym liście, i że będą Państwo wiedzieli, o co w nim chodzi. Wraz z listem przesyłamy dodatkowo kopię rysunku, który nasz przyjaciel załączył do swojego listu. Ze swojej strony zapewniamy, że jest on dobrym rysownikiem, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi, w związku z czym szkice obu głów oraz latającego obiektu są najprawdopodobniej zgodne z rzeczywistością, o ile oczywiście jego informacje odpowiadają rzeczywistym faktom i nie są wytworem gorączki czy czegoś w tym rodzaju, co podejrzewamy, lecz czego nie możemy sprawdzić. Od lutego nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Dołączamy również wszystkie adresy podane nam przez pastora Dillmanna, pod które wysłaliśmy kopie załączonego listu. Być może wspólnymi siłami uda się Państwu ustalić coś na podstawie informacji przekazanych nam przez naszego przyjaciela.
 
Mamy nadzieję, że nasza pomoc w tej sprawie okaże się na coś przydatna, zarówno Państwu, jak i naszemu przyjacielowi.
 
Serdeczne pozdrowienia
 
A. Albers
 
Oto list, o którym mowa w liście A. Albersa:
 
Trinidad, 2 styczeń 1976
  
Drodzy przyjaciele!
 
Podróżując po świecie dotarłem właśnie do Trinidadu. Ta dziura znajduje się nad rzeką Mamore na terenie Llanos de Mojos w Boliwii. Jestem tutaj już od trzech dni i zobaczyłem wiele bardzo interesujących rzeczy. Moje wrażenia i przeżycia spisałem na maszynie. Wczoraj rano zdarzyło się jednak coś, co sprawiło, że omal „nie wyskoczyłem z butów" z wrażenia. Z początku myślałem, że to halucynacja lub objaw tropikalnej gorączki, ale szybko stwierdziłem, że nic mi nie jest. Pewnie pomyślicie to samo po przeczytaniu tego listu. Znacie mnie dobrze i wiecie, że nie mam zwyczaju zmyślać, w związku z czym będziecie musieli mi uwierzyć, mimo iż nie przyjdzie wam to łatwo. To wszystko jest tak szalone, że jeszcze dzisiaj zastanawiam się, czy nie wystąpiły jakieś błędy w funkcjonowaniu mojego umysłu, a nawet biorę pod uwagę możliwość jakiegoś urojenia.
 
Wszystko to jednak wydarzyło się tak, jak to opisuję. Wrażenia z wczorajszego przeżycia są wciąż jeszcze we mnie bardzo żywe i muszę wyznać, że dla mnie samego wydało się ono nieprawdopodobne. Nie potrafię tego wyrazić inaczej. Nie uważajcie mnie więc za chorego psychicznie, ponieważ tak nie jest. Jestem tak samo normalny, jak wy i nie zwykłem, jak wiecie, fantazjować. Pozwólcie, że przejdę teraz do sedna sprawy i opowiem wam, co mi się przytrafiło.
 
Obudziłem się o piątej rano i zwlókłszy się z łóżka, zacząłem przygotowywać się do wypadu w okolice Trinidadu. Po około 10 minutach od chwili wstania dostrzegłem na porannym niebie coś, w co nie mogłem uwierzyć. Słyszałem już kiedyś o latających spodkach, lecz nigdy nie przywiązywałem do tego wagi, uważając to za bzdury. Informacje na ich temat zawsze uważałem za czyjś żart. A tu nagle widzę, jak spokojnie, zupełnie bezdźwięcznie tego typu obiekt przelatuje sobie nad Trinidadem powoli opadając, aż w końcu zniknął gdzieś za drzewami w lesie. Pomyślałem, że śnię, i przetarłem z wrażenia oczy, ponieważ uważałem, że to, co zobaczyłem, jest niemożliwe. Z miejsca, w którym stałem, wyglądał jak dwie nałożone na siebie tarcze, jak dysk.
 
Usiadłem i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem przypadkiem wrócić do cywilizowanego świata i poddać się badaniom lekarskim. Ostatecznie jednak postanowiłem zbadać dokładnie tę sprawę przed podjęciem jakiekolwiek kroków w tym kierunku. Wziąłem kompas i określiłem dokładny kierunek, w którym opadł obiekt. Następnie spakowałem plecak i ruszyłem w drogę w kierunku wskazanym przez kompas, to znaczy mniej więcej na wschód. Z wielkim wysiłkiem przedzierałem się przez zarośla i z każdą upływającą chwilą odnosiłem wrażenie, że nigdy nie dotrę do celu. Chciałem już zawrócić, byłem już bowiem ponad 3 godziny w drodze i na nic nie trafiłem. Stopniowo dochodziłem do wniosku, że uległem halucynacji.

Z początkowej oceny wynikało, że niedługo powinienem natknąć się na ten obiekt, jeżeli on rzeczywiście w ogóle wylądował. Sapałem z wysiłku i pot lał się ze mnie ciurkiem, i coraz częściej myślałem o zawróceniu. Mimo rosnącego zniechęcenia brnąłem naprzód, czując jakiś nieodparty przymus podążania dalej. Wyglądało to, jak gdyby jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie do przodu bez jakiegokolwiek sprzeciwu z mojej strony. Tak minęło dalsze pół godziny. W końcu uznałem, że mi odbiło, gdy nagle za krzakami zamigotało coś metalicznego. Stanąłem jak wryty, nie wierząc własnym oczom. Po chwili przełamałem się i przedarłem przez ostatnią ścianę zarośli.
 
Ponownie pomyślałem, że chyba śnię, ponieważ w środku polany unosił się na wysokości około l metra nad ziemią duży metaliczny dysk o średnicy 14-15 metrów. Nie było słychać żadnego dźwięku, bądź też był on niesłyszalny, poza tym obiekt unosił się swobodnie w powietrzu. Stałem w miejscu jak sparaliżowany zaledwie 20 metrów od niego i gapiłem się weń. Nie byłem zdolny jasno myśleć ani się ruszyć. Niejedno już widziałem podczas swoich wędrówek i nie tak łatwo zbić mnie z pantałyku, ale to zamurowało mnie zupełnie. To po prostu nie mogło być prawdą, ponieważ coś takiego nie może istnieć.
 
Nie wiem, jak długo tak stałem, nie ruszając się. Wiem tylko, że nagle coś dotknęło mojego ramienia i bezwiednie obróciłem się. To, co zobaczyłem, przeszło moje wszelkie oczekiwania: obok mnie stało dwóch mężczyzn w kombinezonach nurków. Pamiętam, że się bardzo zdziwiłem i zastanawiałem, co ci faceci w strojach nurków robią w środku dżungli. Po chwili zacząłem dostrzegać różnice. Ich kombinezony były lżejsze niż skafandry nurków i w przeciwieństwie do nich miały srebrzysty kolor.

Obaj mężczyźni byli blondynami i nie mieli na głowach hełmów ani żadnych urządzeń do oddychania w obcym środowisku. Mieli jednak na swoich kombinezonach dziwnie wyglądające przyrządy różnej wielkości i kształtu. Stałem nadal jak oniemiały nie mogąc wydusić z siebie słowa, mimo iż ci mężczyźni z całą pewnością będący członkami załogi tego latającego spodka nie wyglądali złowrogo, a nawet uśmiechali się do mnie przyjaźnie. Wtedy to jeden z nich powiedział coś do mnie, ale nie zrozumiałem go ani trochę. Następnie odezwał się drugi, ale jego także nie zrozumiałem. Ani jednego słowa. Ich język brzmiał dla mnie zupełnie obco, był jednak bardzo melodyjny i sympatyczny dla ucha, co mnie nieco uspokoiło i sprawiło, że zacząłem się rozluźniać.
 
Obydwaj mężczyźni byli równi wzrostem i mierzyli mniej więcej tyle samo co ja, to jest około 174 cm. Wzięli mnie pod pachę i poprowadzili w kierunku swojego pojazdu. Nie opierałem się. Około 5 m przed nim stało ustawionych na ziemi kilka dziwnych przedmiotów, wśród których były nietypowe stołki i krzesła. Usiedliśmy na nich. Nadal nie mogłem wykrztusić z siebie słowa. Jeden z mężczyzn uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i coś powiedział, czego znowu nie zrozumiałem. Jego mówienie do mnie miało na mnie kojący wpływ i powoli zacząłem czuć, jak opuszcza mnie ogólne zesztywnienie. Ogarnął mnie spokój i odzyskałem mowę. Zapytałem ich pełnym zdziwienia głosem po hiszpańsku o to niezwykłe zdarzenie i oczywiście, jak przypuszczałem, nie zostałem zrozumiany. Spróbowałem więc po angielsku, lecz rezultat był taki sam. Podobnie było z niemieckim.

Po prostu nie mogliśmy się zrozumieć. Wówczas ponownie przemówił jeden z nich w tym swoim sympatycznym i melodyjnym języku i jednocześnie sięgnął do paska, gdzie zaczął manipulować przy jakimś urządzeniu niewiele większym od paczki papierosów. W trakcie mówienia jego język zmieniał się i w pewnej chwili usłyszałem słowa hiszpańskie, francuskie, a potem niemieckie. Nie wiem dlaczego, ale ucieszyłem się w tym momencie, co ów mężczyzna musiał zauważyć, gdyż pozostał przy niemieckim. Od tej chwili mówili do mnie w moim rodzinnym języku. Nadal pamiętam bardzo dokładnie, co powiedzieli do mnie w tym momencie: „.. .teraz możemy porozmawiać dzięki naszemu translatorowi. Pozdrawiamy cię i nie bój się. Przybyliśmy tu w pokojowych zamiarach i w pokoju odlecimy". To były pierwsze słowa, które mogłem zrozumieć, i nigdy w życiu ich nie zapomnę, a także ich brzmienia. Wywarły na mnie tak duże wrażenie, że zapamiętałem je bardzo dokładnie, możecie mi wierzyć.
 
Mogliśmy teraz rozmawiać ze sobą. Spytali mnie, czy rozumiem ich i czy jestem w stanie zapamiętać wszystko, co mówią. Powiedziałem, że tak i że wszystko to mogę stenografować na bieżąco, jak zwykłem to czynić, o ile oczywiście nie mają nic przeciwko temu. Jestem podróżnikiem i żyję z moich relacji. Jeden z nich powiedział, że to dobry pomysł, i zapytał, co to jest stenografowanie. Zdziwiło mnie to pytanie, lecz odpowiedziałem na nie, za co mi podziękował. Wyjąłem mój notatnik i ołówek i zabrałem się za spisywanie naszej rozmowy. Dzięki temu właśnie mogę wam ją teraz przedstawić słowo w słowo. Z całą pewnością będziecie nią zaskoczeni i trudno wam będzie w to wszystko uwierzyć, podobnie jak jest mnie samemu.
 
Pozwólcie, że przedstawię teraz po kolei całą naszą rozmowę, tak jak ją zanotowałem.
 
[Rozmowa pomiędzy dwiema istotami pozaziemskimi Kohunem i Atharem z układu Proximy Centauri z niemieckim podróżnikiem Horstem Fennerem]
 
—  Jestem Kohun — powiedział jeden z mężczyzn.
 
— Mnie nazywają Athar — przedstawił się drugi.
 
- Nazywam się Horst Fenner — powiedziałem.
 
— Mieszkasz tutaj w tym dzikim kraju? — spytał Athar.
 
— Nie, jestem turystą z Niemiec.
 
-  Co to jest turysta? — spytał Athar.
 
-  To osoba, która odwiedza inne miejsca - odpowiedziałem.
 
-  Zatem Athar i ja jesteśmy turystami — powiedział Kohun.
 
- Jak mam to rozumieć? — spytałem.
 
-  Nie jesteśmy z tego świata, który nazywacie Ziemią — odrzekł Kohun.
 
—  A jak to mam rozumieć? — spytałem zaskoczony.
 
- Pochodzimy z gwiazd — odparł Kohun. — Nie jesteśmy istotami z tego świata.
 
-  Żartujesz sobie ze mnie, prawda? — spytałem.
 
-  Ależ skąd, pochodzimy z układu Proximy Centauri — brzmiała odpowiedź Kohuna. -To jest najbliżej położony waszego układ słoneczny. Oddalony jest o około 50 bilionów kilometrów według waszego pomiaru odległości.
 
— To przecież nie istnieje, to utopia — powiedziałem. [Aby było łatwiej zapisywać tę rozmowę, w dalszej części tej transkrypcji przed wypowiedzią każdego z nas, będę umieszczał imię mówiącego].
 
KOHUN: Nie żartujemy.
 
HORST: Zatem musicie być ludźmi z gwiazd.
 
KOHUN: Jesteśmy nimi, jeśli chcesz nas tak nazywać.
 
HORST: Nie mogę w to uwierzyć.
 
ATHAR: Nie kłamiemy.
 
HORST: Czy naprawdę mam w to uwierzyć?
 
KOHUN: Ależ to prawda.
 
HORST: To niewiarygodne, a co tutaj robicie?
 
KOHUN: Często odwiedzamy Ziemię, śledzimy przebieg wydarzeń na niej i obserwujemy rozwój ludzkich istot. Niestety są one bardzo zacofane w swoim rozwoju religijnym z powodu intryg politycznych. Błędny rozwój i nieustanna walka o władzę Ziemian może spowodować wiele zła, którego skutki mogą dotknąć nawet odległe systemy gwiezdne. Właśnie z tego powodu odwiedzamy Ziemię i prowadzimy obserwacje, aby w razie potrzeby zapobiec złu.
 
HORST: To brzmi wręcz niewiarygodnie.
 
ATHAR: Mówimy prawdę.
 
HORST: Jeśli rzeczywiście mówicie prawdę, to powiedzcie mi, co moglibyście zrobić, gdyby naprawdę stało się coś złego?
 
KOHUN: Nie obawiaj się, nie jesteśmy sami. Oprócz nas Centaurian jest jeszcze wiele innych kosmicznych ras, których przedstawiciele rezydują na Ziemi. Wielu z nich pochodzi z dużo bardziej odległych systemów słonecznych.
 
HORST: Mimo wszystko brzmi to dla mnie jak utopia. Co możecie zdziałać na Ziemi? Nie możecie przecież nic zmienić używając przemocy, ponieważ to by oznaczało wojnę. Skąd pochodzą inni gwiezdni ludzie?
 
KOHUN: Powiedziałem ci już przecież, że mówimy prawdę. To nie utopia. Nie zamierzamy podejmować żadnych działań przeciwko Ziemi. Nie mamy do tego prawa, zwłaszcza używając przemocy, która jest zakazana. Tak więc nie musicie obawiać się wojny z naszej strony. Mamy wielu przyjaciół na Ziemi, z którymi utrzymujemy stały kontakt i którzy działają w oparciu o nasze wskazówki i zalecenia w pokojowy sposób w imię dobra całej ludzkości. Rozpowszechniają wiedzę o naszym istnieniu i naszej misji. Ludzi tych nazywacie łącznikami. Działają oni zgodnie z naszymi wskazówkami i z tego powodu są często ostro atakowani. Oskarża się ich o głoszenie kłamstw i wprowadzanie ludzi w błąd, przed czym jest im niestety bardzo trudno się bronić.

Często w szeregi tych ludzi wkradają się jednostki, które kłamią i wprowadzają innych w błąd, nieraz dla żartu, co nie służy dobrze naszej misji. Najważniejsi łącznicy bardzo często atakowani są ze szczególną zajadłością, a nawet próbuje się ich pozbawić życia. Jest jeden człowiek, który został wyedukowany na proroka obecnych czasów. Jego misja jest najważniejsza, ponieważ ma za zadanie ponownie przedstawić mieszkańcom Ziemi nauki dotyczące prawdy. Jego nauki to nauki duchowe. Nauki te zostały mu przekazane z bardzo wysokich poziomów bytu przy współpracy z cywilizacjami pochodzącymi z gwiazdozbioru Lutni, Plejad i wszechświata DAL. Oprócz nich na Ziemi stale przebywają jeszcze przedstawiciele innych kosmicznych ras. Najważniejsze misje są realizowane przez rasy należące do gromady gwiazd zwanej Plejadami, ponieważ ich dawni przodkowie są również przodkami Ziemian, w związku z czym ta wielka misja spoczywa na ich barkach.

Rasy te posiadają trzy różne bazy na Ziemi, którymi kieruje istota imieniem Quetzal. Jego namiestnikiem jest kobieta mająca około 350 lat ziemskich o imieniu Semjase, która jest córką komendanta kosmicznej floty Plejadan. Ziemskim łącznikiem Plejadan jest blisko czterdziestoletni mężczyzna mieszkający w kraju zwanym Szwajcarią. Ma na imię Billy. Wiele różnych ras odwiedza Ziemię i jej najbliższe gwiazdy24, Wenus i Marsa, gdzie w bazach przebywa niewielka, pięćdziesięcioosobowa grupa istot, jako że obie te planety nie nadają się do normalnego życia z braku odpowiednich warunków. Ta sama uwagą dotyczy innych ciał planetarnych w waszym systemie słonecznym, w którym, jak ci wiadomo, jedynie Ziemia posiada odpowiednie warunki do rozwoju życia i na której istnieje ono zarówno w postaci materialnej, jak i duchowej. Wasza nauka niedługo się o tym przekona, mimo iż na razie twierdzi co innego.
 
HORST: To niewiarygodne, czy to wszystko jest prawdą?
 
ATHAR: Mówimy tylko prawdę.
 
HORST: Po prostu nie mogę w to uwierzyć. To brzmi jak jakiś utopijny horror.
 
KOHUN: Mimo to naszym zadaniem jest głoszenie prawdy.
 
HORST: Chyba muszę w to uwierzyć, czy chcę, czy nie. Wasz latający spodek dowodzi, że musicie mówić rację.
 
ATHAR: My nazywamy nasze latające pojazdy statkami promiennymi.
 
HORST: Czy mogę dowiedzieć się czegoś o ich napędzie.
 
ATHAR: Nie wolno jest nam udzielać tego rodzaju informacji.
 
HORST: Szkoda.
 
ATHAR: Gdybyś mógł nam pomóc, bylibyśmy ci bardzo wdzięczni.
 
HORST: Chętnie, co mam zrobić?
 
ATHAR: Chcielibyśmy zlecić ci pewne zadanie w związku z naszym istnieniem.
 
HORST: Czy chcecie, abym coś o was napisał?
 
ATHAR: Właśnie.
 
HORST: Nie mogę tego zrobić, jeszcze nie zwariowałem. Nikt by mi nigdy nie uwierzył w taką historię. Uznano by mnie za wariata.
 
KOHUN: Jak chcesz. Zatem nasz trud jest daremny. Musisz nas teraz opuścić.
 
HORST: Poczekajcie, nie to miałem na myśli. Może mógłbym spróbować, ale anonimowo?
 
ATHAR: Jak mamy to rozumieć?
 
HORST: Zwyczajnie, nie podając swojego nazwiska.
 
KOHUN: To nie będzie dobrze służyło naszej sprawie.
 
HORST: Co mam więc zrobić?
 
KOHUN: Musiałbyś występować publicznie jako łącznik.
 
HORST: Co to, to nie, jeszcze nie zwariowałem!
 
KOHUN: Zatem naszą rozmowę możemy uznać za zakończoną.
 
HORST: Szkoda, że nie chcecie mnie zrozumieć. KOHUN: Jeśli to jest twoje ostatnie zdanie, to znaczy, że zakończyliśmy tę rozmowę.
 
HORST: Niech więc tak będzie, po prostu nie mogę postąpić inaczej. Czy mogliście odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie?
 
KOHUN: O ile nie dotyczy ono naszych pojazdów i sprzętu, to tak.
 
HORST: Wspomnieliście coś wcześniej o osobach nazywających siebie łącznikami... ale nie będących nimi. Swego czasu spotkałem się gdzieś z kilkoma nazwiskami. Jedno brzmiało coś jak Adami lub podobnie, inne Genovesa, a inne Michalk. Czy moglibyście mi coś o tym powiedzieć?
 
ATHAR: Dlaczego cię to interesuje, skoro sam chcesz zachować swoją osobę w tajemnicy?
 
HORST: To tylko pytanie. Z drugiej strony przekonaliście mnie, że faktycznie pochodzicie z gwiazd. Po prostu chciałbym się dowiedzieć.
 
Szkic Horsta Fennera przedstawiający Kohuna, Athara i ich pojazd.
 
czegoś nowego, lecz nie mogę występować publicznie, jak proponujecie. Z jednej strony nie uwierzono by w ani jedno moje słowo, z drugiej zaś nie jestem odpowiednim człowiekiem do tego celu. KOHUN: Może i masz rację. Z drugiej strony masz prawo znać prawdę. Te trzy wymienione przez ciebie nazwiska są nam dobrze znane, chociaż źle je wymówiłeś: pierwszy z tych ludzi nazywa się Adamski, drugi Genovese, a trzeci Michalek25. Nie są to prawdziwi łącznicy, lecz zwyczajni oszuści. Żaden z nich nie kontaktował się z nami ani też z kimkolwiek z innych ras kosmicznych. Nie są oni wcale jedynymi kłamcami, jest ich o wiele więcej. Jeżeli kiedykolwiek usłyszysz takie nazwiska, jak Zilar, Menger, Miller, Nelson, Castillio czy Siracusa... możesz być pewny, że masz do czynienia z oszustami.
 
ATHAR: Naprawdę nie chcesz pracować dla dobra naszej misji?
 
HORST: To kusząca propozycja, ale naprawdę nie mogę. Może kiedy indziej. Najpierw jednak chciałbym porozmawiać z kimś, kto zna się  na tych sprawach. Znacie kogoś takiego?
 
KOHUN: Zwróć się po prostu do najważniejszej osoby. Nie możesz jednak podjąć się tego zadania potem. Decyzję musisz podjąć teraz. Albo wiesz już teraz, co jest twoim obowiązkiem i co jesteś w stanie zrobić, albo musimy zrezygnować z twojej pomocy. Niestety, w tej kwestii musimy być nieustępliwi.
 
HORST: W takim razie muszę chyba zrezygnować, ponieważ nie jestem teraz w stanie podjąć takiej decyzji. Szkoda. Przemyślę sobie to wszystko i być może spróbuję opisać i opublikować to spotkanie z wami.
 
ATHAR: Sprawiłbyś tym nam dużą radość i byłoby to z pewnością użyteczne. Ale teraz musisz już iść, ponieważ mamy jeszcze trochę pracy. Szkoda że trudziliśmy ciebie tutaj na darmo. Idź w pokoju i nie bój się niczego!
 
Drodzy przyjaciele, tak oto przedstawia się cała nasza rozmowa, która pod koniec nie wydawała mi się już tak fantastyczna. Po kilku przyjacielskich słowach pożegnania udałem się w drogę powrotną do Trinidadu, gdzie dotarłem tuż przed zmierzchem. Przez całą noc nie mogłem zasnąć i rozmyślałem o tym wszystkim. Doszedłem do wniosku, że postąpiłem głupio, gdyż zgodziwszy się na propozycję Athara i Kohuna, mógłbym zapewne dowiedzieć się od nich czegoś więcej. Bałem się panicznie, że zostanę potraktowany jak wariat, jeśli spróbuję napisać cokolwiek na ten temat. Teraz już naprawdę nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić, i czy przypadkiem nie uroiłem sobie tego. Proszę, porozmawiajcie o tym z moim ojcem i pastorem i spytajcie ich, co o tym sądzą, a następnie napiszcie mi o tym. Zapytajcie także pastora, czy powinienem rozpowszechnić tę rozmowę, czy nie. Jeśli uzna, że tak, zróbcie to. Proszę tylko nie podawać mojego ani swojego adresu, ponieważ nie chcę być przez nikogo nękany po swoim powrocie...
 
Czekam na waszą odpowiedź i opinię. Za mniej więcej miesiąc będę w La Paź, gdzie możecie pisać pod znany adres.
 
Serdeczne pozdrowienia i wszystkiego dobrego
 
Wasz obierzyświat
 
Horst
 
9. Uwagi końcowe
 
9.1.  Tajemnicza likwidacja jodeł
 
(zdjęcia 55 i 56)
 
Historia o zniknięciu jodły jest sprawą drażliwą (patrz rozdział VII). Wielu sceptyków wykorzystało ją w swojej walce z Billym, twierdząc, że to drzewo nigdy nie istniało. Tym zarzutom przeczą następujące sprawy:
 
1.  Pierwszy zarzut, że jodła w ogóle nie istniała, łatwo obalić, ponieważ istnieją co najmniej dwa zdjęcia, na których jest ona widoczna.
 
2.  Poza tym istnieje zdjęcie tego samego fragmentu terenu bez drzewa, co daje nam możliwość dokonania porównań. Na jednym z nich widać młode wybujałe drzewo w otoczeniu czerwonawego buku rosnącego z boku, na drugim zaś nie ma po nim śladu, zaś wymieniony buk widać nieco w dali. Jeżeli założymy, że Billy własnoręcznie usunął tę jodłę, to należy przypuszczać, że ktoś mógł widzieć, jak to robi. Co więcej, musiał w ciągu 1-2 godzin zatrzeć wszelkie ślady. Jak wiadomo, trawa nie mogłaby wyrosnąć w tamtym miejscu w tak krótkim czasie.
 
3.  W końcu chciałbym zwrócić uwagę na wymieniony już buk rosnący nieco z boku - i to nie bez powodu.
 
9.2.  Niesamowite dźwięki
 
(szkic na stronie 154)
 
Trzecia demonstracja dźwięków wydawanych przez statek Semjase miała miejsce 18 lipca 1980 roku w Sadelegg-Hinterschmidrüti. Jest kilka argumentów przemawiających za prawdziwością tego zdarzenia. Podobnie jak podczas poprzednich demonstracji, również tym razem było wielu świadków mogących potwierdzić to zdarzenie, ponieważ wszyscy oni:
 
a)  obserwowali Billy'ego przez cały czas dokonywania nagrań (patrz szkic z zaznaczonymi pozycjami świadków);
 
b)  słyszeli na własne uszy te głośne dźwięki;
 
c)  również je nagrali.
 
Przy tej okazji pozwolę sobie przypomnieć jeszcze raz pozostałe dzienne demonstracje. Były to ślady lądowania, pozaziemskie krasnoludki, niecodzienne rozmowy radiowe, pokaz pistoletów laserowych. Do tej samej kategorii należą również demonstracje nocne, a także obserwacje dzienne i nocne.
 
9.3. Historia z brodą
 
Regułą jest, że mężczyzna goli się w czasie porannej toalety. Jeżeli jednak tego nie zrobi z jakichś powodów, na przykład braku czasu lub lenistwa, nie jest to przestępstwem. Niegolenie się przez dłuższy czas sprawia, że zarost szybko staje się widoczny. Wie o tym każdy, ale wspominam o tym nie bez przyczyny, ponieważ ma to posłużyć jako wprowadzenie do pewnej historii związanej z brodą, którą usłyszałem od Jacobusa Bertschingera.
 
Zdarzenie to miało miejsce w roku 1975, gdy Eduard Meier mieszkał z rodziną jeszcze w Hinwil. Nie nosił wówczas brody, jak to ma obecnie miejsce, i golił się codziennie. Było to latem, a dokładnie w czwartek 17 lipca. Świeżo ogolony wyszedł rano około godziny 9. z domu, gdzie wrócił dopiero wczesnym rankiem następnego dnia.
 
W tym czasie Jacobus czekał cierpliwie w jego domu na jego powrót. Gdy Billy wszedł do mieszkania, Jacobus z miejsca zauważył dwie rzeczy: po pierwsze, Billy sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego, z trudem patrzył na oczy, po drugie, miał tak długą brodę, jakby nie golił się od tygodnia. Jacobus doskonale wiedział, że nie było go zaledwie jeden dzień. Ciekaw jestem, co pomyśleliby inni, gdyby ich dobry znajomy pojawił się z wielotygodniowym zarostem, mimo iż wiedzieliby, że nie golił się tylko jeden dzień? Z pewnością pomyśleliby o jakimś cudownym napoju bądź środku na porost włosów. Oba te przypuszczenia są jednak błędne w tym przypadku, bowiem wyjaśnienie tej zagadki jest zupełnie inne. Otóż tego dnia, kiedy Billy wyszedł z domu, Plejadanie zabrali go statkiem dowodzonym przez Ptaaha w daleką podróż po naszym wszechświecie. Ta niezwykła podróż, jakiej nie odbył żaden inny Ziemianin, trwała 5 ziemskich dni. Najbardziej zagadkowy był jednak jego powrót, który nastąpił po 22 godzinach. Ale i na to jest wyjaśnienie, którym jest manipulacja czasem. Kolejną ciekawostką było oświadczenie Billy'ego, że przez cały ten czas nie zmrużył oka. W związku z tym nasuwa się pytanie, jak mu się to udało? Odrzekł, że nie było to jego zasługą. Po prostu otrzymywał odpowiedni pokarm, który utrzymywał go w stanie pełnej świadomości. Pokarm spożywany przez Plejadan działa podobnie jak dostępne u nas w handlu środki pobudzające. Po tych pięciu bezsennych dniach Billy poszedł wypocząć i spał przez 36 godzin.
 
9.4. Badania ogólne
 
Aby dokładnie zbadać całą tę sprawę, wielu badaczy zjawiska UFO z Ameryki i Japonii przez około 4 lata (łącznie przez 300 dni) przebywało w pobliżu domu Billy'ego, kontrolując go dosłownie w dzień i w nocy, a także jego przyjaciół i współpracowników.
 
Wyniki tego dochodzenia opublikowane zostały w USA w dwutomowym albumie obficie ilustrowanym zdjęciami Billy'ego UFO... Contactfrom the Pleiades (UFO... kontakt z Plejad) autorstwa Brit i Lee Eldersów oraz Toma Welcha, a także książce emerytowanego podpułkownika lotnictwa wojskowego Wendelle C. Stevensa UFO... Contactfrom the Pleiades: Preliminary Imestigation Report (UFO... kontakt z Plejad — raport wstępny). Dwa lata później, w roku 1984, pojawiła się kolejna książka w języku angielskim Istoty pozaziemskie i tęsknota Ziemian za pokojem Maartena Dillingera, który już od dłuższego czasu zajmował się tym problemem. Przez kilka tygodni na przestrzeni 3 lat znany amerykański publicysta Gary Kinder badał przypadek Billy'ego. Owocem jego pracy był bestseller Light Years (Lata świetlne).
 
Autorzy tych prac stwierdzają w nich jednoznacznie, że ów jednoręki mężczyzna, Billy, nie byłby w stanie sam zgromadzić tak ogromnego materiału dowodowego. Ponieważ nie dysponował wystarczającą sumą pieniędzy, nasuwa się pytanie, czy wspomagał go ktoś w tym finansowo. Jeśli tak, to na pewno nikt ze Szwajcarii. W rzeczy samej nie udało się znaleźć nikogo, kto by go finansował, w związku z czym to przypuszczenie należy odrzucić.
 
Jak już wcześniej wspomniałem, Billy nie żyje jak samotnik w jaskini, lecz mieszka pod jednym dachem razem ze swoją rodziną i innymi ludźmi wspomagającymi go w jego misji. Wszyscy oni mają stały wgląd w jego poczynania i doskonale wiedzą, co się dzieje w Centrum. Nie wyobrażam sobie, aby pozwalali wodzić siebie za nos, gdyby wiedzieli, że coś w tym jest nie tak.
 
Chciałbym również wspomnieć o dzieciach, które jak wiadomo, są bystrzejszymi obserwatorami od dorosłych. Można więc przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że jeśli będą wiedziały coś, czego nikt nie wie, to być może pewnego dnia poznamy to.
 
Poza tym Billy musiał mieć się na baczności przed swoją żoną, która w początkowych latach nie była do końca przekonana do jego kontaktów i pochodziła do nich z dużą rezerwą. Wraz z nabraniem przez nie oficjalnego charakteru w jego rodzinie nastąpiły ogromne zmiany. Z dnia na dzień został wciągnięty przez istoty pozaziemskie w wir intensywnej pracy, przez co coraz mniej miał go dla rodziny. Której żonie podobałaby się taka sytuacja?
 
Z tych powodów żona Billy'ego z niechęcią śledziła wszystkie jego poczynania i wcześniej czy później odkryłaby różne rzeczy, na przykład wykonywanie przez niego rzekomych modeli statków kosmicznych. Nic takiego jednak się nie stało. Mając to na uwadze, twierdzenie, że Kalliope wspierała Billy'ego w preparowaniu rzekomego oszustwa, jest całkowicie irracjonalne. Było wręcz odwrotnie, o czym może zaświadczyć wiele osób, które ją znają.
 
9.5. Najważniejsze ogniwa łańcucha dowodów
 
W przedstawionym dotychczas łańcuchu dowodów brakuje bezsprzecznie jeszcze jego najistotniejszych elementów, a mianowicie łącznika i jego świadków. Spośród wszystkich szczególnie nurtuje pytanie, co skłoniło Billy'ego, aby przez lata uważać siebie za superłącznika, jak się go często błędnie określa. Jeśli wierzyć jego antagonistom, na ów szczyt wyniósł się przy pomocy swoich zwolenników i ich kosztem.
 
Kto wierzy w takie bzdury, ten nie ma zielonego pojęcia o tej sprawie. Dlatego powtarzam to, co już napisałem w rozdziale V, że mimo kłopotów zdrowotnych Billy niestrudzenie oddaje się pracy twórczej będącej częścią jego misji, wspiera FIGU oraz pomaga przy rozbudowie i utrzymaniu Centrum — oczywiście bez wynagrodzenia!
 
Z biegiem lat jego warunki mieszkaniowe znacznie się poprawiły, lecz jest to zasługą przede wszystkim jego samego. Na szczęście wśród jego współpracowników jest wielu pasjonatów, którzy wspierają go, jak mogą. Poza tym ma wielu sympatyków na całym świecie. Jeśli ktoś sądzi, że kontakty z istotami pozaziemskimi należą wyłącznie do przyjemności, to jest w wielkim błędzie. W rozdziale V wyjaśniłem wyraźnie, że wiąże się z tym bardzo uciążliwa praca. W ten oto sposób dotarliśmy do odwrotnej strony medalu, to znaczy do nieco mniej przyjemnej strony życia łącznika. W realizację jego misji zaangażowana jest spora grupa ludzi, lecz mimo to na nim spoczywa największa odpowiedzialność. Stąd też twierdzenie, że kieruje nim żądza zdobycia sławy, jest pozbawione racjonalnych podstaw. Dodatkowo przemawiającym za tym argumentem jest odrzucenie przezeń między innymi bardzo ponętnej propozycji objęcia intratnego kierowniczego stanowiska w mającym powstać globalnym stowarzyszeniu wspierania przyjaźni z istotami pozaziemskimi. Skąd więc to ględzenie o chęci zdobycia sławy. Niestety, nie jest mu dane wiedzenie zwykłego życia, gdyż był i jest nadal nieustannie poddawany wielu próbom, zarówno psychicznym, jak i fizycznym.
 
1.  Jak wiadomo, Billy nazywany jest kłamcą i oszustem, który spreparował cały swój materiał fotograficzny i filmowy, a także pozostałe dowody. Tego typu opinie głoszą najczęściej ci, którzy z reguły nie orientują się w całej tej sprawie.
 
2.  Wielu wrogo do niego nastawionych dziennikarzy i reporterów neguje wszystko, co dotyczy jego przypadku, jak na przykład regularnie organizowane przezeń medytacje o pokój, wymyślając jednocześnie różne bzdury na jego temat.
 
3.  Często twierdzi się, że nie dementuje on zarzutów, jakie są kierowane pod jego adresem, w związku z czym muszą być one słuszne.
 
4.  Coraz częściej dowiaduje się, że jego teksty sprzedawane są bez jego zgody w innych krajach, często w złych przekładach i co najgorsze, świadomie przeinaczane.
 
5.  Jest spora grupa ludzi, którzy akceptując w pełni jego wspaniały materiał dowodowy, odrzucająjednocześnie jego opisy podróży kosmicznych oraz w czasie, a także opinie na temat religii jako zmyślony stek bzdur. Mogę w tym miejscu powiedzieć jedynie, że wielu zjawisk mających związek z jego kontaktami nie da się w świetle współczesnej nauki wytłumaczyć, przeto nic dziwnego, że nie są one akceptowane. Tego typu reakcja jest czymś naturalnym w przypadku zdarzeń, wobec których nauka jest bezsilna. Billy zdaje sobie z tego doskonale sprawę i dlatego unika tego rodzaju tematów. Pomija zatem rzeczy, które mogłyby prowadzić do nieporozumień i stać się przyczyną złośliwych pomówień. (Na przykład w przeciwieństwie do Ziemian Plejadanie za system słoneczny uważają taki układ, w którym istnieje co najmniej jedna planeta z nie mniej niż trzema księżycami).
 
6.  Wielu przeciwników Billy'ego przypisuje mu wszelkie możliwe i niemożliwe cudowne zdolności, a następnie określa go mianem szarlatana. Muszę stwierdzić, że to bardzo niegodziwa gra.  Gdyby ci ludzie wiedzieli, jakie brzemię dźwiga człowiek, którego zadaniem jest głoszenie prawdy, być może zastanowili się nad swoim postępowaniem.
 
7.  Wielu dawnych członków jego grupy i przyjaciół stało się z biegiem czasu  źródłem jego rozczarowań,  kiedy to zaczęli  go opuszczać. Niektórzy z nich dopuścili się nawet oszczerstw -ludzie, którym poświęcił tak wiele swojego czasu i cierpliwości.
 
8.  Jestem pełen podziwu do Billy'ego, że mimo tych wszystkich przeciwności oraz złego stanu zdrowia nie porzucił swojej działalności i wszelkimi siłami nadal usiłuje pełnić swoją misję najlepiej, jak to tylko możliwe, dla dobra ogółu.
 
9.  W podzięce za te starania jest nieustannie wyszydzany. W ciągu minionych 15 lat dokonano łącznie 13 zamachów na jego życie (patrz rozdział XIII). Często również atakowany był przez Inteligencję Giza (patrz rozdział XIV). Zastanawiające jest, dlaczego tak usilnie próbuje się go wysłać w zaświaty, jeśli jest on kłamcą i oszustem?
 
10. Bardzo często grupę Billy'ego przedstawia się jako religijną sektę, a jego samego jako jej guru.
 
Wymienione argumenty powinny, jak sądzę, dostarczyć notorycznym sceptykom wystarczającej ilości materiału do przemyśleń. Ostatecznie każdy czytelnik sam musi zadecydować, czy uważa Billy'ego za osobę wiarygodną, czy też nie.
 
Znaczącą rolę w sprawie Meiera odgrywają również jego współpracowinicy i świadkowie. Gdyby to wszystko były brednie, wówczas nikt z nich nie narażałby na szwank swojej reputacji, którą cieszy się w miejscu pracy oraz w swojej lokalnej społeczności. Tym bardziej, iż wiedzą dobrze, że każdy, kto popiera publicznie Billy'ego musi się liczyć z szyderstwami i ośmieszaniem. Znam to z własnego wieloletniego doświadczenia. Wiem dobrze, jak może czuć się osoba publicznie oczerniana, lub gdy potajemnie szepce się za jej plecami, że na przykład wskutek odniesionej w czasie drugiej wojny światowej rany w głowę brak jej „piątej klepki".
 
Czy się to komu podoba, czy nie, prawda jest prosta i około 20 świadków udokumentowało swoimi podpisami prawdziwość przytoczonych przeze mnie relacji. Oczywiście najchętniej kwestionowane są najbardziej wymowne wypowiedzi, co przychodzi szczególnie łatwo, kiedy świadków zna się tylko ze słyszenia lub przelotnie. Dla wielu ludzi nawet zbadanie faktów i poznanie świadków nadal nie będzie dostatecznym argumentem do uznania ich za prawdziwe. Nic dziwnego, bowiem prawdzie zawsze trudno jest się przebić na światło dzienne.
 
Semjase wielokrotnie usiłowała uzmysłowić Ziemianom, że właśnie w Erze Wodnika winni wyprzedzać czas, kierować się przede wszystkim rozumem i logiką. Poza tym dała jasno i wyraźnie do zrozumienia, że otrzymaliśmy za pośrednictwem Billy'ego znacznie więcej dowodów do analizy niż trzeba i że jedyne, co nam teraz pozostaje, to jej rzetelne przeprowadzenie.
 
Ze względu na obowiązujące prawa istoty pozaziemskie nie są upoważnione do przekazywania Ziemianom gotowych prawd, co nie podoba się wielu ludziom, którzy nie chcą w żadnym wypadku tego zaakceptować, gdyż nie odpowiada to ich wyobrażeniom. Ich zdaniem istoty pozaziemskie powinny nieść nam pomoc oraz wspierać na wszelkie sposoby.
 
Intensywna praca umysłowa związana jest z ogromnym wysiłkiem i dlatego niezbyt lubiana przez wielu, zwłaszcza gdy nie stoją za tym korzyści finansowe. Rzecz w tym, że droga do prawdy wiedzie właśnie poprzez intensywny wysiłek umysłowy i w żaden sposób nie da się tego ominąć. Wszystkim poszukującym prawdy mogę jednak powiedzieć na pocieszenie, że zgodnie z uniwersalnym prawem każdy dążący do niej uparcie wcześniej czy później na pewno osiągnie cel.
 
Oświadczenie świadków
 
Niżej podpisani oświadczają, że nigdy nie widzieli, aby Eduard Albert (Billy) Meier mieszkający w Szwajcarii w miejscowości Schmidrüti niedaleko Zurychu dokonywał kiedykolwiek jakichś mistyfikacji, oraz że nigdy nie słyszeli, aby ktokolwiek wspierał go finansowo w tego typu działaniach. Ponadto oznajmiamy, że zawarte w tej książce nasze relacje z różnych przeżyć, których byliśmy świadkami, są całkowicie zgodne z prawdą, i że w każdej chwili jesteśmi gotowi potwierdzić je przed sądem.
 
Hinterschmidrüti, Semjase Silver Star Center, 16 lutego 1991 roku
 
Nazwiska świadków i ich podpisy

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                           Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/