Historia kontaktów BILLY’EGO MEIERA z inną cywilizacją.
Film oryginalny
SM
UFO Z
PLEJAD
XII BADANIA NAUKOWE I INNE DOWODY
AUTOR - GUIDO MOOSBRUGGER
W naszym zmaterializowanym społeczeństwie nadal obowiązuje dewiza: „Należy
uznawać tylko to, co można zbadać przy pomocy urządzeń pomiarowych". Zasada ta
rozciąga się także na ufologię i dotyczy również osoby Billy Meiera. Od czasu
ujawnienia przezeń swoich kontaktów nieustannie rozlegają się głosy domagające
się od niego naukowych dowodów.
Amerykańsko-japońska grupa badaczy podjęła wszelkie możliwe środki, aby je
zdobyć, co po wielu trudnościach zostało uwieńczone sukcesem. Ktoś, kto nie
zajmuje się tego typu sprawami, nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić, jakiego
nakładu czasu, sił i środków wymagało to ogromne przedsięwzięcie. Najtrudniejszą
sprawą nie były same analizy, lecz znalezienie instytucji skłonnej sfinansować
to ryzykowne zadanie. Poza tym należy wziąć również pod uwagę ryzyko utraty
prestiżu przez danego naukowca, w przypadku gdyby jego przełożeni lub koledzy po
fachu dowiedzieli się o jego uczestnictwie w tym przedsięwzięciu, bowiem tak
zwany przypadek Meiera nadal jest uważany na świecie jako największe oszustwo w
dziejach ufologii.
W całym tym przedsięwzięciu musiał być spełniony jeszcze jeden istotny warunek —
badania naukowe musiały być przeprowadzone gruntownie i bardzo rzetelnie, zaś
otrzymane rezultaty interpretowane zgodnie z prawdą, bez jakichkolwiek
uprzedzeń, i opublikowane. Badania przeprowadzone pobieżnie lub przekłamana
interpretacja ich wyników byłyby całkowicie bezwartościowe, a nawet szkodliwe.
Billy znajduje się jednak w szczęśliwym położeniu, ponieważ na poparcie
autentyczności swoich kontaktów może przedłożyć szereg wyników badań naukowych,
którym poddane były jego zdjęcia, próbka materiału używanego do produkcji
statków promiennych, wydawane przez nie dźwięki oraz miejsca lądowań. Ponadto na
jego korzyść przemawiają testy przeprowadzone na detektorze kłamstwa, którym
oprócz niego poddano jeszcze pięciu innych świadków.
Jesteśmy wdzięczni wszystkim osobom i instytucjom, które przyczyniły się w
jakikolwiek sposób do powstania tego materiału dowodowego/ Mimo to liczni
sceptycy z uporem maniaka wysuwają pod adresem Billy'ego różnego rodzaju zarzuty
w myśl zasady: „Nie może być prawdą to, co nią być nie powinno".
Oto kilka z nich najczęściej się powtarzających:
a) żadne z wymienionych badań nigdy nie miało miejsca, przeto wszystko to jest
czczym wymysłem;
b) wspomniane analizy to przejaw zmowy lub przekupstwa;
c) badania te są niewiarygodne, ponieważ przeprowadzający je naukowcy albo
popełnili jakieś błędy, albo byli niedostatecznie kompetentni. Czasami
człowiekowi włosy stają dęba, kiedy się czyta, co niektórzy
ludzie wypisują na ten temat. Ale jak do wszystkiego, również i do tego można
się z czasem przyzwyczaić.
W dalszej części przedstawiam wyniki najważniejszych analiz naukowych dowodów
Billy'ego.
1. Opinie świadków o zdjęciach Billy Meiera
Wszystkie czarnobiałe filmy przedstawiające NOLe Billy Meier wywoływał w sklepie
fotograficznym „Bar" w Wetzikon (Przedgórze Zürychskie), natomiast kolorowe w
trzech różnych laboratoriach na terenie Szwajcarii.
Właściciel sklepu, Willy Bar, w rozmowie z dwoma amerykański badaczami1
powiedział między innymi:
Nigdy nie dostrzegłem niczego podejrzanego w wywoływanych przez siebie
czarno-białych filmach. Nigdy też nie proszono mnie o dokonanie jakichkolwiek
manipulacji. Wielu ludzi podejrzewało, że to moja robota, ale to nieprawda.
[...] Nie wiem nic o NOLach, ale te zdjęcia są prawdziwe. Gotów jestem w każdej
chwili powtórzyć to przed sądem. [...] Gdyby [Billy] korzystał z czyjejś pomocy,
nie musiałby wypróbowywać wszystkich modeli [aparatów], aby sprawdzić, który z
nich będzie dla niego najporęczniejszy.2
Billy Meier zaprosił nawet któregoś razu Willy Bara na spotkanie ze statkiem
Plejadan, ale ten odrzucił to zaproszenie. Pomocnik Bara Fritz Kindlimann nie
stwierdził na filmach Billy'ego jakichkolwiek śladów manipulacji i potwierdził,
że są one prawdziwe.
2. Wyniki niektórych analiz zdjęć i filmów
Analizy zdjęć i filmów Billy'ego przeprowadzone w USA nie wykazały jakichkolwiek
śladów fałszerstwa. Poniżej przytaczam kilka wypowiedzi na ten temat:
Oglądając zdjęcia specjalista od efektów specjalnych, Wally Gentleman,
twierdził:
Zastanawiam się, czy jest tu wykorzystana specjalistyczna wiedza, czy też nie?
Jeżeli nie, to te zdjęcia muszą być prawdziwe.3
Po ich obejrzeniu dodał:
Jednoręki człowiek nie mogłaby w żadnym wypadku sfałszować tych zdjęć bez pomocy
innych osób. [...] Musiałby dysponować liczącą co najmniej piętnaście osób
grupą. [...] Gdybyśmy chcieli nakręcić podobne ujęcie [chodzi o jeden z krótkich
filmów nakręconych przez Billy'ego], ktoś, kto by zamówił u mnie podobną robotę,
musiałby mi za to zapłacić 30.000 dolarów. Poza tym do jej wykonania
potrzebowałbym odpowiednio wyposażonego studia. Gdybym go nie miał, trzeba by
było wyłożyć dodatkowe 50.000 dolarów na sprzęt.4
Eric Eliason, ekspert od analizy zdjęć pracujący w Służbie Geologicznej Stanów
Zjednoczonych, w rozmowie z Gary Kinderem powiedział:
Mogę tylko powiedzieć, że w materiale, jakim dysponowałem, nie stwierdziłem
niczego podejrzanego, jeśli chodzi o nakładanie obrazów. Gdyby takie nałożenie
miało miejsce, komputer by je wykrył, lecz tam niczego takiego nie było.5
Dr Michael Malin, fizyk oraz specjalista w dziedzinie nauk planetarnych i
geologii, tak wyraził się o zdjęciach Billy'ego:
Te fotografie są o wiele lepsze od wszystkich zdjęć NOLi, jakie miałem okazje
dotychczas oglądać [...]. Widoczne na nich obiekty wyglądają niezwykle realnie.
[...] Nie odkryłem [...] na tych zdjęciach żadnych [...] nieprawidłowości. Z
tego, co widziałem, mogłem wysnuć wniosek, że te zdjęcia nie zostały
sfabrykowane.6
Fizyk Neil Davis po zbadaniu zdjęć pod względem ostrości, kolorów, oświetlenia
oraz ewentualnego fotomontażu i zastosowania modeli w końcowym wniosku napisał:
W trakcie badania zdjęcia nie odkryto niczego, co by wskazywało, że widoczny na
nim obiekt [statek kosmiczny] jest czymś innym niż sfotografowanym z pewnej
odległości dużym urządzeniem.7
3. Analiza próbki metalu
Szef grupy amerykańskich badaczy stwierdził, że chociaż sfałszowanie zdjęć lub
filmów jest teoretycznie możliwe, to z całą pewnością wykluczone jest
spreparowanie stopu metali dostarczonego Billy'emu przez istoty pozaziemskie.
Jego zdaniem stwierdzenie pozaziemskiego pochodzenia tej próbki jest jednym z
najlepszych dowodów, jakiego dostarczono.
Gary Kinder dziwił się, że Billy przez 3 lata siedział cicho, nic nie mówiąc o
tych kawałkach metalu, które otrzymał od swoich pozaziemskich przyjaciół, dzięki
którym mógłby o tyle wcześniej potwierdzić autentyczność swoich kontaktów.
Jak się jednak wkrótce okazało, nie było to takie proste. Podjęta w roku 1979
pierwsza próba ich zbadania, zakończyła się niepowodzeniem. Pierwsze oceny
specjalistów były wręcz zniechęcające, co było dodatkowo potęgowane brakiem
odpowiednich środków finansowych, zarówno w Szwajcarii, jak i za oceanem.
Efektem tego stanu rzeczy były bezwartościowe opinie, jak na przykład ta
wygłoszona przez pewnego metalurga z Uniwersytetu Stanowego w Arizonie mówiąca,
że jedna z tych próbek stopu metali to „kawałek żeliwnego garnka kuchennego".
Nieoczekiwana zmiana nastąpiła, gdy grupie amerykańskich badaczy udało się po
długich staraniach pozyskać do przeprowadzenia analizy próbki stopu metali dwóch
wybitnych specjalistów. Byli to dr Edwin Walker z Tucson w stanie Arizona i dr
Marcel Yogel, chemik z laboratorium badawczego koncernu IBM w San Jose w
Kalifornii. Dr Yogel jest pionierem w dziedzinie technologii luminescencyjnej i
wynalazcą nośnika magnetycznego do dzisiaj używanego w dyskach pamięci, ponadto
wniósł ogromny wkład w badanie płynnych kryształów obecnie powszechnie
stosowanych w różnego rodzaju wyświetlaczach.
Obaj naukowcy stwierdzili, że badana przez nich próbka stopu metali wytworzona
została w procesie zimniej syntezy. Metoda ta nie jest jeszcze znana na Ziemi.8
Podczas badania próbki dr Walker przeżył coś, co mu się jeszcze nigdy nie
zdarzyło w czasie jego trzydziestoletniej praktyki. W pewnym momencie bez
jakiegokolwiek zewnętrznego oddziaływania rozprysł się pleksi-glasowy pojemnik,
w którym znajdował się fragment badanego stopu. Jak się potem okazało, przyczyną
były uwolnione elementy gazowe wchodzące w skład stopu.9
W wywiadzie z Japończykiem Jun-Ichi Yaoi dr Yogel stwierdził między innymi:
Nie potrafię wyjaśnić, z jakiego typu materiałem miałem do czynienia. Jako
naukowiec nie potrafię tego porównać do żadnej znanej mi kombinacji materiałów.
Czegoś takiego nie da się wykonać przy użyciu żadnej spośród znanych na Ziemi
technologii! Pokazałem tę próbkę swojemu przyjacielowi metalurgowi, który
obejrzawszy ją potrząsnął na koniec głową i rzekł: „Nie mam pojęcia, jak można
by to połączyć w całość". W chwili obecnej znajdujemy się właśnie w tym punkcie.
Myślę, że my, przedstawiciele świata nauki, powinniśmy rzetelnie zbadać tę
sprawę, zamiast przypisywać wszystko ludzkiej wyobraźni.10
8Brit Elders, Lee Elders, Thomas K. Welch UFO... Contactfrom the Pleiades,
Genesis III Publishing, Munds Park, 1980, str. 58. Swojej opinii, że analizowana
próbka metalu była jedyną w swoim rodzaju.
Dwa pociemniałe na skutek utleniania kawałki metalu nie zawierały niczego poza
pewną ilością zanieczyszczeń w postaci aluminium, siarki, srebra, miedzi i
ołowiu, lecz mimo to stanowiły dla niego niespodziankę.
- Kiedy dotknąłem utlenionej powierzchni — wspomniał Vogel
- pojawiły się na niej czerwone smugi a cała warstwa tlenku
zniknęła. Wystarczyło lekkie dotknięcie, o tak, aby odwrócić proces
utleniania i odsłonić czysty metal. Nigdy przedtem nie widziałem
podobnego zjawiska. To było coś niezwykłego.11
I dalej:
Zanim znajdujący się w posiadaniu Marcela Vogela z IBM złocis-tosrebrzysty
trójkąt zniknął, Vogel zdążył go umieścić pod kosztującym około 250.000 dolarów
elektronicznym mikroskopem skaningowym i zarejestrować przebieg jego badania za
pomocą sprzężonej z nim kamery video. Niewielka próbka zawierała w sobie bardzo
czyste srebro, a także „bardzo, bardzo czyste" aluminium, potas wapń, chrom,
miedź, argon, brom, chlor żelazo, siarkę oraz krzem. Jeden z oglądanych pod
mikroskopem obszarów ujawnił „olbrzymi melanż niemal wszystkich pierwiastków
układu okresowego". Każdy z nich był przy tym wyjątkowo czysty.
— Było to niezwykłe połączenie — powiedział później — ale nie powiedziałbym,
żeby cokolwiek wskazywało na pozaziemskie pochodzenie próbki.
Bardziej niż ilość czy czystość występujących w próbce pierwiastków Vogela
intrygowała ich odrębność. Każdy pierwiastek łączył się z pozostałymi, a
jednocześnie w jakiś sposób zachowywał swoje typowe cechy. [...] W pewnym
momencie w pobliżu środka próbki, przy pięćsetkrotnym powiększeniu, odkrył dwie
równoległe bruzdy połączone między sobą licznymi wyżłobieniami tworzącymi
precyzyjny wzór wykonany w metalu przy użyciu jakiejś mikroskopowej technologii.
Chyba jeszcze bardziej zaskakujący okazał się fakt, że pierwiastkiem dominującym
na tym niewielkim obszarze był metal ziem rzadkich tul.
- Tego się zupełnie nie spodziewałem — powiedział Vogel. — Tul został
wyodrębniony dopiero podczas II wojny światowej jako produkt uboczny prac nad
energią jądrową i to w ilościach minimalnych. Jest pierwiastkiem nadal rzadko
spotykanym, a jego wartość wielokrotnie przewyższa wartość platyny. Ktoś musiał
dysponować rozległą wiedzą metalurgiczną, aby wpaść na pomysł podobnego
połączenia.
Powiększenie wzrosło do 1600 razy i Vogel ujrzał rzeczy, jakich nigdy dotąd nie
widział w całej swojej karierze naukowej.
— Próbka odsłoniła przede mną cały nowy świat. Pojawiły się struktury w obrębie
struktur... bardzo, bardzo niezwykłe. Przy mniejszym powiększeniu widać zaledwie
metaliczną powierzchnię. Teraz pojawiły się struktury złożone z przenikających
się płaszczyzn różnych typów. To jest bardzo podniecające.
Vogel coraz bardziej wnikał w głąb metalu.
— Mamy teraz powiększenie 2500 razy. Widzę struktury podwójnie załamujące
światło. Bardzo ciekawe! To niezwykłe, aby metal przejawiał podobne właściwości.
Kiedy wykonuje się przekrój i po oszlifowaniu ogląda się jego powierzchnię,
wówczas wygląda ona jak metal, ma lustrzany połysk metalu, ale teraz, w
spolaryzowanym świetle, okazuje się, że... tak, to metal, ale jednocześnie...
kryształ!12
Osobliwa jest również miękkość owego stopu metalu używanego do produkcji statków
kosmicznych przez Plejadan w przeciwieństwie do stopów stosowanych przez nas do
budowy kadłubów samolotów. Końcowy wynik tych skomplikowanych badań
jednoznacznie świadczy o pozaziemskim pochodzeniu tych metalowych próbek.
4. Analizy odgłosów statków Plejadan
Jak już wielokrotnie wspominałem, statki kosmiczne Plejadan posiadają
zabezpieczenia uniemożliwiające wykrycie ich za pomocą urządzeń wzrokowych,
akustycznych oraz radiolokacyjnych. Częściowe lub całkowite otwarcie ekranu
ochronnego sprawia, że można usłyszeć dobiegający od strony statku osobliwy i
bardzo przenikliwy dźwięk.
Billy Meier miał trzy razy możliwość jego nagrania (dwa razy wiosną 1976 roku w
pobliżu Hinwil i raz w Sadelegg-Hinterschmidruti 18 czerwca 1980 roku). Nagrania
te, zbadane przez kilku naukowców, okazały się interesującą niespodzianką.
Poniżej przedstawiam kilka z ich opinii. Dwóch specjalistów w dziedzinie
akustyki po przeprowadzeniu badań za pomocą odpowiedniego sprzętu powiedziało
Gary Kinderowi, że jeszcze nigdy dotąd nie spotkali się z dźwiękami o tak
nietypowej charakterystyce spektralnej oraz częstotliwościach.13
Specjalista w dziedzinie techniki komputerowej Nils Rognerud wyznał Kinderowi:
Patrząc na tę sprawę z naukowego punktu widzenia byłem nastawiony do niej
sceptycznie, ale te dźwięki naprawdę były niezwykłe.14
Inny specjalista stwierdził:
Komputer wykazał, że nagrany dźwięk stanowi mieszaninę 32 wąskich częstotliwości
perfekcyjnie ze sobą zespolonych, z których 24 znajduje się w zakresie
słyszalności ludzkiego ucha, zaś 8 poza nią.15
Inżynier dźwięku Steve Ambrose, wynalazca mikromonitora będącego mikroskopijnym
odbiornikiem radiowym sprzężonym z głośnikiem, stwierdził, że te nagrania
posiadają kilka zaskakujących właściwości:
W jaki sposób powieliłbyś ten dźwięk? Chodzi mi nie tylko o samo brzmienie, ale
również o to, co pojawi się na ekranie analizatora widma. Stworzenie czegoś, co
brzmi podobnie, to jedna sprawa, a stworzenie czegoś, co oprócz podobnego
brzmienia zachowuje jednocześnie całą złożoność tych oscylacji to druga sprawa.
Jeśli to jest oszustwo, to chciałbym spotkać faceta, który je sprokurował.
Prawdopodobnie zarobiłby kupę forsy na efektach specjalnych.16
Komentując wyniki badań Ambrose'a Gary Kinder napisał:
Ambrose znał wielu ludzi w Hollywood zajmujących się tworzeniem efektów
specjalnych, ale żaden z nich nie był w stanie zduplikować tych odgłosów. Jim
Dilettoso zbadał nagrania przy pomocy analizatora cyfrowego. Po rozłożeniu
dźwięków na czynniki pierwsze stwierdził:
Podczas słuchania dźwięki te nie sprawiały aż tak niezwykłego wrażenia. Właśnie
takich odgłosów należałoby się spodziewać po latającym spodku w filmie
science-fiction. Dopiero analiza ujawnia ciągłe zmiany. Kombinacje
poszczególnych dźwięków przybierają na sile bądź słabną, a wszystko to odbywa
się w takim tempie, że wygenerowanie tylu odgłosów, nawet przy pomocy
syntetyzera, nie byłoby sprawą łatwą.18
Następnie:
Chcąc uzyskać weryfikację swoich wyników z niezależnego źródła, Dilettoso wysłał
taśmę z nagraniem do Roba Shellmana, inżyniera dźwięku z laboratorium marynarki
wojennej w Groton w stanie Connecticut. Zaskoczony złożonością nagrania,
Shellman z miejsca wykluczył jedną z potencjalnych możliwości: źródłem dźwięku
nie mogły być urządzenia elektryczne. W liście do Dilettoso napisał:
„Sprzęt, którego użyłem, dostosowany był do analizy linii o częstotliwości od 50
do 60 herców, powszechnie występującej w instalacjach elektrycznych. Gdyby
urządzenie wytwarzające ten dźwięk było silnikiem lub inną maszyną elektryczną,
linie częstotliwości miałyby oczywisty przebieg. Tymczasem niczego takiego nie
stwierdziłem".19
Jeden z inżynierów dźwięku powiedział, że do stworzenia tego rodzaju dźwięku
niezbędne byłoby bardzo nowoczesne studio.
Aby zduplikować ten dźwięk potrzeba by co najmniej 8 bardzo drogich
syntetyzatorów i bardzo nowoczesnych i skomplikowanych mikserów kosztujących na
dzień dzisiejszy nie mniej niż 100.000 dolarów [w cenach roku 1980]. Nie ma
jednak sposobu na tak doskonałe ich splecenie ze sobą.20
Dalszy komentarz wydaje się zbędny.
5. Badania fizyczne miejsc lądowań
W rozdziale VII mowa była o osobliwych śladach lądowania pozostawionych przez
statki Plejadan w różnych miejscach Przedgórza Zürychskiego. Związany z nimi
materiał dowodowy jest istotny, ponieważ ma on wielu świadków. Wielu ludzi
twierdzi jednak, że ślady lądowali mogą stać się konkretnym dowodem dopiero
wtedy, gdy poddane zostaną odpowiednim badaniom fizyczno-chemicznym, co powinno
być ich zdaniem w interesie samego Meiera. Przy ich okazji można byłoby
stwierdzić również oddziaływanie tych pojazdów na otoczenie, zwłaszcza glebę
(np. podwyższona radioaktywność, promieniowanie magnetyczne itp.).
Przypomnijmy sobie choćby ślady powstałe 23 listopada 1977 roku na parkingu
przed domem Billy'ego, kiedy to w ciągu 10 minut doszło do stopienia
dziesięciocentymetrowej pokrywy lodowej o średnicy 3,5 metra, czy też 2 ślady
lądowania na łące niedaleko Centrum. Jak to możliwe, aby po prawie godzinnym
przebywaniu poza domem w tak złą pogodę (burza, wicher i ulewa) Billy mógł
pojawić się w nim w absolutnie suchym ubraniu? Sceptycy powiedzieliby zapewne,
że schował się gdzieś na godzinę i uciął sobie krótką drzemkę. Wobec tego, w
jaki sposób w taką pogodę powstały ślady lądowania i kto je spreparował?
Idiotyzmem jest twierdzenie, że ktoś wybrał akurat tak paskudną pogodę, aby w
jej trakcie sporządzić te ślady i to jeszcze w tak osobliwej formie. Oto
wypowiedzi kilku osób na ten temat. Świadek Herbert Runkel uważa na przykład:
— Jestem całkowicie pewny, że Edi [Billy] nie spreparował tych śladów. Często
sam widziałem takie ślady lądowania i posiadam bardzo wyraźne zdjęcia niektórych
z nich zrobione w różnych miejscach. Widać na nich wiele szczegółów. Mogę
zapewnić, że zgnieciona trawa jeszcze po czterech latach rosła tam wolniej niż w
innych miejscach.
Inny świadek, W. Witzer ze Stuttgartu, który oglądał ślady lądowania 6 lipca
1976 roku po północy, stwierdził, co następuje:
— Przybywszy na miejsce lądowania, dokonałem (razem z rodziną F. z
Karnwestheimu) kilku pomiarów kompasem. Okazało się, że jego wskazówka przestała
pokazywać właściwy kierunek.
Mniej szczęścia miał pewien naukowiec, który usiłował w naszej obecności (Billy
i ja) zmierzyć w miejscu lądowania w Juckern licznikiem Geigera promieniowanie
radioaktywne. Próba ta od początku skazana była na niepowodzenie, gdyż statki
kosmiczne Plejadan nie wydzielają tego rodzaju promieniowania.
Jedynie w początkowej kontaktów z Semjase, w latach 1975-1976, statki kosmiczne
Plejadan wyposażone były w napęd wysyłający do otoczenia intensywne
promieniowanie, od którego nazywane były przez nich samych „statkami
promiennymi". Pozostawiały one widoczne i dające się mierzyć ślady w miejscach,
w których stykały się bezpośrednio z ziemią. Po takim lądowaniu w gruncie i
roślinności pozostawało promieniowanie, w związku z czym grupa amerykańskich i
japońskich badaczy przeprowadziła w tych miejscach odpowiednie badania za pomocą
detektora promieniowania gamma.
Najbardziej udane pomiary zostały dokonane w miejscu lądowania w rezerwacie
Frecht w pobliżu Hinwil, gdzie 28 stycznia 1975 roku po raz pierwszy pojawiła
się Semjase w swoim statku. Początkowo badacze nie wierzyli własnym oczom.
Wewnątrz powierzchni o średnicy 6,5 metrów intensywność promieniowania była od
100 do 400 procent wyższa niż w otoczeniu, zaś samo promieniowanie zdawało się
mieć pulsujący charakter.
W innym miejscu lądowania, na skraju lasu położonego poniżej farmy, przyrząd
pomiarowy ponownie wykazał wzrost poziomu promieniowania od 100 do 300 procent.
W jeszcze innym miejscu, na prowadzącej do domu żwirowej drodze, było tak samo.
Potem okazało się, że kilka metalowych przedmiotów oraz sam Billy wykazywał
wzrost promieniowania do 300 procent. Nigdzie więcej nie stwierdzono takiego
wzrostu.21
Te liczby mówią same za siebie i wydaje mi się, że dalszy komentarz jest zbędny.
6. Testy na detektorze kłamstw
W ramach badań „sprawy Meiera" grupa amerykańskich badaczy podjęła wszelkie
możliwe środki w celu ustalenia prawdy. Jednym z elementów ich dochodzenia było
poddanie Billy'ego oraz kilku członków jego grupy testowi na prawdomówność.
„Kłamstwo to, jak wiadomo, celowe mówienie nieprawdy". Osoba, która kłamie,
znajduje się w swego rodzaju sytuacji stresowej, której objawem jest reakcja
wegetatywnego układu nerwowego. Na ile jest to skuteczna metoda, jako laik nie
mogę się wypowiadać. Kompetentne źródła zapewniły mnie jednak, że kłamcę
zdradzić może nawet minimalna, ledwo zauważalna zmiana głosu, co odpowiedni
przyrząd może z łatwością wychwycić. Test głosowy został przeprowadzony za
pomocą Analizatora Stresu Mark IX-P.
Detektor ten rejestruje wszystkie, nawet najdrobniejsze wahania ludzkiego głosu,
które są następnie poddawane interpretacji przez prowadzącego przesłuchanie
specjalistę. Podczas sporządzania listy pytań ważne jest, aby znalazły się wśród
nich takie, których zadaniem będzie wywołanie w przesłuchiwanej osoby jak
największego stresu.
Poddawszy w roku 1978 Billy'ego tego rodzaju testowi, zadano mu w obecności
świadka 22 pytania, na które musiał odpowiadać krótko i węzłowato. Jeżeli chodzi
o jego ocenę, zdania mogą być oczywiście podzielone. Moim zdaniem mało który
„łgarz" skłonny jest poddać się dobrowolnie tego rodzaju testowi.
Oto kilka pytań zaczerpniętych z książki Wendelle C. Stevensa UFO... Contact
from the Pleiades: Preliminary Investigation Report:
1. Czy nazywa się Pan Meier?
2. Czy jesteśmy teraz w Hinterschmidrüti [miejsce zamieszkania Billy'ego]?
3. Czy mamy teraz rok 1978?
4. Czy używa Pan aparatu fotograficznego marki Olympus?
5. Czy rzeczywiście fotografował pan pozaziemskie statki kosmiczne?
6. Czy wie Pan, że są one pochodzenia pozaziemskiego?
7. Czy jest Pan obywatelem Szwajcarii?
8. Czy był Pan kiedykolwiek w Indiach?
9. Czy zna Pan osobę o imieniu Asket?
10. Czy zna Pan tę osobę jako istotę pozaziemską?
11. Czy w przypadku zdjęć wykonanych 28 marca 1976 roku w Ba-chtelhórnli używał
Pan modeli [zdjęcia przedstawiające trzy statki unoszące się w powietrzu obok
siebie]?
12. Czy kiedykolwiek używał Pan modeli do wykonywania zdjęć statków
kosmicznych?
13. Czy usiłował Pan kiedykolwiek upowszechniać zdjęcia modeli jako zdjęcia
pozaziemskich obiektów latających?
14. Czy był Pan kiedykolwiek w pozaziemskim obiekcie latającym?
15. Czy latał Pan kiedykolwiek pozaziemskim obiektem latającym?
16. Czy pocztę otrzymuje Pan w Hinterschmidrüti?
17. Czy używany przez Pana sprzęt został zafundowany Panu przez jakąś anonimową
grupę?
18. Czy rzeczywiście nagrał Pan odgłosy pozaziemskiego obiektu latającego?
19. Czy wykonał Pan kiedykolwiek zdjęcia ze zdjęć lub obrazów i upowszechniał
je jako zdjęcia prawdziwych obiektów?
20. Czy usiłuje Pan nas oszukać tymi zdjęciami?
21. Czy jest Pan zadowolony, że ten test został przeprowadzony prawidłowo?
22. Czy chciałby Pan coś dodać do swoich odpowiedzi na powyższe pytania? Może
Pan teraz to powiedzieć.22
A teraz lista pytań skierowanych do żony Billy'ego, Kalliope, Jacobusa
Bertschingera, Engelberta Wachtera oraz Bernadetty Brand.
1. Nazywa się Pan...?
2. Mieszka Pan...?
3. Czy jest Pan/Pani obywatelem...?
4. Czy zna Pan/Pani Billy Meiera?
5. Czy wierzy Pan/Pani w kontakty Billy'ego z istotami pozaziemskimi?
6. Czy miał Pan/Pani jakieś osobiste przeżycia związane z tego typu kontaktami?
7. Czy zdaniem Pana/Pani możliwe jest, że w tego rodzaju kontaktach jacyś
Ziemianie grywają rolę istot pozaziemskich?
8. Czy zdjęcia, które robił Billy, przedstawiają pozaziemskich statki
kosmiczne?
9. Jak Pan/Pani sądzi, czy do wykonania tych zdjęć mógł on użyć modelu?
10. Czy wie Pan/Pani, że Billy zrobił kiedyś zdjęcia wykonanego przez siebie
modelu?
11. Czy te zdjęcia robiono przy użyciu innego modelu?
12. Czy to był model Billy'ego?
13. Czy to był model Semjase?
14. Czy zdjęcia te były kiedykolwiek rozpowszechniane jako zdjęcia prawdziwych
statków kosmicznych? [Chodzi tutaj o zdjęcia modelu pożyczonego Billy 'emu przez
Semjase — patrz zdjęcie nr 67.]
15. Czy zdjęcia te były zawsze oznaczone jako zdjęcia modelu?
16. Czy widział Pan/widziała Pani kiedykolwiek osobiście ślady lądowania
statków kosmicznych?
17. Czy widział Pan/widziała Pani już kiedyś na ziemi takie same lub podobne
ślady?
18. Czy wie Pan/Pani, w jaki sposób Billy mógłby wykonać takie
ślady?
19. Czy jesteś przekonany/przekonana, że kontakty Billy'ego mają naprawdę
miejsce?
20. Czy chciałby Pan/chciałaby Pani złożyć jakieś dodatkowe wyjaśnienia lub
oświadczenie?
Dokładna analiza wyników testów nie wykazała jakichkolwiek oznak kłamstwa tak u
Billy'ego, jak i pozostałych osób im poddanych.
7. Potwierdzenie pewnych faktów astronomicznych
Omówienie wszystkich informacji i proroctw przekazanych nam przez istoty
pozaziemskie za pośrednictwem Billy'ego w ciągu ostatnich 15 lat znacznie
przekroczyłoby ramy tej książki, w związku z czym ograniczę się jedynie do
niektórych faktów dotyczących astronomii, które zostały już w całości
potwierdzone przez świat nauki.
7.1. Legendarna planeta Malona
Podobnie jak inne owiane legendą obiekty, również Malona, zwana także Malon,
Maldek lub Faeton, od starożytności intryguje wielu badaczy. Według informacji
istot pozaziemskich Malona była w czasach prehistorycznych bezpośrednią sąsiadką
Ziemi i krążyła wokół Słońca po dzisiejszej orbicie Marsa. Wenus w owym czasie
nie znaleźlibyśmy tam, gdzie się obecnie znajduje. Bliższe szczegóły o tej
planecie podam w następnym podrozdziale.
Planety naszego układu słonecznego były pierwotnie usytuowane w następujący
sposób: (Słońce), Merkury, Ziemia, Malona, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun,
Pluton, Transpluton i Uni.
Dwie ostatnie karłowate planety nie zostały jeszcze do dzisiaj odkryte z powodu
ich olbrzymiego oddalenia. Od dłuższego czasu astronomowie podejrzewają jednak
istnienie Transplutona.
Malona była miejscem zamieszkania ludzkich form życia, lecz wskutek działań
wojennych została przed około 75.000 laty dosłownie wysadzona w powietrze przez
rządnych władzy jej mieszkańców. Wbrew opiniom wielu badaczy uważających tę
planetę za olbrzyma była ona raczej karłowata, o wymiarach zbliżonych do Ziemi.
Nie jest prawdą również przypuszczenie, że tę straszliwą katastrofę wywołał
olbrzymi meteor, który wyłonił się z czeluści kosmosu i z całą siłą zderzył się
czołowo z Malona, a także domniemanie, że została ona rozerwana wskutek
eksplozji potężnej bomby atomowej. Według Plejadan mieszkańcy Malony w czasie
wspomnianej wojny wpuścili ogromne ilości ody do jednego z wulkanów, co
doprowadziło do owej kosmicznej katastrofy. Nieliczni, którym udało się zbiec na
statkach kosmicznych przed tą katastrofą, wylądowali na Ziemi i osiedlili się na
niej. Wszyscy pozostali, którzy pozostali na Malonie, zginęli.
Ta zagłada nie dotknęła oczywiście ciał duchowych Malonan, które mogą istnieć
poza ciałem fizycznym. Przytaczając opis tego zdarzenia, Billy powiedział:
- Reszta mieszkańców planety zginęła w ogniu, przy czym ich ciała duchowe
uleciały z miejsca katastrofy i w odpowiednich proporcjach rozlokowały się na
najbliższych planetach, na których istniało już życie, gdzie weszły w cykl
inkarnacji będący elementem procesu ewolucyjnego. Jedną z nich była Ziemia.
Resztki tej planety krążą dzisiaj wokół Słońca w formie pasa asteroid stanowiąc
przestrogę przed ludzką głupotą i żądzą władzy. Wiele asteroid (lub planetoid)
porusza się po bardzo wydłużonych eliptycznych orbitach z powodu niezwykłej siły
eksplozji, która wyrzuciła je daleko w kosmos. Innego dowodu na istnienie tej
planety dostarcza nam luka między Marsem i Jowiszem w regule Titiusa-Bodego, w
miejscu w którym znajduje się wspomniany pas astroid składający się z milionów
drobnych cząsteczek, jak również z licznych, nieregularnych kawałków skał o
maksymalnej średnicy dochodzącej do kilkuset kilometrów. Orbity większości z
nich znajdują się w przedziale odległości od 2 do 3 AU23 od Słońca. Niektóre z
pozostałości Malony od czasu do czasu przecinają orbitę Ziemi, niejednokrotnie
przelatując bardzo blisko niej, jak na przykład Eros, który w roku 1937 zbliżył
się do Ziemi na 0,15 AU. 7.2. Reguła Titiusa-Bodego.
W drugiej połowie XVIII wieku, gdy ludzie nie wiedzieli jeszcze o istnieniu
Urana, Neptun i Plutona, niemiecki matematyk J.D. Titius ustalił wzór
pozwalający na obliczenie średnich odległości od Słońca planet w kolejności
występowania w Układzie Słonecznym, a astronom J.E. Bodę rozpropagował go i
wprowadził do astronomii.
Zasada odległości Titiusa-Bodego mówi:
1. Uszeregować planety według kolejności występowania, zaczynając od Słońca:
Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton (oraz
Transpluton i Uni).
2. Nadać im kolejne liczby O, l, 2, 4 etc.
3. Tak przyporządkowane liczby pomnożyć przez 3, następnie dodać do tego
iloczynu 4 i całość podzielić przez 10 (patrz poniższa tabela). Uzyskany wynik
oznacza odległości planet naszego układu planetarnego od Słońca w jednostkach
astronomicznych. Na przykład odległość Marsa od Słońca wynosi 1,6 AU, a Jowisza
5,2 AU etc.
Analiza odległości planet obliczonych według „prawa" Titiusa-Bodego ujawnia dwie
rozbieżności między nimi, a rzeczywistym rozmieszczeniem planet. Zgodnie z nimi
Neptun powinien znajdować się na orbicie Plutona, zaś w miejscu pasa asteroid
między Marsem i Jowiszem powinna istnieć planeta. Jak na razie nie ma naukowego
wyjaśnienia tej rozbieżności.
Prawo Titiusa-Bodego nie wyjaśnia zagadkowego przesunięcia się planet, które
nastąpiło po całkowitym zniszczeniu Malony. Gdy Wenus (pierwotnie księżyc Urana)
weszła w późniejszym okresie za pośrednictwem olbrzymiej komety zwanej
„Niszczycielem" na swoją dzisiejszą orbitę, Merkury był wewnętrznym sąsiadem
Ziemi, zaś Malona zewnętrznym.
Gdy rozgrywała się ta kosmiczna tragedia, Malona wyrzucona została po pierwszej
eksplozji na ówczesną orbitę Marsa (2,8 AU), po czym rozerwana została na
kawałki, które do dziś krążą wokół Słońca jako pas asteroid. W tym samym czasie
Mars został rzucony na najbliższą wewnętrzną orbitę, na której znajdowała się
poprzednio Malona (patrz szkic).
7.3. Historia Wenus według Semjase
Według Plejadan Wenus nie jest odpryskiem Malony, lecz dawnym satelitą Urana.
Olbrzymia kometa zwana przez nich „Niszczycielem" wyrwała ją przed 10.000 lat
(dokładnie 10.314 lat temu w odniesieniu do roku 1990) z orbity Urana i zawlokła
w pobliże Ziemi, wywołując w ten sposób szereg kosmicznych katastrof. Dopiero
przed 3500 lat ów dawny księżyc Urana usadowił się ostatecznie na obecnej
orbicie pomiędzy Merkurym i Ziemią.
Owe dane i inne wyjaśnienia na temat tej planety, zwanej przez nas często
gwiazdą poranną, Semjase przedstawiła Billy'emu podczas 29 spotkania 7 lipca
1975 roku. Powiedziała wówczas również:
— Po tych burzliwych wydarzeniach Wenus skierowana została na bardzo spokojną
orbitę, która jest najbardziej ustabilizowana ze wszystkich planet. Jest to
skutkiem bliskiego przelotu obok Ziemi, podczas którego doszło również pod
wpływem siły przyciągania Ziemi do zmiany jej kierunku obrotu na przeciwny.
Krótki czas przebywania w obrębie ziemskiego pola grawitacyjnego sprawił, że nie
zdążyła ona nabrać większej prędkości obrotowej i obecnie jej czas obrotu wokół
własnej osi jest najmniejszy spośród wszystkich planet Układu Słonecznego. Stąd
też jeden dzień na Wenus trwa 117 ziemskich dni [doba słoneczna], przy czym czas
rotacji wokół nachylonej pod kątem 3 stopni osi biegunów wynosi 243 ziemskich
dni [doba gwiazdowa]. Podczas swojego przelotu w pobliżu Ziemi 3453 lat temu
[3472 w odniesieniu do roku 1994] Wenus została z powodu siły przyciągania Ziemi
„okradziona" ze swojej energii rotacyjnej i w wyniku sił tarcia wzrosła jej
temperatura.
Ów wzrost temperatury pod wpływem sił tarcia jest przyczyną obecnie
panujących na Wenus warunków. Już same te warunki dowodzą fałszywości twierdzeń
wszystkich tych, którzy utrzymują, że na Wenus istnieją ludzkie formy życia.
Taka możliwość w ogóle nie wchodzi w grę, ponieważ warunki fizyczne panujące na
powierzchni tej planety oraz skład jej atmosfery są zabójcze dla ludzi.
Temperatura powierzchni Wenus mierzona na głębokości 32 kilometrów wynosi
obecnie 457 stopni Celsjusza. Dlatego właśnie wszelka woda, jak znajduje się na
tej planecie paruje i tworzy ową bardzo gęstą pokrywę chmur.
Powstała w ten
sposób atmosfera jest tak gęsta, że jej ciśnienie przy powierzchni planety jest
334 razy wyższe od ciśnienie powietrza na Ziemi mierzonego na powierzchni morza.
Interpretując to w waszych naukowych kategoriach jej atmosfera jest zabójcza dla
ludzkich form życia, ponieważ w 87 procentach składa się z dwutlenku węgla, przy
czym ta wartość zmienia się nieznacznie w zależności od miejsca. Tlen istnieje
dzisiaj tylko w niższych warstwach i to w wyłącznie w ilości 4,23 procenta,
resztę zaś stanowią azot i gazy szlachetne. Para wodna występuje obecnie w
niewielkich ilościach, a atmosfera jest znacznie większa od waszej ziemskiej.
Ciśnienie właściwe atmosfery Wenus jest 107 razy większe od ciśnienia właściwego
atmosfery Ziemi. Ono również jest zabójcze dla ludzkich form życia, które
zostałyby przez nie zmiażdżone; ten sam los spotkałby również metalowe
struktury. Przy okazji chcę ci powiedzieć, że znaleźliśmy na Wenus ziemskie
urządzenie, które zostało doszczętnie zmiażdżone przez jej atmosferę, zanim
jeszcze dotarło do jej powierzchni. Chodzi tu o sondę wysłaną przez naukowców
jednego z waszych państw zwanego Rosją.
Wyglądało ono, jak gdyby zostało
ciśnięte z ogromną siłą o metalową ścianę. Wenus posiada nikłe pole magnetyczne
oraz słabo jeszcze wykształconą warstwę nazwaną przez was „Pasem Van Allena", co
sprawia, że nie jest ona osłonięta przed tym, co nazywacie „wiatrem słonecznym".
Poza tym bardzo wysoka temperatura nieustannie uszkadza ten pas. Brak wody jest
również dodatkowym czynnikiem potęgującym nieprzyjazność tej planety dla życia.
Od chwili zajęcia orbity między Merkurym i Ziemią 3453 lat temu planeta ta
znajduje się w fazie wypoczynku i jednocześnie ponownego kształtowania. Z ciągu
następnych stuleci i tysiącleci powstaną na niej odpowiednie do rozwoju życia
warunki, po czym zaczną kształtować się jego prymitywne formy, tak to ma zawsze
miejsce na wszystkich światach tworzących życie...
Mimo iż obecnie wydaje się to
niemożliwe, w przypadku Wenus mamy jednak do czynienia z planetą, która znajduje
się w początkowym stadium na drodze do stworzenia życia. Co się tyczy samej
planety, to należy stwierdzić, że jest ona bardzo płaska, zwłaszcza w obszarze
równikowym, obszary reliefowe położone są daleko od tego rejonu. Temperatura
stron znajdujących się w fazie dnia i nocy jest prawie równa, duże różnice
występują natomiast w sile wiatrów wiejących na różnych wysokościach. Przy
powierzchni jest bezwietrznie. Wiatry zaczynają wiać w miarę oddalania się od
niej i na dużych wysokościach ich prędkość rośnie, osiągając wartość nawet do
117 metrów na sekundę.
Dolny pułap chmur zaczyna się na wysokości 43,17
kilometra [licząc od powierzchni planety], przy czym wartość ta może ulegać
zmianie z powodu sztormów atmosferycznych. Jest to możliwe przede wszystkim nad
tymi obszarami, gdzie wiatry kierowane są w dół i docierając do powierzchni
owiewają góry wznoszące się średnio na wysokość 2,3 kilometra. Klimat i warunki
atmosferyczne są w zasadzie takie same na całej planecie, z kilkoma wyjątkami.
Tak więc życie ludzi na tej planecie jest obecnie niemożliwe, chyba że wsparte
zostanie odpowiednimi środkami technicznymi. W tym właśnie znaczeniu, wbrew
twierdzeniom wielu oszustów, na Wenus nie istnieje jakiekolwiek życie. Istnieją
tam jednak zupełnie inne formy [życia], których nie da się jednak w żaden sposób
porównać do ludzkich. Planeta ta jest jeszcze bardzo dzika, bo i jaka ma być po
zaledwie 3453 latach. Przykładem może być chociażby wasz Księżyc, który jest
niemal kopią Wenus skrytą za grubą warstwą chmur.
Jeśli my lub inne formy życia
udajemy się na Wenus, która jest bogata w różne minerały i pierwiastki, musimy
używać do tego celu specjalnych kombinezonów chroniących nas przed
niebezpiecznymi wpływami jej atmosfery, panującym tam żarem i tak dalej, a także
różnorodnymi truciznami i gazami, których zabójcze obłoki przemieszczają się nad
jej powierzchnią. Ponadto musimy brać pod uwagę występujące lokalnie różnice,
które mogą sprawiać, że temperatura powierzchni planety może wynosić w pewnych
miejscach ponad 500 stopni Celsjusza, w innych może z kolei wystąpić różnica w
procentowym składzie gazów takich jak dwutlenek węgla, azot, hel, argon i neon,
a w jeszcze innych — różnice ciśnienia, które mogą się wahać od 88 i 107
atmosfer. Tak się przedstawiają podstawowe fakty dotyczące możliwości istnienia
ludzkich lub podobnych form życia na Wenus.
W innym miejscu Erranie wyraźnie podkreślili, że obecnie w Układzie Słonecznym
na żadnej planecie oraz księżycu oprócz Ziemi nie istnieją jakiekolwiek ludzkie
formy życia, również w formie duchowej, z wyjątkiem nielicznej grupy istot
pozaziemskich przebywających czasowo w celach badawczych w kilku bazach na
różnych planetach. W dawnych czasach oprócz Ziemi zamieszkałe były jeszcze
Malona i Mars.
Wszystkie dane fizyczne podane przez Semjase były sukcesywnie potwierdzane przez
sondy rosyjskie i amerykańskie. Od pewnego czasu ziemscy astronomowie wiedzą, że
Wenus wiruje wokół własnej osi w kierunku przeciwnym w porównaniu do wszystkich
pozostałych planet i jednocześnie przeciwnym do ruchu orbitalnego. Reiner
Klingholz w swojej książce z roku 1990 Maraton w kosmosie podaje następujące
czasy obrotu poszczególnych planet Układu Słonecznego wokół własnej osi: Merkury
— 58,65 dni (ziemskich); Wenus -- 243 dni; Ziemia -- l dzień; Mars
— l dzień; Jowisz — 0,41 dnia; Saturn — 0,44 dnia; Uran — 0,72 dnia; Neptun —
0,67 dnia oraz Pluton — 6,39 dnia.
Ziemska nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić tych anomalii. Rudolf Kippenhahn w
swojej książce z roku 1987 Obce światy na stronie 146 pisze:
Jeśli chodzi o tę ekstremalnie powolną i niezwykłą pod względem kierunku rotację
Wenus, wydaje się, że „maczała w tym palce" nasza Ziemia. Co 583,9 ziemskich dni
Wenus i Ziemia zbliżają się do siebie na bardzo małą odległość. Wenus podlega
wówczas dolnej koniunkcji i odległość między obu planetami wynosi wówczas
zaledwie 41 milionów kilometrów.
Przypuszczenie Kippenhahna jest bliskie prawdy i godne uwagi, zwłaszcza gdy
uwzględni się fakt, że najprawdopodobniej nie wie on o opisanym powyżej
wydarzeniu.
7.4. Księżyce Saturna
Oto fragment rozmowy Billy'ego z Quetzalem o księżycach Saturna przeprowadzonej
podczas 154 kontaktu 10 października 1981 roku:
BILLY: Rozumiem, a skoro już mówimy o gwiazdach, to mam jeszcze pytanie
dotyczące Saturna. Jak wiesz, amerykańska sonda kosmiczna Yoyager ruszyła w
kierunku tej planety i śle stamtąd na Ziemię zdjęcia. Znowu naukowcy się
zdziwią, jak było w przypadku Jowisza, kiedy okaże się, że wokół tego
niedoszłego słońca krąży więcej satelitów, niż do tej pory przypuszczano. Do
dzisiaj sądzono, że Saturn posiada 10, maksimum 12 księżyców, podczas gdy w
rzeczywistości jest ich 19, pomijając planetki. Interesuje mnie, czy wszystkie
księżyce mogą zostać odkryte dzięki tym zdjęciom?
QUETZAL: Tak, a nawet jeszcze więcej. Jak sam się mogłeś przekonać podczas
swojej podróży, wokół Saturna krąży 19 księżyców. Wszystkie one mogły zostać
sfotografowane przez sondę i już niewiele brakuje do ich odkrycia [wszystkich
19]. Od czasu twojej podróży w pobliże Saturna naukowcy ziemscy odkryli już
kilka z nich i nadal liczą na odkrycie następnych. I tam czeka na ich
niespodzianka!
BILLY: Masz na myśli asteroidy?
QUETZAL: Owszem. Te planetki, asteroidy, są tak małe, że nie widać ich z Ziemi,
przynajmniej jeszcze nie teraz, ponieważ brak jest jeszcze odpowiednich
przyrządów. Większą część tych planetek sonda już sfotografowała, co wywołało
spore zamieszanie wśród naukowców.
BILLY: Aż trudno uwierzyć, że wokół tej planety krąży aż tyle asteroid, nie
licząc tych wędrownych, które od czasu do czasu przelatują obok niej. Nic
dziwnego, że są niewidoczne z Ziemi, skoro ich średnica wynosi od 10 do 15
kilometrów. O ile sobie dobrze przypominam, w roku 1975 wspominali mi o tym Ptaah i Semjase.
QUETZAL: To prawda, lecz powinieneś również wiedzieć, skąd one się wzięły na
orbicie wokół Saturna.
BILLY: To wiem. Semjase powiedziała mi, że te małe obiekty są resztkami planety
Malona, która krążyła kiedyś między Marsem i Jowiszem, zanim eksplozja wywołana
przez nierozsądnych ludzi zniszczyłają, rozrywając ją na tysiące kawałków, które
zostały wyrzucone w przestrzeń kosmiczną na wszystkie strony. Większość z nich
dostała się w pole grawitacyjne Saturna i od tego czasu stanowią one jego
satelity. Z tego wynika, że nie są one właściwymi księżycami tego niedoszłego
słońca, lecz jedynie przechwyconymi przezeń obcymi ciałami wędrownymi wielkości
asteroid. Właściwych księżyców Saturna jest tylko 19.
Jak podała 26 lipca 1990 roku znana szwajcarska gazeta Tages Anzeiger,
osiemnasty księżyc Saturna odkrył niedawno amerykański astronom Mark Showalter.
Zatem do odkrycia przez ziemskich astronomów pozostał jeszcze jeden z nich.
7.5. Niektóre fakty dotyczące Jowisza
W czasie spotkania w dniu 19 października 1978 roku Billy zapytał Semjase, czy
amerykańska sonda kosmiczna Voyager-l uzyska dobre dane podczas przelotu obok
Jowisza. Oto odpowiedni fragment tej rozmowy:
SEMJASE: Zgodnie z naszymi obliczeniami trajektoria lotu tej sondy przebiega
bardzo blisko Jowisza i jego księżyców, co oznacza, że należy się liczyć z
dobrymi rezultatami, o ile znajdująca się w niej aparatura będzie pracowała bez
zarzutu.
BILLY: Czy to oznacza, że naukowcy niedługo odkryją, że ta tak zwana czerwona
plama Jowisza jest w rzeczywistości gigantycznym wirującym lejem na wzburzonej
powierzchni tej niedoszłej gwiazdy oraz centrum potężnej, trwającej od
tysiącleci burzy? Czy to oznacza również, że wkrótce okaże się, że nie tylko
Saturn, ale także Uran i Jowisz posiadają pierścienie, tyle że o wiele cieńsze i
mniejsze.
SEMJASE: Oczywiście. Należy oczekiwać, że tak będzie, ponieważ sonda będzie
przelatywała tak blisko tych obiektów, że będą musiały być odkryte.
BILLY: Acha. To pewnie zostanie również odkryte, że pierścień otaczający Jowisza
składa się w większości z cząstek pochodzących z wulkanów księżyca lo, których
część została pochwycona przez pole grawitacyjne Jowisza, i że większość
wyrzuconego przez nie materiału opadła z powrotem na lo praktycznie przykrywając
otwory wulkanów, dzięki czemu jego powierzchnia w przeciwieństwie do innych
księżyców Jowisza jest gładka mimo licznych kraterów.
SEMJASE: Widzę, że uważnie słuchałeś wszystkich moich wyjaśnień i zapamiętałeś
je. Czy pamiętasz również inne rzeczy?
BILLY: Oczywiście, pamiętam jeszcze co nieco z tego, co ty i Ptaah mówiliście
mi. Pamiętam, że duże księżyce Jowisza różnią się od siebie barwami, mają na
przykład kolor czerwony, żółty, brązowy, biały oraz pomarańczowy. Wiem także, że
mówiłaś mi, iż Jowisz jest płyną kulą i powinien być właściwie gwiazdą, którą
nie stał się jednak z powodu zbyt małej masy, i że prawie w całości składa się z
płynnego helu i wodoru. Także ty albo Ptaah powiedzieliście mi, że powierzchnia
jądra stanowi grubą skorupę złożoną z soli wapnia i związków siarki, które są
pozostałością po odparowaniu wody. O ile dobrze pamiętam, to właśnie ty
powiedziałaś mi, że księżyc lo był dawniej całkowicie pokryty wodą. Ty albo
Ptaah powiedzieliście mi, że księżyc Europa jest dokładnie przeciwieństwem lo.
Masy wodne nie wyparowały tam, lecz zamarzły i stworzyły gigantyczny pancerz
lodowy. Poza tym wyjaśniliście mi także wiele innych rzeczy, jak na przykład to,
że księżyc, który przypominał mi wyglądem kurze jajo, ma średnicę 200 km, zdaje
się, że to był najbliższy księżyc Jowisza, nie pamiętam jednak jego nazwy.
SEMJASE: Księżyc, o którym wspomniałeś, nazywana się u was Amalthea. Księżyc lo,
o którym mówiłeś, jest najbardziej aktywnym wulkanicznie ciałem w Układzie
Słonecznym. Ale musieliśmy już o tym mówić, skoro o tym wspomniałeś.
BILLY: Tak, takich rzeczy szybko nie zapominam. Powiedziałaś wówczas, że księżyc
ten jest bardziej aktywny wulkanicznie od Ziemi, a także i to, że
wielokilometrowej wielkości chmurowe twory w leju wichrowym Jowisza poruszają
się z bardzo dużą prędkością i obracają w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek
zegara.
SEMJASE: Tak, to prawda.
BILLY: Nie wiem, czy dobrze sobie przypominam pewne fakty związane z aktywnością
wulkaniczną lo. Powiedziałaś mi swego czasu, że wybuchy wulkanów następują tam z
ogromną siłą, które niczym eksplozje bomb atomowych wyrzucają materiał
wulkaniczny tworząc chmury w kształcie grzyba wznoszącego się na wysokość nawet
do 180 kilometrów. Są to głównie cząstki pyłu, gazy, popiół i nieco magmy, które
mkną w górę z prędkością dochodzącą do 2300 kilometrów na godzinę. Powiedziałaś
mi wtedy także, jak już wspomniałem, że większość wyrzuconego materiału opada z
powrotem na jego powierzchnie. Reszta jest wyrzucana w przestrzeń kosmiczną,
gdzie część z niej jest przechwytywana przez pole grawitacyjne Jowisza i w jego
pierścieniu zagęszcza się w ogromne pasmo jonów siarki. Czy tak? SEMJASE: Tak.
Wszystkie te i inne informacje udostępnione opinii publicznej były od początku
przedmiotem ataków sceptyków, którzy wyśmiewali je jako „faąta-zje" Billy'ego. Z
czasem jednak zaczęły one ustawać, gdyż w zasadzie wszystkie informacje podane
powyżej zostały już potwierdzone przez naszych naukowców, o czym świadczą
informacje podawane we współczesnych podręcznikach astronomii (z 17 księżyców
Jowisza znanych jest już dzisiaj 16, znane są już również pojedyncze pierścienie
Jowisza oraz Neptuna, a także co najmniej 11 pierścieni Urana, zaś czerwoną
plamę Jowisza nazwano gigantyczną trąbą powietrzną wirującą w kierunku
przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; największą niespodzianką dla astronomów
był jednak bezsprzecznie księżyc lo ze swoją aktywnością wulkaniczną).
Nawiasem mówiąc, kazałem poświadczyć własnoręcznym podpisem informacje podane w
punktach 7.4. i 7.5. zawarte w sprawozdaniach z rozmów z Semjase i to jeszcze w
czasie, gdy nasza ziemska nauka nie znała podanych tam faktów (1982).
8. Dwa listy
W roku 1975 Billy otrzymał od pana V. z Niemiec kopię bardzo interesującego
listu. Ponieważ jest ona złej jakości i nie nadaje się do przedstawienia tutaj,
treść listu przytaczamy w całości poniżej.
Szanowny Panie,
proszę mi wybaczyć, że piszę do Pana ten list, mimo iż nie znam Pana osobiście.
Pański adres otrzymałam od pewnej osoby, która poradziła mi napisać do Pana jako
do osoby, która może być zainteresowana moim przeżyciem.
Najpierw chciałabym się jednak przedstawić. Jestem obywatelką Niemiec i mam 35
lat. Od około 4 lat podróżuję autostopem po świecie w poszukiwaniu przygód. W
czasie takich podróży nietrudno o dziwne przeżycia, jakich się normalnie nie
doznaje.
To, o czym chcę Panu opowiedzieć, przydarzyło mi się 17 dni temu. Było to na
pustyni w Iranie w odległości około 3 kilometrów od wsi Zahedan wczesnym
rankiem. Razem z moim przyjacielem Peterem rozbiliśmy namiot z dala od wsi, aby
nie być niepokojonym przez jej mieszkańców. Około godziny 7. zbudził nas dziwny
dźwięk, lecz z wnętrza namiotu nie widzieliśmy, co mogło być jego przyczyną. Po
chwili ustaliliśmy, że dochodził zza wydmy znajdującej się około 50 metrów od
nas. Peter uznał, że to jacyś robotnicy wykonujący tam jakąś pracę, i
zadowoliwszy się tym wyjaśnieniem, wrócił do namiotu.
Mnie jednak to wyjaśnienie nie zadowoliło i poszłam zobaczyć, co ci robotnicy
tam robią. Obeszłam dookoła całą wydmę i nagle stanęłam twarzą w twarz z kobietą
mniej więcej w moim wieku. Była dziwnie ubrana i przypominała wyglądem
astronautów, jakich widziałam na zdjęciach. Ona również się wystraszyła widząc
mnie i z miejsca przerwała swoją pracę, która polegała na grzebaniu w piasku
jakimś dziwnym przyrządem. Wciąż zdziwiona jej widokiem, podeszłam do niej i
zapytałam ją po angielsku, co tu robi. Powiedziała, że szuka czegoś, co spadło w
tym miejscu. Po chwili wróciła do przerwanego zajęcia i po kilku minutach
znalazła to, czego szukała - dość osobliwie wyglądający spiralny cylinder, który
włożyła do dziwnego urządzenia stojącego obok. Szykując się do odejścia
pożegnała się ze mną.
Czułam, jak coś ciągnie mnie do niej, i szybko poprosiłam ją, aby została
jeszcze trochę, na co po chwili wahania w końcu przystała. Przedstawiłam się i
spytałam ją, czy mieszka tutaj w Zahedanie. W odpowiedzi zaśmiała się i
powiedziała, że ta miejscowość nie jest zbyt gościnna i że pochodzi z bardzo
daleka. Następnie dodała, że nazywa się Semjaze lub Semjase, o ile ją dobrze
zrozumiałam. Poplotkowałyśmy jeszcze trochę o Irańczykach, po czym powiedziała,
że musi już iść. Pożegnałyśmy się więc i jeszcze przez chwilę krzątała się przy
swoim urządzeniu, które ku mojemu zdziwieniu wzniosło się nieco w powietrze,
zanim odeszła i zniknęła za pobliskim piaszczystym pagórkiem.
Gdy nieco ochłonęłam, ruszyłam w górę pagórka, za którym przed chwilą zniknęła.
Kiedy znalazłam się na jego szczycie, poczułam oszołomienie, widząc coś, co nie
mogło być prawdą. W odległości około 100 metrów ode mnie stało coś, z czego
zawsze się śmiałam, kiedy ludzie o tym mówili, to znaczy „latający spodek"! Nie
mogłam w to uwierzyć i pomyślałam, że chyba mi odbiło. Musiała to być jednak
prawda, ponieważ widziałam, jak ta kobieta wniknęła razem ze swoim urządzeniem
przez otwór w dole statku, który następnie zamknął się za nią. Wkrótce spodek
wzniósł się bezdźwięcznie w górę i przeleciał nade mną. W tym momencie jakaś
niewidzialna siła przydusiła mnie do ziemi. Przez chwilę widziałam, jak ten
latający spodek wznosił się powoli niemal pionowo w górę, po czym wystrzelił jak
strzała, szybko niknąc na tle niebieskiego nieba i wydzielając dziwny dźwięk.
Stałam jak zamurowana w tamtym miejscu przez jakiś czas, zanim wróciłam do
namiotu. W drodze do niego nagle poczułam się dziwnie i usłyszałam wewnątrz
głowy obcy głos, który kilkakrotnie powtórzył skierowane pod moim adresem
przeprosiny.
Kiedy opowiedziałam o tym potem Peterowi, wyśmiał mnie, mówiąc, że to było
„pustynne przywidzenie". Pokłóciliśmy się i kilka godzin później rozstaliśmy na
zawsze. Powiedział mi, że nie chce mieć do czynienia z wariatką i zaproponował,
aby każde z nas poszło swoją drogą.
A przecież wiem, że nie jestem ani trochę stuknięta, i wiem także, co widziałam.
Pamiętam, jak powiedziała w pewnym momencie, że ma bardzo dobrego przyjaciela w
Europie. Wiem, że ją widziałam, także dziwny przyrząd, którym przeszukiwała
piasek, oraz ten latający spodek. Nie jestem stuknięta i wszystko, o czym tu
piszę, przeżyłam naprawdę.
W międzyczasie poznałam pewnego mężczyznę, któremu opowiedziałam o tym
zdarzeniu. Powiedział mi, że takie rzeczy są możliwe, i dodał, że powinnam
napisać do Pana, ponieważ zajmuje się Pan takimi sprawami, i opowiedzieć tę
historię, co niniejszym czynię. Ten mężczyzna wiedział o Panu z jakiejś gazety.
Proszę jednak nie wymieniać mojego nazwiska, kiedy będzie Pan relacjonował tę
historię komuś innemu. Wystarczy mi tych przykrości, których już zaznałam od
innych ludzi, którym o tym opowiedziałam. Nie chcę, aby po powrocie do Niemiec
ludzie wytykali mnie palcami i mówili: To ta „rąbnięta babka", która widziała w
Iranie latający spodek i kobietę z gwiazd szukającą czegoś na pustyni jakimś
dziwnym przyrządem. Proszę mnie zrozumieć i nie wymieniać mojego nazwiska.
Dlatego też nie podaję bliższych danych o sobie, żadnego adresu i tak dalej,
ponieważ, jak już powiedziałam, wystarczy mi tych przykrych słów, które już
usłyszałam od ludzi, którym o tym opowiedziałam. W Niemczech mogliby mnie wysłać
do szpitala dla umysłowo chorych po moim powrocie do domu, gdyby dowiedziano
się, kim jestem. Proszę mieć to na uwadze.
Przesyłam Panu serdeczne pozdrowienia
Szczerze oddana
[Elsa Schröder]
Anatolia, Turcja, 8 marca 1975
Poniższe słowa dopisane zostały ręcznie u góry listu:
Szanowny Panie!
List, który dołączam, został przysłany do mnie omyłkowo przez turecką pocztę. Co
miesiąc otrzymuję z Anatolii w Turcji przesyłki z czasopismami, które są często
źle zapakowane, a czasami nawet otwarte. W ostatniej przesyłce znalazł się
również niniejszy list. Wilgotny znaczek przykleił się do jednej z gazet i
dlatego trafił on do mnie razem z całą prasą. To nie ja oderwałem znaczek, w
związku z czym proszę mi to wybaczyć.
Ponieważ jestem uczciwym człowiekiem i nie otwieram cudzych listów, wysyłam ten
list do Pana.
Wyrazy szacunku
J. Krauer
W czasie rozmowy, która miała miejsce 17 listopada 1989 roku, Jszwjsz Ptaah,
ojciec Semjase, potwierdził autentyczność opisanego w liście spotkania.
Latem 1976 roku Billy otrzymał kolejny list, w którym opisane było spotkanie
pewnego niemieckiego obieżyświata z istotami pozaziemskimi, podczas którego
zostało potwierdzone, że kontakty Billy'ego z Plejadanami są prawdą.
Wielce szanowne Panie i szanowni Panowie!
W załączeniu przesyłamy Państwu kopie listu od jednego z naszych przyjaciół,
który podróżuje obecnie po świecie. Zgodnie z jego wolą nie podajemy Państwu
jego adresu, a dlaczego, zrozumieją Państwo po zapoznaniu się z jego listem.
Po wielu rozmowach z naszym pastorem, wielebnym Dillmannem, postanowiliśmy
sporządzić dodatkowe kopie załączonego listu i wysłać je pod podane przezeń
różne adresy. Mając nadzieję, że ów list będzie Państwu przydatny, jednocześnie
wątpimy w zawarte w nim informacje i poważnie martwimy się stanem zdrowia
naszego przyjaciela. Mimo tych wątpliwości spełniamy życzenie naszego
przyjaciela i za radą wielebnego Dillmanna przesyłamy ten list, którego treść
muszą Państwo przeanalizować sami.
Poinformowano nas, że zajmują się Państwo sprawami, o których jest mowa w tym
liście, i że będą Państwo wiedzieli, o co w nim chodzi. Wraz z listem przesyłamy
dodatkowo kopię rysunku, który nasz przyjaciel załączył do swojego listu. Ze
swojej strony zapewniamy, że jest on dobrym rysownikiem, zwłaszcza jeśli chodzi
o ludzi, w związku z czym szkice obu głów oraz latającego obiektu są
najprawdopodobniej zgodne z rzeczywistością, o ile oczywiście jego informacje
odpowiadają rzeczywistym faktom i nie są wytworem gorączki czy czegoś w tym
rodzaju, co podejrzewamy, lecz czego nie możemy sprawdzić. Od lutego nie
mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Dołączamy również wszystkie adresy podane
nam przez pastora Dillmanna, pod które wysłaliśmy kopie załączonego listu. Być
może wspólnymi siłami uda się Państwu ustalić coś na podstawie informacji
przekazanych nam przez naszego przyjaciela.
Mamy nadzieję, że nasza pomoc w tej sprawie okaże się na coś przydatna, zarówno
Państwu, jak i naszemu przyjacielowi.
Serdeczne pozdrowienia
A. Albers
Oto list, o którym mowa w liście A. Albersa:
Trinidad, 2 styczeń 1976
Drodzy przyjaciele!
Podróżując po świecie dotarłem właśnie do Trinidadu. Ta dziura znajduje się nad
rzeką Mamore na terenie Llanos de Mojos w Boliwii. Jestem tutaj już od trzech
dni i zobaczyłem wiele bardzo interesujących rzeczy. Moje wrażenia i przeżycia
spisałem na maszynie. Wczoraj rano zdarzyło się jednak coś, co sprawiło, że omal
„nie wyskoczyłem z butów" z wrażenia. Z początku myślałem, że to halucynacja lub
objaw tropikalnej gorączki, ale szybko stwierdziłem, że nic mi nie jest. Pewnie
pomyślicie to samo po przeczytaniu tego listu. Znacie mnie dobrze i wiecie, że
nie mam zwyczaju zmyślać, w związku z czym będziecie musieli mi uwierzyć, mimo
iż nie przyjdzie wam to łatwo. To wszystko jest tak szalone, że jeszcze dzisiaj
zastanawiam się, czy nie wystąpiły jakieś błędy w funkcjonowaniu mojego umysłu,
a nawet biorę pod uwagę możliwość jakiegoś urojenia.
Wszystko to jednak wydarzyło się tak, jak to opisuję. Wrażenia z wczorajszego
przeżycia są wciąż jeszcze we mnie bardzo żywe i muszę wyznać, że dla mnie
samego wydało się ono nieprawdopodobne. Nie potrafię tego wyrazić inaczej. Nie
uważajcie mnie więc za chorego psychicznie, ponieważ tak nie jest. Jestem tak
samo normalny, jak wy i nie zwykłem, jak wiecie, fantazjować. Pozwólcie, że
przejdę teraz do sedna sprawy i opowiem wam, co mi się przytrafiło.
Obudziłem się o piątej rano i zwlókłszy się z łóżka, zacząłem przygotowywać się
do wypadu w okolice Trinidadu. Po około 10 minutach od chwili wstania
dostrzegłem na porannym niebie coś, w co nie mogłem uwierzyć. Słyszałem już
kiedyś o latających spodkach, lecz nigdy nie przywiązywałem do tego wagi,
uważając to za bzdury. Informacje na ich temat zawsze uważałem za czyjś żart. A
tu nagle widzę, jak spokojnie, zupełnie bezdźwięcznie tego typu obiekt
przelatuje sobie nad Trinidadem powoli opadając, aż w końcu zniknął gdzieś za
drzewami w lesie. Pomyślałem, że śnię, i przetarłem z wrażenia oczy, ponieważ
uważałem, że to, co zobaczyłem, jest niemożliwe. Z miejsca, w którym stałem,
wyglądał jak dwie nałożone na siebie tarcze, jak dysk.
Usiadłem i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem przypadkiem wrócić do
cywilizowanego świata i poddać się badaniom lekarskim. Ostatecznie jednak
postanowiłem zbadać dokładnie tę sprawę przed podjęciem jakiekolwiek kroków w
tym kierunku. Wziąłem kompas i określiłem dokładny kierunek, w którym opadł
obiekt. Następnie spakowałem plecak i ruszyłem w drogę w kierunku wskazanym
przez kompas, to znaczy mniej więcej na wschód. Z wielkim wysiłkiem
przedzierałem się przez zarośla i z każdą upływającą chwilą odnosiłem wrażenie,
że nigdy nie dotrę do celu. Chciałem już zawrócić, byłem już bowiem ponad 3
godziny w drodze i na nic nie trafiłem. Stopniowo dochodziłem do wniosku, że
uległem halucynacji.
Z początkowej oceny wynikało, że niedługo powinienem
natknąć się na ten obiekt, jeżeli on rzeczywiście w ogóle wylądował. Sapałem z
wysiłku i pot lał się ze mnie ciurkiem, i coraz częściej myślałem o zawróceniu.
Mimo rosnącego zniechęcenia brnąłem naprzód, czując jakiś nieodparty przymus
podążania dalej. Wyglądało to, jak gdyby jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie
do przodu bez jakiegokolwiek sprzeciwu z mojej strony. Tak minęło dalsze pół
godziny. W końcu uznałem, że mi odbiło, gdy nagle za krzakami zamigotało coś
metalicznego. Stanąłem jak wryty, nie wierząc własnym oczom. Po chwili
przełamałem się i przedarłem przez ostatnią ścianę zarośli.
Ponownie pomyślałem, że chyba śnię, ponieważ w środku polany unosił się na
wysokości około l metra nad ziemią duży metaliczny dysk o średnicy 14-15 metrów.
Nie było słychać żadnego dźwięku, bądź też był on niesłyszalny, poza tym obiekt
unosił się swobodnie w powietrzu. Stałem w miejscu jak sparaliżowany zaledwie 20
metrów od niego i gapiłem się weń. Nie byłem zdolny jasno myśleć ani się ruszyć.
Niejedno już widziałem podczas swoich wędrówek i nie tak łatwo zbić mnie z
pantałyku, ale to zamurowało mnie zupełnie. To po prostu nie mogło być prawdą,
ponieważ coś takiego nie może istnieć.
Nie wiem, jak długo tak stałem, nie ruszając się. Wiem tylko, że nagle coś
dotknęło mojego ramienia i bezwiednie obróciłem się. To, co zobaczyłem, przeszło
moje wszelkie oczekiwania: obok mnie stało dwóch mężczyzn w kombinezonach
nurków. Pamiętam, że się bardzo zdziwiłem i zastanawiałem, co ci faceci w
strojach nurków robią w środku dżungli. Po chwili zacząłem dostrzegać różnice.
Ich kombinezony były lżejsze niż skafandry nurków i w przeciwieństwie do nich
miały srebrzysty kolor.
Obaj mężczyźni byli blondynami i nie mieli na głowach
hełmów ani żadnych urządzeń do oddychania w obcym środowisku. Mieli jednak na
swoich kombinezonach dziwnie wyglądające przyrządy różnej wielkości i kształtu.
Stałem nadal jak oniemiały nie mogąc wydusić z siebie słowa, mimo iż ci
mężczyźni z całą pewnością będący członkami załogi tego latającego spodka nie
wyglądali złowrogo, a nawet uśmiechali się do mnie przyjaźnie. Wtedy to jeden z
nich powiedział coś do mnie, ale nie zrozumiałem go ani trochę. Następnie
odezwał się drugi, ale jego także nie zrozumiałem. Ani jednego słowa. Ich język
brzmiał dla mnie zupełnie obco, był jednak bardzo melodyjny i sympatyczny dla
ucha, co mnie nieco uspokoiło i sprawiło, że zacząłem się rozluźniać.
Obydwaj mężczyźni byli równi wzrostem i mierzyli mniej więcej tyle samo co ja,
to jest około 174 cm. Wzięli mnie pod pachę i poprowadzili w kierunku swojego
pojazdu. Nie opierałem się. Około 5 m przed nim stało ustawionych na ziemi kilka
dziwnych przedmiotów, wśród których były nietypowe stołki i krzesła. Usiedliśmy
na nich. Nadal nie mogłem wykrztusić z siebie słowa. Jeden z mężczyzn uśmiechnął
się do mnie przyjaźnie i coś powiedział, czego znowu nie zrozumiałem. Jego
mówienie do mnie miało na mnie kojący wpływ i powoli zacząłem czuć, jak opuszcza
mnie ogólne zesztywnienie. Ogarnął mnie spokój i odzyskałem mowę. Zapytałem ich
pełnym zdziwienia głosem po hiszpańsku o to niezwykłe zdarzenie i oczywiście,
jak przypuszczałem, nie zostałem zrozumiany. Spróbowałem więc po angielsku, lecz
rezultat był taki sam. Podobnie było z niemieckim.
Po prostu nie mogliśmy się
zrozumieć. Wówczas ponownie przemówił jeden z nich w tym swoim sympatycznym i
melodyjnym języku i jednocześnie sięgnął do paska, gdzie zaczął manipulować przy
jakimś urządzeniu niewiele większym od paczki papierosów. W trakcie mówienia
jego język zmieniał się i w pewnej chwili usłyszałem słowa hiszpańskie,
francuskie, a potem niemieckie. Nie wiem dlaczego, ale ucieszyłem się w tym
momencie, co ów mężczyzna musiał zauważyć, gdyż pozostał przy niemieckim. Od tej
chwili mówili do mnie w moim rodzinnym języku. Nadal pamiętam bardzo dokładnie,
co powiedzieli do mnie w tym momencie: „.. .teraz możemy porozmawiać dzięki
naszemu translatorowi. Pozdrawiamy cię i nie bój się. Przybyliśmy tu w
pokojowych zamiarach i w pokoju odlecimy". To były pierwsze słowa, które mogłem
zrozumieć, i nigdy w życiu ich nie zapomnę, a także ich brzmienia. Wywarły na
mnie tak duże wrażenie, że zapamiętałem je bardzo dokładnie, możecie mi wierzyć.
Mogliśmy teraz rozmawiać ze sobą. Spytali mnie, czy rozumiem ich i czy jestem w
stanie zapamiętać wszystko, co mówią. Powiedziałem, że tak i że wszystko to mogę
stenografować na bieżąco, jak zwykłem to czynić, o ile oczywiście nie mają nic
przeciwko temu. Jestem podróżnikiem i żyję z moich relacji. Jeden z nich
powiedział, że to dobry pomysł, i zapytał, co to jest stenografowanie. Zdziwiło
mnie to pytanie, lecz odpowiedziałem na nie, za co mi podziękował. Wyjąłem mój
notatnik i ołówek i zabrałem się za spisywanie naszej rozmowy. Dzięki temu
właśnie mogę wam ją teraz przedstawić słowo w słowo. Z całą pewnością będziecie
nią zaskoczeni i trudno wam będzie w to wszystko uwierzyć, podobnie jak jest
mnie samemu.
Pozwólcie, że przedstawię teraz po kolei całą naszą rozmowę, tak jak ją
zanotowałem.
[Rozmowa pomiędzy dwiema istotami pozaziemskimi Kohunem i Atharem z układu
Proximy Centauri z niemieckim podróżnikiem Horstem Fennerem]
— Jestem Kohun — powiedział jeden z mężczyzn.
— Mnie nazywają Athar — przedstawił się drugi.
- Nazywam się Horst Fenner — powiedziałem.
— Mieszkasz tutaj w tym dzikim kraju? — spytał Athar.
— Nie, jestem turystą z Niemiec.
- Co to jest turysta? — spytał Athar.
- To osoba, która odwiedza inne miejsca - odpowiedziałem.
- Zatem Athar i ja jesteśmy turystami — powiedział Kohun.
- Jak mam to rozumieć? — spytałem.
- Nie jesteśmy z tego świata, który nazywacie Ziemią — odrzekł Kohun.
— A jak to mam rozumieć? — spytałem zaskoczony.
- Pochodzimy z gwiazd — odparł Kohun. — Nie jesteśmy istotami z tego świata.
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? — spytałem.
- Ależ skąd, pochodzimy z układu Proximy Centauri — brzmiała odpowiedź Kohuna.
-To jest najbliżej położony waszego układ słoneczny. Oddalony jest o około 50
bilionów kilometrów według waszego pomiaru odległości.
— To przecież nie istnieje, to utopia — powiedziałem. [Aby było łatwiej
zapisywać tę rozmowę, w dalszej części tej transkrypcji przed wypowiedzią
każdego z nas, będę umieszczał imię mówiącego].
KOHUN: Nie żartujemy.
HORST: Zatem musicie być ludźmi z gwiazd.
KOHUN: Jesteśmy nimi, jeśli chcesz nas tak nazywać.
HORST: Nie mogę w to uwierzyć.
ATHAR: Nie kłamiemy.
HORST: Czy naprawdę mam w to uwierzyć?
KOHUN: Ależ to prawda.
HORST: To niewiarygodne, a co tutaj robicie?
KOHUN: Często odwiedzamy Ziemię, śledzimy przebieg wydarzeń na niej i
obserwujemy rozwój ludzkich istot. Niestety są one bardzo zacofane w swoim
rozwoju religijnym z powodu intryg politycznych. Błędny rozwój i nieustanna
walka o władzę Ziemian może spowodować wiele zła, którego skutki mogą dotknąć
nawet odległe systemy gwiezdne. Właśnie z tego powodu odwiedzamy Ziemię i
prowadzimy obserwacje, aby w razie potrzeby zapobiec złu.
HORST: To brzmi wręcz niewiarygodnie.
ATHAR: Mówimy prawdę.
HORST: Jeśli rzeczywiście mówicie prawdę, to powiedzcie mi, co moglibyście
zrobić, gdyby naprawdę stało się coś złego?
KOHUN: Nie obawiaj się, nie jesteśmy sami. Oprócz nas Centaurian jest jeszcze
wiele innych kosmicznych ras, których przedstawiciele rezydują na Ziemi. Wielu z
nich pochodzi z dużo bardziej odległych systemów słonecznych.
HORST: Mimo wszystko brzmi to dla mnie jak utopia. Co możecie zdziałać na Ziemi?
Nie możecie przecież nic zmienić używając przemocy, ponieważ to by oznaczało
wojnę. Skąd pochodzą inni gwiezdni ludzie?
KOHUN: Powiedziałem ci już przecież, że mówimy prawdę. To nie utopia. Nie
zamierzamy podejmować żadnych działań przeciwko Ziemi. Nie mamy do tego prawa,
zwłaszcza używając przemocy, która jest zakazana. Tak więc nie musicie obawiać
się wojny z naszej strony. Mamy wielu przyjaciół na Ziemi, z którymi utrzymujemy
stały kontakt i którzy działają w oparciu o nasze wskazówki i zalecenia w
pokojowy sposób w imię dobra całej ludzkości. Rozpowszechniają wiedzę o naszym
istnieniu i naszej misji. Ludzi tych nazywacie łącznikami. Działają oni zgodnie
z naszymi wskazówkami i z tego powodu są często ostro atakowani. Oskarża się ich
o głoszenie kłamstw i wprowadzanie ludzi w błąd, przed czym jest im niestety
bardzo trudno się bronić.
Często w szeregi tych ludzi wkradają się jednostki,
które kłamią i wprowadzają innych w błąd, nieraz dla żartu, co nie służy dobrze
naszej misji. Najważniejsi łącznicy bardzo często atakowani są ze szczególną
zajadłością, a nawet próbuje się ich pozbawić życia. Jest jeden człowiek, który
został wyedukowany na proroka obecnych czasów. Jego misja jest najważniejsza,
ponieważ ma za zadanie ponownie przedstawić mieszkańcom Ziemi nauki dotyczące
prawdy. Jego nauki to nauki duchowe. Nauki te zostały mu przekazane z bardzo
wysokich poziomów bytu przy współpracy z cywilizacjami pochodzącymi z
gwiazdozbioru Lutni, Plejad i wszechświata DAL. Oprócz nich na Ziemi stale
przebywają jeszcze przedstawiciele innych kosmicznych ras. Najważniejsze misje
są realizowane przez rasy należące do gromady gwiazd zwanej Plejadami, ponieważ
ich dawni przodkowie są również przodkami Ziemian, w związku z czym ta wielka
misja spoczywa na ich barkach.
Rasy te posiadają trzy różne bazy na Ziemi,
którymi kieruje istota imieniem Quetzal. Jego namiestnikiem jest kobieta mająca
około 350 lat ziemskich o imieniu Semjase, która jest córką komendanta
kosmicznej floty Plejadan. Ziemskim łącznikiem Plejadan jest blisko
czterdziestoletni mężczyzna mieszkający w kraju zwanym Szwajcarią. Ma na imię
Billy. Wiele różnych ras odwiedza Ziemię i jej najbliższe gwiazdy24, Wenus i
Marsa, gdzie w bazach przebywa niewielka, pięćdziesięcioosobowa grupa istot,
jako że obie te planety nie nadają się do normalnego życia z braku odpowiednich
warunków. Ta sama uwagą dotyczy innych ciał planetarnych w waszym systemie
słonecznym, w którym, jak ci wiadomo, jedynie Ziemia posiada odpowiednie warunki
do rozwoju życia i na której istnieje ono zarówno w postaci materialnej, jak i
duchowej. Wasza nauka niedługo się o tym przekona, mimo iż na razie twierdzi co
innego.
HORST: To niewiarygodne, czy to wszystko jest prawdą?
ATHAR: Mówimy tylko prawdę.
HORST: Po prostu nie mogę w to uwierzyć. To brzmi jak jakiś utopijny horror.
KOHUN: Mimo to naszym zadaniem jest głoszenie prawdy.
HORST: Chyba muszę w to uwierzyć, czy chcę, czy nie. Wasz latający spodek
dowodzi, że musicie mówić rację.
ATHAR: My nazywamy nasze latające pojazdy statkami promiennymi.
HORST: Czy mogę dowiedzieć się czegoś o ich napędzie.
ATHAR: Nie wolno jest nam udzielać tego rodzaju informacji.
HORST: Szkoda.
ATHAR: Gdybyś mógł nam pomóc, bylibyśmy ci bardzo wdzięczni.
HORST: Chętnie, co mam zrobić?
ATHAR: Chcielibyśmy zlecić ci pewne zadanie w związku z naszym istnieniem.
HORST: Czy chcecie, abym coś o was napisał?
ATHAR: Właśnie.
HORST: Nie mogę tego zrobić, jeszcze nie zwariowałem. Nikt by mi nigdy nie
uwierzył w taką historię. Uznano by mnie za wariata.
KOHUN: Jak chcesz. Zatem nasz trud jest daremny. Musisz nas teraz opuścić.
HORST: Poczekajcie, nie to miałem na myśli. Może mógłbym
spróbować, ale anonimowo?
ATHAR: Jak mamy to rozumieć?
HORST: Zwyczajnie, nie podając swojego nazwiska.
KOHUN: To nie będzie dobrze służyło naszej sprawie.
HORST: Co mam więc zrobić?
KOHUN: Musiałbyś występować publicznie jako łącznik.
HORST: Co to, to nie, jeszcze nie zwariowałem!
KOHUN: Zatem naszą rozmowę możemy uznać za zakończoną.
HORST: Szkoda, że nie chcecie mnie zrozumieć. KOHUN: Jeśli to jest twoje
ostatnie zdanie, to znaczy, że zakończyliśmy tę rozmowę.
HORST: Niech więc tak będzie, po prostu nie mogę postąpić inaczej. Czy mogliście
odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie?
KOHUN: O ile nie dotyczy ono naszych pojazdów i sprzętu, to tak.
HORST: Wspomnieliście coś wcześniej o osobach nazywających siebie łącznikami...
ale nie będących nimi. Swego czasu spotkałem się gdzieś z kilkoma nazwiskami.
Jedno brzmiało coś jak Adami lub podobnie, inne Genovesa, a inne Michalk. Czy
moglibyście mi coś o tym powiedzieć?
ATHAR: Dlaczego cię to interesuje, skoro sam chcesz zachować swoją osobę w
tajemnicy?
HORST: To tylko pytanie. Z drugiej strony przekonaliście mnie, że faktycznie
pochodzicie z gwiazd. Po prostu chciałbym się dowiedzieć.
Szkic Horsta Fennera przedstawiający Kohuna, Athara i ich pojazd.
czegoś nowego, lecz nie mogę występować publicznie, jak proponujecie. Z jednej
strony nie uwierzono by w ani jedno moje słowo, z drugiej zaś nie jestem
odpowiednim człowiekiem do tego celu. KOHUN: Może i masz rację. Z drugiej strony
masz prawo znać prawdę. Te trzy wymienione przez ciebie nazwiska są nam dobrze
znane, chociaż źle je wymówiłeś: pierwszy z tych ludzi nazywa się Adamski, drugi
Genovese, a trzeci Michalek25. Nie są to prawdziwi łącznicy, lecz zwyczajni
oszuści. Żaden z nich nie kontaktował się z nami ani też z kimkolwiek z innych
ras kosmicznych. Nie są oni wcale jedynymi kłamcami, jest ich o wiele więcej.
Jeżeli kiedykolwiek usłyszysz takie nazwiska, jak Zilar, Menger, Miller, Nelson,
Castillio czy Siracusa... możesz być pewny, że masz do czynienia z oszustami.
ATHAR: Naprawdę nie chcesz pracować dla dobra naszej misji?
HORST: To kusząca propozycja, ale naprawdę nie mogę. Może kiedy
indziej. Najpierw jednak chciałbym porozmawiać z kimś, kto zna się
na tych sprawach. Znacie kogoś takiego?
KOHUN: Zwróć się po prostu do najważniejszej osoby. Nie możesz jednak podjąć się
tego zadania potem. Decyzję musisz podjąć teraz. Albo wiesz już teraz, co jest
twoim obowiązkiem i co jesteś w stanie zrobić, albo musimy zrezygnować z twojej
pomocy. Niestety, w tej kwestii musimy być nieustępliwi.
HORST: W takim razie muszę chyba zrezygnować, ponieważ nie jestem teraz w stanie
podjąć takiej decyzji. Szkoda. Przemyślę sobie to wszystko i być może spróbuję
opisać i opublikować to spotkanie z wami.
ATHAR: Sprawiłbyś tym nam dużą radość i byłoby to z pewnością użyteczne. Ale
teraz musisz już iść, ponieważ mamy jeszcze trochę pracy. Szkoda że trudziliśmy
ciebie tutaj na darmo. Idź w pokoju i nie bój się niczego!
Drodzy przyjaciele, tak oto przedstawia się cała nasza rozmowa, która pod koniec
nie wydawała mi się już tak fantastyczna. Po kilku przyjacielskich słowach
pożegnania udałem się w drogę powrotną do Trinidadu, gdzie dotarłem tuż przed
zmierzchem. Przez całą noc nie mogłem zasnąć i rozmyślałem o tym wszystkim.
Doszedłem do wniosku, że postąpiłem głupio, gdyż zgodziwszy się na propozycję
Athara i Kohuna, mógłbym zapewne dowiedzieć się od nich czegoś więcej. Bałem się
panicznie, że zostanę potraktowany jak wariat, jeśli spróbuję napisać cokolwiek
na ten temat. Teraz już naprawdę nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić, i czy
przypadkiem nie uroiłem sobie tego. Proszę, porozmawiajcie o tym z moim ojcem i
pastorem i spytajcie ich, co o tym sądzą, a następnie napiszcie mi o tym.
Zapytajcie także pastora, czy powinienem rozpowszechnić tę rozmowę, czy nie.
Jeśli uzna, że tak, zróbcie to. Proszę tylko nie podawać mojego ani swojego
adresu, ponieważ nie chcę być przez nikogo nękany po swoim powrocie...
Czekam na waszą odpowiedź i opinię. Za mniej więcej miesiąc będę w La Paź, gdzie
możecie pisać pod znany adres.
Serdeczne pozdrowienia i wszystkiego dobrego
Wasz obierzyświat
Horst
9. Uwagi końcowe
9.1. Tajemnicza likwidacja jodeł
(zdjęcia 55 i 56)
Historia o zniknięciu jodły jest sprawą drażliwą (patrz rozdział VII). Wielu
sceptyków wykorzystało ją w swojej walce z Billym, twierdząc, że to drzewo nigdy
nie istniało. Tym zarzutom przeczą następujące sprawy:
1. Pierwszy zarzut, że jodła w ogóle nie istniała, łatwo obalić, ponieważ
istnieją co najmniej dwa zdjęcia, na których jest ona widoczna.
2. Poza tym istnieje zdjęcie tego samego fragmentu terenu bez drzewa, co daje
nam możliwość dokonania porównań. Na jednym z nich widać młode wybujałe drzewo w
otoczeniu czerwonawego buku rosnącego z boku, na drugim zaś nie ma po nim śladu,
zaś wymieniony buk widać nieco w dali. Jeżeli założymy, że Billy własnoręcznie
usunął tę jodłę, to należy przypuszczać, że ktoś mógł widzieć, jak to robi. Co
więcej, musiał w ciągu 1-2 godzin zatrzeć wszelkie ślady. Jak wiadomo, trawa nie
mogłaby wyrosnąć w tamtym miejscu w tak krótkim czasie.
3. W końcu chciałbym zwrócić uwagę na wymieniony już buk rosnący nieco z boku -
i to nie bez powodu.
9.2. Niesamowite dźwięki
(szkic na stronie 154)
Trzecia demonstracja dźwięków wydawanych przez statek Semjase miała miejsce 18
lipca 1980 roku w Sadelegg-Hinterschmidrüti. Jest kilka argumentów
przemawiających za prawdziwością tego zdarzenia. Podobnie jak podczas
poprzednich demonstracji, również tym razem było wielu świadków mogących
potwierdzić to zdarzenie, ponieważ wszyscy oni:
a) obserwowali Billy'ego przez cały czas dokonywania nagrań (patrz szkic z
zaznaczonymi pozycjami świadków);
b) słyszeli na własne uszy te głośne dźwięki;
c) również je nagrali.
Przy tej okazji pozwolę sobie przypomnieć jeszcze raz pozostałe dzienne
demonstracje. Były to ślady lądowania, pozaziemskie krasnoludki, niecodzienne
rozmowy radiowe, pokaz pistoletów laserowych. Do tej samej kategorii należą
również demonstracje nocne, a także obserwacje dzienne i nocne.
9.3. Historia z brodą
Regułą jest, że mężczyzna goli się w czasie porannej toalety. Jeżeli jednak tego
nie zrobi z jakichś powodów, na przykład braku czasu lub lenistwa, nie jest to
przestępstwem. Niegolenie się przez dłuższy czas sprawia, że zarost szybko staje
się widoczny. Wie o tym każdy, ale wspominam o tym nie bez przyczyny, ponieważ
ma to posłużyć jako wprowadzenie do pewnej historii związanej z brodą, którą
usłyszałem od Jacobusa Bertschingera.
Zdarzenie to miało miejsce w roku 1975, gdy Eduard Meier mieszkał z rodziną
jeszcze w Hinwil. Nie nosił wówczas brody, jak to ma obecnie miejsce, i golił
się codziennie. Było to latem, a dokładnie w czwartek 17 lipca. Świeżo ogolony
wyszedł rano około godziny 9. z domu, gdzie wrócił dopiero wczesnym rankiem
następnego dnia.
W tym czasie Jacobus czekał cierpliwie w jego domu na jego powrót. Gdy Billy
wszedł do mieszkania, Jacobus z miejsca zauważył dwie rzeczy: po pierwsze, Billy
sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego, z trudem patrzył na oczy, po drugie, miał
tak długą brodę, jakby nie golił się od tygodnia. Jacobus doskonale wiedział, że
nie było go zaledwie jeden dzień. Ciekaw jestem, co pomyśleliby inni, gdyby ich
dobry znajomy pojawił się z wielotygodniowym zarostem, mimo iż wiedzieliby, że
nie golił się tylko jeden dzień? Z pewnością pomyśleliby o jakimś cudownym
napoju bądź środku na porost włosów. Oba te przypuszczenia są jednak błędne w
tym przypadku, bowiem wyjaśnienie tej zagadki jest zupełnie inne. Otóż tego
dnia, kiedy Billy wyszedł z domu, Plejadanie zabrali go statkiem dowodzonym
przez Ptaaha w daleką podróż po naszym wszechświecie. Ta niezwykła podróż,
jakiej nie odbył żaden inny Ziemianin, trwała 5 ziemskich dni. Najbardziej
zagadkowy był jednak jego powrót, który nastąpił po 22 godzinach. Ale i na to
jest wyjaśnienie, którym jest manipulacja czasem. Kolejną ciekawostką było
oświadczenie Billy'ego, że przez cały ten czas nie zmrużył oka. W związku z tym
nasuwa się pytanie, jak mu się to udało? Odrzekł, że nie było to jego zasługą.
Po prostu otrzymywał odpowiedni pokarm, który utrzymywał go w stanie pełnej
świadomości. Pokarm spożywany przez Plejadan działa podobnie jak dostępne u nas
w handlu środki pobudzające. Po tych pięciu bezsennych dniach Billy poszedł
wypocząć i spał przez 36 godzin.
9.4. Badania ogólne
Aby dokładnie zbadać całą tę sprawę, wielu badaczy zjawiska UFO z Ameryki i
Japonii przez około 4 lata (łącznie przez 300 dni) przebywało w pobliżu domu
Billy'ego, kontrolując go dosłownie w dzień i w nocy, a także jego przyjaciół i
współpracowników.
Wyniki tego dochodzenia opublikowane zostały w USA w dwutomowym albumie obficie
ilustrowanym zdjęciami Billy'ego UFO... Contactfrom the Pleiades (UFO... kontakt
z Plejad) autorstwa Brit i Lee Eldersów oraz Toma Welcha, a także książce
emerytowanego podpułkownika lotnictwa wojskowego Wendelle C. Stevensa UFO...
Contactfrom the Pleiades: Preliminary Imestigation Report (UFO... kontakt z
Plejad — raport wstępny). Dwa lata później, w roku 1984, pojawiła się kolejna
książka w języku angielskim Istoty pozaziemskie i tęsknota Ziemian za pokojem
Maartena Dillingera, który już od dłuższego czasu zajmował się tym problemem.
Przez kilka tygodni na przestrzeni 3 lat znany amerykański publicysta Gary
Kinder badał przypadek Billy'ego. Owocem jego pracy był bestseller Light Years
(Lata świetlne).
Autorzy tych prac stwierdzają w nich jednoznacznie, że ów jednoręki mężczyzna,
Billy, nie byłby w stanie sam zgromadzić tak ogromnego materiału dowodowego.
Ponieważ nie dysponował wystarczającą sumą pieniędzy, nasuwa się pytanie, czy
wspomagał go ktoś w tym finansowo. Jeśli tak, to na pewno nikt ze Szwajcarii. W
rzeczy samej nie udało się znaleźć nikogo, kto by go finansował, w związku z
czym to przypuszczenie należy odrzucić.
Jak już wcześniej wspomniałem, Billy nie żyje jak samotnik w jaskini, lecz
mieszka pod jednym dachem razem ze swoją rodziną i innymi ludźmi wspomagającymi
go w jego misji. Wszyscy oni mają stały wgląd w jego poczynania i doskonale
wiedzą, co się dzieje w Centrum. Nie wyobrażam sobie, aby pozwalali wodzić
siebie za nos, gdyby wiedzieli, że coś w tym jest nie tak.
Chciałbym również wspomnieć o dzieciach, które jak wiadomo, są bystrzejszymi
obserwatorami od dorosłych. Można więc przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że
jeśli będą wiedziały coś, czego nikt nie wie, to być może pewnego dnia poznamy
to.
Poza tym Billy musiał mieć się na baczności przed swoją żoną, która w
początkowych latach nie była do końca przekonana do jego kontaktów i pochodziła
do nich z dużą rezerwą. Wraz z nabraniem przez nie oficjalnego charakteru w jego
rodzinie nastąpiły ogromne zmiany. Z dnia na dzień został wciągnięty przez
istoty pozaziemskie w wir intensywnej pracy, przez co coraz mniej miał go dla
rodziny. Której żonie podobałaby się taka sytuacja?
Z tych powodów żona Billy'ego z niechęcią śledziła wszystkie jego poczynania i
wcześniej czy później odkryłaby różne rzeczy, na przykład wykonywanie przez
niego rzekomych modeli statków kosmicznych. Nic takiego jednak się nie stało.
Mając to na uwadze, twierdzenie, że Kalliope wspierała Billy'ego w preparowaniu
rzekomego oszustwa, jest całkowicie irracjonalne. Było wręcz odwrotnie, o czym
może zaświadczyć wiele osób, które ją znają.
9.5. Najważniejsze ogniwa łańcucha dowodów
W przedstawionym dotychczas łańcuchu dowodów brakuje bezsprzecznie jeszcze jego
najistotniejszych elementów, a mianowicie łącznika i jego świadków. Spośród
wszystkich szczególnie nurtuje pytanie, co skłoniło Billy'ego, aby przez lata
uważać siebie za superłącznika, jak się go często błędnie określa. Jeśli wierzyć
jego antagonistom, na ów szczyt wyniósł się przy pomocy swoich zwolenników i ich
kosztem.
Kto wierzy w takie bzdury, ten nie ma zielonego pojęcia o tej sprawie. Dlatego
powtarzam to, co już napisałem w rozdziale V, że mimo kłopotów zdrowotnych Billy
niestrudzenie oddaje się pracy twórczej będącej częścią jego misji, wspiera FIGU
oraz pomaga przy rozbudowie i utrzymaniu Centrum — oczywiście bez wynagrodzenia!
Z biegiem lat jego warunki mieszkaniowe znacznie się poprawiły, lecz jest to
zasługą przede wszystkim jego samego. Na szczęście wśród jego współpracowników
jest wielu pasjonatów, którzy wspierają go, jak mogą. Poza tym ma wielu
sympatyków na całym świecie. Jeśli ktoś sądzi, że kontakty z istotami
pozaziemskimi należą wyłącznie do przyjemności, to jest w wielkim błędzie. W
rozdziale V wyjaśniłem wyraźnie, że wiąże się z tym bardzo uciążliwa praca. W
ten oto sposób dotarliśmy do odwrotnej strony medalu, to znaczy do nieco mniej
przyjemnej strony życia łącznika. W realizację jego misji zaangażowana jest
spora grupa ludzi, lecz mimo to na nim spoczywa największa odpowiedzialność.
Stąd też twierdzenie, że kieruje nim żądza zdobycia sławy, jest pozbawione
racjonalnych podstaw. Dodatkowo przemawiającym za tym argumentem jest odrzucenie
przezeń między innymi bardzo ponętnej propozycji objęcia intratnego
kierowniczego stanowiska w mającym powstać globalnym stowarzyszeniu wspierania
przyjaźni z istotami pozaziemskimi. Skąd więc to ględzenie o chęci zdobycia
sławy. Niestety, nie jest mu dane wiedzenie zwykłego życia, gdyż był i jest
nadal nieustannie poddawany wielu próbom, zarówno psychicznym, jak i fizycznym.
1. Jak wiadomo, Billy nazywany jest kłamcą i oszustem, który spreparował cały
swój materiał fotograficzny i filmowy, a także pozostałe dowody. Tego typu
opinie głoszą najczęściej ci, którzy z reguły nie orientują się w całej tej
sprawie.
2. Wielu wrogo do niego nastawionych dziennikarzy i reporterów neguje wszystko,
co dotyczy jego przypadku, jak na przykład regularnie organizowane przezeń
medytacje o pokój, wymyślając jednocześnie różne bzdury na jego temat.
3. Często twierdzi się, że nie dementuje on zarzutów, jakie są kierowane pod
jego adresem, w związku z czym muszą być one słuszne.
4. Coraz częściej dowiaduje się, że jego teksty sprzedawane są bez jego zgody w
innych krajach, często w złych przekładach i co najgorsze, świadomie
przeinaczane.
5. Jest spora grupa ludzi, którzy akceptując w pełni jego wspaniały materiał
dowodowy, odrzucająjednocześnie jego opisy podróży kosmicznych oraz w czasie, a
także opinie na temat religii jako zmyślony stek bzdur. Mogę w tym miejscu
powiedzieć jedynie, że wielu zjawisk mających związek z jego kontaktami nie da
się w świetle współczesnej nauki wytłumaczyć, przeto nic dziwnego, że nie są one
akceptowane. Tego typu reakcja jest czymś naturalnym w przypadku zdarzeń, wobec
których nauka jest bezsilna. Billy zdaje sobie z tego doskonale sprawę i dlatego
unika tego rodzaju tematów. Pomija zatem rzeczy, które mogłyby prowadzić do
nieporozumień i stać się przyczyną złośliwych pomówień. (Na przykład w
przeciwieństwie do Ziemian Plejadanie za system słoneczny uważają taki układ, w
którym istnieje co najmniej jedna planeta z nie mniej niż trzema księżycami).
6. Wielu przeciwników Billy'ego przypisuje mu wszelkie możliwe i niemożliwe
cudowne zdolności, a następnie określa go mianem szarlatana. Muszę stwierdzić,
że to bardzo niegodziwa gra. Gdyby ci ludzie wiedzieli, jakie brzemię dźwiga
człowiek, którego zadaniem jest głoszenie prawdy, być może zastanowili się nad
swoim postępowaniem.
7. Wielu dawnych członków jego grupy i przyjaciół stało się z biegiem czasu
źródłem jego rozczarowań, kiedy to zaczęli go opuszczać. Niektórzy z nich
dopuścili się nawet oszczerstw -ludzie, którym poświęcił tak wiele swojego czasu
i cierpliwości.
8. Jestem pełen podziwu do Billy'ego, że mimo tych wszystkich przeciwności oraz
złego stanu zdrowia nie porzucił swojej działalności i wszelkimi siłami nadal
usiłuje pełnić swoją misję najlepiej, jak to tylko możliwe, dla dobra ogółu.
9. W podzięce za te starania jest nieustannie wyszydzany. W ciągu minionych 15
lat dokonano łącznie 13 zamachów na jego życie (patrz rozdział XIII). Często
również atakowany był przez Inteligencję Giza (patrz rozdział XIV).
Zastanawiające jest, dlaczego tak usilnie próbuje się go wysłać w zaświaty,
jeśli jest on kłamcą i oszustem?
10. Bardzo często grupę Billy'ego przedstawia się jako religijną sektę, a jego
samego jako jej guru.
Wymienione argumenty powinny, jak sądzę, dostarczyć notorycznym sceptykom
wystarczającej ilości materiału do przemyśleń. Ostatecznie każdy czytelnik sam
musi zadecydować, czy uważa Billy'ego za osobę wiarygodną, czy też nie.
Znaczącą rolę w sprawie Meiera odgrywają również jego współpracowinicy i
świadkowie. Gdyby to wszystko były brednie, wówczas nikt z nich nie narażałby na
szwank swojej reputacji, którą cieszy się w miejscu pracy oraz w swojej lokalnej
społeczności. Tym bardziej, iż wiedzą dobrze, że każdy, kto popiera publicznie
Billy'ego musi się liczyć z szyderstwami i ośmieszaniem. Znam to z własnego
wieloletniego doświadczenia. Wiem dobrze, jak może czuć się osoba publicznie
oczerniana, lub gdy potajemnie szepce się za jej plecami, że na przykład wskutek
odniesionej w czasie drugiej wojny światowej rany w głowę brak jej „piątej
klepki".
Czy się to komu podoba, czy nie, prawda jest prosta i około 20 świadków
udokumentowało swoimi podpisami prawdziwość przytoczonych przeze mnie relacji.
Oczywiście najchętniej kwestionowane są najbardziej wymowne wypowiedzi, co
przychodzi szczególnie łatwo, kiedy świadków zna się tylko ze słyszenia lub
przelotnie. Dla wielu ludzi nawet zbadanie faktów i poznanie świadków nadal nie
będzie dostatecznym argumentem do uznania ich za prawdziwe. Nic dziwnego, bowiem
prawdzie zawsze trudno jest się przebić na światło dzienne.
Semjase wielokrotnie usiłowała uzmysłowić Ziemianom, że właśnie w Erze Wodnika
winni wyprzedzać czas, kierować się przede wszystkim rozumem i logiką. Poza tym
dała jasno i wyraźnie do zrozumienia, że otrzymaliśmy za pośrednictwem Billy'ego
znacznie więcej dowodów do analizy niż trzeba i że jedyne, co nam teraz
pozostaje, to jej rzetelne przeprowadzenie.
Ze względu na obowiązujące prawa istoty pozaziemskie nie są upoważnione do
przekazywania Ziemianom gotowych prawd, co nie podoba się wielu ludziom, którzy
nie chcą w żadnym wypadku tego zaakceptować, gdyż nie odpowiada to ich
wyobrażeniom. Ich zdaniem istoty pozaziemskie powinny nieść nam pomoc oraz
wspierać na wszelkie sposoby.
Intensywna praca umysłowa związana jest z ogromnym wysiłkiem i dlatego niezbyt
lubiana przez wielu, zwłaszcza gdy nie stoją za tym korzyści finansowe. Rzecz w
tym, że droga do prawdy wiedzie właśnie poprzez intensywny wysiłek umysłowy i w
żaden sposób nie da się tego ominąć. Wszystkim poszukującym prawdy mogę jednak
powiedzieć na pocieszenie, że zgodnie z uniwersalnym prawem każdy dążący do niej
uparcie wcześniej czy później na pewno osiągnie cel.
Oświadczenie świadków
Niżej podpisani oświadczają, że nigdy nie widzieli, aby Eduard Albert (Billy)
Meier mieszkający w Szwajcarii w miejscowości Schmidrüti niedaleko Zurychu
dokonywał kiedykolwiek jakichś mistyfikacji, oraz że nigdy nie słyszeli, aby
ktokolwiek wspierał go finansowo w tego typu działaniach. Ponadto oznajmiamy, że
zawarte w tej książce nasze relacje z różnych przeżyć, których byliśmy
świadkami, są całkowicie zgodne z prawdą, i że w każdej chwili jesteśmi gotowi
potwierdzić je przed sądem.
Hinterschmidrüti, Semjase Silver Star Center, 16 lutego 1991 roku