Andrzej Marek Nowak
Opowiadania nocnego stróża
ISBN 978-83-928089-0-9
Wszelkie
prawa zastrzeżone.
©2008
Copyright by Andrzej Marek Nowak.
Książkę tę
dedykuję mojemu Bratu,
Włodkowi, który jest autorem jej tytułu,
moim Rodzicom, Marii i Henrykowi,
mojej żonie Marii, córce Danieli
i synowi Mateuszowi.
Dzięki częstym wezwaniom na spacer,
Bari, kundelek ze schroniska w Sopocie,
przyczynił się do przemyśleń na temat książki.
Okazał się on nadzwyczaj mądrym psem belgijskiej
rasy schipperk.
Misja do innych stanów świadomości.
SPIS TREŚCI
Wyprawa.
Senchotron.
List do Joanny Nr
156.
Zdarzenie.
Karina 1.
Karina 2.
Karina 3.
Karina 4.
Karina 5.
Karina 6.
Karina 7.
Karina 8.
Tajemnice nocnego
stróża.
Brama.
Joanna (Nanka),
1.
Joanna (Nanka), 2.
Lustro.
Przestrzeń.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 1.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 2.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 3.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 4.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 5.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 6.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 7.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 8.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 9.
Żabka.
Psy.
Samochód.
Sanki.
Zeszłoroczne liście.
Mandat.
Marzenia stróża.
Ojciec.
Koszary I.
Koszary II.
Konwalie.
Córka.
Kopka.
Malka.
Tajemniczy klasztor.
Inny świat.
Wagon.
Refleksje o marzeniach.
Inny świat. Anna.
Inny świat. Basia.
Inny świat. Ukłon dla
Malki.
Nocny dyżur.
Wiatrak.
Lubię Malkę.
Czekolada.
Nocny dyżur 2.
Odejdź z tego domu.
Kuter GDY 50.
Magda o brązowych
oczach.
Zawsze mam nadzieję.
Wicko Morskie.
Rozmowy z Romkiem i
Benią.
Nieprawdopodobna
historia.
Kontener.
Patrol.
13 uderzeń zegara.
Felieton wyborczy
Post scriptum do
„Felietonu wyborczego”.
Zabawy słowem:
Wiadomość dla Wydawcy.
Przymorduch.
UFO.
Spotkanie.
Ostatnia strona.
* * *
Zapis senchotronowy.
Gk,13052007,G1245.
Wyprawa.
Mija już kolejny rok naszej wyprawy do krańców Wszechświata.
Siedzę na nocnym dyżurze
patrząc na monitory i ich migające wskaźniki. Nie jest to ciekawe zajęcie,
ale innego na razie nie wymyśliłem. Poleciałem z nimi bo miałem już dość,
tej ciągłej gonitwy i biegania wokół codziennych spraw. Czy uciekłem od
siebie? Na pewno nie, ale uciekłem od marazmu świata, który pędzi nie
wiadomo dokąd i gdzie, prędzej zginie niż powstanie do życia. Czy to samo
czeka mnie tutaj? Na sądzę.
Mogę przynajmniej coś zbudować i stworzyć nowe płaszczyzny, tak mi się
wydaje. Czy czuję się zdobywcą przestrzeni czy krzewicielem nowej wiary?
Na pewno nie, nie w tym co robię, nie w tym nudnym i nieskomplikowanym
zajęciu, jakim jest siedzenie i patrzenie we wskaźniki, w notowanie ich
wyglądu i opisów. Potem zmieni mnie kolega i tak w kółko, co kilka dni i
nocy, dzień po dniu, noc po nocy. Czy to jest ciekawe zajęcie?
Gdy nie patrzę na ekrany, to porządkuję zapisy senchotronowe, z czasu, gdy
leżąc w koi i będąc jeszcze w płaszczu tego pola, moja podświadomość
tworzyła listy, opowiadania i książki.
Dla kogo?
Dla mojej niespełnionej miłości, dla Joanny, która pozostała ze swoimi
kłopotami i problemami na Ziemi.
Tam też pozostawiłem Kraków, Gdynię, Gdańsk, Częstochowę, Gliwice, Miejsce
Piastowe koło Krosna i wiele innych znajomych mi miejsc.
Jesteśmy tu z rodzinami w bardzo dużej grupie.
Ten statek to potężne miasto z dzielnicami większymi od nie jednego miasta,
część Ziemi z jej problemami i trudami, z naszymi problemami.
Jesteśmy tu jak u siebie w domu, rozdzieleni tylko pustką i przestrzenią
Wszechświata od spraw tamtego pozostawionego gdzieś daleko, już innego dla
nas świata.
Zagląda ona w nasze serca i przenika duszę, ale nie może nas złamać. Może
nas unicestwić, ale nie zniszczy naszych myśli, bo one pozostaną zapisane na
wieki w słowie i trwaniu kamieni.
Zapis senchotronowy.
Gk,19092008,G0430.
Senchotron.
Skończyłem już mój dyżur.
Przyszedł kolega i zmienił mnie.
Przywitał się krótko: Cześć.
- Co słychać?
- Wszystko OK?
Odpowiedziałem mu:
- Tak i że lecę już do domu.
- Wiesz, jestem mocno
zmęczony i nie chce mi się już gadać.
Te dyżury są
nudne, ale nie skomplikowane.
Mogę sobie wybrać zupełnie
inne zajęcie, ale nie chcę tego, bo to obecne na razie odpowiada mi.
Nie zmusza mnie ono do robienia kariery za wszelką cenę, do walk o lepsze
awanse czy
pieniądze lub marne
zaszczyty. Pozwala mi, abym miał poczucie jako takiej wolności.
Pomiędzy dyżurami mam sporo wolnego czasu i to jest dla mnie nagroda.
W pracy siedzę i wymyślam nowe projekty i plany do działań.
Potem realizuję je w wolnych chwilach i mam poczucie, że jestem znowu
kolejnym trybikiem w tej piekielnej machinie jakim jest w dalszym ciągu
nasze życie na statku i kiedyś było nasze życie na Ziemi.
Idę już do domu, bo tak nazywamy tu nasze pomieszczenia. Są duże i obszerne
i jak ktoś chce może się tam w nich sam w sobie zagubić.
Obmywam się szybko i sprawnie, kładę do mojej koi, gdzie otulony płaszczem
pola senchotronu, uciekam w błogi stan mojej sennej nieświadomości.
Wtedy moje cielsko odpręża się a myśli zaczynają swobodnie płynąć, krążyć i
łączyć się w zdania, w strzępy rozmów, w dialogi i tworzą się teksty listów,
opowiadań i całych ksiąg.
Gdy wstaję rano mam już gotowe ich zapisy i mogę je przetwarzać na papier i
inne nośniki.
Tak powstały moje ostatnie listy do Joanny i ciągi opowiadań nocnego stróża.
Odtwarzam je teraz i wracam w ten sposób do dawnych zapomnianych już spraw,
wspomnień i zdarzeń, do miejsc gdzie byłem i trwałem w świadomym życiu na
Ziemi.
Listów i opowiadań zrobiło się tyle, że zacząłem je klasyfikować według
pewnego schematu, aby nie pogubić się w ich ciągłości. Schemat ten, narzucił
się sam ze snów w polu senchotronowym.
Listy i opowiadania umiejscowiłem tam gdzie one się działy i może powstać
odczucie i wrażenie, że to wszystko dzieje się tam na na Ziemi. Tak było i
już nie umiem powiedzieć co działo się na prawdę a co jest tylko wytworem
mojej wyobraźni.
Sen w płaszczu pola senchotronowego, to dla mnie wciąż inny i daleki wymiar,
zwielokrotniony stan wielowymiarowości i oddalenia od rzeczywistości.
W tym stanie robię to czego zawsze pragnąłem i to o czym ciągle marzę, co
jest głęboko ukryte w mojej podświadomości i jest odniesieniem do mojej
jaźni.
Dlatego uważam, że te listy i opowiadania powinny być zebrane w tomiku,
którego tytuł powinien brzmieć " Z dziennika schizofrenika". Oddawałoby to w
pełni wielowymiarowość stwarzania się zdarzeń i okoliczności.
Ocenę tego jednak pozostawiam Wam, czyli tym do których te przekazy dotrą
jeśli przetrwają naszą wyprawę i misję do innych światów i stanów
świadomości.
Zapis senchotronowy.
Gk,140908,G1609.
Listy do Joanny Nr 159.
Cześć Kochana
Nanka.
Witam Cię Nanulka i pozdrawiam serdecznie.
Uściskałbym Cię teraz mocno i serdecznie gdybym mógł to zrobić właśnie teraz
i w tej chwili i zrobiłbym to z ogromną przyjemnością.
Nie wyobrażasz sobie jaki czuję się szczęśliwy i zadowolony.
Siedzę sobie teraz w pociągu i jadę do Rzeszowa a potem w Bieszczady, na
wyprawę o której ostatnio ciągle marzyłem.
Byłem tam niedawno z
Danielką i nie sądziłem, że tak szybko znowu tu wrócę.
Nie uwierzysz, ale kupiłem sobie wreszcie najprawdziwszy wagon kolejowy.
Na razie nie będę Tobie pisał skąd miałem na to pieniądze, ale dotarły one
do mnie zupełnie legalnie, uczciwie i bez zobowiązań.
Jeśli niedługo spotkamy się, to opowiem Ci o tym na uszko i to bardzo cicho,
całując Cię delikatnie i niechcący.
Właśnie planuję, tym wagonem doczepionym do pociągu, dalszy wyjazd do
Krakowa i odwiedzę Cię, jeśli znajdziesz dla mnie wolną chwilę.
Chciałbym Ciebie zaprosić do odwiedzenia nas i pokażę Tobie wtedy jak
wyglądają moje spełnione marzenia.
Mam ich jeszcze bardzo wiele i wiem, że nie wszystkie się spełnią, ale i tak
jestem już zaskoczony tym co mi się teraz zdarzyło.
Oczywiście starczyło tych pieniędzy na podstawową modyfikację i przebudowę
wagonu.
Mam z nim związane bardzo szerokie plany, o których napiszę Tobie w
kolejnych listach.
Mam tu wreszcie wymarzony własny kącik i chociaż nami teraz trzęsie i rzuca
w różne strony, to pisze mi się tu nawet nieźle.
Mamy tutaj komputery, Internet i to wszystko co obecnie potrzeba by
funkcjonować i to jest tak w sam raz jak dla samotnych wędrowców.
Mamy też salonik dla gości z dobrze zaopatrzonym barkiem w napoje chłodzące.
Są też pomieszczenia sypialne z dwoma lub jednym łóżkiem. Jest też kuchnia i
urządzenia sanitarne, tak jak w domu.
Przyznam się, że teraz mamy lepszy komfort życia w tym wagonie niż w starym
domu, ale niedługo i w domu też nam się poprawi.
W moich planach uwzględniłem też osoby niepełnosprawne i dostosowałem
pomieszczenia dla nich. Nawet jest zewnętrzna winda, aby mogli się oni łatwo
i wygodnie dostać do wagonu.
Wygospodarowaliśmy też drugą niewielką salkę, aby tam też można było się
spotykać.
Jest bardzo dobrze Nanulka i myślę już o drugim wagonie i trzecim i czwartym
i pewnej misji, ale o tym na razie, sza...
Także chcę kupić stary parowóz i czy będzie na chodzie czy nie to będzie też
ciekawą atrakcją i wspomnieniem dawnych czasów, jak go doczepimy do naszego
pociągu.
To są bardzo szerokie plany i pomysły. Jak przegadam je z przyjaciółmi i
znajomymi to pewnie wyklują się z nich konkrety.
Oczywiście już teraz zapraszam Ciebie, Tomka i całą Twoją rodzinkę na
wyprawę w spełnione marzenia.
Powiedz mi tylko kiedy byś chciała i będziesz mogła być razem z nami.
Pokrywam wszelkie koszty jakie poniesiesz a nawet jak będziesz musiała
szybko wracać, do domu, to zwrócę Ci wszelkie koszty ewentualnych przejazdów
czy przelotów samolotem.
Pragnę być blisko Was i z Wami i gadać tak długo jak się da, aż do
znudzenia.
Wspomnę jeszcze o tym, że te pokoiki w wagonie są znacznie wygodniejsze i
bardziej przestronne niż w normalnych kuszetkach.
Wagon po modernizacji jest zupełnie nie podobny do tego jaki był poprzednio
i mam wreszcie swój własny i wymarzony azyl do podróżowania.
Nie muszę już niewolniczo pracować na kromkę chleba i dostęp do Internetu.
Jest mi teraz lepiej i czuję się w końcu człowiekiem i wreszcie na swoim
miejscu.
Kończę już Nanulka ten kolejny mój list.
Jak zawsze ściskam Cię gorąco i serdecznie i rączki Twe całuję.
Zapis senchotronowy.
Gk,28042007.
Zdarzenie.
Zdarzenia, które następowały po sobie były wynikiem czegoś co zdarzyło się
nam podczas ostatniej misji. Czegoś co wprawiło nas wszystkich w zdumienie i
przerażenie i czego nie rozwiązaliśmy do tej pory.
Nagle bez żadnego znaku ani ostrzeżenia przeszliśmy przez coś co czuliśmy
każdym nerwem i cząstką ciała, co było w nas i po za nami. Sądziłem, że to
już koniec naszego krótkiego życia.
Trwało to tylko tyle, aby zdać sobie z tego sprawę, by głęboko wbiło się nam
w zakamarki duszy i byśmy mogli ten wstrząs psychicznie przeżyć.
Targnęło nami na boki i wyrzuciło jednych z koi, innych z foteli i tak
porozbijani, badaliśmy się, macając obolałe ciała.
Cały wstrząs przyjęły na siebie hamacze i grawitacyjne kolasy. Ktoś w swojej
mądrości przewidział tę sytuację, lecz nie wiedział jak to będzie działać w
przestrzeni i na naszym na statku.
Więcej śladów zniszczeń nie było, po za drobnymi uszkodzeniami, które łatwo
dały się naprawić.
Inne bardziej skomplikowane urządzenia, chroniące nasze życie i zdrowie,
wielokrotnie dublowane i zabezpieczane nie przestały działać, pstrykając
tylko swymi przekaźnikami i przełącznikami.
Znużony i rozbity wciągnąłem się na koję. Nie mogłem pozbierać myśli. Serce
waliło jak młotem. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje.
Byłem oszołomiony i w cichości ducha modliłem się o spokój i ukojenie.
Myśli pędziły po zakamarkach mózgu a pytania spływały jedne po drugich:
czarna dziura, pętla czasowa, odprysk antymaterii, wstrząs menotoniczny,
Supernowa.
Nie wiem, nic nie wiem i tak jak inni nic nie wiedzą czy już przepadliśmy w
czeluściach Wszechświata, tak ja nie wiedziałem czy jeszcze żyję czy tylko
moja dusza jeszcze kołata się w starych nawykach myślowych.
Czy Joanna dowie się kiedyś o tym choćby we snach, w odpryskach myśli i
wspomnień.
Dalej zmierzamy do końca światów, przemykamy się przez granice życia na
skraju dobra i zła.
Boże daj nam jeszcze dotknąć Twej miłości i miłosierdzia.
Nieskończenie dobry
Człowieku spojrzyj łaskawie na wędrowców i uchroń nas od nieszczęścia.
Zapis senchotronowy.
Gk060408,G081656.
Karina 1.
(Kuter GDY 50,
06.04.2008r. o godz. 08:16:56)
Dawny kuter rybacki GDY 50 jest zacumowany przez cały rok w Gdyni, przy
Skwerze Kościuszki.
Jest tam sympatyczna i urokliwa dla mnie kawiarenka, restauracja i bar.
Lubię tam posiedzieć, by zakosztować choć przez chwilę uroków jakie płyną z
przebywania na dawnym kutrze morskim.
Jestem tu dzisiaj z Kariną i sączymy piwo z sokiem imbirowym patrząc sobie w
oczy.
W Jej oczach zatopiona jest głębia Kosmosu.
Ma brązowe i piękne oczy
kobiety samotnej, zagubionej i pełnej tajemnic.
Siedzimy pod pokładem, gdzie błądzą jeszcze, dusze ryb.
Falujemy z nimi pośród zapachów frytek i zupy.
Karina opowiada o swoim życiu, nie kryje smutku i żalu, ale jest dzielna i
samotna jak polna wierzba.
Wyrosłem przy niej wśród szumu i niepokojów miasta, wśród pędu i gonitwy
niemożności i dojrzewam do bycia z nią, choć na chwilę.
Patrzę jej w oczy, gasząc smutek miłości, ogarniam dłońmi jej włosy i twarz,
tulę do swego serca jej zgasły płomyk nadziei.
Już rozbrzmiewa muzyka i słodkie tony miłości dudnią radością.
Pochłania nas uczucie szczęścia, jedności a życie falami ogarnia nas i kuter
pośród pływów morza i ludzi.
Spotkałem ją wśród zagubionych ludzi, nieszczęśliwych, wtedy, gdy znowu
zacząłem szukać samego siebie pośród nich.
Przyciągała do siebie darem niepokoju serca, samotności i miłości.
Nie narzucała się, była otwarta, cierpliwa i mądra, czekała na znak
życzliwości i zrozumienia.
Jest piękna i subtelna pięknością kobiety, która szuka swego miejsca, wśród
gwiazd Wszechświata.
Jest tą jedyną i wybraną, piękną i niepowtarzalną.
Uczymy się razem życia w rwącej strudze świata, wciąż zagubieni, razem silni
i ciągle próbujący znaleźć pomysł na bycie razem, na twórcze rozmowy, na
namiętność.
Warsztaty przeminęły, przeminął nastrój potrzeby i jesteśmy ciągle sami
borykając się z codziennością, w biegu dotykając uczucia miłości.
Ciągle nam mało bycia ze sobą, brak nam spojrzeń, dotyku i westchnień serca
i grudy życia wpadają na nas, by wstrzymać porywy uczuć.
Teraz znowu razem czekając na wspólną pracę, spoglądamy z lękiem na Słońce,
bo znowu zaświeciło promykiem nadziei i ciepła rodziny.
Zapis senchotronowy.
Gk2,080408,G0659.
Karina 2.
Szukała pracy i dostała ją. Zaprosiła mnie na bycie razem.
Badania lekarskie w Gdyni, krótka rozmowa z lekarzem a potem wspólny spacer.
Wspięliśmy się na Kamienną Górę, stamtąd patrzyliśmy na miasto i zatokę, na
szum wiatru i wolność ptaków.
Wybiegaliśmy myślami za horyzont, za nieboskłon, po za głębię Kosmosu.
On dotykał nas swoimi myślami, pieścił uczuciem szczęścia i wzbudzał
pragnienia.
Samotni pod Krzyżem Kamiennej Góry dotykaliśmy nieskończoności Wszechświata.
Krzyż kładł się cieniem na naszych sercach i budził wspomnienia przeszłości.
Przytuliłem ją a ona spojrzała mi głęboko w oczy.
Byliśmy już razem, szczęśliwi, nie zagubieni, znaleźliśmy miejsce dla
siebie, miasto samotnych serc.
Potem nad brzegiem morza mówiłem jej o miłości, o drżeniach serca, o
namiętnościach.
Na skraju morza ująłem za rękę i przytuliłem w ciemności fal.
Nie broniła się i zalękniona drżała oczekując pocałunków.
Jej przymknięte oczy stały się przystanią moich ust, ręce obejmowały jej
gibkość i otwierały uczucia, samotne wargi nie broniły przed miłością, którą
wyznawałem jej namiętnie.
Piasek plaży skrzypiał pod
stopami, jak świadek niemych myśli i uczuć bez granic.
To odprysk ludzkich smutków, pragnień i samotności, skarbiec zagubionych
serc.
Potem wędrowaliśmy do domu i smutno powiedziała, że to inny świat, nie nasz,
że byliśmy razem w innej rzeczywistości, prawdziwej, że chce być ze mną jak
teraz.
Zapis senchotronowy.
Gk110408,G1942.
Karina, 3.
Spotkałem ją u eskulapa, którego wąż skręca się wokół laski.
Kupowała insulinę, dla siebie, tę cząstkę żywej kropli, z wydzielonych
resztek pieniędzy, które biorą się znikąd i znikają w trzewiach wciąż
głodnego i nienasyconego smoka biznesu.
Pełna niepokoju i skupiona, stała w długiej nerwowej kolejce.
Stanąłem przy niej i mocno chciałem przytulić jej skołatane serce, ale nie
mogłem uczynić żadnego gestu.
Lekko musnąłem pocałunkiem jej dłoń, spojrzałem w oczy i ogarnąłem jej
niepokój moją radością spotkania.
Potem wyszliśmy już razem, inni i szliśmy hałaśliwą ulicą, gasząc jej szum
rozmową.
Zimno przenikało nas do szpiku, rozmowa trwała a ciepło kawiarni przyciągało
nas swoim blaskiem.
Chciała jechać do domu, lecz namówiłem ją na filiżankę gorącej kawy.
Tu, w niedalekiej kafejce, ożywiona i z rumieńcem na twarzy, śmiało patrzyła
w mi oczy i rozmawiała o życiu, tym zwykłym codziennym i tak bardzo trudnym
dla nas.
Zapaliła pachnącą wonnościami cygaretkę, rzadkość w jej dłoniach.
Teraz zapachniała miłością i oczekiwaniem.
Mówiłem jej o trudnej przyszłości, o smutkach i domysłach, o roku 2012, o
tym czego ma nie być a co nastąpi, gdy nie staniemy się ludźmi.
Kawa rozgrzewała nas, oczy płonęły blaskiem rozmowy i wciąż nam jej było
mało i czas pędził jak oszalały.
Już musisz wracać i zostawić wyciszenie i nadzieję.
Już zbierasz się do wyjścia i chwile szczęścia porywasz, tak trudno Ci
odejść i zostawić nas.
Zabrałbym Cię Karinka na wyspy szczęśliwe, do szumu fal i skrzypu piasku
białego, tam gdzie czas jest miłością trwania, niebo jest szczęśliwe, słońce
tuli nagie ciała a brzeg morza nie jest granicą poznania.
Zawsze tak czuję te chwile będąc przy Tobie i chcę przekazać Ci radość bycia
razem ponad czasem i rzeczywistością.
Gdy opuszczasz mnie, zapadam się w nicość, przestaje oddychać, czuję jak
siły opuszczają mnie i trudno mi wtedy być samotnym.
A Tobie wtedy trudno żyć, ułudą szczęścia, gdzieś tam pośród blokowiska
smutku i braku miłości.
Zapis senchotronowy.
G042008.
Karina 4.
CAFETERIA.
Zmarznięty i mokry od deszczu, czekam w Gdańsku na Karinę, pod drzwiami
LOT`u.
Miasto szumi głucho i warczy swoją złością na zbyt wąskie ulice, ciasne
przejścia i tłumy zmęczonych ludzi.
Obok mnie przechadza się dziewczyna i nerwowo rozgląda na boki.
Też czeka na kogoś.
Wkrótce dwóch młodych szczuplaków z butelkami piwa w ręku podchodzi do niej,
przeklinając głośno i wulgarnie, serdecznie obłapują dziewczynę witając się
z nią radośnie a ona z uśmiechem odwzajemnia im uściski.
Potem razem odchodzą w swoją przyszłość.
Karina pojawia się nagle na stopniach autobusu i uśmiecha się radośnie.
Nie udało mi się na czas schować „kamapki zezmasłem", która miała mi dodać
ciepła i energii. Jest mi już lepiej, gdy ją ściskam serdecznie.
Poszliśmy dalej szukać dla niej pracy.
Idąc zerkałem na nią w chciwym zachwycie, patrząc na jej urok i ciepło,
pochłaniając jej kobiecość.
W Dyrekcji Poczty strażnik przepuścił mnie jako osobę towarzyszącą.
Na piętrze, w holu było pusto, stolik i dwa fotele i nieustraszone oko
kamery.
Jeszcze nie napiętnowany wizerunkiem terrorysty czekałem spokojnie na
Karinę.
Długo jej nie było.
Wróciła zadowolona z rozmowy choć rozczarowana, że jeszcze nie ma dla niej
pracy.
Znowu smutny los miał ją rzucić gdzieś w zakamarki odległej dzielnicy.
Deszcz ciągle padał i nie warto było wracać do domu a Stare Miasto znowu
kusiło nas i przyciągało do swych kafejek, restauracji i cafeterii.
Zapachniało nam czekoladą, gorącą kawą i aromatem wolności i wyciszenia.
Deszcz ciągle padał, nasączał bruki miasta swymi kroplami, ale nie
zwracaliśmy na to uwagi.
Znowu pochłonął nas niezbywalny czas bycia ze sobą i radość wzajemnego
słuchania.
CAFETERIA..., tu chyba przysiądziemy na chwilę, na długą chwilę, może na
całe życie.
Schowaliśmy się w kąciku gdzie aromatyczna czekolada zagarnęła nas swoim
smakiem, kawa otuliła ciepłem a długa nóżka wysmukłej wiśniówki nie
dosięgała do potężnego kielicha, gdzie Malibu gryzło się z mlekiem...
Znowu rozmawialiśmy a czas jak zwykle zatrzymał się dla nas, tylko dla nas.
Ktoś wchodził i wychodził, czasami usiadł niedaleko a nasz czas trwał w
bezruchu, tylko dla nas.
Z każdym słowem była coraz piękniejsza, jej rysy miękły, oczy nabierały
blasku, słowa wypływały słodką kaskadą i dodawały otuchy lub zaskakiwały
rzeczowością.
Piękna i ja, bestia nieczuła dla bliskich, ciągle daleko, ciągle gdzieś, nie
wiadomo gdzie, ciągle poza sferą uczuć .
Jej ocena moich komórek zbitych w grube cielsko nie była pochlebna.
Nie szydziła ze mnie, nie wyśmiewała, bo najzwyczajniej w świecie
zapomniałem o obowiązkach ojca i męża.
W powietrzu unosił się aromat kawy, czas dla nas stanął nie docierało do nas
nic .
Pompowała we mnie świadomość bycia człowiekiem odpowiedzialnym i prawdziwym.
Smutno mi było i byle jak, ale ktoś wreszcie we mnie uwierzył i powiedział
wprost od
serca, jaki jestem naprawdę.
Zapisy senchotronowe.
Gk230408,G0625.
Karina, 5.
Bardzo za nią tęsknię i jest wciąż obok mnie, w moich myślach i uczuciach.
Jest daleko ode mnie, poza sferą moich doznań i odczuć.
Jest zwyczajną dziewczyną, młodą matką i kobietą.
Znowu jesteśmy bez pracy.
Brakuje nam pieniędzy na życie, na bycie ze sobą.
Jakimś cudem wygrzebuję ostatnie grosiki.
Chcę być razem i trzymać ją za rękę i patrzeć na nią.
Pojechałem do Rodziców, pomogli ostatnim wysiłkiem woli i coś mi dali.
Więc ją znowu zobaczę, choć na chwilę, dotknę, uściskam i ucałuję jej piękne
i smutne oczy.
Ten smutek kładzie się cieniem na naszej miłości.
Pragniemy wyrwać się z więzów i zależności, ze zniewolenia codzienności i
uciec do gwiazd, gdzie miłość jest trwaniem a przeznaczenie drogą życia.
Przyszła na spotkanie, na krótką chwilę, więc tulę ją do serca, opowiadam o
podróży i patrzę w jej śliczne brązowe oczy.
Jesteśmy szczęśliwi chwilą samotności wśród szumu i zgiełku miasta.
Przyniosłem jej dary świata, z codzienności, z innego czasu.
Trzymam jej dłonie w swoich i żar naszych serc łączy się, rozniecając
płomienie natchnień.
Nagły, zimny podmuch wiatru studzi nasze uczucia i ona musi znowu odejść, do
innego świata, w inny wymiar rzeczywistości.
Odwraca się jeszcze do mnie i czule patrzy na nasze rozstanie, na naszą
samotność.
Bardzo tęsknię za nią i jest ona wciąż obok mnie, lecz ciągle gdzieś daleko
w innym stanie uczuć i przeznaczenia.
Zapis senchotronowy.
G042008.
Karina, 6.
Piszę dopiero dzisiaj, o naszym spotkaniu w środę 30 kwietnia.
Zadzwoniłem do niej z tramwaju i była dziwnie zdenerwowana.
Już wiedziałem o co chodzi, nie wzięła insuliny.
Wyszedłem ze swojej pracy bardzo szybko, żeby zdążyć na spotkanie z nią.
Nie mogłem się go dzisiaj doczekać.
Wysłałem z tramwaju wiadomość, że już jadę, że długo to będzie trwało, bo
muszę dojść na miejsce naszego spotkania piechotą.
Odpisała, że nie będzie czekać tak długo, że musi kupić insulinę w aptece,
że tam się spotkamy.
Zadzwoniłem do niej z tramwaju i była już zdenerwowana, rozmawiała z
wyrzutem.
Powiedziałem, że chcę wysiąść na chwilę przy domu i odebrać małą wygraną w
LOTTO, bo nie mam żadnych pieniędzy.
Była zdenerwowana i nie
panowała już nad sobą, brak insuliny bardzo jej dokuczał:
Co Ty kombinujesz, ja tu
czekam w Akademii Medycznej na Ciebie i dłużej już nie mogę...
- Spotkamy się w aptece na (...), rzuciła nerwowo.
Wiedziałem już, że źle się czuje, rozumiałem ją i teraz szczególnie chciałem
być przy niej blisko i otoczyć ją serdeczną opieką.
W aptece było już lepiej, zalotnie spoglądała na mnie i była już inna, to
była prawdziwa Karina.
Byłem wcześniej i zająłem jej kolejkę więc szybko kupiła tańszą insulinę i
tym razem przystała na zaproszenie do kawiarenki.
Była dzisiaj znowu piękna i jak zawsze starannie ubrana.
Znowu radosna, rozgadana i stawiała dużo pytań.
Czy miałem romans z Joanną?
Czy nadal ją kocham?
Czy tęsknię za nią?
W oczach Kariny widziałem błyski zainteresowania i niepokoju.
Wie, że ją kocham, ale tej naszej miłości jest wciąż za mało.
Nie mogę jej więcej ofiarować, bo musiałbym ją porwać i zawieźć na inne
wyspy i być z nią bardzo blisko i tulić wciąż do serca.
Tego byśmy pragnęli, ale..., teraz nie mogę jej tego ofiarować i nie mogę o
tym marzyć, nie chcę jej dać biedy i niepewności.
Nie chcę jej ofiarować tułaczki po świecie, tęsknoty, zapomnienia i
niepewności o byt.
Jest zbyt piękną kobietą by tylko być ze mną.
Było nam teraz znowu dobrze, jak na spotkaniu dwojga zagubionych dusz.
Nagle telefon do niej wyrwał nas z marzeń.
Ktoś niespokojny długo rozmawiał i chciał wszystko wiedzieć.
Potem przytuliłem ją na tarasie, gdzie byliśmy sami, splątani niepewnością,
czule ją objąłem i nasze myśli złączyły się.
Czasami gram w LOTTO i wygrałem coś wczoraj, więc przydały się te grosiki
stróża biedaka, właśnie teraz w kawiarence.
Ciągle nienasyceni sobą wróciliśmy do miasta, do którego wystarczyło tylko
przekroczyć próg niepewności.
Nie chciała na razie odjeżdżać, chciała być jeszcze chwilę razem i martwiła
się moim zmęczeniem,
Dużo i ciężko dzisiaj pracowałem, ponad siły.
Potem odjechała, jak zawsze piękna i z czarownym uśmiechem zrozumienia,
tęsknie spoglądając na nasze rozstanie zza szyby autobusu.
Niedługo znowu ją zobaczę i przytulę do swojego stęsknionego serca.
Zapis senchotronowy.
Gk-J,100508,G0508.
Karina 7.
Idę na spotkanie z Kariną.
Wcześniej wpadłem na chwilę do Misia, zajrzeć na moją pocztę e – mail.
Syn niestety okupuje od wczoraj obydwa komputery.
Misiu jest zawsze miły i usłużny, proponuje herbatę, choć robi to często z
ponurą miną.
To jest bardzo serdeczny i dobry człowiek więc nie zwracam na tę jego minę
uwagi.
Patrzę w monitor i zgadzam się.
Potem kątem oka widzę jak
dolewa mi „od serca" wzmocnienie.
Miło mi się zrobiło, ten to ma gest.
Basia, jego żona, w drugim pokoju pracuje nad kartonami.
Moja komórka daje znać, że jest wiadomość od Kariny, że już jedzie do
CAZON`u.
Umawiam się z nią i zaraz wychodzę od Misia.
Idę do tramwaju, potem autobus, bo są remonty torów i ląduję z kolejną
przesiadką na Zielonym Trójkącie.
Nade mną, na wiadukcie, przejeżdżają wyjące karetki pogotowia ratunkowego.
Czekam na tramwaj.
Dzwoni telefon. To Karina, pyta gdzie jestem.?
Dziwi się, że jestem tak daleko, że dopiero jadę, denerwuje się.
Nie chce na mnie czekać, zwraca mi uwagę, że nie lubi takiego spóźniania się
na spotkanie, że miałem na nią czekać w już w biurze CAZON`u.
Umówiliśmy się w Szpitalu w Gdańsku, bo tam jedzie zarejestrować synka.
Dalej czekam na tramwaj.
Karetki co chwilę z wyciem, przejeżdżają po wiadukcie nade mną.
Widzę, że i do szpitala nie zdążę, więc dzwonię do Kariny, że spotkamy się
gdzie indziej, na ul. Długiej w Gdańsku, że wyruszam właśnie na inny
przystanek, bo coś się stało, że przyjechał tramwaj z Gdańska i zjechał na
pętlę obok a motorniczy wspomina, że coś się stało, że nie może dalej
jechać.
Idę do ul. Grunwaldzkiej, boli mnie noga, idzie mi się ciężko, kuśtykam i
przystaję co chwilę.
Podejmuję nagle decyzję, że nie jadę do Gdańska i że nie spotkam się dzisiaj
z Kariną.
Dzwonię do niej...
Dziwna to była rozmowa, pełna napięcia i niepokoju, wyrzuty i
gniew wisiały w powietrzu, żal wypływał z każdego słowa.
Krótko i chłodno pożegnaliśmy się.
Instynkt podpowiadał mi zdecydowanie i bardzo wyraźnie:
- Zachowaj spokój i rozwagę.
Pomimo bólu pojechałem na Targi czarodziejów i tym podobnych
magików do Olivii.
Czułem się źle i byłem w kiepskim nastroju pogadałem z kilkoma osobami,
szukałem dr Michała i Ilony. Nie było ich dzisiaj.
Wyszedłem na dwór i zadzwoniła Karina.
Andrzejku, przyniosłeś mi dzisiaj szczęście!
Tak musiało być, żebyśmy dzisiaj się nie spotkali.
Byłam bardzo zła i wściekła na Ciebie,
Tak bardzo chciałam się spotkać z Tobą.
Tą złość wyładowałam na Biurze Pośrednictwa Pracy, byłam tak zdeterminowana,
że powiedziałam im, że nie wyjdę od nich dopóki nie załatwią mi szkolenia.
Wyszła kierowniczka Biura i pyta się co się dzieje i nakazała mnie dodatkowo
zapisać na szkolenie.
Wiesz, że jest to dla mnie bardzo ważne, że bez tego nie znajdę sobie pracy.
Jestem taka szczęśliwa i zadowolona.
Przyniosłeś mi szczęście.
Długo rozmawialiśmy przez telefon a potem już w innym nastroju dokuśtykałem
do domu.
To była prawdziwa i radosna Karina, taka jaką chciałbym ciągle widzieć i być
z nią i kochać właśnie taką.
Tak już w naszym życiu jest, ze nasze nastroje i sytuacje zmieniają się i
oscylują między
radością, smutkiem i powagą.
Najtrudniej być szczęśliwym i zachować spokój naszego wnętrza.
To jest bardzo trudny do osiągnięcia stan, bo jego granice wciąż
niezauważalnie przekraczamy, nie wiedząc jak i kiedy.
Ten stan powinien być ciągły, bo to stan naszego naszego trwania i wiecznej
miłości.
Zapis senchotronowy.
Gk,110608,G1758.
Karina, 8.
Dym papierosów snuje się po schodach sutereny i pobliskim
chodniku.
Jesteśmy w okolicach Stoczni Gdańskiej przy jej sławetnym pomniku.
Tu w tym niby pubie, poniżej poziomu chodnika, usiedliśmy na chwilę z
Kariną.
Wcale nie kojarzy się on z pubami Irlandii czy Anglii, które są przeniknięte
duchem i atmosferą tajemniczej przeszłości.
Kiedyś już bardzo dawno temu, byłem tu z rodzicami i bratem i było tu
zupełnie inaczej.
Teraz spożywa się tu tylko piwo.
Pamiętam jeszcze za dużego dla mnie, wielkiego schabowego z surówką z
kiszonej kapusty i marchewką.
To było bardzo dawno temu, jeszcze w głębokim PRL`u.
Tata po prostu zaprosił nas na obiad a może był też i wujek Staszek, brat
Mamy i razem wędrowaliśmy po Gdańsku, tego już nie pamiętam dokładnie.
Teraz zaprosiłem Karinę na krótką chwilę bycia tu razem.
W pobliżu nic innego nie ma, a szkoda bo okolice Pomnika Poległych
Stoczniowców sprzyjają refleksji i nastrojowi zadumy i przydałyby się tu
herbaciarnie i dyskretne stoliczki umacniające tę refleksję.
Zajrzałem tu z Kariną po to, bo miała niedaleko do autobusu.
Mieliśmy mało czasu na spotkanie, ale za to ogromną jego potrzebę, choć na
chwilę, by zagłębić się w krótką rozmowę.
Karina niedaleko stąd ma szkolenia, po których łatwiej będzie jej znaleźć
pracę.
Potem pędzi po synka do przedszkola i aby być prawdziwą jego towarzyszką
rozmów to musi teraz, choć na chwilę oderwać się od codzienności i
porozmawiać.
Jest bardzo zmęczona obowiązkami, ale dzielnie sobie radzi, pozostawiona
wciąż samej sobie.
Nie mogę jej inaczej pomóc, jak tylko pogadać z nią na interesujące ją
tematy.
Teraz zaciekawiły ją moje ostatnie ucieczki od rzeczywistości do Klasztoru i
do brata do Częstochowy a także do Anny na wieś.
Martwią ją moje sprawy i kłopoty a te rozmowy wspierają nas oboje.
Zastanawiam się czy, aby sami nie zgotowaliśmy sobie tego trudnego życia?
Może tak, lecz na razie niewielki mamy na niego wpływ.
Koleje naszego życia potoczyły się według dziwnego scenariusza i gdybyśmy
znali go wcześniej nie wybralibyśmy go na pewno.
Może nie nauczyliśmy się go, sądząc naiwnie, że jego tory potoczą się według
naszych marzeń.
Lecz tu na Ziemi inna jest jego wykładnia, inny punkt widzenia i inna
rzeczywistość dla nas poszukiwaczy miłości, pokoju i szczęścia.
Opuszczeni borykamy się ze swoimi problemami i cierpimy, szukając jedni
drugich .
Po omacku i na ślepo wybieramy sobie życie jak popadnie.
Nie wiemy dokąd ono zmierza
i jaki ma cel, lecz pragniemy jednego: zrozumienia, życzliwości, spokoju
rodzinnego i trochę szczęścia na co dzień.
Zapis senchotronowy.
Gk–J,080508,G0542.
Tajemnice nocnego stróża.
Jakie może mieć tajemnice nocny stróż, zwyczajny cieć,
nazywany tak zwyczajowo w dawnych czasach.
Będąc stróżem nocnym, często przemykałem się w swych zajęciach na granicy
tego co wolno robić a czego nie.
Charakter takiej pracy wymusza różne działania, bo jest to zajęcie
wyczerpujące, nudne i nieciekawe.
Przede wszystkim nie wolno spać na dyżurach, ani w dzień, ani w nocy.
Nieoficjalnie można było „drzemać", ale nigdy nie poznałem granicy między
drzemką a snem i nikt z oficjeli takiego zezwolenia na drzemkę nie wydał.
Takie długotrwałe pilnowanie przyprawia organizm o rozstrój i zaburzenia i
wtedy nie drzemie się tylko śpi, krócej lub dłużej, „jak zając pod miedzą",
lub jak suseł.
Zdarzyło mi się kiedyś zasnąć około godziny 2:00 nad ranem i obudziłem się
około 5:00...
Nie wiem kiedy zasnąłem i jak się to zdarzyło i nie byłem w stanie tego
kontrolować.
Pilnowałem uczciwie i obudziłem się nad ranem.
Na moje szczęście złodzieje nie przyszli i patrol też nie przyjechał.
Zdarzyło się też pewnego razu, że miałem dyżur z kolegą, który był tzw.
„wzmocnieniem" do dyżuru, ze względu na niebezpieczne warunki pracy w
obiekcie.
Siedzieliśmy obok siebie w wąskim korytarzyku, przed nami były oszklone
drzwi i widać było teren.
Nagle około 01:30, wyrwał nas z przypadkowego snu wyjący alarm
(zasnęliśmy nie wiadomo kiedy).
Wstałem gwałtownie i widzę, w ciemnościach lekko rozświetlonych lampami, że
za płotem, pod drugim obiektem, stoją dwie postacie i szarpią za żaluzje
podłączone do alarmu.
Chwyciłem do ręki potężną Motorolę i w zdenerwowaniu wołam urywanym głosem:
- Na pacu G...T...U dóch cetów arpie za uzje..., ...Wam ...trol...
Rozdygotany patrzę na dwóch typów, którzy dziwnie spokojnie i
z premedytacją próbują dostać się do drugiego obiektu.
Za drugim płotem było widać owal twarzy trzeciego z nich.
Nie ukrywam, że bałem się i pierwszy raz w życiu spotkałem się z taką
sytuacją.
Kolega był chętny do wyjścia i przegonienia ich, ale nie mieliśmy żadnych
rzeczy do obrony, bo przepisy na to nam nie pozwalają.
Złodzieje mogą nas pobić, zabić a nam wg przepisów nie wolno ich tknąć tylko
ewentualnie dokonać perswazji słownej i to bez obrażania ich.
Nie chciałem wyjść i to nie ze strachu.
Instynkt bardzo wyraźnie mówił mi, żeby nie wychodzić.
Alarm wył przeraźliwie a dwa typy wolnym krokiem i prowokująco
odchodzili od żaluzji, przeskoczyli płot i zniknęli w ciemnościach.
Przyjechał
patrol naszej firmy i rozpoczęły się poszukiwania ich po okolicy.
Po około godzinie zakończyła się interwencja patrolu.
Później już, po kilku dniach, sąsiad zza płotu, który widział to zdarzenie
ze swojego domku, powiedział, że typów było sześciu, że widział ich z
drugiej strony domu jak siedzieli na barierce przy szosie.
Sądzę, że próbowali nas wyciągnąć z pomieszczenia, unieszkodliwić i wtedy
zająć się „obrobieniem" obiektu.
Tak wnoszę z ich
prowokacyjnego zachowania się na placu.
Rozglądali się, spokojnie poruszali się i zachowywali bardzo pewnie.
Zdarzyło mi się również takie dziwaczne zjawisko halucynacji.
Jak trzeba było odsiedzieć za kolegę, który nagle musiał złożyć do grobu
swego ojca, 48 godzinny dyżur to odsiedziałem go, ale z halunami w oczach.
Zdarzały mi się „haluny"w pracy, czyli halucynacje wzrokowe z powodu
przemęczenia.
Kiedyś około godziny 2 w nocy „odpłynąłem".
Słyszałem o tym, że mózg człowieka, sam reguluje swoje potrzeby i wyłącza
się, by chronić przed uszkodzeniami.
Więc „odpłynąłem" i nawet nie wiedziałem kiedy.
Od długiego już czasu siedziałem w bezruchu, powoli i bezwiednie zatapiając
się w niepamięć.
Wydawało mi się, że czuwam, że podnoszę co chwila wzrok i patrzę na teren.
Nagle niedaleko od mojej stróżówki zobaczyłem najprawdziwszy samochód
produkcji dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, marki „TRABANT".
Skąd on się tam wziął, w zamkniętym i dobrze ogrodzonym terenie.
Tego nie umiem powiedzieć.
Widziałem wyraźnie przednią szybę, maskę i owale przednich lamp.
Coś jest nie tak...!
Doznałem nagle wstrząsu i powróciła mi świadomość, i zobaczyłem, że tam jest
tylko sterta równo ułożonych palet.
Czuwam dalej, jestem tego świadomy, czuwam i...
Głowa opada mi i podnosi się, co chwilę otwieram oczy, by patrzeć na
teren...
Patrzę i niewiele widzę, obrazy mieszają się, rzeczywistość przeplata się ze
zwidami.
Nie jestem w stanie kontrolować siebie i swoich myśli.
Trwam w jakimś dziwnym stanie bezwolności, ...jestem i nie panuję nad sobą i
swoimi odruchami.
Myśli biegną, wypływają jedne z drugich, piszę książkę, ciekawą książkę,
słowa płyną, tworzą się zdania za zdaniami, wers za wersem, kolumny za
kolumnami, całe stronice...,
...gdzie ja jestem...?
Znowu stoi TRABANT..., jakby miał zaraz ruszyć...
Sąsiad o dziwacznym nazwisku Erzepki, stawiał na podwórku, pod moim oknem
takiego samego.
Próbuję myśleć, tak:
...skoro ma ruszyć, to musi ktoś tam siedzieć,
...człowiek, jak człowiek to co on robi na terenie firmy,
...skoro człowiek, to na pewno..., złodziej.
...tak, na pewno to jest złodziej.
Wstrząsnęło mną i dotarło to do mojej świadomości,
Coś jest nie tak!
Otworzyłem oczy i wodzę nieprzytomnie naokoło...
...gdzie ja jestem?
...co się dzieje?
...co ja tu robię?
Wokoło tylko pomrok rozświetlony sodowymi lampami...
TRABANT zamienił się znowu w stertę równo ułożonych palet.
Na placu było cicho i pusto, gdzieś za domami pomrukiwała głucho spalinowa
lokomotywa.
Znowu czuwam i jestem gotowy i sprawny..., ale do czego?
Tępy żal budzi się w sercu na wspomnienie ciepłego mojego domowego leżyska,
na podłodze.
Daje mi ono w domu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji,
To leżysko na podłodze jest teraz bardzo dalekie i niedostępne.
Teraz siedzę w pracy na nocnym dyżurze i odpływam w mroki niepamięci,
myślami wędrując po różnych sferach świadomości, a los próbuje rzucić swe
zdarzenia i wątki w doczesność.
Kolejną moją tajemnicą nocnego stróża, jest moje leżysko domowe na podłodze.
Sprawa z pozoru jest prozaiczna.
Nasze małżeńskie łoże, po rozłożeniu jest ogromne i mieści co
najmniej 4 osoby.
Jest ładne, pomysłowe i praktyczne i niestety składa się aż z 7 części, co
dla mnie, człowieka z dolegliwościami kręgosłupa nie jest odpowiednie.
Moja ogólna sprawność fizyczna była zawsze niezła. Lubiłem
kiedyś dużo nurkować, więc gdy zdawałem do Wyższej Szkoły Morskiej i lekarz
miał mnie zakwalifikować do praktyk na morzu, to aż jęknął z zachwytu jak
dmuchnąłem mu w ówczesny spirometr, bo skala o mało się nie skończyła...
Moja sprawność ogólna była bardzo przydatna w codziennym życiu
domowym i żona nie miała powodów do narzekań na mnie, ale to łoże małżeńskie
pokonało mnie swoimi cząstkowymi częściami i rano z wielkim trudem zwlekałem
się z niego.
Więc dla zachowania młodzieńczej sprawności, jak na
prawdziwego skauta przystało, budowałem sobie na noc, wygodne leżysko na
podłodze.
Wcale ono nie odstraszało mojej żony... , jak i obecnie
Bariego.
Jest on bardzo zadowolony, bo leży razem ze mną na podłodze, jako bliski
towarzysz w stadzie.
Zapis senchotronowy.
Gk,30072008,G1732.
Brama.
(Scenariusz science fiction na konkurs radia RMF Classic)
18.

Jestem stróżem nocnym.
Nie stoję przy bramie by wpuszczać ludzi lub ich wypuszczać.
Siedzę tylko na dyżurach nocnych i pilnuję obiektów. Robię to w małym
kantorku z czarnym biurkiem i rozklekotanym fotelem.
Mam wtedy wreszcie czas i spokój na to, by dużo rozmyślać.
W nocy patrzę na rozgwieżdżone niebo i oczami wyobraźni
zaglądam do sunących po nim powietrznych statków.
Niektóre przemykają się w ciszy, błyskając światełkami lub z lekkim
pomrukiem przesuwają się gdzieś bardzo wysoko.
Inne znowu płyną jednostajnym ruchem a ich punktowe światło przesuwa się
pomiędzy gwiazdami.
* * *
Jest godzina 16:40 i wyruszam z wielkim plecakiem na nocny
dyżur do pracy.
Noszę go bo nie mam w pracy żadnej szafki.
Autobus lini nr "124" wiezie mnie po nie zbyt prostych ulicach dzielnicy do
"przystanku na żądanie".
Potem mam jeszcze ponad 1 km piechotą do miejsca pracy.
Po drodze mijam oczyszczalnię ścieków.
Dzisiaj wiatr mi sprzyja i oddala ode mnie nieprzyjemne zapachy codziennych
odchodów miasta.
Lekko zgrzany, przy potężnym jeszcze popołudniowym upale, podchodzę pod górę
i jestem już na moście nad torami kolejowymi.
Przede mną rozpościera się, po prawej stronie, zniwelowany już
plac po ogródkach działkowych.
To przyszła Baltic Arena, nowy stadion i wybieg dla kopaczy skórzanego
worka, współczesnych gladiatorów, którzy będą tu walczyć o trofeum swego
potu, łez i skurczonych mięśni.
Dalej za nią strzelają w niebo betonowe kominy elektrociepłowni i
rozpościerają się rozległe tereny portu morskiego.
Przed nim wyrastają prosto z
ziemi malutkie domki dzielnicy biedoty i nędzy, gdzie mydło jeszcze do
dzisiaj jest czymś dziwacznym i nieznanym.
Moja żona nauczycielka dowiedziała się niedawno od innej
nauczycielki z tej dzielnicy, że jeszcze teraz na specjalnych lekcjach w
szkole omawia się z tamtejszymi dziećmi sposób korzystania i używania tego
środka higieny osobistej.
Jestem już w moim kantorku i przebieram się w niebieską
koszulę z naszywkami i
znakami mojej firmy.
Czarne pagony i patki kieszeni podnoszą moją rangę jako stróża nocnego.
Moje pilnowanie polega na okresowych obchodach, siedzeniu i
patrzeniu na teren.
Słucham więc radia i rozmyślam o wielu sprawach, planując nowe opowiadania.
Około 1:00 w nocy, gdy jeszcze był mrok za oknami,
zaniepokoiły mnie dziwne rozbłyski, poświata i lśnienia za oknem i to z
okolic zniwelowanego terenu Areny.
Wyszedłem więc na zewnątrz, lecz nic więcej nie zobaczyłem.
Zrobiłem teraz rutynowy obchód i wracając do bramy, która jest blisko mojego
kantorka zamarłem nagle z przerażenia...
Za bramą, po jej drugiej stronie stała postać i spoglądała na mnie
przenikając mnie swoim wzrokiem.
W tym momencie, moje przerażenie miast spotęgować się, nagle zmieniło się i
poczułem spokój.
Usłyszałem w głowie słowa:
- Nie bój się, nie zrobię Ci krzywdy.
Z niepokojem zastanawiałem się skąd ta postać się wzięła. Przed chwilą
szedłem tutaj i nikogo nie było.
Postać powtórzyła znowu:
- Nie lękaj się. Chodź ze mną.
Zdziwiony powiedziałem:
- Gdzie mam iść? Nie wolno mi stąd odejść.
Nie ruszając ustami znowu powiedziała:
- Nie bój się.
* * *
Siedziałem na moim poskręcanym sznurkami fotelu, otumaniony i
zamroczony.
Powoli docierały do mnie moje myśli, uczucia i strzępki obrazów.
Było mi na przemian duszno i gorąco, świerszcze grały swoje cykady, radio
cicho mruczało tonami muzyki poważnej.
Odruchowo spojrzałem na zegar.
- Jest 03:15...
- Do licha! Przecież byłem na obchodzie o 1:00 w nocy i stałem przy bramie.
- Gdzie ja jestem...?
Wyskoczyłem na zewnątrz i zacząłem rozglądać się.
Na niebie jaśniał powoli brzask, miasto budziło się do życia.
Patrzę na bramę.
Pusto.
Poczułem jak miękną mi kolana i ogarnia mnie lęk.
Spojrzałem na swoje stopy i widzę, że stoję na bosaka.
Oglądam się za siebie na fotel...
- są...
Moje buty stały koło fotela.
Nie zdejmowałem ich w nocy i nie mam potrzeby ich zdejmowania w kantorku.
Więc dlaczego stoją koło
fotela?
Uszczypnąłem się.
Zabolało, więc nie śpię...
Spoglądam na siebie i widzę, że mam na sobie jakąś dziwną koszulę.
Niby ta sama, ale jakaś inna: nie ma czarnych patek, pagonów i w ogóle widać
jakieś szwy...
Nagle konstatuję ze zdziwieniem, że jest ona założona na odwrót.
* * *
Wróciłem do domu po skończonej pracy bardzo zdziwiony,
zaskoczony i w bardzo złym humorze. W sumie byłem cały rozbity i obolały.
Nie pojąłem nic z nocnych zdarzeń a luka w pamięci kłuła mnie swoją pustką.
Położyłem się do łóżka, by odespać nocny dyżur.
Jednak budziłem się co chwilę przerażony i rozdygotany.
Męczyły mnie cały czas koszmary i dziwne sny.
W końcu zmęczony i niewyspany wstałem, by zacząć zastanawiać
się nad tym kim w końcu jestem i skąd pochodzę, bo nie czułem już żadnej
więzi z moim światem.
Tym światem cierpienia, ułudy i braku nadziei.
Zapis senchotronowy.
Gk–J,190408,G1604.
Joanna (Nanka), 1.
Pojechałem do sanatorium do Lądka Zdroju.
Pierwszy raz w życiu i to zupełnie sam.
Miałem wtedy zaledwie 16 lat i byłem bardzo zagubiony i niespokojny, ale
bardzo szczęśliwy i bez opiekuńczych skrzydeł rodziców.
Niewiele już z tamtych dni pamiętam.
Pozostały tylko fragmenty wspomnień i kilka zdjęć.
Poznałem tam Nankę i pierwszy raz w życiu zakochałem się.
Poza nią nie widziałem nic, choć byliśmy krótko ze sobą.
Niewiele już pamiętam z tamtego okresu, ale zwróciła ona moją uwagę swoją
urodą i sposobem bycia.
Bardzo mi się podobała i często wodziłem za nią oczami.
Było mi dobrze przy niej i innym też.
Była otwarta, serdeczna, miła i podobała mi się.
Któregoś dnia grałem w ping-ponga z bardzo dobrym zawodnikiem i stawiłem mu
czoła. To był mój pierwszy wielki sukces życiowy.
Nanka była zachwycona i polubiła mnie bardziej, bo byłem inny taki dziwny.
Przytuliłem ją kiedyś serdecznie na wycieczce, zbyt mocno, bo odczuła to,
ale to było mocne i głębokie, serdeczne przytulenie, z gorącej miłości i
oddania.
Były też wspólne spacery i zabawy z rówieśnikami.
Pierwsze krople alkoholu i wołanie Nanki: „Andrzejku, co z Tobą", gdy
odpłynęła mi świadomość na brzegu klozetu w WC.
Zrobiło mi się niedobrze.
Szybko minął czas w sanatorium.
Potem powrót do domu, do Gdyni i ogromna tęsknota, która pozostała w sercu
po spotkaniach w Lądku.
Byłem bardzo zakochany i
mocno cierpiałem z braku Nanki.
Zacząłem pisać do niej płomienne listy. Słowacki był ich osnową i pozostały
one u niej, ale czy w sercu też czy tylko we wspomnieniach, tego nie wiem.
Odpisywała zdawkowo i tłumaczyła, że nie umie pisać, że kocha, lecz czy
zdaję sobie sprawę jak daleko od siebie jesteśmy, czy nasze uczucie przetrwa
rozłąkę i dużą odległość.
Trochę tych listów napisałem i pełne były płomiennych uczuć, ale przestałem
do niej w końcu pisać, bo nie wiedziałem co robić dalej ze swoimi
rozterkami.
Uczucie przerosło mnie i nie udźwignąłem brzemienia odpowiedzialności.
Jednak miłość pozostała i uczucie moje narastało wciąż w różnych chwilach i
momentach życia.
Byłem ciągle myślami przy niej w Zakopanem i nie zapominałem o niej ,
chociaż czas przykrył już niepamięcią słowa mojej miłości.
Potem rozterki w liceum i zagubienie i nie rozpoczęta Szkoła Morska,
pierwsza praca w księgarni nr 62 w Gdyni, potem kłopoty ze zdrowiem, próżnia
życiowa i kolejne zdarzenia losu, kochanka i ucieczka w nicość i zagubienie,
smutek cierpień.
I ciągle pytanie o to, co mi życie przyniesie w swoich niespodziewanych
zdarzeniach.
Gdańsk - Jelitkowo, 26.04.08, g.05:40.
Zapis senchotronowy.
Gk–J,260408,G0540.
Joanna (Nanka),2.
Napisałem list do Joanny, już bardzo dawno.
To jest list nr 156.
Nie dokończyłem go jeszcze.
Kiedyś pisałem do niej, jako nocny stróż, co trzeci dzień i cieszyło mnie
to, bo mogłem pisać do niej listy, bo tego bardzo pragnąłem.
Nie z nudów, nie z chęci mówienia, lecz z tęsknoty i niespełnionej do niej
miłości, z braku miłości.
Była pierwszą dziewczyną, którą obdarzyłem młodzieńczym uczuciem.
Odnalazłem ją po wielu latach i wtedy rozmowom przez telefon nie było końca.
W końcu wpadła na pomysł, bym, jeśli chcę, pisał do niej listy.
Od razu zaznaczyła:
„ Andrzejku, pamiętaj o tym, że w naszych wzajemnych kontaktach,
najważniejsza jest Twoja Marysia".
Nanka napisała do mnie jeden długi list i później kartkę z życzeniami
dobrych i wspaniałych imienin.
Dowiedziałem się wtedy o jej życiu i że nie było jej wcale lekko.
Chciałem jej pomóc zaraz i natychmiast pojechać do niej.
Niestety nie mogłem, więc pisałem tylko listy.
Ona w swoim prosiła o wybaczenie, że nie ma talentu do pisania, że jej
trudno to pisanie przychodzi.
Pamiętałem o tym z dawnych lat i nie miałem żalu.
W szkole nie lubiłem pisać wypracowań, bo ich nie rozumiałem, bo były dla
mnie wciąż za trudne.
Ale napisałem już list nr 156 do Joanny.
Już dawno.
Nie skończyłem go jeszcze pisać.
Choć już teraz nie piszę jej o miłości. To piszę że wciąż jestem, że
pamiętam, że dalej szukam szczęścia w życiu, że poznałem Karinę, że innym
daję moje myśli i emocje, że cierpię, że smutek jest oprawą moich myśli i
uczuć, że cieszę się z jej radości i zwycięstw.
Wciąż dziwię się ile jest uczuć i myśli w naszym życiu.
Ile ich pozostaje w sercu, na chwilę, na zawsze?
Gdzie one odpływają i czy powracają jako spełnione?
Listy ujmują nasze myśli i słowa w znaki, w litery i przyjmują nasze smutki
i cierpienia, są obrazem naszego życia, lecz czy są spełnieniem naszej
miłości i granicą uczuć?
Zapis senchotronowy.
Gk, 29042007.
Lustro.
W lustrze widziałem już swoją twarz. Patrzyłem na siebie z drugiej strony
światła.
Nieogolony, z oczami pełnymi lęku, przed sobą miałem tylko swój świat.
Za mną odbijało się moje życie, pełne smutku z przebłyskami radości i
miłością matki.
Ojciec gdzieś daleko przemykał się w podświadomości istnienia, jak zwidy
strachu przed karą.
Dokąd zmierzał? Czy wciąż uciekał od obowiązków przeprowadzenia po drogach
życia.
Spadał często do dna, by grzęznąć w oparach niemocy.
Brat pełen życia i radości był zawsze przy mnie bliskim oparciem, kolegą
nieco starszym i otaczał mnie mądrością życia.
W domu o ogromnych przestrzeniach, gdzie myśli gubiły się już w przedpokoju,
trwałem w oczekiwaniu spełnienia marzeń.
Bujany konik, mój przyjaciel i twórca szarż bitewnych, pozostał już tylko w
pamięci, rzucony szczurom na pożarcie w czeluściach śmietnika.
Stukał kiedyś biegunami swych kopytek i wybijał rytm na czerwonych deskach
podłogi a Ojciec wyrzucał z siebie potoki złości, bo stukot kopytek szarpał
jego duszę kolcami dziecięcej miłości.
Potężna choinka, jak co roku ustawiona w narożniku dużego pokoju wielbiła
agonię młodego lasu.
Zapis senchotronowy.
Gk, 01052007.
Przestrzeń.
Gwiazdy za oknem, niebo jest pełne gwiazd. Wypełniają przestrzeń bez dna, co
wlewa się do serca.
Patrzą na mnie, wędrowca bezkresu ciemności, idącego wśród blasku
supernowych, czarnych dziur, kolapsów tajemnic i zwidów myśli.
Pustka wokoło, czy ona mnie pochłonie?
Czy znajdę kres moich myśli i czasu istnienia?
Dokąd zmierzam, wędrowiec bez domu, zapomniany wśród miliardów gwiazd, wśród
odprysków i złomków, tak jak ja, bezdomnych wędrowców, sunących ku
przeznaczeniu.
Czy niosą życie, czy zapomnienie?
Tak, niosę nadzieję przetrwania, a one pustkę i zniszczenie.
Ja niosę miłość, one kresu
pęd.
Ja daję życie, one śmierć.
Czy osnują mnie, swojej materii cieniem, odbiorą miłość i duszy istnienie?
Czy pragnę tego, wędrując pośród głębi Kosmosu?
Niosę życie a śmierć mi poznaniem, acz daleka i niedosięgła jest, bo nie jej
wyrocznia przywiodła mnie do nich, gdzie moje miejsce, by patrzeć oczami
pełnymi miłości, na Boga.
Zapis senchotronowy.
Gk16022007,G0218.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 1.
Pustka, cichość snu na jawie
i mgła spowija mroki duszy. Odległe myśli przemykają po niebie, gwiazdy
błyszczą swym utajonym życiem. Duch ku nim ulata i zagłębia się w jasność
światła.
Spoczywasz u mego boku, uśpiona błogosławieństwem.
Czy to Ty, czy powiew Twojej miłości dotyka mych skroni, moich myśli i
uczuć?
Czy to Ty położyłaś swój blask obok mnie? Płonie Twe serce, płoną Twe usta.
Czy jesteś obok mnie, czy tylko widzę Cię w tchnieniu wiatru, w cichym
miasta uśpieniu, co drży jeszcze po ciężkim dniu i toczy swe życie w
zakamarkach i ciemnościach zaułków, w blasku latarni przyćmionych.
Gdzieniegdzie przemyka zbolała dusza i idzie ku przeznaczeniu. Biegnie ku
wyspom świadomości i spływa w głębinę, poznając nicość zatracenia i pustkę.
Myśli krążą po bezmiarach życia i błąkają się w cichości sumienia, w
przestrzeniach strachu i nędzy, walcząc o byt i przetrwanie, tam gdzie
miłość tworzy życie i buduje trwałość istnienia. Jest ziarenkiem w sercu,
surowym brzemieniem, bólem spowitym cierpieniem i radością istnienia.
Gdzie jesteś wyspo zapomnienia, bólu i smutku?
Radość bycia z Tobą, to mój cel. Nie widzę Cię, otulony samotnością, lecz
pragnę gorąco zbliżyć się do serca Twego, odnaleźć skryte zapomnienie i
utulić się w Twych ramionach.
Pod Twym błękitem, kwitnie dżungla bujności, chwalba uniesień myśli i
skutków.
Twe brzegi całują fale miłości. Moje myśli ku Tobie biegną i skłaniają swe
czoło przed Boga majestatem, Panem mojego bytu, wszystkiego co kocham, gdy
śnię, gdy myślę, gdy czuję i dotykam tchnienia Twego życia.
Godz. 03:00.
Zapis senchotronowy.
Gk,16022007.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 2.
Z cichości serca wypływam na szeroki nieboskłon, przemykam wśród chmur, co
porywają w głębię i przewalają się z boku na bok, tocząc swe cielska w górę
i w dół. Plaskają o strugi deszczu, w nim otulają swe troski i smutki.
Płynę wśród gór potężnych, zrębów i skał dalekich, wśród ostrych grani,
zwałów i potęg.
Tonę we mgle zapomnienia i bezkresu nicości, ciało rozrywa moc namiętności,
drżę gdy myśli spowijają swe natchnienia, walczę o każdą chwilę z Tobą, u
Twego boku, gdy szukam odbicia Twego serca w moim.
Pamięć bycia z Tobą, koi
mnie i jest mi oparciem.
Dotykam Twych ust i patrzę w oczy Twoje, błękitem pachnące, miłością i
oddaniem.
Nie odchodź w głąb zapomnienia. Bądź przy mnie, gdy serce moje dla Ciebie
trwa i toczy swe życie po torach istnienia. Bądź przy mnie, gdy smutki
pochłoną radość moją, gdy ból zapomnienia spowije mnie w całości. Bądź przy
mnie, gdy wrócę z wędrówki po sferach świadomości, zbolały i wyczerpany
drogą wśród zwalisk i piargów myśli.
Bądź przy mnie, gdy niebo powlecze się błękitem miłości, gdy rozleje się w
ciałach naszych i pochłonie w tańcu szczęścia. Bądź przy mnie, gdy miłość
ukoi nas w cichości
serc i wypłynie ku sercom
zbolałym przeczuciami kresu drogi istnienia.
Godz. 04:09.
Zapis senchotronowy.
Gk22032007.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 3
(Fragment listu do Joanny Nr 123, 21:45.)
Senność zamyka mi oczy. Maligna wtłacza się pod powieki. Czuję
zmęczenie, lecz serce łomocze i wali jak opętane, drżąc z miłości do Ciebie.
Tłoczy życie do mego ciała, aby trwało dla Ciebie, godząc się na Twe
spojrzenia, na Twe gesty, na głosu wołanie.
Patrzysz na mnie przez powieki, oczami zapomnienia. Cudem stworzonym jesteś,
gdy mówisz do mnie ust szelestem.
Twe serce bije radością, głowę skłaniasz ku mnie i pamiętasz gdy razem
byliśmy tchnieniem wiatru, Słońca promykiem, złotym rąbkiem tajemnicy
istnienia.
Popatrz na mnie i wspomnij w tęsknocie, usta złóż do pocałunku, by stał się
miłości pieczęcią.
Twe dłonie do moich przytulone, ogarniają moje myśli płynące wśród chmur.
Giną i wielbią Cię w miłosnym uniesieniu, co spowija nas swym głębokim
przywiązaniem.
Jestem z Tobą, patrzę w Twe oczy i wyznaję miłość i więź serca mego z Twoim
sercem, gdy wtulony w Twe ramiona pieszczę zmysły Twym zapachem.
Godz. 22:19
Zapis senchotronowy.
Gk23032007,G0258.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 4.
Niemoc spowija mnie swym obłokiem, przytłacza ciężarem pustki.
Gdzie jestem w dzikości serca, gdzie upadłem zniewolony brzemieniem winy.
Pragnę..., lecz czy chcę dalej iść w błękitu przestworza.
Czy jeszcze dalej pragnę? Czy mogę pragnąć, gdy wyschłe wargi, opuszczone
ramiona, łakną słodyczy Twego serca, zapachu Twych włosów, Twych myśli i
spojrzeń, blasku Twych oczu.
Pamiętam Cię piękną i nieodgadnioną, pełną tajemnic i wiru namiętności.
Czy jesteś serca mego damą, obrazem mej duszy, moim pragnieniem, co zniewala
dzikość mego serca, powala namiętności.
Czy wina mego serca to miłości tajemnica? Czy obłok niemocy wyrwie się z
okowów
niewoli?
Tak serce moje pragnie Twego serca, Twojej miłości, smaku Twego ciała i
duszy uniesienia.
Zapis senchotronowy.
Gk,01042007,G0327.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 5.
Milczący stoję wśród gór przepastnych. Dotykam nieba końcami
palców i przymykam oczy w zachwycie nad barwami tęczy. Mgły otulają moje
myśli i spowijają obłokami zwojów. Znów patrzę na Twego profilu cień,
zdobiony rysami miłości.
Widzę Cię we mchu objęciach, przytuloną do bujnej zieleni i ciepła lata.
Twe oczy błękitem zapalone, zaglądają do serca mego i szukają spokoju.
Oparta o skałę, trwasz w bezruchu, łowiąc szmer strumyka, co gada z
kamieniami i przemyka wśród źródeł.
Mówisz do mnie słowami przeznaczenia, wypowiadasz serca uniesienia a ciało
Twe drga namiętnością, wtulone w mgły powiewy...
Patrzę na Ciebie i widzę bezkresu granice.
Pokonasz je otulając mnie ramionami, gdy dotykając nieba wypowiem myśli moje
najskrytsze.
One uniosą nas do Raju głębi, gdzie spoczniemy spowici oparami miłości.
Milcząc wzajem, wypowiemy słowa pieszczot i tchnienia uniesień.
Góry milczące wznoszą się nad nami. Tulą nasze serca do swych grani a strugi
wody płyną jak łzy i szepczą, że Cię Kocham.
Ty, ujmując dłońmi moje myśli, składasz je w swych uczuciach i dajesz im
ukojenie i żar swojej miłości.
Góry wysokie są nad nami a my jak ziarenka piasku, razem spoczywamy u ich
stóp, jak kamyki przeznaczenia, złożone na znak jedności.
Jesteśmy zwieńczeniem potęgi ich mocy i trwania w wieczności a miłość nasza,
w skał zamyśleniu, kładzie pasma nadziei, jak tęczy odblaski kładą się na
nieba powłokę i budzą do życia tajemnicę miłości.
Zapis senchotronowy.
Ga-Gk,18052007,G1404,
SKM.
Wędrówki po różnych
sferach świadomości.
Rozważania Nr 6.
Spoczywam w cichości ducha.
Dzielę się myślami z Tobą.
Jesteś tam, po drugiej stronie lustra.
Znam Ciebie, lecz jesteś daleka i nieodgadniona.
Spoczywam w Twoich myślach, cichość Twego ducha otacza mnie.
Zagłębiam się w Twego serca bicie, do granic poznania.
Dotykam Cię końcami palców, drżeniem ust, szeptem moich myśli.
Oddychasz niespokojnie, gubiąc myśli.
Spłoniona patrzysz w głąb moich oczu.
Tam ślepa miłość burzy zasady i zrywa pęta bez granic.
Spójrz na mnie oczami
wyobraźni.
Widok Twej piękności jest urokiem oddania.
Spójrz na mnie przez czasu bariery, granice niebytu, gąszcz myśli
niespokojnych.
Gdzie jestem?
Szukasz mnie dotykiem swych warg i pieścisz mnie smutkiem swych myśli.
Razem w jedno złączeni patrzymy ponad gwiazd błyskami.
Błękit nieba nad nami roztacza swe ramiona.
Ty w moich spoczywasz, patrząc na słowa miłości, które płyną do kresu życia.
Zapis senchotronowy.
Gk22062008,G0946.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 7.
Samotność, czy to synonim strachu i zapomnienia.
Świadomość wyświetla mi obrazy przeszłości, mgliste i zapomniane chwile
smutku i cierpienia.
Gdzieś zagubiłem się w drodze do końca życia. Pogubiłem ścieżki wyboru i
tułam się w nieskończoności świata.
Próbuję coś zrobić, lecz rozbija się to o mur gniewu i żalu.
Jestem dla tego świata nijaki, obmierzły i niedouk.
Wołam o zrozumienie, życzliwość, o przyjaciół, szczęście i ukojenie.
Lecz czuję się zapomniany przez nich, idących po linii swego czasu.
Nie patrzą za siebie w przeszłość i martwią się skutkiem swoich myśli i
celów.
Zapominają się w gonitwie za niczym i za pustką.
Idąc przez życie myślą o szczęściu i miłości, lecz nie wiedzą, że żyją w
ułudzie nastrojów i rozterek.
Spoglądam na ginący świat i serce mnie boli, gdy wyciągam rękę by podać ją
bliźniemu .
Patrzą na nią jak na kaprys i oszustwo, jak na wyciągniętą tylko po dary i
pieniądze.
Nie chcę tego świata i on nie chce mnie.
Nie przyjmuje on mojej miłości i oddania. Depcze mnie jak obrzydliwego
robaka i chce zniszczyć.
Czy znajdę cel swego życia? Czy doznam ukojenia i szczęścia?
Nie wiem...
Lecz wiem, że idę naprzód i konsekwentnie zmierzam do celu, że go osiągnę,
gdy kres mego życia wypełni się.
Wtedy powiem, że spełniłem się w swoim cierpieniu.
Zapis senchotronowy.
Gk01072008,G0158.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 8.
Sny.
Moje sny ogarniały mnie zawsze swoją rzeczywistością.
Osnuwały zwątpieniem uczuć i nieświadomości. Pokazywały drogi znaczeń i ich
porządek.
Nie pojąłem jeszcze ich tajemnic i natchnień. Wciąż powracają do mnie, jak
białe ptaki szukające gniazd.
Tłumione ciężarem codzienności są wizjami spełnienia i nadziei.
Ich iluzje stają się odniesieniem do moich celów.
Często ogarnia mnie niepokój, gdy spotykam w nich kształt prawdziwej
rzeczywistości.
Widziałem w nich określone miejsca i czas. Byłem w nich i mówiłem o życiu,
miłości i cierpieniu.
Wtedy powiedziałem Stwórcy, że jestem gotów nieść jego przesłanie.
Dał mi dar tworzenia myśli i uczuć.
A ja dotknąłem niepoznanej tajemnicy życia i stałem się jego głosem wołania
o miłość, jedność i zrozumienie bytu wiecznego.
Zapis senchotronowy.
Gk09072008,G0015.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 9.
Nad moim miastem widziałem latający dysk.
Świecił tęczą barw i jakby przyciągał mnie ku sobie.
Nie umiałem oderwać od niego oczu.
Zawisł w powietrzu i łagodnie falował, przechylając się płynnie i obracał
miarowo.
Słychać było buczenie i różne inne dźwięki.
Zmrok już ogarniał okolicę a on ciągle mienił się różnokolorowymi światłami
a czas dla mnie przestał wtedy istnieć.
Czekałem nie wiedząc co mam robić. On też sprawiał wrażenie, że czeka.
Wokół niego lekko drżało powietrze. Wtedy ogarnęło mnie przekonanie, że
widzę go tylko ja, że tylko dla mnie otworzył swoją przesłonę czasu.
Bardzo powoli, łagodnym ruchem zaczął obniżać się na plac, na którym stałem.
Serce mi drżało, miękły kolana, lecz spokój wewnętrznego ukojenia już
ogarniał mnie i stabilizował rozdygotanie.
Wiedziałem już, że nic złego mi się nie stanie, że nie pochłoną mnie żadne
moce piekielne.
Poczucie pełni szczęścia i harmonii ze Wszechświatem wypełniło już mnie.
Gdy podpory dysku wysunęły się tuż nad ziemią, osiadł miękko i zatrzymał w
swoim ruchu.
Buczenie przeszło w ciche i spokojne tony.
Długo stałem w bezruchu...
... i moja wyobraźnia nie wytworzyła już więcej wizji.
Często bezwiednie spoglądam w rozgwieżdżone niebo i tam czegoś
wciąż szukam.
Czasami oczami wyobraźni widzę zbliżanie się i lądowanie dysku.
Nie są to żadne wizje czy halucynacje.
To obrazy, które już znam,
już je widziałem. Przebijają się przez zwoje niepamięci jak zbitki filmowych
klatek, jak coś na co czekam i co przeczuwam.
Wracają one i powtarzają się od dawna, tak jak powtarza się wciąż historia
czasu i przestrzeni.
Wróciłem znowu do pracy w tym określonym miejscu i będę tu tak ciągle
wracał.
Nie mam tu nic do zrobienia, najzwyczajniej w świecie, tylko pilnuję i...
czekam.
Wtedy też piszę to, co podsuwa mi wyobraźnia i wydobywa z mojej niepamięci.
Muszę tak pisać, by złagodzić ból wywołany napływem przekazów treści, wiedzy
i myśli. Płyną one szerokim strumieniem gdzieś z głębi zakamarków
Wszechświata.
Mam wtedy poczucie, że nie jestem stąd.
Gdy zagłębiam się w moje dawne życie to odkrywam progi, które już kiedyś
przekroczyłem i wiem, że muszę je nieść w codzienną rzeczywistość.
Wizje pojawiają się wtedy, gdy mój świat przekracza granice na tarczy
zegara.
Wtedy jak samotnemu wędrowcy tworzą się obrazy i myśli.
Nazywam je po imieniu, łączę w wyrazy i składam w zdania, strona po stronie,
budując nowe byty na zbitce papierowych włókien.
Widziałem latający dysk, mienił się kolorami tęczy.
Stał się on moim przesłaniem tęsknoty, samotności i opuszczenia, moim
niespełnionym pragnieniem odejścia z miejsca, gdzie samotne myśli błądzą i
ulatują w nicość, pokrywając brzemieniem i pustką moje odczucia.
Tę pustkę przenoszę na marzenia o wyprawach i podróżach, o spotkaniu z
innymi światami, o spełnionej miłości, o życiu na planecie utkanej z
radosnych myśli i zdarzeń, o wagonie kolejowym, który stać się ma moim
drugim życiem i ucieczką w inny świat .
Z nastaniem brzasku mój latający dysk zaczyna rozbłyskiwać
tęczowymi światłami. Z lekkim buczeniem, majestatycznie unosi się i oddala
zabierając moje myśli i marzenia do innych światów.
Nad ranem, czekam już na koniec pracy.
Zmęczony czuwaniem wyciszam swoje emocje i obrazy złudzeń.
Wracam do rzeczywistości.
Gdy jadę do domu rozklekotanym i hałaśliwym tramwajem to cieszy mnie myśl,
że jedyny mój przyjaciel, belgijski strażnik barek, Bari, jak co dzień
przywita mnie radośnie ciesząc się z mojego powrotu ze świata ludzi
upojonych swą pracą i marzeniami.
Wtedy znowu wracam do świata fikcji, złudzeń i reklamy, do innego, nie
mojego już świata. (godz.01:08).
Zapis senchotronowy.
Gk,0953,13042008.
ŻABKA.
Była mała, piękna i zaczarowana.
Miałem chyba 4 - 5 lat.
Młoda opiekunka wzięła nas, dzieci z przedszkola, na spacer po starym
cmentarzu.
Rozbiegliśmy się jak robaczki, wśród drzew, krzewów i wysokich traw.
Przewalone krzyże, rozbite nagrobki i leżące tablice wspominały zmarłych.
Młody żołnierz z pobliskich koszar, adorował opiekunkę w cieniu rozległego
kasztana, a my biegaliśmy wśród grobów oplecionych splątanymi krzewami i
bluszczem.
Żabka była mała, piękna i zaczarowana.
Pobiegłem za nią, a ona hycała coraz dalej.
Nie mogłem jej złapać,
bardzo się starałem, ciągle ją doganiałem, lecz była coraz dalej.
Wskoczyła do pustego, głębokiego grobowca, a ja za nią.
Złapałem ją i patrzyłem na nią z ciekawości kim jest, i już nie była
zaczarowana.
Położyłem ostrożnie na dnie grobowca i chciałem wyjść z niego.
Patrzę w górę i widzę niebo prześwitujące między drzewami, chcę dosięgnąć
brzegu grobu, i nie mogę.
Jestem zbyt mały.
Oparłem się o ścianę grobu i nic już więcej nie pamiętam.
(...)
Siedzę w kucki oparty o ścianę grobu, przez załzawione oczy spoglądam w górę
i w obrysie grobowca widzę głowę kolegi, który woła:
- O, Andrzejek jest tutaj!
Wyciągnęli mnie za ręce, szczęśliwi i już spokojni.
Nie pamiętam już co było dalej.
Jeszcze widzę przed oczami smutek i zakłopotanie na twarzy młodej opiekunki,
gdy mama, już w innym czasie, wyrzucała jej podniesionym głosem
niefrasobliwość i flirty z młodym żołnierzem.
Historia ta nie miałaby żadnego znaczenia, jest zwyczajnym zdarzeniem z
życia małego przedszkolaka, który tylko zagubił się.
Nie wspomina się ich, bo często zdarzają się małym dzieciom.
Zastanawia mnie tylko jedno.
Wiem z późniejszych opowiadań przedszkolanek, że szukano mnie ponad 2
godziny. Mam cały czas obraz w swoich oczach, jak zrezygnowany i ze łzami w
oczach kucam oparty o ścianę grobowca, zmęczony wielokrotnym podskakiwaniem
i próbami wyjścia z niego.
I to pamiętam jakbym patrzył na siebie gdzieś z boku, z góry a potem już
tylko widzę głowę kolegi i słowa, „O, Andrzejek jest tutaj"
Co działo się ze mną w tym czasie, gdzie byłem, tego nie wiem.
Może tylko spałem, zmęczony wysiłkiem.
Zapis senchotronowy.
Gk13052007,1245.
PSY.
„Jak postawię sobie, w pracy, na parapecie okna, zdjęcie Nanki z filmu
„Wybór Zofii", to robi mi się lżej na duszy."
Znowu pracuję i siedzę przy biurku. Ogarniają mnie wtedy wspomnienia różnych
chwil, zdarzeń i myśli, które już nie powrócą, chyba, że zapiszę je na
kartkach papieru.
Godzina 5:00 rano, w domu wstałem dość szybko, opłukałem
twarz, potem szybkie śniadanie i wymarsz, w miarę cicho, na przystanek
tramwajowy.
Bari jak zwykle przyszedł do kuchni cały radosny i wesoło merdał ogonem.
Przyszedł zobaczyć czy nie wezmę go już teraz na spacer.
Nawet nie próbuję mu tego wytłumaczyć. Mamy swoje umówione znaki, które on w
mig pojmuje i wie, że pewnych rzeczy nie będziemy robić teraz razem . Gdyby
nie one, to oszalałby z radości i szczekając obudził cały dom.
Marysia czy Nelka, zwlekając się w rozespaniu z łóżka, z
kwaśną miną przyszłyby
do kuchni, wyrzucić mi
delikatnie rumor, hałas i zamieszanie, więc dla świętego spokoju uśmiecham
się głupio do psa i głaskam go po stulonych uszach, szarpiąc delikatnie za
futro.
Trafił się nam czarny schipperk belgijski.
Odważny, miły i sympatyczny, mały i żarłoczny, miniatura wilczura. A w
schronisku w Sopocie, kupiliśmy zwykłego kundla.
W końcu staję na przystanku i czekam na tramwaj linii nr 4.
Jest sobota i o 7:00 rano dziś zaczynam pracę.
Ciągle go jeszcze nie ma.
Przyjechała już „2" i „8".
W końcu zdesperowany wskakuję do kolejnej „2" i z duszą na ramieniu, w
nerwowym napięciu, już jadę.
Będę musiał się przesiadać przy ul. Klinicznej i potem szybkim krokiem do
tramwaju linii nr „10".
Czy zdążę? Nie lubię się już spóźniać.
Kiedyś nie umiałem często „wyrobić" się do szkoły, bo przychodziłem na
ostatnią chwilę.
A teraz mi się odmieniło, już nie lubię być spóźnialskim.
Idę bardzo szybkim krokiem, prawie biegnę. Mijam podwórka, plac zabaw, domy
bez piwnic, idę wytartymi brukami, jestem już blisko miejsca pracy. Jeszcze
30 m.
Teraz skrzyżowanie dróg, mijam starą babinę. Kręcą się koło niej 2 czarne
kundle, wyglądają wrednie, biegają nerwowo i powarkują złośliwie.
Prawie biegnę do bramy, nagle czuję ostry ból w jednej nodze potem w
drugiej: staję jak wryty, oglądam się na 2 psy wbite zębami w moje łydki.
Odtrącam je. Spoglądam zdenerwowany na kostropatą babinę.
Stoi niedaleko z rozdziawioną gębą i z przestrachem w oczach.
Wrzeszczę nerwowo: „gdzie Pani mieszka?"
- ...Nnaaa Mmichny...
Biegnę dalej, by zdążyć do pracy, obie nogi szczypią niemiłosiernym bólem.
W bramie wciąż zdyszany, badam się, krew leje się z obu łydek, nogawki
rozszarpane,
Tak rozpocząłem kolejny dyżur 24 godzinny.
Zgłosiłem to zdarzenie kolegom i potem patrol przywiózł mi opatrunki i
środki odkażające.
Z ogromną wyrozumiałością koledzy zaproponowali mi zastępstwo.
Zawieźli mnie na obdukcję do szpitala, potem na policję.
A w szpitalu, młody pan doktor był cierpiący i niedomagający, skarżył się
głośno pielęgniarkom na ból głowy i kręgów szyjnych.
Domagał się od nich masowania szyi.
Gdy otwierałem buzię, aby wyjaśnić o co chodzi, fukał na mnie.
W swoim orzeczeniu lekarskim stwierdził: „otarcie naskórka" i zalecił
odpowiednią procedurę postępowania wymaganą w przypadku pogryzienia przez
psy.
I to wszystko...
Te psy znane są okolicy, bo atakują wszystko i wszystkich
naokoło, szczególnie dzieci i nauczycieli z pobliskiej szkoły.
Od tamtego czasu, gdy widzę tę babinę z psami, omijam ją
szerokim łukiem. Ona wreszcie prowadzi je na smyczy, co zaleciła jej pod
karą miejscowa policja.
Zawsze lubiłem zwierzęta i one mnie lubiły, ale tym razem coś jednak nie
wyszło.
Cieszę się, że jeszcze żyję i pracuję dalej, wściekły na swoją niemoc,
naiwność i łatwowierność.
Moja przyjaciółka bioterapeutka powiedziała mi kiedyś „ 7 minut, 7 godzin, 7
dni, 7 tygodni, 7 lat"
Jeśli w tym czasie nie zachorujesz na wściekliznę to przeżyjesz.
I wciąż
jeszcze żyję, wciąż na cudzy koszt, wciąż na kredyt, wciąż od kogoś
uzależniony.
A życie wciąż płynie tworząc
nowy czas i nowe zdarzenia i wciąż trwa.
Zapis senchotronowy.
Gk23042008,G0924,SKM.
SAMOCHÓD.
Wyszedłem z domu i wsiadłem do samochodu zaparkowanego na
podwórku.
Nagle tknęło mnie coś, jak otrzeźwienie, żeby nie jechać naprzód Oplem.
Niemoc i blokada działań, niepokój i jedna potężna myśl:
- Wyjdź z samochodu i stań przed maską.
Odpiąłem pasy, otworzyłem drzwi i wyszedłem z samochodu idąc na jego przód.
Tam, przed maską samochodu, moja 3 letnia córeczka, Danielka,
siedziała sobie w kucki i bawiła się w piasku.
Ufnie spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się.
(...)
Byłem w szoku...
Przed chwilą miałem ruszyć z impetem, jedno tonowym Oplem Cadetem Combi
naprzód.
(...)
Po dziś dzień, na wspomnienie tego zdarzenia, przechodzą mnie
ciarki i nie pragnę wcale dalej wyobrażać sobie, co by było dalej, gdybym
ruszył samochodem.
Często nawiedzają mnie, jak i każdego z nas, różne myśli, natchnienia i
skojarzenia.
Zawsze trudno mi dokonać wyboru i nie wiem czy on jest dobry.
Potem już wiem, ale teraz nie chcę znać wyboru bez sprawdzenia
czy mogę to zrobić, nie chcę znać innego wymiaru czasu i poznania tego
właśnie zdarzenia.
Zapis senchotronowy.
Gk23042008,G0934,SKM.
S A N K I
Wściekła mina ojca,
Ciągnie saneczki ze mną i starszym braciszkiem, po mokrym piachu.
Jest odwilż i śnieg już stopniał.
Płozy sanek skrzypią i szurają niemiłosiernie po chodniku.
Mijamy stary zaniedbany cmentarz, z resztkami rozbitych nagrobków.
Potężne drzewa ocieniają resztki wspomnień i zmarłe krzyże.
Tatuś zabrał nas z przedszkola, rzadko to robił, a sanki stały w holu i
wabiły swoimi wyślizganymi płozami.
Obaj z bratem uparliśmy się na jazdę nimi do domu, w ten właśnie dzień
odwilży.
Tatuś tłumaczył jak umiał, że jest odwilż, że nie ma śniegu, że sanki...
Posadził nas w końcu na nich i pociągnął po błotnistej mazi.
Ze złą miną dociągnął nas do domu.
Potem w milczeniu i gwałtownie rozebrał z ciepłych rzeczy, posadził obydwu
na stole w wielkiej kuchni i wyciągnął rzemienny pas.
To bolało, bardzo bolało, dostało się nam za brak wojskowej subordynacji i
karności.
Do dzisiaj nie mogę pojąć w swojej dziecięcej naiwności i zastanawiam się,
za co tak
mocno dostaliśmy z bratem.
Kogo skrzywdziliśmy?
Czy komuś coś zabraliśmy?
Dlaczego dorosły, dojrzały i najbliższy człowiek nie może pojąć wyobraźni
dziecka?
Zapis senchotronowy.
Gk25042008,G1043.SKM.
Zeszłoroczne liście.
Znowu jestem stróżem, ale już dziennym.
Pomiędzy ścieżkami i domkami wczasowiska, leżą zeszłoroczne liście i
wspomnienia wieczornych spotkań.
Liczę teraz te zeschnięte liście i zabieram do najdalszego kąta, by spoczęły
wśród szumiących drzew i falowania pobliskiego morza.
Robię to w pobliżu byłego Baru, straszącego swoimi spalonymi zgliszczami.
Czeka on wciąż jeszcze na swoich zdobywców.
Znalazłem tam wygiętą, może czyjąś mocą, herbaciana łyżeczkę.
Dawniej, gdy byłem młodzieńcem, zachwycałem się Uri Gellerem, Niemcem, który
siłą swojej woli wyginał łyżeczki.
Oskarżano go o fałsz i oszustwo.
Nie bronił się i zostawiał wciąż świadectwa swoich mocy.
Swoją wyprostowałem i położyłem na stole, jako świadka innej rzeczywistości.
Jutro zaczyna się tu kolejny sezon.
Przyjadą zdobywcy mórz i oceanów, zdobywcy nicości, zagubienia, uciech i
wesołości.
Będą wciąż nienasyceni nowymi wrażeniami.
A ja będę dalej liczył zeszłoroczne liście i zbierał zagubione myśli i
uczucia.
Dalej będę szukał szczęścia w życiu jako dzienny stróż, liczący w zadumie
liście pełne wspomnień i smutków.
Zapis senchotronowy.
Gk26042008,G1731.
Mandat.
Nie chciałem o tym pisać i mówić.
Jest to dla mnie zdarzenie bardzo przykre.
Było ich dwóch, ubranych na czarno i w jaskrawo zielone kamizele.
Mieli pały, radio i wszystko co potrzeba by interwencja była w pełni
skuteczna.
Poprosili mnie o dowód osobisty.
Szedłem a właściwie już biegłem do „Caritasu" na ul. Jesionową w Gdańsku –
Wrzeszczu.
(przywiozłem im wcześniej, kilkaset sztuk miesięcznika dla niepełnosprawnych
pt.„Integracja".
Obiecałem im, że je rozniosę jako wolontariusz do różnych instytucji, bo
sami nie chcieli tego zrobić).
Zostało mi jeszcze 50 m, lecz fizjologia mojego organizmu, upomniała się już
o swoje prawa.
Nie wolno tego robić na ulicy więc wpadłem w lukę między domami, na łysy
trawnik i podbiegłem pod wyschnięte drzewko.
Było ich dwóch, ubranych na
czarno i w jaskrawo zielone kamizele.
Mieli pały, radio i wszystko co potrzeba by interwencja była w pełni
skuteczna.
Poprosili mnie o dowód osobisty.
Skąd się wzięli, nie wiem.
Nie widziałem ich wcześniej.
Mieli dziwny wyraz twarzy.
Jakby czegoś szukali.
Androidy?
Nie dali mi żadnej szansy.
Według nich popełniłem przestępstwo więc ukarali mnie mandatem.
Odszedłem dalej i czułem się już bardzo zagubiony.
Minąłem stojącą na schodach sklepu z „ciuchami", Panią, która z triumfem w
oczach patrzyła na moją egzekucję.
Zapachniało mi kolaboracją i zapachem używanych rzeczy.
Już w Gdańsku – Oliwie, życzliwi mi ludzie poradzili mi, abym wniósł
odwołanie od wyroku.
Dużo jeździłem po dzielnicach miasta szukając odpowiedniego dla mojego
statusu mieszańca (tu czytaj: kundla), Sądu Grodzkiego.
Po wielu dniach otrzymałem zawiadomienie o rozprawie.
Stawiłem się przed czasem.
Pan z ochrony, beznamiętnym i surowym tonem zapytał mnie o metalowe
przedmioty (...)
Nie pytał czy jestem terrorystą z powołania czy z wyboru, czy mam materiały
wybuchowe czy tym podobne rzeczy, nie postawił mi takiego pytania, ale
obszukał mnie aparatem, by zaspokoić ciekawość systemu ochrony i to tak
silną, że widać było, że gdyby mógł to zajrzałby w najskrytsze zakamarki
mojego serca i duszy szukając najdrobniejszych złych myśli i zamiarów.
W przypływie dobrej woli i subordynacji wspomniałem mu, że mam szwajcarski
scyzoryk.
Zrobił wielkie oczy i poprosił o zostawienie go jako depozytu.
Dostałem numerek z cyfrą 1.
Byłem dzisiaj pierwszym podejrzanym.
Winda, drugie piętro i szukam rozpaczliwie sali rozpraw.
- Jest.
Jest i też urzędowa kartka z adnotacją, że rozprawę ze mną przeniesiono do
innej sali.
Oczy kamer śledziły mnie wciąż bacznie.
Czułem na sobie świdrujący i palący mnie wzrok ochrony.
System działa, system jest sprawny, system wciąż czuwa.
Szukam dalej, schodzę piętro niżej.
Pojawiają się już z rzadka pojedyncze osoby.
Podejrzani, przestępcy, urzędnicy, adwokaci?
Jest i moja sala rozpraw.
Tu będę czekał na pierwszą w moim życiu rozprawę sądową.
Wolno mijają minuty, nerwowo chodzę po korytarzu i czekam w cieniu
wszechobecnych i licznych kamer, które ciągle mnie obserwują.
System działa, system jest sprawny, system wciąż czuwa.
Mija godzina 9:00.
To termin rozpoczęcia w tej sali, drugiej w tym dniu rozprawy, ale już nie
ze mną.
A moja rozprawa sądowa już się odbyła...!?
Poszedłem do sekretariatu, by potwierdzono mi urzędowo, że byłem obecny w
Sądzie.
Pełen sprzecznych myśli, otumaniony i przenicowany bezlitosnym wzrokiem
kamer odchodzę do domu, wolny.
Ale czy na pewno...?
Wiem już, że jestem
człowiekiem tego systemu, czy chcę tego czy nie.
Jestem jego małym kółeczkiem i trybikiem, może za małym, ale jestem.
Jestem kolaborantem tego systemu, czy tego chcę czy nie.
Jestem jego niewolnikiem, czy tego chcę czy nie chcę.
Czy mogę czuć się wolnym człowiekiem?
Nie, bo ten świat to pozory i ułuda.
Zrobiłem wykroczenie, wyłamałem się z narzuconych mi zasad, więc zgrzytnęło,
zaskrzypiało, ale system działa dalej, niewzruszony, potężny i nie do
podważenia.
Jestem tylko jego małym trybikiem, niewolnikiem i mam mu służyć, czy tego
chcę czy nie.
Jeśli nie, to..., wyrok.
System działa, system jest sprawny i system wciąż czuwa.
System nie dla ludzi, nie dla mnie, nie nawet dla samego siebie.
Dla kogo? dla czego?
Dla robienia kasy.
Zapis senchotronowy.
Gk27042008,G0527.
Marzenia stróża.
Poszukuję osoby chętnej do sfinansowania książki pt. „
Opowiadania nocnego stróża" i „Listy do Joanny" (175 pakietów
po 6 - 25 stron każdy).
Jestem osobą niepełnosprawną intelektualnie, bo chcę
napisać tę książkę a nie chce mi się pracować zawodowo.
Pomoc finansowa z zewnątrz pomoże mi w mojej trudnej
sytuacji życiowej.
W domu nie mam warunków do pracy nad tymi książkami.
Z
poważaniem
Andrzej Marek Nowak
Nocny stróż.
Potrzebuję
tych pieniędzy na utrzymanie się w wynajętej kwaterze w Bieszczadach oraz na
utrzymanie mojej rodziny w Gdańsku.
Z powodu mojej niepełnosprawności intelektualnej, moja rodzina
jest teraz rodziną patologiczną.
Polubiłem pisanie książek, bo wreszcie czuję, że robię to co
lubię i czuję się człowiekiem szczęśliwym i na swoim miejscu.
Tego poczucia poszukiwałem od dawna.
Lubię też kontakt z przyrodą, podróże i sztuki piękne.
Chcę zatrudnić u siebie moją duchową przyjaciółkę i Muzę, jako osobę mającą
pieczę nad moimi tekstami i twórczością.
Miałbym z nią kontakt werbalny, telefoniczny i poprzez
Internet.
Pracę tę wykonywałaby w domu (ma małoletnie dziecko i jest osoba
niepełnosprawną).
Jest ona doskonale do tej pracy przygotowana i ma odpowiednie predyspozycje.
Zobowiązuję się nie chodzić na dziewczyny.
Może same przyjdą.
Deklaruję również solidną twórczą pracę i ukończenie jej w terminie.
Do kościoła będę chodził z przyzwyczajenia i w miarę regularnie.
ORIENTACYJNE KOSZTY
UTRZYMANIA:
Autor - 3 500 pln/mies.
Rodzina - 2 500 pln/mies.
Sekretarka - 1500 pln/mies.
Czy są osoby chętne do sponsorowania niepełnosprawnego
intelektualnie niewolnika współczesności?
Czy zgłoszą się tylko Ci, którzy chcieliby na mojej patologii zarobić???
Obudziłem się gwałtownie i nagle, ale już z ręką w nocniku.
Zapis senchotronowy.
Gk29042008,G0957.SKM.
OJCIEC.
Bujany konik wybija swój rytm a ciemno czerwona podłoga aż buczy z radości.
Tatuś wpada do pokoju i krzyczy, że szarpię mu nerwy.
- Tylko stuku, puku, stuku, puku.
- Wywalę go na śmietnik.
- Baw się w co innego.
Pomimo tych nieprzyjemnych dla mnie zdarzeń Tatuś nauczył mnie wielu rzeczy.
Przede wszystkim uczciwości i mówienia prawdy - ćwiczył mnie w tej materii
bardzo mocno.
Nie pamiętam już tylko kiedy był ze mną tak naprawdę blisko i od serca.
Tego od niego wciąż oczekiwałem.
Kiedyś Mama poprosiła Tatę:
- Zajmij się choć raz dzieckiem, przytul je i posadź sobie na kolana.
Gdy mnie raz posadził na kolana to mówił i pachniał nikotyną.
Nie było to miłe, ale ten jeden raz był blisko mnie i dobrze to
zapamiętałem.
Jego papierosy smakowałem z bratem i Mamą już od urodzenia.
Czułem, że zawsze był jakiś daleki i obcy, jakbyśmy mu przeszkadzali.
Nie miał dla nas czasu, swarzył się z Mamą i nie był przyjemny w obyciu.
Kiedy mówił, to zawsze był tylko On.
Ale nauczył mnie uczciwości i mówienia prawdy.
Nie nauczył mnie żyć, nie dał miłości i poczucia bezpieczeństwa, ale dał mi
życie.
Jestem zupełnie innym człowiekiem niż on, jestem jego przeciwieństwem.
Nie lubię go za jego oschłość, brak szacunku do Mamy i do nas.
Lecz kocham go miłością bezgraniczną i z oddaniem.
Teraz jestem taki sam jak mój Ojciec.
Tak samo krzywdzę oschłością moje dzieci i zaniedbuję je.
Lecz tego nie chcę i chcę być inny niż on.
I tego nie potrafię uczynić.
Nie mam przyjaciół i bliskich.
Jestem sobą, lecz wciąż taki jak on.
I kocham go wciąż bezgranicznie i z oddaniem.
Tatuś był zawsze rozrywkowym człowiekiem.
Chętny był do pomocy innym, do spotkań, ale po za domem i nie z rodziną.
Z innymi kobietami było mu lepiej, niż z nami.
Do rodziny musiał wracać,
udawać ojca i zajmować się dziećmi.
Uważał, że opieka nad nimi to wielka ujma dla mężczyzny, że to należy tylko
do kobiet, a on ma korzystać z życia, bawić się i zdobywać nowe wrażenia.
W wojsku był dowódcą baterii haubic.
Zawsze lubił dowodzić innymi i takim pozostał teraz.
Teraz ma 80 lat i jest emerytowanym oficerem, lecz nadal jest małym chłopcem
z przedmieścia i bawi się dalej ludźmi jak ołowianymi żołnierzykami, jest
wciąż sam dla siebie... i wtedy dopiero jest szczęśliwy.
Zapis senchotronowy.
Gk29042008,G1233,SKM.
KOSZARY I.
Grudziądz, wojskowe Koszary przy ul. Warszawskiej.
Obok, pod nr 60, jest piękny stary dom z czerwonej cegły.
Tam spędziłem najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa.
Tam był mój ukochany konik na biegunach, mój szary misio, którego już nie
pamiętam.
Tam była Mama, był Tata i mój brat.
Byliśmy razem.
A swoje najlepsze lata, Koszary polskiej kawalerii miały już za sobą.
Pozostały tylko myśli, zdarzenia i wspomnienia, w nich ulotny zapach ludzi i
koni.
Tu przewijały się ich losy.
Tu mój Tata służył w baterii haubic i odnosił sukcesy.
Był świetnym dowódcą, dobrym kompanem, dbał o swoich żołnierzy, dobrze
strzelał i dostawał nagrody.
Kiedyś Tatuś zabrał mnie ze sobą do Koszar. Byłem wtedy jeszcze bardzo
malutki.
Lśniły one czystością a korytarze pachniały żołnierzami.
Czułem napięcie dyscypliny i rygoru, widziałem służbowe czapki z daszkiem, z
paskiem pod brodą.
Słychać było komendy i głośne wezwania.
Ogarnął mnie dziecięcy niepokój i czułem potęgę Koszar, ich wielkość i
gotowość do bitwy.
Czułem całym sobą zapach historii i to było dla mnie ogromne przeżycie, bo
nie rozumiałem go.
Nagle spotkaliśmy na korytarzu Dowódcę, który groźnym głosem udzielił
reprymendy mojemu Tacie, że przyprowadza takie małe dzieci do Koszar.
Nie miałem z kim zostać więc wylądowałem potem u sąsiadki, do czasu powrotu
Mamy.
A Koszary śniły mi się potem długo i widziałem wszystko co się działo i co
ma się stać i wędrowałem tam po jego zakamarkach.
Na nowo przeżywałem ich dzieje, losy i wszystko rozumiałem swoją dziecięcą
wyobraźnią.
To były dziwne i prawdziwe wizje przeżywane we śnie a ich mgliste realia
pamiętam do dzisiaj.
Obok Koszarów była strzelnica wojskowa.
Tam biegaliśmy razem z dziećmi zbierać „kulki" karabinowe i skakaliśmy z
wysokiego nasypu na plecy.
Nie raz zatykało mnie i brakowało mi oddechu, gdy źle zeskoczyłem.
W pobliżu strzelnicy było rozległe pole, ogromny nieużytek pełen traw i
kwiatów polnych.
Któregoś dnia, na środku pola, na piaszczystej łasze stanęła samotna i
podziurawiona przez kule, kuchnia polowa.
Pobiegliśmy do niej i zabawom, nie było końca.
W pewnej
chwili powiedziałem do kolegi, że wejdę do niej i schowam się a on ma
zamknąć klapę kotła i odejść.
I zamknął ją, zaczepiając hak klapy tak, że nie mogłem wyjść i odszedł.
Nagle przestraszyłem się, zacząłem krzyczeć i wzywać pomocy,
Nie mogłem otworzyć klapy...
Jedynym świadkiem mojego krzyku były dziury przestrzelin.
Zrobiło mi się duszno i gorąco, myślałem, że już umieram i że nikt mnie tu
nie odnajdzie.
Długo czekałem przerażony i ogarniały mnie wizje samotności i opuszczenia.
Cały czas płakałem i szlochałem, i w końcu zabrakło mi łez...
Po długim czasie pojawiła się Mama z moim kolegą i otworzyła klapę kotła.
Nie umiałem zapanować nad emocjami i w najwyższym stopniu złości uderzyłem
kolegę w twarz.
Potem tego żałowałem i przepraszałem go, ale niesmak poczucia mojej winy
pozostał dugo we mnie.
Koszary były obok nas i z nami, emanowały swoją wielkością na całą okolicę.
W naszych dziecięcych zabawach często bawiliśmy się w wojnę, bo wojna i jej
oręż były tuż obok.
Często chodziliśmy na plac apelowy Koszar przez rozwalony płot, prosto z
naszego podwórza.
Żołnierze tamtędy wymykali się też do miasta...
Potem dziura zniknęła, załatana na rozkaz dowódcy warty.
Był dawniej czas, że tego płotu nie było i podwórko łączyło się od razu z
placem apelowym.
Były też przysięgi młodych roczników i pierwsza dziura w spodniach, brata i
moja, rozdarta na koszarowym płocie.
Mama była szczęśliwa, że ma prawdziwych chłopaków w domu a my z bratem
zaszlochani, baliśmy się kary za tę pierwszą w życiu dziurę w spodniach.
Potem część naszej podwórkowej łąki, przy pięknym starym murze z czerwonej
cegły, zajęły dwie wysokie wieże do obserwacji strzelań.
Zrobiło się teraz brzydko i dziwacznie.
Nie pasowały do pięknej przedwojennej zabudowy Koszar.
Mama dostała pracę pielęgniarki w Koszarach, w ambulatorium.
Często zabierała mnie ze sobą i marzyła, że zostanę lekarzem a ja
zapamiętałem tylko zapach eteru, środków dezynfekujących, moją ruchliwość i
tłuczone moją nieuwagą różne szklane drobiazgi... i surową niezadowoloną
minę lekarza dyżurnego.
Było też przedszkole przy lotnisku, chodzenie do „wujka" do hangaru i
siedzenie w samolotach, marzenia małego dziecka o podniebnych lotach i
wyczynach i 20 gr. od Mamy, na autobus, które zawsze miałem w kieszeni, ale
chętnie je pożyczałem od innych zapominając o swoim pieniążku.
Dostawałem je na zapłacenie przejazdu i leżało ono sobie w kieszonce
spodenek.
Nie wiem jak to się działo, ale zawsze na przystanku prosiłem ludzi o 20 gr
na przejazd.
Znali mnie już z tego wszyscy korzystający z autobusu.
Mama surowo napominała mnie, że mam nie pożyczać pieniążka od nikogo, bo
jest on zawsze w kieszonce i mam go pilnować, żeby nie zgubić.
Pewnego razu poprosiłem znowu kogoś o 20 gr i jedna Pani zwróciła uwagę tej
osobie, że ten chłopiec tak się zawsze pyta i że on ma tego pieniążka w
kieszonce.
Więc zapytała mnie:
- Chłopczyku czy masz 20 gr w kieszonce?
- Włożyłem rękę do kieszeni i wyjąłem je.
- Mam.
Pamiętam moje zdziwienie, że
na ręku leży pieniążek.
To dlaczego pożyczasz pieniążka od ludzi?
- Szczerze odpowiedziałem, że: nie wiem.
I tego dnia dotarło wreszcie do mojej małej główki, że trzeba kupować bilet
za pieniążka od Mamusi a nie pożyczać od innych.
Koszary przepełnione były różnym sprzętem wojskowym, armatami i ludźmi.
Wszystko to stacjonowało w dawnych stajniach przerobionych teraz na garaże i
magazyny.
Na ich ścianach, na zewnątrz, były metalowe kółka do których wiązano kiedyś
konie.
Zawsze mnie te kółka mocno intrygowały i potrafiłem stać przed nimi i gapić
się na nie długo, czasami za długo, co budziło zaniepokojenie i zdziwienie
żołnierzy, którzy przeganiali mnie stamtąd. Oczami wyobraźni widziałem
zaczepione tam do nich konie...
Było wiele jeszcze różnych innych, też przydatnych w dawnych czasach, dla
koni i ludzi, drobiazgów.
Nie pamiętam ich już, ale wiem, że były i budziły moje zaciekawienie i
pytałem o nie żołnierzy, ale nie mieli czasu odpowiadać na pytania.
Któregoś słonecznego i pięknego poranka, ciągniki o nazwie „Mazur", z hukiem
silników i jazgotem gąsienic, ciągnąc za sobą duże armaty, wyjechały z
Koszar na ćwiczenia, budząc nas ze snu.
Szybko zdążyliśmy z bratem ubrać się i wyjść zobaczyć, jak jedne za drugim,
jadą na poligon w gęstej i błękitnej chmurze spalin.
Za nimi jechały samochody ciężarowe i sprzęt wojskowy.
Bardzo długa była ta kolumna wojennych zdarzeń, emocji i myśli.
Cała okolica pachniała spalinami.
A Koszary pozostały same w trwaniu i oczekiwaniu na powrót zmęczonych
żołnierzy.
My z nimi w starym domu z czerwonej cegły, na ulicy Warszawskiej nr 60.
Zapis senchotronowy.
Gk25052008,G0447.
KOSZARY II.
Na ul. Warszawskiej 60, w Grudziądzu, przy koszarach
był mój dom, w którym spędziłem szczęśliwe dzieciństwo.
Otacza go i całe koszary, piękny, wymurowany z czerwonej cegły, przedwojenny
mur.
Na całej długości zmienia się on w różne formy.
Jest on poprzetykany metalowymi poprzeczkami w kształcie włóczni czy dzid a
pomiędzy nimi są grube ceglane słupki z cegieł.
Furtki i bramy są w tej samej metalowej konwencji i pełnej dla mnie uroku.
Jak sięgam pamięcią, zawsze
budził we mnie zainteresowanie i często wpatrywałem się w jego zwyczajne i
proste kształty.
Było to jeszcze przedwojenne ogrodzenie koszar.
Dla mnie, małego chłopca z przedmieścia Grudziądza, były to zawsze mury
obronne wielkiego zamczyska, pełne tajemnic i zakamarków.
Rów odwadniający ulicę, biegnący obok niej i jakby wzdłuż muru, był głęboką
fosą broniąca dostępu do niego.
Z tym rowem miałem dziwaczne dla mnie i nieprzyjemne zdarzenie.
Jeszcze nie chodziłem do szkoły, ale już byłem małym i sprawnym chłopakiem.
Bawiliśmy się kiedyś na jego zboczu, z innymi dziećmi, naprzeciw furtki
ogrodzenia.
Ruch uliczny w tamtych
czasach był bardzo mały, wręcz w ogóle go nie było w tej, przed wieczornej
porze.
Wzajemnym przepychankom, bieganiu i śmiechom na soczystej i wybujałej trawie
rowu nie było końca.
W pewnej chwili, przewróciłem się twarzą do ziemi, kolega biegnący za mną
przyklęknął, złapał mnie za brodę i mocno wygiął moje ciało do tyłu i coś
wtedy chrupnęło we mnie...
Patrzę na siebie leżącego na trawie, gdzieś z boku i z góry.
Słyszę i widzę jak kolega szarpie mnie przerażony:
- Andrzej, wstawaj!
Inne dzieci przystanęły i patrzą na nas.
Potem rzuca się kolega pędem do furtki i biegnie po pomoc.
Widzę to i słyszę patrząc na nich z góry.
Przybiega Mama i sąsiad, pan Szewczyk,
Widzą, że jestem nieprzytomny i nie daję znaku życia.
Dzieci, jedne przez drugich tłumaczą co się stało.
Pan Szewczyk bierze mnie na ręce i zanosi do domu, do naszego mieszkania na
pierwszym piętrze.
Ja unoszę się nad nimi patrząc na bezwładne moje ciało jak przenoszą mnie
przez furtkę. Wnoszą mnie na korytarz domu.
Kładą mnie do łóżeczka i otwieram oczy.
Pamiętam pana Szewczyka jako wspaniałego i miłego sąsiada.
Był zawsze uśmiechniętym i radosnym oficerem z koszar i zawsze zauważał mnie
małego chłopczyka, gdziekolwiek spotkaliśmy się. On bardzo lubił dzieci,
lecz swoich nie miał.
Miał piękny motor o nazwie Jawa, marzenie wielu mężczyzn w tamtych czasach,
który też budził mój ogromny zachwyt.
Pamiętam jego czerwony kolor i srebrzyste błyszczące boki baku na paliwo.
Trawiaste podwórko naszego domu lekko wznosiło się do góry przechodząc w
żwirowany plac apelowy Koszar.
Pewnego dnia, pan Szewczyk przyjechał na chwilę do domu i postawił motor na
podwórku, na lekkim jego skosie.
Biegałem sobie tu i ówdzie i w pewnej chwili podszedłem z zaciekawieniem do
motoru.
Oglądałem go ze wszystkich stron, dotykałem i naciskałem w różnych
miejscach.
W pewnej chwili zacząłem wchodzić na niego i to od tej strony ze spadem tak,
że siedząc na nim zaczął on się niebezpiecznie przechylać i przewrócił się
na moją lewą nogę, przygniatając ją.
Mój płacz i wrzask przerażenia przywołał pana Szewczyka i moją Mamę.
Potem już nic nie pamiętam, ale długo potem miałem nogę w gipsie.
Pomimo tego pana Szewczyka najmilej wspominam z całego domu.
Bardzo lubił i kochał dzieci.
Potem dowiedziałem się smutnej wiadomości, że jadąc na śliskiej drodze poza
miastem, pan Szewczyk wpadł w poślizg na motorze i zginął na miejscu.
Jego piękna i miła żona, długo potem opłakiwała go, jako wdowa.
Kolega z sąsiedniej klatki
domu przy ul. Warszawskiej 60, miał rower.
Nie umiałem jeszcze wtedy jeździć na rowerze.
Postawił go kiedyś przy swojej klatce a ja biegałem w pobliżu.
W pewnej chwili wsiadłem na niego i pojechałem po raz pierwszy w życiu.
To było bardzo miłe, niezapomniane i piękne dla mnie przeżycie.
Kiedyś, już w późniejszym czasie pozwolił mi na nim pojeździć i objeżdżałem
dookoła dom.
Było ciepło i przed jego klatką siedziała sąsiadka i ile razy przejeżdżałem
koło niej to
mówiłem jej:
- Dzień dobry.
Mama kazała mi być grzecznym chłopcem i wszystkim się kłaniać.
Jako małe dziecko, miałem już w tym momencie dylemat:
Czy za każdym nawrotem rowerka witać się z Panią sąsiadką?
Nie wiedziałem co zrobić, więc na wszelki wypadek po każdym objeździe domu
mówiłem grzecznie:
- Dzień dobry.
Tych nawrotów tego dnia było kilka.
W końcu po kolejnym z nich, pani sąsiadka z uśmiechem powiedziała mi, że nie
muszę się za każdym razem jej kłaniać.
Pamiętam, że czułem się wtedy dziwacznie, jak bym zrobił coś niemądrego.
Zapis senchotronowy.
Gk23052008, G1959.
KONWALIE.
Zapach konwalii pozostał u mnie w pamięci od tamtego spaceru.
Nie pamiętam ile miałem wtedy lat: 3 może 4.
Byłem wówczas bardzo małym człowiekiem.
Nie pamiętam już nic, tylko zapach konwalii i małą łączkę w lesie,
wypełnioną nimi jak dywanem.
Mama była piękna i spokojna, rozmawiała cicho z Tatą.
Brat szedł z przodu a zapach konwalii subtelnie i cicho niósł się wokoło.
Wszystko było piękne i ciche, pachniało szczęściem, radością i ukojeniem.
Cały Wszechświat był z nami i w nas, przenikał swoją miłością.
Tak to czułem i pozostało to we mnie do dziś.
To była chwila, która trwa budząc tęsknotę za niepoznanym i nie zmierzonym,
za głębią przestrzeni, za Stworzycielem.
Potem już zrobiło się znowu inaczej, jak na Ziemi.
Ale w radości istnienia, wśród zapachu konwalii, Mama uczyła mnie wierszyka
dla dzieci,
On jest ze mną teraz cały czas, to jest moja myśl o szczęściu i miłości, o
byciu razem.
Uczyła mnie takich słów:
„Jest w
lesie chateńka,
a przy niej sarenka,
sosna jak
wielkolud
i mały krasnolud.
Pod grzybkiem
się schował,
zajączki rachował”.
Teraz wciąż szukam w życiu zapachu konwalii.
Znajduję je często u sprzedawców na bruku miejskim.
A ta chwila bycia razem z Rodzicami i bratem, na łące o zapachu konwalii,
wśród drzew i miękkiego poszycia leśnego, wśród przenikania się myśli
Wszechświata i jego trwania, jest we mnie, jak miłość co trwa wiecznie.
Zapis senchotronowy,
Gk260508,G0730
Córka.
Nie miałem znowu dla Ciebie dzisiaj czasu, Córeczko.
Zostawiłem Cię samą w gąszczu ludzkiego chaosu.
Wciąż brnę przez jego chaszcze i szukam szczęścia.
Chciałbym odnaleźć się dla Ciebie, lecz nie umiem.
Błądzę po omacku, znajduję drogę, ale ona prowadzi znowu do nikąd.
Nie miałem znowu dla Ciebie dzisiaj czasu, Córeczko.
Nie było mnie przy Tobie, lecz moje myśli, spowijały Cię tęsknotą.
Chciałbym Cię poprowadzić wśród zakamarków życia, pokazać jego piękno i
ominąć jego przeszkody.
Lecz znowu nie miałem dla Ciebie czasu, Córeczko.
Jestem znowu gdzieś w świecie, jak samotny podróżnik w czasie.
On nas wciąż przenika i tworzy nowe przestrzenie.
Lecz ciągle w życiu dokonujemy wyboru.
Tu na Ziemi, to nicość, obłuda i zamęt.
To macki zła i materii.
Tu nasz duch zatraca się i gaśnie.
Teraz dla Ciebie, Córeczko, mam nadzieję przetrwania.
Mam moją miłość, oddanie i pokój istnienia.
Nie miałem znowu dzisiaj czasu dla Ciebie Córeczko.
Wybacz mi zagubienie samotnego podróżnika w czasie.
Wiedz, to że pamiętam o Tobie i wrócę do Ciebie już niedługo.
Nie będziemy już sami.
Będę przy Tobie i opowiem Ci, że znalazłem łąkę pełną pachnących konwalii.
Zapis senchotronowy.
Gk25052008, G0659.
KOPKA.
Leżymy na brzuszkach obok siebie, na podłodze w sali przedszkola.
Nie pamiętam wogóle jej imienia.
Spodobała mi się i czułem z nią więź głębszą niż moje poznanie.
To nie było tylko dziecięce uczucie.
To było coś więcej.
Leżymy obok siebie w ciszy.
Ona w końcu powiedziała:
- Kopka.
Odpowiedziałem jej:
- Kopka,
Ona znowu:
- Kopka.
Ja:
- Kopka.
Ten dialog trwał długo. Dłużej niż nasze zagubione myśli.
U naszych stóp stanęła dziś potężna wieża z klocków, chyba największa w
historii tego przedszkola w Grudziądzu.
Zbudowaliśmy ją we dwoje, ze
wszystkich dostępnych nam klocków.
Wielkie i potężne dzieło małych rączek dziewczynki i chłopca.
Na koniec dnia w przedszkolu, trzeba było posprzątać wszystkie zabawki i
zostawić porządek na sali.
Lecz tego dnia, na naszą i innych dzieci prośbę potężna budowla została na
następny dzień.
Leżymy wciąż obok siebie w ciszy, ja i moja przyjaciółka.
Ona mówi:
- Kopka.
Odpowiadam jej:
- Kopka.
Ona znowu:
- Kopka.
Ja:
- Kopka.
Ten dialog trwał bardzo długo, aż do końca dnia w przedszkolu.
Pamiętam go jakby to było dzisiaj.
Związany jest z moim mocnym przeżyciem nieprawdopodobnej więzi z nową
przyjaciółką.
Różne więzi przeżywałem już w moim życiu, ale ta jedna pozostała we mnie,
jak głęboka rysa na diamencie.
KOPKA chciałbym Cię jeszcze odnaleźć i spotkać się z Tobą.
Jakie jest nasze przeznaczenie, tego nie wiem.
Czekam wciąż na Ciebie.
Chciałbym Cię dotknąć choć raz i spojrzeć w Twoje oczy.
Chcę znowu poczuć tę więź naszej bliskości.
Być jeszcze z Tobą, choć raz na jedną krótką chwilę.
Tę chwilę, która została we mnie i wciąż trwa jak niespełnione uczucie
miłości.
Zapis senchotronowy.
RZ29052008,G1228.
Malka.
(gdzieś za Rzeszowem, w
pociągu relacji Przemyśl – Poznań).
W
Rzeszowie, czekając na pociąg do Częstochowy, spotkałem dwie sympatyczne
siostry zakonne.
Zagadnąłem je już na peronie, mówiąc, że "śniło mi się, iż jedziemy razem w
przedziale i czy mógłbym siostrom towarzyszyć?"
Zdziwione zgodziły się.
Sam również byłem zaskoczony widząc je wychodzące z tunelu peronu.
Poprzedniego dnia, jeszcze w Miejscu Piastowym, miałem zaskakującą dla mnie
wizję, że jadę z trzema siostrami w przedziale pociągu.
Nigdy takich wizji nie miałem i zlekceważyłem ją jako przebłysk zbyt
wybujałej wyobraźni.
Już w pociągu rozgadałem się na moje ulubione tematy, początkowo zwracając
baczną uwagę, aby też dać coś siostrom powiedzieć.
One rozmawiając poszukiwały przez telefon, trzeciej siostry, która podobno
już była w pociągu.
Potem okazało się, że nie jechała tym razem.
Nastrój w przedziale zrobił się nad wyraz miły i rodzinny.
Siostry okazały się opiekunkami dzieci i jechały na studia do Częstochowy.
Jako bardzo duży i samotny
chłopczyk czułem się w ich towarzystwie świetnie i wybornie.
W pewnej chwili otworzyły się drzwi przedziału i zajrzała urokliwa
dziewczyna pytając czy może z nami usiąść.
Kolczyk zaczepiony na brwi, dodawał jej uroku i czaru.
Usiadła, wyjęła kabelki słuchawek i zaczęła odchodzić w świat swojej muzyki.
Była zwyczajna i piękna a muzyka z cicha wypływająca z kabelków, dolatywała
do mnie wśród stukotu kół pociągu.
Nasza rozmowa w przedziale ochłodła, siostry zajęły się nauką a ja wierciłem
się na siedzeniu z niewygody i braku rozmowy.
Trwało to dłuższy czas i niechcący potrącałem siedzącą na przeciw mnie
dziewczynę przepraszając ją za to, iż tak wierzgam nogami.
Robiłem to bezwiednie.
Zwróciłem uwagę na piękną w kolorze złota, gwiazdę Dawida na jej szyi.
Zaintrygowało mnie to i różne myśli przebiegały po mojej głowie.
Pociągała mnie nie tylko urodą, ale czymś nieuchwytnym, emanującym z niej,
wraz z dźwiękami muzyki.
Czułem się przy niej dobrze i najchętniej ująłbym jej dłoń, popatrzył w oczy
i poczuł jedność łączności duchowej, która wypływała z niej delikatną
strużką.
W cichości duszy analizowałem tę sytuację i zbieżność okoliczności jakie
napotkałem.
Wczorajsza wizja w tajemniczym Klasztorze wypełnionym zapachem róż,
spotkanie z siostrami i piękną nieznajomą.
To mnie już nie dziwiło.
Byłem pewny działania Stwórcy w łączeniu bratnich dusz dla stworzenia nowych
pojęć, uczuć i zdarzeń.
Nie mogłem jeszcze tylko zrozumieć, jak gruby facet z ledwo tlącą się
jeszcze resztką wiary, o wielkim ego tłumiącym emocje innych, siostry
zakonne i przedstawicielka wiary starszych braci, siedzą razem w pociągu z
Przemyśla, wśród stukotu kół, szumu wiatru za oknem i trwają w jedności
uczuć, myśli i emocji.
Nie pamiętam jak nawiązałem rozmowę z Malką, to nie ma już teraz znaczenia.
Powiedziałem jej, że próbuję sił w pisaniu a ona, że już niedługo wydaje
swoją książkę w języku hebrajskim.
Książka jej bardzo mnie zaintrygowała i zdobycie jej stało się teraz moim
marzeniem.
Nie odczytam jej i nie zrozumiem, ale będzie ona świadectwem myśli i odczuć
drugiej osoby.
Potem nagle rozpoczęła się rozmowa Malki z siostrami i pytania wypływały za
pytaniami z obu stron, zobaczyłem, że czas zatrzymał się w miejscu.
Nikt nam nie przeszkadzał i nie dosiadał się do nas, czworga podróżników.
Siedziałem cicho i w skupieniu słuchałem dialogu dwóch kultur, bałem się
otworzyć usta, próbowałem coś nie udacznie dopowiadać, ale to nie było to.
Dowiedziałem się, że Malka dosiadła się do nas, bo to było jedyne wolne
miejsce w pociągu.
Był dość mocno zapchany, powiedziała, że jeszcze studiuje i że wybrała
studia w Polsce, bo wydawało jej się, że tak będzie najlepiej.
Nagle zaczęła się rozglądać i powiedziała, że już musi wysiadać.
Żal było się z nią rozstawać, czar prysł pozostawiając wspomnienie rozmów i
wiele nie zadanych jeszcze pytań.
Pozostałem z siostrami i bliską już Częstochową.
Zorientowałem się, że komfort i wygodę jazdy zawdzięczam im, bo świeccy
podróżni widząc je w przedziale omijali go, szybko oddalając się.
Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu dróg i czasu.
Siostry oddaliły się ku
Jasnej Górze, ja poszedłem w drugą stronę ku mojej wieczności.
Pozostały zapiski, wspomnienia i nadzieja rychłego spotkania na nowych
ścieżkach życia.
Zapis senchotronowy.
MP27052008, G2005.
Tajemniczy Klasztor.
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie róże nie mają kolców a mury
Klasztoru sięgają do nieba.
Kopuła budowli zahacza o chmury a krzyż wycina odłamki wiary.
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie miłość spotyka się z nadzieją, pokora z
marzeniami.
Modliłem się tu po raz pierwszy od czasu, gdy duch modlitwy opuścił mnie.
Zrobiłem to od serca i z głębi duszy, gdy ciało omdlewało z bólu pod
naciskiem kolan.
Modliłem się za przyjaciół i rodziny, za ich trwanie.
Zatopiłem się w myślach a Stwórca starał się pokazać mi swoje oblicze.
Nie muszę modlić się słowami, nie chcę Boga pokazywać oczami duszy.
Mam Go w sercu, jak dar stworzenia, uwielbienia i miłości. Myśli moje i
wiara, to odrodzenie to znak miłości wiecznej.
Jest takie miejsce na ziemi gdzie róże kwitną bez końca. Woń ich roznosi się
wokół i napełnia powietrze miłością. Nie mają kolców bo są wiecznością...
Białe welony dziewcząt kwitną modlitwą. Biała mucha wykwita na nich czarną
plamą.
Dziewczęta modlą się do Boga. Tworzą modlitwę duszy i ciała. Tę miłość
poznania, nadziei i spełnienia marzeń...
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie zaniosłem moją modlitwę do Stwórcy. Są
tam moje myśli i zapach płatków miłości. Są dusze wiernych i pokornych,
wielbiących Boga słowami.
Skończyła się modlitwa i skończył jej czas. Ogarnął mnie smutek zapomnienia
i samotność.
Znowu jestem tylko pyłkiem na drodze i zapomnieniem. Mam wolę trwania co
wypełnia mnie swą wielkością, tworzę życie...
Lecz kim jestem?
Czy zagubionym wędrowcem z gwiazd. Zdobywcą czasu, zbieraczem pyłu
Wszechświata
i samotności.
Kim jestem i czym jestem w ręku Boga?
Czy tylko ułudą?
Bo nie ma tam jeszcze, w tajemnicy Klasztoru, alei kwitnących bez końca róż,
zapachu ich trwania.
Jest pokora i miłość do Boga.
Zapis senchotronowy.
Gk04062008,G1451, Gk06062008,G0430.
Inny świat.
Wróciłem z tajemniczego Klasztoru pełen radości, energii i nadziei na lepsze
życie.
Bardzo szybko minął mi nastrój euforii, pozostał smutek i żal za chwilami
szczęścia i wróciłem znów do codziennej walki o przetrwanie.
Lecz trzy dla mnie ważne kobiety w moim życiu: Nanka, Karina i Malka, niosą
już teraz w moim życiu pokój, miłość i radość.
Nie wiąże mnie z nimi nic po za związkiem serc i ducha, a miłość jest tu
ulotnym spoiwem
samotności.
Są wspaniałe swoją obecnością i staram się im pomagać jak umiem a one
wciągają mnie w wir subtelnych uczuć.
Czy spotkam się z ich miłością, ukojeniem i cichością ducha?
Wróciłem teraz do innego świata, do innych barw, chaosu cudzych myśli i
konsumpcji.
Nie umiem się tu odnaleźć i nie umiem tu trwać.
Te moje ulotne miłości, z ducha płynące, to powroty do rzeczywistości,
stabilności i mocy.
Inny, nie mój świat odrzuca mnie, nie jestem stąd i tu jestem tylko
zagubionym pyłkiem.
Wróciłem kolejny raz do niego.
Nie mogłem zostać na tamtej ziemi, wśród złomów skał i gór, czystego
powietrza.
Tu w mieście muszę czekać na powrót jasnego nieba i blasku słońca.
Pochłania mnie cień tego miasta i odgradza od miłości i pożądania.
Brutalny, chciwy i wyrachowany, wciąż ten sam, wciąż zniewalający.
Tu trwam jak popękany grób, jak ledwie widzialny ślad przeszłości.
Czy przetrwam?
Żyję wciąż ze świadomością codziennych kłopotów, zagrożeń i niepokojów,
przypływów i odpływów nastroju.
Czy przetrwam te zmagania ze swoimi słabościami?
Pewnie tak i to dzięki tym serdecznym przyjaźniom.
Zaintrygowane moją otwartością i życzliwością inaczej mnie odebrały niż
mogły i zrozumiały mój świat pojęć.
On odrzuca mnie a ja go przygarniam z tym wszystkim co ze sobą niesie.
Nie pojmuję go a dziewczyny przygarnęły mnie jak zbłąkanego wędrowca czasu i
przestrzeni i zrozumiały moją misję poszukiwania prawdy.
Ten inny już świat nie powróci do rzeczywistości tworzenia ducha.
On przeminie i będzie inny, z nowymi nadziejami i zdarzeniami budowania
miłości, zrozumienia i życzliwości.
Ten nowy inny już świat powstaje i tworzy się, lecz jeszcze go nie
dostrzegamy, zatruci magmą konsumpcji i wirtualnej rzeczywistości, która
pochłania nasz ból i cierpienie.
Zapis senchotronowy.
Gk03062008, G1343
Gk06.06.2008, G2035
Wagon.
Refleksje o
marzeniach.
Autobus z Krosna zmierzał w swoim rytmie do Rzeszowa i mijał
przystanki dla zbłąkanych podróżnych.
Szukałem w myślach szczęścia, które pochłaniało mnie jeszcze kilka chwil
temu w mieście, które zostawiłem za sobą.
Moje wspomnienia krążyły jeszcze wokół półek z książkami księgarni
Klasztoru, wokół ciszy i spokoju tego miejsca, wokół jego pokory i miłości.
Wcale nie pragnę wracać do mojego miasta, pełnego złudnego piękna, niepokoju
i chaosu.
Uciekłbym już teraz do leśnej ciszy, zielonych łąk pełnych kwiatów,
brzęczenia owadów i jezior zmarszczonych powiewem wiatru.
Wciąż szukam mojej ostoi, nie umiem jej odnaleźć, jest ona wciąż dla mnie
nie odkrytą
tajemnicą.
W tych spotkaniach z własnymi myślami, siedząc oparty o wygodny fotel,
przyplątał mi się dziwny i niedorzeczny na pozór pomysł.
Wagon!
“kupię sobie wagon kolejowy,
najprawdziwszy z prawdziwych”.
...myślałem gorączkowo i kalkulowałem sobie, że nie stać mnie
teraz na kupienie ziemi i domku na wsi, i nie wiem nawet jeszcze gdzie i w
jakim zakątku kraju by to było.
Lubię podróże i przenoszenie się z miejsca na miejsce, więc nie wiem czy w
tym domku długo bym wytrzymał, nie stać mnie też na samochód i właściwie nie
powinienem już prowadzić pojazdów.
Jednak bez samochodu życie na wsi jest obecnie niemożliwe...
Więc ten wagon kolejowy, będzie bardziej realny niż domek na wsi...
Spełniałby i łączył moje potrzeby częstego przenoszenia się z miejsca na
miejsce, ucieczki do nowych realiów i zdarzeń.
Do czego by mi służył?
Stałby sobie na bocznicy stacji kolejowej i byłby moim domem zapasowym.
Stałbym się wtedy podróżnikiem moich marzeń o dalekich podróżach od jednego
krańca Europy po drugi i wreszcie zwiedzałbym jej zakamarki, jako doczepiony
wagon do innego pociągu.
Gdybym chciał, mógłbym nawet zapuścić się aż po Ural i może nawet na
Syberię...
Byłbym podróżnikiem, toczącym swe koła po własnych torach marzeń i nadziei,
z miasta do miasta i z kraju do kraju...
Czy takie życie sprzyjałoby moim poszukiwaniom szczęścia, miłości i prawdy?
Tego nie wiem, na pewno przybliżyłbym je do siebie.
Życie takie byłoby moim trwaniem i przemykaniem się wśród trudów
codzienności.
Szukałbym znowu samego siebie, lecz to poszukiwanie byłoby pełne radości dla
mnie i przyjaciół ze mną podróżujących.
To mógłby być nawet zestaw wagonów z piękną starą lokomotywą, cały wielki
historyczny pociąg.
Ile z nim związanych jest możliwości to trudno zliczyć i można by je tak
wyliczać bez końca.
Pozostanę na razie jedynie przy pomyśle salonek, wygodnych kuszetek i
sleepingach, Objazdowej Galerii Obrazów, organizacji wypraw dla chętnych
osób w zakamarki Europy, organizacji spotkań naukowców z kącikami do pracy
twórczej dla nich w przedziałach itd., itp.
To są na razie tylko pomysły i kto wie czy się dalej rozwiną...
Cały czas pochłania mnie myśl na temat czy dobrze robię pisząc o nim.
Nie chciałbym mówić jeszcze o jego realizacji, bo to są inne drogi
działania, zależne od wielu czynników.
To jest po prostu kolejny pomysł na ziemski biznes o różnych aspektach i
wymiarach, ale mój cel jest inny, zupełnie inny i wręcz dziwaczny i nie
zgodny z wymogami współczesności.
I tu jest potężna trudność i
przeszkoda w jego realizacji dzisiaj.
Chętnie otworzyłbym dyskusję nad tym pomysłem i jego celami.
One są jego wykładnią.
Zapis senchotronowy.
Gk11062008, G0503.
Inny świat.
Anna.
Annę znam już
od bardzo dawna. Ma ten sam znak zodiaku i łączą nas pewne podobieństwa, ale
Anna jest zupełnie kimś innym.
Jest dla mnie osobą ponadczasową i z innego świata i mocno stoi nogami na
ziemi.
Niesie innym dobro i miłość i poświęca im swój czas i zdrowie, by łatać
dziury nieskończoności.
Uciekła na wieś by stworzyć sobie swój prawdziwy dom.
Odnalazłem ją niedawno, szczęśliwą i zapracowaną codzienną rzeczywistością.
Przygarnęła mnie, starego egocentryka, na chwilę pod swój dach i dała
posmakować swojego świata.
Uporządkowanego, zorganizowanego, spokojnego i stabilnego swoją trwałością.
Innego dla mnie świata, zbudowanego z delikatnej materii uczuć dla rodziny,
natury i Wszechświata.
Odnalazłem teraz prawdziwą Annę, twardo stojącą nogami na ziemi lecz wciąż
subtelną i delikatną.
Zrozumiała mnie i poratowała jak zawsze życzliwymi radami nie skąpiąc nawet
„zimnych pryszniców", by przywrócić do rzeczywistości.
Pokazała mi jak żyje i jak rodzinie oddaje swoją miłość.
Jej świat jest dla mnie ciągle innym światem, którego progów jeszcze nie
umiem przekroczyć.
Czeka on na mnie cierpliwie, wyciąga swoje dłonie a ja ciągle przed nim
uciekam i go szukam.
Ciągle nie umiem jeszcze otworzyć się przed nim i zobaczyć go na
wyciągnięcie ręki.
Widzę go i dotykam wśród innych, lecz ciągle zanurzam się w swojej ciasnej
rzeczywistości.
To mi ukazała Anna, bez żadnych wizji i zwidów, łagodnie, subtelnie i
delikatnie.
Tak zwyczajnie od serca, bo Anna jest zawsze dla mnie kobietą z innego
wymiaru i z innego świata.
Taką ją poznałem i taką ją odkrywam i taką ją wciąż odnajduję w codziennej
rzeczywistości.
Zapis senchotronowy.
Gk14062008, G1419.
Inny świat.
Basia.

Wracałem po niedokończonym egzaminie w Szkole Morskiej w
Gdyni, do domu.
Nie skręciłem od razu do niego, ale poszedłem kawałek dalej ul.10 Lutego.
Na drzwiach księgarni nr 62 zobaczyłem ogłoszenie, że potrzebny jest do
pracy sprzedawca.
Zainteresowałem się i wszedłem do środka.
Chyba zrobiłem dobre wrażenie na Kierowniczce, bo zleciła mi załatwiać
sprawy przyjęcia do pracy w Dyrekcji w Gdańsku.
Potem zacząłem pierwszą w moim życiu pracę.
Niewiele z niej pamiętam.
Tylko Macieja intelektualistę, który pracował jako sprzedawca i panią Kasię
z kasy, która była w głębokiej ciąży i miała za męża reżysera filmowego,
Bułgara.
Urodziła mu potem bliźniaki i już więcej nie znam szczegółów z ich życia.
Podobno znacznie później rozwiedli się, ale nie wiem tego na pewno.
W innym czasie do księgarni zaczęła zaglądać dziewczyna z małym dzieckiem w
wózeczku.
Pracowała tu kiedyś i po urodzeniu dziecka poszła na urlop macierzyński.
To była Basia, drobna brunetka, bardzo sympatyczna, energiczna i rzucająca
zalotnie na boki oczami.
Oczarowała mnie.
Mieszkała niedaleko i zaprosiła mnie później w odwiedziny do siebie, gdzie
mieszkała z mężem i matką.
Potem, już zaczarowała mnie i nie wiedziałem co się ze mną dzieje.
Pamiętam miłe wspólne spacery, długie rozmowy i pokaz gwiazd przez lunetę w
moim domu.
Była tam wtedy razem z mężem i malutkim dzieckiem...
A potem zaczęły się loty samolotem do Warszawy i noclegi w Hotelu Metropol,
jej studia bibliotekarskie i moja samotność, gdy byłem z nią razem.
Zdarzenia biegły swoim torem, przeżywałem wielkie uczucie miłości, jedności
i wielkiej z nią bliskości...
Powroty do domu były dla mnie powrotem do świata fikcji i złudzeń.
Mój inny świat trwał we mnie, lecz nadal budowałem z nią więzi...
Spotykaliśmy się czasami na Bulwarze Gdyńskim a Basia poszukiwała silnej
męskiej ręki, która otoczyłaby ją i dziecko swoją wrażliwością.
Nie umiałem jej jeszcze tego dać i nie potrafiłem, i chłód zaczynał wkradać
się w nasze spotkania.
Nie podźwignąłem tej wielkiej odpowiedzialności i pozostawał smutek,
rozczarowanie i żal za spełnionym uczuciem.
To wspomnienie pozostawiło we mnie ślad, którego rysa do dzisiaj tkwi we
mnie...
Drąży ona moje życie bez przerwy i cały czas pozostawia bruzdy, wdzierając
się we mnie i burząc spokój życia.
Kolega Basi ze Studiów, zaopiekował się mną podczas ostatniej już mojej
wizyty w Warszawie.
Odradził bezpośredni powrót do Gdyni a zachęcał do wyjazdu z nim do Torunia.
Przekonywał mnie, że tak będzie lepiej dla mnie i ogólnej sytuacji.
Basia unikała mnie i nie chciała się już ze mną spotykać.
Wytłumaczył mi, że ona bawi się mną, że to już jej taka natura zdobywać
mężczyzn i odrzucać jak kaprys, bo ją dobrze poznał, że jego też uwodziła,
ale nie udało jej się...
Nie umiałem tego pojąć, bo głębokie uczucie, to dla mnie kryterium najwyższe
i nie wiedziałem, że można je przyjmować inaczej.
Mnie nie interesowały przelotne romanse.
Życie jednak rządzi się swoimi prawami, lecz wtedy tego nie wiedziałem
wstrząśnięty postawą Basi.
Odrzuciła mnie jak zepsutą zabawkę i zostawiła swojemu losowi.
To samo uczyniła z mężem, zostawiając sobie dziecko.
Czasami widywałem ją z daleka na spacerze...
I pozostawał mi wtedy tylko smutek i żal za ulotnymi chwilami i nie zatarte
wspomnienia, jak rysa na diamencie.
Zapis senchotronowy.
Gk14072008, G2259.
Gk20072008, G0222.
Inny świat.
Ukłon dla Malki.
Byłem dziś w miejscu, do którego chrześcijanin nie wstępuje nigdy, nawet
taki który waha się w swojej wierze.
Zaniedbany i odrapany, z łuszczącą się ze ścian resztką farby, budynek
synagogi w Gdańsku z 1927r., podziałał na mnie zapachem historii, innej
wiary i zupełnie innego świata.
Teraz jest to jeszcze, zamknięty na głucho wakacjami, budynek Szkoły
Muzycznej.
Nie mogłem się tam dostać więc obszedłem go na około próbując wejść na jego
zaplecze.
Dostępu do niego broniły płoty, chroniące własności sąsiadujących z nim
handlowych posesji. Na moje szczęście dostrzegłem fragment niskiej zabudowy,
czegoś co przypominało doklejone do głównego budynku pudełeczka.
Aby tam dojść musiałem obejść duży fragment handlowych pasaży, by przedostać
się do nich wzdłuż potężnego skrzyżowania i to już z ich drugiej strony.
Do pudełeczek, dostałem się od innej ulicy.
Dwa lata temu, podczas załatwiania sobie nowego plastikowego dowodu
osobistego, wynikła sprawa niepoprawnej pisowni nazwiska rodowego mojej
mamy. Zapisane ono było w różnych aktach urzędowych z błędem zmieniającym
jego pisownię.
Wtedy pierwszy raz w życiu, tak na poważnie, zezłościłem się na to, że pani
urzędniczka nie chciała zapisać poprawnej pisowni tego nazwiska.
Nie pokazałem tego po sobie, ale stwierdziłem, że to co zapisano w aktach
jest niezgodne z prawdą.
Miałem ze sobą różne dokumenty i dowody, ale urzędniczka nie uznała ich
zasłaniając się przepisami. Dla niej istotny był akt małżeństwa rodziców
gdzie był błąd w nazwisku rodowym mamy.
Od tego momentu postanowiłem, że doprowadzę do sprostowania ich.
Do dnia dzisiejszego mam już wiele różnych dokumentów i zaczyna mi się
wyłaniać obraz dziejów mojej rodziny.
Wśród nich mam metrykę z 1903r., z księgi urodzeń i chrztów mojego dziadka,
napisaną ręcznie w języku starorosyjskim.
Mam z nią duże kłopoty związane z przetłumaczeniem, ponieważ tłumacze
przysięgli (przynajmniej ci, którym proponowałem przetłumaczenie tego
tekstu) na wiadomość, że to tłumaczenie ma być dowodem w sądzie, wycofują
się pomimo proponowanej im dobrej zapłaty.
Obecnie znalazłem grafologa z uprawnieniami, który podjął się
przetłumaczenia tego dokumentu.
Jest ono potrzebne do tego, aby sąd miał podstawę do ustalenia prawidłowości
pisowni nazwiska rodowego mojej mamy i dzięki tej decyzji będzie można
urzędowo poprawić wszystkie akta i dokumenty.
Poszukiwanie śladów mojej rodziny zatacza już coraz szersze kręgi.
Wiem, że pradziadek Wojciech miał młyn wietrzny w Połajewie, w dawnym
powiecie nieszawskim, że urodziło mu się troje dzieci, Zygmunt, Stefania i
mój dziadek Józef.
Ślady prowadzą do starszych braci w wierze, więc aby je sprawdzić zajrzałem
do budynku dawnej synagogi a obecnej już w nim ostatni rok Szkoły Muzycznej.
Przyjęto mnie w przyklejonym do niej pudełeczku jak z innego świata,
wysłuchano i dodano rad co dalej mógłbym ewentualnie zrobić.
Niestety nic więcej nie mogłem załatwić, bo moja sprawa nie miała rangi,
która dotyczyłaby świata starszych braci w wierze.
Po wyjściu i przekroczeniu furtki w ogrodzeniu nagle znowu wstąpiłem w świat
innej rzeczywistości, do chaosu, hałasu i braku poczucia wartości.
W synagodze rozmawiałem z osobą, która nie wstydziła się swojej wiary.
Opowiedziała mi o swoim mężu, który jest chrześcijaninem i obecnie z ogromną
pasją bada dzieje rodziny a ona znając język rosyjski tłumaczy mu różne
związane z tymi sprawami dokumenty.
Jest ona dla mnie przykładem możliwości współistnienia różnych kultur,
wyznań i harmonijnego tworzenia nowego życia.
Życzyła mi szczęścia w poszukiwaniu śladów rodziny wypowiadając je w
poczuciu zrozumienia dla mojej sprawy.
I tak penetrując świat moich dawnych i zapomnianych powiązań rodzinnych
dotknąłem niechcący innego, zamkniętego świata, który jest obok nas i trwa,
budując swoją własną historię.
Wspólnie tworzymy nieogarniętą cząstkę Wszechświata, jego trwanie i budzenie
nowego życia, choć ten nasz wspólny świat nie jest oazą jedności i spokoju.
Zapis senchotronowy.
Gk23072008,G0151.
Nocny dyżur.
Jest już godzina 01:51 i mam
nocny dyżur.
Czekam z niecierpliwością na godz.7:00 rano.
Dłuży mi się on bardzo, bo na początku sierpnia planuję wyprawę do Połajewa
pod Radziejowem i już najchętniej teraz wsiadłbym do pociągu, aby tam
jechać.
Urodził się tam mój dziadek, którego nie znam, bo zmarł młodo we Włocławku w
1945r., z braku lekarstw.
Jego ojciec a mój pradziadek miał w Połajewie młyn wiatrowy.
Dziadek był dobrym człowiekiem, pewnie tak dobrym jak moja Babcia Helena i
moja Mama, która często go wspomina ze łzą w oku.
Nie wiem po co tam jadę, ale bardzo mocno tego pragnę i jestem przekonany o
konieczności tej wyprawy.
Już nawiązałem kontakty z tamtejszymi mieszkańcami i według nich trudno
będzie jeszcze znaleźć ślady bytności pradziadka Wojciecha.
Nie ma tam już wiatraków i pamięci tamtych ludzi i zdarzeń.
Lecz ciągnie mnie tam niewidzialna siła i wewnętrzny nakaz woli, że mam tam
właśnie być i to teraz w najbliższym czasie.
Ta wyprawa to nie kaprys czy przyjemność, to trudna dla mnie i wyczerpująca
praca. Nie przeprowadzałem jeszcze specjalnych rozmów i wywiadów z nikim i
nie wiem czy umiem to robić.
Umówiłem się już na spotkanie z panem Ryszardem Pernakiem, którego polecił
mi w rozmowie telefonicznej, wójt gminy Radziejewo.
Pan Pernak ma już blisko 80 lat interesuje się historią i jest chodząca
encyklopedią gminy.
Jest bardzo sprawny i pamięta bardzo dużo zdarzeń z dawnych czasów.
Moje poszukiwania mogą wydać się dziwne i nie na miejscu, zbyt kosztowne,
ale dzięki nim choć na chwilę zajrzę w dawne czasy i na zapomniane dzieje
ludzi i mojej rodziny.
Jej ślady zagubiły się gdzieś na ścieżkach czasu i krążą we Wszechświecie
oczekując na odnalezienie w rzeczywistości.
Poznam też nowych ludzi, ich myśli i uczucia, i dotknę też historii dziejów.
Mam odczucie, że pradziadek Wojciech życzyłby sobie tego, bym odnalazł
zagubiony czas i poznał go. Być może mam je tylko utrwalić na papierze, ale
sądzę, że przesłanie tych poszukiwań jest znacznie głębsze i bardziej
tajemnicze.
Jest to dla mnie piękna i pasjonująca przygoda, która wciąga i pochłania, by
ustanowić równowagę zamierzchłych czasów i dzisiejszych zdarzeń.
Kupiłem dzisiaj piękny brulion z wizerunkiem młyna wiatrowego.
To był grzech, ale musiałem go popełnić, bo ten brulion był dla mnie
przeznaczony.
Wart był tego, tak jak warta jest grzechu każda piękna kobieta.
Gdy pochwaliłem się nim w aptece obok, to subtelna kobieta dostrzegła na nim
motto, którego z powodu mojego słabego wzroku nie widziałem wcześniej:
„Marzenia poruszają wyobraźnię".
Na każdej stronie brulionu jest też zapisane zdanie:
„Nawet
pomyślny wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma wyznaczonego celu".
Mój cel jest zawsze jeden i ten sam, nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy
i wyznaczoną drogą szedłem już cały czas.
„poszukiwanie prawdy i znajdowanie jej..."
Z moich dawnych snów, wiem, że mam szukać jej też tam w
Połajewie i Radziejowie.
Jest 02:37 i czekam z niecierpliwością na zakończenie dyżuru,
by pojechać rozklekotanym tramwajem nr „4" do domu.
By szybko odespać nocny
dyżur i przepisać notatki na czysto, by dopełnił się i zaistniał przekaz
treści.
Chciałbym skrócić czas liczenia godzin do wyjazdu.
Będę tam szukał zagubionej prawdy o młynarzu Wojciechu i jego rodzinie.
Bardzo wolno płynie mi czas. Zostawiłbym to wszystko teraz i
odszedł , by wsiąść do pociągu, który zabrałby mnie na krańce świata...
Teraz nie mogę tego zrobić, jeszcze kajdany obowiązków
trzymają mnie i cisną swoim brzemieniem, zabierając resztki świadomości z
oczu.
Brzask poranka powoli wkrada się w opary ciemności i
rozświetla ją.
Zbliża się już, jest coraz bliżej i niedługo będę mógł stąd odejść.
Sen zakleja mi powieki swoim ciężarem. Walczę na jawie o jasność myśli, lecz
ciągle przegrywam tracąc resztki sił i chęć do czuwania.
Brulion leży tuż przede mną i woła do mnie rozłożonymi okładkami jak
skrzydłami wiatraka:
„Marzenia poruszają
wyobraźnię”.
„Nawet pomyślny wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma
wyznaczonego celu”.
Więc marzę już o spotkaniach i rozmowach w Połajewie i
Radziejowie.
O chwilach przepełnionych
radością i poczuciem szczęścia o chwilach bycia wśród ludzi zrodzonych z
prawdy.
Zapis senchotronowy.
Gk19082008, G2033.
Wiatrak.
Chciałbym zbudować prawdziwy młyn wiatrowy i to najbardziej popularny kiedyś
w Polsce KOŹLAK.
Może mi się to uda.
W notatniku, który zapełnia się już moimi zapiskami, są motta, o których już
poprzednio pisałem:
„Marzenia poruszają
wyobraźnię”,
„Nawet pomyślny
wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma wyznaczonego celu”.
Teraz moja wyobraźnia marzy o postawieniu Koźlaka właśnie tam
w Połajewie, gdzie kiedyś mój pradziadek Wojciech miał młyn.
Byłem tam niedawno.
Widziałem tam miejsce a na na nim wzniesienie gdzie stał
kiedyś wiatrak.
Nie ma go już a właściciel ziemi wspominał mi, że jeszcze niedawno temu
wyorywał tam kawałki drewna po starym wiatraku.
Czy to był młyn mojego pradziadka?
Nie wiem, ale wiele rzeczy na to wskazuje, że tak mogło być.
Byłem też w Radziejowie i Piotrkowie Kujawskim i tam dużo rozmawiałem,
szukając śladów bytności mojej rodziny.
Dzieje jej z przed ponad 100 laty już zaginęły. Niczego nie znalazłem.
Z ustnych przekazów dowiedziałem się tylko o bardzo odległych śladach i
mglistych wspomnieniach.
Wyrażano mi też żal za mądrymi starcami, którzy już kilka lat temu odeszli
do wieczności.
Jak mnie zapewniano, rzuciliby więcej światła na stare dzieje.
Tym moim wyjazdem powinienem być mocno rozczarowany i żałować wydanych w
podróży pieniędzy, ale…,
W tej mojej wyprawie i misji przez losy i dzieje mojej rodziny jest cały
czas słowo "ale..."
Lecz nie mam wcale poczucia straconego czasu, sił i pieniędzy, ani też
poczucia, że świetnie bawiłem się.
Często też zastanawiam się nad sensem moich działań, lecz zwieńczeniem tych
moich niepokojów, jest ostatnia wiadomość od Malki, że chce ze mną wybrać
się do Połajewa, Radziejowa i Piotrkowa Kujawskiego.
Właściwie to dzięki spotkaniu jej w maju tego roku w pociągu relacji Rzeszów
- Częstochowa, rozpocząłem po 2 latach przerwy dalsze poszukiwania śladów
mojej rodziny.
Ona rzadko do mnie pisze, bo jest zajęta natłokiem swoich spraw.
Może ta nasza wyprawa nie dojdzie w ogóle do skutku, ale jej chęć wyjazdu na
Kujawy ze mną, podniosła mnie bardzo na duchu, dodała nowych sił, energii i
przekonała mnie, że te moje działania nie idą na marne.
Zobaczyłem też, że jest ktoś kto wspiera mnie w moich inicjatywach.
Z tych emocji wykluł się mój kolejny pomysł i pragnienie.
Od pewnego czasu drzemało już i dojrzewało ono w zakamarkach moich myśli...
- WIATRAK...,
tam w Połajewie muszę
postawić wiatrak i w ten sposób próbować wrócić do dawnych kart historii.
Brakuje mi jakichkolwiek danych czy rysunków konstrukcyjnych.
Szukam ich intensywnie już od długiego czasu i dopiero po dwóch tygodniach
od przyjazdu z Połajewa, trafiłem na nie zupełnie przypadkowo.
Uważam, że w tym naszym ziemskim życiu przypadków nie ma.
Te informacje dały mi teraz podstawę do dalszych konkretnych i zdecydowanych
działań.
Postawię go. Bardzo tego chcę i pragnę.
Jedyne co może mi w tym przeszkodzić to zupełny brak funduszy, ale po
rozmowach z różnymi osobami i ich zainteresowaniu się tymi sprawami sądzę,
że te trudności może uda mi się pokonać.
Czekam teraz na wiadomość od Malki i jej przyjazd, abyśmy mogli razem i
wspólnie z moją córką Danielą wyruszyć na poszukiwanie przeszłych dziejów i
śladów myśli dawnych ludzi.
By dopełnić kart historii o pradziadku Wojciechu, dawnym młynarzu z
wiatrowego młyna.
Zapis senchotronowy.
Gk19082008, G2033.
Lubię Malkę.
Polubiłem tę dziewczynę, bo da się ona lubić.
Widziałem się z nią tylko raz, kiedyś, przez krótki czas w pociągu.
Po rozmowie wymieniliśmy numery telefonów i adresy e-mail.
Potem czując niedosyt życzliwości i kontaktów zacząłem pisać do niej maile,
bo mam potrzebę w taki sposób dowartościować się.
Malka doceniła wynurzenia starszego człowieka.
Pisałem jej o samotności, cierpieniu o tym, że lubię teraz przelewać moje
nastroje i odczucia na papier.
Od początku znajomości poczułem do niej ogromną sympatię i więź.
Pomyślałem wtedy, ze jest to mądra i dojrzała dziewczyna i zobaczyłem też
oczami wyobraźni jej ojca.
Później napisałem do niej, że według mnie córka jest odbiciem wizerunku ojca
i sądzę, iż jej ojciec jest mędrcem.
Dzięki niej odżyły moje tęsknoty za poznaniem dawno zapomnianych dziejów
mojej rodziny.
Gdy niepokój o sens moich działań zaczął wkradać się znowu do mojego serca,
niespodziewanie pojawiła się mówiąc, że chce jechać ze mną na Kujawy i pomóc
mi w szukaniu śladów rodziny.
Jak nie polubić takiej dziewczyny, gdy moje serce jest już wystudzone
kłopotami i trudami codzienności.
Częste wątpliwości żony, brak możliwości spotkań z Kariną, to przeszkody,
które mnie ograniczają i wtedy szukam już gdzie umiem i mogę życzliwości i
zrozumienia.
Nie wstydzę się mojego uczucia przyjaźni i braterstwa do Malki.
Nie mam przyjaciół, bo jestem dziwny i niezrozumiały dla nich.
Malka pojęła mnie i moją skomplikowaną naturę, moje trudne myśli.
Gdy powiedziałem już jej raz, że ją bardzo lubię, to nie wyśmiała mnie, lecz
przyjęła to w poczuciu wiary swoich ojców, sióstr i braci.
W tym podejściu pokazała mądrość swojej rodziny i wiedzę ojca.
Malka wyszła teraz za mąż, jest bardzo daleko a ja wciąż wspominam ją, bo
ogarnia mnie wciąż sobą i moje myśli do niej ciągle powracają.
Na moje listy odpowiada rzadko, lecz krótko i treściwie.
Lubię o niej myśleć, lecz obawiam się często czy nie zawracam jej głowy
swoimi dziwacznymi pomysłami.
Malka to dla mnie teraz dobry znak, dar niebios i pomoc a także natchnienie
w moich trudnych sprawach i przedsięwzięciach.
(godz. 00:28)
Dopisek 05.04.2009r.:
Ojciec Malki zmarł nagle
w wrześniu 2008r. Pośmiertnie został mu nadany tytuł cadyka.
Zapis senchotronowy.
Gk6052007.
Czekolada.
Wczoraj zrobiliśmy wyprawę
na gorącą czekoladę.
Ja i moja córka Danielka, jedyne moje duchowe wsparcie w tych codziennych
trudach.
Najpierw Hospicjum w Sopocie. Tam zostawiłem nadzieję kontaktu ze światem,
dla bezrobotnego Zdzicha.
Chwila wspomnień ożywiła mnie i przywołała obrazy szczęścia i bycia razem z
bliźnimi, wspólnej pracy, by nauczyć się jej szukać.
Tam nas z tym poznawano, bezdomnych i bezrobotnych.
Mamy domy, rodziny i pracę, lecz to pustka i zatracenie bez życia i bez
miłości, bez wzajemnego oparcia się.
Oplute są prozą bytowania w codzienności, w zabieganiu o miskę kartofli,
kromkę chleba i kostkę margaryny.
Wspomnienia opłynęły mnie swym oparem życia.
Tam byłem sobą, żyłem i doświadczałem zrozumienia. Pewnie wrócę tu jako
szkielet człowieka, zgnębiony niemocą boleści i znowu będę sobą, będę żył
dla innych, by trwać w miłości.
Jest tam Kaplica, świadek istnienia Boga, jego miłości i miłosierdzia. Tam
oddawałem mu cześć i chwaliłem jego niezmierzoną Wielkość. Tam wielbiłem Go
i prosiłem o Łaskę bycia człowiekiem.
Lecz on zapomniał o mnie.
Potem przeskok do „Józefa K.", w inny wymiar, w kolejne spełnienie marzeń o
szczęściu.
Choć na chwilę, choć na drgnienie powiek. Było dobrze, aż za dobrze, ale
spełniło się. Potem kafejka „Zaścianek" z aromatem ostrokrzewu i powiewem
melancholii.
Potem Molo dalekie, bo bramki kas do biznesu broniły dostępu do tchnienia
morskiego wiatru i wolności.
Potem piasek plaży i zdjęcia w plenerze i to cholerne zmęczenie, ciągłe
zmęczenie co wlewa się w każdy zakamarek duszy.
Potem już proza życia i powrót do zdarzeń dnia, do bycia wśród ludzi, bycia
nikim.
Zapisy senchotronowe.
Gk29082008,G0020.
Nocny dyżur 2.
Samotny kot przechadza się po pustej drodze asfaltu.
Brnę przez mokre i wysokie trawy łąki, jak samotna łódź wśród fal oceanu.
Sięgają one wysoko, prawie do pasa i są jak macki ośmiornicy.
To samotna i zapomniana łąka, skrawek natury wśród betonu pionowych ścian i
asfaltu drogi.
Kot zniknął już w ciemnościach, wystraszony szelestem moich mokrych nogawek.
Spadł przed chwilą rzęsisty deszcz i oderwane od życiodajnych traw pająki i
robaki siedzą jeszcze niespokojne na moim ubraniu.
Nie wrócą już do siebie, otrząśnięte z wierzchniego okrycia na płytki
glazury mojego pomieszczenia.
Rynna obok, głośno gada resztkami kropel a radio gra dźwiękami muzyki
poważnej. Już nie słucham stacji, gdzie przeczytali moją wiadomość i znowu
kolejny raz zachęcali by głosować i wygrać.
Nie udało mi się tym razem i nie udaje mi się wygrać w tych grach o bogactwo
i wygodne życie.
Zostałem sam na nocnym dyżurze z moimi marzeniami o miłości i spełnieniu.
Jest już północ, wiatr szumi i rusza gałęziami a letni dym z komina niesie w
ciemnościach nocy swoje pasma. Kręci mi się od nich w głowie a skurczone
oparami dymu oskrzela wołają ciągle o dopływ świeżego powietrza.
Kawa budzi mnie znowu do zrywu świadomości.
Marzę, bo tylko pozostały mi marzenia, by trwać w ułudzie istnienia w
przestrzeni mojego świata.
Lubię go, bo to mój własny świat. Nie jest on tym z kolorowych okładek i
szklistego ekranu, ale to jest mój świat, którego dotykam co dzień.
Moje marzenia poruszają wyobraźnię.
Spełniam je sam dla siebie i wielu nie pojmuje moich czynów, myśli i słów.
Płyną minuty i godziny nocnych ciemności, moja astma przypomina się znowu
krótkim i świszczącym oddechem. Powietrze wciąż jest otulone mgłą dymów z
kominów.
Mam wrażenie, że sam sobie wybrałem to miejsce do pracy.
Uważałem, że lepszego nie znajdę. Wskazano mi je kiedyś i wtedy dokonałem
wyboru.
Czy dobrego? Jeszcze wciąż nie wiem.
Stykam się tu szczególnie z oparami wilgoci i dymu z palenisk domowych, ze
spalinami lokomotyw manewrowych z pobliskich torów kolejowych.
Nie wiedziałem wcześniej o tym.
Wtedy zamykam okna i liczę upływające minuty, by przetrzymać trudne chwile
braku świeżego powietrza. Trwa to bardzo długo, ale dalej uważam, że
lepszego miejsca do pracy niż tutaj dla mnie nie ma.
Może mylę się co do wygody i warunków tej pracy, ale tu przy tym czarnym i
niewygodnym biurku powstało już moje 160 listów do Joanny i opowiadania
nocnego stróża.
Tu one się narodziły i tu stworzyła się moja pasja.
Teraz tym żyję i choć moje opowiadania nie są zgodne z obowiązującymi
obecnie w świecie normami i zasadami, to dla mnie są ważne.
Samotny kot zmierza po pustym asfalcie ku swojemu przeznaczeniu.
Dokąd zmierzam w swojej samotności i w przenikaniu codzienności?
Wciąż jeszcze nie wiem.
Lecz moja łódź życia, miotana ciągle falami przeznaczenia, wciąż zmierza ku
swoim celom i pragnieniom.
Zapis senchotronowy.
Gk15092008,G0252.
Odejdź z tego domu.
Nie wiedziałem, że kłopoty rodzinne mogą tak dokuczać i być tak mocnym
piętnem na sercu i duszy.
Już od dawna żona i syn nie chcą, abym razem z nimi mieszkał.
Nie raz mi już o tym mówili, że mam odejść z tego domu, który w połowie jest
moją własnością, bo tak stanowi akt wykupu mieszkania.
Zgodziłem się na to, bo mam już dość niepewności, niepokojów, dziwacznych
zależności i braku miejsca dla mnie w tym małym mieszkaniu.
W swej szczodrobliwości żona chce zaciągnąć kredyt w banku i wykupić dla
mnie pokoik lub małe mieszkanie.Nie może go wziąć za dużo więc szukamy
czegoś poza Trójmiastem, bo tu mieszkania są dla nas za drogie.
Szukamy razem rozwiązania tej sytuacji i osobiście znalazłem już coś między
Wejherowem a Lęborkiem, też coś w Połajewie i pod Piotrkowem Kujawskim a
nawet pod Sanokiem.
Według wspólnego naszego pomysłu mam mieszkać niedaleko poza Trójmiastem i w
nim pracować.
Te moje propozycje, jak twierdzi żona, są jednak nie do przyjęcia, bo są
zbyt odległe od Gdańska.
Zdecydowałem się już zamieszkać tak daleko, lecz nie chciałbym jednak
opuszczać moich rodziców, mieszkających w Gdyni, by nie pozostawić ich bez
żadnej opieki.
To byłoby bardzo nierozsądne z mojej strony, bo Tata ma już 80 lat a Mama 77
i zmuszona jest ona stale opiekować się mężem, który bardzo wykorzystuje jej
dobroć i poświęcenie się, udając niezaradność.
Tak się nauczył w swoim życiu.
Moja znajoma Ania, włączyła się też w tę sprawę z propozycją sprzedaży
swojego rodzinnego mieszkania niedaleko Piotrkowa Kujawskiego, w Świeszu.
Mam teraz dylemat co zrobić i co wybrać i właściwie z powodu tego natłoku
informacji, podjąłem w końcu decyzję, żeby całkowicie dać sobie na razie
spokój z tymi poszukiwaniami.
Teraz potrzebuję ciszy i spokoju, bo chcę pisać nowe opowiadania.
Doszedłem do wniosku, że biorąc kredyty bankowe zakładamy sobie stryczek na
szyję, że ta nowa sytuacja wcale nie rozwiąże naszych problemów a wręcz
pogorszy już zaistniałą sytuację. Moje zarobki są jednak ciągle za małe.
Mam dzisiaj w niedzielę dyżur 24 godzinny.
Przebiegł on w atmosferze działań i myśli na temat poszukiwań mieszkania.
Przeprowadziłem w tej sprawie dużo rozmów telefonicznych.
Wyczerpałem już ostatnie moje limity minut w komórce.
Byłem z powodu poszukiwań mieszkania bardzo zadowolony, bo pomieszczenie w
mojej pracy wykorzystałem jako własne biuro a o takim często właśnie marzę.
Dzwoniłem też do znajomych z Wetliny w Bieszczadach.
Będąc u nich 2 lata temu mówili mi, że mają do sprzedania piękny dom pod
Sanokiem.
W sąsiedniej firmie, w dzisiejszą niedzielę, mieli dzisiaj dużo pracy.
Rozmawialiśmy co pewien czas w chwilach przerwy a Witold, szef tej firmy
uraczył nas żartem w kontekście mojego przenoszenia się w inne rejony
Polski.
Ten dowcip doskonale oddaje moje obecne nastroje, bo jestem już bardzo mocno
zdeterminowany, by uczynić podobnie:
„Młoda dziewczyna stoi na egzaminie na studia przed Komisją Egzaminacyjną.
Profesor stawia jej pytania:
- Jaka jest obecna polityka gospodarcza Polski?
Dziewczyna nie odpowiada.
- Kto jest obecnie premierem w Polsce?
Dziewczyna nie odpowiada.
- Kto jest obecnie prezydentem w Polsce?
Dziewczyna nie odpowiada.
Profesor pyta:
Skąd Pani jest?
- Z rzeszowskiego...
Profesor wstaje od stołu, podchodzi do okna i cicho mówi do siebie:
- Może to wszystko pieprznąć
i pojechać w rzeszowskie...
Bardzo chętnie bym tak zrobił, ale jesteśmy tak uzależnieni od pieniędzy i
zobowiązań, nie tylko wobec bliskich, że na razie nie mogę tego jeszcze
dokonać.
To błędne koło zobowiązań porywa nas wciąż w swoje wiry i zależności.
Potrzeba potężnej odwagi i determinacji, aby te pęta zniewolenia zerwać.
Niewiele mi już do tego potrzeba, lecz ciągły brak finansów jest dla mnie
ciężarem wielkim jak młyńskie koło, który ciągnie mnie na dno mojej
egzystencji.
Jestem jednak dobrej myśli, bo moją nadzieją są marzenia, które wciąż pragnę
spełniać.
Zapis senchotronowy.
Gk26092008, G2059.
Kuter GDY 50.
Dzisiaj znowu jestem na
dyżurze nocnym.
Jest potwornie zimno, bo nie mam jeszcze ogrzewania w moim pomieszczeniu i
ręce mi już grabieją.
Założyłem na siebie już wszystko co miałem.
Na dworze snują się dymy z okolicznych kominów a moje oskrzela zacisnęły się
znowu skurczem ich dymiącego ciepła.
Siedzę sobie w swoim pomieszczeniu i wędruję myślami po pokładzie kutra GDY
50 z Gdyni.
Ostatnio chętnie zaglądam tu częściej, by posmakować bursztynowego napoju z
sokiem imbirowym.
Siadam sobie w kąciku, pod pokładem „Baru Pomorza" i wspominam miłe chwile
spędzone tu z Kariną.
Nie możemy ostatnio znaleźć dla siebie wolnej chwili. Jesteśmy bardzo zajęci
borykaniem się z trudnościami życia codziennego.
Brak mi jej a burty pod pokładem kutra zapamiętały już tylko jej słowa i
myśli.
Czuję się tu dobrze i przez słomkę, powoli, spijam nektarowy smak napoju.
Nie jest mi smutno, ale teraz czuję się samotny.
Ten kuter, choć tchnie dobrocią i spokojem, potrzebuje spotkań we dwoje.
Stoi on zacumowany przy nabrzeżu Skweru Kościuszki a obok niego, jest teraz
szalupa, która w lecie roznosi zapach gofrów i słodkiego dżemu.
Siadam sobie pod pokładem w moim ulubionym kąciku, już na dłużej.
Chętnie wyjąłbym zaraz kartkę i pióro i pisał opowiadania.
Na razie nie mogę tego robić, bo bardzo ogranicza mnie presja braku
pieniędzy na różne moje pomysły i kłopoty codzienne.
Ciągnie mnie tu jednak coś nieuchwytnego i nie do zmierzenia.
Może to siedmiostrunowy dysk, który według Zosi jest zatopiony tu w basenie
portowym, niedaleko obok kutra GDY 50.
Przyprowadziła mnie tu niedawno na skraj Skweru Kościuszki i patrzyła na
mnie nic nie mówiąc.
Potem zapytała:
- Co czujesz?.
Może to była jej sugestia, ale wzmocniona jej właściwościami i czułem silne
przyciąganie, którego źródło było na środku basenu portowego.
Oddalając się od niego to przyciąganie zmniejszało się.
Zapytała znowu:
- Co czułeś?.
Odpowiedziałem jej tak jak
było, że poczułem coś dziwnego, że to było namacalne, że to było „coś" czego
nie znam, ale wiem, że jest.
Ona odpowiedziała mi, że była tam w środku, w tym dysku i to dzięki swoim
ponadzmysłowym właściwościom, że dotykała jego ścian i pulpitu, że on tam
jest i czeka na swój czas by się ujawnić.
Zosia opowiadała mi jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, a ja
skonfrontowałem te moje odczucia z krańca Skweru Kościuszki z tym, co już
dawno odczuwałem przychodząc tam sam lub z bratem na spacery.
Wciąż mnie tam coś ciągnęło do tego jednego miejsca.
Tak samo teraz powracam wciąż do kutra GDY 50 i siadam w kąciku dawnej
ładowni i piszę w myślach opowiadania sącząc powoli przez słomkę bursztynowy
płyn.
Brak mi tylko Kariny, jej uśmiechu i brązowych oczu pełnych namiętności.
Brak mi jej ciepła uczuć, jej słów o życiu i o przemijaniu.
Siedząc tak pod pokładem kutra Gdy 50 mam ciągle wrażenie, że za chwilę
zejdzie ona po krętych schodach z górnego pokładu i pojawi się w moim
samotnym życiu pełna radości i znowu szczęśliwa.
Zapis senchotronowy.
Gk- L08012009,G0536.
Magda o brązowych oczach.
Zbliża się już
poranek kolejnego styczniowego i mroźnego dnia 2009r.
Siedzę teraz szczęśliwy i
pełen radości, bo znowu piszę w dobrym i radosnym nastroju.
Jeszcze przed chwilą
chodziłem nerwowo po pomieszczeniu stróżówki, pełen różnych myśli i
niepokojów.
Bardzo dawno już nic nie
pisałem i to z bardzo prozaicznego powodu.
Moje kłopoty rodzinne
przygnębiły mnie i przygniotły swoim ciężarem zabierając resztki nadziei i
radości. Smutek wżerał się w każdy zakamarek mojego ciała.
Szukam teraz
nowego mieszkania, by oderwać się od otaczającego mnie nastroju
zobojętnienia i niechęci.
Dla pociechy i poprawienia
sobie nastroju, coraz częściej wyciągam mosiężną grudę w kształcie kropli na
krótkiej lince. Na niej malutki węzełek wskazuje mi miejsce mojego koloru.
To jest zabawa
w pytania i odpowiedzi. Bawi mnie ona i pociąga i daje dużo radości.
Nie czuję się fachowcem w
tej materii, ale nadzieje i dobre myśli jakie mi ta kropla mosiądzu daje,
poprawiają mi nastrój i samopoczucie.
Odpowiedzi wcale nie muszą
mi się sprawdzać, bo nie o to mi chodzi.
Skupienie myśli i
oddziaływanie podświadomości jest dla mnie bardzo ciekawe.
Dzisiaj o
poranku tego styczniowego dnia pytałem o imię kobiety i towarzyszki moich
przyszłych dni, która stanie u mego boku by razem pokonywać trudy życia w
pełni wzajemnego zrozumienia i życzliwości.
Podświadomość nazwała ją
Magdą o brązowych oczach i czarnych włosach.
Nie mam teraz przyjaciół ani
bliższych kolegów. Odwracają się ode mnie, bo dociera do nich z szybkością
plotki wiadomość, że odsunąłem się od lokalnej wspólnoty.
Podjąłem
ostatnio decyzję o uwolnieniu się od niemiłych już dla mnie przymusowych i
natrętnych obowiązków, które nic mi nie przynosiły, jedynie zniechęcenie ,
zmęczenie i niesmak.
Całe moje
życie, jak każdy z nas, marzyłem i pragnąłem gorąco by miłować i być
kochanym, lecz nie ze strachu, przymusu czy nakazu.
Zrozumiałem to dopiero
niedawno.
W samotności
opuszczenia, gdy jeszcze tylko Matka i córka ogarniają mnie swoją miłością,
wykreowałem sobie Magdę o brązowych oczach, moją nową przyjaciółkę, której
będę teraz szukał, bo wiem, że jest i czeka, by spełniła się nasza miłość.
Lubię tę
mosiężną kroplę, bo daje mi dużo nadziei, pokazuje mi moje pragnienia i
wypełnia marzenia.
Już teraz wiem kogo mam
szukać w życiu.
Kiedyś złapały
mnie na ulicy w centrum Gdańska cyganki i nie miałem możliwości od nich
uciec. Dałem sobie powróżyć z kart i wśród wielu sugestii pokazała mi
cyganka kartę mojej damy serca, której będę poszukiwał i ją w końcu odnajdę,
tę damę, którą przeznaczył mi Los.
Na przełomie
listopada i grudnia 2008r. byłem w Rymanowie – Zdroju na turnusie
rehabilitacyjnym. To rodzaj krótkiego 14 dniowego sanatorium.
Było wspaniale, bo jest tam
klimat górski i morski, który bardzo mi odpowiada. Czułem się świetnie
pomimo źle dobranych lekarstw na astmę, które dopiero po powrocie do domu
zmieniłem.
Niestety znowu
trafiłem w sanatorium na niezbyt ciekawych według mnie znajomych.
Oderwanie od własnego domu i
rodziny wyzwala w ludziach jakieś dziwne instynkty i wynaturzenia. Coś
dziwnego robi się w nich, co zamyka się w słowach balanga, rozpusta,
nadmierne spożycie alkoholu i bylejakość.
Musiałem to
jakoś znosić, choć nie było to łatwe, ale było na tym turnusie też wiele
innych i ciekawych zdarzeń.
Była niezwykle
miła i urocza młoda recepcjonistka, z którą jeśli to było możliwe ucinałem
sobie krótkie pogawędki. Był urokliwy dla mnie Rymanów - Zdrój i krótkie
wycieczki po okolicy. Krótkie dlatego, że źle dopasowane różne lekarstwa
powodowały u mnie uczucie duszności, więc moja wydolność spacerowa była
niewielka.
Nie jeździłem
na wycieczki sanatoryjne, bo uważam, że nie po to przyjeżdżam do sanatorium
by przesiadywać godzinami w autobusie. Pozostawały mi więc spacery po
okolicy i do różnych ciekawych źródełek.
A to żelazistych, wapniowych
i takich jak „Naftusia” o dużej zawartości najzwyczajniejszej nafty
leczniczej.
Pobyt w
Rymanowie – Zdroju okazał się dla mnie bardzo owocny i korzystny. Wróciłem
pełen sił i nadziei, by szukać i spełnić się w miłości.
By odnaleźć Magdę o
brązowych oczach.
Ps.
10 stycznia 2009r. między
godz. 6:10 a 6:30 rozmawiałem przez telefon z moją urokliwą recepcjonistką z
Rymanowa.
Wspomniałem jej o moim nowym
opowiadaniu pt. „Magda o brązowych oczach”. Odpowiedziała mi, że na drugie
imię ma Magda i ma brązowe oczy. Tych szczegółów nie znałem wcześniej, bo na
nie, nie zwróciłem uwagi.
Zapis senchotronowy.
Gk18012009,G0257.
Zawsze mam nadzieję.
Jest 18 stycznia 2009r. i
znowu z nadzieją spoglądam w przyszłość.
Zawsze mam i chcę mieć nadzieję i to mnie pobudza do życia.
Teraz, moja gruda mosiądzu, ta kropla nadziei, nie wszystko chce mi pokazać
tak jak bym chciał, ale jestem w dobrym nastroju, bo pojawiła się teraz
znowu szansa, np. na nowe mieszkanie.
Będąc w tym starym, pechowym moim mieszkaniu nie umiem niestety w nim
funkcjonować.
W nim, jak mi powiedzieli lokatorzy tego domu, każdy kto się wprowadzał do
niego to wynoszono go wkrótce „nogami do przodu".
Gwoli ścisłości, ostatni lokator powiesił się na klamce drzwi dużego pokoju
mojego mieszkania.
Pokazała mi to kiedyś jasnowidząca Ania.
Zobaczyłem nogi w brązowych spodniach, kogoś kto wisiał na na klamce drzwi.
Nie było to miłe i nie chcę tego więcej oglądać, ale już wiem jak to było.
Teraz mam zamiar zamieszkać gdzieś w Gdyni i to bliżej rodziców.
To powinno być dobre rozwiązanie, bo i tak do nich jeżdżę co 3 dni, na razie
tylko towarzysko, ale przyjdzie taki moment, że będę musiał być u nich
częściej i im bliżej nich zamieszkam to będzie dla nich lepiej.
Słyszałem o różnych trudnych sprawach związanych z opieką nad rodzicami,
wręcz tragicznych i kłopotliwych, ale na razie daję sobie w tej sprawie
jakoś radę.
Mam zawsze nadzieję i to powiedziała mi nawet wróżka, którą znalazłem kiedyś
w TV, w pracy, nad ranem.
Straciłem sporo na nią grosza, na tę ułudę i czary, ale dało mi to znowu
nadzieję i chęci do życia,
Powiedziała mi ona między innymi, że mam żyć nadzieją i to mi się bardzo
podoba.
Uważam, że wróżki i cyganki spełniają marzenia i życzenia klientów, by
wyciągnąć od nich kasę dla siebie. Taka jest według mnie prawda.
Są one jednak potrzebne, bo nasze życie nie jest usłane różami i trzeba od
nich pociechy w tych naszych codziennych trudach.
Czytałem kiedyś książkę w której było napisane, że ta „nasza planeta to
planeta smutku".
Nie wiem czy wierzyć w to czy nie, ale patrząc na nasze codzienne szare
życie uważam, że jest to zgodne z prawdą.
Jasnowidząca Ania powiedziała mi, że ta książka to „haluny autora", ale
śmiem twierdzić, że ma ona znamiona prawdy, choć podanej w formie dziecinnej
i dziwacznej.
Przekonuje mnie ona i uzasadnia moje działania i nastroje.
Chcę w nią wierzyć, bo układa moje pragnienia i chęć poznania w system
logicznego systemu i prawd.
Spełnia moje marzenia o harmonii i trwaniu Wszechświata, o jego powstaniu.
O istnieniu Boga Stworzyciela i jego władzy nad duszami niepokornymi i
błądzącymi.
Zapis senchotronowy.
Gk–L22012009.
Wicko Morskie.
- Halo, Tato! Już się
obudziłem. Czy przyjdziesz?
Wicko Morskie.
Nie pamiętam już ile wtedy
miałem lat, 4 może 5.
Tata zabrał mnie do Wicka Morskiego, małej poligonowej wioski nad brzegiem
Morza
Bałtyckiego.
Miał tu do załatwienia jakieś swoje ważne sprawy wojskowe.
Był kiedyś oficerem artylerii, ale pogorszenie się stanu zdrowia nie
pozwoliło mu już na dalsze służenie w tej broni i przekwalifikował się do
innej formacji.
Teraz był
oficerem od spraw finansów w wojsku.
Wziął mnie do tej poligonowej wioski dlatego, bym na wsi podreperował swoje
zdrowie a może górę wtedy wzięły niepokoje i jego kryzysy małżeńskie.
Mieszkaliśmy w pobliskiej tego Wicka Morskiego wiosce. Nie pamiętam już czy
było w tym Wicku lotnisko czy nie. Byłem wtedy zbyt mały, aby na to zwrócić
uwagę.
Ale w moją pamięć wryło się stamtąd kilka obrazów.
Pierwszy, to pusty pokój obok naszego. W nim na środku pokoju stał stolik a
na nim aparat telefoniczny jedyny w tym domu. Z niego to właśnie
korzystałem, gdy obudziłem się rano by zadzwonić do Taty, aby powiadomić go
o tym, że już wstałem. Nie umiałem sobie jeszcze robić wtedy sam śniadania.
W rogu pokoju był kaflowy piec. W tym pokoju zmarł niedawno oficer
zaczadzony od niesprawnego pieca.
Tata wychodził rano do pracy i zostawiał mnie śpiącego w pokoju. Nauczył
mnie tego, że gdy wstanę rano, to mam pójść do tego zmarłego pokoju i
wykręcić numer telefonu do niego do pracy i poprosić go o aby przyszedł i
zrobił mi śniadanie.
Pamiętam, że przeważnie robił mi jajecznicę i bardzo mi to smakowało.
Bardzo bałem się wchodzić do tego zmarłego pokoju. Odczuwałem tam śmierć,
ale na gorącą prośbę Taty, któremu bardzo ufałem, chodziłem tam i wtedy
dzwoniłem do niego. Z ciarkami niepokoju na plecach szybko uciekałem potem
stamtąd do naszego pokoju.
Tata był wtedy dla mnie prawdziwym Tatą i był bardzo dla mnie bliski.
Bardzo go wtedy kochałem i miałem wtedy ogromne poczucie bezpieczeństwa.
Kiedyś, jakiś żołnierz pokazał mi jak ładnie psyczy wentyl z
koła samochodu gdy się go naciśnie i stąd później była moja zabawa w
naciskanie kołków wentyla w kołach samochodów.
Zdarzyło mi się, że
spuściłem powietrze z koła ogromnej ciężarówki wojskowej. Kierowca jej był
bardzo nie zadowolony i nakrzyczał później na mnie.
Ta ciężarówka, której wentyl nacisnąłem na pasie startowym miała uszkodzony
wentyl i nie cofnął się on.
Całe powietrze z koła wyleciało i kierowca musiał później napompować je.
Inne zdarzenie, które mocno zapadło mi w pamięć z Wicka Morskiego to leżąca
obok domu na łące nieżyjąca już owca, którą zagonił na śmierć myśliwski pies
właścicieli tego domu.
Tak się na nią zawziął i tak za nią ganiał, że padła z wyczerpania niedaleko
od domu. Chodziłem na łąkę zaglądać do niej co pewien czas i patrzyłem na
nią ze smutkiem, bo czułem, że ta śmierć była niepotrzebna. Widziałem tę
gonitwę psa na własne oczy i nic nie mogłem w tej sprawie zrobić.
Zapamiętałem też polski film Andrzeja Wajdy pt. „Kanał”, który oglądali w
wojskowym kinie żołnierze.
Tego dnia Tata poszedł na jakieś spotkanie i wyznaczył żołnierza do
pilnowania mnie.
Właśnie w pobliskim kinie wojskowym był wyświetlany film Andrzeja Wajdy pt.
„Kanał” i ten żołnierz bardzo pragnął go zobaczyć.
Wicko Morskie to bardzo odległy poligon wiejski i nie było tam żadnych
rozrywek.
Ten żołnierz potraktował mnie bardzo poważnie i zapytał „czy chcę obejrzeć
film” i „czy nie będę się bał”.
Oczywiście jako dzielny syn oficera odpowiedziałem, że chcę go obejrzeć i
nie będę się bał. A potem w cichości ducha przeżywałem bardzo mocno
tragiczne sceny z filmu udając, że jest wszystko dobrze.
Mocno je przeżywałem i
zapamiętałem je do dzisiaj a pozostawiły one w moim umyśle niezatarte ślady.
Zdarzyło mi się też, że gdy biegając na podwórku domu, w którym mieszkaliśmy
zaatakowały mnie agresywne gęsi. Szybko i sprawnie uciekłem na dach
pobliskiej komórki i potem gospodyni odgoniła je i już mogłem spokojnie
zejść z dachu komórki i bawić się dalej.
Raz przyjechała do nas do Wicka Morskiego z moim bratem nasza Mama.
Pamiętam, że bardzo nie
znosiłem jeździć tzw. dwukółką, czyli zaprzęgiem konnym z wozem na dwóch
kołach.
Nie udało się nikomu namówić mnie na jazdę tą dwukółką i zawsze wtedy bardzo
protestowałem. Bałem się jej dużych przechyłów i pochyłości jej podłogi.
Będąc w pewnej pobliskiej
strażnicy gdy nie mogliśmy pojechać tą dwukółką do domu to poszliśmy z Mamą
i Tatą na spacer do domu przez las.
Pamiętam zapach smażonego w tej strażnicy na kozie chleba a potem miły
spacer z rodzicami, gdy wyprzedziłem ich i szedłem daleko z przodu przez
las. Potem odwróciłem się i zobaczyłem ich przerażone twarze.
Pytali mnie potem czy widziałem stado dzików z warchalakami, które pomiędzy
nami przechodziło. Oczywiście nie widziałem go i z pełną nieświadomością
wędrowałem sobie dalej polną drogą.
Te powyższe zdarzenia zapadły mi mocno w pamięć.
Innych już nie pamiętam, ale
te które pozostały są zdarzeniami i obrazami, które trwają i są teraz
podstawą mnie samego, moich myśli i uczuć.
Zapis senchotronowy.
Gk30012009,G0648.
Rozmowy z Romkiem i
Benią.
Romek to
człowiek z Grudziądza. Firma, której ochroną zajmuję się w mojej pracy
sprowadza go raz do roku, na kilkanaście tygodni do siebie, aby pomagał jej
w pracach.
Mieszka on tam wtedy i nawet
chwali to sobie, bo ma poczucie wolności i od razu od 7:00 rano jest w
pracy.
Ma tam zupełnie niezłe
warunki do życia, wygodną kanapę do spania, kolorowy telewizor, lodówkę i
małą kuchenkę. Poza tym wychodzi sobie poza godzinami pracy kiedy chce i
gdzie chce. Chociaż nie zna Gdańska to porusza się po nim zupełnie dobrze.
Często gdy jestem na dyżurze
i robię obchód, to wtedy stukam delikatnie w okno do niego i za chwilę
pojawia się i zaczynamy sobie pogaduszki.
Czas nam schodzi szybko i
chociaż ziąb jest na dworze to Romek twierdzi, że nie jest mu wcale zimno.
Staram się wtedy, go nie
przemrozić w tym okresie zimowym i w miarę szybko kończę nasze pogaduszki.
Jest to czasami trudne bo Romek jest wspaniałym słuchaczem a ja nie jestem
mu dłużny i też słucham go cierpliwie.
Z tej radości rozmów z nim
narysowałem mu już obrazek podobny do tych z mojej Galerii Obrazów Nocnego
Stróża.
Obiecałem też podobny
namalować jego sąsiadce z Grudziądza.
Przypomniałem sobie to
dopiero dzisiaj po wielu tygodniach zapomnienia. Ale lepiej późno niż wcale.
W ten sposób moje nocne
dyżury a szczególnie te najbardziej dla mnie uciążliwe 24 godzinne, gdy
odsiaduję je na rozwalonym fotelu w portierni stają się milsze i nie takie
trudne do przetrwania.
Choć nielegalnie, bo bez
zgody właściciela mojej firmy, oglądam telewizję i to często po 22 godziny
na dobę (są to głównie filmy).
Jednak rozmowy z Romkiem
stają się tym koniecznym i niezbędnym elementem, by przeżyć ten paskudny dla
mnie czas dyżuru.
Dodają one uroku i ubarwiają
moje życie nocnego stróża.
W tej pracy nie mam
właściwie nic do roboty, mam po prostu być.
Teraz nie piszę już listów
do Joanny, bo straciłem wenę i nastrój i mam też poczucie zadziwienia. Bo
trudno mi się pisze wtedy gdy nie otrzymuję żadnej odpowiedzi i nie wiem czy
ona mnie w końcu lubi czy lekceważy czy nie chce kontaktu ze mną. Tego nie
wiem.
Pomogła mi bardzo, bo mój
warsztat pisarski dzięki „Listom do Joanny” poprawił się i mogę teraz pisać
opowiadania nocnego stróża. Może nie są one najwyższego lotu, ale pragnę to
robić, bo sprawia mi to ogromną radość.
Wreszcie robię to co lubię,
co daje mi satysfakcję i jest to dla mnie sensowne. Daje mi też poczucie
spełnienia i dowartościowuje mnie.
Do tego wszystkiego pojawiła
się ostatnio urokliwa Benia. Nie umiałem jej zapomnieć po powrocie z
Rymanowa. Nasze krótkie rozmowy pozostały mi w pamięci.
Teraz pomimo kosztów staram
się dzwonić do niej kiedy mogę i potrzebuję tego. Nasze rozmowy są długie,
ale dla mnie to kojący balsam na moją potrzebę rozmów z kimś kto mnie
wreszcie rozumie.
Poza tym rejon Krosna, Jasła
i Rymanowa stał się teraz dla mnie celem moich myśli i uczuć.
W magiczny i niezrozumiały
dla mnie sposób region ten wciąż przyciąga mnie.
Nie umiem sobie tego
wyjaśnić, bo stan tego miłego i dziwnego zauroczenia trwa już od bardzo
wielu lat.
Cieszę się bardzo z kontaktu
z Benią ponieważ moje zainteresowanie tymi okolicami umocowało się jeszcze
bardziej poprzez inne miłe i życzliwe dla mnie osoby takie jak ks. Stanisław
z Miejsca Piastowego i niepełnosprawna Beata z Jasła.
Zapis senchotronowy.
Gk05022009,G1543.
Nieprawdopodobna
historia.
Moją żonę
Marysię poznałem już znacznie wcześniej niż to mogłoby się wydawać.
Jest to nieprawdopodobna
historia i nikt w nią nigdy nie uwierzył.
Miałem już próbkę tego
kiedyś gdy o niej wspomniałem Marysi, bo nie pamiętała już tego zdarzenia.
Kiedy byłem
jeszcze młodzieńcem może w drugiej lub trzeciej klasie liceum, zdarzyło mi
się dziwne spotkanie.
Nie pamiętam już w którym
okresie roku to było.
Mój kolega
Jasiu Niezgoda zaprosił mnie wtedy na „prywatkę”, czyli spotkanie młodzieży,
aby potańczyć sobie i pobawić się we własnym gronie.
Tam gdzie
poszliśmy, to było gdzieś w Gdyni na dawniejszej ulicy Czerwonych Kosynierów
(obecnie ul. Morska).
Na tej ulicy jest teraz
Wyższa Szkoła Morska, która dawniej była Państwową Szkołą
Morską i była ona wtedy
obiektem moich marzeń.
W moim liceum
czułem się dziwacznie i jakoś nie na miejscu i początkowo koledzy zabierali
mnie na różne spotkania „prywatkowe”.
Potem już mniej, bo wtedy
nie miałem już tyle pieniędzy na alkohol, który spożywaliśmy w dostępnych
nam ilościach.
W tym
mieszkaniu w Gdyni, do którego zaprosił mnie kolega, w pewnym momencie
naszej zabawy, wszedł chłopak w mundurze Państwowej Szkoły Morskiej z ładną
blondynką w okularach o rozpuszczonych włosach. Powiedział, że to jest jego
siostra.
Obraz ich dwojga, stojących
w drzwiach tego domu mam ciągle jeszcze przed oczami.
Bezwiednie powiedziałem do
Jasia, że „ta dziewczyna to będzie moja żona”.
Odpowiedział mi, że „jestem
głupi...”.
To była
właśnie moja Marysia ze swoim bratem Julkiem, który był wtedy w Państwowej
Szkole Morskiej. Nie znałem ich i nie widziałem nigdy wcześniej.
Zapamiętałem ich wtedy
bardzo mocno, a te słowa, które wypowiedziałem, to wypłynęły ze mnie nagle i
bezwiednie. Nawet nad nimi nie zastanawiałem się.
Po prostu tak „palnąłem”
sobie, niewiele zastanawiając się nad tym.
To dziwaczne
zdarzenie zapadło mi mocno w pamięć i pamiętam je do dzisiaj.
Nie ma ono właściwie żadnego
znaczenia i najzwyczajniej w świecie coś się tylko wtedy zdarzyło, co
spełniło się w innym czasie.
Próbowałem porozmawiać z nią
wtedy, ale ona nie była zachwycona tą rozmową.
Nikt nie może
teraz temu zdarzeniu zaświadczyć, bo Marysia nie pamięta już tego spotkania,
ani pewnie Jasiu, z którym nie mam już w ogóle żadnego kontaktu.
Był to rodzaj epizodu, ale
jestem pewny, że to zdarzyło się na prawdę.
Obydwoje zaraz
wyszli ze słowami, że jest tu nudno (kiedyś pamiętałem dokładnie słowa,
które wypowiedzieli, ale już niestety zatarły mi się one w pamięci. Były one
inne i zabarwione lekceważeniem).
Potem poznałem znowu moją
Marysię na Zaocznym Studium Bibliotekarskim w Gdańsku.
Wtedy jeszcze mieszkałem z
rodzicami w Gdyni i mój zakład pracy wysłał mnie na to studium
bibliotekarskie, abym doszkolił się w branży bibliotekarskiej.
Okazałem się
jedynym chłopakiem na 100 dziewczyn i z tej grupy wybrałem sobie właśnie
moją Marysię. Nie pamiętałem wtedy o naszym wcześniejszym spotkaniu, tak
jakoś wybrałem ją z pośród innych dziewczyn.
Dziwiła się ona bardzo, że
wśród tylu dziewcząt wybrałem sobie akurat ją, jak twierdziła, biedną
sierotkę.
Zawsze lubiłem
wypełniać jakąś misję w swoim życiu. Poznając Marysię czułem, że tę misję
będę mógł wypełnić opiekując się nią.
Nie pomyliłem się. Miała
bardzo trudną i skomplikowaną sytuację rodzinną.
Rodziców już
nie było i mieszkała razem z bratem w dwupokojowym mieszkaniu.
Miała z nim przeróżne
kłopoty i trudności.
Gdy pojawiłem się, zaczęły
się one porządkować, bo byłem już świadkiem ich wzajemnych
niepokojów. Brat jej
uspokoił się w końcu i przestał się awanturować.
Zawsze
twierdził, że na morzu czuje się świetnie a wracając do tego mieszkania coś
dziwnego z nim się dzieje i robi się wtedy nerwowy.
Wspominałem już wcześniej o
tym moim pechowym mieszkaniu.
O tym powiedzieli mi
lokatorzy mojej klatki.
Te sugestie
szwagra potwierdzały dziwność tego mieszkania.
Żyjemy w nim nadal razem z
Marysią, marząc każde o własnym kącie i miejscu.
Nie układa się nam
najlepiej, ale będąc razem funkcjonujemy w tym mieszkaniu ciągle mając
nadzieję na lepsze czasy.
Zapis senchotronowy
Gk21042009,G0505
Kontener.
W starej pracy siedzę teraz
w niewielkim kontenerze.
Ma on wymiary 2,10 x 2,10 x
2,40 m.
Postawiony jest na uboczu
dwóch firm, które wynajmują nas do pilnowania tych obiektów.
Nie jest źle i jestem w
sumie zadowolony, ale brak mi WC i wody bieżącej.
Obiecali nam postawić
chociaż TOI TOI, ale nie wiem kiedy to zrobią.
Na ścianach przykleiłem
kilka ładnych obrazków z widoczkami, które wybrała mi córka.
Potem dzięki Romkowi z
sąsiedniej firmy zrobiliśmy ze starej skrzyni bambusowej półkę na szklanki,
kawę i cukier.
Do tej pory stały one na
podłodze tego kontenera i nikogo to nie obchodziło, że nie możemy ich
postawić gdzie indziej.
Przyniosłem też szczotkę,
szufelkę i zmiotkę .
Po za tym nic więcej nie
zmieniło się. Jedynie ilość godzin ochrony cudzej własności.
Teraz siedzimy po 12 godzin
co dwa dni i potem mamy dwa dni wolne.
Tak zaproponował mi kolega i
to mi odpowiada, bo mam choć trochę czasu na załatwianie różnych spraw w
mieście.
Siedzę sobie w tym
kontenerze i oglądam TV, choć w domu nie jestem w stanie skupić się nawet na
minutę na obrazach płynących z tego plastikowego pudełka.
Marzę wciąż o lepszej,
lepiej płatnej i ciekawszej pracy, ale na razie nie udaje mi się jej
znaleźć.
Czekam więc na zakończenie
dyżuru w tym kontenerze i potem z przyjemnością idę do tramwaju, aby wrócić
do domu.
Nie mam już tego domu. Nie
mam go takiego o jakim kiedyś myślałem i którego wciąż jeszcze szukam.
Nie jest to łatwe, bo brak
mi kasy.
Mieszkam teraz obecnie z
rodziną, ale jakby z jakimiś obcymi mi ludźmi.
Z kobietą, która kiedyś była
moją żoną i z córką, której chcę bardzo pomóc, ale ona nie przyjmuje tej
pomocy.
Żyje ona teraz we własnym
świecie i na dodatek trapi ją dolegliwość, która utrudnia jej
funkcjonowanie.
Syn na razie wyprowadził się
z domu.
Nie wiem teraz jak to
wszystko poukładać .
Niestety wszystko według
mnie skupia się na braku pieniędzy.
Ten porąbany świat oparty
jest tylko na pieniądzu i gdybym miał ich trochę więcej to moje kłopoty
zmniejszyłyby się radykalnie i ułuda szczęścia i miłości wróciłaby do mnie.
Ale nie te pieniądze są
najważniejsze.
Nie umiem ich zdobyć ani o
nie zabiegać, więc skazany jestem na niebyt i na nicość, na likwidację, bo
jestem nieudacznikiem i fajtłapą według współczesnych norm i nakazów.
Pozostaje mi teraz tylko
studiowanie WINGMAKERS i to mi daje nadzieję na dalszą przyszłość.
Przyniosło mi dużo nadziei
studiowanie ich obrazów, muzyki, esejów filozoficznych i poematów.
Stworzyli to ludzie z
przyszłości, którzy siebie nazywają WINGMAKERS.
Jeśli przeczytaliście to
opowiadanie i dotrwaliście do końca moich wynurzeń, to spróbujcie zajrzeć na
stronę wingmakers.pl i studiujcie ją z cierpliwością i oddaniem,
pochłaniając wiedzę naszych przodków z przyszłości.
To wydaje się być krypto
reklamą, ale wierzcie mi to jest sedno, sens i esencja naszego
życia.
Jest to według mnie centrum
naszego bytu i wreszcie też dla mnie nadzieja na lepsze i ciekawsze życie.
Znalazłem wreszcie sedno i
sens swojego istnienia, bo nic innego już teraz dla mnie się nie liczy.
Zapis senchotronowy.
Gk26042009,G1009.
Patrol.
Dwa dni
temu był u mnie Patrol mojej firmy.
Rzadko do nas oni ostatnio zaglądają, bo firma nie ma pieniędzy na częste
ich wyjazdy, ale nie wiadomo kiedy oni w końcu przyjadą, by sprawdzić czy
czuwamy albo śpimy, czy też może jesteśmy pod wpływem alkoholu.
Tej nocy gdy miałem dyżur przyjechał "Siwy", wredny, drobnej
budowy typ i zaczął do mnie mówić tak:
- Stoję tu już od 30 minut i kolega nie zareagował i nie zauważył mnie...
- Ja mu na to, że 10 minut temu byłem na obchodzie i go nie widziałem.
Zostawiłem patrolowca na chwilę i podszedłem do kontenera, aby sprawdzić
godzinę jego odwiedzin.
Była 23:02 więc powiedziałem mu, że dokładnie o 22:50 byłem na obchodzie i
to było 12 minut temu.
Co kolega z Patrolu na to?
Zmiękł i zaczął mówić pojednawczym tonem, że przy tej dalszej
bramie nie stanął, bo stoją tam dwa samochody i pewnie by go nie było widać.
Poprosił grzecznie o zeszyt Raportów, w którym wpisują oni swoje wizyty i
potem szybko odjechał z głupią miną.
Złapałem go na kłamstwie.
Rzeczywiście słyszałem jak od strony płotu i drzwi mojego
kontenera podjechał samochód.
Nie zareagowałem na to, bo po po przeciwnej stronie, gdzie jest firma
prowadząca szrot samochodowy, o różnej porze dnia i nocy podjeżdżają
samochody i jacyś ludzie wciąż wchodzą tam i wychodzą.
Ponieważ to jest inna firma i nie związana z nami więc nie interesuję się
nimi.
Dlatego zignorowałem teraz samochód Patrolu, który podjechał z tej strony.
Mój kontener jest postawiony od niedawna, więc jeszcze nie
mamy wypracowanych
nawyków obsługi dyżurów.
Patrole też nie wiedzą jak i z której strony do nas podjechać i wszystko
zależy od człowieka, który tę pracę Patrolowca wykonuje.
Jest taki ktoś z Patrolu, który dał mi do zrozumienia, że mnie
lubi, szanuje i ceni.
Przyjeżdża o różnych porach dnia i nocy, uśmiechnięty i bez złośliwości
wpisuje się do zeszytu Raportów i odjeżdża zadowolony dalej, do swoich
spraw.
Kiedyś gdy siedzieliśmy w tej firmie, w jej korytarzu przed
oszklonymi drzwiami (przez nie spoglądaliśmy na chroniony teren), to
zdarzyło nam się, mnie i koledze z tzw. wzmocnienia, że w tych drzwiach u
moich nóg pojawił się nagle około 2:00, w nocy dziwny kudłaty łeb i mało nie
dostałem wtedy zawału serca.
Był to Patrolowiec, który zaglądał na kolanach i sprawdzał czy nie śpimy
podczas nocnego
dyżuru.
Drugi z nich, bo w tym czasie jeździli oni we dwóch, stał za
boczną ścianą firmy i w ten sposób chciał nas złapać na niesubordynacji.
Gdy wyszliśmy na obchód to zobaczyliśmy go, jak usilnie starał się schować w
ścianie obiektu.
Mieli oni kiedyś klucze od bramy tej firmy, ale teraz nie wiem dlaczego z
nich nie korzystają.
Uważam, że taka kontrola Patroli jest niezbędna i konieczna,
ale sądzę, że powinni podejść do tych działań z ludzkim wyczuciem i
zrozumieniem, że takie siedzenie człowieka na obiekcie nie jest w końcu
takie zwyczajne i łatwe, a szczególnie nocne czuwanie, gdy organizm w
naturalny sposób domaga się snu i odpoczynku.
Dobrze by było, by taki Patrolowiec to docenił i zrozumiał i
chyba nie chodzi o to by wzajemnie się licytować kto jest jaki i jak to
robi, gdy i tak razem pełnimy odpowiedzialnie nocne dyżury.
Zapis senchotronowy.
Gk-L,12052009,G2013.
13 uderzeń zegara.
Mam w domu piękny i stary
zegar skrzynkowy.
Ma on już pewnie ze 100 lat.
Kiedyś
poprosiłem Tatę, aby przywiózł mi go z Włocławka, z dawnego domu mojej Babci
Helenki. Ona już wtedy dawno nie żyła.
Od dzieciństwa miałem już do
tego zegara wielki sentyment.
Fascynowała
mnie jego tarcza ze wskazówkami i ruszające się miarowo wahadło.
Zachwycał mnie jego głęboki
i dźwięczny głos gdy wybijał godziny i zawsze kojarzył mi się z moją
ukochaną Babcią.
Jest to zegar
prosty w budowie i bez zdobień. Nie ma napisów ani dat.
Jedynym znakiem wskazującym
na to, kto go wyprodukował jest krótki napis o treści:
„Paul Weihe, Stettin”
W czasie
transportu do Gdyni, pękła niestety końcówka sprężyny dzwoniącej i teraz
jego dźwięk przy wybijaniu godzin i półgodzin zmienił się.
W dalszym ciągu jest on na
chodzie i to dzięki gruntownemu jego remontowi, który udało mi się kiedyś
zorganizować.
Chodzi on sobie i tyka
miarowo, poruszając wahadłem i wybijając półgodziny i godziny, ale tylko 12
uderzeń.
Sprawił on wtedy mojej żonie
i mnie ogromną radość.
Obecnie wisi
na honorowym miejscu i gdy jest to możliwe, widzę go nawet przez okno gdy
przejeżdżam tramwajem obok domu.
Wniósł do naszego domu wiele
spokoju i harmonii.
Często
wieczorem, tuż przed snem wpatruję się w niego, jak w zaczarowany zegar
czasu i widzę jak kryje w sobie tajemnice teraźniejszości, przeszłości i
przyszłości.
Odmierza on miarowo
upływające minuty i godziny naszego życia.
Jest dla mnie ponadczasowy,
niezwykły i pełen tajemnic.
Gdy moja żona
nosiła pod sercem nasze pierwsze dziecko, któregoś dnia, pewnie
to była niedziela,
usiedliśmy razem obok siebie.
Po chwili zegar zaczął
wybijać godzinę 12:00 w południe.
Bezwiednie oboje zaczęliśmy
liczyć jego uderzenia i naliczyliśmy ich 13...
Popatrzyliśmy na siebie
zdziwieni. O pomyłce nie mogło być mowy.
Potem zpomnieliśmy o tym,
lecz w kilka tygodni później wprowadzono w Polsce stan wojenny, 13 grudnia
1981 roku.
Zaczął się czas ogromnych
niepokojów i smutków.
Na dodatek 24 stycznia 1982
roku moja żona urodziła nagle, przed dalekim terminem porodu, wcześniaka,
któremu daliśmy już wcześniej imię Maciuś.
Żył on niestety tylko jeden
dzień i zmarł.
Gdy odbierałem
później żonę ze szpitala, to życzliwa pielęgniarka napomknęła mi, że tej
nocy 24 stycznia urodziło się bardzo wiele wcześniaków i to chyba z powodu
załamania się pogody.
Było wtedy dużo śniegu, mróz
i pełnia Księżyca i nagle przyszło ocieplenie, odwilż i załamanie pogody...
Po kilku
godzinach od urodzenia się mojego Maciusia otrzymałem od brata z Częstochowy
telegram o takiej treści:
„24 stycznia 1982r. urodził się nam Maciuś...”
Dziwne to i smutne było dla
mnie i mojej Marysi.
Pomagaliśmy sobie wtedy
wzajemnie, wspierając się.
Udało mi się nawet wejść do
niej na salę szpitalną. Nie wolno tam było wchodzić, ale miałem w domu biały
fartuch podobny do lekarskiego, więc poszedłem tam.
Kurtkę, szalik i czapkę
zostawiłem w jakiejś szpitalnej komórce na parterze i odwiedziłem Marysię,
zaskakując ją zupełnie.
Potem powiedziała mi, że
bardzo jej ta moja wizyta pomogła.
Napotkana na
korytarzu pani doktor z niezadowoleniem nakrzyczała na mnie, że nie wolno tu
wchodzić i to szczególnie w takich zimowych buciorach.
Potem ktoś mi zamknął
komórkę z moimi rzeczami i nie mogłem ich odzyskać.
Poprosiłem pielęgniarki o
pomoc i udało mi się wrócić do domu.
Byłem szczęśliwy, że mogłem
odwiedzić i ucałować Marysię i pomóc jej w tych trudnych dla niej chwilach.
Te smutne dla
nas zdarzenia zbiegły się w jakimś określonym czasie.
Żona po wprowadzeniu stanu
wojennego bardzo niepokoiła się o dziecko i o siebie, ponieważ dopóki mogła,
bardzo aktywnie uczestniczyła w działalności Solidarności.
Słyszałem w moim życiu już
różne opowieści na temat dziwnych zjawisk i zdarzeń.
Te 13 uderzeń mojego zegara
zdarzyło się nam tylko jeden raz w życiu.
Czasami z niepokojem liczę
jego uderzenia w południe i o północy.
Nie ukrywam, że nie
chciałbym, aby te 13 uderzeń powtórzyło się.
Podświadomie kojarzę je z
tymi smutnymi dla nas zdarzeniami.
Może był to rodzaj znaku czy
przekazu, ale czy mam go tak właśnie odczytywać?
Czy w ogóle mam prawo
dociekać i tłumaczyć go sobie w jakikolwiek sposób?
Był on namacalny, dotykalny
i zdarzył się.
Gdybym sam
liczył te uderzenia to nie uwierzyłbym samemu sobie, ale świadkiem była moja
Marysia, która jest osobą rzeczową, precyzyjną i dokładną.
Wciąż mam
przed oczami jej zdziwienie i zaskoczenie na twarzy, po tym jak wspólnie
wtedy policzyliśmy 13 uderzeń naszego zegara.
Jest on cały
czas wciąż z nami i na chodzie.
Dalej odmierza swoje minuty
i godziny czasu teraźniejszego, gdy czas przeszły już
przeminął a przyszły czeka
na swoje spełnienie.
Wciąż spoglądam na niego
zafascynowany jego ponadczasowością, niezwykłością i
tajemniczością.
Zapis senchotronowy.
Gk,22052009,G2259.
Felieton wyborczy.
Jest
teraz miesiąc maj, pełen miłych nastrojów, przeżyć i piękna.
Kwitną teraz swoją bujnością
drzewa, krzewy i rośliny, kwitnie natura i budzi się do nowego życia.
Zieloność,
śliczność i koloryt ziemi wybuchają swoją radością by stwarzać się w miłości
oddania i powstawania do życia.
Cała Ziemia w
swojej naturze budzi się do życia tak jak co roku i od zarania dziejów.
A tu razem z
nimi wykwitają teraz na ulicach uśmiechnięte i radosne buźki i buziaczki.
Pełne
zadowolenia i zadufania twarzyczki polityków mamiących swą przekwitłą urodą
pospolitych zjadaczy chleba.
-
Wybierz mnie a dam ci co zechcesz!!!
-
Wybierz mnie a spełnię Twoje najskrytsze marzenia!!!
-
Jestem Twoją złotą rybką i dam ci co zapragniesz!!!
-
Jestem piękny i piękna na tym plakacie i nie zobaczysz moich wad i
ułomności, bo ich ci nie pokażę!!!
-
Prawda i uczciwość mnie nie interesuje, ale tych rzeczy nie
zobaczysz, bo jestem taki piękny i piękna na tym kawałku papieru co wisi
na ulicy wśród zieloności natury, że musisz mnie wybrać, bym miał i
miała w końcu tę dużą kasę z twojego wyboru.
Więc do k....rwy nędzy
wybierz mnie w końcu, bo mnie szlag trafi jeśli nie zgarnę tych euro co mi
obiecali.
Tym razem nie
pójdę już na żadne wybory, bo tego już nie chcę.
Nie interesuje mnie to, bo
czuję się oszukany i pozbawiony wszelkich uczuć i doznań w tej sprawie,
właśnie przez nich, przez takich ludzi, którzy siebie nazywają politykami.
Nie zrobili od
dawna nic co miało by jakąś wartość i rzeczowość, wypowiedzieli już wiele
słów i zdarzyło im się zrobić to czasami uprzejmie i ze zrozumieniem.
Nic nie wnieśli do naszego
życia, tylko chaos, zamieszanie, głuptactwo i beznadzieję.
Próbują wciąż
nowych metod oddziaływania na społeczeństwo.
Badają wciąż i analizują
rynek i zależności międzyludzkie, ale to wszystko po to by zgarniać kasę, by
zarabiać nowe pieniądze, by tych pieniędzy było dla nich coraz więcej i
więcej.
By uzależnić nas od siebie.
Wiedzą o tym i
zdają sobie doskonale z tego sprawę, że są tylko po to, aby być i trwać, by
stać na świeczniku i być wciąż medialnymi.
By ludzie ich
hołubili, wielbili i najlepiej by robili z nich nowych bożków, by byli dla
tych ludzi wielcy i niezniszczalni, by byli Guru swej wielkiej polityki,
największymi, najważniejszymi i najbogatszymi...
Na ulicach
pojawiły się znowu nowe kwiaty i kwiatki.
Są dla mnie jakieś dziwne,
smutne i martwe.
Naklejono je
na drewnianych dyktach, jasne i kolorowe buźki i buziaczki.
Są to kwiaty wyborcze, dla
mnie nudne i ponure, wciąż te same polityczne stokrotki wielożyczeniowe,
złote rybki, które pokazują łagodność i sympatię.
To niestety
krwiożercze piranie, które walczą o swój byt i przetrwanie w polityce i
zniszczą każdego kto stanie im na drodze, kto się im sprzeciwi, kto im
powie, że są wredni, nieuczciwi, obłudni i zakłamani, że są beznadziejni.
Lecz oni wciąż
robią to co lubią i czego pragną i to kosztem naszych ciężko zarobionych
pieniędzy, naszego potu i łez.
My to im
dajemy, oddając nasze głosy, otumanieni ich wyborczymi, obłudnymi hasłami.
Więc nie idę
już w końcu na żadne wybory.
Nie daję im już pożywki ze
swojego głosu.
Dzięki temu
stałem się wolnym człowiekiem nie uzależnionym od współczesnych mediów i
publikatorów.
Jestem już sobą.
Czuję się
teraz prawdziwym człowiekiem, który wie co robi i wie czego chce.
Wiem już co jest dobre a co
złe i wiem, że życie jest piękne.
Teraz w maju budzi się ono
na nowo by kreować miłość, piękno i nadzieję.
Powstaje ono z
nicości by stwarzać nowe byty i radość istnienia.
A buźki i buziaczki z
plakatów wciąż trwają tylko jako byty medialne i publiczne i mienią się
naszymi przewodnikami w życiu, fałszując naszą rzeczywistość .
Zapis senchotronowy
Gk,01062009,G0649.
Post scriptum do
„Felietonu wyborczego”.
Gdzie jesteś
teraz Polsko i co się z Tobą stało?
Czy jesteś już teraz
niemieckim obszarem terytorialnym, czy strefą bez ducha i czci li już tylko
fikcją państwa.
Widzę już
teraz, że zostaliśmy podbici militarnie i gospodarczo bez jednego wystrzału.
Czego nie zrobiły zakusy
Niemiec z okresu Hitlera i Rosji Stalina, to zrobił to teraz ten dziwaczny
twór gospodarczo polityczny, którego nazwy nie chcę wymieniać bo i tak nie
jest on wart dla mnie nazwania.
Większe obszarem i
silniejsze od nas państwa dokonały podboju mniejszego od nich tworu
państwowego i mają za nic jego wielowiekowe tradycje, historię i epokowe
wydarzenia.
Więc gdzie jesteś teraz
Polsko?
Nie istniejesz już jako
państwo i jako obszar zorganizowanego pod jednym sztandarem ugrupowania
obywateli o jednym języku, jednej wierze i jednym duchu.
Jesteś już teraz tylko
wykładnią Super Marketów, niedokończonych autostrad, igrzysk, przepływu
pieniądza i sporów politycznych.
One zastępują teraz
kościoły, dotychczasowe miejsca ubezwłasnowolnienia obywateli i inne miejsca
zgromadzeń.
Gdzie jesteś teraz Polsko,
Matko naszych nadziei, pełna wiary, czci, patriotyzmu i oddania?
Zagubiłaś się w
drobiazgowości codzienności i politycznego chaosu, marazmu zysku, obłudy
fałszu i kłamstwa.
Dokąd zmierzasz, gdy pełna
nadziei budowałaś podwaliny pod swój byt gospodarczy i byłaś przykładem
wartości i stabilizacji.
Teraz jesteś zgnieciona,
zduszona i zagubiona w chaosie natręctw, przymusu i głupoty współczesnego
świata.
Czy uda się Tobie wyjść z
tego zagubienia i ocalić swój naród przed zagładą?
Ma on cały czas w sobie
mądrość życiową i to może go ocalić, lecz czy wykorzysta on tę szansę,
przekazaną przez pokolenia obrońców Ojczyzny i patriotów?
Nie wiem..., ciągle jeszcze
nie wiem.
Na razie poddał się mój
naród wpływom mediów, konsumpcji i reklamy.
Został zaatakowany przez
fikcję rzeczywistości, którą wymyślili ludzie, którzy chowają się za zasłoną
przyzwoitości i poprawności politycznej.
Za fikcją bycia wodzami i
przewodnikami współczesności.
Tworzą wciąż byty
nieprawdziwe, dziwaczne i nieludzkie, by wykorzystać narody do niewolniczego
służenia im, do pracy ponad siły, by oni mieli tylko zysk i kasę.
Za nic mają cierpienia i
biedę ludzi, bo mało to ich obchodzi.
Kasa, pieniądze i zysk to
jest ich wykładnia.
Dokąd zmierzasz Polsko?
Czy odnajdziesz się w tych
dziwnych czasach i wyjdziesz zwycięsko z chaosu i marazmu...?
Nie wiem, wciąż jeszcze tego
nie wiem...
Zabawy słowem.
Zapis senchotronowy.
Gk26052008,G0335.
Wiadomość dla Wydawcy.
Dzięki Wiesiu.
Chciałem napisać do Ciebie krótką informację, ale tak się rozpisałem, że
nagle zobaczyłem, iż jest to kolejne opowiadanie.
Już inaczej nie umiem myśleć i działać tylko w konwencji pisania.
Łapię się na tym, że chodząc
po mieście piszę opowiadania i to często bardzo długie.
Mój problem polega teraz na tym, że jestem na razie tym mile zaskoczony i
nie zapisuję ich, licząc na moją ulotną pamięć i że nie uleci z niej nic.
W rzeczywistości ulatują te myśli w nicość i nie powracają już.
Czeka mnie teraz zwiększenie gotowości do szybkich notowań lub, za czym nie
bardzo przepadam, korzystanie z dyktafonu.
Tu widzę odniesienie do różnych osób młodszych i starszych, które wykrzykują
swoje emocje na ulicy, w tramwaju czy pociągu, do trzymanej przy uchu ręki,
nie zwracając uwagi na to, że to wygląda nienormalnie.
Najdziwniejszy jest dla mnie widok zdrowo wyglądającej osoby, która gada
sama ze sobą.
Jest to dla mnie obraz schizofrenii społecznej,
Wtedy intensywnie, poszukuję na tej osobie różnych kabli, kabelków lub
słuchawek, które są skrzętnie poukrywane wśród bujnie falujących włosów lub
w zakamarkach ubraniowej materii i to już jest dla mnie kolejny obraz, ale
już schizofrenii technicznej i wyobcowania.
Dlatego chodzenie z dyktafonem po świecie nie uśmiecha mi się.
Wolę kartkę, ołówek lub laptopa.
Potrzebuję ciszy, skupienia i kontaktu z przyrodą niż łapania w biegu swoich
słów, myśli i emocji, które cisną się teraz do mnie na świat, już kiedy
chcą.
Dzisiaj w poniedziałek 26.05. wyjeżdżam w okolice Krosna, do Miejsca
Piastowego, do Klasztoru Michalitów.
Znam tam dobrego i przyjacielskiego zakonnika, ks. Stanisława - prowadzi tam
dobrą ręką księgarnię o charakterze misyjnym.
Zaświadczam to z ręką na sercu, wszem i wobec, że tak jest.
Charakteru misyjnego tej Księgarni, pod wezwaniem Św. Rafała Archanioła,
doświadczyłem dyskretnie przyglądając się jej działalności z bliska.
Dzięki dobroci i pokorze ks. Stanisława, jeszcze we mnie tlą się jakieś
resztki wiary w w Boga i człowieka.
Nie mam więcej kasy niż na 3 - 5 dni a pozostanie tam na dłużej wymaga już
innych zasad i relacji, które mnie nie obowiązują.
Najzwyczajniej w świecie nie jestem zakonnikiem.
Będę tam bardziej z ducha niż z ciała, bo tam inaczej nie można. Jak duch
bezcielesny będę się tam przemykał w cieniu klasztornych korytarzy.
Klasztor założył Św. Ks. Bronisław Markiewicz (założył i wydawał gazetę
"Powściągliwość i Praca" i stworzył też wiele innych dobrych dzieł).
W pobliżu jest też Klasztor Michalitek.
Teraz Klasztor pod wezwaniem Św. Michała Archanioła jest już Sanktuarium.
Liczę na chwilę skupienia w pociągu i w Klasztorze.
Jadę nocnym pociągiem do Krakowa w taniej kuszecie a potem jak zdążę, to o
7:36 do Rzeszowa osobowym.
Potrzebuję podróży i nowych doznań, bo po ostatnim wywaleniu z doczesności
życia nie mogę się pozbierać a muszę już ciągle pisać, bo wydawca "pili" (to
oczywiście jest żart sytuacyjny).
Żonie powiedziałem, że mam do wyboru albo zwariować od ostatnich kłopotów z
pracą, albo wyjechać.
Oczywiście bardziej wartościowy jest dla mnie wyjazd niż gnicie na
szpitalnym łóżku, z łaski łaskawie nam panującego przedramienia partii czyli
NFZ.
Przez kilka dni nie będę dawał znaku życia, bo w Klasztorze nie będę miał
dostępu do komputera (ten przywilej mają tam tylko bogaci uprzywilejowani,
ale są też tam jeszcze prawdziwi matuzalemowie, godni uwagi i szacunku).
Mój ks. Stanisław jest nietypowym zakonnikiem.
Z racji swoich obowiązków
księgarza może mieć dostęp do najnowszych zdobyczy technicznych wymaganych
przy kierowaniu księgarnią, ale z własnego i nieprzymuszonego wyboru nie
korzysta z nich.
Ma tylko telefon z antenką i to nie komórkowy, ale taki o małym zasięgu, aby
móc rozszerzyć możliwość korzystania z telefonu stacjonarnego w księgarni i
to mu wystarcza.
Często łapałem go, dzwoniąc z Gdańska, gdy, jak to barwnie opisywał
"siedział na beczce" na podwórzu klasztornym i modlił się (była tam
postawiona jakaś beczka i na niej często sadowił się) lub obchodził z
telefonem z antenką, stacje Drogi Krzyżowej.
Zawsze jest pokorny i gotowy, aby służyć innym, czego sam doświadczyłem
osobiście, nawet dzwoniąc do niego podczas nocnego stróżowania.
Mam często taką potrzebę, aby usłyszeć wśród codziennego zamętu i chaosu,
jakiś
prawdziwie ludzki głos.
Zapis senchotronowy.
Gk–P11052008,G1049.
Przymorduch.
Tak, przyznaję się, zdarzyło mi się to tak po prostu.
Głucho uderzyłem, ręka zabolała, potem krew i cisza.
Zostawiłem to wszystko tak jak było i najzwyczajniej w świecie odszedłem w
niepamięć.
- Przyznaję się, Wysoki Sądzie, że zrobiłem to z premedytacją i z chęci
zemsty.
Czułem się boleśnie przez niego krzywdzony. Nie dał mi żadnych szans.
Usłyszałem go wcześniej, lecz nie rozumiałem o co chodzi
Jak ujrzałem go, wiedziałem czego chce, lecz było już za późno.
Broniłem się przed nim jak umiałem.
Cicho i spokojnie leżałem na podłodze.
W dali dźwięczało ciche bzyczenie.
Był już blisko mnie.
Poczułem jak usiadł na łokciu.
Nagle plasnąłem ręką odruchowo i wykwitła krwawa plama, promieniejąca
złością uderzenia.
Zamordowałem go z premedytacją i odruchowo.
Mam to w sobie, ten szybki odruch celnego plaśnięcia otwartą dłonią.
Zamordowałem go, tę wredną brzęczącą bólem ukłucia komarnicę.
Była już pełna i ciężka od utoczonej gdzie indziej krwi.
Po prostu zdążyłem, udało mi się i uniknąłem przykrego i swędzącego ukłucia.
- Wysoki Sądzie.
- Przyznaję się do tego czynu i proszę o zrozumienie mnie i łagodny wymiar
kary.
Usiadłem na leżysku i nieprzytomnym wzrokiem wodzę po ciemnym pokoju.
Znowu słyszę brzęczenie, opędzam się machinalnie rękami i odruchowo walę
nimi na oślep.
Nie trafiam.
Trudno go trafić w locie, lecz biada jeśli przysiądzie nieopatrznie na
chwilę.
Mokra czerwona plama znowu wykwita obok na ścianie.
- Wysoki Sądzie, przyznaję się do zarzucanego mi czynu. Zrobiłem to w
obronie własnej i z premedytacją chciałem go zabić. Nigdy nie pytał mnie czy
może mnie dotknąć.
Dawał mi znaki lecz bałem się go.
Tym razem byłem szybszy od
niego.
Zapis senchotronowy.
G2008.
U F O
(Poniższy tekst powstał
pod wpływem lektury Michela Desmarquet`a pt. "Misja").
Chciałbym się
z nimi zobaczyć i powiedzieć im, że mi tu źle na Ziemi, że ciężko mi wśród
obcych mi ludzi, zabieganych materialistów, bałwochwalców i oportunistów.
Jeszcze nie umiem odnaleźć swoich sióstr i braci, może nie
wiem jak ich szukać.
Sekret życia jest dla mądrzejszych i szczęściarzy.
Nie nauczyłem się go jeszcze i buduję wciąż nowe tajemnice.
Cierpię jak każdy na Ziemi, lecz odbiera mi to ducha i zagłusza jego
tworzenie,
przepełnia mnie to bólem a myśli stają się trudne i ociężałe.
Chciałbym się z nimi spotkać i powiedzieć im, że trudno mi żyć z myślą
o nieszczęściach i zagładzie świata, o jego drodze do śmierci.
Nie chcę tylko przeżyć, aby być.
Pragnę miłości, oddania i tworzenia nowego życia, chcę zrywać pęta
zniewolenia.
Chciałbym im powiedzieć, że źle mi tu na Ziemi, bez ich zrozumienia,
życzliwości i mądrości.
Tego od nich oczekuję.
Świat ciągle nimi straszy, kapłani też mnie straszą.
Kara, wina i grzech to ma być moje credo.
Nie chcę tego, nie pragnę i nie potrzebuję, za to chcę miłości i prawdy.
Szukam przyjaciół prawdziwych i rzetelnych.
Szukam Stwórcy.
Ta droga to moja prawda i życie.
Oddaję jej swoje siły i ducha i to jest moja droga poznania.
Chcę im powiedzieć, że ją znajdę, bo wiem, że w tajemnicy życia jest sekret
pragnienia i poznania, że to wykładnia tworzenia.
Wtedy będę szczęśliwy.
Zapis senchotronowy.
Gk20052008,G0253.
Spotkanie.
Leżałem na ukwieconej łące, trawy i zioła nachylały się ku mnie, wiatr
muskał je leniwie i delikatnie trącał rozpychając się z lubością wśród
pełnych kłosów.
Łąka pachniała miłością i kwiatami zapomnienia, drgała od nagrzanego
powietrza i pulsowała pełnią życia.
Owady z radosnym brzęczeniem pływały w rozgrzanym powietrzu niczym statki
po błękitnym morzu.
Różne robale i insekty łaziły wokoło mnie szukając samych siebie.
Stanęła nieopodal odkryta, w cieniu samotnej brzozy, której liście
rzucały na nią migające cienie.
Zdziwiona spoglądała na mnie głębią swych oczu i po prostu była.
W naszą ciszę wdarł się
daleki pomruk samolotu, owady brzęczały a ja patrzyłem na nią z niepokojem,
na jej kształty pełne i wybujałe.
- Co za dziwaczne spotkanie?
Tu na łące pełnej kwiatów i miłości, czułem się tym bardzo zaskoczony.
- Skąd przyszła i dlaczego zburzyła mój spokój?
- Czy tego chciała?
Oboje pożądaliśmy jakichś znaków i gestów, dialog odbywał się bez słów.
Samolot odleciał, zostawiając za sobą smugę na niebie a ona stała i
patrzyła na mnie zdziwiona moim bezruchem.
W dali rozległ się cichy grzmot i przepadł bez echa, łąka buczała
rozgrzana słońcem,
kwitło życie i tętniło
swoją bujnością.
Patrzyliśmy dalej na siebie, niezbyt zachwyceni swoją obecnością.
Ona łaciata z pełnymi wymionami i żującym pyskiem, ja
zdegustowany nie umiałem po prostu odejść z pachnącej życiem łąki.
Zapis senchotronowy.
Gk-L,24052009r,G.1920.
Ostatnia strona.
To jest już
ostatnia strona pierwszej mojej części „Opowiadań nocnego stróża. Misja do
innych stanów świadomości”.
Jeśli udało
się Wam dotrwać do tego miejsca to jestem Wam wdzięczny i dziękuję za
cierpliwość z całego serca.
Znaczy to, że
moja praca, moje odczucia i przemyślenia nie poszły na marne.
Że nie znikną w czeluściach
Kosmosu i nie pójdą w niebyt.
Dalej płyniemy
w jego przestrzeniach pokonując czas i materię
Pracuję ciągle w tym samym
miejscu i wykonuję te moje proste i nieskomplikowane czynności. Potem
zmienia mnie kolega i tak wciąż z dnia na dzień, z godziny na godzinę
spoglądam na wskaźniki i notuję ich odczyty.
Czy coś
zmieniło się w moim życiu?
Nie powiem, że nic.
Na pewno czuję się
dojrzalszy i bardziej doświadczony.
Moja rodzina rozpada się,
ale dalej jesteśmy jeszcze razem.
Różne epizody w moim życiu
nie miały wpływu na jego tok.
Jeszcze pewnie wiele ich
zdarzy mi się w ciągu mojego życia.
Na razie
mkniemy w niezmierzonej przestrzeni Kosmosu i przenikamy jego pustkę.
Żyjemy wciąż i trwamy, choć
to nasze życie wydaje się nudne i nieskomplikowane.
Przeniosło ono jednak z
naszej Ziemi wiele aspektów, przyzwyczajeń i nawyków.
Żyjemy tutaj normalnie i
twórczo tak jak w domu, który pozostał gdzieś tam daleko.
Nie
zapisywałem na senchotronie przeżyć i wrażeń z samej wyprawy, bo nie taki
był zamysł tej opowieści.
Zrobią to inni, bardziej
zdolni ode mnie, którzy umieją przekazać wrażenia z takiej podróży.
Tęsknię tylko bardzo za
moimi znajomymi i za Joanną.
Za przeżyciami i
doświadczeniam pozostawionymi tam na Ziemii.
To uczucie przerosło mnie
jednak zbyt mocno i nie spodziewałem się tego.
Najzwyczajniej
w świecie uciekam przed samym sobą i nie umiem się w tym moim
obecnym życiu na statku
wciąż odnaleźć.
Nie pozostawię
gdzieś tam swoich problemów i kłopotów i nie ucieknę przed nimi.
Dlatego
zapisuję „Opowiadania nocnego stróża” na senchotronie, by przekazać innym
moje rozterki, myśli i przeżycia.
Uważam, że trzeba kochać
prawdziwie i z całego serca, by trwać w miłości.
Jest ona
kluczem do naszego poczucia szczęścia.
Trzeba być szczerym,
serdecznym i oddanym, by odnaleźć się w życiu i pomagać innym w pokonywaniu
samego siebie, swoich słabości, by wzrastać w poczuciu wartościowania swoich
odczuć i ducha.
Miłość powinna
być według mnie łącznikiem między światem rzeczywistym i duchowym. Powinna
tworzyć zręby człowieka pełnego ducha i energii.
Tego nauczyła mnie ta
wyprawa.
Nie uciekłem
od samego siebie, lecz odnalazłem tu sens życia i jego wykładnię.
Dlatego z ogromną
satysfakcją podejmuję dalszy wysiłek w moich działaniach by tworzyć te
zapiski, by nasza wyprawa do krańców Wszechświata, spełniła się.
By szukać sensu naszego
istnienia.
* * *
Wszelkie prawa zastrzeżone.
©2008 Copyright by Andrzej Marek Nowak.
Koniec części pierwszej.