Licznik dla tej strony
od 08.10.2008r.

 

Strona główna SMN

Andrzej Marek Nowak

Mail: fhtnowak@gmail.com


Opowiadania nocnego stróża


GALERIA OBRAZÓW nocnego stróża


Misja do innych stanów świadomości", cz. I.

Misja do innych stanów świadomości, cz.II

Makogingi

Drozd i Kruk, czyli historia opowiedziana przez Tyciutka krasnoludka

Karina rozdz. 1
Karina rozdz. 2
Karina rozdz. 3
Karina rozdz. 4
Karina rozdz. 5
Karina rozdz. 6
Karina rozdz. 7
Karina rozdz. 8


Tajemnice nocnego stróża

Joanna rozdz. 1
Joanna rozdz. 2

Wędrówki po świadomości
Wędrówki po świadomości 2
Wędrówki po świadomości 3
Wędrówki po świadomości 4

Żabka
Psy
Samochód
Sanki
Zeszłoroczne liście
Mandat
Marzenia stróża...
Ojciec
Koszary I
Koszary II
Konwalie
Córka
Kopka
Malka
Tajemniczy Klasztor
Inny świat
Wagon
Inny świat. Anna...
Inny świat. Basia...
Inny świat. Ukłon dla Malki
Brama
Nocny dyżur
Wiatrak
Lubię Malkę
Czekolada
Nocny dyżur 2
Odejdź z tego domu
Kuter GDY 50
Magda o brązowych oczach

Zawsze mam nadzieję
Wicko Morskie
Rozmowy z Romkiem i Benią.
Nieprawdopodobna historia
Kontener
Patrol
13 uderzeń zegara
Felieton wyborczy
Post scriptum

Zabawy słowem

Przymorduch
Ufo
Spotkanie
Wiadomość dla Wydawcy
Ostatnia strona
 

 

 

Zwiastun książki Dominika Myrcika " Prawdziwe Kłamstwa"

SM

Andrzej Marek Nowak

Opowiadania nocnego stróża

ISBN 978-83-928089-0-9

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

©2008 Copyright by Andrzej Marek Nowak.



 

Książkę tę dedykuję mojemu Bratu,
Włodkowi, który jest autorem jej tytułu,
moim Rodzicom, Marii i Henrykowi,
mojej żonie Marii, córce Danieli
i synowi Mateuszowi.
Dzięki częstym wezwaniom na spacer,
Bari, kundelek ze schroniska w Sopocie,
przyczynił się do przemyśleń na temat książki.
Okazał się on nadzwyczaj mądrym psem belgijskiej
rasy schipperk.

                   

 

 

 

                           

                            Misja do innych stanów świadomości.

 

                                                                      SPIS TREŚCI

 

 

Wyprawa.

Senchotron.             

List do Joanny Nr 156.                                                                                                 

Zdarzenie.

Karina 1.

Karina 2.

Karina 3.

Karina 4.

Karina 5.

Karina 6.

Karina 7.

Karina 8.

Tajemnice nocnego stróża.

Brama.

Joanna (Nanka), 1.             

Joanna (Nanka), 2.

Lustro.

Przestrzeń.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 1.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 2.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 3.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 4.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 5.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 6.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 7.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 8.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 9.

Żabka.

Psy.

Samochód.

Sanki.             

Zeszłoroczne liście.

Mandat.

Marzenia stróża.

Ojciec.

Koszary I.

Koszary II.

Konwalie.

Córka.

Kopka.

Malka.

Tajemniczy klasztor.

Inny świat.

Wagon. Refleksje o marzeniach.

Inny świat. Anna.

Inny świat. Basia.

Inny świat. Ukłon dla Malki.

Nocny dyżur.

Wiatrak.

Lubię Malkę.

Czekolada.

Nocny dyżur 2.

Odejdź z tego domu.

Kuter GDY 50.

Magda o brązowych oczach.

Zawsze mam nadzieję.

Wicko Morskie.

Rozmowy z Romkiem i Benią.

Nieprawdopodobna historia.

Kontener.

Patrol.

13 uderzeń zegara.

Felieton wyborczy

Post scriptum do „Felietonu wyborczego”.

 

Zabawy słowem:

 

Wiadomość dla Wydawcy.

Przymorduch.

UFO.

Spotkanie.

 

Ostatnia strona.

 

                                                                                     

                                                                                    * * *

 

 

 

 

 

 

                                                                                       

 

 

Zapis senchotronowy.
Gk,13052007,G1245.

Wyprawa.

              Mija już kolejny rok naszej wyprawy do krańców Wszechświata.

Siedzę na nocnym dyżurze patrząc na monitory i ich migające wskaźniki. Nie jest to ciekawe zajęcie, ale innego na razie nie wymyśliłem. Poleciałem z nimi bo miałem już dość, tej ciągłej gonitwy i biegania wokół codziennych spraw. Czy uciekłem od siebie? Na pewno nie, ale uciekłem od marazmu świata, który pędzi nie wiadomo dokąd i gdzie, prędzej zginie niż powstanie do życia. Czy to samo czeka mnie tutaj? Na sądzę.
Mogę przynajmniej coś zbudować i stworzyć nowe płaszczyzny, tak mi się wydaje. Czy czuję się zdobywcą przestrzeni czy krzewicielem nowej wiary?
Na pewno nie, nie w tym co robię, nie w tym nudnym i nieskomplikowanym zajęciu, jakim jest siedzenie i patrzenie we wskaźniki, w notowanie ich wyglądu i opisów. Potem zmieni mnie kolega i tak w kółko, co kilka dni i nocy, dzień po dniu, noc po nocy. Czy to jest ciekawe zajęcie?
Gdy nie patrzę na ekrany, to porządkuję zapisy senchotronowe, z czasu, gdy leżąc w koi i będąc jeszcze w płaszczu tego pola, moja podświadomość tworzyła listy, opowiadania i książki.
Dla kogo?
Dla mojej niespełnionej miłości, dla Joanny, która pozostała ze swoimi kłopotami i problemami na Ziemi.
Tam też pozostawiłem Kraków, Gdynię, Gdańsk, Częstochowę, Gliwice, Miejsce Piastowe koło Krosna i wiele innych znajomych mi miejsc.
Jesteśmy tu z rodzinami w bardzo dużej grupie.
Ten statek to potężne miasto z dzielnicami większymi od nie jednego miasta, część Ziemi z jej problemami i trudami, z naszymi problemami.
Jesteśmy tu jak u siebie w domu, rozdzieleni tylko pustką i przestrzenią Wszechświata od spraw tamtego pozostawionego gdzieś daleko, już innego dla nas świata.
Zagląda ona w nasze serca i przenika duszę, ale nie może nas złamać. Może nas unicestwić, ale nie zniszczy naszych myśli, bo one pozostaną zapisane na wieki w słowie i trwaniu kamieni.
 

 

Zapis senchotronowy.
Gk,19092008,G0430.

Senchotron.
 

Skończyłem już mój dyżur. Przyszedł kolega i zmienił mnie.
Przywitał się krótko: Cześć.
- Co słychać?
- Wszystko OK?
Odpowiedziałem mu:
- Tak i że lecę już do domu.

- Wiesz, jestem mocno zmęczony i nie chce mi się już gadać.

 

              Te dyżury są nudne, ale nie skomplikowane.

Mogę sobie wybrać zupełnie inne zajęcie, ale nie chcę tego, bo to obecne na razie odpowiada mi.
Nie zmusza mnie ono do robienia kariery za wszelką cenę, do walk o lepsze awanse czy

pieniądze lub marne zaszczyty. Pozwala mi, abym miał poczucie jako takiej wolności.
Pomiędzy dyżurami mam sporo wolnego czasu i to jest dla mnie nagroda.
W pracy siedzę i wymyślam nowe projekty i plany do działań.
Potem realizuję je w wolnych chwilach i mam poczucie, że jestem znowu kolejnym trybikiem w tej piekielnej machinie jakim jest w dalszym ciągu nasze życie na statku i kiedyś było nasze życie na Ziemi.
Idę już do domu, bo tak nazywamy tu nasze pomieszczenia. Są duże i obszerne i jak ktoś chce może się tam w nich sam w sobie zagubić.
Obmywam się szybko i sprawnie, kładę do mojej koi, gdzie otulony płaszczem pola senchotronu, uciekam w błogi stan mojej sennej nieświadomości.
Wtedy moje cielsko odpręża się a myśli zaczynają swobodnie płynąć, krążyć i łączyć się w zdania, w strzępy rozmów, w dialogi i tworzą się teksty listów, opowiadań i całych ksiąg.
Gdy wstaję rano mam już gotowe ich zapisy i mogę je przetwarzać na papier i inne nośniki.
Tak powstały moje ostatnie listy do Joanny i ciągi opowiadań nocnego stróża.
Odtwarzam je teraz i wracam w ten sposób do dawnych zapomnianych już spraw, wspomnień i zdarzeń, do miejsc gdzie byłem i trwałem w świadomym życiu na Ziemi.
Listów i opowiadań zrobiło się tyle, że zacząłem je klasyfikować według pewnego schematu, aby nie pogubić się w ich ciągłości. Schemat ten, narzucił się sam ze snów w polu senchotronowym.
Listy i opowiadania umiejscowiłem tam gdzie one się działy i może powstać odczucie i wrażenie, że to wszystko dzieje się tam na na Ziemi. Tak było i już nie umiem powiedzieć co działo się na prawdę a co jest tylko wytworem mojej wyobraźni.
Sen w płaszczu pola senchotronowego, to dla mnie wciąż inny i daleki wymiar, zwielokrotniony stan wielowymiarowości i oddalenia od rzeczywistości.
W tym stanie robię to czego zawsze pragnąłem i to o czym ciągle marzę, co jest głęboko ukryte w mojej podświadomości i jest odniesieniem do mojej jaźni.
Dlatego uważam, że te listy i opowiadania powinny być zebrane w tomiku, którego tytuł powinien brzmieć " Z dziennika schizofrenika". Oddawałoby to w pełni wielowymiarowość stwarzania się zdarzeń i okoliczności.
Ocenę tego jednak pozostawiam Wam, czyli tym do których te przekazy dotrą jeśli przetrwają naszą wyprawę i misję do innych światów i stanów świadomości.
 

 

Zapis senchotronowy.

Gk,140908,G1609.
Listy do Joanny Nr 159.


                                                             Cześć Kochana Nanka.

Witam Cię Nanulka i pozdrawiam serdecznie.
Uściskałbym Cię teraz mocno i serdecznie gdybym mógł to zrobić właśnie teraz i w tej chwili i zrobiłbym to z ogromną przyjemnością.
Nie wyobrażasz sobie jaki czuję się szczęśliwy i zadowolony.
Siedzę sobie teraz w pociągu i jadę do Rzeszowa a potem w Bieszczady, na wyprawę o której ostatnio ciągle marzyłem.

Byłem tam niedawno z Danielką i nie sądziłem, że tak szybko znowu tu wrócę.
Nie uwierzysz, ale kupiłem sobie wreszcie najprawdziwszy wagon kolejowy.
Na razie nie będę Tobie pisał skąd miałem na to pieniądze, ale dotarły one do mnie zupełnie legalnie, uczciwie i bez zobowiązań.
Jeśli niedługo spotkamy się, to opowiem Ci o tym na uszko i to bardzo cicho, całując Cię delikatnie i niechcący.
Właśnie planuję, tym wagonem doczepionym do pociągu, dalszy wyjazd do Krakowa i odwiedzę Cię, jeśli znajdziesz dla mnie wolną chwilę.
Chciałbym Ciebie zaprosić do odwiedzenia nas i pokażę Tobie wtedy jak wyglądają moje spełnione marzenia.
Mam ich jeszcze bardzo wiele i wiem, że nie wszystkie się spełnią, ale i tak jestem już zaskoczony tym co mi się teraz zdarzyło.
Oczywiście starczyło tych pieniędzy na podstawową modyfikację i przebudowę wagonu.
Mam z nim związane bardzo szerokie plany, o których napiszę Tobie w kolejnych listach.
Mam tu wreszcie wymarzony własny kącik i chociaż nami teraz trzęsie i rzuca w różne strony, to pisze mi się tu nawet nieźle.
Mamy tutaj komputery, Internet i to wszystko co obecnie potrzeba by funkcjonować i to jest tak w sam raz jak dla samotnych wędrowców.
Mamy też salonik dla gości z dobrze zaopatrzonym barkiem w napoje chłodzące. Są też pomieszczenia sypialne z dwoma lub jednym łóżkiem. Jest też kuchnia i urządzenia sanitarne, tak jak w domu.
Przyznam się, że teraz mamy lepszy komfort życia w tym wagonie niż w starym domu, ale niedługo i w domu też nam się poprawi.
W moich planach uwzględniłem też osoby niepełnosprawne i dostosowałem pomieszczenia dla nich. Nawet jest zewnętrzna winda, aby mogli się oni łatwo i wygodnie dostać do wagonu.
Wygospodarowaliśmy też drugą niewielką salkę, aby tam też można było się spotykać.
Jest bardzo dobrze Nanulka i myślę już o drugim wagonie i trzecim i czwartym i pewnej misji, ale o tym na razie, sza...
Także chcę kupić stary parowóz i czy będzie na chodzie czy nie to będzie też ciekawą atrakcją i wspomnieniem dawnych czasów, jak go doczepimy do naszego pociągu.
To są bardzo szerokie plany i pomysły. Jak przegadam je z przyjaciółmi i znajomymi to pewnie wyklują się z nich konkrety.
Oczywiście już teraz zapraszam Ciebie, Tomka i całą Twoją rodzinkę na wyprawę w spełnione marzenia.
Powiedz mi tylko kiedy byś chciała i będziesz mogła być razem z nami.
Pokrywam wszelkie koszty jakie poniesiesz a nawet jak będziesz musiała szybko wracać, do domu, to zwrócę Ci wszelkie koszty ewentualnych przejazdów czy przelotów samolotem.
Pragnę być blisko Was i z Wami i gadać tak długo jak się da, aż do znudzenia.
Wspomnę jeszcze o tym, że te pokoiki w wagonie są znacznie wygodniejsze i bardziej przestronne niż w normalnych kuszetkach.
Wagon po modernizacji jest zupełnie nie podobny do tego jaki był poprzednio i mam wreszcie swój własny i wymarzony azyl do podróżowania.
Nie muszę już niewolniczo pracować na kromkę chleba i dostęp do Internetu.
Jest mi teraz lepiej i czuję się w końcu człowiekiem i wreszcie na swoim miejscu.
Kończę już Nanulka ten kolejny mój list.
Jak zawsze ściskam Cię gorąco i serdecznie i rączki Twe całuję.

 

 

Zapis senchotronowy.
Gk,28042007.

Zdarzenie.


Zdarzenia, które następowały po sobie były wynikiem czegoś co zdarzyło się nam podczas ostatniej misji. Czegoś co wprawiło nas wszystkich w zdumienie i przerażenie i czego nie rozwiązaliśmy do tej pory.
Nagle bez żadnego znaku ani ostrzeżenia przeszliśmy przez coś co czuliśmy każdym nerwem i cząstką ciała, co było w nas i po za nami. Sądziłem, że to już koniec naszego krótkiego życia.
Trwało to tylko tyle, aby zdać sobie z tego sprawę, by głęboko wbiło się nam w zakamarki duszy i byśmy mogli ten wstrząs psychicznie przeżyć.
Targnęło nami na boki i wyrzuciło jednych z koi, innych z foteli i tak porozbijani, badaliśmy się, macając obolałe ciała.
Cały wstrząs przyjęły na siebie hamacze i grawitacyjne kolasy. Ktoś w swojej mądrości przewidział tę sytuację, lecz nie wiedział jak to będzie działać w przestrzeni i na naszym na statku.
Więcej śladów zniszczeń nie było, po za drobnymi uszkodzeniami, które łatwo dały się naprawić.
Inne bardziej skomplikowane urządzenia, chroniące nasze życie i zdrowie, wielokrotnie dublowane i zabezpieczane nie przestały działać, pstrykając tylko swymi przekaźnikami i przełącznikami.
Znużony i rozbity wciągnąłem się na koję. Nie mogłem pozbierać myśli. Serce waliło jak młotem. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje.
Byłem oszołomiony i w cichości ducha modliłem się o spokój i ukojenie.
Myśli pędziły po zakamarkach mózgu a pytania spływały jedne po drugich: czarna dziura, pętla czasowa, odprysk antymaterii, wstrząs menotoniczny, Supernowa.
Nie wiem, nic nie wiem i tak jak inni nic nie wiedzą czy już przepadliśmy w czeluściach Wszechświata, tak ja nie wiedziałem czy jeszcze żyję czy tylko moja dusza jeszcze kołata się w starych nawykach myślowych.
Czy Joanna dowie się kiedyś o tym choćby we snach, w odpryskach myśli i wspomnień.
Dalej zmierzamy do końca światów, przemykamy się przez granice życia na skraju dobra i zła.
Boże daj nam jeszcze dotknąć Twej miłości i miłosierdzia.

Nieskończenie dobry Człowieku spojrzyj łaskawie na wędrowców i uchroń nas od nieszczęścia.
 

 

Zapis senchotronowy.
Gk060408,G081656.
Karina 1.

(Kuter GDY 50, 06.04.2008r. o godz. 08:16:56)

Dawny kuter rybacki GDY 50 jest zacumowany przez cały rok w Gdyni, przy Skwerze Kościuszki.
Jest tam sympatyczna i urokliwa dla mnie kawiarenka, restauracja i bar.
Lubię tam posiedzieć, by zakosztować choć przez chwilę uroków jakie płyną z przebywania na dawnym kutrze morskim.
Jestem tu dzisiaj z Kariną i sączymy piwo z sokiem imbirowym patrząc sobie w oczy.
W Jej oczach zatopiona jest głębia Kosmosu.

Ma brązowe i piękne oczy kobiety samotnej, zagubionej i pełnej tajemnic.
Siedzimy pod pokładem, gdzie błądzą jeszcze, dusze ryb.
Falujemy z nimi pośród zapachów frytek i zupy.
Karina opowiada o swoim życiu, nie kryje smutku i żalu, ale jest dzielna i samotna jak polna wierzba.
Wyrosłem przy niej wśród szumu i niepokojów miasta, wśród pędu i gonitwy niemożności i dojrzewam do bycia z nią, choć na chwilę.
Patrzę jej w oczy, gasząc smutek miłości, ogarniam dłońmi jej włosy i twarz, tulę do swego serca jej zgasły płomyk nadziei.
Już rozbrzmiewa muzyka i słodkie tony miłości dudnią radością.
Pochłania nas uczucie szczęścia, jedności a życie falami ogarnia nas i kuter pośród pływów morza i ludzi.
Spotkałem ją wśród zagubionych ludzi, nieszczęśliwych, wtedy, gdy znowu zacząłem szukać samego siebie pośród nich.
Przyciągała do siebie darem niepokoju serca, samotności i miłości.
Nie narzucała się, była otwarta, cierpliwa i mądra, czekała na znak życzliwości i zrozumienia.
Jest piękna i subtelna pięknością kobiety, która szuka swego miejsca, wśród gwiazd Wszechświata.
Jest tą jedyną i wybraną, piękną i niepowtarzalną.
Uczymy się razem życia w rwącej strudze świata, wciąż zagubieni, razem silni i ciągle próbujący znaleźć pomysł na bycie razem, na twórcze rozmowy, na namiętność.
Warsztaty przeminęły, przeminął nastrój potrzeby i jesteśmy ciągle sami borykając się z codziennością, w biegu dotykając uczucia miłości.
Ciągle nam mało bycia ze sobą, brak nam spojrzeń, dotyku i westchnień serca i grudy życia wpadają na nas, by wstrzymać porywy uczuć.
Teraz znowu razem czekając na wspólną pracę, spoglądamy z lękiem na Słońce, bo znowu zaświeciło promykiem nadziei i ciepła rodziny.
 

 

Zapis senchotronowy.
Gk2,080408,G0659.
Karina 2.

Szukała pracy i dostała ją. Zaprosiła mnie na bycie razem.
Badania lekarskie w Gdyni, krótka rozmowa z lekarzem a potem wspólny spacer.
Wspięliśmy się na Kamienną Górę, stamtąd patrzyliśmy na miasto i zatokę, na szum wiatru i wolność ptaków.
Wybiegaliśmy myślami za horyzont, za nieboskłon, po za głębię Kosmosu.
On dotykał nas swoimi myślami, pieścił uczuciem szczęścia i wzbudzał pragnienia.
Samotni pod Krzyżem Kamiennej Góry dotykaliśmy nieskończoności Wszechświata.
Krzyż kładł się cieniem na naszych sercach i budził wspomnienia przeszłości.
Przytuliłem ją a ona spojrzała mi głęboko w oczy.
Byliśmy już razem, szczęśliwi, nie zagubieni, znaleźliśmy miejsce dla siebie, miasto samotnych serc.
Potem nad brzegiem morza mówiłem jej o miłości, o drżeniach serca, o namiętnościach.
Na skraju morza ująłem za rękę i przytuliłem w ciemności fal.
Nie broniła się i zalękniona drżała oczekując pocałunków.
Jej przymknięte oczy stały się przystanią moich ust, ręce obejmowały jej gibkość i otwierały uczucia, samotne wargi nie broniły przed miłością, którą wyznawałem jej namiętnie.

Piasek plaży skrzypiał pod stopami, jak świadek niemych myśli i uczuć bez granic.
To odprysk ludzkich smutków, pragnień i samotności, skarbiec zagubionych serc.
Potem wędrowaliśmy do domu i smutno powiedziała, że to inny świat, nie nasz, że byliśmy razem w innej rzeczywistości, prawdziwej, że chce być ze mną jak teraz.

 

 

Zapis senchotronowy.
Gk110408,G1942.
Karina, 3.


Spotkałem ją u eskulapa, którego wąż skręca się wokół laski.
Kupowała insulinę, dla siebie, tę cząstkę żywej kropli, z wydzielonych resztek pieniędzy, które biorą się znikąd i znikają w trzewiach wciąż głodnego i nienasyconego smoka biznesu.
Pełna niepokoju i skupiona, stała w długiej nerwowej kolejce.
Stanąłem przy niej i mocno chciałem przytulić jej skołatane serce, ale nie mogłem uczynić żadnego gestu.
Lekko musnąłem pocałunkiem jej dłoń, spojrzałem w oczy i ogarnąłem jej niepokój moją radością spotkania.
Potem wyszliśmy już razem, inni i szliśmy hałaśliwą ulicą, gasząc jej szum rozmową.
Zimno przenikało nas do szpiku, rozmowa trwała a ciepło kawiarni przyciągało nas swoim blaskiem.
Chciała jechać do domu, lecz namówiłem ją na filiżankę gorącej kawy.
Tu, w niedalekiej kafejce, ożywiona i z rumieńcem na twarzy, śmiało patrzyła w mi oczy i rozmawiała o życiu, tym zwykłym codziennym i tak bardzo trudnym dla nas.
Zapaliła pachnącą wonnościami cygaretkę, rzadkość w jej dłoniach.
Teraz zapachniała miłością i oczekiwaniem.
Mówiłem jej o trudnej przyszłości, o smutkach i domysłach, o roku 2012, o tym czego ma nie być a co nastąpi, gdy nie staniemy się ludźmi.
Kawa rozgrzewała nas, oczy płonęły blaskiem rozmowy i wciąż nam jej było mało i czas pędził jak oszalały.
Już musisz wracać i zostawić wyciszenie i nadzieję.
Już zbierasz się do wyjścia i chwile szczęścia porywasz, tak trudno Ci odejść i zostawić nas.
Zabrałbym Cię Karinka na wyspy szczęśliwe, do szumu fal i skrzypu piasku białego, tam gdzie czas jest miłością trwania, niebo jest szczęśliwe, słońce tuli nagie ciała a brzeg morza nie jest granicą poznania.
Zawsze tak czuję te chwile będąc przy Tobie i chcę przekazać Ci radość bycia razem ponad czasem i rzeczywistością.
Gdy opuszczasz mnie, zapadam się w nicość, przestaje oddychać, czuję jak siły opuszczają mnie i trudno mi wtedy być samotnym.
A Tobie wtedy trudno żyć, ułudą szczęścia, gdzieś tam pośród blokowiska smutku i braku miłości.

 

 

Zapis senchotronowy.

G042008.
Karina 4.

 

                                                                         CAFETERIA.

Zmarznięty i mokry od deszczu, czekam w Gdańsku na Karinę, pod drzwiami LOT`u.
Miasto szumi głucho i warczy swoją złością na zbyt wąskie ulice, ciasne przejścia i tłumy zmęczonych ludzi.
Obok mnie przechadza się dziewczyna i nerwowo rozgląda na boki.
Też czeka na kogoś.
Wkrótce dwóch młodych szczuplaków z butelkami piwa w ręku podchodzi do niej,
przeklinając głośno i wulgarnie, serdecznie obłapują dziewczynę witając się z nią radośnie a ona z uśmiechem odwzajemnia im uściski.
Potem razem odchodzą w swoją przyszłość.
Karina pojawia się nagle na stopniach autobusu i uśmiecha się radośnie.
Nie udało mi się na czas schować „kamapki zezmasłem", która miała mi dodać ciepła i energii. Jest mi już lepiej, gdy ją ściskam serdecznie.
Poszliśmy dalej szukać dla niej pracy.
Idąc zerkałem na nią w chciwym zachwycie, patrząc na jej urok i ciepło, pochłaniając jej kobiecość.
W Dyrekcji Poczty strażnik przepuścił mnie jako osobę towarzyszącą.
Na piętrze, w holu było pusto, stolik i dwa fotele i nieustraszone oko kamery.
Jeszcze nie napiętnowany wizerunkiem terrorysty czekałem spokojnie na Karinę.
Długo jej nie było.
Wróciła zadowolona z rozmowy choć rozczarowana, że jeszcze nie ma dla niej pracy.
Znowu smutny los miał ją rzucić gdzieś w zakamarki odległej dzielnicy.
Deszcz ciągle padał i nie warto było wracać do domu a Stare Miasto znowu kusiło nas i przyciągało do swych kafejek, restauracji i cafeterii.
Zapachniało nam czekoladą, gorącą kawą i aromatem wolności i wyciszenia.
Deszcz ciągle padał, nasączał bruki miasta swymi kroplami, ale nie zwracaliśmy na to uwagi.
Znowu pochłonął nas niezbywalny czas bycia ze sobą i radość wzajemnego słuchania.
CAFETERIA..., tu chyba przysiądziemy na chwilę, na długą chwilę, może na całe życie.
Schowaliśmy się w kąciku gdzie aromatyczna czekolada zagarnęła nas swoim smakiem, kawa otuliła ciepłem a długa nóżka wysmukłej wiśniówki nie dosięgała do potężnego kielicha, gdzie Malibu gryzło się z mlekiem...
Znowu rozmawialiśmy a czas jak zwykle zatrzymał się dla nas, tylko dla nas.
Ktoś wchodził i wychodził, czasami usiadł niedaleko a nasz czas trwał w bezruchu, tylko dla nas.
Z każdym słowem była coraz piękniejsza, jej rysy miękły, oczy nabierały blasku, słowa wypływały słodką kaskadą i dodawały otuchy lub zaskakiwały rzeczowością.
Piękna i ja, bestia nieczuła dla bliskich, ciągle daleko, ciągle gdzieś, nie wiadomo gdzie, ciągle poza sferą uczuć .
Jej ocena moich komórek zbitych w grube cielsko nie była pochlebna.
Nie szydziła ze mnie, nie wyśmiewała, bo najzwyczajniej w świecie zapomniałem o obowiązkach ojca i męża.
W powietrzu unosił się aromat kawy, czas dla nas stanął nie docierało do nas nic .
Pompowała we mnie świadomość bycia człowiekiem odpowiedzialnym i prawdziwym.
Smutno mi było i byle jak, ale ktoś wreszcie we mnie uwierzył i powiedział wprost od

serca, jaki jestem naprawdę.



Zapisy senchotronowe.
Gk230408,G0625.
Karina, 5.

Bardzo za nią tęsknię i jest wciąż obok mnie, w moich myślach i uczuciach.
Jest daleko ode mnie, poza sferą moich doznań i odczuć.
Jest zwyczajną dziewczyną, młodą matką i kobietą.
Znowu jesteśmy bez pracy.
Brakuje nam pieniędzy na życie, na bycie ze sobą.
Jakimś cudem wygrzebuję ostatnie grosiki.
Chcę być razem i trzymać ją za rękę i patrzeć na nią.
Pojechałem do Rodziców, pomogli ostatnim wysiłkiem woli i coś mi dali.
Więc ją znowu zobaczę, choć na chwilę, dotknę, uściskam i ucałuję jej piękne i smutne oczy.
Ten smutek kładzie się cieniem na naszej miłości.
Pragniemy wyrwać się z więzów i zależności, ze zniewolenia codzienności i uciec do gwiazd, gdzie miłość jest trwaniem a przeznaczenie drogą życia.
Przyszła na spotkanie, na krótką chwilę, więc tulę ją do serca, opowiadam o podróży i patrzę w jej śliczne brązowe oczy.
Jesteśmy szczęśliwi chwilą samotności wśród szumu i zgiełku miasta.
Przyniosłem jej dary świata, z codzienności, z innego czasu.
Trzymam jej dłonie w swoich i żar naszych serc łączy się, rozniecając płomienie natchnień.
Nagły, zimny podmuch wiatru studzi nasze uczucia i ona musi znowu odejść, do innego świata, w inny wymiar rzeczywistości.
Odwraca się jeszcze do mnie i czule patrzy na nasze rozstanie, na naszą samotność.
Bardzo tęsknię za nią i jest ona wciąż obok mnie, lecz ciągle gdzieś daleko w innym stanie uczuć i przeznaczenia.



Zapis senchotronowy.

G042008.
Karina, 6.

Piszę dopiero dzisiaj, o naszym spotkaniu w środę 30 kwietnia.
Zadzwoniłem do niej z tramwaju i była dziwnie zdenerwowana.
Już wiedziałem o co chodzi, nie wzięła insuliny.
Wyszedłem ze swojej pracy bardzo szybko, żeby zdążyć na spotkanie z nią.
Nie mogłem się go dzisiaj doczekać.
Wysłałem z tramwaju wiadomość, że już jadę, że długo to będzie trwało, bo muszę dojść na miejsce naszego spotkania piechotą.
Odpisała, że nie będzie czekać tak długo, że musi kupić insulinę w aptece, że tam się spotkamy.
Zadzwoniłem do niej z tramwaju i była już zdenerwowana, rozmawiała z wyrzutem.
Powiedziałem, że chcę wysiąść na chwilę przy domu i odebrać małą wygraną w LOTTO, bo nie mam żadnych pieniędzy.

Była zdenerwowana i nie panowała już nad sobą, brak insuliny bardzo jej dokuczał:

Co Ty kombinujesz, ja tu czekam w Akademii Medycznej na Ciebie i dłużej już nie mogę...
- Spotkamy się w aptece na (...), rzuciła nerwowo.
Wiedziałem już, że źle się czuje, rozumiałem ją i teraz szczególnie chciałem być przy niej blisko i otoczyć ją serdeczną opieką.
W aptece było już lepiej, zalotnie spoglądała na mnie i była już inna, to była prawdziwa Karina.
Byłem wcześniej i zająłem jej kolejkę więc szybko kupiła tańszą insulinę i tym razem przystała na zaproszenie do kawiarenki.
Była dzisiaj znowu piękna i jak zawsze starannie ubrana.
Znowu radosna, rozgadana i stawiała dużo pytań.
Czy miałem romans z Joanną?
Czy nadal ją kocham?
Czy tęsknię za nią?
W oczach Kariny widziałem błyski zainteresowania i niepokoju.
Wie, że ją kocham, ale tej naszej miłości jest wciąż za mało.
Nie mogę jej więcej ofiarować, bo musiałbym ją porwać i zawieźć na inne wyspy i być z nią bardzo blisko i tulić wciąż do serca.
Tego byśmy pragnęli, ale..., teraz nie mogę jej tego ofiarować i nie mogę o tym marzyć, nie chcę jej dać biedy i niepewności.
Nie chcę jej ofiarować tułaczki po świecie, tęsknoty, zapomnienia i niepewności o byt.
Jest zbyt piękną kobietą by tylko być ze mną.
Było nam teraz znowu dobrze, jak na spotkaniu dwojga zagubionych dusz.
Nagle telefon do niej wyrwał nas z marzeń.
Ktoś niespokojny długo rozmawiał i chciał wszystko wiedzieć.
Potem przytuliłem ją na tarasie, gdzie byliśmy sami, splątani niepewnością, czule ją objąłem i nasze myśli złączyły się.
Czasami gram w LOTTO i wygrałem coś wczoraj, więc przydały się te grosiki stróża biedaka, właśnie teraz w kawiarence.
Ciągle nienasyceni sobą wróciliśmy do miasta, do którego wystarczyło tylko przekroczyć próg niepewności.
Nie chciała na razie odjeżdżać, chciała być jeszcze chwilę razem i martwiła się moim zmęczeniem,
Dużo i ciężko dzisiaj pracowałem, ponad siły.
Potem odjechała, jak zawsze piękna i z czarownym uśmiechem zrozumienia, tęsknie spoglądając na nasze rozstanie zza szyby autobusu.
Niedługo znowu ją zobaczę i przytulę do swojego stęsknionego serca.



Zapis senchotronowy.
Gk-J,100508,G0508.
Karina 7.

Idę na spotkanie z Kariną.
Wcześniej wpadłem na chwilę do Misia, zajrzeć na moją pocztę e – mail.
Syn niestety okupuje od wczoraj obydwa komputery.
Misiu jest zawsze miły i usłużny, proponuje herbatę, choć robi to często z ponurą miną.
To jest bardzo serdeczny i dobry człowiek więc nie zwracam na tę jego minę uwagi.
Patrzę w monitor i zgadzam się.

Potem kątem oka widzę jak dolewa mi „od serca" wzmocnienie.
Miło mi się zrobiło, ten to ma gest.
Basia, jego żona, w drugim pokoju pracuje nad kartonami.
Moja komórka daje znać, że jest wiadomość od Kariny, że już jedzie do CAZON`u.
Umawiam się z nią i zaraz wychodzę od Misia.
Idę do tramwaju, potem autobus, bo są remonty torów i ląduję z kolejną przesiadką na Zielonym Trójkącie.
Nade mną, na wiadukcie, przejeżdżają wyjące karetki pogotowia ratunkowego.
Czekam na tramwaj.
Dzwoni telefon. To Karina, pyta gdzie jestem.?
Dziwi się, że jestem tak daleko, że dopiero jadę, denerwuje się.
Nie chce na mnie czekać, zwraca mi uwagę, że nie lubi takiego spóźniania się na spotkanie, że miałem na nią czekać w już w biurze CAZON`u.
Umówiliśmy się w Szpitalu w Gdańsku, bo tam jedzie zarejestrować synka.
Dalej czekam na tramwaj.
Karetki co chwilę z wyciem, przejeżdżają po wiadukcie nade mną.
Widzę, że i do szpitala nie zdążę, więc dzwonię do Kariny, że spotkamy się gdzie indziej, na ul. Długiej w Gdańsku, że wyruszam właśnie na inny przystanek, bo coś się stało, że przyjechał tramwaj z Gdańska i zjechał na pętlę obok a motorniczy wspomina, że coś się stało, że nie może dalej jechać.
Idę do ul. Grunwaldzkiej, boli mnie noga, idzie mi się ciężko, kuśtykam i przystaję co chwilę.
Podejmuję nagle decyzję, że nie jadę do Gdańska i że nie spotkam się dzisiaj z Kariną.
Dzwonię do niej...
              Dziwna to była rozmowa, pełna napięcia i niepokoju, wyrzuty i gniew wisiały w powietrzu, żal wypływał z każdego słowa.
Krótko i chłodno pożegnaliśmy się.
Instynkt podpowiadał mi zdecydowanie i bardzo wyraźnie:
- Zachowaj spokój i rozwagę.
              Pomimo bólu pojechałem na Targi czarodziejów i tym podobnych magików do Olivii.
Czułem się źle i byłem w kiepskim nastroju pogadałem z kilkoma osobami, szukałem dr Michała i Ilony. Nie było ich dzisiaj.
Wyszedłem na dwór i zadzwoniła Karina.
Andrzejku, przyniosłeś mi dzisiaj szczęście!
Tak musiało być, żebyśmy dzisiaj się nie spotkali.
Byłam bardzo zła i wściekła na Ciebie,
Tak bardzo chciałam się spotkać z Tobą.
Tą złość wyładowałam na Biurze Pośrednictwa Pracy, byłam tak zdeterminowana, że powiedziałam im, że nie wyjdę od nich dopóki nie załatwią mi szkolenia.
Wyszła kierowniczka Biura i pyta się co się dzieje i nakazała mnie dodatkowo zapisać na szkolenie.
Wiesz, że jest to dla mnie bardzo ważne, że bez tego nie znajdę sobie pracy.
Jestem taka szczęśliwa i zadowolona.
Przyniosłeś mi szczęście.
Długo rozmawialiśmy przez telefon a potem już w innym nastroju dokuśtykałem do domu.
To była prawdziwa i radosna Karina, taka jaką chciałbym ciągle widzieć i być z nią i kochać właśnie taką.
Tak już w naszym życiu jest, ze nasze nastroje i sytuacje zmieniają się i oscylują między

radością, smutkiem i powagą.
Najtrudniej być szczęśliwym i zachować spokój naszego wnętrza.
To jest bardzo trudny do osiągnięcia stan, bo jego granice wciąż niezauważalnie przekraczamy, nie wiedząc jak i kiedy.
Ten stan powinien być ciągły, bo to stan naszego naszego trwania i wiecznej miłości.



Zapis senchotronowy.
Gk,110608,G1758.
Karina, 8.

              Dym papierosów snuje się po schodach sutereny i pobliskim chodniku.
Jesteśmy w okolicach Stoczni Gdańskiej przy jej sławetnym pomniku.
Tu w tym niby pubie, poniżej poziomu chodnika, usiedliśmy na chwilę z Kariną.
Wcale nie kojarzy się on z pubami Irlandii czy Anglii, które są przeniknięte duchem i atmosferą tajemniczej przeszłości.
Kiedyś już bardzo dawno temu, byłem tu z rodzicami i bratem i było tu zupełnie inaczej.
Teraz spożywa się tu tylko piwo.
Pamiętam jeszcze za dużego dla mnie, wielkiego schabowego z surówką z kiszonej kapusty i marchewką.
To było bardzo dawno temu, jeszcze w głębokim PRL`u.
Tata po prostu zaprosił nas na obiad a może był też i wujek Staszek, brat Mamy i razem wędrowaliśmy po Gdańsku, tego już nie pamiętam dokładnie.
Teraz zaprosiłem Karinę na krótką chwilę bycia tu razem.
W pobliżu nic innego nie ma, a szkoda bo okolice Pomnika Poległych Stoczniowców sprzyjają refleksji i nastrojowi zadumy i przydałyby się tu herbaciarnie i dyskretne stoliczki umacniające tę refleksję.
Zajrzałem tu z Kariną po to, bo miała niedaleko do autobusu.
Mieliśmy mało czasu na spotkanie, ale za to ogromną jego potrzebę, choć na chwilę, by zagłębić się w krótką rozmowę.
Karina niedaleko stąd ma szkolenia, po których łatwiej będzie jej znaleźć pracę.
Potem pędzi po synka do przedszkola i aby być prawdziwą jego towarzyszką rozmów to musi teraz, choć na chwilę oderwać się od codzienności i porozmawiać.
Jest bardzo zmęczona obowiązkami, ale dzielnie sobie radzi, pozostawiona wciąż samej sobie.
Nie mogę jej inaczej pomóc, jak tylko pogadać z nią na interesujące ją tematy.
Teraz zaciekawiły ją moje ostatnie ucieczki od rzeczywistości do Klasztoru i do brata do Częstochowy a także do Anny na wieś.
Martwią ją moje sprawy i kłopoty a te rozmowy wspierają nas oboje.
Zastanawiam się czy, aby sami nie zgotowaliśmy sobie tego trudnego życia?
Może tak, lecz na razie niewielki mamy na niego wpływ.
Koleje naszego życia potoczyły się według dziwnego scenariusza i gdybyśmy znali go wcześniej nie wybralibyśmy go na pewno.
Może nie nauczyliśmy się go, sądząc naiwnie, że jego tory potoczą się według naszych marzeń.
Lecz tu na Ziemi inna jest jego wykładnia, inny punkt widzenia i inna rzeczywistość dla nas poszukiwaczy miłości, pokoju i szczęścia.
Opuszczeni borykamy się ze swoimi problemami i cierpimy, szukając jedni drugich .
Po omacku i na ślepo wybieramy sobie życie jak popadnie.

Nie wiemy dokąd ono zmierza i jaki ma cel, lecz pragniemy jednego: zrozumienia, życzliwości, spokoju rodzinnego i trochę szczęścia na co dzień.



 

Zapis senchotronowy.
Gk–J,080508,G0542.
Tajemnice nocnego stróża.


              Jakie może mieć tajemnice nocny stróż, zwyczajny cieć, nazywany tak zwyczajowo w dawnych czasach.
Będąc stróżem nocnym, często przemykałem się w swych zajęciach na granicy tego co wolno robić a czego nie.
Charakter takiej pracy wymusza różne działania, bo jest to zajęcie wyczerpujące, nudne i nieciekawe.
Przede wszystkim nie wolno spać na dyżurach, ani w dzień, ani w nocy.
Nieoficjalnie można było „drzemać", ale nigdy nie poznałem granicy między drzemką a snem i nikt z oficjeli takiego zezwolenia na drzemkę nie wydał.
Takie długotrwałe pilnowanie przyprawia organizm o rozstrój i zaburzenia i wtedy nie drzemie się tylko śpi, krócej lub dłużej, „jak zając pod miedzą", lub jak suseł.
Zdarzyło mi się kiedyś zasnąć około godziny 2:00 nad ranem i obudziłem się około 5:00...
Nie wiem kiedy zasnąłem i jak się to zdarzyło i nie byłem w stanie tego kontrolować.
Pilnowałem uczciwie i obudziłem się nad ranem.
Na moje szczęście złodzieje nie przyszli i patrol też nie przyjechał.
Zdarzyło się też pewnego razu, że miałem dyżur z kolegą, który był tzw. „wzmocnieniem" do dyżuru, ze względu na niebezpieczne warunki pracy w obiekcie.
Siedzieliśmy obok siebie w wąskim korytarzyku, przed nami były oszklone drzwi i widać było teren.
              Nagle około 01:30, wyrwał nas z przypadkowego snu wyjący alarm (zasnęliśmy nie wiadomo kiedy).
Wstałem gwałtownie i widzę, w ciemnościach lekko rozświetlonych lampami, że za płotem, pod drugim obiektem, stoją dwie postacie i szarpią za żaluzje podłączone do alarmu.
Chwyciłem do ręki potężną Motorolę i w zdenerwowaniu wołam urywanym głosem:

- Na pacu G...T...U dóch cetów arpie za uzje..., ...Wam ...trol...

              Rozdygotany patrzę na dwóch typów, którzy dziwnie spokojnie i z premedytacją próbują dostać się do drugiego obiektu.
Za drugim płotem było widać owal twarzy trzeciego z nich.
Nie ukrywam, że bałem się i pierwszy raz w życiu spotkałem się z taką sytuacją.
Kolega był chętny do wyjścia i przegonienia ich, ale nie mieliśmy żadnych rzeczy do obrony, bo przepisy na to nam nie pozwalają.
Złodzieje mogą nas pobić, zabić a nam wg przepisów nie wolno ich tknąć tylko ewentualnie dokonać perswazji słownej i to bez obrażania ich.
Nie chciałem wyjść i to nie ze strachu.
Instynkt bardzo wyraźnie mówił mi, żeby nie wychodzić.
              Alarm wył przeraźliwie a dwa typy wolnym krokiem i prowokująco odchodzili od żaluzji, przeskoczyli płot i zniknęli w ciemnościach.

              Przyjechał patrol naszej firmy i rozpoczęły się poszukiwania ich po okolicy.
Po około godzinie zakończyła się interwencja patrolu.
Później już, po kilku dniach, sąsiad zza płotu, który widział to zdarzenie ze swojego domku, powiedział, że typów było sześciu, że widział ich z drugiej strony domu jak siedzieli na barierce przy szosie.
Sądzę, że próbowali nas wyciągnąć z pomieszczenia, unieszkodliwić i wtedy zająć się „obrobieniem" obiektu.

Tak wnoszę z ich prowokacyjnego zachowania się na placu.
Rozglądali się, spokojnie poruszali się i zachowywali bardzo pewnie.
              Zdarzyło mi się również takie dziwaczne zjawisko halucynacji.
Jak trzeba było odsiedzieć za kolegę, który nagle musiał złożyć do grobu swego ojca, 48 godzinny dyżur to odsiedziałem go, ale z halunami w oczach.
Zdarzały mi się „haluny"w pracy, czyli halucynacje wzrokowe z powodu przemęczenia.
Kiedyś około godziny 2 w nocy „odpłynąłem".
Słyszałem o tym, że mózg człowieka, sam reguluje swoje potrzeby i wyłącza się, by chronić przed uszkodzeniami.
Więc „odpłynąłem" i nawet nie wiedziałem kiedy.
Od długiego już czasu siedziałem w bezruchu, powoli i bezwiednie zatapiając się w niepamięć.
Wydawało mi się, że czuwam, że podnoszę co chwila wzrok i patrzę na teren.
Nagle niedaleko od mojej stróżówki zobaczyłem najprawdziwszy samochód produkcji dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, marki „TRABANT".
Skąd on się tam wziął, w zamkniętym i dobrze ogrodzonym terenie.
Tego nie umiem powiedzieć.
Widziałem wyraźnie przednią szybę, maskę i owale przednich lamp.
Coś jest nie tak...!
Doznałem nagle wstrząsu i powróciła mi świadomość, i zobaczyłem, że tam jest tylko sterta równo ułożonych palet.
Czuwam dalej, jestem tego świadomy, czuwam i...
Głowa opada mi i podnosi się, co chwilę otwieram oczy, by patrzeć na teren...
Patrzę i niewiele widzę, obrazy mieszają się, rzeczywistość przeplata się ze zwidami.
Nie jestem w stanie kontrolować siebie i swoich myśli.
Trwam w jakimś dziwnym stanie bezwolności, ...jestem i nie panuję nad sobą i swoimi odruchami.
Myśli biegną, wypływają jedne z drugich, piszę książkę, ciekawą książkę, słowa płyną, tworzą się zdania za zdaniami, wers za wersem, kolumny za kolumnami, całe stronice...,
...gdzie ja jestem...?
Znowu stoi TRABANT..., jakby miał zaraz ruszyć...
Sąsiad o dziwacznym nazwisku Erzepki, stawiał na podwórku, pod moim oknem takiego samego.
Próbuję myśleć, tak:
...skoro ma ruszyć, to musi ktoś tam siedzieć,
...człowiek, jak człowiek to co on robi na terenie firmy,
...skoro człowiek, to na pewno..., złodziej.
...tak, na pewno to jest złodziej.
Wstrząsnęło mną i dotarło to do mojej świadomości,
Coś jest nie tak!
Otworzyłem oczy i wodzę nieprzytomnie naokoło...
...gdzie ja jestem?
...co się dzieje?

...co ja tu robię?
Wokoło tylko pomrok rozświetlony sodowymi lampami...
TRABANT zamienił się znowu w stertę równo ułożonych palet.
Na placu było cicho i pusto, gdzieś za domami pomrukiwała głucho spalinowa lokomotywa.
Znowu czuwam i jestem gotowy i sprawny..., ale do czego?
Tępy żal budzi się w sercu na wspomnienie ciepłego mojego domowego leżyska, na podłodze.
Daje mi ono w domu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji,
To leżysko na podłodze jest teraz bardzo dalekie i niedostępne.
Teraz siedzę w pracy na nocnym dyżurze i odpływam w mroki niepamięci, myślami wędrując po różnych sferach świadomości, a los próbuje rzucić swe zdarzenia i wątki w doczesność.
Kolejną moją tajemnicą nocnego stróża, jest moje leżysko domowe na podłodze.
Sprawa z pozoru jest prozaiczna.
              Nasze małżeńskie łoże, po rozłożeniu jest ogromne i mieści co najmniej 4 osoby.
Jest ładne, pomysłowe i praktyczne i niestety składa się aż z 7 części, co dla mnie, człowieka z dolegliwościami kręgosłupa nie jest odpowiednie.
              Moja ogólna sprawność fizyczna była zawsze niezła. Lubiłem kiedyś dużo nurkować, więc gdy zdawałem do Wyższej Szkoły Morskiej i lekarz miał mnie zakwalifikować do praktyk na morzu, to aż jęknął z zachwytu jak dmuchnąłem mu w ówczesny spirometr, bo skala o mało się nie skończyła...
              Moja sprawność ogólna była bardzo przydatna w codziennym życiu domowym i żona nie miała powodów do narzekań na mnie, ale to łoże małżeńskie pokonało mnie swoimi cząstkowymi częściami i rano z wielkim trudem zwlekałem się z niego.
              Więc dla zachowania młodzieńczej sprawności, jak na prawdziwego skauta przystało, budowałem sobie na noc, wygodne leżysko na podłodze.
              Wcale ono nie odstraszało mojej żony... , jak i obecnie Bariego.
Jest on bardzo zadowolony, bo leży razem ze mną na podłodze, jako bliski towarzysz w stadzie.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk,30072008,G1732.

Brama.
(Scenariusz science fiction na konkurs radia RMF Classic)



 

                                                                                    18.




              Jestem stróżem nocnym.
Nie stoję przy bramie by wpuszczać ludzi lub ich wypuszczać.
Siedzę tylko na dyżurach nocnych i pilnuję obiektów. Robię to w małym kantorku z czarnym biurkiem i rozklekotanym fotelem.
Mam wtedy wreszcie czas i spokój na to, by dużo rozmyślać.
              W nocy patrzę na rozgwieżdżone niebo i oczami wyobraźni zaglądam do sunących po nim powietrznych statków.
Niektóre przemykają się w ciszy, błyskając światełkami lub z lekkim pomrukiem przesuwają się gdzieś bardzo wysoko.
Inne znowu płyną jednostajnym ruchem a ich punktowe światło przesuwa się pomiędzy gwiazdami.

                                                                                * * *


              Jest godzina 16:40 i wyruszam z wielkim plecakiem na nocny dyżur do pracy.
Noszę go bo nie mam w pracy żadnej szafki.
Autobus lini nr "124" wiezie mnie po nie zbyt prostych ulicach dzielnicy do "przystanku na żądanie".
Potem mam jeszcze ponad 1 km piechotą do miejsca pracy.
Po drodze mijam oczyszczalnię ścieków.
Dzisiaj wiatr mi sprzyja i oddala ode mnie nieprzyjemne zapachy codziennych odchodów miasta.
Lekko zgrzany, przy potężnym jeszcze popołudniowym upale, podchodzę pod górę i jestem już na moście nad torami kolejowymi.
              Przede mną rozpościera się, po prawej stronie, zniwelowany już plac po ogródkach działkowych.
To przyszła Baltic Arena, nowy stadion i wybieg dla kopaczy skórzanego worka, współczesnych gladiatorów, którzy będą tu walczyć o trofeum swego potu, łez i skurczonych mięśni.
Dalej za nią strzelają w niebo betonowe kominy elektrociepłowni i rozpościerają się rozległe tereny portu morskiego.

Przed nim wyrastają prosto z ziemi malutkie domki dzielnicy biedoty i nędzy, gdzie mydło jeszcze do dzisiaj jest czymś dziwacznym i nieznanym.
              Moja żona nauczycielka dowiedziała się niedawno od innej nauczycielki z tej dzielnicy, że jeszcze teraz na specjalnych lekcjach w szkole omawia się z tamtejszymi dziećmi sposób korzystania i używania tego środka higieny osobistej.
              Jestem już w moim kantorku i przebieram się w niebieską koszulę z naszywkami i

znakami mojej firmy.
Czarne pagony i patki kieszeni podnoszą moją rangę jako stróża nocnego.
              Moje pilnowanie polega na okresowych obchodach, siedzeniu i patrzeniu na teren.
Słucham więc radia i rozmyślam o wielu sprawach, planując nowe opowiadania.
              Około 1:00 w nocy, gdy jeszcze był mrok za oknami, zaniepokoiły mnie dziwne rozbłyski, poświata i lśnienia za oknem i to z okolic zniwelowanego terenu Areny.
Wyszedłem więc na zewnątrz, lecz nic więcej nie zobaczyłem.
Zrobiłem teraz rutynowy obchód i wracając do bramy, która jest blisko mojego kantorka zamarłem nagle z przerażenia...
Za bramą, po jej drugiej stronie stała postać i spoglądała na mnie przenikając mnie swoim wzrokiem.
W tym momencie, moje przerażenie miast spotęgować się, nagle zmieniło się i poczułem spokój.
Usłyszałem w głowie słowa:
- Nie bój się, nie zrobię Ci krzywdy.
Z niepokojem zastanawiałem się skąd ta postać się wzięła. Przed chwilą szedłem tutaj i nikogo nie było.
Postać powtórzyła znowu:
- Nie lękaj się. Chodź ze mną.
Zdziwiony powiedziałem:
- Gdzie mam iść? Nie wolno mi stąd odejść.
Nie ruszając ustami znowu powiedziała:
- Nie bój się.

                                                                                            * * *

              Siedziałem na moim poskręcanym sznurkami fotelu, otumaniony i zamroczony.
Powoli docierały do mnie moje myśli, uczucia i strzępki obrazów.
Było mi na przemian duszno i gorąco, świerszcze grały swoje cykady, radio cicho mruczało tonami muzyki poważnej.
Odruchowo spojrzałem na zegar.
- Jest 03:15...
- Do licha! Przecież byłem na obchodzie o 1:00 w nocy i stałem przy bramie.
- Gdzie ja jestem...?
Wyskoczyłem na zewnątrz i zacząłem rozglądać się.
Na niebie jaśniał powoli brzask, miasto budziło się do życia.
Patrzę na bramę.
Pusto.
Poczułem jak miękną mi kolana i ogarnia mnie lęk.
Spojrzałem na swoje stopy i widzę, że stoję na bosaka.
Oglądam się za siebie na fotel...
- są...
Moje buty stały koło fotela.
Nie zdejmowałem ich w nocy i nie mam potrzeby ich zdejmowania w kantorku.

Więc dlaczego stoją koło fotela?
Uszczypnąłem się.
Zabolało, więc nie śpię...
Spoglądam na siebie i widzę, że mam na sobie jakąś dziwną koszulę.
Niby ta sama, ale jakaś inna: nie ma czarnych patek, pagonów i w ogóle widać jakieś szwy...
Nagle konstatuję ze zdziwieniem, że jest ona założona na odwrót.

                                                                                             * * *

              Wróciłem do domu po skończonej pracy bardzo zdziwiony, zaskoczony i w bardzo złym humorze. W sumie byłem cały rozbity i obolały.
Nie pojąłem nic z nocnych zdarzeń a luka w pamięci kłuła mnie swoją pustką.
Położyłem się do łóżka, by odespać nocny dyżur.
Jednak budziłem się co chwilę przerażony i rozdygotany.
Męczyły mnie cały czas koszmary i dziwne sny.
              W końcu zmęczony i niewyspany wstałem, by zacząć zastanawiać się nad tym kim w końcu jestem i skąd pochodzę, bo nie czułem już żadnej więzi z moim światem.
Tym światem cierpienia, ułudy i braku nadziei.


Zapis senchotronowy.
Gk–J,190408,G1604.
Joanna (Nanka), 1.

Pojechałem do sanatorium do Lądka Zdroju.
Pierwszy raz w życiu i to zupełnie sam.
Miałem wtedy zaledwie 16 lat i byłem bardzo zagubiony i niespokojny, ale bardzo szczęśliwy i bez opiekuńczych skrzydeł rodziców.
Niewiele już z tamtych dni pamiętam.
Pozostały tylko fragmenty wspomnień i kilka zdjęć.
Poznałem tam Nankę i pierwszy raz w życiu zakochałem się.
Poza nią nie widziałem nic, choć byliśmy krótko ze sobą.
Niewiele już pamiętam z tamtego okresu, ale zwróciła ona moją uwagę swoją urodą i sposobem bycia.
Bardzo mi się podobała i często wodziłem za nią oczami.
Było mi dobrze przy niej i innym też.
Była otwarta, serdeczna, miła i podobała mi się.
Któregoś dnia grałem w ping-ponga z bardzo dobrym zawodnikiem i stawiłem mu czoła. To był mój pierwszy wielki sukces życiowy.
Nanka była zachwycona i polubiła mnie bardziej, bo byłem inny taki dziwny.
Przytuliłem ją kiedyś serdecznie na wycieczce, zbyt mocno, bo odczuła to, ale to było mocne i głębokie, serdeczne przytulenie, z gorącej miłości i oddania.
Były też wspólne spacery i zabawy z rówieśnikami.
Pierwsze krople alkoholu i wołanie Nanki: „Andrzejku, co z Tobą", gdy odpłynęła mi świadomość na brzegu klozetu w WC.
Zrobiło mi się niedobrze.
Szybko minął czas w sanatorium.
Potem powrót do domu, do Gdyni i ogromna tęsknota, która pozostała w sercu po spotkaniach w Lądku.

Byłem bardzo zakochany i mocno cierpiałem z braku Nanki.
Zacząłem pisać do niej płomienne listy. Słowacki był ich osnową i pozostały one u niej, ale czy w sercu też czy tylko we wspomnieniach, tego nie wiem.
Odpisywała zdawkowo i tłumaczyła, że nie umie pisać, że kocha, lecz czy zdaję sobie sprawę jak daleko od siebie jesteśmy, czy nasze uczucie przetrwa rozłąkę i dużą odległość.
Trochę tych listów napisałem i pełne były płomiennych uczuć, ale przestałem do niej w końcu pisać, bo nie wiedziałem co robić dalej ze swoimi rozterkami.
Uczucie przerosło mnie i nie udźwignąłem brzemienia odpowiedzialności.
Jednak miłość pozostała i uczucie moje narastało wciąż w różnych chwilach i momentach życia.
Byłem ciągle myślami przy niej w Zakopanem i nie zapominałem o niej , chociaż czas przykrył już niepamięcią słowa mojej miłości.
Potem rozterki w liceum i zagubienie i nie rozpoczęta Szkoła Morska, pierwsza praca w księgarni nr 62 w Gdyni, potem kłopoty ze zdrowiem, próżnia życiowa i kolejne zdarzenia losu, kochanka i ucieczka w nicość i zagubienie, smutek cierpień.
I ciągle pytanie o to, co mi życie przyniesie w swoich niespodziewanych zdarzeniach.

Gdańsk - Jelitkowo, 26.04.08, g.05:40.



Zapis senchotronowy.
Gk–J,260408,G0540.
Joanna (Nanka),2.

Napisałem list do Joanny, już bardzo dawno.
To jest list nr 156.
Nie dokończyłem go jeszcze.
Kiedyś pisałem do niej, jako nocny stróż, co trzeci dzień i cieszyło mnie to, bo mogłem pisać do niej listy, bo tego bardzo pragnąłem.
Nie z nudów, nie z chęci mówienia, lecz z tęsknoty i niespełnionej do niej miłości, z braku miłości.
Była pierwszą dziewczyną, którą obdarzyłem młodzieńczym uczuciem.
Odnalazłem ją po wielu latach i wtedy rozmowom przez telefon nie było końca.
W końcu wpadła na pomysł, bym, jeśli chcę, pisał do niej listy.
Od razu zaznaczyła:
„ Andrzejku, pamiętaj o tym, że w naszych wzajemnych kontaktach, najważniejsza jest Twoja Marysia".
Nanka napisała do mnie jeden długi list i później kartkę z życzeniami dobrych i wspaniałych imienin.
Dowiedziałem się wtedy o jej życiu i że nie było jej wcale lekko.
Chciałem jej pomóc zaraz i natychmiast pojechać do niej.
Niestety nie mogłem, więc pisałem tylko listy.
Ona w swoim prosiła o wybaczenie, że nie ma talentu do pisania, że jej trudno to pisanie przychodzi.
Pamiętałem o tym z dawnych lat i nie miałem żalu.
W szkole nie lubiłem pisać wypracowań, bo ich nie rozumiałem, bo były dla mnie wciąż za trudne.
Ale napisałem już list nr 156 do Joanny.

Już dawno.
Nie skończyłem go jeszcze pisać.
Choć już teraz nie piszę jej o miłości. To piszę że wciąż jestem, że pamiętam, że dalej szukam szczęścia w życiu, że poznałem Karinę, że innym daję moje myśli i emocje, że cierpię, że smutek jest oprawą moich myśli i uczuć, że cieszę się z jej radości i zwycięstw.
Wciąż dziwię się ile jest uczuć i myśli w naszym życiu.
Ile ich pozostaje w sercu, na chwilę, na zawsze?
Gdzie one odpływają i czy powracają jako spełnione?
Listy ujmują nasze myśli i słowa w znaki, w litery i przyjmują nasze smutki i cierpienia, są obrazem naszego życia, lecz czy są spełnieniem naszej miłości i granicą uczuć?



Zapis senchotronowy.
Gk, 29042007.
Lustro.


W lustrze widziałem już swoją twarz. Patrzyłem na siebie z drugiej strony światła.
Nieogolony, z oczami pełnymi lęku, przed sobą miałem tylko swój świat.
Za mną odbijało się moje życie, pełne smutku z przebłyskami radości i miłością matki.
Ojciec gdzieś daleko przemykał się w podświadomości istnienia, jak zwidy strachu przed karą.
Dokąd zmierzał? Czy wciąż uciekał od obowiązków przeprowadzenia po drogach życia.
Spadał często do dna, by grzęznąć w oparach niemocy.
Brat pełen życia i radości był zawsze przy mnie bliskim oparciem, kolegą nieco starszym i otaczał mnie mądrością życia.
W domu o ogromnych przestrzeniach, gdzie myśli gubiły się już w przedpokoju, trwałem w oczekiwaniu spełnienia marzeń.
Bujany konik, mój przyjaciel i twórca szarż bitewnych, pozostał już tylko w pamięci, rzucony szczurom na pożarcie w czeluściach śmietnika.
Stukał kiedyś biegunami swych kopytek i wybijał rytm na czerwonych deskach podłogi a Ojciec wyrzucał z siebie potoki złości, bo stukot kopytek szarpał jego duszę kolcami dziecięcej miłości.
Potężna choinka, jak co roku ustawiona w narożniku dużego pokoju wielbiła agonię młodego lasu.



Zapis senchotronowy.
Gk, 01052007.
Przestrzeń.


Gwiazdy za oknem, niebo jest pełne gwiazd. Wypełniają przestrzeń bez dna, co wlewa się do serca.
Patrzą na mnie, wędrowca bezkresu ciemności, idącego wśród blasku supernowych, czarnych dziur, kolapsów tajemnic i zwidów myśli.
Pustka wokoło, czy ona mnie pochłonie?
Czy znajdę kres moich myśli i czasu istnienia?
Dokąd zmierzam, wędrowiec bez domu, zapomniany wśród miliardów gwiazd, wśród odprysków i złomków, tak jak ja, bezdomnych wędrowców, sunących ku przeznaczeniu.
Czy niosą życie, czy zapomnienie?
Tak, niosę nadzieję przetrwania, a one pustkę i zniszczenie.

Ja niosę miłość, one kresu pęd.
Ja daję życie, one śmierć.
Czy osnują mnie, swojej materii cieniem, odbiorą miłość i duszy istnienie?
Czy pragnę tego, wędrując pośród głębi Kosmosu?
Niosę życie a śmierć mi poznaniem, acz daleka i niedosięgła jest, bo nie jej wyrocznia przywiodła mnie do nich, gdzie moje miejsce, by patrzeć oczami pełnymi miłości, na Boga.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk16022007,G0218.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 1.

 

Pustka, cichość snu na jawie i mgła spowija mroki duszy. Odległe myśli przemykają po niebie, gwiazdy błyszczą swym utajonym życiem. Duch ku nim ulata i zagłębia się w jasność światła.
Spoczywasz u mego boku, uśpiona błogosławieństwem.
Czy to Ty, czy powiew Twojej miłości dotyka mych skroni, moich myśli i uczuć?
Czy to Ty położyłaś swój blask obok mnie? Płonie Twe serce, płoną Twe usta. Czy jesteś obok mnie, czy tylko widzę Cię w tchnieniu wiatru, w cichym miasta uśpieniu, co drży jeszcze po ciężkim dniu i toczy swe życie w zakamarkach i ciemnościach zaułków, w blasku latarni przyćmionych.
Gdzieniegdzie przemyka zbolała dusza i idzie ku przeznaczeniu. Biegnie ku wyspom świadomości i spływa w głębinę, poznając nicość zatracenia i pustkę. Myśli krążą po bezmiarach życia i błąkają się w cichości sumienia, w przestrzeniach strachu i nędzy, walcząc o byt i przetrwanie, tam gdzie miłość tworzy życie i buduje trwałość istnienia. Jest ziarenkiem w sercu, surowym brzemieniem, bólem spowitym cierpieniem i radością istnienia.
Gdzie jesteś wyspo zapomnienia, bólu i smutku?
Radość bycia z Tobą, to mój cel. Nie widzę Cię, otulony samotnością, lecz pragnę gorąco zbliżyć się do serca Twego, odnaleźć skryte zapomnienie i utulić się w Twych ramionach.
Pod Twym błękitem, kwitnie dżungla bujności, chwalba uniesień myśli i skutków.
Twe brzegi całują fale miłości. Moje myśli ku Tobie biegną i skłaniają swe czoło przed Boga majestatem, Panem mojego bytu, wszystkiego co kocham, gdy śnię, gdy myślę, gdy czuję i dotykam tchnienia Twego życia.
Godz. 03:00.

 

Zapis senchotronowy.

Gk,16022007.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 2.

Z cichości serca wypływam na szeroki nieboskłon, przemykam wśród chmur, co porywają w głębię i przewalają się z boku na bok, tocząc swe cielska w górę i w dół. Plaskają o strugi deszczu, w nim otulają swe troski i smutki.
Płynę wśród gór potężnych, zrębów i skał dalekich, wśród ostrych grani, zwałów i potęg.
Tonę we mgle zapomnienia i bezkresu nicości, ciało rozrywa moc namiętności, drżę gdy myśli spowijają swe natchnienia, walczę o każdą chwilę z Tobą, u Twego boku, gdy szukam odbicia Twego serca w moim.

Pamięć bycia z Tobą, koi mnie i jest mi oparciem.
Dotykam Twych ust i patrzę w oczy Twoje, błękitem pachnące, miłością i oddaniem.
Nie odchodź w głąb zapomnienia. Bądź przy mnie, gdy serce moje dla Ciebie trwa i toczy swe życie po torach istnienia. Bądź przy mnie, gdy smutki pochłoną radość moją, gdy ból zapomnienia spowije mnie w całości. Bądź przy mnie, gdy wrócę z wędrówki po sferach świadomości, zbolały i wyczerpany drogą wśród zwalisk i piargów myśli.
Bądź przy mnie, gdy niebo powlecze się błękitem miłości, gdy rozleje się w ciałach naszych i pochłonie w tańcu szczęścia. Bądź przy mnie, gdy miłość ukoi nas w cichości

serc i wypłynie ku sercom zbolałym przeczuciami kresu drogi istnienia.
Godz. 04:09.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk22032007.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 3
(Fragment listu do Joanny Nr 123, 21:45.)

              Senność zamyka mi oczy. Maligna wtłacza się pod powieki. Czuję zmęczenie, lecz serce łomocze i wali jak opętane, drżąc z miłości do Ciebie.
Tłoczy życie do mego ciała, aby trwało dla Ciebie, godząc się na Twe spojrzenia, na Twe gesty, na głosu wołanie.
Patrzysz na mnie przez powieki, oczami zapomnienia. Cudem stworzonym jesteś, gdy mówisz do mnie ust szelestem.
Twe serce bije radością, głowę skłaniasz ku mnie i pamiętasz gdy razem byliśmy tchnieniem wiatru, Słońca promykiem, złotym rąbkiem tajemnicy istnienia.
Popatrz na mnie i wspomnij w tęsknocie, usta złóż do pocałunku, by stał się miłości pieczęcią.
Twe dłonie do moich przytulone, ogarniają moje myśli płynące wśród chmur.
Giną i wielbią Cię w miłosnym uniesieniu, co spowija nas swym głębokim przywiązaniem.
Jestem z Tobą, patrzę w Twe oczy i wyznaję miłość i więź serca mego z Twoim sercem, gdy wtulony w Twe ramiona pieszczę zmysły Twym zapachem.
Godz. 22:19

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk23032007,G0258.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 4.

              Niemoc spowija mnie swym obłokiem, przytłacza ciężarem pustki.
Gdzie jestem w dzikości serca, gdzie upadłem zniewolony brzemieniem winy.
Pragnę..., lecz czy chcę dalej iść w błękitu przestworza.
Czy jeszcze dalej pragnę? Czy mogę pragnąć, gdy wyschłe wargi, opuszczone ramiona, łakną słodyczy Twego serca, zapachu Twych włosów, Twych myśli i spojrzeń, blasku Twych oczu.
Pamiętam Cię piękną i nieodgadnioną, pełną tajemnic i wiru namiętności.
Czy jesteś serca mego damą, obrazem mej duszy, moim pragnieniem, co zniewala dzikość mego serca, powala namiętności.
Czy wina mego serca to miłości tajemnica? Czy obłok niemocy wyrwie się z okowów

niewoli?
Tak serce moje pragnie Twego serca, Twojej miłości, smaku Twego ciała i duszy uniesienia.
 

 

Zapis senchotronowy.

Gk,01042007,G0327.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 5.

              Milczący stoję wśród gór przepastnych. Dotykam nieba końcami palców i przymykam oczy w zachwycie nad barwami tęczy. Mgły otulają moje myśli i spowijają obłokami zwojów. Znów patrzę na Twego profilu cień, zdobiony rysami miłości.
Widzę Cię we mchu objęciach, przytuloną do bujnej zieleni i ciepła lata.
Twe oczy błękitem zapalone, zaglądają do serca mego i szukają spokoju. Oparta o skałę, trwasz w bezruchu, łowiąc szmer strumyka, co gada z kamieniami i przemyka wśród źródeł.
Mówisz do mnie słowami przeznaczenia, wypowiadasz serca uniesienia a ciało Twe drga namiętnością, wtulone w mgły powiewy...
Patrzę na Ciebie i widzę bezkresu granice.
Pokonasz je otulając mnie ramionami, gdy dotykając nieba wypowiem myśli moje najskrytsze.
One uniosą nas do Raju głębi, gdzie spoczniemy spowici oparami miłości.
Milcząc wzajem, wypowiemy słowa pieszczot i tchnienia uniesień.
Góry milczące wznoszą się nad nami. Tulą nasze serca do swych grani a strugi wody płyną jak łzy i szepczą, że Cię Kocham.
Ty, ujmując dłońmi moje myśli, składasz je w swych uczuciach i dajesz im ukojenie i żar swojej miłości.
Góry wysokie są nad nami a my jak ziarenka piasku, razem spoczywamy u ich stóp, jak kamyki przeznaczenia, złożone na znak jedności.
Jesteśmy zwieńczeniem potęgi ich mocy i trwania w wieczności a miłość nasza, w skał zamyśleniu, kładzie pasma nadziei, jak tęczy odblaski kładą się na nieba powłokę i budzą do życia tajemnicę miłości.



Zapis senchotronowy.

Ga-Gk,18052007,G1404, SKM.

Wędrówki po różnych sferach świadomości.
Rozważania Nr 6.

Spoczywam w cichości ducha.
Dzielę się myślami z Tobą.
Jesteś tam, po drugiej stronie lustra.
Znam Ciebie, lecz jesteś daleka i nieodgadniona.
Spoczywam w Twoich myślach, cichość Twego ducha otacza mnie.
Zagłębiam się w Twego serca bicie, do granic poznania.
Dotykam Cię końcami palców, drżeniem ust, szeptem moich myśli.
Oddychasz niespokojnie, gubiąc myśli.
Spłoniona patrzysz w głąb moich oczu.
Tam ślepa miłość burzy zasady i zrywa pęta bez granic.

Spójrz na mnie oczami wyobraźni.
Widok Twej piękności jest urokiem oddania.
Spójrz na mnie przez czasu bariery, granice niebytu, gąszcz myśli niespokojnych.
Gdzie jestem?
Szukasz mnie dotykiem swych warg i pieścisz mnie smutkiem swych myśli.
Razem w jedno złączeni patrzymy ponad gwiazd błyskami.
Błękit nieba nad nami roztacza swe ramiona.
Ty w moich spoczywasz, patrząc na słowa miłości, które płyną do kresu życia.
 

 

Zapis senchotronowy.

Gk22062008,G0946.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 7.

              Samotność, czy to synonim strachu i zapomnienia.
Świadomość wyświetla mi obrazy przeszłości, mgliste i zapomniane chwile smutku i cierpienia.
Gdzieś zagubiłem się w drodze do końca życia. Pogubiłem ścieżki wyboru i tułam się w nieskończoności świata.
Próbuję coś zrobić, lecz rozbija się to o mur gniewu i żalu.
Jestem dla tego świata nijaki, obmierzły i niedouk.
Wołam o zrozumienie, życzliwość, o przyjaciół, szczęście i ukojenie.
Lecz czuję się zapomniany przez nich, idących po linii swego czasu.
Nie patrzą za siebie w przeszłość i martwią się skutkiem swoich myśli i celów.
Zapominają się w gonitwie za niczym i za pustką.
Idąc przez życie myślą o szczęściu i miłości, lecz nie wiedzą, że żyją w ułudzie nastrojów i rozterek.
Spoglądam na ginący świat i serce mnie boli, gdy wyciągam rękę by podać ją bliźniemu .
Patrzą na nią jak na kaprys i oszustwo, jak na wyciągniętą tylko po dary i pieniądze.
Nie chcę tego świata i on nie chce mnie.
Nie przyjmuje on mojej miłości i oddania. Depcze mnie jak obrzydliwego robaka i chce zniszczyć.
Czy znajdę cel swego życia? Czy doznam ukojenia i szczęścia?
Nie wiem...
Lecz wiem, że idę naprzód i konsekwentnie zmierzam do celu, że go osiągnę, gdy kres mego życia wypełni się.
Wtedy powiem, że spełniłem się w swoim cierpieniu.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk01072008,G0158.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 8.
 

                                                                          Sny.

              Moje sny ogarniały mnie zawsze swoją rzeczywistością.
Osnuwały zwątpieniem uczuć i nieświadomości. Pokazywały drogi znaczeń i ich porządek.
Nie pojąłem jeszcze ich tajemnic i natchnień. Wciąż powracają do mnie, jak białe ptaki szukające gniazd.
Tłumione ciężarem codzienności są wizjami spełnienia i nadziei.
Ich iluzje stają się odniesieniem do moich celów.
Często ogarnia mnie niepokój, gdy spotykam w nich kształt prawdziwej rzeczywistości.
Widziałem w nich określone miejsca i czas. Byłem w nich i mówiłem o życiu, miłości i cierpieniu.
Wtedy powiedziałem Stwórcy, że jestem gotów nieść jego przesłanie.
Dał mi dar tworzenia myśli i uczuć.
A ja dotknąłem niepoznanej tajemnicy życia i stałem się jego głosem wołania o miłość, jedność i zrozumienie bytu wiecznego.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk09072008,G0015.
Wędrówki po różnych sferach świadomości.

Rozważania Nr 9.

              Nad moim miastem widziałem latający dysk.
Świecił tęczą barw i jakby przyciągał mnie ku sobie.
Nie umiałem oderwać od niego oczu.
Zawisł w powietrzu i łagodnie falował, przechylając się płynnie i obracał miarowo.
Słychać było buczenie i różne inne dźwięki.
Zmrok już ogarniał okolicę a on ciągle mienił się różnokolorowymi światłami a czas dla mnie przestał wtedy istnieć.
Czekałem nie wiedząc co mam robić. On też sprawiał wrażenie, że czeka.
Wokół niego lekko drżało powietrze. Wtedy ogarnęło mnie przekonanie, że widzę go tylko ja, że tylko dla mnie otworzył swoją przesłonę czasu.
Bardzo powoli, łagodnym ruchem zaczął obniżać się na plac, na którym stałem.
Serce mi drżało, miękły kolana, lecz spokój wewnętrznego ukojenia już ogarniał mnie i stabilizował rozdygotanie.
Wiedziałem już, że nic złego mi się nie stanie, że nie pochłoną mnie żadne moce piekielne.
Poczucie pełni szczęścia i harmonii ze Wszechświatem wypełniło już mnie.
Gdy podpory dysku wysunęły się tuż nad ziemią, osiadł miękko i zatrzymał w swoim ruchu.
Buczenie przeszło w ciche i spokojne tony.
Długo stałem w bezruchu...
              ... i moja wyobraźnia nie wytworzyła już więcej wizji.
              Często bezwiednie spoglądam w rozgwieżdżone niebo i tam czegoś wciąż szukam.
Czasami oczami wyobraźni widzę zbliżanie się i lądowanie dysku.
Nie są to żadne wizje czy halucynacje.

To obrazy, które już znam, już je widziałem. Przebijają się przez zwoje niepamięci jak zbitki filmowych klatek, jak coś na co czekam i co przeczuwam.
Wracają one i powtarzają się od dawna, tak jak powtarza się wciąż historia czasu i przestrzeni.
Wróciłem znowu do pracy w tym określonym miejscu i będę tu tak ciągle wracał.
Nie mam tu nic do zrobienia, najzwyczajniej w świecie, tylko pilnuję i... czekam.
Wtedy też piszę to, co podsuwa mi wyobraźnia i wydobywa z mojej niepamięci.
Muszę tak pisać, by złagodzić ból wywołany napływem przekazów treści, wiedzy i myśli. Płyną one szerokim strumieniem gdzieś z głębi zakamarków Wszechświata.
Mam wtedy poczucie, że nie jestem stąd.
Gdy zagłębiam się w moje dawne życie to odkrywam progi, które już kiedyś przekroczyłem i wiem, że muszę je nieść w codzienną rzeczywistość.
Wizje pojawiają się wtedy, gdy mój świat przekracza granice na tarczy zegara.
Wtedy jak samotnemu wędrowcy tworzą się obrazy i myśli.
Nazywam je po imieniu, łączę w wyrazy i składam w zdania, strona po stronie, budując nowe byty na zbitce papierowych włókien.
Widziałem latający dysk, mienił się kolorami tęczy.
Stał się on moim przesłaniem tęsknoty, samotności i opuszczenia, moim niespełnionym pragnieniem odejścia z miejsca, gdzie samotne myśli błądzą i ulatują w nicość, pokrywając brzemieniem i pustką moje odczucia.
Tę pustkę przenoszę na marzenia o wyprawach i podróżach, o spotkaniu z innymi światami, o spełnionej miłości, o życiu na planecie utkanej z radosnych myśli i zdarzeń, o wagonie kolejowym, który stać się ma moim drugim życiem i ucieczką w inny świat .
              Z nastaniem brzasku mój latający dysk zaczyna rozbłyskiwać tęczowymi światłami. Z lekkim buczeniem, majestatycznie unosi się i oddala zabierając moje myśli i marzenia do innych światów.
Nad ranem, czekam już na koniec pracy.
Zmęczony czuwaniem wyciszam swoje emocje i obrazy złudzeń.
Wracam do rzeczywistości.
Gdy jadę do domu rozklekotanym i hałaśliwym tramwajem to cieszy mnie myśl, że jedyny mój przyjaciel, belgijski strażnik barek, Bari, jak co dzień przywita mnie radośnie ciesząc się z mojego powrotu ze świata ludzi upojonych swą pracą i marzeniami.
Wtedy znowu wracam do świata fikcji, złudzeń i reklamy, do innego, nie mojego już świata. (godz.01:08).

 

Zapis senchotronowy.

Gk,0953,13042008.

ŻABKA.

Była mała, piękna i zaczarowana.
Miałem chyba 4 - 5 lat.
Młoda opiekunka wzięła nas, dzieci z przedszkola, na spacer po starym cmentarzu.
Rozbiegliśmy się jak robaczki, wśród drzew, krzewów i wysokich traw.
Przewalone krzyże, rozbite nagrobki i leżące tablice wspominały zmarłych.
Młody żołnierz z pobliskich koszar, adorował opiekunkę w cieniu rozległego kasztana, a my biegaliśmy wśród grobów oplecionych splątanymi krzewami i bluszczem.
Żabka była mała, piękna i zaczarowana.
Pobiegłem za nią, a ona hycała coraz dalej.

Nie mogłem jej złapać, bardzo się starałem, ciągle ją doganiałem, lecz była coraz dalej.
Wskoczyła do pustego, głębokiego grobowca, a ja za nią.
Złapałem ją i patrzyłem na nią z ciekawości kim jest, i już nie była zaczarowana.
Położyłem ostrożnie na dnie grobowca i chciałem wyjść z niego.
Patrzę w górę i widzę niebo prześwitujące między drzewami, chcę dosięgnąć brzegu grobu, i nie mogę.
Jestem zbyt mały.
Oparłem się o ścianę grobu i nic już więcej nie pamiętam.

(...)

Siedzę w kucki oparty o ścianę grobu, przez załzawione oczy spoglądam w górę i w obrysie grobowca widzę głowę kolegi, który woła:

- O, Andrzejek jest tutaj!

Wyciągnęli mnie za ręce, szczęśliwi i już spokojni.
Nie pamiętam już co było dalej.
Jeszcze widzę przed oczami smutek i zakłopotanie na twarzy młodej opiekunki, gdy mama, już w innym czasie, wyrzucała jej podniesionym głosem niefrasobliwość i flirty z młodym żołnierzem.
Historia ta nie miałaby żadnego znaczenia, jest zwyczajnym zdarzeniem z życia małego przedszkolaka, który tylko zagubił się.
Nie wspomina się ich, bo często zdarzają się małym dzieciom.
Zastanawia mnie tylko jedno.
Wiem z późniejszych opowiadań przedszkolanek, że szukano mnie ponad 2 godziny. Mam cały czas obraz w swoich oczach, jak zrezygnowany i ze łzami w oczach kucam oparty o ścianę grobowca, zmęczony wielokrotnym podskakiwaniem i próbami wyjścia z niego.
I to pamiętam jakbym patrzył na siebie gdzieś z boku, z góry a potem już tylko widzę głowę kolegi i słowa, „O, Andrzejek jest tutaj"
Co działo się ze mną w tym czasie, gdzie byłem, tego nie wiem.
Może tylko spałem, zmęczony wysiłkiem.

 


Zapis senchotronowy.

Gk13052007,1245.

PSY.

„Jak postawię sobie, w pracy, na parapecie okna, zdjęcie Nanki z filmu „Wybór Zofii", to robi mi się lżej na duszy."
Znowu pracuję i siedzę przy biurku. Ogarniają mnie wtedy wspomnienia różnych chwil, zdarzeń i myśli, które już nie powrócą, chyba, że zapiszę je na kartkach papieru.
              Godzina 5:00 rano, w domu wstałem dość szybko, opłukałem twarz, potem szybkie śniadanie i wymarsz, w miarę cicho, na przystanek tramwajowy.
Bari jak zwykle przyszedł do kuchni cały radosny i wesoło merdał ogonem. Przyszedł zobaczyć czy nie wezmę go już teraz na spacer.
Nawet nie próbuję mu tego wytłumaczyć. Mamy swoje umówione znaki, które on w mig pojmuje i wie, że pewnych rzeczy nie będziemy robić teraz razem . Gdyby nie one, to oszalałby z radości i szczekając obudził cały dom.
              Marysia czy Nelka, zwlekając się w rozespaniu z łóżka, z kwaśną miną przyszłyby

do kuchni, wyrzucić mi delikatnie rumor, hałas i zamieszanie, więc dla świętego spokoju uśmiecham się głupio do psa i głaskam go po stulonych uszach, szarpiąc delikatnie za futro.
Trafił się nam czarny schipperk belgijski.
Odważny, miły i sympatyczny, mały i żarłoczny, miniatura wilczura. A w schronisku w Sopocie, kupiliśmy zwykłego kundla.
W końcu staję na przystanku i czekam na tramwaj linii nr 4.
Jest sobota i o 7:00 rano dziś zaczynam pracę.
Ciągle go jeszcze nie ma.
Przyjechała już „2" i „8".
W końcu zdesperowany wskakuję do kolejnej „2" i z duszą na ramieniu, w nerwowym napięciu, już jadę.
Będę musiał się przesiadać przy ul. Klinicznej i potem szybkim krokiem do tramwaju linii nr „10".
Czy zdążę? Nie lubię się już spóźniać.
Kiedyś nie umiałem często „wyrobić" się do szkoły, bo przychodziłem na ostatnią chwilę.
A teraz mi się odmieniło, już nie lubię być spóźnialskim.
Idę bardzo szybkim krokiem, prawie biegnę. Mijam podwórka, plac zabaw, domy bez piwnic, idę wytartymi brukami, jestem już blisko miejsca pracy. Jeszcze 30 m.
Teraz skrzyżowanie dróg, mijam starą babinę. Kręcą się koło niej 2 czarne kundle, wyglądają wrednie, biegają nerwowo i powarkują złośliwie.
Prawie biegnę do bramy, nagle czuję ostry ból w jednej nodze potem w drugiej: staję jak wryty, oglądam się na 2 psy wbite zębami w moje łydki.
Odtrącam je. Spoglądam zdenerwowany na kostropatą babinę.
Stoi niedaleko z rozdziawioną gębą i z przestrachem w oczach.
Wrzeszczę nerwowo: „gdzie Pani mieszka?"
- ...Nnaaa Mmichny...
Biegnę dalej, by zdążyć do pracy, obie nogi szczypią niemiłosiernym bólem.
W bramie wciąż zdyszany, badam się, krew leje się z obu łydek, nogawki rozszarpane,
Tak rozpocząłem kolejny dyżur 24 godzinny.
Zgłosiłem to zdarzenie kolegom i potem patrol przywiózł mi opatrunki i środki odkażające.
Z ogromną wyrozumiałością koledzy zaproponowali mi zastępstwo.
Zawieźli mnie na obdukcję do szpitala, potem na policję.
A w szpitalu, młody pan doktor był cierpiący i niedomagający, skarżył się głośno pielęgniarkom na ból głowy i kręgów szyjnych.
Domagał się od nich masowania szyi.
Gdy otwierałem buzię, aby wyjaśnić o co chodzi, fukał na mnie.
W swoim orzeczeniu lekarskim stwierdził: „otarcie naskórka" i zalecił odpowiednią procedurę postępowania wymaganą w przypadku pogryzienia przez psy.
I to wszystko...
              Te psy znane są okolicy, bo atakują wszystko i wszystkich naokoło, szczególnie dzieci i nauczycieli z pobliskiej szkoły.
              Od tamtego czasu, gdy widzę tę babinę z psami, omijam ją szerokim łukiem. Ona wreszcie prowadzi je na smyczy, co zaleciła jej pod karą miejscowa policja.
Zawsze lubiłem zwierzęta i one mnie lubiły, ale tym razem coś jednak nie wyszło.
Cieszę się, że jeszcze żyję i pracuję dalej, wściekły na swoją niemoc, naiwność i łatwowierność.
Moja przyjaciółka bioterapeutka powiedziała mi kiedyś „ 7 minut, 7 godzin, 7 dni, 7 tygodni, 7 lat"
Jeśli w tym czasie nie zachorujesz na wściekliznę to przeżyjesz.

              I wciąż jeszcze żyję, wciąż na cudzy koszt, wciąż na kredyt, wciąż od kogoś uzależniony.

A życie wciąż płynie tworząc nowy czas i nowe zdarzenia i wciąż trwa.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk23042008,G0924,SKM.

SAMOCHÓD.


              Wyszedłem z domu i wsiadłem do samochodu zaparkowanego na podwórku.
Nagle tknęło mnie coś, jak otrzeźwienie, żeby nie jechać naprzód Oplem.
Niemoc i blokada działań, niepokój i jedna potężna myśl:
- Wyjdź z samochodu i stań przed maską.
Odpiąłem pasy, otworzyłem drzwi i wyszedłem z samochodu idąc na jego przód.
              Tam, przed maską samochodu, moja 3 letnia córeczka, Danielka, siedziała sobie w kucki i bawiła się w piasku.
Ufnie spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się.
(...)
Byłem w szoku...
Przed chwilą miałem ruszyć z impetem, jedno tonowym Oplem Cadetem Combi naprzód.
(...)
              Po dziś dzień, na wspomnienie tego zdarzenia, przechodzą mnie ciarki i nie pragnę wcale dalej wyobrażać sobie, co by było dalej, gdybym ruszył samochodem.
Często nawiedzają mnie, jak i każdego z nas, różne myśli, natchnienia i skojarzenia.
Zawsze trudno mi dokonać wyboru i nie wiem czy on jest dobry.
              Potem już wiem, ale teraz nie chcę znać wyboru bez sprawdzenia czy mogę to zrobić, nie chcę znać innego wymiaru czasu i poznania tego właśnie zdarzenia.


 

Zapis senchotronowy.

Gk23042008,G0934,SKM.
S A N K I

Wściekła mina ojca,
Ciągnie saneczki ze mną i starszym braciszkiem, po mokrym piachu.
Jest odwilż i śnieg już stopniał.
Płozy sanek skrzypią i szurają niemiłosiernie po chodniku.
Mijamy stary zaniedbany cmentarz, z resztkami rozbitych nagrobków.
Potężne drzewa ocieniają resztki wspomnień i zmarłe krzyże.
Tatuś zabrał nas z przedszkola, rzadko to robił, a sanki stały w holu i wabiły swoimi wyślizganymi płozami.
Obaj z bratem uparliśmy się na jazdę nimi do domu, w ten właśnie dzień odwilży.
Tatuś tłumaczył jak umiał, że jest odwilż, że nie ma śniegu, że sanki...
Posadził nas w końcu na nich i pociągnął po błotnistej mazi.
Ze złą miną dociągnął nas do domu.
Potem w milczeniu i gwałtownie rozebrał z ciepłych rzeczy, posadził obydwu na stole w wielkiej kuchni i wyciągnął rzemienny pas.
To bolało, bardzo bolało, dostało się nam za brak wojskowej subordynacji i karności.
Do dzisiaj nie mogę pojąć w swojej dziecięcej naiwności i zastanawiam się, za co tak

mocno dostaliśmy z bratem.
Kogo skrzywdziliśmy?
Czy komuś coś zabraliśmy?
Dlaczego dorosły, dojrzały i najbliższy człowiek nie może pojąć wyobraźni dziecka?



Zapis senchotronowy.

Gk25042008,G1043.SKM.

Zeszłoroczne liście.


              Znowu jestem stróżem, ale już dziennym.
Pomiędzy ścieżkami i domkami wczasowiska, leżą zeszłoroczne liście i wspomnienia wieczornych spotkań.
Liczę teraz te zeschnięte liście i zabieram do najdalszego kąta, by spoczęły wśród szumiących drzew i falowania pobliskiego morza.
Robię to w pobliżu byłego Baru, straszącego swoimi spalonymi zgliszczami.
Czeka on wciąż jeszcze na swoich zdobywców.
Znalazłem tam wygiętą, może czyjąś mocą, herbaciana łyżeczkę.
Dawniej, gdy byłem młodzieńcem, zachwycałem się Uri Gellerem, Niemcem, który siłą swojej woli wyginał łyżeczki.
Oskarżano go o fałsz i oszustwo.
Nie bronił się i zostawiał wciąż świadectwa swoich mocy.
Swoją wyprostowałem i położyłem na stole, jako świadka innej rzeczywistości.
Jutro zaczyna się tu kolejny sezon.
Przyjadą zdobywcy mórz i oceanów, zdobywcy nicości, zagubienia, uciech i wesołości.
Będą wciąż nienasyceni nowymi wrażeniami.
A ja będę dalej liczył zeszłoroczne liście i zbierał zagubione myśli i uczucia.
Dalej będę szukał szczęścia w życiu jako dzienny stróż, liczący w zadumie liście pełne wspomnień i smutków.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk26042008,G1731.

Mandat.

Nie chciałem o tym pisać i mówić.
Jest to dla mnie zdarzenie bardzo przykre.
Było ich dwóch, ubranych na czarno i w jaskrawo zielone kamizele.
Mieli pały, radio i wszystko co potrzeba by interwencja była w pełni skuteczna.
Poprosili mnie o dowód osobisty.
Szedłem a właściwie już biegłem do „Caritasu" na ul. Jesionową w Gdańsku – Wrzeszczu.
(przywiozłem im wcześniej, kilkaset sztuk miesięcznika dla niepełnosprawnych pt.„Integracja".
Obiecałem im, że je rozniosę jako wolontariusz do różnych instytucji, bo sami nie chcieli tego zrobić).
Zostało mi jeszcze 50 m, lecz fizjologia mojego organizmu, upomniała się już o swoje prawa.
Nie wolno tego robić na ulicy więc wpadłem w lukę między domami, na łysy trawnik i podbiegłem pod wyschnięte drzewko.

Było ich dwóch, ubranych na czarno i w jaskrawo zielone kamizele.
Mieli pały, radio i wszystko co potrzeba by interwencja była w pełni skuteczna.
Poprosili mnie o dowód osobisty.
Skąd się wzięli, nie wiem.
Nie widziałem ich wcześniej.
Mieli dziwny wyraz twarzy.
Jakby czegoś szukali.
Androidy?
Nie dali mi żadnej szansy.
Według nich popełniłem przestępstwo więc ukarali mnie mandatem.
Odszedłem dalej i czułem się już bardzo zagubiony.
Minąłem stojącą na schodach sklepu z „ciuchami", Panią, która z triumfem w oczach patrzyła na moją egzekucję.
Zapachniało mi kolaboracją i zapachem używanych rzeczy.
Już w Gdańsku – Oliwie, życzliwi mi ludzie poradzili mi, abym wniósł odwołanie od wyroku.
Dużo jeździłem po dzielnicach miasta szukając odpowiedniego dla mojego statusu mieszańca (tu czytaj: kundla), Sądu Grodzkiego.
Po wielu dniach otrzymałem zawiadomienie o rozprawie.
Stawiłem się przed czasem.
Pan z ochrony, beznamiętnym i surowym tonem zapytał mnie o metalowe przedmioty (...)
Nie pytał czy jestem terrorystą z powołania czy z wyboru, czy mam materiały wybuchowe czy tym podobne rzeczy, nie postawił mi takiego pytania, ale obszukał mnie aparatem, by zaspokoić ciekawość systemu ochrony i to tak silną, że widać było, że gdyby mógł to zajrzałby w najskrytsze zakamarki mojego serca i duszy szukając najdrobniejszych złych myśli i zamiarów.
W przypływie dobrej woli i subordynacji wspomniałem mu, że mam szwajcarski scyzoryk.
Zrobił wielkie oczy i poprosił o zostawienie go jako depozytu.
Dostałem numerek z cyfrą 1.
Byłem dzisiaj pierwszym podejrzanym.
Winda, drugie piętro i szukam rozpaczliwie sali rozpraw.
- Jest.
Jest i też urzędowa kartka z adnotacją, że rozprawę ze mną przeniesiono do innej sali.
Oczy kamer śledziły mnie wciąż bacznie.
Czułem na sobie świdrujący i palący mnie wzrok ochrony.
System działa, system jest sprawny, system wciąż czuwa.
Szukam dalej, schodzę piętro niżej.
Pojawiają się już z rzadka pojedyncze osoby.
Podejrzani, przestępcy, urzędnicy, adwokaci?
Jest i moja sala rozpraw.
Tu będę czekał na pierwszą w moim życiu rozprawę sądową.
Wolno mijają minuty, nerwowo chodzę po korytarzu i czekam w cieniu wszechobecnych i licznych kamer, które ciągle mnie obserwują.
System działa, system jest sprawny, system wciąż czuwa.
Mija godzina 9:00.
To termin rozpoczęcia w tej sali, drugiej w tym dniu rozprawy, ale już nie ze mną.
A moja rozprawa sądowa już się odbyła...!?
Poszedłem do sekretariatu, by potwierdzono mi urzędowo, że byłem obecny w Sądzie.
Pełen sprzecznych myśli, otumaniony i przenicowany bezlitosnym wzrokiem kamer odchodzę do domu, wolny.
Ale czy na pewno...?

Wiem już, że jestem człowiekiem tego systemu, czy chcę tego czy nie.
Jestem jego małym kółeczkiem i trybikiem, może za małym, ale jestem.
Jestem kolaborantem tego systemu, czy tego chcę czy nie.
Jestem jego niewolnikiem, czy tego chcę czy nie chcę.
Czy mogę czuć się wolnym człowiekiem?
Nie, bo ten świat to pozory i ułuda.
Zrobiłem wykroczenie, wyłamałem się z narzuconych mi zasad, więc zgrzytnęło, zaskrzypiało, ale system działa dalej, niewzruszony, potężny i nie do podważenia.
Jestem tylko jego małym trybikiem, niewolnikiem i mam mu służyć, czy tego chcę czy nie.
Jeśli nie, to..., wyrok.
System działa, system jest sprawny i system wciąż czuwa.
System nie dla ludzi, nie dla mnie, nie nawet dla samego siebie.
Dla kogo? dla czego?
Dla robienia kasy.

 

Zapis senchotronowy.

Gk27042008,G0527.

Marzenia stróża.



              Poszukuję osoby chętnej do sfinansowania książki pt. „ Opowiadania nocnego stróża" i               „Listy do Joanny" (175 pakietów po 6 - 25 stron każdy).
              Jestem osobą niepełnosprawną intelektualnie, bo chcę napisać tę książkę a nie chce mi się               pracować zawodowo.
              Pomoc finansowa z zewnątrz pomoże mi w mojej trudnej sytuacji życiowej.
              W domu nie mam warunków do pracy nad tymi książkami.

              Z poważaniem

                                                                                                                Andrzej Marek Nowak
                                                                                                                      Nocny stróż.

 

              Potrzebuję tych pieniędzy na utrzymanie się w wynajętej kwaterze w Bieszczadach oraz na utrzymanie mojej rodziny w Gdańsku.
              Z powodu mojej niepełnosprawności intelektualnej, moja rodzina jest teraz rodziną patologiczną.
              Polubiłem pisanie książek, bo wreszcie czuję, że robię to co lubię i czuję się człowiekiem szczęśliwym i na swoim miejscu.
Tego poczucia poszukiwałem od dawna.
Lubię też kontakt z przyrodą, podróże i sztuki piękne.
Chcę zatrudnić u siebie moją duchową przyjaciółkę i Muzę, jako osobę mającą pieczę nad moimi tekstami i twórczością.
              Miałbym z nią kontakt werbalny, telefoniczny i poprzez Internet.
Pracę tę wykonywałaby w domu (ma małoletnie dziecko i jest osoba niepełnosprawną).
Jest ona doskonale do tej pracy przygotowana i ma odpowiednie predyspozycje.
Zobowiązuję się nie chodzić na dziewczyny.

Może same przyjdą.
Deklaruję również solidną twórczą pracę i ukończenie jej w terminie.
Do kościoła będę chodził z przyzwyczajenia i w miarę regularnie.

 

ORIENTACYJNE KOSZTY UTRZYMANIA:

Autor - 3 500 pln/mies.
Rodzina - 2 500 pln/mies.
Sekretarka - 1500 pln/mies.

              Czy są osoby chętne do sponsorowania niepełnosprawnego intelektualnie niewolnika współczesności?
Czy zgłoszą się tylko Ci, którzy chcieliby na mojej patologii zarobić???

Obudziłem się gwałtownie i nagle, ale już z ręką w nocniku.

 

 


Zapis senchotronowy.

Gk29042008,G0957.SKM.

OJCIEC.

Bujany konik wybija swój rytm a ciemno czerwona podłoga aż buczy z radości.
Tatuś wpada do pokoju i krzyczy, że szarpię mu nerwy.
- Tylko stuku, puku, stuku, puku.
- Wywalę go na śmietnik.
- Baw się w co innego.
Pomimo tych nieprzyjemnych dla mnie zdarzeń Tatuś nauczył mnie wielu rzeczy.
Przede wszystkim uczciwości i mówienia prawdy - ćwiczył mnie w tej materii bardzo mocno.
Nie pamiętam już tylko kiedy był ze mną tak naprawdę blisko i od serca.
Tego od niego wciąż oczekiwałem.
Kiedyś Mama poprosiła Tatę:
- Zajmij się choć raz dzieckiem, przytul je i posadź sobie na kolana.
Gdy mnie raz posadził na kolana to mówił i pachniał nikotyną.
Nie było to miłe, ale ten jeden raz był blisko mnie i dobrze to zapamiętałem.
Jego papierosy smakowałem z bratem i Mamą już od urodzenia.
Czułem, że zawsze był jakiś daleki i obcy, jakbyśmy mu przeszkadzali.
Nie miał dla nas czasu, swarzył się z Mamą i nie był przyjemny w obyciu.
Kiedy mówił, to zawsze był tylko On.
Ale nauczył mnie uczciwości i mówienia prawdy.
Nie nauczył mnie żyć, nie dał miłości i poczucia bezpieczeństwa, ale dał mi życie.
Jestem zupełnie innym człowiekiem niż on, jestem jego przeciwieństwem.
Nie lubię go za jego oschłość, brak szacunku do Mamy i do nas.
Lecz kocham go miłością bezgraniczną i z oddaniem.
Teraz jestem taki sam jak mój Ojciec.
Tak samo krzywdzę oschłością moje dzieci i zaniedbuję je.
Lecz tego nie chcę i chcę być inny niż on.
I tego nie potrafię uczynić.
Nie mam przyjaciół i bliskich.
Jestem sobą, lecz wciąż taki jak on.
I kocham go wciąż bezgranicznie i z oddaniem.
Tatuś był zawsze rozrywkowym człowiekiem.
Chętny był do pomocy innym, do spotkań, ale po za domem i nie z rodziną.
Z innymi kobietami było mu lepiej, niż z nami.

Do rodziny musiał wracać, udawać ojca i zajmować się dziećmi.
Uważał, że opieka nad nimi to wielka ujma dla mężczyzny, że to należy tylko do kobiet, a on ma korzystać z życia, bawić się i zdobywać nowe wrażenia.
W wojsku był dowódcą baterii haubic.
Zawsze lubił dowodzić innymi i takim pozostał teraz.
Teraz ma 80 lat i jest emerytowanym oficerem, lecz nadal jest małym chłopcem z przedmieścia i bawi się dalej ludźmi jak ołowianymi żołnierzykami, jest wciąż sam dla siebie... i wtedy dopiero jest szczęśliwy.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk29042008,G1233,SKM.
KOSZARY I.

              Grudziądz, wojskowe Koszary przy ul. Warszawskiej.
Obok, pod nr 60, jest piękny stary dom z czerwonej cegły.
Tam spędziłem najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa.
Tam był mój ukochany konik na biegunach, mój szary misio, którego już nie pamiętam.
Tam była Mama, był Tata i mój brat.
Byliśmy razem.
A swoje najlepsze lata, Koszary polskiej kawalerii miały już za sobą.
Pozostały tylko myśli, zdarzenia i wspomnienia, w nich ulotny zapach ludzi i koni.
Tu przewijały się ich losy.
Tu mój Tata służył w baterii haubic i odnosił sukcesy.
Był świetnym dowódcą, dobrym kompanem, dbał o swoich żołnierzy, dobrze strzelał i dostawał nagrody.
Kiedyś Tatuś zabrał mnie ze sobą do Koszar. Byłem wtedy jeszcze bardzo malutki.
Lśniły one czystością a korytarze pachniały żołnierzami.
Czułem napięcie dyscypliny i rygoru, widziałem służbowe czapki z daszkiem, z paskiem pod brodą.
Słychać było komendy i głośne wezwania.
Ogarnął mnie dziecięcy niepokój i czułem potęgę Koszar, ich wielkość i gotowość do bitwy.
Czułem całym sobą zapach historii i to było dla mnie ogromne przeżycie, bo nie rozumiałem go.
Nagle spotkaliśmy na korytarzu Dowódcę, który groźnym głosem udzielił reprymendy mojemu Tacie, że przyprowadza takie małe dzieci do Koszar.
Nie miałem z kim zostać więc wylądowałem potem u sąsiadki, do czasu powrotu Mamy.
A Koszary śniły mi się potem długo i widziałem wszystko co się działo i co ma się stać i wędrowałem tam po jego zakamarkach.
Na nowo przeżywałem ich dzieje, losy i wszystko rozumiałem swoją dziecięcą wyobraźnią.
To były dziwne i prawdziwe wizje przeżywane we śnie a ich mgliste realia pamiętam do dzisiaj.
Obok Koszarów była strzelnica wojskowa.
Tam biegaliśmy razem z dziećmi zbierać „kulki" karabinowe i skakaliśmy z wysokiego nasypu na plecy.
Nie raz zatykało mnie i brakowało mi oddechu, gdy źle zeskoczyłem.
W pobliżu strzelnicy było rozległe pole, ogromny nieużytek pełen traw i kwiatów polnych.
Któregoś dnia, na środku pola, na piaszczystej łasze stanęła samotna i podziurawiona przez kule, kuchnia polowa.
Pobiegliśmy do niej i zabawom, nie było końca.

              W pewnej chwili powiedziałem do kolegi, że wejdę do niej i schowam się a on ma zamknąć klapę kotła i odejść.
I zamknął ją, zaczepiając hak klapy tak, że nie mogłem wyjść i odszedł.
Nagle przestraszyłem się, zacząłem krzyczeć i wzywać pomocy,
Nie mogłem otworzyć klapy...
Jedynym świadkiem mojego krzyku były dziury przestrzelin.
Zrobiło mi się duszno i gorąco, myślałem, że już umieram i że nikt mnie tu nie odnajdzie.
Długo czekałem przerażony i ogarniały mnie wizje samotności i opuszczenia.
Cały czas płakałem i szlochałem, i w końcu zabrakło mi łez...
Po długim czasie pojawiła się Mama z moim kolegą i otworzyła klapę kotła.
Nie umiałem zapanować nad emocjami i w najwyższym stopniu złości uderzyłem kolegę w twarz.
Potem tego żałowałem i przepraszałem go, ale niesmak poczucia mojej winy pozostał dugo we mnie.
Koszary były obok nas i z nami, emanowały swoją wielkością na całą okolicę.
W naszych dziecięcych zabawach często bawiliśmy się w wojnę, bo wojna i jej oręż były tuż obok.
Często chodziliśmy na plac apelowy Koszar przez rozwalony płot, prosto z naszego podwórza.
Żołnierze tamtędy wymykali się też do miasta...
Potem dziura zniknęła, załatana na rozkaz dowódcy warty.
Był dawniej czas, że tego płotu nie było i podwórko łączyło się od razu z placem apelowym.
Były też przysięgi młodych roczników i pierwsza dziura w spodniach, brata i moja, rozdarta na koszarowym płocie.
Mama była szczęśliwa, że ma prawdziwych chłopaków w domu a my z bratem zaszlochani, baliśmy się kary za tę pierwszą w życiu dziurę w spodniach.
Potem część naszej podwórkowej łąki, przy pięknym starym murze z czerwonej cegły, zajęły dwie wysokie wieże do obserwacji strzelań.
Zrobiło się teraz brzydko i dziwacznie.
Nie pasowały do pięknej przedwojennej zabudowy Koszar.
Mama dostała pracę pielęgniarki w Koszarach, w ambulatorium.
Często zabierała mnie ze sobą i marzyła, że zostanę lekarzem a ja zapamiętałem tylko zapach eteru, środków dezynfekujących, moją ruchliwość i tłuczone moją nieuwagą różne szklane drobiazgi... i surową niezadowoloną minę lekarza dyżurnego.
Było też przedszkole przy lotnisku, chodzenie do „wujka" do hangaru i siedzenie w samolotach, marzenia małego dziecka o podniebnych lotach i wyczynach i 20 gr. od Mamy, na autobus, które zawsze miałem w kieszeni, ale chętnie je pożyczałem od innych zapominając o swoim pieniążku.
Dostawałem je na zapłacenie przejazdu i leżało ono sobie w kieszonce spodenek.
Nie wiem jak to się działo, ale zawsze na przystanku prosiłem ludzi o 20 gr na przejazd.
Znali mnie już z tego wszyscy korzystający z autobusu.
Mama surowo napominała mnie, że mam nie pożyczać pieniążka od nikogo, bo jest on zawsze w kieszonce i mam go pilnować, żeby nie zgubić.
Pewnego razu poprosiłem znowu kogoś o 20 gr i jedna Pani zwróciła uwagę tej osobie, że ten chłopiec tak się zawsze pyta i że on ma tego pieniążka w kieszonce.
Więc zapytała mnie:
- Chłopczyku czy masz 20 gr w kieszonce?
- Włożyłem rękę do kieszeni i wyjąłem je.
- Mam.

Pamiętam moje zdziwienie, że na ręku leży pieniążek.
To dlaczego pożyczasz pieniążka od ludzi?
- Szczerze odpowiedziałem, że: nie wiem.
I tego dnia dotarło wreszcie do mojej małej główki, że trzeba kupować bilet za pieniążka od Mamusi a nie pożyczać od innych.
Koszary przepełnione były różnym sprzętem wojskowym, armatami i ludźmi.
Wszystko to stacjonowało w dawnych stajniach przerobionych teraz na garaże i magazyny.
Na ich ścianach, na zewnątrz, były metalowe kółka do których wiązano kiedyś konie.
Zawsze mnie te kółka mocno intrygowały i potrafiłem stać przed nimi i gapić się na nie długo, czasami za długo, co budziło zaniepokojenie i zdziwienie żołnierzy, którzy przeganiali mnie stamtąd. Oczami wyobraźni widziałem zaczepione tam do nich konie...
Było wiele jeszcze różnych innych, też przydatnych w dawnych czasach, dla koni i ludzi, drobiazgów.
Nie pamiętam ich już, ale wiem, że były i budziły moje zaciekawienie i pytałem o nie żołnierzy, ale nie mieli czasu odpowiadać na pytania.
Któregoś słonecznego i pięknego poranka, ciągniki o nazwie „Mazur", z hukiem silników i jazgotem gąsienic, ciągnąc za sobą duże armaty, wyjechały z Koszar na ćwiczenia, budząc nas ze snu.
Szybko zdążyliśmy z bratem ubrać się i wyjść zobaczyć, jak jedne za drugim, jadą na poligon w gęstej i błękitnej chmurze spalin.
Za nimi jechały samochody ciężarowe i sprzęt wojskowy.
Bardzo długa była ta kolumna wojennych zdarzeń, emocji i myśli.
Cała okolica pachniała spalinami.
A Koszary pozostały same w trwaniu i oczekiwaniu na powrót zmęczonych żołnierzy.
My z nimi w starym domu z czerwonej cegły, na ulicy Warszawskiej nr 60.

 

 

 

Zapis senchotronowy.
Gk25052008,G0447.
KOSZARY II.


              Na ul. Warszawskiej 60, w Grudziądzu, przy koszarach był mój dom, w którym spędziłem szczęśliwe dzieciństwo.
Otacza go i całe koszary, piękny, wymurowany z czerwonej cegły, przedwojenny mur.
Na całej długości zmienia się on w różne formy.
Jest on poprzetykany metalowymi poprzeczkami w kształcie włóczni czy dzid a pomiędzy nimi są grube ceglane słupki z cegieł.
Furtki i bramy są w tej samej metalowej konwencji i pełnej dla mnie uroku.

Jak sięgam pamięcią, zawsze budził we mnie zainteresowanie i często wpatrywałem się w jego zwyczajne i proste kształty.
Było to jeszcze przedwojenne ogrodzenie koszar.
Dla mnie, małego chłopca z przedmieścia Grudziądza, były to zawsze mury obronne wielkiego zamczyska, pełne tajemnic i zakamarków.
Rów odwadniający ulicę, biegnący obok niej i jakby wzdłuż muru, był głęboką fosą broniąca dostępu do niego.
Z tym rowem miałem dziwaczne dla mnie i nieprzyjemne zdarzenie.
Jeszcze nie chodziłem do szkoły, ale już byłem małym i sprawnym chłopakiem.
Bawiliśmy się kiedyś na jego zboczu, z innymi dziećmi, naprzeciw furtki ogrodzenia.

Ruch uliczny w tamtych czasach był bardzo mały, wręcz w ogóle go nie było w tej, przed wieczornej porze.
Wzajemnym przepychankom, bieganiu i śmiechom na soczystej i wybujałej trawie rowu nie było końca.
W pewnej chwili, przewróciłem się twarzą do ziemi, kolega biegnący za mną przyklęknął, złapał mnie za brodę i mocno wygiął moje ciało do tyłu i coś wtedy chrupnęło we mnie...
Patrzę na siebie leżącego na trawie, gdzieś z boku i z góry.
Słyszę i widzę jak kolega szarpie mnie przerażony:
- Andrzej, wstawaj!
Inne dzieci przystanęły i patrzą na nas.
Potem rzuca się kolega pędem do furtki i biegnie po pomoc.
Widzę to i słyszę patrząc na nich z góry.
Przybiega Mama i sąsiad, pan Szewczyk,
Widzą, że jestem nieprzytomny i nie daję znaku życia.
Dzieci, jedne przez drugich tłumaczą co się stało.
Pan Szewczyk bierze mnie na ręce i zanosi do domu, do naszego mieszkania na pierwszym piętrze.
Ja unoszę się nad nimi patrząc na bezwładne moje ciało jak przenoszą mnie przez furtkę. Wnoszą mnie na korytarz domu.
Kładą mnie do łóżeczka i otwieram oczy.
Pamiętam pana Szewczyka jako wspaniałego i miłego sąsiada.
Był zawsze uśmiechniętym i radosnym oficerem z koszar i zawsze zauważał mnie małego chłopczyka, gdziekolwiek spotkaliśmy się. On bardzo lubił dzieci, lecz swoich nie miał.
Miał piękny motor o nazwie Jawa, marzenie wielu mężczyzn w tamtych czasach, który też budził mój ogromny zachwyt.
Pamiętam jego czerwony kolor i srebrzyste błyszczące boki baku na paliwo.
Trawiaste podwórko naszego domu lekko wznosiło się do góry przechodząc w żwirowany plac apelowy Koszar.
Pewnego dnia, pan Szewczyk przyjechał na chwilę do domu i postawił motor na podwórku, na lekkim jego skosie.
Biegałem sobie tu i ówdzie i w pewnej chwili podszedłem z zaciekawieniem do motoru.
Oglądałem go ze wszystkich stron, dotykałem i naciskałem w różnych miejscach.
W pewnej chwili zacząłem wchodzić na niego i to od tej strony ze spadem tak, że siedząc na nim zaczął on się niebezpiecznie przechylać i przewrócił się na moją lewą nogę, przygniatając ją.
Mój płacz i wrzask przerażenia przywołał pana Szewczyka i moją Mamę.
Potem już nic nie pamiętam, ale długo potem miałem nogę w gipsie.
Pomimo tego pana Szewczyka najmilej wspominam z całego domu.
Bardzo lubił i kochał dzieci.
Potem dowiedziałem się smutnej wiadomości, że jadąc na śliskiej drodze poza miastem, pan Szewczyk wpadł w poślizg na motorze i zginął na miejscu.
Jego piękna i miła żona, długo potem opłakiwała go, jako wdowa.

Kolega z sąsiedniej klatki domu przy ul. Warszawskiej 60, miał rower.
Nie umiałem jeszcze wtedy jeździć na rowerze.
Postawił go kiedyś przy swojej klatce a ja biegałem w pobliżu.
W pewnej chwili wsiadłem na niego i pojechałem po raz pierwszy w życiu.
To było bardzo miłe, niezapomniane i piękne dla mnie przeżycie.
Kiedyś, już w późniejszym czasie pozwolił mi na nim pojeździć i objeżdżałem dookoła dom.
Było ciepło i przed jego klatką siedziała sąsiadka i ile razy przejeżdżałem koło niej to

mówiłem jej:
- Dzień dobry.
Mama kazała mi być grzecznym chłopcem i wszystkim się kłaniać.
Jako małe dziecko, miałem już w tym momencie dylemat:
Czy za każdym nawrotem rowerka witać się z Panią sąsiadką?
Nie wiedziałem co zrobić, więc na wszelki wypadek po każdym objeździe domu mówiłem grzecznie:
- Dzień dobry.
Tych nawrotów tego dnia było kilka.
W końcu po kolejnym z nich, pani sąsiadka z uśmiechem powiedziała mi, że nie muszę się za każdym razem jej kłaniać.
Pamiętam, że czułem się wtedy dziwacznie, jak bym zrobił coś niemądrego.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk23052008, G1959.

KONWALIE.


Zapach konwalii pozostał u mnie w pamięci od tamtego spaceru.
Nie pamiętam ile miałem wtedy lat: 3 może 4.
Byłem wówczas bardzo małym człowiekiem.
Nie pamiętam już nic, tylko zapach konwalii i małą łączkę w lesie, wypełnioną nimi jak dywanem.
Mama była piękna i spokojna, rozmawiała cicho z Tatą.
Brat szedł z przodu a zapach konwalii subtelnie i cicho niósł się wokoło.
Wszystko było piękne i ciche, pachniało szczęściem, radością i ukojeniem.
Cały Wszechświat był z nami i w nas, przenikał swoją miłością.
Tak to czułem i pozostało to we mnie do dziś.
To była chwila, która trwa budząc tęsknotę za niepoznanym i nie zmierzonym, za głębią przestrzeni, za Stworzycielem.
Potem już zrobiło się znowu inaczej, jak na Ziemi.
Ale w radości istnienia, wśród zapachu konwalii, Mama uczyła mnie wierszyka dla dzieci,
On jest ze mną teraz cały czas, to jest moja myśl o szczęściu i miłości, o byciu razem.
Uczyła mnie takich słów:

                                                          Jest w lesie chateńka,

                                                        a przy niej sarenka,
                                                        sosna jak wielkolud

                                                        i mały krasnolud.
                                                        Pod grzybkiem się schował,

                                                        zajączki rachował”.

              Teraz wciąż szukam w życiu zapachu konwalii.
Znajduję je często u sprzedawców na bruku miejskim.
A ta chwila bycia razem z Rodzicami i bratem, na łące o zapachu konwalii, wśród drzew i miękkiego poszycia leśnego, wśród przenikania się myśli Wszechświata i jego trwania, jest we mnie, jak miłość co trwa wiecznie.

 

 

Zapis senchotronowy,

Gk260508,G0730
Córka.


Nie miałem znowu dla Ciebie dzisiaj czasu, Córeczko.
Zostawiłem Cię samą w gąszczu ludzkiego chaosu.
Wciąż brnę przez jego chaszcze i szukam szczęścia.
Chciałbym odnaleźć się dla Ciebie, lecz nie umiem.
Błądzę po omacku, znajduję drogę, ale ona prowadzi znowu do nikąd.
Nie miałem znowu dla Ciebie dzisiaj czasu, Córeczko.
Nie było mnie przy Tobie, lecz moje myśli, spowijały Cię tęsknotą.
Chciałbym Cię poprowadzić wśród zakamarków życia, pokazać jego piękno i ominąć jego przeszkody.
Lecz znowu nie miałem dla Ciebie czasu, Córeczko.
Jestem znowu gdzieś w świecie, jak samotny podróżnik w czasie.
On nas wciąż przenika i tworzy nowe przestrzenie.
Lecz ciągle w życiu dokonujemy wyboru.
Tu na Ziemi, to nicość, obłuda i zamęt.
To macki zła i materii.
Tu nasz duch zatraca się i gaśnie.
Teraz dla Ciebie, Córeczko, mam nadzieję przetrwania.
Mam moją miłość, oddanie i pokój istnienia.
Nie miałem znowu dzisiaj czasu dla Ciebie Córeczko.
Wybacz mi zagubienie samotnego podróżnika w czasie.
Wiedz, to że pamiętam o Tobie i wrócę do Ciebie już niedługo.
Nie będziemy już sami.
Będę przy Tobie i opowiem Ci, że znalazłem łąkę pełną pachnących konwalii.



Zapis senchotronowy.

Gk25052008, G0659.

KOPKA.


Leżymy na brzuszkach obok siebie, na podłodze w sali przedszkola.
Nie pamiętam wogóle jej imienia.
Spodobała mi się i czułem z nią więź głębszą niż moje poznanie.
To nie było tylko dziecięce uczucie.
To było coś więcej.
Leżymy obok siebie w ciszy.
Ona w końcu powiedziała:
- Kopka.
Odpowiedziałem jej:
- Kopka,
Ona znowu:
- Kopka.
Ja:
- Kopka.
Ten dialog trwał długo. Dłużej niż nasze zagubione myśli.
U naszych stóp stanęła dziś potężna wieża z klocków, chyba największa w historii tego przedszkola w Grudziądzu.

Zbudowaliśmy ją we dwoje, ze wszystkich dostępnych nam klocków.
Wielkie i potężne dzieło małych rączek dziewczynki i chłopca.
Na koniec dnia w przedszkolu, trzeba było posprzątać wszystkie zabawki i zostawić porządek na sali.
Lecz tego dnia, na naszą i innych dzieci prośbę potężna budowla została na następny dzień.
Leżymy wciąż obok siebie w ciszy, ja i moja przyjaciółka.
Ona mówi:
- Kopka.
Odpowiadam jej:
- Kopka.
Ona znowu:
- Kopka.
Ja:
- Kopka.
Ten dialog trwał bardzo długo, aż do końca dnia w przedszkolu.
Pamiętam go jakby to było dzisiaj.
Związany jest z moim mocnym przeżyciem nieprawdopodobnej więzi z nową przyjaciółką.
Różne więzi przeżywałem już w moim życiu, ale ta jedna pozostała we mnie, jak głęboka rysa na diamencie.
KOPKA chciałbym Cię jeszcze odnaleźć i spotkać się z Tobą.
Jakie jest nasze przeznaczenie, tego nie wiem.
Czekam wciąż na Ciebie.
Chciałbym Cię dotknąć choć raz i spojrzeć w Twoje oczy.
Chcę znowu poczuć tę więź naszej bliskości.
Być jeszcze z Tobą, choć raz na jedną krótką chwilę.
Tę chwilę, która została we mnie i wciąż trwa jak niespełnione uczucie miłości.

 

 

Zapis senchotronowy.
RZ29052008,G1228.

Malka.

(gdzieś za Rzeszowem, w pociągu relacji Przemyśl – Poznań).

 

              W Rzeszowie, czekając na pociąg do Częstochowy, spotkałem dwie sympatyczne siostry zakonne.
Zagadnąłem je już na peronie, mówiąc, że "śniło mi się, iż jedziemy razem w przedziale i czy mógłbym siostrom towarzyszyć?"
Zdziwione zgodziły się.
Sam również byłem zaskoczony widząc je wychodzące z tunelu peronu.
Poprzedniego dnia, jeszcze w Miejscu Piastowym, miałem zaskakującą dla mnie wizję, że jadę z trzema siostrami w przedziale pociągu.
Nigdy takich wizji nie miałem i zlekceważyłem ją jako przebłysk zbyt wybujałej wyobraźni.
Już w pociągu rozgadałem się na moje ulubione tematy, początkowo zwracając baczną uwagę, aby też dać coś siostrom powiedzieć.
One rozmawiając poszukiwały przez telefon, trzeciej siostry, która podobno już była w pociągu.
Potem okazało się, że nie jechała tym razem.
Nastrój w przedziale zrobił się nad wyraz miły i rodzinny.
Siostry okazały się opiekunkami dzieci i jechały na studia do Częstochowy.

Jako bardzo duży i samotny chłopczyk czułem się w ich towarzystwie świetnie i wybornie.
W pewnej chwili otworzyły się drzwi przedziału i zajrzała urokliwa dziewczyna pytając czy może z nami usiąść.
Kolczyk zaczepiony na brwi, dodawał jej uroku i czaru.
Usiadła, wyjęła kabelki słuchawek i zaczęła odchodzić w świat swojej muzyki.
Była zwyczajna i piękna a muzyka z cicha wypływająca z kabelków, dolatywała do mnie wśród stukotu kół pociągu.
Nasza rozmowa w przedziale ochłodła, siostry zajęły się nauką a ja wierciłem się na siedzeniu z niewygody i braku rozmowy.
Trwało to dłuższy czas i niechcący potrącałem siedzącą na przeciw mnie dziewczynę przepraszając ją za to, iż tak wierzgam nogami.
Robiłem to bezwiednie.
Zwróciłem uwagę na piękną w kolorze złota, gwiazdę Dawida na jej szyi.
Zaintrygowało mnie to i różne myśli przebiegały po mojej głowie.
Pociągała mnie nie tylko urodą, ale czymś nieuchwytnym, emanującym z niej, wraz z dźwiękami muzyki.
Czułem się przy niej dobrze i najchętniej ująłbym jej dłoń, popatrzył w oczy i poczuł jedność łączności duchowej, która wypływała z niej delikatną strużką.
W cichości duszy analizowałem tę sytuację i zbieżność okoliczności jakie napotkałem.
Wczorajsza wizja w tajemniczym Klasztorze wypełnionym zapachem róż, spotkanie z siostrami i piękną nieznajomą.
To mnie już nie dziwiło.
Byłem pewny działania Stwórcy w łączeniu bratnich dusz dla stworzenia nowych pojęć, uczuć i zdarzeń.
Nie mogłem jeszcze tylko zrozumieć, jak gruby facet z ledwo tlącą się jeszcze resztką wiary, o wielkim ego tłumiącym emocje innych, siostry zakonne i przedstawicielka wiary starszych braci, siedzą razem w pociągu z Przemyśla, wśród stukotu kół, szumu wiatru za oknem i trwają w jedności uczuć, myśli i emocji.
Nie pamiętam jak nawiązałem rozmowę z Malką, to nie ma już teraz znaczenia.
Powiedziałem jej, że próbuję sił w pisaniu a ona, że już niedługo wydaje swoją książkę w języku hebrajskim.
Książka jej bardzo mnie zaintrygowała i zdobycie jej stało się teraz moim marzeniem.
Nie odczytam jej i nie zrozumiem, ale będzie ona świadectwem myśli i odczuć drugiej osoby.
Potem nagle rozpoczęła się rozmowa Malki z siostrami i pytania wypływały za pytaniami z obu stron, zobaczyłem, że czas zatrzymał się w miejscu.
Nikt nam nie przeszkadzał i nie dosiadał się do nas, czworga podróżników.
Siedziałem cicho i w skupieniu słuchałem dialogu dwóch kultur, bałem się otworzyć usta, próbowałem coś nie udacznie dopowiadać, ale to nie było to.
Dowiedziałem się, że Malka dosiadła się do nas, bo to było jedyne wolne miejsce w pociągu.
Był dość mocno zapchany, powiedziała, że jeszcze studiuje i że wybrała studia w Polsce, bo wydawało jej się, że tak będzie najlepiej.
Nagle zaczęła się rozglądać i powiedziała, że już musi wysiadać.
Żal było się z nią rozstawać, czar prysł pozostawiając wspomnienie rozmów i wiele nie zadanych jeszcze pytań.
Pozostałem z siostrami i bliską już Częstochową.
Zorientowałem się, że komfort i wygodę jazdy zawdzięczam im, bo świeccy podróżni widząc je w przedziale omijali go, szybko oddalając się.
Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu dróg i czasu.

Siostry oddaliły się ku Jasnej Górze, ja poszedłem w drugą stronę ku mojej wieczności.
Pozostały zapiski, wspomnienia i nadzieja rychłego spotkania na nowych ścieżkach życia.

 

 

Zapis senchotronowy.
MP27052008, G2005.

Tajemniczy Klasztor.

              Jest takie miejsce na ziemi, gdzie róże nie mają kolców a mury Klasztoru sięgają do nieba.
Kopuła budowli zahacza o chmury a krzyż wycina odłamki wiary.
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie miłość spotyka się z nadzieją, pokora z marzeniami.
Modliłem się tu po raz pierwszy od czasu, gdy duch modlitwy opuścił mnie.
Zrobiłem to od serca i z głębi duszy, gdy ciało omdlewało z bólu pod naciskiem kolan.
Modliłem się za przyjaciół i rodziny, za ich trwanie.
Zatopiłem się w myślach a Stwórca starał się pokazać mi swoje oblicze.
Nie muszę modlić się słowami, nie chcę Boga pokazywać oczami duszy.
Mam Go w sercu, jak dar stworzenia, uwielbienia i miłości. Myśli moje i wiara, to odrodzenie to znak miłości wiecznej.
Jest takie miejsce na ziemi gdzie róże kwitną bez końca. Woń ich roznosi się wokół i napełnia powietrze miłością. Nie mają kolców bo są wiecznością...
Białe welony dziewcząt kwitną modlitwą. Biała mucha wykwita na nich czarną plamą.
Dziewczęta modlą się do Boga. Tworzą modlitwę duszy i ciała. Tę miłość poznania, nadziei i spełnienia marzeń...
Jest takie miejsce na ziemi, gdzie zaniosłem moją modlitwę do Stwórcy. Są tam moje myśli i zapach płatków miłości. Są dusze wiernych i pokornych, wielbiących Boga słowami.
Skończyła się modlitwa i skończył jej czas. Ogarnął mnie smutek zapomnienia i samotność.
Znowu jestem tylko pyłkiem na drodze i zapomnieniem. Mam wolę trwania co wypełnia mnie swą wielkością, tworzę życie...
Lecz kim jestem?
Czy zagubionym wędrowcem z gwiazd. Zdobywcą czasu, zbieraczem pyłu Wszechświata
i samotności.
Kim jestem i czym jestem w ręku Boga?
Czy tylko ułudą?
Bo nie ma tam jeszcze, w tajemnicy Klasztoru, alei kwitnących bez końca róż, zapachu ich trwania.
Jest pokora i miłość do Boga.

 


Zapis senchotronowy.
Gk04062008,G1451, Gk06062008,G0430.

Inny świat.


Wróciłem z tajemniczego Klasztoru pełen radości, energii i nadziei na lepsze życie.
Bardzo szybko minął mi nastrój euforii, pozostał smutek i żal za chwilami szczęścia i wróciłem znów do codziennej walki o przetrwanie.
Lecz trzy dla mnie ważne kobiety w moim życiu: Nanka, Karina i Malka, niosą już teraz w moim życiu pokój, miłość i radość.
Nie wiąże mnie z nimi nic po za związkiem serc i ducha, a miłość jest tu ulotnym spoiwem

samotności.
Są wspaniałe swoją obecnością i staram się im pomagać jak umiem a one wciągają mnie w wir subtelnych uczuć.
Czy spotkam się z ich miłością, ukojeniem i cichością ducha?
Wróciłem teraz do innego świata, do innych barw, chaosu cudzych myśli i konsumpcji.
Nie umiem się tu odnaleźć i nie umiem tu trwać.
Te moje ulotne miłości, z ducha płynące, to powroty do rzeczywistości, stabilności i mocy.
Inny, nie mój świat odrzuca mnie, nie jestem stąd i tu jestem tylko zagubionym pyłkiem.
Wróciłem kolejny raz do niego.
Nie mogłem zostać na tamtej ziemi, wśród złomów skał i gór, czystego powietrza.
Tu w mieście muszę czekać na powrót jasnego nieba i blasku słońca.
Pochłania mnie cień tego miasta i odgradza od miłości i pożądania.
Brutalny, chciwy i wyrachowany, wciąż ten sam, wciąż zniewalający.
Tu trwam jak popękany grób, jak ledwie widzialny ślad przeszłości.
Czy przetrwam?
Żyję wciąż ze świadomością codziennych kłopotów, zagrożeń i niepokojów, przypływów i odpływów nastroju.
Czy przetrwam te zmagania ze swoimi słabościami?
Pewnie tak i to dzięki tym serdecznym przyjaźniom.
Zaintrygowane moją otwartością i życzliwością inaczej mnie odebrały niż mogły i zrozumiały mój świat pojęć.
On odrzuca mnie a ja go przygarniam z tym wszystkim co ze sobą niesie.
Nie pojmuję go a dziewczyny przygarnęły mnie jak zbłąkanego wędrowca czasu i przestrzeni i zrozumiały moją misję poszukiwania prawdy.
Ten inny już świat nie powróci do rzeczywistości tworzenia ducha.
On przeminie i będzie inny, z nowymi nadziejami i zdarzeniami budowania miłości, zrozumienia i życzliwości.
Ten nowy inny już świat powstaje i tworzy się, lecz jeszcze go nie dostrzegamy, zatruci magmą konsumpcji i wirtualnej rzeczywistości, która pochłania nasz ból i cierpienie.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk03062008, G1343
Gk06.06.2008, G2035
Wagon.


                                                             Refleksje o marzeniach.

              Autobus z Krosna zmierzał w swoim rytmie do Rzeszowa i mijał przystanki dla zbłąkanych podróżnych.
Szukałem w myślach szczęścia, które pochłaniało mnie jeszcze kilka chwil temu w mieście, które zostawiłem za sobą.
Moje wspomnienia krążyły jeszcze wokół półek z książkami księgarni Klasztoru, wokół ciszy i spokoju tego miejsca, wokół jego pokory i miłości.
Wcale nie pragnę wracać do mojego miasta, pełnego złudnego piękna, niepokoju i chaosu.
Uciekłbym już teraz do leśnej ciszy, zielonych łąk pełnych kwiatów, brzęczenia owadów i jezior zmarszczonych powiewem wiatru.
Wciąż szukam mojej ostoi, nie umiem jej odnaleźć, jest ona wciąż dla mnie nie odkrytą

tajemnicą.
W tych spotkaniach z własnymi myślami, siedząc oparty o wygodny fotel, przyplątał mi się dziwny i niedorzeczny na pozór pomysł.
Wagon!

“kupię sobie wagon kolejowy, najprawdziwszy z prawdziwych”.
              ...myślałem gorączkowo i kalkulowałem sobie, że nie stać mnie teraz na kupienie ziemi i domku na wsi, i nie wiem nawet jeszcze gdzie i w jakim zakątku kraju by to było.
Lubię podróże i przenoszenie się z miejsca na miejsce, więc nie wiem czy w tym domku długo bym wytrzymał, nie stać mnie też na samochód i właściwie nie powinienem już prowadzić pojazdów.
Jednak bez samochodu życie na wsi jest obecnie niemożliwe...
Więc ten wagon kolejowy, będzie bardziej realny niż domek na wsi...
Spełniałby i łączył moje potrzeby częstego przenoszenia się z miejsca na miejsce, ucieczki do nowych realiów i zdarzeń.
Do czego by mi służył?
Stałby sobie na bocznicy stacji kolejowej i byłby moim domem zapasowym.
Stałbym się wtedy podróżnikiem moich marzeń o dalekich podróżach od jednego krańca Europy po drugi i wreszcie zwiedzałbym jej zakamarki, jako doczepiony wagon do innego pociągu.
Gdybym chciał, mógłbym nawet zapuścić się aż po Ural i może nawet na Syberię...
Byłbym podróżnikiem, toczącym swe koła po własnych torach marzeń i nadziei, z miasta do miasta i z kraju do kraju...
Czy takie życie sprzyjałoby moim poszukiwaniom szczęścia, miłości i prawdy?
Tego nie wiem, na pewno przybliżyłbym je do siebie.
Życie takie byłoby moim trwaniem i przemykaniem się wśród trudów codzienności.
Szukałbym znowu samego siebie, lecz to poszukiwanie byłoby pełne radości dla mnie i przyjaciół ze mną podróżujących.
To mógłby być nawet zestaw wagonów z piękną starą lokomotywą, cały wielki historyczny pociąg.
Ile z nim związanych jest możliwości to trudno zliczyć i można by je tak wyliczać bez końca.
Pozostanę na razie jedynie przy pomyśle salonek, wygodnych kuszetek i sleepingach, Objazdowej Galerii Obrazów, organizacji wypraw dla chętnych osób w zakamarki Europy, organizacji spotkań naukowców z kącikami do pracy twórczej dla nich w przedziałach itd., itp.
To są na razie tylko pomysły i kto wie czy się dalej rozwiną...
Cały czas pochłania mnie myśl na temat czy dobrze robię pisząc o nim.
Nie chciałbym mówić jeszcze o jego realizacji, bo to są inne drogi działania, zależne od wielu czynników.
To jest po prostu kolejny pomysł na ziemski biznes o różnych aspektach i wymiarach, ale mój cel jest inny, zupełnie inny i wręcz dziwaczny i nie zgodny z wymogami współczesności.

I tu jest potężna trudność i przeszkoda w jego realizacji dzisiaj.
Chętnie otworzyłbym dyskusję nad tym pomysłem i jego celami.
One są jego wykładnią.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk11062008, G0503.

Inny świat.
Anna.

              Annę znam już od bardzo dawna. Ma ten sam znak zodiaku i łączą nas pewne podobieństwa, ale Anna jest zupełnie kimś innym.
Jest dla mnie osobą ponadczasową i z innego świata i mocno stoi nogami na ziemi.
Niesie innym dobro i miłość i poświęca im swój czas i zdrowie, by łatać dziury nieskończoności.
Uciekła na wieś by stworzyć sobie swój prawdziwy dom.
Odnalazłem ją niedawno, szczęśliwą i zapracowaną codzienną rzeczywistością.
Przygarnęła mnie, starego egocentryka, na chwilę pod swój dach i dała posmakować swojego świata.
Uporządkowanego, zorganizowanego, spokojnego i stabilnego swoją trwałością.
Innego dla mnie świata, zbudowanego z delikatnej materii uczuć dla rodziny, natury i Wszechświata.
Odnalazłem teraz prawdziwą Annę, twardo stojącą nogami na ziemi lecz wciąż subtelną i delikatną.
Zrozumiała mnie i poratowała jak zawsze życzliwymi radami nie skąpiąc nawet „zimnych pryszniców", by przywrócić do rzeczywistości.
Pokazała mi jak żyje i jak rodzinie oddaje swoją miłość.
Jej świat jest dla mnie ciągle innym światem, którego progów jeszcze nie umiem przekroczyć.
Czeka on na mnie cierpliwie, wyciąga swoje dłonie a ja ciągle przed nim uciekam i go szukam.
Ciągle nie umiem jeszcze otworzyć się przed nim i zobaczyć go na wyciągnięcie ręki.
Widzę go i dotykam wśród innych, lecz ciągle zanurzam się w swojej ciasnej rzeczywistości.
To mi ukazała Anna, bez żadnych wizji i zwidów, łagodnie, subtelnie i delikatnie.
Tak zwyczajnie od serca, bo Anna jest zawsze dla mnie kobietą z innego wymiaru i z innego świata.
Taką ją poznałem i taką ją odkrywam i taką ją wciąż odnajduję w codziennej rzeczywistości.

 

Zapis senchotronowy.

Gk14062008, G1419.

Inny świat.
Basia.

 




              Wracałem po niedokończonym egzaminie w Szkole Morskiej w Gdyni, do domu.
Nie skręciłem od razu do niego, ale poszedłem kawałek dalej ul.10 Lutego.
Na drzwiach księgarni nr 62 zobaczyłem ogłoszenie, że potrzebny jest do pracy sprzedawca.
Zainteresowałem się i wszedłem do środka.
Chyba zrobiłem dobre wrażenie na Kierowniczce, bo zleciła mi załatwiać sprawy przyjęcia do pracy w Dyrekcji w Gdańsku.
Potem zacząłem pierwszą w moim życiu pracę.
Niewiele z niej pamiętam.
Tylko Macieja intelektualistę, który pracował jako sprzedawca i panią Kasię z kasy, która była w głębokiej ciąży i miała za męża reżysera filmowego, Bułgara.
Urodziła mu potem bliźniaki i już więcej nie znam szczegółów z ich życia.
Podobno znacznie później rozwiedli się, ale nie wiem tego na pewno.
W innym czasie do księgarni zaczęła zaglądać dziewczyna z małym dzieckiem w wózeczku.
Pracowała tu kiedyś i po urodzeniu dziecka poszła na urlop macierzyński.
To była Basia, drobna brunetka, bardzo sympatyczna, energiczna i rzucająca zalotnie na boki oczami.
Oczarowała mnie.
Mieszkała niedaleko i zaprosiła mnie później w odwiedziny do siebie, gdzie mieszkała z mężem i matką.
Potem, już zaczarowała mnie i nie wiedziałem co się ze mną dzieje.
Pamiętam miłe wspólne spacery, długie rozmowy i pokaz gwiazd przez lunetę w moim domu.
Była tam wtedy razem z mężem i malutkim dzieckiem...
A potem zaczęły się loty samolotem do Warszawy i noclegi w Hotelu Metropol, jej studia bibliotekarskie i moja samotność, gdy byłem z nią razem.
Zdarzenia biegły swoim torem, przeżywałem wielkie uczucie miłości, jedności i wielkiej z nią bliskości...
Powroty do domu były dla mnie powrotem do świata fikcji i złudzeń.
Mój inny świat trwał we mnie, lecz nadal budowałem z nią więzi...
Spotykaliśmy się czasami na Bulwarze Gdyńskim a Basia poszukiwała silnej męskiej ręki, która otoczyłaby ją i dziecko swoją wrażliwością.
Nie umiałem jej jeszcze tego dać i nie potrafiłem, i chłód zaczynał wkradać się w nasze spotkania.
Nie podźwignąłem tej wielkiej odpowiedzialności i pozostawał smutek, rozczarowanie i żal za spełnionym uczuciem.
To wspomnienie pozostawiło we mnie ślad, którego rysa do dzisiaj tkwi we mnie...
Drąży ona moje życie bez przerwy i cały czas pozostawia bruzdy, wdzierając się we mnie i burząc spokój życia.
Kolega Basi ze Studiów, zaopiekował się mną podczas ostatniej już mojej wizyty w Warszawie.
Odradził bezpośredni powrót do Gdyni a zachęcał do wyjazdu z nim do Torunia. Przekonywał mnie, że tak będzie lepiej dla mnie i ogólnej sytuacji.
Basia unikała mnie i nie chciała się już ze mną spotykać.
Wytłumaczył mi, że ona bawi się mną, że to już jej taka natura zdobywać mężczyzn i odrzucać jak kaprys, bo ją dobrze poznał, że jego też uwodziła, ale nie udało jej się...
Nie umiałem tego pojąć, bo głębokie uczucie, to dla mnie kryterium najwyższe i nie wiedziałem, że można je przyjmować inaczej.
Mnie nie interesowały przelotne romanse.
Życie jednak rządzi się swoimi prawami, lecz wtedy tego nie wiedziałem wstrząśnięty postawą Basi.
Odrzuciła mnie jak zepsutą zabawkę i zostawiła swojemu losowi.
To samo uczyniła z mężem, zostawiając sobie dziecko.
Czasami widywałem ją z daleka na spacerze...
I pozostawał mi wtedy tylko smutek i żal za ulotnymi chwilami i nie zatarte wspomnienia, jak rysa na diamencie.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk14072008, G2259.
Gk20072008, G0222.
Inny świat.
Ukłon dla Malki.


Byłem dziś w miejscu, do którego chrześcijanin nie wstępuje nigdy, nawet taki który waha się w swojej wierze.
Zaniedbany i odrapany, z łuszczącą się ze ścian resztką farby, budynek synagogi w Gdańsku z 1927r., podziałał na mnie zapachem historii, innej wiary i zupełnie innego świata.
Teraz jest to jeszcze, zamknięty na głucho wakacjami, budynek Szkoły Muzycznej.
Nie mogłem się tam dostać więc obszedłem go na około próbując wejść na jego zaplecze.
Dostępu do niego broniły płoty, chroniące własności sąsiadujących z nim handlowych posesji. Na moje szczęście dostrzegłem fragment niskiej zabudowy, czegoś co przypominało doklejone do głównego budynku pudełeczka.
Aby tam dojść musiałem obejść duży fragment handlowych pasaży, by przedostać się do nich wzdłuż potężnego skrzyżowania i to już z ich drugiej strony.
Do pudełeczek, dostałem się od innej ulicy.
Dwa lata temu, podczas załatwiania sobie nowego plastikowego dowodu osobistego, wynikła sprawa niepoprawnej pisowni nazwiska rodowego mojej mamy. Zapisane ono było w różnych aktach urzędowych z błędem zmieniającym jego pisownię.
Wtedy pierwszy raz w życiu, tak na poważnie, zezłościłem się na to, że pani urzędniczka nie chciała zapisać poprawnej pisowni tego nazwiska.
Nie pokazałem tego po sobie, ale stwierdziłem, że to co zapisano w aktach jest niezgodne z prawdą.
Miałem ze sobą różne dokumenty i dowody, ale urzędniczka nie uznała ich zasłaniając się przepisami. Dla niej istotny był akt małżeństwa rodziców gdzie był błąd w nazwisku rodowym mamy.
Od tego momentu postanowiłem, że doprowadzę do sprostowania ich.
Do dnia dzisiejszego mam już wiele różnych dokumentów i zaczyna mi się wyłaniać obraz dziejów mojej rodziny.
Wśród nich mam metrykę z 1903r., z księgi urodzeń i chrztów mojego dziadka, napisaną ręcznie w języku starorosyjskim.
Mam z nią duże kłopoty związane z przetłumaczeniem, ponieważ tłumacze przysięgli (przynajmniej ci, którym proponowałem przetłumaczenie tego tekstu) na wiadomość, że to tłumaczenie ma być dowodem w sądzie, wycofują się pomimo proponowanej im dobrej zapłaty.
Obecnie znalazłem grafologa z uprawnieniami, który podjął się przetłumaczenia tego dokumentu.
Jest ono potrzebne do tego, aby sąd miał podstawę do ustalenia prawidłowości pisowni nazwiska rodowego mojej mamy i dzięki tej decyzji będzie można urzędowo poprawić wszystkie akta i dokumenty.
Poszukiwanie śladów mojej rodziny zatacza już coraz szersze kręgi.
Wiem, że pradziadek Wojciech miał młyn wietrzny w Połajewie, w dawnym powiecie nieszawskim, że urodziło mu się troje dzieci, Zygmunt, Stefania i mój dziadek Józef.
Ślady prowadzą do starszych braci w wierze, więc aby je sprawdzić zajrzałem do budynku dawnej synagogi a obecnej już w nim ostatni rok Szkoły Muzycznej.
Przyjęto mnie w przyklejonym do niej pudełeczku jak z innego świata, wysłuchano i dodano rad co dalej mógłbym ewentualnie zrobić.
Niestety nic więcej nie mogłem załatwić, bo moja sprawa nie miała rangi, która dotyczyłaby świata starszych braci w wierze.
Po wyjściu i przekroczeniu furtki w ogrodzeniu nagle znowu wstąpiłem w świat innej rzeczywistości, do chaosu, hałasu i braku poczucia wartości.
W synagodze rozmawiałem z osobą, która nie wstydziła się swojej wiary.
Opowiedziała mi o swoim mężu, który jest chrześcijaninem i obecnie z ogromną pasją bada dzieje rodziny a ona znając język rosyjski tłumaczy mu różne związane z tymi sprawami dokumenty.
Jest ona dla mnie przykładem możliwości współistnienia różnych kultur, wyznań i harmonijnego tworzenia nowego życia.
Życzyła mi szczęścia w poszukiwaniu śladów rodziny wypowiadając je w poczuciu zrozumienia dla mojej sprawy.
I tak penetrując świat moich dawnych i zapomnianych powiązań rodzinnych dotknąłem niechcący innego, zamkniętego świata, który jest obok nas i trwa, budując swoją własną historię.
Wspólnie tworzymy nieogarniętą cząstkę Wszechświata, jego trwanie i budzenie nowego życia, choć ten nasz wspólny świat nie jest oazą jedności i spokoju.

 

Zapis senchotronowy.

Gk23072008,G0151.

Nocny dyżur.

 

Jest już godzina 01:51 i mam nocny dyżur.
Czekam z niecierpliwością na godz.7:00 rano.
Dłuży mi się on bardzo, bo na początku sierpnia planuję wyprawę do Połajewa pod Radziejowem i już najchętniej teraz wsiadłbym do pociągu, aby tam jechać.
Urodził się tam mój dziadek, którego nie znam, bo zmarł młodo we Włocławku w 1945r., z braku lekarstw.
Jego ojciec a mój pradziadek miał w Połajewie młyn wiatrowy.
Dziadek był dobrym człowiekiem, pewnie tak dobrym jak moja Babcia Helena i moja Mama, która często go wspomina ze łzą w oku.
Nie wiem po co tam jadę, ale bardzo mocno tego pragnę i jestem przekonany o konieczności tej wyprawy.
Już nawiązałem kontakty z tamtejszymi mieszkańcami i według nich trudno będzie jeszcze znaleźć ślady bytności pradziadka Wojciecha.
Nie ma tam już wiatraków i pamięci tamtych ludzi i zdarzeń.
Lecz ciągnie mnie tam niewidzialna siła i wewnętrzny nakaz woli, że mam tam właśnie być i to teraz w najbliższym czasie.
Ta wyprawa to nie kaprys czy przyjemność, to trudna dla mnie i wyczerpująca praca. Nie przeprowadzałem jeszcze specjalnych rozmów i wywiadów z nikim i nie wiem czy umiem to robić.
Umówiłem się już na spotkanie z panem Ryszardem Pernakiem, którego polecił mi w rozmowie telefonicznej, wójt gminy Radziejewo.
Pan Pernak ma już blisko 80 lat interesuje się historią i jest chodząca encyklopedią gminy.
Jest bardzo sprawny i pamięta bardzo dużo zdarzeń z dawnych czasów.
Moje poszukiwania mogą wydać się dziwne i nie na miejscu, zbyt kosztowne, ale dzięki nim choć na chwilę zajrzę w dawne czasy i na zapomniane dzieje ludzi i mojej rodziny.
Jej ślady zagubiły się gdzieś na ścieżkach czasu i krążą we Wszechświecie oczekując na odnalezienie w rzeczywistości.
Poznam też nowych ludzi, ich myśli i uczucia, i dotknę też historii dziejów.
Mam odczucie, że pradziadek Wojciech życzyłby sobie tego, bym odnalazł zagubiony czas i poznał go. Być może mam je tylko utrwalić na papierze, ale sądzę, że przesłanie tych poszukiwań jest znacznie głębsze i bardziej tajemnicze.
Jest to dla mnie piękna i pasjonująca przygoda, która wciąga i pochłania, by ustanowić równowagę zamierzchłych czasów i dzisiejszych zdarzeń.
Kupiłem dzisiaj piękny brulion z wizerunkiem młyna wiatrowego.
To był grzech, ale musiałem go popełnić, bo ten brulion był dla mnie przeznaczony.
Wart był tego, tak jak warta jest grzechu każda piękna kobieta.
Gdy pochwaliłem się nim w aptece obok, to subtelna kobieta dostrzegła na nim motto, którego z powodu mojego słabego wzroku nie widziałem wcześniej:
                               

                                   „Marzenia poruszają wyobraźnię".
Na każdej stronie brulionu jest też zapisane zdanie:

       

           „Nawet pomyślny wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma wyznaczonego celu".

Mój cel jest zawsze jeden i ten sam, nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy i wyznaczoną drogą szedłem już cały czas.
 

                                          „poszukiwanie prawdy i znajdowanie jej..."


              Z moich dawnych snów, wiem, że mam szukać jej też tam w Połajewie i Radziejowie.
              Jest 02:37 i czekam z niecierpliwością na zakończenie dyżuru, by pojechać rozklekotanym tramwajem nr „4" do domu.

By szybko odespać nocny dyżur i przepisać notatki na czysto, by dopełnił się i zaistniał przekaz treści.
Chciałbym skrócić czas liczenia godzin do wyjazdu.
Będę tam szukał zagubionej prawdy o młynarzu Wojciechu i jego rodzinie.
              Bardzo wolno płynie mi czas. Zostawiłbym to wszystko teraz i odszedł , by wsiąść do pociągu, który zabrałby mnie na krańce świata...
              Teraz nie mogę tego zrobić, jeszcze kajdany obowiązków trzymają mnie i cisną swoim brzemieniem, zabierając resztki świadomości z oczu.
              Brzask poranka powoli wkrada się w opary ciemności i rozświetla ją.
Zbliża się już, jest coraz bliżej i niedługo będę mógł stąd odejść.
Sen zakleja mi powieki swoim ciężarem. Walczę na jawie o jasność myśli, lecz ciągle przegrywam tracąc resztki sił i chęć do czuwania.
Brulion leży tuż przede mną i woła do mnie rozłożonymi okładkami jak skrzydłami wiatraka:


                                           „Marzenia poruszają wyobraźnię”.

              „Nawet pomyślny wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma wyznaczonego celu”.


              Więc marzę już o spotkaniach i rozmowach w Połajewie i Radziejowie.

O chwilach przepełnionych radością i poczuciem szczęścia o chwilach bycia wśród ludzi zrodzonych z prawdy.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk19082008, G2033.

Wiatrak.


Chciałbym zbudować prawdziwy młyn wiatrowy i to najbardziej popularny kiedyś w Polsce KOŹLAK.
Może mi się to uda.
W notatniku, który zapełnia się już moimi zapiskami, są motta, o których już poprzednio pisałem:
                                             „Marzenia poruszają wyobraźnię”,

 

        „Nawet pomyślny wiatr nie sprzyja temu, kto nie ma wyznaczonego celu”.


              Teraz moja wyobraźnia marzy o postawieniu Koźlaka właśnie tam w Połajewie, gdzie kiedyś mój pradziadek Wojciech miał młyn.
Byłem tam niedawno.
              Widziałem tam miejsce a na na nim wzniesienie gdzie stał kiedyś wiatrak.
Nie ma go już a właściciel ziemi wspominał mi, że jeszcze niedawno temu wyorywał tam kawałki drewna po starym wiatraku.
Czy to był młyn mojego pradziadka?
Nie wiem, ale wiele rzeczy na to wskazuje, że tak mogło być.
Byłem też w Radziejowie i Piotrkowie Kujawskim i tam dużo rozmawiałem, szukając śladów bytności mojej rodziny.
Dzieje jej z przed ponad 100 laty już zaginęły. Niczego nie znalazłem.
Z ustnych przekazów dowiedziałem się tylko o bardzo odległych śladach i mglistych wspomnieniach.
Wyrażano mi też żal za mądrymi starcami, którzy już kilka lat temu odeszli do wieczności.
Jak mnie zapewniano, rzuciliby więcej światła na stare dzieje.
Tym moim wyjazdem powinienem być mocno rozczarowany i żałować wydanych w podróży pieniędzy, ale…,
W tej mojej wyprawie i misji przez losy i dzieje mojej rodziny jest cały czas słowo "ale..."
Lecz nie mam wcale poczucia straconego czasu, sił i pieniędzy, ani też poczucia, że świetnie bawiłem się.
Często też zastanawiam się nad sensem moich działań, lecz zwieńczeniem tych moich niepokojów, jest ostatnia wiadomość od Malki, że chce ze mną wybrać się do Połajewa, Radziejowa i Piotrkowa Kujawskiego.
Właściwie to dzięki spotkaniu jej w maju tego roku w pociągu relacji Rzeszów - Częstochowa, rozpocząłem po 2 latach przerwy dalsze poszukiwania śladów mojej rodziny.
Ona rzadko do mnie pisze, bo jest zajęta natłokiem swoich spraw.
Może ta nasza wyprawa nie dojdzie w ogóle do skutku, ale jej chęć wyjazdu na Kujawy ze mną, podniosła mnie bardzo na duchu, dodała nowych sił, energii i przekonała mnie, że te moje działania nie idą na marne.
Zobaczyłem też, że jest ktoś kto wspiera mnie w moich inicjatywach.
Z tych emocji wykluł się mój kolejny pomysł i pragnienie.
Od pewnego czasu drzemało już i dojrzewało ono w zakamarkach moich myśli...
- WIATRAK...,

tam w Połajewie muszę postawić wiatrak i w ten sposób próbować wrócić do dawnych kart historii.
Brakuje mi jakichkolwiek danych czy rysunków konstrukcyjnych.
Szukam ich intensywnie już od długiego czasu i dopiero po dwóch tygodniach od przyjazdu z Połajewa, trafiłem na nie zupełnie przypadkowo.
              Uważam, że w tym naszym ziemskim życiu przypadków nie ma.
Te informacje dały mi teraz podstawę do dalszych konkretnych i zdecydowanych działań.
Postawię go. Bardzo tego chcę i pragnę.
Jedyne co może mi w tym przeszkodzić to zupełny brak funduszy, ale po rozmowach z różnymi osobami i ich zainteresowaniu się tymi sprawami sądzę, że te trudności może uda mi się pokonać.
Czekam teraz na wiadomość od Malki i jej przyjazd, abyśmy mogli razem i wspólnie z moją córką Danielą wyruszyć na poszukiwanie przeszłych dziejów i śladów myśli dawnych ludzi.
By dopełnić kart historii o pradziadku Wojciechu, dawnym młynarzu z wiatrowego młyna.
 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk19082008, G2033.

Lubię Malkę.


Polubiłem tę dziewczynę, bo da się ona lubić.
Widziałem się z nią tylko raz, kiedyś, przez krótki czas w pociągu.
Po rozmowie wymieniliśmy numery telefonów i adresy e-mail.
Potem czując niedosyt życzliwości i kontaktów zacząłem pisać do niej maile, bo mam potrzebę w taki sposób dowartościować się.
Malka doceniła wynurzenia starszego człowieka.
Pisałem jej o samotności, cierpieniu o tym, że lubię teraz przelewać moje nastroje i odczucia na papier.
Od początku znajomości poczułem do niej ogromną sympatię i więź.
Pomyślałem wtedy, ze jest to mądra i dojrzała dziewczyna i zobaczyłem też oczami wyobraźni jej ojca.
Później napisałem do niej, że według mnie córka jest odbiciem wizerunku ojca i sądzę, iż jej ojciec jest mędrcem.
Dzięki niej odżyły moje tęsknoty za poznaniem dawno zapomnianych dziejów mojej rodziny.
Gdy niepokój o sens moich działań zaczął wkradać się znowu do mojego serca, niespodziewanie pojawiła się mówiąc, że chce jechać ze mną na Kujawy i pomóc mi w szukaniu śladów rodziny.
Jak nie polubić takiej dziewczyny, gdy moje serce jest już wystudzone kłopotami i trudami codzienności.
Częste wątpliwości żony, brak możliwości spotkań z Kariną, to przeszkody, które mnie ograniczają i wtedy szukam już gdzie umiem i mogę życzliwości i zrozumienia.
Nie wstydzę się mojego uczucia przyjaźni i braterstwa do Malki.
Nie mam przyjaciół, bo jestem dziwny i niezrozumiały dla nich.
Malka pojęła mnie i moją skomplikowaną naturę, moje trudne myśli.
Gdy powiedziałem już jej raz, że ją bardzo lubię, to nie wyśmiała mnie, lecz przyjęła to w poczuciu wiary swoich ojców, sióstr i braci.
W tym podejściu pokazała mądrość swojej rodziny i wiedzę ojca.
Malka wyszła teraz za mąż, jest bardzo daleko a ja wciąż wspominam ją, bo ogarnia mnie wciąż sobą i moje myśli do niej ciągle powracają.
Na moje listy odpowiada rzadko, lecz krótko i treściwie.
Lubię o niej myśleć, lecz obawiam się często czy nie zawracam jej głowy swoimi dziwacznymi pomysłami.
Malka to dla mnie teraz dobry znak, dar niebios i pomoc a także natchnienie w moich trudnych sprawach i przedsięwzięciach.
(godz. 00:28)

Dopisek 05.04.2009r.:

Ojciec Malki zmarł nagle w wrześniu 2008r. Pośmiertnie został mu nadany tytuł cadyka.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk6052007.

Czekolada.

 

Wczoraj zrobiliśmy wyprawę na gorącą czekoladę.
Ja i moja córka Danielka, jedyne moje duchowe wsparcie w tych codziennych trudach.
Najpierw Hospicjum w Sopocie. Tam zostawiłem nadzieję kontaktu ze światem, dla bezrobotnego Zdzicha.
Chwila wspomnień ożywiła mnie i przywołała obrazy szczęścia i bycia razem z bliźnimi, wspólnej pracy, by nauczyć się jej szukać.
Tam nas z tym poznawano, bezdomnych i bezrobotnych.
Mamy domy, rodziny i pracę, lecz to pustka i zatracenie bez życia i bez miłości, bez wzajemnego oparcia się.
Oplute są prozą bytowania w codzienności, w zabieganiu o miskę kartofli, kromkę chleba i kostkę margaryny.
Wspomnienia opłynęły mnie swym oparem życia.
Tam byłem sobą, żyłem i doświadczałem zrozumienia. Pewnie wrócę tu jako szkielet człowieka, zgnębiony niemocą boleści i znowu będę sobą, będę żył dla innych, by trwać w miłości.
Jest tam Kaplica, świadek istnienia Boga, jego miłości i miłosierdzia. Tam oddawałem mu cześć i chwaliłem jego niezmierzoną Wielkość. Tam wielbiłem Go i prosiłem o Łaskę bycia człowiekiem.
Lecz on zapomniał o mnie.
Potem przeskok do „Józefa K.", w inny wymiar, w kolejne spełnienie marzeń o szczęściu.
Choć na chwilę, choć na drgnienie powiek. Było dobrze, aż za dobrze, ale spełniło się. Potem kafejka „Zaścianek" z aromatem ostrokrzewu i powiewem melancholii.
Potem Molo dalekie, bo bramki kas do biznesu broniły dostępu do tchnienia morskiego wiatru i wolności.
Potem piasek plaży i zdjęcia w plenerze i to cholerne zmęczenie, ciągłe zmęczenie co wlewa się w każdy zakamarek duszy.
Potem już proza życia i powrót do zdarzeń dnia, do bycia wśród ludzi, bycia nikim.
 

 

Zapisy senchotronowe.

Gk29082008,G0020.

Nocny dyżur 2.


Samotny kot przechadza się po pustej drodze asfaltu.
Brnę przez mokre i wysokie trawy łąki, jak samotna łódź wśród fal oceanu.
Sięgają one wysoko, prawie do pasa i są jak macki ośmiornicy.
To samotna i zapomniana łąka, skrawek natury wśród betonu pionowych ścian i asfaltu drogi.
Kot zniknął już w ciemnościach, wystraszony szelestem moich mokrych nogawek. Spadł przed chwilą rzęsisty deszcz i oderwane od życiodajnych traw pająki i robaki siedzą jeszcze niespokojne na moim ubraniu.
Nie wrócą już do siebie, otrząśnięte z wierzchniego okrycia na płytki glazury mojego pomieszczenia.
Rynna obok, głośno gada resztkami kropel a radio gra dźwiękami muzyki poważnej. Już nie słucham stacji, gdzie przeczytali moją wiadomość i znowu kolejny raz zachęcali by głosować i wygrać.
Nie udało mi się tym razem i nie udaje mi się wygrać w tych grach o bogactwo i wygodne życie.
Zostałem sam na nocnym dyżurze z moimi marzeniami o miłości i spełnieniu.
Jest już północ, wiatr szumi i rusza gałęziami a letni dym z komina niesie w ciemnościach nocy swoje pasma. Kręci mi się od nich w głowie a skurczone oparami dymu oskrzela wołają ciągle o dopływ świeżego powietrza.
Kawa budzi mnie znowu do zrywu świadomości.
Marzę, bo tylko pozostały mi marzenia, by trwać w ułudzie istnienia w przestrzeni mojego świata.
Lubię go, bo to mój własny świat. Nie jest on tym z kolorowych okładek i szklistego ekranu, ale to jest mój świat, którego dotykam co dzień.
Moje marzenia poruszają wyobraźnię.
Spełniam je sam dla siebie i wielu nie pojmuje moich czynów, myśli i słów.
Płyną minuty i godziny nocnych ciemności, moja astma przypomina się znowu krótkim i świszczącym oddechem. Powietrze wciąż jest otulone mgłą dymów z kominów.
Mam wrażenie, że sam sobie wybrałem to miejsce do pracy.
Uważałem, że lepszego nie znajdę. Wskazano mi je kiedyś i wtedy dokonałem wyboru.
Czy dobrego? Jeszcze wciąż nie wiem.
Stykam się tu szczególnie z oparami wilgoci i dymu z palenisk domowych, ze spalinami lokomotyw manewrowych z pobliskich torów kolejowych.
Nie wiedziałem wcześniej o tym.
Wtedy zamykam okna i liczę upływające minuty, by przetrzymać trudne chwile braku świeżego powietrza. Trwa to bardzo długo, ale dalej uważam, że lepszego miejsca do pracy niż tutaj dla mnie nie ma.
Może mylę się co do wygody i warunków tej pracy, ale tu przy tym czarnym i niewygodnym biurku powstało już moje 160 listów do Joanny i opowiadania nocnego stróża.
Tu one się narodziły i tu stworzyła się moja pasja.
Teraz tym żyję i choć moje opowiadania nie są zgodne z obowiązującymi obecnie w świecie normami i zasadami, to dla mnie są ważne.
Samotny kot zmierza po pustym asfalcie ku swojemu przeznaczeniu.
Dokąd zmierzam w swojej samotności i w przenikaniu codzienności?
Wciąż jeszcze nie wiem.
Lecz moja łódź życia, miotana ciągle falami przeznaczenia, wciąż zmierza ku swoim celom i pragnieniom.
 

 

Zapis senchotronowy.

Gk15092008,G0252.

Odejdź z tego domu.


Nie wiedziałem, że kłopoty rodzinne mogą tak dokuczać i być tak mocnym piętnem na sercu i duszy.
Już od dawna żona i syn nie chcą, abym razem z nimi mieszkał.
Nie raz mi już o tym mówili, że mam odejść z tego domu, który w połowie jest moją własnością, bo tak stanowi akt wykupu mieszkania.
Zgodziłem się na to, bo mam już dość niepewności, niepokojów, dziwacznych zależności i braku miejsca dla mnie w tym małym mieszkaniu.
W swej szczodrobliwości żona chce zaciągnąć kredyt w banku i wykupić dla mnie pokoik lub małe mieszkanie.Nie może go wziąć za dużo więc szukamy czegoś poza Trójmiastem, bo tu mieszkania są dla nas za drogie.
Szukamy razem rozwiązania tej sytuacji i osobiście znalazłem już coś między Wejherowem a Lęborkiem, też coś w Połajewie i pod Piotrkowem Kujawskim a nawet pod Sanokiem.
Według wspólnego naszego pomysłu mam mieszkać niedaleko poza Trójmiastem i w nim pracować.
Te moje propozycje, jak twierdzi żona, są jednak nie do przyjęcia, bo są zbyt odległe od Gdańska.
Zdecydowałem się już zamieszkać tak daleko, lecz nie chciałbym jednak opuszczać moich rodziców, mieszkających w Gdyni, by nie pozostawić ich bez żadnej opieki.
To byłoby bardzo nierozsądne z mojej strony, bo Tata ma już 80 lat a Mama 77 i zmuszona jest ona stale opiekować się mężem, który bardzo wykorzystuje jej dobroć i poświęcenie się, udając niezaradność.
Tak się nauczył w swoim życiu.
Moja znajoma Ania, włączyła się też w tę sprawę z propozycją sprzedaży swojego rodzinnego mieszkania niedaleko Piotrkowa Kujawskiego, w Świeszu.
Mam teraz dylemat co zrobić i co wybrać i właściwie z powodu tego natłoku informacji, podjąłem w końcu decyzję, żeby całkowicie dać sobie na razie spokój z tymi poszukiwaniami.
Teraz potrzebuję ciszy i spokoju, bo chcę pisać nowe opowiadania.
Doszedłem do wniosku, że biorąc kredyty bankowe zakładamy sobie stryczek na szyję, że ta nowa sytuacja wcale nie rozwiąże naszych problemów a wręcz pogorszy już zaistniałą sytuację. Moje zarobki są jednak ciągle za małe.
Mam dzisiaj w niedzielę dyżur 24 godzinny.
Przebiegł on w atmosferze działań i myśli na temat poszukiwań mieszkania.
Przeprowadziłem w tej sprawie dużo rozmów telefonicznych.
Wyczerpałem już ostatnie moje limity minut w komórce.
Byłem z powodu poszukiwań mieszkania bardzo zadowolony, bo pomieszczenie w mojej pracy wykorzystałem jako własne biuro a o takim często właśnie marzę.
Dzwoniłem też do znajomych z Wetliny w Bieszczadach.
Będąc u nich 2 lata temu mówili mi, że mają do sprzedania piękny dom pod Sanokiem.
W sąsiedniej firmie, w dzisiejszą niedzielę, mieli dzisiaj dużo pracy.
Rozmawialiśmy co pewien czas w chwilach przerwy a Witold, szef tej firmy uraczył nas żartem w kontekście mojego przenoszenia się w inne rejony Polski.
Ten dowcip doskonale oddaje moje obecne nastroje, bo jestem już bardzo mocno zdeterminowany, by uczynić podobnie:
„Młoda dziewczyna stoi na egzaminie na studia przed Komisją Egzaminacyjną.
Profesor stawia jej pytania:
- Jaka jest obecna polityka gospodarcza Polski?
Dziewczyna nie odpowiada.
- Kto jest obecnie premierem w Polsce?
Dziewczyna nie odpowiada.
- Kto jest obecnie prezydentem w Polsce?
Dziewczyna nie odpowiada.
Profesor pyta:
Skąd Pani jest?
- Z rzeszowskiego...

Profesor wstaje od stołu, podchodzi do okna i cicho mówi do siebie:

- Może to wszystko pieprznąć i pojechać w rzeszowskie...
Bardzo chętnie bym tak zrobił, ale jesteśmy tak uzależnieni od pieniędzy i zobowiązań, nie tylko wobec bliskich, że na razie nie mogę tego jeszcze dokonać.
To błędne koło zobowiązań porywa nas wciąż w swoje wiry i zależności.
Potrzeba potężnej odwagi i determinacji, aby te pęta zniewolenia zerwać.
Niewiele mi już do tego potrzeba, lecz ciągły brak finansów jest dla mnie ciężarem wielkim jak młyńskie koło, który ciągnie mnie na dno mojej egzystencji.
Jestem jednak dobrej myśli, bo moją nadzieją są marzenia, które wciąż pragnę spełniać.
 

 

Zapis senchotronowy.
Gk26092008, G2059.

Kuter GDY 50.

 

Dzisiaj znowu jestem na dyżurze nocnym.
Jest potwornie zimno, bo nie mam jeszcze ogrzewania w moim pomieszczeniu i ręce mi już grabieją.
Założyłem na siebie już wszystko co miałem.
Na dworze snują się dymy z okolicznych kominów a moje oskrzela zacisnęły się znowu skurczem ich dymiącego ciepła.
Siedzę sobie w swoim pomieszczeniu i wędruję myślami po pokładzie kutra GDY 50 z Gdyni.
Ostatnio chętnie zaglądam tu częściej, by posmakować bursztynowego napoju z sokiem imbirowym.
Siadam sobie w kąciku, pod pokładem „Baru Pomorza" i wspominam miłe chwile spędzone tu z Kariną.
Nie możemy ostatnio znaleźć dla siebie wolnej chwili. Jesteśmy bardzo zajęci borykaniem się z trudnościami życia codziennego.
Brak mi jej a burty pod pokładem kutra zapamiętały już tylko jej słowa i myśli.
Czuję się tu dobrze i przez słomkę, powoli, spijam nektarowy smak napoju.
Nie jest mi smutno, ale teraz czuję się samotny.
Ten kuter, choć tchnie dobrocią i spokojem, potrzebuje spotkań we dwoje.
Stoi on zacumowany przy nabrzeżu Skweru Kościuszki a obok niego, jest teraz szalupa, która w lecie roznosi zapach gofrów i słodkiego dżemu.
Siadam sobie pod pokładem w moim ulubionym kąciku, już na dłużej.
Chętnie wyjąłbym zaraz kartkę i pióro i pisał opowiadania.
Na razie nie mogę tego robić, bo bardzo ogranicza mnie presja braku pieniędzy na różne moje pomysły i kłopoty codzienne.
Ciągnie mnie tu jednak coś nieuchwytnego i nie do zmierzenia.
Może to siedmiostrunowy dysk, który według Zosi jest zatopiony tu w basenie portowym, niedaleko obok kutra GDY 50.
Przyprowadziła mnie tu niedawno na skraj Skweru Kościuszki i patrzyła na mnie nic nie mówiąc.
Potem zapytała:
- Co czujesz?.
Może to była jej sugestia, ale wzmocniona jej właściwościami i czułem silne przyciąganie, którego źródło było na środku basenu portowego.
Oddalając się od niego to przyciąganie zmniejszało się.
Zapytała znowu:
- Co czułeś?.

Odpowiedziałem jej tak jak było, że poczułem coś dziwnego, że to było namacalne, że to było „coś" czego nie znam, ale wiem, że jest.
Ona odpowiedziała mi, że była tam w środku, w tym dysku i to dzięki swoim ponadzmysłowym właściwościom, że dotykała jego ścian i pulpitu, że on tam jest i czeka na swój czas by się ujawnić.
Zosia opowiadała mi jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, a ja skonfrontowałem te moje odczucia z krańca Skweru Kościuszki z tym, co już dawno odczuwałem przychodząc tam sam lub z bratem na spacery.
Wciąż mnie tam coś ciągnęło do tego jednego miejsca.
Tak samo teraz powracam wciąż do kutra GDY 50 i siadam w kąciku dawnej ładowni i piszę w myślach opowiadania sącząc powoli przez słomkę bursztynowy płyn.
Brak mi tylko Kariny, jej uśmiechu i brązowych oczu pełnych namiętności.
Brak mi jej ciepła uczuć, jej słów o życiu i o przemijaniu.
Siedząc tak pod pokładem kutra Gdy 50 mam ciągle wrażenie, że za chwilę zejdzie ona po krętych schodach z górnego pokładu i pojawi się w moim samotnym życiu pełna radości i znowu szczęśliwa.
 

 

Zapis senchotronowy.

Gk- L08012009,G0536.

Magda o brązowych oczach.

 

              Zbliża się już poranek kolejnego styczniowego i mroźnego dnia 2009r.

Siedzę teraz szczęśliwy i pełen radości, bo znowu piszę w dobrym i radosnym nastroju.

Jeszcze przed chwilą chodziłem nerwowo po pomieszczeniu stróżówki, pełen różnych myśli i niepokojów.

Bardzo dawno już nic nie pisałem i to z bardzo prozaicznego powodu.

Moje kłopoty rodzinne przygnębiły mnie i przygniotły swoim ciężarem zabierając resztki nadziei i radości. Smutek wżerał się w każdy zakamarek mojego ciała.

              Szukam teraz nowego mieszkania, by oderwać się od otaczającego mnie nastroju zobojętnienia i niechęci.

Dla pociechy i poprawienia sobie nastroju, coraz częściej wyciągam mosiężną grudę w kształcie kropli na krótkiej lince. Na niej malutki węzełek wskazuje mi miejsce mojego koloru.

              To jest zabawa w pytania i odpowiedzi. Bawi mnie ona i pociąga i daje dużo radości.

Nie czuję się fachowcem w tej materii, ale nadzieje i dobre myśli jakie mi ta kropla mosiądzu daje, poprawiają mi nastrój i samopoczucie.

Odpowiedzi wcale nie muszą mi się sprawdzać, bo nie o to mi chodzi.

Skupienie myśli i oddziaływanie podświadomości jest dla mnie bardzo ciekawe.

              Dzisiaj o poranku tego styczniowego dnia pytałem o imię kobiety i towarzyszki moich przyszłych dni, która stanie u mego boku by razem pokonywać trudy życia w pełni wzajemnego zrozumienia i życzliwości.

Podświadomość nazwała ją Magdą o brązowych oczach i czarnych włosach.

Nie mam teraz przyjaciół ani bliższych kolegów. Odwracają się ode mnie, bo dociera do nich z szybkością plotki wiadomość, że odsunąłem się od lokalnej wspólnoty.

              Podjąłem ostatnio decyzję o uwolnieniu się od niemiłych już dla mnie przymusowych i natrętnych obowiązków, które nic mi nie przynosiły, jedynie zniechęcenie , zmęczenie i niesmak.

              Całe moje życie, jak każdy z nas, marzyłem i pragnąłem gorąco by miłować i być kochanym, lecz nie ze strachu, przymusu czy nakazu.

Zrozumiałem to dopiero niedawno.

              W samotności opuszczenia, gdy jeszcze tylko Matka i córka ogarniają mnie swoją miłością, wykreowałem sobie Magdę o brązowych oczach, moją nową przyjaciółkę, której będę teraz szukał, bo wiem, że jest i czeka, by spełniła się nasza miłość.

              Lubię tę mosiężną kroplę, bo daje mi dużo nadziei, pokazuje mi moje pragnienia i wypełnia marzenia.

Już teraz wiem kogo mam szukać w życiu.

              Kiedyś złapały mnie na ulicy w centrum Gdańska cyganki i nie miałem możliwości od nich uciec. Dałem sobie powróżyć z kart i wśród wielu sugestii pokazała mi cyganka kartę mojej damy serca, której będę poszukiwał i ją w końcu odnajdę, tę damę, którą przeznaczył mi Los.

 

              Na przełomie listopada i grudnia 2008r. byłem w Rymanowie – Zdroju na turnusie rehabilitacyjnym. To rodzaj krótkiego 14 dniowego sanatorium.

Było wspaniale, bo jest tam klimat górski i morski, który bardzo mi odpowiada. Czułem się świetnie pomimo źle dobranych lekarstw na astmę, które dopiero po powrocie do domu zmieniłem.

              Niestety znowu trafiłem w sanatorium na niezbyt ciekawych według mnie znajomych.

Oderwanie od własnego domu i rodziny wyzwala w ludziach jakieś dziwne instynkty i wynaturzenia. Coś dziwnego robi się w nich, co zamyka się w słowach balanga, rozpusta, nadmierne spożycie alkoholu i bylejakość.

              Musiałem to jakoś znosić, choć nie było to łatwe, ale było na tym turnusie też wiele innych i ciekawych zdarzeń.

              Była niezwykle miła i urocza młoda recepcjonistka, z którą jeśli to było możliwe ucinałem sobie krótkie pogawędki. Był urokliwy dla mnie Rymanów - Zdrój i krótkie wycieczki po okolicy. Krótkie dlatego, że źle dopasowane różne lekarstwa powodowały u mnie uczucie duszności, więc moja wydolność spacerowa była niewielka.

              Nie jeździłem na wycieczki sanatoryjne, bo uważam, że nie po to przyjeżdżam do sanatorium by przesiadywać godzinami w autobusie. Pozostawały mi więc spacery po okolicy i do różnych ciekawych źródełek.

A to żelazistych, wapniowych i takich jak „Naftusia” o dużej zawartości najzwyczajniejszej nafty leczniczej.

              Pobyt w Rymanowie – Zdroju okazał się dla mnie bardzo owocny i korzystny. Wróciłem pełen sił i nadziei, by szukać i spełnić się w miłości.

By odnaleźć Magdę o brązowych oczach.

 

Ps.

10 stycznia 2009r. między godz. 6:10 a 6:30 rozmawiałem przez telefon z moją urokliwą recepcjonistką z Rymanowa.

Wspomniałem jej o moim nowym opowiadaniu pt. „Magda o brązowych oczach”. Odpowiedziała mi, że na drugie imię ma Magda i ma brązowe oczy. Tych szczegółów nie znałem wcześniej, bo na nie, nie zwróciłem uwagi.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk18012009,G0257.

Zawsze mam nadzieję.
 

Jest 18 stycznia 2009r. i znowu z nadzieją spoglądam w przyszłość.
Zawsze mam i chcę mieć nadzieję i to mnie pobudza do życia.
Teraz, moja gruda mosiądzu, ta kropla nadziei, nie wszystko chce mi pokazać tak jak bym chciał, ale jestem w dobrym nastroju, bo pojawiła się teraz znowu szansa, np. na nowe mieszkanie.
Będąc w tym starym, pechowym moim mieszkaniu nie umiem niestety w nim funkcjonować.
W nim, jak mi powiedzieli lokatorzy tego domu, każdy kto się wprowadzał do niego to wynoszono go wkrótce „nogami do przodu".
Gwoli ścisłości, ostatni lokator powiesił się na klamce drzwi dużego pokoju mojego mieszkania.
Pokazała mi to kiedyś jasnowidząca Ania.
Zobaczyłem nogi w brązowych spodniach, kogoś kto wisiał na na klamce drzwi.
Nie było to miłe i nie chcę tego więcej oglądać, ale już wiem jak to było.
Teraz mam zamiar zamieszkać gdzieś w Gdyni i to bliżej rodziców.
To powinno być dobre rozwiązanie, bo i tak do nich jeżdżę co 3 dni, na razie tylko towarzysko, ale przyjdzie taki moment, że będę musiał być u nich częściej i im bliżej nich zamieszkam to będzie dla nich lepiej.
Słyszałem o różnych trudnych sprawach związanych z opieką nad rodzicami, wręcz tragicznych i kłopotliwych, ale na razie daję sobie w tej sprawie jakoś radę.
Mam zawsze nadzieję i to powiedziała mi nawet wróżka, którą znalazłem kiedyś w TV, w pracy, nad ranem.
Straciłem sporo na nią grosza, na tę ułudę i czary, ale dało mi to znowu nadzieję i chęci do życia,
Powiedziała mi ona między innymi, że mam żyć nadzieją i to mi się bardzo podoba.
Uważam, że wróżki i cyganki spełniają marzenia i życzenia klientów, by wyciągnąć od nich kasę dla siebie. Taka jest według mnie prawda.
Są one jednak potrzebne, bo nasze życie nie jest usłane różami i trzeba od nich pociechy w tych naszych codziennych trudach.
Czytałem kiedyś książkę w której było napisane, że ta „nasza planeta to planeta smutku".
Nie wiem czy wierzyć w to czy nie, ale patrząc na nasze codzienne szare życie uważam, że jest to zgodne z prawdą.
Jasnowidząca Ania powiedziała mi, że ta książka to „haluny autora", ale śmiem twierdzić, że ma ona znamiona prawdy, choć podanej w formie dziecinnej i dziwacznej.
Przekonuje mnie ona i uzasadnia moje działania i nastroje.
Chcę w nią wierzyć, bo układa moje pragnienia i chęć poznania w system logicznego systemu i prawd.
Spełnia moje marzenia o harmonii i trwaniu Wszechświata, o jego powstaniu.
O istnieniu Boga Stworzyciela i jego władzy nad duszami niepokornymi i błądzącymi.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk–L22012009.

Wicko Morskie.

 

-    Halo, Tato! Już się obudziłem. Czy przyjdziesz?

  • Tak, synku zaraz będę.

Wicko Morskie.

Nie pamiętam już ile wtedy miałem lat, 4 może 5.
Tata zabrał mnie do Wicka Morskiego, małej poligonowej wioski nad brzegiem Morza

Bałtyckiego.
Miał tu do załatwienia jakieś swoje ważne sprawy wojskowe.
Był kiedyś oficerem artylerii, ale pogorszenie się stanu zdrowia nie pozwoliło mu już na dalsze służenie w tej broni i przekwalifikował się do innej formacji.

              Teraz był oficerem od spraw finansów w wojsku.
Wziął mnie do tej poligonowej wioski dlatego, bym na wsi podreperował swoje zdrowie a może górę wtedy wzięły niepokoje i jego kryzysy małżeńskie.
Mieszkaliśmy w pobliskiej tego Wicka Morskiego wiosce. Nie pamiętam już czy było w tym Wicku lotnisko czy nie. Byłem wtedy zbyt mały, aby na to zwrócić uwagę.
Ale w moją pamięć wryło się stamtąd kilka obrazów.
Pierwszy, to pusty pokój obok naszego. W nim na środku pokoju stał stolik a na nim aparat telefoniczny jedyny w tym domu. Z niego to właśnie korzystałem, gdy obudziłem się rano by zadzwonić do Taty, aby powiadomić go o tym, że już wstałem. Nie umiałem sobie jeszcze robić wtedy sam śniadania. W rogu pokoju był kaflowy piec. W tym pokoju zmarł niedawno oficer zaczadzony od niesprawnego pieca.
Tata wychodził rano do pracy i zostawiał mnie śpiącego w pokoju. Nauczył mnie tego, że gdy wstanę rano, to mam pójść do tego zmarłego pokoju i wykręcić numer telefonu do niego do pracy i poprosić go o aby przyszedł i zrobił mi śniadanie.
Pamiętam, że przeważnie robił mi jajecznicę i bardzo mi to smakowało.
Bardzo bałem się wchodzić do tego zmarłego pokoju. Odczuwałem tam śmierć, ale na gorącą prośbę Taty, któremu bardzo ufałem, chodziłem tam i wtedy dzwoniłem do niego. Z ciarkami niepokoju na plecach szybko uciekałem potem stamtąd do naszego pokoju.
Tata był wtedy dla mnie prawdziwym Tatą i był bardzo dla mnie bliski.
Bardzo go wtedy kochałem i miałem wtedy ogromne poczucie bezpieczeństwa.
              Kiedyś, jakiś żołnierz pokazał mi jak ładnie psyczy wentyl z koła samochodu gdy się go naciśnie i stąd później była moja zabawa w naciskanie kołków wentyla w kołach samochodów.

Zdarzyło mi się, że spuściłem powietrze z koła ogromnej ciężarówki wojskowej. Kierowca jej był bardzo nie zadowolony i nakrzyczał później na mnie.
Ta ciężarówka, której wentyl nacisnąłem na pasie startowym miała uszkodzony wentyl i nie cofnął się on.
Całe powietrze z koła wyleciało i kierowca musiał później napompować je.
Inne zdarzenie, które mocno zapadło mi w pamięć z Wicka Morskiego to leżąca obok domu na łące nieżyjąca już owca, którą zagonił na śmierć myśliwski pies właścicieli tego domu.
Tak się na nią zawziął i tak za nią ganiał, że padła z wyczerpania niedaleko od domu. Chodziłem na łąkę zaglądać do niej co pewien czas i patrzyłem na nią ze smutkiem, bo czułem, że ta śmierć była niepotrzebna. Widziałem tę gonitwę psa na własne oczy i nic nie mogłem w tej sprawie zrobić.
Zapamiętałem też polski film Andrzeja Wajdy pt. „Kanał”, który oglądali w wojskowym kinie żołnierze.
Tego dnia Tata poszedł na jakieś spotkanie i wyznaczył żołnierza do pilnowania mnie.
Właśnie w pobliskim kinie wojskowym był wyświetlany film Andrzeja Wajdy pt. „Kanał” i ten żołnierz bardzo pragnął go zobaczyć.
Wicko Morskie to bardzo odległy poligon wiejski i nie było tam żadnych rozrywek.
Ten żołnierz potraktował mnie bardzo poważnie i zapytał „czy chcę obejrzeć film” i „czy nie będę się bał”.
Oczywiście jako dzielny syn oficera odpowiedziałem, że chcę go obejrzeć i nie będę się bał. A potem w cichości ducha przeżywałem bardzo mocno tragiczne sceny z filmu udając, że jest wszystko dobrze.

Mocno je przeżywałem i zapamiętałem je do dzisiaj a pozostawiły one w moim umyśle niezatarte ślady.
Zdarzyło mi się też, że gdy biegając na podwórku domu, w którym mieszkaliśmy zaatakowały mnie agresywne gęsi. Szybko i sprawnie uciekłem na dach pobliskiej komórki i potem gospodyni odgoniła je i już mogłem spokojnie zejść z dachu komórki i bawić się dalej.
Raz przyjechała do nas do Wicka Morskiego z moim bratem nasza Mama.

Pamiętam, że bardzo nie znosiłem jeździć tzw. dwukółką, czyli zaprzęgiem konnym z wozem na dwóch kołach.
Nie udało się nikomu namówić mnie na jazdę tą dwukółką i zawsze wtedy bardzo protestowałem. Bałem się jej dużych przechyłów i pochyłości jej podłogi.

Będąc w pewnej pobliskiej strażnicy gdy nie mogliśmy pojechać tą dwukółką do domu to poszliśmy z Mamą i Tatą na spacer do domu przez las.
Pamiętam zapach smażonego w tej strażnicy na kozie chleba a potem miły spacer z rodzicami, gdy wyprzedziłem ich i szedłem daleko z przodu przez las. Potem odwróciłem się i zobaczyłem ich przerażone twarze.
Pytali mnie potem czy widziałem stado dzików z warchalakami, które pomiędzy nami przechodziło. Oczywiście nie widziałem go i z pełną nieświadomością wędrowałem sobie dalej polną drogą.
Te powyższe zdarzenia zapadły mi mocno w pamięć.

Innych już nie pamiętam, ale te które pozostały są zdarzeniami i obrazami, które trwają i są teraz podstawą mnie samego, moich myśli i uczuć.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk30012009,G0648.

Rozmowy z Romkiem i Benią.

 

              Romek to człowiek z Grudziądza. Firma, której ochroną zajmuję się w mojej pracy sprowadza go raz do roku, na kilkanaście tygodni do siebie, aby pomagał jej w pracach.

Mieszka on tam wtedy i nawet chwali to sobie, bo ma poczucie wolności i od razu od 7:00 rano jest w pracy.

Ma tam zupełnie niezłe warunki do życia, wygodną kanapę do spania, kolorowy telewizor, lodówkę i małą kuchenkę. Poza tym wychodzi sobie poza godzinami pracy kiedy chce i gdzie chce. Chociaż nie zna Gdańska to porusza się po nim zupełnie dobrze.

Często gdy jestem na dyżurze i robię obchód, to wtedy stukam delikatnie w okno do niego i za chwilę pojawia się i zaczynamy sobie pogaduszki.

Czas nam schodzi szybko i chociaż ziąb jest na dworze to Romek twierdzi, że nie jest mu wcale zimno.

Staram się wtedy, go nie przemrozić w tym okresie zimowym i w miarę szybko kończę nasze pogaduszki. Jest to czasami trudne bo Romek jest wspaniałym słuchaczem a ja nie jestem mu dłużny i też słucham go cierpliwie.

Z tej radości rozmów z nim narysowałem mu już obrazek podobny do tych z mojej Galerii Obrazów Nocnego Stróża.

Obiecałem też podobny namalować jego sąsiadce z Grudziądza.

Przypomniałem sobie to dopiero dzisiaj po wielu tygodniach zapomnienia. Ale lepiej późno niż wcale.

W ten sposób moje nocne dyżury a szczególnie te najbardziej dla mnie uciążliwe 24 godzinne, gdy odsiaduję je na rozwalonym fotelu w portierni stają się milsze i nie takie trudne do przetrwania.

Choć nielegalnie, bo bez zgody właściciela mojej firmy, oglądam telewizję i to często po 22 godziny na dobę (są to głównie filmy).

Jednak rozmowy z Romkiem stają się tym koniecznym i niezbędnym elementem, by przeżyć ten paskudny dla mnie czas dyżuru.

Dodają one uroku i ubarwiają moje życie nocnego stróża.

W tej pracy nie mam właściwie nic do roboty, mam po prostu być.

Teraz nie piszę już listów do Joanny, bo straciłem wenę i nastrój i mam też poczucie zadziwienia. Bo trudno mi się pisze wtedy gdy nie otrzymuję żadnej odpowiedzi i nie wiem czy ona mnie w końcu lubi czy lekceważy czy nie chce kontaktu ze mną. Tego nie wiem.

Pomogła mi bardzo, bo mój warsztat pisarski dzięki „Listom do Joanny” poprawił się i mogę teraz pisać opowiadania nocnego stróża. Może nie są one najwyższego lotu, ale pragnę to robić, bo sprawia mi to ogromną radość.

Wreszcie robię to co lubię, co daje mi satysfakcję i jest to dla mnie sensowne. Daje mi też poczucie spełnienia i dowartościowuje mnie.

Do tego wszystkiego pojawiła się ostatnio urokliwa Benia. Nie umiałem jej zapomnieć po powrocie z Rymanowa. Nasze krótkie rozmowy pozostały mi w pamięci.

Teraz pomimo kosztów staram się dzwonić do niej kiedy mogę i potrzebuję tego. Nasze rozmowy są długie, ale dla mnie to kojący balsam na moją potrzebę rozmów z kimś kto mnie wreszcie rozumie.

Poza tym rejon Krosna, Jasła i Rymanowa stał się teraz dla mnie celem moich myśli i uczuć.

W magiczny i niezrozumiały dla mnie sposób region ten wciąż przyciąga mnie.

Nie umiem sobie tego wyjaśnić, bo stan tego miłego i dziwnego zauroczenia trwa już od bardzo wielu lat.

Cieszę się bardzo z kontaktu z Benią ponieważ moje zainteresowanie tymi okolicami umocowało się jeszcze bardziej poprzez inne miłe i życzliwe dla mnie osoby takie jak ks. Stanisław z Miejsca Piastowego i niepełnosprawna Beata z Jasła.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk05022009,G1543.

Nieprawdopodobna historia.

 

 

              Moją żonę Marysię poznałem już znacznie wcześniej niż to mogłoby się wydawać.

Jest to nieprawdopodobna historia i nikt w nią nigdy nie uwierzył.

Miałem już próbkę tego kiedyś gdy o niej wspomniałem Marysi, bo nie pamiętała już tego zdarzenia.

              Kiedy byłem jeszcze młodzieńcem może w drugiej lub trzeciej klasie liceum, zdarzyło mi się dziwne spotkanie.

Nie pamiętam już w którym okresie roku to było.

              Mój kolega Jasiu Niezgoda zaprosił mnie wtedy na „prywatkę”, czyli spotkanie młodzieży, aby potańczyć sobie i pobawić się we własnym gronie.

              Tam gdzie poszliśmy, to było gdzieś w Gdyni na dawniejszej ulicy Czerwonych Kosynierów (obecnie ul. Morska).

Na tej ulicy jest teraz Wyższa Szkoła Morska, która dawniej była Państwową Szkołą

Morską i była ona wtedy obiektem moich marzeń.

              W moim liceum czułem się dziwacznie i jakoś nie na miejscu i początkowo koledzy zabierali mnie na różne spotkania „prywatkowe”.

Potem już mniej, bo wtedy nie miałem już tyle pieniędzy na alkohol, który spożywaliśmy w dostępnych nam ilościach.

              W tym mieszkaniu w Gdyni, do którego zaprosił mnie kolega, w pewnym momencie naszej zabawy, wszedł chłopak w mundurze Państwowej Szkoły Morskiej z ładną blondynką w okularach o rozpuszczonych włosach. Powiedział, że to jest jego siostra.

Obraz ich dwojga, stojących w drzwiach tego domu mam ciągle jeszcze przed oczami.

Bezwiednie powiedziałem do Jasia, że „ta dziewczyna to będzie moja żona”.

Odpowiedział mi, że „jestem głupi...”.

              To była właśnie moja Marysia ze swoim bratem Julkiem, który był wtedy w Państwowej Szkole Morskiej. Nie znałem ich i nie widziałem nigdy wcześniej.

Zapamiętałem ich wtedy bardzo mocno, a te słowa, które wypowiedziałem, to wypłynęły ze mnie nagle i bezwiednie. Nawet nad nimi nie zastanawiałem się.

Po prostu tak „palnąłem” sobie, niewiele zastanawiając się nad tym.

              To dziwaczne zdarzenie zapadło mi mocno w pamięć i pamiętam je do dzisiaj.

Nie ma ono właściwie żadnego znaczenia i najzwyczajniej w świecie coś się tylko wtedy zdarzyło, co spełniło się w innym czasie.

Próbowałem porozmawiać z nią wtedy, ale ona nie była zachwycona tą rozmową.

              Nikt nie może teraz temu zdarzeniu zaświadczyć, bo Marysia nie pamięta już tego spotkania, ani pewnie Jasiu, z którym nie mam już w ogóle żadnego kontaktu.

Był to rodzaj epizodu, ale jestem pewny, że to zdarzyło się na prawdę.

              Obydwoje zaraz wyszli ze słowami, że jest tu nudno (kiedyś pamiętałem dokładnie słowa, które wypowiedzieli, ale już niestety zatarły mi się one w pamięci. Były one inne i zabarwione lekceważeniem).

Potem poznałem znowu moją Marysię na Zaocznym Studium Bibliotekarskim w Gdańsku.

Wtedy jeszcze mieszkałem z rodzicami w Gdyni i mój zakład pracy wysłał mnie na to studium bibliotekarskie, abym doszkolił się w branży bibliotekarskiej.

              Okazałem się jedynym chłopakiem na 100 dziewczyn i z tej grupy wybrałem sobie właśnie moją Marysię. Nie pamiętałem wtedy o naszym wcześniejszym spotkaniu, tak jakoś wybrałem ją z pośród innych dziewczyn.

Dziwiła się ona bardzo, że wśród tylu dziewcząt wybrałem sobie akurat ją, jak twierdziła, biedną sierotkę.

              Zawsze lubiłem wypełniać jakąś misję w swoim życiu. Poznając Marysię czułem, że tę misję będę mógł wypełnić opiekując się nią.

Nie pomyliłem się. Miała bardzo trudną i skomplikowaną sytuację rodzinną.

              Rodziców już nie było i mieszkała razem z bratem w dwupokojowym mieszkaniu.

Miała z nim przeróżne kłopoty i trudności.

Gdy pojawiłem się, zaczęły się one porządkować, bo byłem już świadkiem ich wzajemnych

niepokojów. Brat jej uspokoił się w końcu i przestał się awanturować.

              Zawsze twierdził, że na morzu czuje się świetnie a wracając do tego mieszkania coś dziwnego z nim się dzieje i robi się wtedy nerwowy.

Wspominałem już wcześniej o tym moim pechowym mieszkaniu.

O tym powiedzieli mi lokatorzy mojej klatki.

              Te sugestie szwagra potwierdzały dziwność tego mieszkania.

Żyjemy w nim nadal razem z Marysią, marząc każde o własnym kącie i miejscu.

Nie układa się nam najlepiej, ale będąc razem funkcjonujemy w tym mieszkaniu ciągle mając nadzieję na lepsze czasy.

 

 

Zapis senchotronowy

Gk21042009,G0505                                                                                   

Kontener.

 

W starej pracy siedzę teraz w niewielkim kontenerze.

Ma on wymiary 2,10 x 2,10 x 2,40 m.

Postawiony jest na uboczu dwóch firm, które wynajmują nas do pilnowania tych obiektów.

Nie jest źle i jestem w sumie zadowolony, ale brak mi WC i wody bieżącej.

Obiecali nam postawić chociaż TOI TOI, ale nie wiem kiedy to zrobią.

Na ścianach przykleiłem kilka ładnych obrazków z widoczkami, które wybrała mi córka.

Potem dzięki Romkowi z sąsiedniej firmy zrobiliśmy ze starej skrzyni bambusowej półkę na szklanki, kawę i cukier.

Do tej pory stały one na podłodze tego kontenera i nikogo to nie obchodziło, że nie możemy ich postawić gdzie indziej.

Przyniosłem też szczotkę, szufelkę i zmiotkę .

Po za tym nic więcej nie zmieniło się. Jedynie ilość godzin ochrony cudzej własności.

Teraz siedzimy po 12 godzin co dwa dni i potem mamy dwa dni wolne.

Tak zaproponował mi kolega i to mi odpowiada, bo mam choć trochę czasu na załatwianie różnych spraw w mieście.

Siedzę sobie w tym kontenerze i oglądam TV, choć w domu nie jestem w stanie skupić się nawet na minutę na obrazach płynących z tego plastikowego pudełka.

Marzę wciąż o lepszej, lepiej płatnej i ciekawszej pracy, ale na razie nie udaje mi się jej znaleźć.

Czekam więc na zakończenie dyżuru w tym kontenerze i potem z przyjemnością idę do tramwaju, aby wrócić do domu.

Nie mam już tego domu. Nie mam go takiego o jakim kiedyś myślałem i którego wciąż jeszcze szukam.

Nie jest to łatwe, bo brak mi kasy.

Mieszkam teraz obecnie z rodziną, ale jakby z jakimiś obcymi mi ludźmi.

Z kobietą, która kiedyś była moją żoną i z córką, której chcę bardzo pomóc, ale ona nie przyjmuje tej pomocy.

Żyje ona teraz we własnym świecie i na dodatek trapi ją dolegliwość, która utrudnia jej funkcjonowanie.

Syn na razie wyprowadził się z domu.

Nie wiem teraz jak to wszystko poukładać .

Niestety wszystko według mnie skupia się na braku pieniędzy.

Ten porąbany świat oparty jest tylko na pieniądzu i gdybym miał ich trochę więcej to moje kłopoty zmniejszyłyby się radykalnie i ułuda szczęścia i miłości wróciłaby do mnie.

Ale nie te pieniądze są najważniejsze.

Nie umiem ich zdobyć ani o nie zabiegać, więc skazany jestem na niebyt i na nicość, na likwidację, bo jestem nieudacznikiem i fajtłapą według współczesnych norm i nakazów.

Pozostaje mi teraz tylko studiowanie WINGMAKERS i to mi daje nadzieję na dalszą przyszłość.

Przyniosło mi dużo nadziei studiowanie ich obrazów, muzyki, esejów filozoficznych i poematów.

Stworzyli to ludzie z przyszłości, którzy siebie nazywają WINGMAKERS.

Jeśli przeczytaliście to opowiadanie i dotrwaliście do końca moich wynurzeń, to spróbujcie zajrzeć na stronę wingmakers.pl i studiujcie ją z cierpliwością i oddaniem, pochłaniając wiedzę naszych przodków z przyszłości.

To wydaje się być krypto reklamą, ale wierzcie mi to jest sedno, sens i esencja naszego

życia.

Jest to według mnie centrum naszego bytu i wreszcie też dla mnie nadzieja na lepsze i ciekawsze życie.

Znalazłem wreszcie sedno i sens swojego istnienia, bo nic innego już teraz dla mnie się nie liczy.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk26042009,G1009.
Patrol.
 

              Dwa dni temu był u mnie Patrol mojej firmy.
Rzadko do nas oni ostatnio zaglądają, bo firma nie ma pieniędzy na częste ich wyjazdy, ale nie wiadomo kiedy oni w końcu przyjadą, by sprawdzić czy czuwamy albo śpimy, czy też może jesteśmy pod wpływem alkoholu.
              Tej nocy gdy miałem dyżur przyjechał "Siwy", wredny, drobnej budowy typ i zaczął do mnie mówić tak:
- Stoję tu już od 30 minut i kolega nie zareagował i nie zauważył mnie...
- Ja mu na to, że 10 minut temu byłem na obchodzie i go nie widziałem.
Zostawiłem patrolowca na chwilę i podszedłem do kontenera, aby sprawdzić godzinę jego odwiedzin.
Była 23:02 więc powiedziałem mu, że dokładnie o 22:50 byłem na obchodzie i to było 12 minut temu.
Co kolega z Patrolu na to?
              Zmiękł i zaczął mówić pojednawczym tonem, że przy tej dalszej bramie nie stanął, bo stoją tam dwa samochody i pewnie by go nie było widać.
Poprosił grzecznie o zeszyt Raportów, w którym wpisują oni swoje wizyty i potem szybko odjechał z głupią miną.
Złapałem go na kłamstwie.
              Rzeczywiście słyszałem jak od strony płotu i drzwi mojego kontenera podjechał samochód.
Nie zareagowałem na to, bo po po przeciwnej stronie, gdzie jest firma prowadząca szrot samochodowy, o różnej porze dnia i nocy podjeżdżają samochody i jacyś ludzie wciąż wchodzą tam i wychodzą.
Ponieważ to jest inna firma i nie związana z nami więc nie interesuję się nimi.
Dlatego zignorowałem teraz samochód Patrolu, który podjechał z tej strony.
              Mój kontener jest postawiony od niedawna, więc jeszcze nie mamy wypracowanych

nawyków obsługi dyżurów.
Patrole też nie wiedzą jak i z której strony do nas podjechać i wszystko zależy od człowieka, który tę pracę Patrolowca wykonuje.
              Jest taki ktoś z Patrolu, który dał mi do zrozumienia, że mnie lubi, szanuje i ceni.
Przyjeżdża o różnych porach dnia i nocy, uśmiechnięty i bez złośliwości wpisuje się do zeszytu Raportów i odjeżdża zadowolony dalej, do swoich spraw.
              Kiedyś gdy siedzieliśmy w tej firmie, w jej korytarzu przed oszklonymi drzwiami (przez nie spoglądaliśmy na chroniony teren), to zdarzyło nam się, mnie i koledze z tzw. wzmocnienia, że w tych drzwiach u moich nóg pojawił się nagle około 2:00, w nocy dziwny kudłaty łeb i mało nie dostałem wtedy zawału serca.
Był to Patrolowiec, który zaglądał na kolanach i sprawdzał czy nie śpimy podczas nocnego

dyżuru.
              Drugi z nich, bo w tym czasie jeździli oni we dwóch, stał za boczną ścianą firmy i w ten sposób chciał nas złapać na niesubordynacji.
Gdy wyszliśmy na obchód to zobaczyliśmy go, jak usilnie starał się schować w ścianie obiektu.
Mieli oni kiedyś klucze od bramy tej firmy, ale teraz nie wiem dlaczego z nich nie korzystają.
              Uważam, że taka kontrola Patroli jest niezbędna i konieczna, ale sądzę, że powinni podejść do tych działań z ludzkim wyczuciem i zrozumieniem, że takie siedzenie człowieka na obiekcie nie jest w końcu takie zwyczajne i łatwe, a szczególnie nocne czuwanie, gdy organizm w naturalny sposób domaga się snu i odpoczynku.
              Dobrze by było, by taki Patrolowiec to docenił i zrozumiał i chyba nie chodzi o to by wzajemnie się licytować kto jest jaki i jak to robi, gdy i tak razem pełnimy odpowiedzialnie nocne dyżury.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk-L,12052009,G2013.

13 uderzeń zegara.

 

Mam w domu piękny i stary zegar skrzynkowy.

Ma on już pewnie ze 100 lat.

              Kiedyś poprosiłem Tatę, aby przywiózł mi go z Włocławka, z dawnego domu mojej Babci Helenki. Ona już wtedy dawno nie żyła.

Od dzieciństwa miałem już do tego zegara wielki sentyment.

              Fascynowała mnie jego tarcza ze wskazówkami i ruszające się miarowo wahadło.

Zachwycał mnie jego głęboki i dźwięczny głos gdy wybijał godziny i zawsze kojarzył mi się z moją ukochaną Babcią.

              Jest to zegar prosty w budowie i bez zdobień. Nie ma napisów ani dat.

Jedynym znakiem wskazującym na to, kto go wyprodukował jest krótki napis o treści:

 

                                                            „Paul Weihe, Stettin”

 

              W czasie transportu do Gdyni, pękła niestety końcówka sprężyny dzwoniącej i teraz jego dźwięk przy wybijaniu godzin i półgodzin zmienił się.

W dalszym ciągu jest on na chodzie i to dzięki gruntownemu jego remontowi, który udało mi się kiedyś zorganizować.

Chodzi on sobie i tyka miarowo, poruszając wahadłem i wybijając półgodziny i godziny, ale tylko 12 uderzeń.

Sprawił on wtedy mojej żonie i mnie ogromną radość.

              Obecnie wisi na honorowym miejscu i gdy jest to możliwe, widzę go nawet przez okno gdy przejeżdżam tramwajem obok domu.

Wniósł do naszego domu wiele spokoju i harmonii.

              Często wieczorem, tuż przed snem wpatruję się w niego, jak w zaczarowany zegar czasu i widzę jak kryje w sobie tajemnice teraźniejszości, przeszłości i przyszłości.

Odmierza on miarowo upływające minuty i godziny naszego życia.

Jest dla mnie ponadczasowy, niezwykły i pełen tajemnic.

              Gdy moja żona nosiła pod sercem nasze pierwsze dziecko, któregoś dnia, pewnie

to była niedziela, usiedliśmy razem obok siebie.

Po chwili zegar zaczął wybijać godzinę 12:00 w południe.

Bezwiednie oboje zaczęliśmy liczyć jego uderzenia i naliczyliśmy ich 13...

Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. O pomyłce nie mogło być mowy.

Potem zpomnieliśmy o tym, lecz w kilka tygodni później wprowadzono w Polsce stan wojenny, 13 grudnia 1981 roku.

Zaczął się czas ogromnych niepokojów i smutków.

Na dodatek 24 stycznia 1982 roku moja żona urodziła nagle, przed dalekim terminem porodu, wcześniaka, któremu daliśmy już wcześniej imię Maciuś.

Żył on niestety tylko jeden dzień i zmarł.

              Gdy odbierałem później żonę ze szpitala, to życzliwa pielęgniarka napomknęła mi, że tej nocy 24 stycznia urodziło się bardzo wiele wcześniaków i to chyba z powodu załamania się pogody.

Było wtedy dużo śniegu, mróz i pełnia Księżyca i nagle przyszło ocieplenie, odwilż i załamanie pogody...

              Po kilku godzinach od urodzenia się mojego Maciusia otrzymałem od brata z Częstochowy telegram o takiej treści:

 

                                          „24 stycznia 1982r. urodził się nam Maciuś...”

 

Dziwne to i smutne było dla mnie i mojej Marysi.

Pomagaliśmy sobie wtedy wzajemnie, wspierając się.

Udało mi się nawet wejść do niej na salę szpitalną. Nie wolno tam było wchodzić, ale miałem w domu biały fartuch podobny do lekarskiego, więc poszedłem tam.

Kurtkę, szalik i czapkę zostawiłem w jakiejś szpitalnej komórce na parterze i odwiedziłem Marysię, zaskakując ją zupełnie.

Potem powiedziała mi, że bardzo jej ta moja wizyta pomogła.

              Napotkana na korytarzu pani doktor z niezadowoleniem nakrzyczała na mnie, że nie wolno tu wchodzić i to szczególnie w takich zimowych buciorach.

Potem ktoś mi zamknął komórkę z moimi rzeczami i nie mogłem ich odzyskać.

Poprosiłem pielęgniarki o pomoc i udało mi się wrócić do domu.

Byłem szczęśliwy, że mogłem odwiedzić i ucałować Marysię i pomóc jej w tych trudnych dla niej chwilach.

              Te smutne dla nas zdarzenia zbiegły się w jakimś określonym czasie.

Żona po wprowadzeniu stanu wojennego bardzo niepokoiła się o dziecko i o siebie, ponieważ dopóki mogła, bardzo aktywnie uczestniczyła w działalności Solidarności.

Słyszałem w moim życiu już różne opowieści na temat dziwnych zjawisk i zdarzeń.

Te 13 uderzeń mojego zegara zdarzyło się nam tylko jeden raz w życiu.

Czasami z niepokojem liczę jego uderzenia w południe i o północy.

Nie ukrywam, że nie chciałbym, aby te 13 uderzeń powtórzyło się.

Podświadomie kojarzę je z tymi smutnymi dla nas zdarzeniami.

Może był to rodzaj znaku czy przekazu, ale czy mam go tak właśnie odczytywać?

Czy w ogóle mam prawo dociekać i tłumaczyć go sobie w jakikolwiek sposób?

Był on namacalny, dotykalny i zdarzył się.

              Gdybym sam liczył te uderzenia to nie uwierzyłbym samemu sobie, ale świadkiem była moja Marysia, która jest osobą rzeczową, precyzyjną i dokładną.

              Wciąż mam przed oczami jej zdziwienie i zaskoczenie na twarzy, po tym jak wspólnie wtedy policzyliśmy 13 uderzeń naszego zegara.

              Jest on cały czas wciąż z nami i na chodzie.

Dalej odmierza swoje minuty i godziny czasu teraźniejszego, gdy czas przeszły już

przeminął a przyszły czeka na swoje spełnienie.

Wciąż spoglądam na niego zafascynowany jego ponadczasowością, niezwykłością i

tajemniczością.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk,22052009,G2259.

Felieton wyborczy.

 

              Jest teraz miesiąc maj, pełen miłych nastrojów, przeżyć i piękna.

Kwitną teraz swoją bujnością drzewa, krzewy i rośliny, kwitnie natura i budzi się do nowego życia.

              Zieloność, śliczność i koloryt ziemi wybuchają swoją radością by stwarzać się w miłości oddania i powstawania do życia.

              Cała Ziemia w swojej naturze budzi się do życia tak jak co roku i od zarania dziejów.

              A tu razem z nimi wykwitają teraz na ulicach uśmiechnięte i radosne buźki i buziaczki.

              Pełne zadowolenia i zadufania twarzyczki polityków mamiących swą przekwitłą urodą pospolitych zjadaczy chleba.

  • Wybierz mnie a dam ci co zechcesz!!!

  • Wybierz mnie a spełnię Twoje najskrytsze marzenia!!!

  • Jestem Twoją złotą rybką i dam ci co zapragniesz!!!

  • Jestem piękny i piękna na tym plakacie i nie zobaczysz moich wad i ułomności, bo ich ci nie pokażę!!!

  • Prawda i uczciwość mnie nie interesuje, ale tych rzeczy nie zobaczysz, bo jestem taki piękny i piękna na tym kawałku papieru co wisi na ulicy wśród zieloności natury, że musisz mnie wybrać, bym miał i miała w końcu tę dużą kasę z twojego wyboru.

Więc do k....rwy nędzy wybierz mnie w końcu, bo mnie szlag trafi jeśli nie zgarnę tych euro co mi obiecali.

              Tym razem nie pójdę już na żadne wybory, bo tego już nie chcę.

Nie interesuje mnie to, bo czuję się oszukany i pozbawiony wszelkich uczuć i doznań w tej sprawie, właśnie przez nich, przez takich ludzi, którzy siebie nazywają politykami.

              Nie zrobili od dawna nic co miało by jakąś wartość i rzeczowość, wypowiedzieli już wiele słów i zdarzyło im się zrobić to czasami uprzejmie i ze zrozumieniem.

Nic nie wnieśli do naszego życia, tylko chaos, zamieszanie, głuptactwo i beznadzieję.

              Próbują wciąż nowych metod oddziaływania na społeczeństwo.

Badają wciąż i analizują rynek i zależności międzyludzkie, ale to wszystko po to by zgarniać kasę, by zarabiać nowe pieniądze, by tych pieniędzy było dla nich coraz więcej i więcej.

By uzależnić nas od siebie.

              Wiedzą o tym i zdają sobie doskonale z tego sprawę, że są tylko po to, aby być i trwać, by stać na świeczniku i być wciąż medialnymi.

              By ludzie ich hołubili, wielbili i najlepiej by robili z nich nowych bożków, by byli dla tych ludzi wielcy i niezniszczalni, by byli Guru swej wielkiej polityki, największymi, najważniejszymi i najbogatszymi...

              Na ulicach pojawiły się znowu nowe kwiaty i kwiatki.

Są dla mnie jakieś dziwne, smutne i martwe.

              Naklejono je na drewnianych dyktach, jasne i kolorowe buźki i buziaczki.

Są to kwiaty wyborcze, dla mnie nudne i ponure, wciąż te same polityczne stokrotki wielożyczeniowe, złote rybki, które pokazują łagodność i sympatię.

              To niestety krwiożercze piranie, które walczą o swój byt i przetrwanie w polityce i zniszczą każdego kto stanie im na drodze, kto się im sprzeciwi, kto im powie, że są wredni, nieuczciwi, obłudni i zakłamani, że są beznadziejni.

              Lecz oni wciąż robią to co lubią i czego pragną i to kosztem naszych ciężko zarobionych pieniędzy, naszego potu i łez.

              My to im dajemy, oddając nasze głosy, otumanieni ich wyborczymi, obłudnymi hasłami.

              Więc nie idę już w końcu na żadne wybory.

Nie daję im już pożywki ze swojego głosu.

              Dzięki temu stałem się wolnym człowiekiem nie uzależnionym od współczesnych mediów i publikatorów.

Jestem już sobą.

              Czuję się teraz prawdziwym człowiekiem, który wie co robi i wie czego chce.

Wiem już co jest dobre a co złe i wiem, że życie jest piękne.

Teraz w maju budzi się ono na nowo by kreować miłość, piękno i nadzieję.

              Powstaje ono z nicości by stwarzać nowe byty i radość istnienia.

A buźki i buziaczki z plakatów wciąż trwają tylko jako byty medialne i publiczne i mienią się naszymi przewodnikami w życiu, fałszując naszą rzeczywistość .

 

 

 

 

Zapis senchotronowy

Gk,01062009,G0649.

Post scriptum do „Felietonu wyborczego”.

 

              Gdzie jesteś teraz Polsko i co się z Tobą stało?

Czy jesteś już teraz niemieckim obszarem terytorialnym, czy strefą bez ducha i czci li już tylko fikcją państwa.

              Widzę już teraz, że zostaliśmy podbici militarnie i gospodarczo bez jednego wystrzału.

Czego nie zrobiły zakusy Niemiec z okresu Hitlera i Rosji Stalina, to zrobił to teraz ten dziwaczny twór gospodarczo polityczny, którego nazwy nie chcę wymieniać bo i tak nie jest on wart dla mnie nazwania.

Większe obszarem i silniejsze od nas państwa dokonały podboju mniejszego od nich tworu państwowego i mają za nic jego wielowiekowe tradycje, historię i epokowe wydarzenia.

Więc gdzie jesteś teraz Polsko?

Nie istniejesz już jako państwo i jako obszar zorganizowanego pod jednym sztandarem ugrupowania obywateli o jednym języku, jednej wierze i jednym duchu.

Jesteś już teraz tylko wykładnią Super Marketów, niedokończonych autostrad, igrzysk, przepływu pieniądza i sporów politycznych.

One zastępują teraz kościoły, dotychczasowe miejsca ubezwłasnowolnienia obywateli i inne miejsca zgromadzeń.

Gdzie jesteś teraz Polsko, Matko naszych nadziei, pełna wiary, czci, patriotyzmu i oddania?

Zagubiłaś się w drobiazgowości codzienności i politycznego chaosu, marazmu zysku, obłudy fałszu i kłamstwa.

Dokąd zmierzasz, gdy pełna nadziei budowałaś podwaliny pod swój byt gospodarczy i byłaś przykładem wartości i stabilizacji.

Teraz jesteś zgnieciona, zduszona i zagubiona w chaosie natręctw, przymusu i głupoty współczesnego świata.

Czy uda się Tobie wyjść z tego zagubienia i ocalić swój naród przed zagładą?

Ma on cały czas w sobie mądrość życiową i to może go ocalić, lecz czy wykorzysta on tę szansę, przekazaną przez pokolenia obrońców Ojczyzny i patriotów?

Nie wiem..., ciągle jeszcze nie wiem.

Na razie poddał się mój naród wpływom mediów, konsumpcji i reklamy.

Został zaatakowany przez fikcję rzeczywistości, którą wymyślili ludzie, którzy chowają się za zasłoną przyzwoitości i poprawności politycznej.

Za fikcją bycia wodzami i przewodnikami współczesności.

Tworzą wciąż byty nieprawdziwe, dziwaczne i nieludzkie, by wykorzystać narody do niewolniczego służenia im, do pracy ponad siły, by oni mieli tylko zysk i kasę.

Za nic mają cierpienia i biedę ludzi, bo mało to ich obchodzi.

Kasa, pieniądze i zysk to jest ich wykładnia.

Dokąd zmierzasz Polsko?

Czy odnajdziesz się w tych dziwnych czasach i wyjdziesz zwycięsko z chaosu i marazmu...?

Nie wiem, wciąż jeszcze tego nie wiem...

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                          Zabawy słowem.

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk26052008,G0335.

Wiadomość dla Wydawcy.


Dzięki Wiesiu.
Chciałem napisać do Ciebie krótką informację, ale tak się rozpisałem, że nagle zobaczyłem, iż jest to kolejne opowiadanie.
Już inaczej nie umiem myśleć i działać tylko w konwencji pisania.

Łapię się na tym, że chodząc po mieście piszę opowiadania i to często bardzo długie.
Mój problem polega teraz na tym, że jestem na razie tym mile zaskoczony i nie zapisuję ich, licząc na moją ulotną pamięć i że nie uleci z niej nic.
W rzeczywistości ulatują te myśli w nicość i nie powracają już.
Czeka mnie teraz zwiększenie gotowości do szybkich notowań lub, za czym nie bardzo przepadam, korzystanie z dyktafonu.
Tu widzę odniesienie do różnych osób młodszych i starszych, które wykrzykują swoje emocje na ulicy, w tramwaju czy pociągu, do trzymanej przy uchu ręki, nie zwracając uwagi na to, że to wygląda nienormalnie.
Najdziwniejszy jest dla mnie widok zdrowo wyglądającej osoby, która gada sama ze sobą.
Jest to dla mnie obraz schizofrenii społecznej,
Wtedy intensywnie, poszukuję na tej osobie różnych kabli, kabelków lub słuchawek, które są skrzętnie poukrywane wśród bujnie falujących włosów lub w zakamarkach ubraniowej materii i to już jest dla mnie kolejny obraz, ale już schizofrenii technicznej i wyobcowania.
Dlatego chodzenie z dyktafonem po świecie nie uśmiecha mi się.
Wolę kartkę, ołówek lub laptopa.
Potrzebuję ciszy, skupienia i kontaktu z przyrodą niż łapania w biegu swoich słów, myśli i emocji, które cisną się teraz do mnie na świat, już kiedy chcą.
Dzisiaj w poniedziałek 26.05. wyjeżdżam w okolice Krosna, do Miejsca Piastowego, do Klasztoru Michalitów.
Znam tam dobrego i przyjacielskiego zakonnika, ks. Stanisława - prowadzi tam dobrą ręką księgarnię o charakterze misyjnym.
Zaświadczam to z ręką na sercu, wszem i wobec, że tak jest.
Charakteru misyjnego tej Księgarni, pod wezwaniem Św. Rafała Archanioła, doświadczyłem dyskretnie przyglądając się jej działalności z bliska.
Dzięki dobroci i pokorze ks. Stanisława, jeszcze we mnie tlą się jakieś resztki wiary w w Boga i człowieka.
Nie mam więcej kasy niż na 3 - 5 dni a pozostanie tam na dłużej wymaga już innych zasad i relacji, które mnie nie obowiązują.
Najzwyczajniej w świecie nie jestem zakonnikiem.
Będę tam bardziej z ducha niż z ciała, bo tam inaczej nie można. Jak duch bezcielesny będę się tam przemykał w cieniu klasztornych korytarzy.
Klasztor założył Św. Ks. Bronisław Markiewicz (założył i wydawał gazetę "Powściągliwość i Praca" i stworzył też wiele innych dobrych dzieł).
W pobliżu jest też Klasztor Michalitek.
Teraz Klasztor pod wezwaniem Św. Michała Archanioła jest już Sanktuarium.
Liczę na chwilę skupienia w pociągu i w Klasztorze.
Jadę nocnym pociągiem do Krakowa w taniej kuszecie a potem jak zdążę, to o 7:36 do Rzeszowa osobowym.
Potrzebuję podróży i nowych doznań, bo po ostatnim wywaleniu z doczesności życia nie mogę się pozbierać a muszę już ciągle pisać, bo wydawca "pili" (to oczywiście jest żart sytuacyjny).
Żonie powiedziałem, że mam do wyboru albo zwariować od ostatnich kłopotów z pracą, albo wyjechać.
Oczywiście bardziej wartościowy jest dla mnie wyjazd niż gnicie na szpitalnym łóżku, z łaski łaskawie nam panującego przedramienia partii czyli NFZ.
Przez kilka dni nie będę dawał znaku życia, bo w Klasztorze nie będę miał dostępu do komputera (ten przywilej mają tam tylko bogaci uprzywilejowani, ale są też tam jeszcze prawdziwi matuzalemowie, godni uwagi i szacunku).
Mój ks. Stanisław jest nietypowym zakonnikiem.

Z racji swoich obowiązków księgarza może mieć dostęp do najnowszych zdobyczy technicznych wymaganych przy kierowaniu księgarnią, ale z własnego i nieprzymuszonego wyboru nie korzysta z nich.
Ma tylko telefon z antenką i to nie komórkowy, ale taki o małym zasięgu, aby móc rozszerzyć możliwość korzystania z telefonu stacjonarnego w księgarni i to mu wystarcza.
Często łapałem go, dzwoniąc z Gdańska, gdy, jak to barwnie opisywał "siedział na beczce" na podwórzu klasztornym i modlił się (była tam postawiona jakaś beczka i na niej często sadowił się) lub obchodził z telefonem z antenką, stacje Drogi Krzyżowej.
Zawsze jest pokorny i gotowy, aby służyć innym, czego sam doświadczyłem osobiście, nawet dzwoniąc do niego podczas nocnego stróżowania.
Mam często taką potrzebę, aby usłyszeć wśród codziennego zamętu i chaosu, jakiś

prawdziwie ludzki głos.

 

 


 

Zapis senchotronowy.

Gk–P11052008,G1049.
Przymorduch.


Tak, przyznaję się, zdarzyło mi się to tak po prostu.
Głucho uderzyłem, ręka zabolała, potem krew i cisza.
Zostawiłem to wszystko tak jak było i najzwyczajniej w świecie odszedłem w niepamięć.
- Przyznaję się, Wysoki Sądzie, że zrobiłem to z premedytacją i z chęci zemsty.
Czułem się boleśnie przez niego krzywdzony. Nie dał mi żadnych szans.
Usłyszałem go wcześniej, lecz nie rozumiałem o co chodzi
Jak ujrzałem go, wiedziałem czego chce, lecz było już za późno.
Broniłem się przed nim jak umiałem.
Cicho i spokojnie leżałem na podłodze.
W dali dźwięczało ciche bzyczenie.
Był już blisko mnie.
Poczułem jak usiadł na łokciu.
Nagle plasnąłem ręką odruchowo i wykwitła krwawa plama, promieniejąca złością uderzenia.
Zamordowałem go z premedytacją i odruchowo.
Mam to w sobie, ten szybki odruch celnego plaśnięcia otwartą dłonią.
Zamordowałem go, tę wredną brzęczącą bólem ukłucia komarnicę.
Była już pełna i ciężka od utoczonej gdzie indziej krwi.
Po prostu zdążyłem, udało mi się i uniknąłem przykrego i swędzącego ukłucia.
- Wysoki Sądzie.
- Przyznaję się do tego czynu i proszę o zrozumienie mnie i łagodny wymiar kary.
Usiadłem na leżysku i nieprzytomnym wzrokiem wodzę po ciemnym pokoju.
Znowu słyszę brzęczenie, opędzam się machinalnie rękami i odruchowo walę nimi na oślep.
Nie trafiam.
Trudno go trafić w locie, lecz biada jeśli przysiądzie nieopatrznie na chwilę.
Mokra czerwona plama znowu wykwita obok na ścianie.
- Wysoki Sądzie, przyznaję się do zarzucanego mi czynu. Zrobiłem to w obronie własnej i z premedytacją chciałem go zabić. Nigdy nie pytał mnie czy może mnie dotknąć.
Dawał mi znaki lecz bałem się go.

Tym razem byłem szybszy od niego.

 

Zapis senchotronowy.

G2008.

U F O

(Poniższy tekst powstał pod wpływem lektury Michela Desmarquet`a pt. "Misja").

 

              Chciałbym się z nimi zobaczyć i powiedzieć im, że mi tu źle na Ziemi, że ciężko mi wśród obcych mi ludzi, zabieganych materialistów, bałwochwalców i oportunistów.
              Jeszcze nie umiem odnaleźć swoich sióstr i braci, może nie wiem jak ich szukać.
Sekret życia jest dla mądrzejszych i szczęściarzy.
Nie nauczyłem się go jeszcze i buduję wciąż nowe tajemnice.
Cierpię jak każdy na Ziemi, lecz odbiera mi to ducha i zagłusza jego tworzenie,
przepełnia mnie to bólem a myśli stają się trudne i ociężałe.
Chciałbym się z nimi spotkać i powiedzieć im, że trudno mi żyć z myślą
o nieszczęściach i zagładzie świata, o jego drodze do śmierci.
Nie chcę tylko przeżyć, aby być.
Pragnę miłości, oddania i tworzenia nowego życia, chcę zrywać pęta zniewolenia.
Chciałbym im powiedzieć, że źle mi tu na Ziemi, bez ich zrozumienia, życzliwości i mądrości.
Tego od nich oczekuję.
Świat ciągle nimi straszy, kapłani też mnie straszą.
Kara, wina i grzech to ma być moje credo.
Nie chcę tego, nie pragnę i nie potrzebuję, za to chcę miłości i prawdy.
Szukam przyjaciół prawdziwych i rzetelnych.
Szukam Stwórcy.
Ta droga to moja prawda i życie.
Oddaję jej swoje siły i ducha i to jest moja droga poznania.
Chcę im powiedzieć, że ją znajdę, bo wiem, że w tajemnicy życia jest sekret pragnienia i poznania, że to wykładnia tworzenia.
Wtedy będę szczęśliwy.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk20052008,G0253.

Spotkanie.

 

              Leżałem na ukwieconej łące, trawy i zioła nachylały się ku mnie, wiatr muskał je leniwie i delikatnie trącał rozpychając się z lubością wśród pełnych kłosów.
Łąka pachniała miłością i kwiatami zapomnienia, drgała od nagrzanego powietrza i pulsowała pełnią życia.
Owady z radosnym brzęczeniem pływały w rozgrzanym powietrzu niczym statki po błękitnym morzu.
Różne robale i insekty łaziły wokoło mnie szukając samych siebie.
Stanęła nieopodal odkryta, w cieniu samotnej brzozy, której liście rzucały na nią migające cienie.
Zdziwiona spoglądała na mnie głębią swych oczu i po prostu była.

W naszą ciszę wdarł się daleki pomruk samolotu, owady brzęczały a ja patrzyłem na nią z niepokojem, na jej kształty pełne i wybujałe.
- Co za dziwaczne spotkanie?
Tu na łące pełnej kwiatów i miłości, czułem się tym bardzo zaskoczony.
- Skąd przyszła i dlaczego zburzyła mój spokój?
- Czy tego chciała?
Oboje pożądaliśmy jakichś znaków i gestów, dialog odbywał się bez słów.
Samolot odleciał, zostawiając za sobą smugę na niebie a ona stała i patrzyła na mnie zdziwiona moim bezruchem.
W dali rozległ się cichy grzmot i przepadł bez echa, łąka buczała rozgrzana słońcem,

kwitło życie i tętniło swoją bujnością.
Patrzyliśmy dalej na siebie, niezbyt zachwyceni swoją obecnością.
              Ona łaciata z pełnymi wymionami i żującym pyskiem, ja zdegustowany nie umiałem po prostu odejść z pachnącej życiem łąki.

 

 

 

Zapis senchotronowy.

Gk-L,24052009r,G.1920.

Ostatnia strona.

 

 

              To jest już ostatnia strona pierwszej mojej części „Opowiadań nocnego stróża. Misja do innych stanów świadomości”.

              Jeśli udało się Wam dotrwać do tego miejsca to jestem Wam wdzięczny i dziękuję za cierpliwość z całego serca.

              Znaczy to, że moja praca, moje odczucia i przemyślenia nie poszły na marne.

Że nie znikną w czeluściach Kosmosu i nie pójdą w niebyt.

              Dalej płyniemy w jego przestrzeniach pokonując czas i materię

Pracuję ciągle w tym samym miejscu i wykonuję te moje proste i nieskomplikowane czynności. Potem zmienia mnie kolega i tak wciąż z dnia na dzień, z godziny na godzinę spoglądam na wskaźniki i notuję ich odczyty.

              Czy coś zmieniło się w moim życiu?

Nie powiem, że nic.

Na pewno czuję się dojrzalszy i bardziej doświadczony.

Moja rodzina rozpada się, ale dalej jesteśmy jeszcze razem.

Różne epizody w moim życiu nie miały wpływu na jego tok.

Jeszcze pewnie wiele ich zdarzy mi się w ciągu mojego życia.

              Na razie mkniemy w niezmierzonej przestrzeni Kosmosu i przenikamy jego pustkę.

Żyjemy wciąż i trwamy, choć to nasze życie wydaje się nudne i nieskomplikowane.

Przeniosło ono jednak z naszej Ziemi wiele aspektów, przyzwyczajeń i nawyków.

Żyjemy tutaj normalnie i twórczo tak jak w domu, który pozostał gdzieś tam daleko.

              Nie zapisywałem na senchotronie przeżyć i wrażeń z samej wyprawy, bo nie taki był zamysł tej opowieści.

Zrobią to inni, bardziej zdolni ode mnie, którzy umieją przekazać wrażenia z takiej podróży.

Tęsknię tylko bardzo za moimi znajomymi i za Joanną.

Za przeżyciami i doświadczeniam pozostawionymi tam na Ziemii.

To uczucie przerosło mnie jednak zbyt mocno i nie spodziewałem się tego.

              Najzwyczajniej w świecie uciekam przed samym sobą i nie umiem się w tym moim

obecnym życiu na statku wciąż odnaleźć.

              Nie pozostawię gdzieś tam swoich problemów i kłopotów i nie ucieknę przed nimi.

              Dlatego zapisuję „Opowiadania nocnego stróża” na senchotronie, by przekazać innym moje rozterki, myśli i przeżycia.

Uważam, że trzeba kochać prawdziwie i z całego serca, by trwać w miłości.

              Jest ona kluczem do naszego poczucia szczęścia.

Trzeba być szczerym, serdecznym i oddanym, by odnaleźć się w życiu i pomagać innym w pokonywaniu samego siebie, swoich słabości, by wzrastać w poczuciu wartościowania swoich odczuć i ducha.

              Miłość powinna być według mnie łącznikiem między światem rzeczywistym i duchowym. Powinna tworzyć zręby człowieka pełnego ducha i energii.

Tego nauczyła mnie ta wyprawa.

              Nie uciekłem od samego siebie, lecz odnalazłem tu sens życia i jego wykładnię.

Dlatego z ogromną satysfakcją podejmuję dalszy wysiłek w moich działaniach by tworzyć te zapiski, by nasza wyprawa do krańców Wszechświata, spełniła się.

By szukać sensu naszego istnienia.

 

 

 

                                                                  *   *   *

                                                       

                                                       

 

                                                           Wszelkie prawa zastrzeżone.

                                                                                                                                                                                                                                       ©2008 Copyright by Andrzej Marek Nowak.

 

 

                                                 

 

 

                                              Koniec części pierwszej.


 

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                           Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/