Pogoda

Strona główna SMN

Andrzej Domała

24 marca 2008 roku
Andrzej umiera
 

Książka

"Kosmiczna układanka"

Wstęp
NEA i Neatańczycy
Układy gwiezdne
Komunikator
Jak się stałem "sławny"
Drugie porwanie
Wygląd Neatańczyków
Moja partnerka z NEA
Wpływ uprowadzeń...
Kari...
13 sierpnia 1998 roku
TV - zmowa milczenia
Zestaw artykułów
O autorach
Opis rysunków


  Przesłuchaj książkę...
  Wywiad na żywo
 

 

  Najlepsze strony w Polsce
Historia porwania Pana Andrzeja Domały na planetę NEA

SMN

Kosmiczna Układanka

Autor - Andrzej Domała

Wpływ uprowadzeń na moje życie

Uprowadzenia na pokład UFO sprowadziły jedynie na mój kark liczne kłopoty i trudności. Kłopoty te i trudności systematycznie się też pogarszają. W niniejszym podrozdziale wymienię więc najważniejsze z nich.

Pażar mojego domu. Człowiek w czerni wiele razy mi palcem groził gdy paplałem dziewczynom na tematy UFO, innych światow, itp. Ja go nie posłuchałem i ... spłonąłem. W nocy zaistnienia mojego pożaru spałem w innym budynku na tej samej posesji, u mej mamy. Mama wówczas bardzo źle się czuła i prosiła mnie żebym tamtej nocy spał u niej. Gdy waleniem w drzwi mej mamy obudzili nas policjanci - dom mój był już cały w ogniu. To właśnie przechodzący patrol Policji zauważył pożar mego budynku - i jak oni sami mówili - że ogień pojawił się ... nagle-wszędzie, i palił się bardzo jasnym płomieniem, oraz że nigdy nie widzieli takiego pożaru. Stwierdzili że był co najmniej "dziwny", bo nie dawał ciepła. Z początku ja sam nie zwróciłem na to uwagi - ale gdy nieco ochłonąłem - również zauważyłem że ten ogień nie parzy. Budynek był drewniany, od wewnątrz malowany farbą olejną. Pożar wybuchł bez żadnej przyczyny. Oto jego opis:

"Ogień pojawił się NAGLE-WSZĘDZIE: i w środku domu i na zewnątrz bez żadnych pobudek i przyczyn, tak jakby od środka i z zewnątrz polewany był benzyną. A nie był polewany. W ciągu 3-ch sekund wszystko płonęło i to od razu gwałtownie, a nie tak jak to ma miejsce w "normalnych" pożarach - że stopniowo, po kolei zaczyna się coraz bardziej palić. Tu paliło się wszystko nagle i od razu, zaś jadącą straż pożarną prześladował pech, bo dwa razy "złapali gumę" na odcinku od remizy do mnie = 350 metrów, a potem jakby "bali" się gasić, bo jak mówili jest to dziwny ogień który nie daje ...ciepła... Śledztwo w sprawie pożaru umorzono, gdyż nie ustalono przyczyn ani motywów. Oczywiście - mój budynek nie był ubezpieczony dlatego też nie otrzymałem z nikąd żadnego grosza, chociaż w tym pożarze utraciłem wszystko, dosłownie wszystko. Nikt się nie poparzył ale mi pozostały z mego dobytku tylko slipki ... na ciele..."

Człowiek w czerni. Przez cały czas prześladuje mnie "człowiek w czerni" który bez przerwy ogranicza moją swobodę, daje mi znać że czegoś mi nie wolno czynić, straszy... Od 13.X.1996 roku, do 15.I.1997 roku owego człowieka w czerni widziałem aż trzy razy w różnych sytuacjach. Raz stało się to w lesie gdy byłem tam sam. Raz w mieszkaniu gdy byłem z rodziną - wówczas widział go też i mój syn Łukasz o czym mogła się przekonać będąca w domu moja żona - która sama stwierdziła że nasz synek widzi kogoś, kogo ona sama nie widzi. A trzeci raz właśnie w intymnej dla mnie sytuacji. Nie będę jednak tego opisywał, bowiem musiałbym na to poświęcić całe godziny, podczas pisania pozbawiając żony potrzebnej jej pomocy w warunkach, gdy zdani jesteśmy wyłącznie na siebie, podczas gdy ona jest w zaawansowanej ciąży, nie może nic dźwigać, itp. Z konieczności więc niektóre moje wypowiedzi muszą być lakoniczne.

Niewyjaśnione zjawiska. Od czasów uprowadzenia, wokół mnie dzieje się wiele zjawisk jakich nie daje się racjonalnie wyjaśnić. Aby dać tutaj jakiś ich przykład, to jest nim epidemia "niewychodzenia" zdjęć jakie ktoś mi wykonuje.

Strach i terror. Prześladujący mnie nieustannie człowiek w czerni, najróżniejsze przypadki jakie mi się przytrafiają a co do których nie mam wątpliwości że mają one związek z mim uprowadzeniem do UFO, prześladujący mnie pech, oraz jakaś niewyjaśniona psychoza jaka często na mnie spływa, powodują że nieustannie żyję w strachu i pod stałym terrorem. Ci UFOnauci potrafili uczynić z mojego życia rodzaj koszmaru.

Żal i tęskonota. Od czasów obu uprowadzeń do UFO pozostało we mnie niezaspokojone uczucie żalu i tęsknoty. Prawie codziennie obserwuję niebo szukając jakiegokolwiek punktu - znaku, ale nadaremnie... W sercu i umyśle odczuwam jakiś głęboki smutek i żal za czymś bliskim jednak utraconym. Za rajem, za niewysłowionym szczęściem. Czuję że ta nostalgia i tęsknota zeżrą mnie od środka. Tym bardziej jest mi trudno żyć z tym brzemieniem, że nie mam się z kim podzielić w sensie wymiany słów. Jedynie z żoną niekiedy rozmawiamy o tych sprawach - ale zdarza się nam to rzadko ze względu na zbyt wiele obowiązków na nas ciążących, w dodatku nie mamy czasu na "rozrywki" przy dwojgu maleńkich dzieciach, w warunkach, gdzie zdani jesteśmy jedynie na siebie samych, bez żadnej pomocy z zewnątrz.

Walenie się wszystkiego na moją głowę. W ostatnich czasach, począwszy od momentu kiedy włączyłem się do pisania niniejszego traktatu, (książki), szczególnie zaś intensywnie kiedy przyszła do mnie jego wstępna wersja do naniesienia na nią końcowych poprawek i udoskonaleń, wszystko dosłownie zaczęło się walić na moją głowę. Przykładowo kiedy przygotowywałem moje końcowe poprawki, nasza sytuacja była wprost tragiczna. Mój syn Łukaszek był bardzo chory (serduszko, nerki, początki astmy oskrzelowej, bardzo ścisła dieta i inhalacje - wszystko bardzo drogie). Bankrutowaliśmy z powodu bardzo drogich lekarstw. Żona, wówczas będąca tuż przed porodem, często zabierana była do szpitala "na podtrzymanie" w celu zapobiegnięcia przed przedwczesnym porodem. Powikłania... Zero pomocy z zewnątrz. Wszystko było na mojej głowie, na moich rękach i nogach. Nie miałem czasu na nic - zupełnie na nic. Głodowaliśmy, zaś ja ciągle się nie wysypiałem. W dodatku zaczęły wówczas też bardzo mnie boleć miejsca po implantach, i łydka lewej nogi, i serce, i żołądek i głowa. Groziła nam eksmisja i odcięcie prądu. Za oknem ciągle lało. W Polsce ciągle gdzieś powodzie. Ceny ciągle rosły. Coraz bardziej źle się działo. W sumie w żaden sposób nie mogłem dokonać wszystkich poprawek i uzupełnień o jakie Profesor Pająk prosił. Po prostu fizycznie nie byłem w stanie - pomimo najlepszych chęci, za co bardzo przepraszam zarówno Profesora jak i Czytelnika.

Przeszkadzanie w ukazaniu się tego traktatu (książki). Kiedykolwiek mam coś uczynić w celu popchnięcia do przodu spraw tego traktatu(książki) i umożliwienia jego (jej) ukazania się, zawsze coś się dzieje, komplikuje, wydarza, co w efekcie końcowym stara się przeszkodzić w jego(jej) napisaniu i ukazaniu się. Wygląda to niemal tak jakby ktoś bardzo zaawansowany i wpływowy dosłownie się sprzysiągł aby relacje o moich przygodach pisane były przez żądnych sensacji dziennikarzy, jednak aby broń Boże nie poddawane zostały ścisłym naukowym analizom przez Profesora Pająka. A przecież moja partnerka z Nea zachęcała mnie: pisz, pisz... Przykładowo wstępną wersję miałem poprawioną i gotową już pod koniec maja 1998 roku. Wysłałem wówczas swoje poprawki i końcowe uwagi do Profesora Pająka listem poleconym datowanym 25 maja 1998 roku. List ten nadałem na domowy adres Profesora na Borneo (No. 28 Olive Gardens, Batu 7 (7th Mile), Jalan Penrissen, 93250 Kuching, Sarawak (Borneo), Malaysia). Jakież było moje zdziwienie kiedy 6 lipca 1998 roku mój list polecony wrócił z odnotacją "adresat nie znany - zwrot do nadawcy". Ponieważ Profesor kilkakrotnie ostrzegał mnie, że jego listonosz na Borneo jest manipulowany przez UFOnautów i pomimo skarg i apelowania do tamtejszych władz pocztowych listonosz ten systematycznie i zaciekle niszczy jego listy zwykłe oraz odsyła z powrotem listy polecone (opatrując je taką właśnie adnotacją), ten sam list z moimi końcowymi poprawkami nadałem ponownie - tyle że za drugim razem już na adres uczelniany Profesora Pająka. Tym razem dotarł na miejsce, jako że w swej drodze zdołał ominąć tego manipulowanego przez UFOnautów listonosza.

Gdyby próbować podsumować wpływ jakie owo uprowadzenie na pokład UFO wycisnęło na moim życiu, to na przekór pozorów dobra i niezwykłości, faktycznie to wpływ ten jest ogromnie niszczący. Praktycznie owi kosmiczni intruzi złamali mi życie i byłbym nieporównanie szczęśliwszy gdybym nigdy ich nie spotkał. Dotykające mnie nieszczęścia dzieją się też za całkowitą ich wiedzą, a zapewne i współudziałem, a także obserwowanie moich cierpień najwyraźniej wcale nie indukuje w nich chęci zakończenia tego masakrowania; wszakże podczas drugiego uprowadzenia oni sami mi wspominali, że wiedzą iż z ich powodu wiele w życiu wycierpię. Jeśli w taki sam nieodnotowywalny i trudny do zdefiniowania sposób niszczą oni życie reszty mieszkańców naszej planety, wówczas najwyższy już czas abyśmy starali się zrzucić ich z naszego karku!

Szok 1998 roku

W dniu zapowiadanego przez Neatańczyków trzydziestolecia, t.j. 13 sierpnia 1998 roku, przeżyłem rodzaj szoku. Szok ten był wielopoziomowy. Aby go dokładniej wyjaśnić, w trzech odrębnych podrozdziałach jakie teraz nastąpią wyjaśnię dokładnie co pod tym słowem rozumiem. W pierwszym z tych podrozdziałów wyjaśnię niektóre co istotniejsze wydarzenia z mojego życia lub z życia moich rodziców, które posiadały związek z UFO, a które niejako przygotowały mnie do tego co wydarzyło się dnia 13 sierpnia 1998 roku. Następnie opiszę przebieg spotkania z Neateńczykami jakie miało miejsce w owym dniu 13.VIII.1998 roku. W końcu zaś opiszę zdarzenia jakie nastąpiły już po owym spotkaniu z Neatańczykami, a jakie według mojej opinii ze spotkaniem tym posiadały ścisły związek.

Nietypowe wydarzenia mojego życia posiadające związek z UFO

Kiedy miałem około 6 lat, mieszkaliśmy w mieście Nasielsk. Pomimo tego iż miałem sześcioro swego rodzeństwa i że byłem najgorszym urwisem, mój ojciec upodobał sobie najbardziej właśnie mnie do różnego rodzaju wypraw za miasto. Wyprawy te odbywały się na męskim rowerze mego ojca. (Wtedy sytuacja materialna rodzin robotniczych była inna niż obecnie. Tak więc, gdy w rodzinie był rower - to była oznaka "zamożności , gdyż nie każdego stać było na rower.") Odkąd sięgam pamięcią wstecz, polegały one na zabieraniu mnie przez ojca na ramie roweru w odludne miejsca, gdzie nie spotykało się ludzi. Od najwcześniejszych mych lat dostawałem od niego lekcje samotności, sam na sam z naturą... W takich właśnie miejscach ojciec potrafił przeleżeć na wznak całe godziny, bez słowa w zupełnej ciszy i w całkowitym milczeniu. Z początku trudno było mi się było pogodzić z takim stanem rzeczy, tym bardziej że miałem urwisowską naturę, i nieraz starałem się przerwać głęboką zadumę ojca, co powodowało że albo mnie skarcił, albo ... przytulił. Z upływem czasu jednak nabrałem swoistego szacunku do jego zadumy, kiedy to stawał się jakby był gdzieś daleko myślami, jakby nieobecny.

Nie znam daty, ale pamiętam że było to bardzo upalne lato kiedy miałem sześć lat. Na ramie swego roweru zabrał mnie na grzyby do miejscowości Nuna, to jest około 6 kilometrów od Nasielska. Wtedy, już w lesie, gdy zbieraliśmy grzyby, tak jakby spod ziemi, przed nami nagle stanął dwumetrowej wysokości na czarno ubrany mężczyzna którego bardzo się przestraszyłem. Ponieważ mój ojciec miał 175 cm wzrostu, natomiast tamten mężczyzna w czerni był o przeszło głowę wyższy, mogę więc przypuszczać, że miał 2 metry wzrostu. Na nogach miał czarne buty z cholewami, jak do jazdy konnej, w które to buty były wciśnięte obcisłe gładkie czarne lśniące spodnie. Na spodnie opadał ciasno zwisający gruby sweter (wełniany?). Stąd też nie widziałem czy spodnie miały guziki, suwak, pasek. Sweter był półgolfem, ściśle przylegającym do szyi i całej sylwetki. Był czarny. Na ten sweter przypadał niezapięty, czarny, luźno zwisający płaszcz z grubej nieprzemakalnej, ciężkiej gumy, z zewnątrz i od środka nie mający żadnych kieszeni. Na głowie miał czapkę lekko nasunętą na oczy, bez daszka, z pomponem na czubku, typu "narciarka".

Czapka też była w kolorze czarnym, jednak nie była z wełny. Była z jakiegoś tworzywa - gładka. Możliwe że mężczyzna ten się pocił w upale, ale ja nie widziałem tego z kilkumetrowej odległości, tym bardziej że oprócz przestrzeni dzieliły nas zarośla. Oczy tego człowieka były najnormalniejszymi w świecie, bardzo ciemne, we właściwy sposób osadzone w bardzo śniadej cerze całej twarzy. Czarne krzaczaste brwi, rzęsy, bez zarostu. Czarne przycięte włosy. Uzębienie normalne. Ojciec mnie uspokoił, jednak nie na tyle abym miał odwagę wejść za nimi w zarośla. W zaroślach obaj przykucnięci zawzięcie o czymś dyskutowali, co wynikało z gwałtowności ich ruchów. Jednak z tej odległości nie docierały do mnie żadne słowa. Potem, chociaż wielokrotnie na ten temat zadawałem ojcu różne pytania, nigdy nie dowiedziałem się kto to był i o czym wówczas rozmawiali. Skończyli po około dziesięciu minutach. Gdy przestali dyskutować w pozycji w "kucki", wstali obaj i trwali w tej pozycji około 5-ciu sekund. Potem człowiek w czerni na moich oczach pomału (na przestrzeni około 5 sekund) zaczął znikać, powoli rozpływać się tak jakby był niematerialny, zamazywać się w przestrzeni widzialnej, aż zniknął całkowicie. Było to dla mnie całkowitym zaskoczeniem, natomiast ojciec faktem tym w ogóle nie zdziwił się. Ojciec od razu podszedł do mnie i coś mi powiedział. Nie pamiętam jednak co. Zaczęliśmy kontynuować grzybobranie. Wydarzenie to miało taki swój pozytywny rezultat, że od tamtej pory ojciec stał się jakby spokojniejszy, bardziej wesoły i przystępny, oraz bardziej rozmowny i skory do zabawy. Jednak nawet po wielu latach od tamtego wydarzenia, nie chciał nawet wracać do tego tematu, wykręcając się wymówką, że przyjdzie taki czas, że sam wszystko kiedyś pojmę i zrozumiem. Po tym wydarzeniu zacząłem zadawać sobie pytania, w swej dziecinnej analizie, dlaczego ten facet ubrany był na czarno, oraz dlaczego był tak bardzo grubo ubrany pomimo takiego upału jaki panował tego dnia. Na przekór sporego upływu lat, nigdy nie zapomniałem tego faceta, szczególnie jego ... dematerializacji...

Rok 1962, lato. Około 3 kilometry od Nasielska, na zachód, w miejscowości Kosewo była kiedyś cegielnia. W wyniku kopania gliny na cegłę, powstały tam stawy. My, dzieci, amatorzy kąpieli, nazwaliśmy te stawy po swojemu, czyli Mały, Średniak, Duży i Glinki. Prawie codziennie latem, gdy była ładna pogoda, wyprawialiśmy się tam kąpać, przeważnie grupowo. Już tam, na miejscu, wspólnym wysiłkiem zbudowaliśmy tratwę z drągów i beczek którą nazywaliśmy Twierdzą. Następnie bawiąc się, na przemian twierdzę tę zdobywaliśmy, uprzednio dzieląc się na zdobywających i broniących. Były to bardzo fajne i wspaniałe dziecinne zabawy. Nieraz od matki oberwało mi się za to, że nad wodą byłem od rana do nocy, i zapomniałem o podstawowych posiłkach, ale o karach natychmiast również zapominałem. Właśnie któregoś razu, jak zwykle pobiegliśmy na Kosewę. Jednak moi koledzy już na miejscu woleli iść w inne miejsce, a więc na Średniak. Akurat wydobywano z niego glinę koparką czerpakową, ładując ją do wagoników które wyciągarką były transportowane do góry, do cegielni. Była to prawdziwa frajda dla chłopaków, ale akurat dziś nie dla mnie. Dziś mnie tam jakoś wcale nie ciągnęło. Wolałem pozostać dziś sam na Glinkach i potrenować skoki na głowę (około 5 metrów głębokości). Za którymś razem gdy nurkowałem złapał mnie pod wodą "kurcz" za nogi i gardło.

Był to rodzaj najnormalniejszego na świecie kurczu jaki występuje u pływaków na skutek "szoku termicznego", którego to skurczu można się pozbyć poprzez gwałtowne ukłucie igłą lub agrafką. Próbowałem się ratować, ale zdawałem sobie z tego sprawę że się topię, że idę na dno. W pewnym momencie nawet to dno poczułem... Jednocześnie też poczułem, że czyjeś duże silne ręce łapią mnie z tyłu pod pachami, i ręce te (ten ktoś) zaczynają unosić mnie ku górze. Do samego końca nie wypuściłem powietrza z płuc, a pamiętam że wówczas pod wodą wytrzymywałem dwie i pół minuty. W chwilę potem byłem już na brzegu, na płyciźnie glinianej obok "zakotwiczonej" Twierdzy. Ręce te wyrzuciły mnie nad powierzchnię tak silnie, że nad wodę wyskoczyłem jak z katapulty. Po niedawnym sprawdzeniu w terenie okazało się że wydobywaliśmy się wówczas z wody wzdłuż trajektorii jaka prawdopodobnie pokrywała się z lokalnym przebiegiem linii sił ziemskiego pola magnetycznego - poruszaliśmy się bowiem pod ostrym kątem z kierunku od południa magnetycznego ku północy magnetycznej. Pamiętam też, że wydobywanie to było gwałtowne, możliwie najszybsze, jak gdyby z "napędem" magnetycznym. Człowiek bowiem bez napędu, który o swoich własnych siłach postanowiłby się nagle wynurzyć, nie byłby w stanie osiągnąć tak dużej szybkości wynurzania, no, chyba że w płetwach. Jak to obecnie pamiętam, wynoszące mnie ręce wypuściły mnie jeszcze pod wodą, jednak zanim to nastąpiło zdołały nadać mojemu ciału tak dużą szybkość że wypadłem na brzeg jakbym był wystrzelony z wody.

W swoim locie odbiłem się o Twierdzę i potłukłem do tego stopnia, że miałem kilka siniaków i ogromnego guza na głowie. W tej panice minął mnie "kurcz", a ogarnął strach, gdyż ze mną nikt z wody nie wynurzył się. Już na brzegu odczekałem około piętnastu minut na tego kogoś, ale nikt się nie wynurzył. Lustro wody pozostało też zupełnie gładkie. Wiedziałem przecież, że nikt tak długo pod wodą nie jest w stanie wytrzymać. Pomyślałem więc, że ten ktoś się utopił, i że to moja wina. Pobiegłem więc szybko po kolegów około 50 metrów na Średniak. Biegłem przez zupełnie otwartą przestrzeń. Po drodze bez przerwy oglądałem się. Po chwili już z całą gromadą byliśmy na Glinkach. Chłopaki natychmiast nurkowali, ale nadaremnie. Nikt na Glinkach nie utopił się. Nie było takiej możliwości, żeby nie znaleźć ewentualnego topielca na Glinkach. Był to przecież zbyt mały akwen - około 50 metrów obwodu, z przezroczystą wodą po jej ustaniu się... Nikt też z wody nie miał możliwości wydostania się nie będąc niezauważonym. Była to przecież zupełnie otwarta przestrzeń, a w dodatku cały czas w zasięgu dobrej widoczności. W domu za siniaki i potężnego guza dostałem od matki lanie, zaś ta przygoda wywarła na mnie takie piętno, że od tamtej pory na Glinki już nie chodziłem.

Mając czternaście lat, jesienią 1965 roku wracałem z lasu w Chrcynnie w którym zbierałem grzyby gąski. Wracając na skróty, na łące tuż przed samym Nasielskiem uderzyłem się nagle bardzo boleśnie w jakąś barierę, zupełnie dla oka niewidzialną. Znajdowała się w przestrzeni, której nie byłem w stanie przebyć. Uderzając w nią rozbiłem sobie nos i pociekła mi krew. Stanąłem jak głupi i nie bardzo wiedziałem co mam począć i jak się zachować. Przecież widziałem wokoło trawę, w pobliżu budynki Pana Stasiaka, a w oddali budynki samego przedmieścia Nasielska. Tuż przede mną jednak była jakaś niewidzialna, ale jednak namacalna, bariera, coś jak niby szkło, ale zupełnie niewidzialne dla wzroku. Spróbowałem kilka kroków na boki, ale wyciągnięta moja ręka wszędzie TO rejestrowała. Próbowałem się wycofać, ale po przejściu około pięciu metrów znowu walnąłem o coś głową i kolanem. Bariera ta mogła mieć kształt przestrzenny jak jakaś okrągła, pionowo ustawiona "rura", której czoło nie dochodziło do powierzchni ziemi, w której centrum ja tkwiłem - tak że jej wewnętrzny obwód otaczał mnie naokoło, i stąd pod przodem której czołem mogłem się przeczołgać (t.j. kształt podobny do wklęsłości rysowanych przez Profesora Pająka w środkach podstaw jego magnokraftów kiedy te przybliżą się do powierzchni ziemi). Położyłem się więc i postanowiłem czołgać powoli i ostrożnie.

Nie jestem w stanie przy tym opisać jak wysoko nad ziemią bariera ta się wznosiła, bowiem podczas owego czołgania jej nie dotykałem (chyba że w owym momencie już jej nie było). Właśnie dopiero to położenie się na ziemi poskutkowało. Przeczołgałem się pod TYM i w sposób bardzo ostrożny, z wyciągniętą do przodu ręką, jak lunatyk, powoli doszedłem do najbliżej stojącej posesji Pan Stasiaka. Obserwujący mnie od pewnego czasu na swojej łące Pan Stasiak spytał: kto dał ci w "nonio"? Gdy wróciłem do domu, przygodę tą opowiedziałem swej matce.

Po uważnym wysłuchaniu, matka opowiedziała mi następującą historię z okresu 1944 roku, jaka działa się w miejscowości Szczawin, t.j. 12 kilometrów na północ od Nasielska. Mama przebywała tam z dwojgiem dzieci - niemowlaków. Było to moje najstarsze rodzeństwo, a więc Jadwiga i Jurek. Ojciec dał nogę z wioski w obawie przed wywiezieniem go przez Niemców na kopanie okopów. Od strony Strzegocina i od Świercz zbliżali się "Ruskie". Ich katiusze waliły w linię frontu która w tym czasie przebiegała w okolicy Nowego Miasta koło Płońska. Tak więc Szczawin, Wólka Szczawińska, jak również i okoliczne wioski były przez Niemców ewakuowane. Sama ta ewakuacja polegała na tym, że Niemcy nakazali natychmiast opuszczać wioskę. Mieszkańcy ładowali więc na sanie to, co się dało, i w pośpiechu uciekali na północ w stronę pobliskich lasów. No, ale mej mamy nikt nie zabrał, bo na saniach nie było już miejsca. Tak więc mama nie była w stanie opuścić wioski w kopnym śniegu z dwojgiem maleństw na ręku. Pozostała więc samotnie we wiosce Szczawin, chroniąc się z dziećmi w stodole. Pociski rozrywały się wokoło, wszystko zaczynało się palić. Owa stodoła również. Dlatego też mama musiała opuścić z dziećmi stodołę. Widząc to Niemcy zawołali kierowcę samochodu-gazika, i nakazali mu aby wywiózł mamę poza wioskę w stronę lasu, dokąd prowadziły ślady sań. Jednak po przejechaniu około kilometra samochód stanął, zakopując się w śniegu, co bardzo Niemca rozzłościło. Kazał więc mamie zejść z samochodu, i iść pieszo w stronę lasu. Po przejściu kilku kroków matka usłyszała huki kilku strzałów. Gdy się obejrzała, stanęła twarzą w twarz z tym Niemcem, który w wyciągniętej ręce trzymał pistolet i z trzech-czterech kroków strzelał bez przerwy w matkę... Kule nie dolatywały do matki, lecz tuż przed nią odbijały się o jakąś niewidzialną barierę i opadały tak z sykiem w śnieg. Niemiec zmienił nawet magazynek i wciąż strzelał, ale skutek był taki sam. Wreszcie przestał strzelać, wypuścił powoli broń w śnieg, postał zaskoczony chwilę, po czym opadł na kolana, wyciągnął w stronę matki ręce i ... zapłakał ... Matka chciała go nawet pocieszyć i w tym celu zrobiła dwa kroki w jego kierunku, ale dalej nie mogła ... Napotkała w przestrzeni barierę zupełnie niewidoczną dla wzroku, coś jakby szkło, która ją od Niemca oddzielała.

Mama pamiętała jeszcze jedną podobną przygodę ze swych dziecinnych lat, ale nie chciała o tym opowiadać... Obecnie oboje moi rodzice już nie żyją. Jednak z ich wielokrotnych relacji wynikało, iż w swej przeszłości kilka razy stykali się z Nieznanym, zarówno matka, jak również i ojciec. Opowieści tylko tych które pamiętam starczyłoby na dosyć pokaźną książkę. Musiałbym opisać o ojcu i jego kilku naprawdę ciekawych przypadkach bezpośrednich spotkań z UFO, o kilku ciekawych "sprawach" przekazanych mu przez mojego dziadka. Natomiast o mamie musiałbym napisać:

- o czasie okupacji kiedy była młoda (urodzona w 1924 roku),
- o tym jak "cudownie" ocalała w czasie bombardowania Warszawy,
- o tym jak kradła Niemcom z cysterny naftę i co z tego wynikło,
- o tym jak w schronie nastąpiło cudowne spotkanie się dwóch braci po wielu latach niewidzenia się na moment przed śmiercią jednego z nich,
- o tym jak przed wojną przyjaźniła się z pasierbicą Piłsudskiego na Bielanach w Warszawie i jak obie razem zostały przestraszone przez OBCYCH w 1937 roku, czy też
- o ataku na nią dzikich psów na polu gdy na zupełnym bezdrożu niosła mnie na ręku. O owym ataku mama mówiła, że gdy byłem jeszcze w pieluchach niosła mnie na ręku idąc między młodymi żytami. W momencie gdy żyta się kończyły a zaczynały się krzaczaste nieużytki, z krzaków wyskoczyło kilkanaście rozwścieczonych psów i rzuciło się ze strasznym szczekaniem w naszą stronę. Mama biegiem cofnęła się do kamionki (to jest, zanim te psy wyskoczyły, mama przechodziła koło sterty kamieni znajdujących się na granicy ugorów). Złapała jeden z tych kamieni i rzuciła w pierwszego z tych psów trafiając go w nos. Pies zaczął przeraźliwie skowyczeć, kręcić się najpierw w kółko, a następnie uciekł w krzaki, a pozostałe psy poszły jego śladem.
Tak więc byłoby tego materiału na grubą książkę, jednak nie będę pisał o tym, a skoncentruję się nad tym, co mnie bezpośrednio dotyczy, jednak pominę te mniej ważne typu "widziałem", a skupię się nad samym przypadkiem z dnia 13 sierpnia 1998 roku.

Spotkanie w trzydziestą rocznicę (13 sierpnia 1998 roku)

Psychicznie już od kilku dni wcześniej przygotowywałem się do tego dnia, chociaż nie bardzo wiedziałem jak to będzie, na czym będzie to polegało, co się stanie, itp. Słowem, sam zachodziłem w głowę przewidując różny scenariusz, ale brałem również pod uwagę i ten, najczarniejszy, że mogłem nigdy nie powrócić. Dlatego też z jednej strony miałem pewne obawy, i trochę mnie to przerażało. W ogóle to wielu ludzi mnie indagowało na ten temat, ale starałem się unikać wyjaśnień. Z drugiej strony, oczywiście, nie robiłem z tego żadnej tajemnicy, ale starałem się nikogo nie wtajemniczać w szczegóły. Ale nie bardzo wiedziałem jak się zachować gdy moja sąsiadka, a jednocześnie matka mojego kolegi,(...zmarła na raka w 2004r ) przyszła do mnie już dzień wcześniej. Poprosiła mnie o pozwolenie na jej współuczestnictwo wraz ze mną w tym spotkaniu. Wcześniej już wiele razy sama opowiadała o kilku swoich obserwacjach UFO, ale zawsze z większych odległości. Tak więc teraz uznała, że ma szansę zobaczenia UFO z bezpośredniej bliskości. Zachowałem się więc trochę dyplomatycznie, wykręcając się że to, że owo. W końcu przekonałem Panią na tyle, że odstąpiła od swego zamiaru. Tak więc myślałem że mam ją z głowy, ale się myliłem... Ja jednak byłem tak bardzo podekscytowany, że jeszcze tego samego dnia, w przeddzień SPOTKANIA, pojechałem tam swoim samochodzikiem, polskim fiacikiem 126p, 650 cm. Wiedziałem, że na spotkanie to miałem się tam stawić, bowiem gdy ostatnio żegnałem się z "Karim" - on powiedział, że ponownie spotkamy się w tym samym miejscu dokładnie w 30-tą rocznicę naszego pierwszego kontaktu. Pojechałem więc do miejscowości Chrcynno pod Nasielskiem, chcąc upewnić się że od tej strony jest również dojazd. Wszakże przed trzydziestu laty do MIEJSCA szedłem od strony Nasielska, czyli od odwrotnej strony aniżeli w tym przypadku. W ogóle to chciałem też zobaczyć czy teren się nie zmienił przez te 30 lat, czy jest możliwy dojazd nocą, itp.

Z łatwością jednak znalazłem to miejsce i z zadowoleniem stwierdziłem że przez ten długi okres czasu nic właściwie się nie zmieniło. Prawie wszystko było tak jak dawniej, poza tym że w okolicy brakowało nieco drzew. Bez żadnych przygód i przeszkód pokręciłem się po dawnych ścieżkach, i również bez przygód powróciłem do domu, to jest do odległego o około 20 kilometrów Legionowa.

Owej nocy byłem tak bardzo podniecony, że wogóle nie mogłem zasnąć. Do wyjazdu zacząłem przygotowywać się już nocą trzynastego sierpnia. Żona próbowała mnie uspokajać, ale rozumiała sytuację, że mogłem przecież nie wrócić. Dlatego też już wcześniej pożegnaliśmy się. Rozstanie przyjmowaliśmy z wielkim trudem, gdyż rozważaliśmy i ten najczarniejszy scenariusz, gdzie mogłem zostać zabrany na zawsze. Braliśmy również pod uwagę i to, że od tego dnia nasza rodzina może się powiększyć. Już o godzinie 2:30, a więc jeszcze przed świtem, byłem gotów do wyjazdu. Gdy wychodziłem do samochodu o godzinie trzeciej, w mieszkaniu wszyscy spali już smacznym snem. Po kilku dalszych minutach wyruszyłem w wielką podróż w NIEZNANE. Bez żadnych przeszkód dojechałem do Chrcynna. Tam gdzie z nawierzchni asfaltowej należy zjechać w piaszczystą drogę leśną postanowiłem na chwilę się zatrzymać. Za zatrzymaniem się z jednej strony przemawiały względy fizjologiczne, z drugiej zaś strony względy ostrożności w myśl powiedzenia: zaczekaj i przemyśl to raz jeszcze czy słusznie czynisz.

Ponadto chciałem "posłuchać" lasu z dystansu. Nie wiadomo skąd, tuż za mną zatrzymał się nagle radiowóz policyjny którego wogóle nie było widać gdy podjeżdżał. Być może że stał on w zakątku przydrożnym, jako że istniała taka możliwość że kiedy stał skryty, ja przejeżdżając obok niego nie zdołałem go zauważyć. Był to "Polonez" Caro z dwuosobową załogą wcześniej mi nie znaną (chociaż z widzenia znam większość policjantów pracujących w tym rejonie). Pomyślałem więc że musiał jechać za mną bez zapalonych świateł, które dopiero włączył kiedy był już tuż za mną. Nigdy się z czymś takim wcześniej nie spotkałem. Dwaj policjanci wyskoczyli z radiowozu i pobieżnie sprawdzili mi dokumenty przy pomocy latarki. Byli wyposażeni "standardowo" i mówili polskim językiem. Z zachowania wywnioskowałem że są obaj bardzo podekscytowani, ponieceni, i jakby nieco zdenerwowani. Jeden z policjantów przyświecając sobie latarką sprawdzał moje dokumenty i o nic mnie nie pytał, ale zapytał o coś tego drugiego który również z latarką w ręku obświecał naokoło samochód z zewnątrz, natomiast do środka nawet przez chwilkę nie błysnął latarką. Nie usłyszałem odpowiedzi tego policjanta, ani pytania. Potem mnie spytali czy nie widziałem w tej okolicy czegoś niezwykłego, czegoś, co mogłoby mnie zadziwić lub przestraszyć. Aby więc szybko ich mieć z głowy, odpowiedziałem że niczego dziwnego nie zauważyłem. Zresztą odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Policjanci zapalili światła i odjechali w kierunku Nasielska, ale wolno i jakby z niechęcią. Jednak po około minucie albo znowu zgasili światła, albo zjechali gdzieś w bok - gdyż po światła ich radiowozu znikły.

Gdy radiowóz odjechał, ja wreszcie zdecydowałem się zjechać z asfaltu i jadąc powoli, z wolna zagłębiałem się w leśną ciszę. Miałem mieszane uczucia, ale przeważało takie, jakbym już na zawsze żegnał się ze znanymi mi przyziemskimi sprawami, troskami, problemami. Jakbym żegnał się z życiem... Z drugiej strony, te mieszane uczucia napełniały mnie lękiem, niepewnością, obawą o najbliższych. Chwilami też chciałem zawrócić, zatrzymać auto, uciec od nieznanego, w objęcia którego pchałem się jakby ciągniony jakąś niewytłumaczalną i nieuchwytną, a jednak dającą się wyczuć - siłą. Jechałem więc tak popychany wciąż naprzód drugim biegiem "malucha", pośród głębokiej leśnej ciszy nocnej, której mrok rozcinały reflektory. Bez przygód przejechałem połowę trasy do przejechania, to jest około pół kilometra. W pewnym momencie zobaczyłem w oddali jadący w moją stronę jakiś samochód. Usunąłem się więc ze środka i tak wąskiej, leśnej drogi. Zjechałem na zupełne pobocze, pod same drzewa, aby dać w ten sposób możliwość w miarę swobodnego przejazdu tamtemu pojazdowi. Ale ten, gdy ze mną się zrównał, zatrzymał się przy mnie. Już po chwili usłyszałem znajomy głos mojej sąsiadki. Jak się okazało, nie dała ona za wygraną, a namówiła swych znajomych aby w swym Polonezie przywieźli ją w miejsce jakie odpowiadało moim opowiadaniom. Właśnie stamtąd wracali.

Była wraz z młodym małżeństwem, które również chciało brać udział w PRZYGODZIE. Powiedzieli mi, że nikogo oprócz nas tu nie ma, oraz że nie widzieli niczego "zastanawiającego". Odpowiedziałem, że jeszcze nie ma tej godziny, czyli 4:22, chociaż nic nie wskazywało na to żeby za dwadzieścia minut miało się rozwidniać. Po kilku minutach naradzania się, postanowiliśmy że zawrócimy. Dojechaliśmy na miejsce gdzie 30 lat temu na "ścieżce" leżała moja torba szmaciana z kanapkami i grzybami. Ja nazywam to "ścieżką", jednak faktycznie jest to droga leśna bardzo rzadko przejezdna przez czterokołowe pojazdy, a głównie używana przez motocykle, rowery i pieszych, dlatego też jedynie w samym środku "wyłysiała" z trawy i piaszczysta. To na tej "ścieżce" po raz pierwszy w życiu widziałem czarne światło... Od tego punktu do krawędzi lasu jest około 50 metrów patrząc na wschód, natomiast patrząc w kierunku pola na którym stałem (30 lat temu) i liczyłem plamy na Słońcu, a więc w kierunku północnym, grubość lasu wynosi około 150 metrów. Okazało się, że noc trwa nadal. Nic nie wskazywało na to, aby za kilka minut miało być widno. Pomimo że był środek sierpnia, to jednak było dosyć chłodno. Przeczekaliśmy tak więc do godziny piątej rano. Po czym oni zaczęli powątpiewać. Wreszcie zrezygnowali, odjeżdżając powoli w stronę Legionowa. Patrzyłem za oddalającymi się światłami ich Poloneza, aż w końcu wchłonęła go całkowicie ciemność. Pozostałem sam. Było bardzo cicho, bardzo ponuro. Po kilkunastu minutach takiego oczekiwania poczułem się nieswojo. Również zrezygnowałem z czekania. Uruchomiłem "malucha" i pomału ruszyłem w ślad za nimi. Było wówczas koło godziny 5,20. Pomyślałem, że oni musieli zapewne już dojeżdżać do Dębego. Jechałem ostrożnie i naprawdę badzo powoli, uważnie rozglądając się dookoła. Jeszcze naiwnie liczyłem na to, że może przybędą. Różnie jednak myślałem sobie, biorąc wszystkie za i przeciw. Rozważałem, że może to obecność osób z Poloneza przeszkodziła nam w spotkaniu, no bo co też innego mogłem sobie w takiej sytuacji pomyśleć? Rozważając tak, dojechałem prawie do asfaltu. Zatrzymałem więc samochód. Zapaliłem papierosa. Przede mną po asfaltowej nawierzchni co parę minut przejeżdżał jakiś samochód. Jak zwykle zaczynał się dzień, a więc ruch na drodze. W dodatku zaczynało się powoli już rozwidniać. Jakiś wewnętrzny impuls, coś, czego nie potrafię określić ani nazwać - kazał mi zatrzymać się i nie wyjeżdżać na asfalt.

Po prostu MUSIAŁEM STANĄĆ, zaś po nerwowym wypaleniu pamierosa MUSIAŁEM ZAWRÓCIĆ. To co mnie tam ciągnęło było silniejsze od mych własnych myśli. Działałem jak automat, tak, jakbym był kierowany jakąś nieuchwytną siłą magnetyczną której nie dość że się nie opierałem, ale nawet jakby poddawałem z ufnością, tak jakbym sam tego właśnie chciał. Jestem chyba nienormalny, bo gdyby było inaczej, to nie wierzę by przeciętnemu i normalnemu człowiekowi mogło się coś takiego przydarzyć, i nie uwierzyłbym nikomu że istnieje jakieś nazewnictwo na istnienie takiej nieuchwytnej, nienamacalnej, a jednak wyczuwalnej, siły. Dziś, gdy z perspektywy minionego czasu spoglądam wstecz za siebie i widzę raz jeszcze tę sytuację, nie mogę oprzeć się wspaniałemu wrażeniu "magnetyzmu" który spowodował że zawróciłem, i nie potrafię dokładniej ocenić sposobu mojego zachowania się w tamtej chwili. Byłem rozgoryczony, pełen wewnętrznego zawodu. Tak bardzo chciałem ujrzeć w normalnych warunkach swego syna. Tak wiele pytań jemu zadać... Owa wewnętrzna niewytłumaczalna siła nakazała mi żebym jeszcze raz pojechał w to samo miejsce. Zawróciłem. Szybko, bardzo szybko przebyłem ten pierwszy kilometr, dając ostro w pedał gazu. Ale potem musiałem zwolnić, bowiem zaczynała się kręta droga pełna wystających korzeni. Pokonałem więc powoli ten około półkilometrowy odcinek, niekorzystny dla tak malutkiego, nieterenowego samochodzika. Używałem cały czas reflektorów. Nagle, niecałe 200 metrów przed celem, samochód niespodziewanie przestał pracować. Była godzina 5.50. Panował półmrok, ale na tyle, że istniała już widoczność na jakieś 20-30 metrów. Silnik sam zgasł, jakby zabrakło paliwa. Pomyślałem więc, że może klemy mojego akumulatora się poluźniły, lub chociaż jedna z nich. Otworzyłem więc maskę żeby zajrzeć do tych klem. Wysiadłem z samochodu, bo myślałem że na tych wybojach, jadąc z tak dużą szybkością, samochód poddany był dużym wibracjom, więc i mogły się klemy poluzować. Ale gdy tylko podszedłem do maski, poczułem na swym ramieniu, że ktoś położył mi rękę. W odruchu chwili chciałem tego kogoś rąbnąć na odlew, ale nakazałem sobie maksymalny spokój. Zreflektowałem się bowiem, że ktokolwiek to jest, nie chce zrobić mi krzywdy. Zdawałem sobie świadomie z tego sprawę.

No bo przecież, gdyby chciał, to mógłby już wcześniej. Pod wpływem nagłego, niespodziewanego dotyku, w jednej chwili zrobiło mi się bardzo gorąco. Powoli odwróciłem się. Trzymając swą prawą rękę na moim lewym ramieniu, stał człowiek w skafandrze i w okrągłym przeźroczystym chełmie na głowie. Chociaż nie było jeszcze zupełnie widno, to jednak po chwili wpatrywania się w niego, sam - t.j. bez żadnego telepatycznego podpowiadania, rozpoznałem w nim mego dawnego przewodnika. Tak, to był mój stary znajomy, KARI. Staliśmy tak naprzeciw siebie około minuty, wpatrując się w siebie nawzajem. Jakiś skurcz trzymał mnie za gardło i nie pozwalał mi niczego z siebie wykrztusić. Ten "skurcz" był jednak inny aniżeli podczas topienia się, gdyż ten spowodowany był radością z powodu spotkania po długim niewidzeniu się z nim. Kari w drugim opuszczonym swym ręku trzymał "obręcz", którą powoli, jakby majestatycznie, nałożył mi na głowę niby koronę, i dopiero wtedy usłyszałem: witaj, chodź ze mną. Były to słowa, obrazy wibracyjne, drgania włożone bezpośrednio do mojego mózgu i niesłyszalne dla ucha. Odwrócił się i powoli poszedł przodem, nieco śmiesznym krokiem, jakby podskakując, jakby mu nie było śpieszno. Powodem tego śmiesznego kroczenia, moim zdaniem było ciśnienie atmosferyczne Ziemi. Ponieważ jest ono inne niż na Nea, dlatego on poruszał się po Ziemi nieco szybciej niż ziemski astronauta Armstrong na Księżycu. Dlatego też sposób jego poruszania się, aczkolwiek oczywisty, był dla mnie nieco śmieszny. Idąc za nim zastanawiałem się nad sposobami ich powitań: my Ziemianie mamy swoje "zasady", gdzie po długim niewidzeniu się ze sobą, w jakiś czuły sposób potrafimy okazać sobie radość ze spotkania. Natomiast ONI są niezbyt uczuciowi. Pomimo iż zdaję sobie z tego sprawę, że całe tysiąclecia wyprzedzają nas ewolucyjnie i technologicznie, z satysfakcją pomyślałem o tym, że oto my, Ziemianie, mamy nad nimi przewagę pod względem emocjonalnym. Wreszcie doszliśmy do tego miejsca sprzed 30-tu lat, tam gdzie spotkałem humanoidkę.

Kari nawet się nie zatrzymał, lecz poszedł dalej. Szliśmy przez las w stronę pobliskiego pola poza lasem. Wyszliśmy na to samo pole znane mi już z przeszłości, ale niczego nie było widać, pomimo że już było widno. Nie wiem która była wówczas godzina, bo o zegarku przestałem myśleć. Gdy przeszliśmy około 20-cia metrów, Kari nagle stanął. Doszedłem do niego, a on kazał mi wyciągnąć przed siebie rękę, co też uczyniłem. Ręka natrafiła na przeszkodę niewidzialną dla oka. Przeszkoda ta była zupełnie niewidzialna, tak jak otaczające powietrze. Pomacałem ręką w drugim miejscu, obok, przeszkoda była tam również. Była ona płaska, na pewno pionowa, oraz zimna, wilgotna, twarda i gładka. Zapytałem przewodnika co to jest i jak to możliwe. Jednak zamiast odpowiedzi, on tylko skinął mi gestem charakterystycznym, gdy chce się kogoś do czegoś zachęcić. On jakby zachęcał mnie do tego bym był jak najbardziej zdziwiony ICH "techniką". Moje zdziwienie jakby sprawiało mu radość i satysfakcję. Mi natomiast było głupio, że nie rozumiałem tego ICH wynalazku, czy jak go tam nazwać... Wszędzie jednak tuż przed sobą natrafiałem na chropowatą powierzchnię z zimną, jakby nieco wilgotną warstwą, jakiegoś niewidzialnego metalu lub innej substancji. Jednak nie było tego widać. Kari, gdy już widocznie uznał że czas zakończyć tę zabawę w ciuciubabkę, położył mi swą rękę na tej obręczy na mojej głowie. W tej samej chwili ta bariera przestała istnieć. Dałem "dwa kroki" do przodu. Oczywiście, że nie były to faktyczne "dwa kroki", a w rzeczywistości było ich więcej. Jednak o niewielkiej odległości zwykle mówi się "dwa kroki". W miarę jak się oddalałem od tej bariery, to tak jakby z lekkiej mgły zaczął wyłaniać się obraz ich statku aż do zupełnej "ostrości" obrazu. W końcu moim oczom ukazał się wyraźnie widoczny, ogromny statek kosmiczny w kształcie dysku - spodka, jakiego jeszcze nie widziałem. Wisiał około 50-ciu cm nad ziemią nieruchomo, majestatycznie, srebrzysty, przepiękny. Mógł mieć 40 metrów średnicy i od podstawy do wierzchołka około 20-tu metrów.

Zarówno w górnej jak i w dolnej jego kopulastej części miał rzędy iluminatorów, to jest niewielkich, trójkątnych okienek, około metrowej wysokości i metrowej szerokości na podstawie. Dla zorientowania czytelnika jak on wyglądał, na załączonym rysunku przedstawiam zarówno statek, jak i jego iluminatory. Rysunek ten nie jest jednak precyzyjnym widokiem jaki w owym momencie zobaczyłem (wszakże statek ten przez cały czas wisiał tylko około 50 cm od ziemi, zaś od spodu widziałem go dopiero kiedy odlatywał), a możliwie najwierniejszym oddaniem wizerunku statku i atmosfery owego spotkania, jednak bez wzięcia pod uwagę wymiarów, dokładnych proporcji, czy skali porównawczej wielkości statku w stosunku do rozmiarów dwóch postaci. Na dolnej powierzchni statku (t.j. pod jego podłogą), jak oceniam jakieś cztery metry od pionowej krawędzi kołnierza bocznego w kierunku osi centralnej tego ogromnego dysku, widocznych było jakby siedem okręgów, półkul, czy "jajowatych form" emanujących niepełnoróżowy kolor światła (t.j. taki niezupełnie różowy, w kierunku żółtego koloru). Pamiętam dokładnie, że było ich siedem. Rozmieszczone one były idealnie symetrycznie wzdłuż obwodu statku, naokoło jego osi centralnej. Gdy statek zawisał nieruchomo nad ziemią, owe półkule wyglądały jakby były wklęsłe, t.j. zakrzywiały się ku wnętrzu statku. Jednak potem, kiedy obserwowałem odlot wehikułu, wyglądały one jakby były wypukłe, t.j. wybrzuszały się ku zewnątrz. Ich średnicę oceniałbym na jakieś 3 do 3.5 metra. Nie wirowały wokół własnych osi. Ich kolor był tak "gęsty" że nie pozwalał dokładnie wejrzeć do nich, ani odnotować ich krawędzi. Istnienie tych krawędzi łatwiej było się domyślać niż je widzieć, chociaż widziało się je przez to "brudne" światło ale niezupełnie wyraźnie. Światło jakie emanowały było stałe, bez żadnych oznak migotania czy pulsowania. Natomiast później w momencie startu, kule te w miarę unoszenia się statku, powoli - tak jakby były amortyzowane, wynurzyły się na zewnątrz. Jednocześnie ich kolor zmienił się w zielonkawo-seledynowy, mocno nasycony - nagęstniony tym światłem.

Światło to również wówczas nie pulsowało, nie drgało, ale powodowało, że symetrycznie wokół statku, i nad nim oraz pod nim, wytworzyła się taka aureola przy samym środku czerwonawo-brunatna, tworząc ku zewnątrz gamę kolorów poprzez czerwień i pomarańcz, kolor żółty, aż do bieli. Grubość tej gamy kolorów wynosiła około 30 metrów. W centrum podłogi statku, w środkowej części okręgu wyznaczonego przez owe siedem kopulasto wystających jakby "jajek", odnotowałem wówczas jakby wklęsłą kopułę zestawioną z szeregu kołnierzowatych "obręczy". Były one osadzone jakby w stopniach o głębokości około 1 metra, wyglądając jak mały starożytny amfiteatr odwrócony do góry nogami. Im bliżej centrum statku, tym głębiej kołnierze te były osadzone. Nie umiem powiedzieć ile było tych kołnierzy czy stopni w amfiteatrze (może 4 do 6). W samym ich środku, czyli w centrum statku, widniała absolutnie czarna dziura o średnicy jakichś 3 do 4 metrów. Z dziury tej nie wydobywało się żadne światło.

Obejrzałem się za siebie, w stronę lasu, ale lasu wcale nie było widać. Dokądkolwiek okiem sięgałem, była tylko pustka. Powróciłem więc wzrokiem do statku. Cały czas tam był. Było to trochę i niesamowite, bo zdawałem sobie z tego sprawę, że przecież statek znajdował się w niewielkiej odległości od tego lasu, a nie było go przecież z lasu widać. Nic nie było widać i mogłem wtedy myśleć, że ONI tę barierę spowrotem za mną zamknęli i byliśmy jakby w potężnym bąblu - pod kopułą. Wiedziałem jednak że ONI dysponują większą od naszej techniką, dlatego też nie powinienem się niczemu dziwić cokolwiek by to nie było. Jednak, mimo wszystko, odniosłem takie wrażenie, że ONI lubią gdy się im schlebia, gdy się wszystkiemu dziwiłem, stawali się wtedy jakby dumni... Patrząc więc na tego kolosa którym tu przybyli, usłyszałem że to ich ostatni z wynalazków. Kari się nim chwalił, tak jak dziecko chce się chwalić jakimś dobrym z jego strony uczynkiem. Odczułem więc z niejaką dumą tę satysfakcję, że oto my Ziemianie, i pod tym względem mamy nad nimi przewagę, w tym sensie, że ONI są od nas bardziej naiwni, i że ich łatwo można podejść i nabić ewentualnie w butelkę... Odczuwałem to z niemałą satysfakcją ZIEMIANINA! Kari ciągnął swój monolog, że oto tym pojazdem ONI mogą teraz w czasie zerowym (według naszego pojęcia) podróżować w czasie i przestrzeni w dowolne miejsca.

Powiedział mi też, że ONI są tu już od trzech dni i że wczoraj już mnie tu widzieli. Nie wyjaśnił jednak dlaczego nie nawiązali ze mną kontaktu, ani co tak długo tam robili. Powiedział też żebym samochodem się nie martwił, bo i jest sprawny, i go nikt nie widzi. Na temat niewidzialnej "bariery" przez którą nie można przebyć dowiedziałem się tylko tyle, ile mogłem objąć swym rozumem. A więc, że my Ziemianie, już przeszło 50 lat temu byliśmy na drodze by również dojść do tego aby osiągnąć "niewidzialność", ale zrezygnowaliśmy, gdyż zniechęciło nas czyjeś błędne "wyliczenie". Ponadto że istnieje wiele różnych barw-kolorów których my, Ziemianie, jeszcze nie znamy. Również że nie znamy sposobu żeby stać się niewidzialnym, lub aby jakiś przedmiot uczynić niewidzialnym. Ale minie zaledwie kilkanaście lat na Ziemi, a i my, Ziemianie, będziemy umieli stawać się niewidzialnymi, gdyż opanujemy własny magnetyzm ziemski za sprawą którego będziemy mogli otoczyć się rozpiętym polem magnetycznym. Taką odpowiedź dał mi Kari gdy o to go pytałem. Dodał, że to naprawdę nic nadzwyczajnego i ponownie zjawisko to porównał z kolorami których nie znamy, a które istnieją. Powiedział mi też, że ONI już dziś muszą stąd odlecieć i że mnie nie mają zamiaru ze sobą zabierać, więc żebym się tym nie przejmował i nie martwił. Dowiedziałem się, że mają swoisty kłopot z INTRUZEM który IM obecnie bezpośrednio zagraża, a pochodzi z innej galaktyki. Nie dowiedziałem się o jakiego rodzaju intruza chodzi.

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                           Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/