Historia porwania Pana Andrzeja Domały na planetę NEA
SMN
Kosmiczna Układanka
Autor - Andrzej Domała
Moja partnerka z Nea
Wspominałem już, że po raz pierwszy w życiu odbyłem stosunek z ... przepiękną
przedstawicielką planety Nea... Otóż nie była ona "humanoidką", lecz z krwi i
kości jedną z rdzeniowych mieszkanek Nea. W odróżnieniu od ziemskich kobiet,
moja partnerka z Nea nie "przeżywała" tego tak, jak to jest u ziemskich kobiet w
sensie emocjonalnym. Ona robiła to jak gdyby "bezwiednie", bez emocji, i
odczułem to jako akt przymusu w stosunku do jej osoby, czyli - że ona miała taki
"rozkaz" od tego "pana" który przez cały czas jakby "nadzorował" wszystko... (
Poza tym stwierdziłem rażącą różnicę pomiędzy nimi a nami w sensie emocjonalnym,
i tu dam przykład. Gdy Ziemianinowi dzieje się krzywda lub go coś boli - to
zawsze znajdzie się ktoś, kto mu współczuje lub stara mu się w jakikolwiek
sposób pomóc. Natomiast u nich - czyjaś krzywda lub ból - jest innym obojętna, a
więc żyją bez emocji i na zasadzie: "radź sobie sam".) Neanki są owłosione w
intymnym miejscu tak jak nasze kobiety. Wszystkie też mają duże piersi. Twierdzę
to na takiej podstawie iż z bezpośredniej bliskości miałem możność o tym się
przekonać, w momencie - gdy inna rdzenna Neanka podawała mi ten bardzo
niesmaczny napój do wypicia. Natomiast wspominałem już, że oni nie mają
paznokci. Nie mają ich pomimo że ich dłonie nie różnią się niczym od naszych -
no, może tylko że mają nieco cieńsze i nieco dłuższe (o około 2 cm) palce.
Moją partnerkę spotkałem też na Ziemi. Było to 15 października 1995 roku, a więc
w około dwa lata przed moim drugim uprowadzeniem. Mieszkaliśmy wówczas w
Legionowie przy ul. Słowackiego 39/24. Około godziny 11-tej przed południem
postanowiłem wyjść ze swym rocznym synkiem Łukaszem z wózkiem na spacer.
Odeszliśmy od naszego miejsca zamieszkania około 150 metrów, gdy podeszła do nas
pani wieku trudnego do określenia (około 20 - 28 lat). Ubrania na niej były
fabrycznie nowe, ostatni krzyk mody.
Pachniała sklepem tak, jakby przed chwileczką kupiła sobie komplet ubrań. Od
niej samej bił też specyficzny zapach czegoś, co kojarzyłem ze swą przeszłością.
Jej twarz też mi coś mówiła, bo była mi już znana - ale nie wiedziałem jeszcze
skąd ją znam. Była przepiękna. Podchodząc - zapytała czystą-dźwięczną
polszczyzną: "... czy mogę popatrzeć na chłopca i dotknąć jego rączki?..." (!!!
- skąd wiedziała przy stojącej budce wózka że tam w środku jest "chłopiec"?) W
odpowiedzi przyzwalająco kiwnąłem głową, po czym ona pochyliła się nad wózkiem i
przez kilka sekund wpatrywała się w Łukasza bez słów, nieruchomo, ale mimo mego
przyzwolenia - nie dotknęła jego rączki... Wyprostowała się, popatrzyła mi
głęboko w oczy i wówczas dopiero - w środku swej głowy usłyszałem "przekaz":
"... wytrwaj - wszystko jeszcze wiele razy się zmieni - nie wyrażaj zgody na
żadne badania - pisz - pisz - czekaj..." Popatrzyła mi tak bardzo smutno w oczy
- jakby z żalem, smutno się uśmiechnęła i odeszła. Stałem jak zahipnotyzowany
przez minutę patrząc jak oddalała się w stronę sklepów w centrum Legionowa.
Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że to była przecież ONA!!!, ta z Nea. Że
minęło już 27 lat. Ruszyłem z wózkiem za nią. Widziałem jak z ulicy Słowackiego
skręca w lewo, w ulicę Jagiellońską, zauważyłem że zmierza w stronę centrum
miasta - więc przyspieszyłem na tyle, na ile pozwalały na to moje warunki -
biegnąc z wózkiem. Już na Jagiellońskiej z oddali, z około 100 m - dostrzegłem
że wchodzi do sklepu radiowo-telewizyjnego który to sklep prowadził mój bardzo
dobry znajomy kolega Adam. W minutę potem i ja byłem w tym sklepie, ale okazało
się że oprócz Adama - który akurat nudząc się z braku klienteli - rozwiązywał
właśnie krzyżówkę - nikogo oprócz niego w sklepie nie było . Jak Adam twierdził
- w sklepie nie było nikogo oprócz niego i nikt nie ...wchodził. Minutę temu nie
wchodziła do sklepu żadna pani...Zmartwiony - wyszedłem ze sklepu rozglądając
się wokoło, ale nigdzie JEJ nie widziałem... Następnie - jeszcze jakiś czas
pokręciłem się po centrum Legionowa w nadziei... ale nadaremno. Znikła tak jak
kamień w wodę.
Mój syn. W chwili gdy go oglądałem miał 27 lat, a wyglądał jak sześciolatek
ziemski, ale bez rzęs. (Widziałem go przez krótki moment czasu z odległości
około 3-5 m.) Ma niebieskie oczki i długie, na ramiona opadające włosy. Gdy go
widziałem, on mnie nie widział. Bawił się wówczas psem.
Sposób poruszania się. Neatańczycy na swej planecie poruszają się swobodnie jak
my na naszej planecie. Natomiast ja na samej Nea poruszałem się jakby w
"przyspieszonym tempie" które można przyrównać do szarpanego tańca Michaela
Jacksona na jego wideach muzycznych. Ale oddychałem zupełnie swobodnie jak na
Ziemi.
Sposób porozumiewania się. Wzajemnie pomiędzy sobą Neatańczycy porozumiewają się
dźwiękowo w sposób głosowy podobny do ludzi. Jednak ich głos jest bardziej od
naszego piskliwy i zmiennie tonowany, brzmiąc dla naszych uszu tak jakby
Chińczyk mówił 10 razy szybciej ale jednocześnie 10 raz ciszej i z 10 razy
wyższą intonacją. Oni mają bardzo dobrze rozwinięty "słuch" i domyślam się, że
mogliby słyszeć ultradźwięki. Dźwięki wydawane przez nich są odbierane przez
"adresatów" nawet z odległości 30 metrów. Potrafią też porozumiewać się z
wybranym adresatem na dużą odległość jakby drogą "radiową", no może nie
dosłownie "radiową", ale to jest pośrednio zbliżone do radiowej i do
telepatycznej, ale jednocześnie odbierane jest WYŁĄCZNIE przez konkretnego
adresata (ale tylko w przypadku dużej odległości). Adresat odbiera tą wiadomość
niezależnie od tego jak daleko od "nadawcy" się znajduje - czy jest to 1
kilometr, czy 100 000 000 kilometrów. Żadnych dodatkowych "urządzeń" oprócz
mózgu do porozumiewania się nie używają. Przy mnie nie używali pisma, ale wiem
że również i taki sposób zapisywania posiadają - używając znaków podobnych do
hieroglifów. Oczywiście nie potrafię dokładniej uściślić do których hieroglifów
(np. egipskich czy znaków pisma chińskiego) ponieważ nie bardzo są mi znane
różnice pomiędzy nimi. Dla mnie hieroglifami jest wszystko co widzę że jest
rysowane a nie pisane. Pomiędzy nimi a mną, Neatańczycy dokonywali bezpośredni
przekaz do środka mojej głowy i to natychmiast po moim pytaniu. Jeśli więc na
jakąś myśl nasunęło mi się pytanie, wówczas "natychmiast" miałem w głowie
odpowiedź wraz z wszelkimi szczegółowymi wyjaśnieniami. W głowie odpowiedź tą
odbierałem jako "żywe obrazy", t.j. ja to nie tylko słyszałem, ale ja to także
widziałem. Towarzyszyło przy tym temu owo szczególne "dzwonienie" w uszach, typu
jak w powiedzeniu "w którym uchu mi dzwoni?". Oni po prostu "słyszą" moje
myśli..., a w dodatku rozumieją też ludzki język i ludzkie sposoby
porozumiewania się.
Znajomość Profesora Pająka przez Neatańczyków. Neatańczycy wiedzą o działalności
Profesora Pająka. Wiedzą, że Profesor Pająk pochodzi z tego samego co ja kraju
(obszaru Ziemi). Wiedzą też, że pracuje on nad pewnym dużym urządzeniem, które u
nich (mam nadzieję że się nie obrazi na mnie za szczerość) jest już użytkowane
od bardzo dawna. Wiedzą, że odpowiednio ukierunkowana praca tego urządzenia -
jest w stanie przezwyciężyć nawet ... grawitację Ziemi, że praca tego urządzenia
może zastąpić pracę potężnej elektrowni atomowej, a także że może ono być
wykorzystywane w wielu innych celach... Domyślam się, że mieli na myśli "komorę
oscylacyjną". Wiedzą też, że Profesor Pająk pracuje nad pojazdem magnetycznym,
że jest jedynym na Ziemi w tej pracy, że robi dobrą robotę dla ludzkości, i
gorąco mu życzą aby tylko w tej robocie nie poprzestał. Dla Profesora Pająka
dobrym atutem jest rejon Ziemi w jakiej aktualnie się znajduje, bowiem obcuje
tam w sąsiedztwie pewnego urządzenia zatopionego w morzu przez nich, którego to
urządzenia pozytywne oddziaływanie wspomaga go w jego wysiłkach. Urządzenie to
opiszę dokładniej pod hasłem "Tabliczka". O Profesorze Pająku dowiedziałem się
od ich "Przewodnika" z "obręczą" (obręcz tą, czyli pewnego rodzaju urządzenie w
kształcie obręczy a wspomagające dosłowność przekazu naszych myśli, wkłada się
na głowę jak królowie czynili to kiedyś z koroną .
Tabliczka i jej rola. Neatańczycy zadali mi do wykonania na Ziemi dosyć
odpowiedzialne zlecenie dotyczące urządzenia jakie ja nazywam "tabliczką". Na
temat historii i roli tej "tabliczki" przekazali mi następujące dane. Dane te
powtarzam po nich na zasadzie "kto chce - niech wierzy, kto nie chce - nie
musi". W połowie lat 70-tych, w pewnym rejonie kuli ziemskiej grupa bardzo
bogatych ludzi z wielu różnych krajów świata spotkała się po raz pierwszy w tym
gronie - dysponując zapiskami brudnopisu pewnego naukowca. Z jego zapisków i
obliczeń wywnioskowali, że naukowiec ten od wielu lat pracował na Ziemi nad
pewnego rodzaju urządzeniem mającym służyć dla dobra ludzkości. Jednak po wielu
- wielu latach jego żmudnej pracy - on sam doszedł do czegoś, czego się
wystraszył. Postanowił nie ogłaszać tego i zniszczył ogromnym kontrolowanym
pożarem dorobek swego życia.
Ale nie wszystko uległo zniszczeniu. Było bowiem pewne grono ludzi
interesujących się jego wcześniejszymi pracami i osiągnięciami, dlatego od dawna
on sam był inwigilowany przez wywiady kilku krajów, tak więc gdy wybuchł pożar w
jego pracowni - pomoc była natychmiast. Jednak i tak 80% jego pracy życia poszło
z dymem. Pozostałe 20% ciągle zdołało zelektryzować Wielkich Tego Świata do tego
stopnia, że postanowili sfinansować "rekonstrukcję" spalonego laboratorium. Już
na początku 1987 roku ich wysiłki dały owoce w postaci wyprodukowaniej (narazie
w małej skali) wówczas broni masowej zagłady, polegającej na zabijaniu na
odległość poprzez pewnego rodzaju promieniowanie. (Nie ma to nic współnego z
bombą neutronową!) Ale ponieważ promieniowanie to było tak silne, że nie znano
dla niego żadnych barier - gdyż nie zmniejszało się nawet po przeniknięciu przez
Ziemię, bez przeszkód mogło więc przeniknąć we wszechświat i zagrozić innym.
Zaczęto więc pracować nad "antidotum" dla tego promieniowania. W 1988 roku
przeprowadzono na Ziemi pierwszy mikroskopijny eksperyment i szaleńcy ci
postanowili popracować na większą skalę. Ale nie zdążyli. "Tabliczka" o
niewielkich wymiarach 28 cm x 11.5 cm x 2.5 cm, ważąca 78 kg, a na niej wyryte
hieroglify - okazała się 1/5 składową "parasola" który miał potrójne zadanie i
działanie.
Pięć takich jednakowych tabliczek rozmieszczonych symetrycznie w pięciu różnych
punktach kuli ziemskiej okazało się bardzo skutecznym antidotum na działanie
tego zabójczego promieniowania. Każda ta tabliczka faktycznie jest urządzeniem
pracującym w określony sposób. Ich wspólne symetryczne rozmieszczenie tworzące
na Ziemi ogromne trójkąty i pewnego rodzaju magnetyczne antypromieniowanie
zapobiegło rozchodzeniu się złego promieniowania w przestrzeń kosmiczną. Poza
tym, to zabójcze promieniowanie zneutralizowano na Ziemi. Stąd urządzenie
produkujące to promieniowanie przestało wogóle działać i wszelkie ponowne próby
z tym promieniowaniem nie dały już efektów. Szczelnie okrywający "parasol"
powstały dzięki tym niewielkim "tabliczkom" zapobiegł kosmicznej katastrofie.
Wiele razy zadawałem Neatańczykom pytanie: dlaczego właśnie ja? Dlaczego
wybraliście właśnie mnie, podczas gdy "technicznie" byliście w stanie sami to
uczynić? Długo otrzymywałem odpowiedzi wymijające, bądź też nie odpowiadano mi
wogóle, wreszcie poinformowano mnie, że ta "moja" tabliczka od wielu-wielu lat
przekazana była w moim prarodzie i przekazywana z pokolenia na pokolenie
(podobnie jak pewna grecka rodzina i rodzina piekarzy w Wenezueli). To co nasi
naukowcy nazywali "implantem" w mej głowie - przestało nim być w momencie
umieszczenia przeze mnie tej tabliczki w okolicy Wiązownej - gdy na ICH sygnał
tam ją przetransportowałem. Stało się to nie tak dawno, bo dnia 7 grudnia 1997
roku.
Pod koniec kwietnia 1998 roku pojechałem tam aby sprawdzić czy tabliczka ciągle
tam się znajduje, i faktycznie jeszcze tam była. Nie pozwolono mi nic ponadto o
tym mówić - ale jednocześnie żybym tego faktu nie ukrywał. Gwoli ścisłości
dodam, że gdyby mi w tej chwili ktoś zaoferował ogromne pieniądze (fortunę), to
i nawet za takie pieniądze nie zgodziłbym się chociażby nawet tabliczki pokazać.
ONI SAMI wiedzieli zresztą o ziemskich poczynaniach od bardzo dawna i rozważali
zupełnie wiele innych wariantów - rozwiązań, ale właśnie wybrali ten wariant,
świadomie "psując" pięć swoich (jak się wyrazili unikatowych) urządzeń, które
właściwie były przeznaczone do innych celów, lecz do jakich - nie otrzymałem
odpowiedzi. Natomiast "nieoficjalnie" (ale wyraźnie zanaczam że to nie PEWNIK,
lecz moje domysły i pewne wnioski skojarzeniowe) uważam, że odpowiednio
zaprogramowane i ukierunkowane - urządzenia te miały służyć do zapobiegnięcia
zbytniego eksploatowania Ziemi przez inne cywilizacje, o których Neatańczycy
również od dawna wiedzą, i w tej kwestii około 1979 roku udostępnili "coś"
uczonemu z Cambridge, który rzekomo miał wiedzieć, w jaki sposób pozbyć się
"intruzów" którzy manipulują ludzkim rozumem wykorzystując swój znacznie
wyprzedzający nas rozwój intelektualny, a także swój rozwój technologiczny i
duchowy. Ale te materiały które miał do dyspozycji, w jakiś dziwny i
niewyjaśniony sposób znikły...
Inne doświadczenia i informacje zdobyte podczas drugiego uprowadzenia.
Wspominając swój pobyt na księżycu planety Nea, przez cały czas przed swymi
oczami mam niezapomniane wrażenie "wstającej" planety Nea. Widoku tego nie da
się porównać z niczym co nam Ziemianom jest już znanym. Po prostu brak słów
ażeby to wyrazić. Dosłownie zapierało to dech w piersi. Gdy na Ziemi w pełni
lata widzi się wstające Słońce już to jest dla uważnego obserwatora
najpiękniejszy widok. Natomiast gdy widzi się ogromną, jakby 20 Księżyców
złączonych do kupy, ciemno-granatową kulę z przejrzystą, jaśniejszą poświatą,
doznaje się uczucia swej własnej osobowej maleńkości. Na księżycu Nei pokazano
mi też pewne urządzenie (ja nazywałem to "okno cudów") wbudowane w ich ... grunt
i ukierunkowane w głąb (a nie tak jak na Ziemi - skierowane w niebo).
Urządzenie to pokazało mi niezliczone planety, małe i duże, blisko i daleko,
nieruchome - czyli nieobracające się wokół swej osi, oraz niektóre wirujące,
niekiedy całe ich gromady będące w ciągłym niby-bezwładnym ruchu, a jednak ich
ten ruch podlegał jakiemuś porządkowi, nie wszystkie w kształtach kuli, różnych
kolorach. Pokazano mi też Ziemię, która - nigdy bym nie podejrzewał, jest karłem
na tle Słońca. Doznałem wówczas uczucia prawdziwego strachu i lęku o los tych
wszystkich ludzi żyjących na Ziemi. Zdałem sobie nagle sprawę z tego - że my -
Ziemianie - pośród innych ciał niebieskich - jesteśmy jak maleńki robaczek na
parkiecie ogromnej dyskoteki, i tylko patrzeć jak któryś z butów nas zdepcze
nawet tego nie zauważając... Dopiero tam będąc zdałem sobie sprawę z naszej
maleńkości i bezbronności wobec ogromu potężnego Wszechświata...
Jednocześnie jednak poczułem, że ta niknąca w ogromnym wszechświecie Ziemia,
widziana w biłoniebieskiej, mgielnej poświacie, tak maleńka jak pyłek na tle
ogromnego oceanu, jest tak bardzo mi droga, kochana, tak bardzo mi bliska.
Obudziła się tęsknota za bliskimi, a jednocześnie chęć ucieczki z Ziemi na inną
- o wiele większą planetę, gdzie panują inne reguły, inne prawa i obyczaje,
gdzie ludzie nie są sobie wilkami, gdzie nie ma wojen, wrogości, zawziętości,
zawiści, fałszu, obłudy, wredności, podłości, pijaństwa, prostytucji,
narkomanii, gdzie pomimo iż wieki zagłuszyły poczucie współczucia, to jednak
wychodzą naprzeciw wszelkim potrzebom, gdzie nie ma wyzysku, a jest poczucie
współzależności, gdzie zwierzęta znane mi i te zupełnie nieznane tworzą idealne
zgranie harmonijne i z ludźmi i z tą przyrodą, z florą i fauną - gdzie panuje
prawdziwa zgoda. O tym ich idealnym życiu wiem i z ich przekazów, i z
zaobserwowanych obrazków, a także i bezpośrednio z moich własnych obserwacji.
Tak jest u nich w istocie. Oni nie używają żadnej broni gdyż nie jest im
potrzebna, ale gdyby ktoś stara się im zagrozić - dysponują urządzeniami
mogącymi wytworzyć skuteczną chociaż niewidoczną dla oka barierę nie do
przebycia - już w przestrzeni. Nie chcą ingerować w sprawy innych cywilizacji w
myśl powiedzenia "radź sobie sam", ale niemniej jednak starają się "pomóc" gdy
widzą że ich pobratymcy stanowią zagrożenie dla siebie samych, bowiem to my sami
Ziemianie stanowimy sami dla siebie zagrożenie, w dodatku też stanowimy
zagrożenie dla innych. Dano mi przykład, że ci z okolic Syriusza D dochodzili do
pewnego szczebla ich rozwoju technicznego i technologicznego na przestrzeni 7000
lat ziemskich, podczas gdy współczesna nasza cywilizacja doszła do podobnego
poziomu przez około 100 lat ziemskich. Mamy więc tu jako-taką skalę porównawczą
w sensie szybkości ziemskiego rozwoju. A ponieważ rozwój nasz - ziemski nie
poszedł we właściwym kierunku, UFOnauci więc już teraz obawiają się nas i
dlatego "niektórzy" z nich starają się ingerować w nasze ziemskie sprawy...
Życzliwość Neatańczyków w stosunku do Ziemian. Biorąc współudział w pisaniu
niniejszego traktatu nie uszło mojej uwadze twierdzenie Profesora Pająka że
Neatańczycy nastawieni są eksploatatorsko w stosunku do Ziemian i że przynależą
do konfederacji jaka aktualnie okupuje i eksploatuje naszą planetę. Tymczasem ja
mam całkowicie odmienną opinię na temat okupacji Ziemi i nastawienia
Neatańczyków. Wszakże wszystkich kosmitów nie można mierzyć jedną miarką. Twardo
też obstaję przy tym, że Neatańczycy nie życzą nam źle i bardzo wiele im
zawdzięczamy. To oni zapobiegli wojnie termojądrowej na Ziemi za czasów
Breżniewa. Obecnie zaś pewnej grupie naukowców "podrzucili" pomysł jak
powstrzymać powiększanie się tej dziury ozonowej. Tragedie jakie nas dotykają
nie pozostają w najmniejszym związku z Neatańczykami.
Oni nie są ich winni, lecz w sposob pośredni inna cywilizacja, z okolic Oriona.
Ci z Nea są co prawda z nimi w pewien sposób spokrewnieni, niemniej jednak nie
mają z nimi ani wspólnego "języka", ani podobnych celów. Prawdą natomiast jest
to o czym Pan Profesor pisze, że jest coś takiego jak okupująca nas
konfederacja... Ale moi znajomi do niej nie przynależą, chociaż sami od
konfederacji wiele przecierpieli w swej przeszłości. Również Pan Profesor ma
rację i słuszność w tym, że cywilizacja Nea tylko w niewielkim procencie nas
wyprzedza w swoim rozwoju. Ale pomimo, że sami są tego świadomi, ciągle chcą, i
potrafią, nam pomóc w wielu naszych problemach, chociaż nie afiszują się z tym.