Pogoda

Strona główna SMN

Andrzej Domała

24 marca 2008 roku
Andrzej umiera
 

Książka

"Kosmiczna układanka"

Wstęp
NEA i Neatańczycy
Układy gwiezdne
Komunikator
Jak się stałem "sławny"
Drugie porwanie
Wygląd Neatańczyków
Moja partnerka z NEA
Wpływ uprowadzeń...
Kari...
13 sierpnia 1998 roku
TV - zmowa milczenia
Zestaw artykułów
O autorach
Opis rysunków


  Przesłuchaj książkę...
  Wywiad na żywo
 

 

  Najlepsze strony w Polsce
Historia porwania Pana Andrzeja Domały na planetę NEA

SMN

Kosmiczna Układanka

Autor - Andrzej Domała

Komunikator



Właśnie to dzięki temu przewodnikowi dowiedziałem się wielu rzeczy na temat Nea, oraz na temat ich układu planetarnego. On to właśnie uspokajał mnie że wrócę na Ziemię, przekazał mi historię o "tabliczce" jaką opiszę nieco dalej, o podobnym co ja zadaniu z takimi samymi tabliczkami przekazanym do spełnienia pewnej rodzinie w Grecji i w Wenezueli, itp.

Jednym z ciekawszych momentów było kiedy przewodnik zaprowadził mnie do pewnych budynków wyposażonych w urządzenia przy pomocy których zobaczyłem naszą Ziemię i nasze życie na niej. Pokazano mi tam wiele różnych wariantów symulujących rozwiązania dla naszej sytuacji i problemów. W jednym z tych wariantów było planowane, aby część ludzi z Ziemi zabrać i przenieść na inną planetę. Ale oznaczałoby to wojnę z okupującymi nas innymi cywilizacjami, z którymi my Ziemianie od dawna współpracujemy nie wiedząc o tym że owi obcy tylko czyhają na naszą zgubę. W wielu swoich wypowiedziach podkreślał, że jeszcze długo wszystkiego nie będę rozumiał, ale to się zmieni gdy nadejdzie pora. Nie mógł mi powiedzieć wszystkiego. Zabronił mi poddawać się na Ziemi badaniom lekarskim i naukowym. Powiedział, że na wszystko przyjdzie czas i że sam kiedyś wiele rzeczy pojmę i zrozumiem. Przygotowywał mnie w pewnym sensie do tego, że to z ich powodu będę miał na pieńku z ludźmi (i to się sprawdziło).

W innym pomieszczeniu pokazał mi coś w rodzaju filmu. Na dużym wklęsłym ekranie zobaczyłem ich florę, faunę, oraz ich zwierzęta. Wśród zwierząt była gigantycznych rozmiarów dżdżownica-stonoga, ale owłosiona z długą sierścią - jak nasze ziemskie dziki. Bezpośrednio swoimi oczami jednak jej nie widziałem. Podczas pobytu na Nea widziałem też inne ich zwierzęta - wiele z nich na własne oczy. Skoro ja tam poruszałem się w odmiennym niż Neatańczycy tempie, to zapewne ktoś mógłby zapytać czy również ich zwierzęta które tam widziałem poruszają się w sposób tak samo przyspieszony jak ja, czy też może normalnie jak rdzenni mieszkańcy. Otóż tamtejsze zwierzaki poruszają się normalnie jak i nasze na Ziemi. Najwięcej tam psów. Są one wszędzie, ale nie podchodzą tak jak nasze do ludzi, tylko zachowują się raczej obojętnie, tak jakby obecność człowieka ignorowały w swój sposób. Nikt ich nie zaczepia ani nie widziałem aby je ktoś dokarmiał. Natomiast mnie samego psy te w bardzo widoczny sposób omijały - jakbym był ... trędowaty. Z tego, nazwijmy to, "filmu", wynikało że i oni mają góry i morza, plaże i ogrody, śniegi i upały. W tym czasie gdy tam przebywałem temperatura wynosiła około 25°C i trudno było określić porę dnia, bowiem obydwa ich "Słońca" świeciły pod kątem około 60° w stosunku do płaszczyzny powierzchni Nea. Nie orientowałem się w położeniu, ale zapamiętałem, że na to ogromne Słońce mówili "Tsaale", a na to drugie, czerwone, "Do-Tsaale" (t.j. małe Słońce). Nie było mowy wówczas na ten temat, ale pojąłem to co widziałem dopiero za drugim razem, gdy byłem na ich Księżycu (dwa lata temu). Jedno Słońce od drugiego było odległe o bardzo długi dystans. Na jedno patrzyłem na wprost, natomiast na to ogromne patrzyłem w lewo do tyłu i do góry.

Gdy wyszedłem z tego budynku w środku którego pokazywano mi na wklęsłych ekranach jakby projekcję filmu z ich życia, mój przewodnik zdjął mi "obręcz" z głowy i gestem nakazał mi iść za nim w kierunku lądowiska. To też uczyniłem. Po drodze jednak weszliśmy do pomieszczenia "odnowy" na wypoczynek, gdzie zasnąłem. Pomieszczenia takie posiadają tam wszyscy. Ich wymiary wynoszą: długość - cztery metry, szerokość - cztery metry, wysokość - trzy metry. W podłodze jest czujnik. Gdy stanie się nieruchomo - czujnik włącza urządzenie produkujące strukturę rozładowującą stres, napięcie, rozluźniające mięśnie i pobudzające siły witalne. A wogóle, człowiek przebywający tam przez około 3 minuty wychodzi całkowicie wypoczęty i gotowy do działania, pełen energii i wigoru ... tak jakby po pobudzającym narkotyku. Powietrze staje się tym bardziej gęste, im dłużej się tam przebywa. Tej gęstości nie widzi się w sensie zmiany kolorów, ale odbiera się wrażeniowo w sensie odczuwalności nacisku na całe ciało - t.j. jako ciśnienie. No może powietrze to staje się nieco ciemniejsze, ale może też że to tylko złudzenie optyczne. Wewnątrz nie ma nic, absolutnie nic - żadnych urządzeń ani też żadnych przedmiotów.
Obudziłem się dopiero wewnątrz ich statku, który był w ruchu. Znajdowałem się w tym samym co poprzednio pomieszczeniu - "laboratorium", z tym, że w pobliżu tego wirującego walca czy kolumny.

Wówczas zobaczyłem ponownie tą panią spotkaną w lesie na ścieżce, która tymczasem stała koło mnie i przyglądała mi się. Ponownie zaczął się ten niemy dialog pomiędzy nami, z którego dowiedziałem się, że spotkamy się znowu za... trzydzieści ziemskich lat, ale przez te wszystkie lata ONI będą mieli ze mną kontakt i że będą mnie do czegoś przygotowywać. Żądała abym naprawdę zmienił całe swoje życie i żebym przyjmował je takim jakie ono jest w samej swej istocie, pomimo iż będę w życiu wiele cierpiał... Zapewniała mnie, że oni wiedzą co się dzieje na Ziemi, oraz co będzie się działo w przyszłości, ale ONI, ani INNI - nie będą ingerowali w nasze wewnętrzne sprawy dopóty, dopóki my - ZIEMIANIE nie stworzymy istotnego zagrożenia dla innych cywilizacji. Że ludzkość będzie błądzić i zmierzać ku własnej samozagładzie, ku własnemu zatraceniu - gdyż w swojej ewolucji rozwojowej poszła nie w tym kierunku, co mogła iść. Nadejdzie jednak czas opamiętania, ale Ziemia będzie już tak bardzo zniszczona i wyeksploatowana, że będzie już za późno aby ją ratować... Zagrozimy INNYM. Wtedy nadejdzie pomoc, ale i nawet w takim obliczu ślepy fanatyzm ludzki będzie chciał znaleźć swój upust, i Ci, co będą oferowali pomoc - nagle sami znajdą się w niebezpiecznym położeniu, gdyż bezgraniczna głupota pewnej grupy fanatyków będzie starała się przeszkodzić ich samarytańskiemu uczynkowi. Jednak nie stanie się po myśli tych nieodpowiedzialnych fanatyków, gdyż zdrowy rozsądek wreszcie zwycięży. Ta przepowiedziana pomoc ma nadejść w dniu 13. VIII. 1998 roku. (Niniejszy tekst pisany był w dniu 13-20.VIII.1995 roku.) W tym samym dniu - poznam siebie ... drugiego. Przestrzegała mnie też, że w swej przyszłości mogę w różnym czasie i w różnych miejscach spotykać postać mężczyzny w czerni - i żebym go się nie bał. Będę go widywał - chociaż inni ludzie nie będą widzieli. Będę wiedział sam, kiedy i z kim rozmawiać. To były ostatnie jej słowa jakie mi przekazała i jakie zapamiętałem w tym ich "laboratorium" we wnętrzu statku na którym się znajdowałem.

Potem ta pani wprowadziła mnie w to koło światła wchodzącego w ten "luk" - i zobaczyłem jak zaczyna otaczać mnie silne fioletowe światło otoczone w kolor pomarańczowy - przechodzący w biel. Wszystko zaczęło mi się zamazywać przed oczami, aż w pewnym momencie nie widziałem już zupełnie nic tylko światło... Nie straciłem poczucia rzeczywistości dopóty, dopóki słyszałem w uszach ten jednostajny szum-brzęczenie. Potem i to ucichło...

Moje przebudzenie nastąpiło w pozycji stojącej z twarzą na wschód. Byłem pośrodku pola zabronowanego około 50 m od lasu, do którego szedłem na grzyby - z twarzą zwróconą na wschód ku Słońcu ... ale Słońca już tam nie było. Było ono pionowo nade mną - którego przyjemne ciepło zacząłem odczuwać na swoim ciele. Spojrzałem na zegarek: była jeszcze godzina 4.22, a po chwili 4.23 rano!!! Prawdopodobnie na Ziemi upłynęło około 7 godzin. Mój zegarek chodził, cykał - był przecież niezawodny - a ja w tym momencie myślałem, że zwariowałem, gdyż nie miałem przy sobie mej torby - szmacianki, z którą przecież szedłem na grzyby. Wtedy zobaczyłem moje ślady: jedyne ślady mych butów odciśnięte na tym zabronowanym polu idące od niedaleko kończącej się polnej drogi - do tego miejsca, w którym stałem, i dalej, w stronę lasu. Widać tego dnia ja byłem jedynym grzybiarzem; co jest możliwe jako że ja szedłem na skróty znanym mi szlakiem, oraz jako że w tej części lasu do której się udawałem trudno było kogokolwiek spotkać z powodu zakazanego rejonu (wojsko, stacja R.S.W.P.).

Mimo to niekiedy tych śladów bywało kilkanaście - szczególnie po deszczu. Bywało, że istniała nawet przez kilka dni ścieżka którą potem właściciel pola od nowa zaorywał i zabronowywał - a grzybiarze i tak z czasem od nowa ją przedreptywali - gdyż w rejonie tym okresowo były najlepsze grzyby. Tego dnia innych śladów, oprócz moich - nie było. W jednej chwili sobie wszystko przypomniałem i uzmysłowiłem, że coś się ze mną stało. Zaczynałem się obawiać o siebie czy czasem nie zwariowałem. Pomyślałem chwilę i ruszyłem po swoich śladach w kierunku lasu. Wchodząc do niego od razu usłyszałem, że las "żyje" i że u mnie ze słuchem jest wszystko w porządku. Zacząłem odnajdywać ślady mojego wcześniejszego tam pobytu w postaci miejsc, w których znajdowałem poszczególne grzyby - i gdy wreszcie to sobie uzmysłowiłem, że przecież już tu dziś byłem - pospiesznie udałem się (na skróty) w kierunku tej ścieżki... Już z dala zobaczyłem na ścieżce swoją torbę oraz rozrzucone grzyby. Była i sól i kanapka - do której dobrały się już mrówki, oraz był pomidor. Nie odczuwałem by ktoś na mnie patrzył, ani ja też nie widziałem nikogo. Nagle wszystko zrozumiałem i przerażony tym, co się stało zrobiłem użytek ze swoich szybkich nóg, w efekcie czego w kilka minut przebyłem przestrzeń taką, na którą normalne przebycie potrzebowałbym minut kilkanaście...

Niczego ze sobą nie zabierałem, nawet nie zatrzymałem się gdy zobaczyłem że to wszystko jest na ścieżce. To był bez wątpienia najszybszy bieg w całym moim życiu. Nie wiem która była godzina kiedy wpadłem do domu, ale było koło południa. Naturalnie w domu nie uwierzono w to, że nie znalazłem grzybów i że mogłem gdzieś zgubić swoją ulubioną torbę z którą właściwie się nie rozstawałem od dawna. Wiadomo im wszakże było, że w całym Nasielsku, kto jak kto, ale ja - skoro poszedłem na grzyby to nigy bez grzybów nie wracałem. O mnie przecież mówiono, że ja wiem "gdzie diabeł młode ma" i to, że gdyby w całym lesie rósł tylko jeden grzyb, to już ja bym go na pewno znalazł!!! W tym dniu nikomu więc nic nie mówiłem o tym, co mnie spotkało, tym bardziej że i ja sam nie bardzo jeszcze rozumiałem to, co zaszło, i nie umiałem nazywać istoty rzeczy po imieniu. Przecież w tamtych latach żadne ze środków masowego przekazu nie wspominały jeszcze o latających talerzach, a słowo UFO nawet jeszcze dla normalnych ludzi nie istniało? Dlatego też ja wtedy bardziej byłem skłonny wierzyć w to, co mi się przytrafiło, że to były "strachy" - aniżeli - że to byli przedstawiciele innej cywilizacji. Po prostu - nigdzie się wtedy jeszcze o tych sprawach ani nie mówiło, ani nie pisało. Dlatego też milczałem w obawie, by mi nie uwierzono, gdyż miałem podstawy przypuszczać, że mogę być wzięty za wariata.

Jednak następnego dnia postanowiłem opowiedzieć o tym wydarzeniu swemu koledze. Ale gdy zacząłem tylko o tym mu opowiadać - ten przerwał mi pytając czy są białe myszki i w ten sposób nie pozostawiając żadnych złudzeń co do wymowy mojego opowiadania - dał mi więc odczuć, że ma do czynienia z wariatem... W taki oto sposób straciłem swego najlepszego kolegę, z którym znałem się "od pieluch". Zamilkłem. W swoich snach często nawiedzały mnie różne koszmary - w efekcie czego były moje wizyty u lekarzy - psychiatrów, ale i to mi nie pomagało. W około rok po tym WYDARZENIU napisałem list do naczelnego redaktora "Trybuny Ludu" w którym opisywałem mu to, co mi się przytrafiło. W odpowiedzi dostałem dobrą radę, abym udał się do psychiatry - tak to można było skrótowo ująć. Zamilkłem więc na wiele lat, nie wspominając już o tym nikomu za wyjątkiem mojego Ojca oraz mojej Matki (Oboje moi Rodzice już nie żyją -2004r). Z Matką niekiedy o tym rozmawiałem - i Ona sama również opowiadała mi wiele ciekawych rzeczy, co Jej samej się przytrafiło jeszcze w czasie wojny (zimą 1944 roku) oraz w okresie gdy chodziła w ciąży mając mnie urodzić. Nie będę jednak tego opisywał, ani nie będę opisywał tego o czym z Ojcem swym często rozmawiałem. Dodam jedynie to, że od mego ojca dostałem "coś", "co" On z kolei miał od swojego. Od Ojca wiem, że On był szóstym "pokoleniem" w tej siedmiopokoleniowej sztafecie która kończyła się na mnie. To "coś" ma spełnić swe zadanie już za 3 lata. Na ten temat nic mi więcej wspominać nie wolno!!!

Nie chcę opisywać burzliwego mojego życia, niemniej jednak muszę chociaż skrótowo naszkicować niektóre fakty - które mają pewien związek z tym, co mi się przytrafiło. W ogóle - to całe moje życie - to nie kończące się pasmo nieszczęść i niepowodzeń. Przyglądając się tej ścieżce mego życia (od 16 maja 1951 roku) można by wysunąć taki wniosek, iż to wszystko przez co przeszedłem było jakby odgórnie zaprogramowane. Pomijając jednak te rzeczy - muszę wyznać, że w ogóle nie żałuję tych nieszczęść, które stały się moim udziałem, gdyż to właśnie one pozwoliły mi bardziej, w sposób samokrytyczny ocenić to życie w samej jego istocie oraz dogłębnie poznać filozofię człowieka na tle współczesności. W ogóle nie musiałem studiować, by wiedzieć to, co wiem, a czego nie wiedziałbym, gdybym nie dostał tak w kość od życia...

Swoją opowieść skończyłem na słowie "zamilkłem", ale nie oznacza to wcale, że nic już się nie działo. A działo się niemało. Po kilku latach -gdzieś w Polsce usłyszałem rozmowę dwóch panów którzy rozmawiali o Nasielsku. Z zasłyszanej pomiędzy nimi rozmowy "wyłapałem" że mówią o Chrcynnie koło Nasielska - gdzie jeden z nich służył kiedyś w wojsku. Postanowiłem wtrącić się do rozmowy. Gdy jeden z tych panów dowiedział się że jestem mieszkańcem Nasielska - bardzo ucieszył się z tego powodu , jednak poddał mnie "egzaminowi" na okoliczność , czy aby go nie okłamuję. Egzamin zdałem na piątkę. Zawiązała się bardzo ciekawa rozmowa pomiędzy mną a tym panem który rzeczywiście służył w wojsku w ...1968 roku , a więc w tym czasie gdy ja miałem tę przygodę w lesie. Miał dobrą "fuchę" w wojsku, w postaci pełnienia służby przy R.S.W.P. (radarowa stacja wstępnego poszukiwania). Zawiązałem więc rozmowę - ale nie wprowadzałem go w szczegóły, i od niego dowiedziałem się, że obsługujący R.S.W.P. niejednokrotnie na radarach widzieli coś, czego nie umieli zdefiniować ani zrozumieć. Wiedzieli tylko że "coś" tam lata, a sposób latania przeczy wszelkim prawom nam znanym. Sam Pan Henryk Michnowicz zapamiętał szczególnie jeden z tych dni, kiedy od samego świtu do godzin popołudniowych... trwał alarm w jednostce z powodu takiego, że w kilku miejscach jednocześnie (na niebie) trwał pokaz prawdziwej sztuki pilotażu nieznanych obiektów - których sama obecność poważnie zakłócała pracę wszystkich radarów. Pan Henryk mówił, że te akrobacje jakie te obiekty wyczyniały - nie mogły być czynione przez jakiekolwiek samoloty, gdyż, np. samolot lecąc z szybkością około 800 km/godź nie jest w stanie nagle stanąć w miejscu... Pamiętam, że pan Michnowicz wspominał nawet o tym, że ich przełożony, major Goryszewski (wówczas mający 14-letniego syna i 16-letnią córkę Alinę), swoim podwładnym zakazał komukolwiek o tym mówić... Pan Henryk dobrze pamiętał ten dzień i twierdził, że to był ich feralny wtorek (feralny = 13-ty). Sprawdziłem w kalendarzu stulecia: innego "feralnego" wtorku" w 1968 roku - nie było...

Natomiast ta R.S.W.P. usytuowana wówczas była w tym punkcie, który to punkt zaznaczyłem R.S.W.P. na załączonej mapce topograficznej tego terenu - który Czytelnik znajdzie w książce. Odległość R.S.W.P. do tego miejsca na ścieżce wynosiła około 300 m w linii prostej. Nie znam aktualnego adresu Pana Henryka Michnowicza, jednak wiem iż pracował on w Kopalni Górniczo-Hutniczej Miedzi w Lubiniu. Wspominałem już, że odbierałem często sygnały w postaci drgań cząsteczek powietrza, które z różnym natężeniem napływały mi do prawego ucha. Ich usłyszenie następowało bez żadnej reguły. Bywało, że słyszałem je kilka razy dziennie, ale też że i raz na trzy miesiące. Jednak nie wspominałem o tym, że to, co odbierałem - było niejednokrotnie przyczyną mej czasowej niedyspozycji, która niekiedy przejawiała się tym, że traciłem przytomność, jak zresztą miało to niedawno swe miejsce w sklepie, w wyniku czego ktoś ... ukradł mi moje zakupy. Innym znów razem - o mało by nie brakowało żebym upuścił swego maleńkiego synka, którego akurat na rękach nosiłem - gdy mnie TO złapało. Szczęście - że akurat w pobliżu była moja żona, do której zdążyłem krzyknąć: "łap Dorota Łukasza - szybko!!!" Oczywiście nie zawsze te sygnały są tak silne, że powodują wyżej opisany stan rzeczy, jednak najczęściej przejawiają się w silnym dzwonieniu w uchu, gdzie nie tracę przytomności, jednak i wówczas muszę się mieć na baczności. Zresztą do tych średnich już przywykłem i staram się nie zwracać na nie uwagi. Stały się one moją powszechnością. Gorzej natomiast jest gdy w nocy mam sen, w którym przychodzi człowiek w czerni. Wtedy, po takim śnie cały dzień mam przechlapany: ręce wykonują niekontrolowane ruchy; jestem jakby podekscytowany; zdenerwowany; i - jak to żona mówi - małomówny!!!

Pewnego razu będąc w pewnym miejscu - z prawego nadgarstka pociekło mi kilka kropli krwi i widząc to mój kolega wydał okrzyk że krew mi leci. Spojrzałem na swój prawy nadgarstek - rzeczywiście krew pociekła mi z prawego nadgarstka (kilka kropel). Temu, który to spostrzegł - odrzekłem, że to u mnie normalne. Jednak on nie dawał za wygraną i był tak bardzo dociekliwy, że w końcu musiałem mu powiedzieć to, że dzieje się tak od pewnego czasu, że ta nigdy nie gojąca się ranka systematycznie pęka mi co 33 dni. Myślałem, że moje wyznanie go usatysfakcjonuje i że da mi święty spokój - lecz myliłem się. Jego to jeszcze bardziej zaciekawiło i już mnie nie odpuścił, dopóty, dopóki mu nie opowiedziałem całej tej historii... Opowiadając mu - nie liczyłem na to, że mi uwierzy - dlatego też opowiadałem mu to w sensie pół żartem - pół serio, co on zresztą po pewnym czasie sam wyczuł, i powiedział mi: "wiem, że nie liczysz na to, że ci uwierzę i w związku z tym starasz robić sobie ze mnie jaja, jednak ja zapewniam cię że wyczuwam, iż to, z czego robisz jaja wydarzyło się naprawdę - czy nie tak???" - Cóż mogłem mu odpowiedzieć? Zacząłem już od początku - już bez jaj - i opowiedziałem mu 90% tego wszystkiego, chociaż w duchu modliłem się o to, aby mi nie uwierzył, bo miałem ku temu powody, np. "najpierw wysłuchają a potem wyśmieją", dlatego na samym końcu powiedziałem: "a potem się obudziłem"... Jednak i ta mała moja mistyfikacja mi nie pomogła. On mi uwierzył całkowicie... Byłem zakłopotany - gdyż zdawałem sobie sprawę z tego, że w końcu TO z siebie wyrzuciłem... i liczyłem na szyderstwa - a spotkałem zrozumienie. Na duszy poczułem się nieco lżejszy. On doradził mi, żebym to wszystko dokładnie opisał, i następnie wysłał do redakcji miesięcznika "Nieznany Świat", co też uczyniłem. Jednak noc, która wyprzedzała ten dzień w którym miałem to wysłać - nie należała do najprzyjemniejszych. Znowu przyszedł ten "pan w czerni" i najwyraźniej mi groził palcami. - Teraz w skrócie opiszę dzieje, co było dalej. List mój trafił do tej redakcji ("Nieznanego Świata").

Jednak w tym czasie redakcja ta była w trakcie przeprowadzki. Tak więc mój list przeleżał gdzieś za szafą około pół roku i niechcący potem trafił do rąk Pana Kazimierza Bzowskiego z Warszawy - znanego UFO - loga. Po moim wyjściu na wolność ten Pan osobiście ze mną się skontaktował (kontakt ten trwa do dziś). Podczas tego i niektórych innych spotkań z tym Panem ponownie słyszałem ów charakterystyczny dźwięk buczący w swym uchu, o jakim już wspominałem. Przez szereg dni wielokrotnie temu Panu musiałem aż do znudzenia po wiele razy opowiadać wszystko i wiele razy od nowa rysować te rzeczy związane z tą moją przygodą. Z wieloma różnymi ludźmi rozmawiałem na ten temat i robiono mi badania-testy. Trochę się bałem o bezpieczeństwo własne oraz mych najbliższych z tego powodu, gdyż odczuwałem ONI mogą zechcieć się zemścić za to, że to - co miało być tajemnicą, to już tym być przestało, gdyż zacząłem o tym oficjalnie mówić. Dlatego też spodziewałem się kary. Jednak zamiast kary doznałem czegoś, co muszę opisać.

Było to najbliższej nocy - po tym dniu w którym z Panem Bzowskim miałem mój pierwszy bezpośredni kontakt. Wyszedłem z domu w nocy, by być z sobą sam na sam - i dlatego poszedłem w Legionowie w takim kierunku, gdzie liczyłem na to, że nikogo nie spotkam. Gdy byłem w oddaleniu od domu około pół kilometra - coś dziwnego kazało mi patrzeć w niebo. Widziałem więc Księżyc jasno świecący i koło niego kilka niewielkich chmurek, widziałem świecące gwiazdy. Jednak w pionie nade mną jedna gwiazda była o wiele większa od pozostałych, jaśniej też świeciła, chociaż tym samym kolorem. Patrzyłem więc na tę gwiazdę zafascynowany jej wielkością i czystym jej światłem. Patrząc na nią myślałem o tym, co mi się kiedyś przytrafiło. Po kilku minutach tej obserwacji - zauważyłem, że ta gwiazda jakby delikatnie najpierw drgnęła, a już w chwilę potem - zabujała się w taki sposób, jak buja się czasami latarnia na silnym wietrze wiejącym na przemian z dwu stron. Byłem tym zafascynowany - gdyż już wiedziałem, że to nie jest gwiazda. To byli bez najmniejszych co do tego wątpliwości właśnie - ONI!!! Naprawdę: bardzo się ucieszyłem z tego powodu, lecz za chwilę ogarnął mnie paniczny lęk, gdyż ujrzałem jak z tej "gwiazdy" w moim kierunku wyskoczył słup białego, bardzo silnego (!!!) światła, które zaczęło się do mnie przybliżać z dużą prędkością - aż w końcu ujrzałem siebie samego jak się w tym stożku światła znajduję. Światło to było silniejsze od Słońca. Nie pamiętam czy usłyszałem wówczas swoje charakterystyczne dzwonienie w uchu kiedy ów stożek światła mnie dotknął.

Trwało to około kilku, może 15-tu sekund, po czym ten stożek powoli zaczął się ode mnie oddalać z powrotem do góry, aż całkiem zniknął w tej niby-gwieździe. Sama ona przez najbliższe kilka minut (!!!) nawet nie drgnęła. Cały czas świeciła normalnie - jak przedtem. Po kilku minutach ponownie zaczęła się kołysać na boki. Trwało to kilka sekund, poczym raz jeszcze błysnęła w moim kierunku tym bardzo silnym światłem. Ponownie nie pamiętam czy usłyszałem wówczas swoje charakterystyczne dzwonienie w uchu kiedy ów drugi stożek światła mnie dotknął. Potem gwiazda ruszyła bardzo powoli w kierunku Zalewu Zegrzyńskiego - przez cały czas kołysząc się na boki. Jeszcze przez kilka minut było ją widać coraz mniejszą, aż do momentu gdy zrobiła się taka maleńka - aż niewidoczna. Znikła. Natychmiast przybiegłem do domu i obudziłem żonę i pozapalałem w domu wszystkie światła. Bałem się by nic złego nie nastąpiło i już do samego rana nie spaliśmy. Ale nic się nie wydarzyło, w związku z czym podzieliłem się tym wydarzeniem z panem Bzowskim, który w sposób bardzo przekonywujący rozwiał moje niepotrzebne obawy... Pan Kazimierz jest rozsądnym człowiekiem o dużej wiedzy, dlatego też uspokoiłem się gdy powiedział mi, ż ONI właśnie w taki sposób dali mi odczuć, że są mi wdzięczni za to, że wreszcie zacząłem o tym oficjalnie mówić - i że nie powinienem na tym poprzestawać. Tak więc po raz pierwszy w swoim życiu widziałem na własne oczy to, co przez te wszystkie lata było moim ogromnym marzeniem. Niektórzy nazywają to UFO, ja natomiast nigdy nie użyję takiego określenia - gdyż potrafię nazywać pewne rzeczy po imieniu...

Od czasu owej pierwszej mojej ICH obserwacji - minęło już przeszło rok czasu, i w tym czasie miałem możność ponownych - wielokrotnych obserwacji, chociaż w nieco innej formie i postaci. Dziś już wiem, że nie potrzebuję się ICH obawiać - ponieważ ONI uważają mnie za "swojego" i że jestem IM potrzebny... Wiem również o niektórych wydarzeniach które mają nastąpić, ale to wcale nie oznacza że definitywnie one muszą nastąpić. Wiem również w jaki sposób można by zapobiec niektórym wydarzeniom - jednak dziś to jeszcze nie jest możliwe, co wcale nie musi oznaczać że i nie realne. Owszem - jest realne ale ... utopijne. Próbowałem o tym pisać i nawet wysłałem tej treści "pismo - posłanie" na adres miesięcznika "Nieznany Świat", ale nikt widocznie nie jest tym zainteresowany, gdyż nie raczono mi nawet odpisać na to "pismo". Chciałbym teraz wykorzystać łamy niniejszego traktatu (książki) dla przekazania ludziom owego "posłania", ale niestety obecnie jestem tak zapracowany i obarczony tak wieloma innymi obowiązkami, zaś w sytuacji w jakiej się znajduję wszystko tak bardzo przeszkadza w dokonaniu czegokolwiek co wiąże się z niniejszym tekstem że nie mogę sobie pozwolić aby teraz tym się zająć.
Nie powiem, moją skromną osobą zainteresowało się wielu ludzi, czego potwierdzeniem są wizyty w moim bardzo ubogim domu. Są nawet i takie osoby które pragną wywiadów ze mną, fotografują, chcą robić ze mną filmy - i tak tym wszystkim osobom trudno zrozumieć - że ja nie szukam ani sławy, ani rozgłosu. Pragnę pozostać w cieniu tych wydarzeń, niemniej jednak nie potrafię nikomu niczego odmawiać w obawie, by nie uczynić nikomu przykrości z tego powodu... - dlatego wciąż mam gości. Nikt nawet nie chce słuchać mnie, gdy poszczególnym osobom próbuję tłumaczyć to, co uważam za słuszne - i zauważyłem że dla osób mnie odwiedzających pościg za sensacją jest ważniejszy niż inne ważniejsze sprawy. Smutne to moje spostrzeżenie daje mi bardzo wiele do myślenia. Nie sposób zatrzymać życia w miejscu, aby móc go ustawić na właściwy jego tor... Dziś - ogólny pościg za pieniądzem jest na pierwszym planie 99-ciu procent wszystkich ludzi na naszej biednej planecie, która ginie - niszczona przez jej mieszkańców, których postępowanie woła o pomstę do nieba... Czy ludzkość wreszcie zdoła się otrząsnąć i opamiętać? Obawiam się, że nie zdąży...
 

 
 

Czytaj archiwum artykułów SMN 1... 2... 3...  

Czytelników na stronie:  

                                            Copyright © Wiesław Matuch - kontakt   Wrocław 2001 System Miłości Narodów
                                           Strona SMN posiada drugi adres: http://smn.klm.net.pl/