Historia porwania Pana Andrzeja Domały na planetę NEA
SMN
Kosmiczna Układanka
Autor - Andrzej Domała
Moje życie po spotkaniu w dniu 13 sierpnia 1998 roku
Po zakończeniu opisanego powyżej spotkania, długo nie mogłem przyjść do siebie.
Wreszcie dopiero dnia 9 marca 1999 roku zdobyłem się aby zacząć pisać list do
Profesora Pająka aby opisać mu zaszłe wydarzenia. Napisanie i wysłanie tego
listu zajęło mi jednak sporo czasu, tak że dotarł on do Profesora dopiero 25
czerwca 1999 roku. Profesor zaproponował, aby moje opisy spotkania z 1998 roku
włączyć jako odrębny podrozdział do niniejszego traktatu. W tym celu przesłał mi
propozycję układu treści tego dodatkowego podrozdziału, wraz z około 50
pytaniami uściślającymi jakie wyjaśniały najróżniejsze niejednoznaczności które
wkradły się do moich opisów. Niestety odpowiedzenie na owe pytania stało się
ogromnie trudne z powodu najróżniejszych, niekiedy bardzo niezwykłych, przeszkód
jakie zaczęły wówczas piętrzyć się na mojej drodze. Przeszkody te wyjaśnię w
dalszej części niniejszego podrozdziału. Stąd list jaki dostarczał Profesorowi
odpowiedzi na jego pytania, oraz jaki formułował obecną treść podrozdziału o
spotkaniu z 13 sierpnia 1998 roku, miałem gotowy dopiero 4 października 1999
roku. Sprawozdanie z tego spotkania niniejszy traktat uzyskał więc dopiero pod
koniec października 1999 roku, kiedy list ten dotarł do Nowej Zelandii, zaś Pan
Profesor włączył moje opisy w treść tego traktatu.
Przystąpię teraz do opisania niektórych z niezwykłych przeszkód jakie nagle
zaczęły się na mnie walić kiedy rozpocząłem pracę nad przygotowaniem treści
niniejszego podrozdziału. Moje listy do Profesora zmuszony byłem pisać etapami,
z doskoku, a więc wtedy kiedy pojawiła się jakakolwiek wolna chwila. Nagle
bowiem w moim życiu pojawiło się tyle palących potrzeb i obowiązków jakie
natychmiast musiałem wypełniać, że zacząłem żyć jakby w przyspieszonym tempie i
przeważnie tak, że nie wiem co mam zrobić najpierw a co odłożyć na potem. Wiele
zaś pośpiechu oznacza wiele chaosu. Przyczyn tego nawału niespodziewanych
obowiązków i zajęć było całe zatrzęsienie. Pierwsza z nich to że moją żonę nagle
dopadły dolegliwości. W rezultacie od czasu jak zacząłem pisać ten rozdział,
równocześnie większość domowych obowiązków spadła na mnie. Ja sam więc nie mam
na nic czasu i nie zawsze mogę zrobić wszystko do końca. Przykładowo dwa
tygodnie temu zacząłem malować jedno z naszych okien i nie mam czasu dokończyć.
Kolejną przyczyną był pech. Zawsze gdy cokolwiek zaplanujemy, nawet chociażby na
godzinę naprzód, zjawia się "pan" PECH, który odwraca do góry nogami naszą
normalność, oraz i tak smutną rzeczywistość. Trzeba by napisać całą książkę aby
opisać te wszystkie przypadki które dotyczą dosłownie wszystkiego, i to w każdym
czasie i w każdym miejscu. W ogóle nie możemy z żoną i dziećmi niczego planować,
i dlatego musimy życie nasze brać "z marszu". Domyślam się, że powinienem tutaj
dać jakiś przykład, więc podaję ostatni jaki przytrafił mi się przed
zakończeniem pisania tego podrozdziału. W dniu 3 października 1999 roku, córka
mojej siostry miała ślub cywilny o godzinie 13-tej. Na ślubie tym miałem być
"świadkiem". Chociaż mi to nie bardzo pasowało, zgodziłem się, bo przecież nie
można odmówić własnej siostrzenicy.
Wszakże ona kiedyś ze swoim chłopakiem była świadkiem na naszym ślubie.
Oczywiście, w związku z takim wydarzeniem musiałem się do niego odpowiednio
przygotować, a więc i również musiałem ponieść pewne koszty. Gdy mieliśmy
wszystko gotowe i już wychodziliśmy z mieszkania - zadzwonił dzwonek do drzwi.
"Proszę" krzyknąłem i weszło młode, znane mi małżeństwo z malutkim dzieckiem,
którzy przyjechali do nas niezapowiedzianie z bardzo, bardzo daleka chcąc nam
zrobić niespodziankę. Nie znali oprócz nas nikogo... Szlag trafił ślub, szlag
trafił mnie i młodych.
Siostrzenica z mężem wzięli świadka z ulicy, zaś na mnie się obrazili i to
definitywnie. W dodatku on jest mechanikiem często reperującym gratisowo mojego
Wartburga - to znaczy był. Teraz zapewne będę musiał znaleźć innego mechanika i
... słono płacić. Oto jeden z codziennych "obrazków" naszego "pana" PECHA.
Kolejną przyczyną moich kłopotów jest stres wywoływany przez tajemnicze
niemal-wypadki drogowe. Wstępny (widać ostrzegawczy) z nich zdarzył się dnia
26.VII.1999 roku, o godzinie 12:50. Następnie tylko w okresie od 29.VII.1999 do
3.VIII.1999 miałem siedem dalszych niemal-wypadków. Wszystkie siedem zaszło na
małym obszarze i co dziwniejsze ich wzajemne rozłożenie względem siebie wykazuje
dziwną regularność. Kiedy poodkładałem miejsca ich zaistnienia na planie
Legionowa, okazało się że miejsca w jakich mi się one przydarzyły, swoim
wzajemnym rozkładem odpowiadają poszczególnym gwiazdom z układu Wolarza - t.j.
gwiazdozbioru w którym właśnie znajduje się planeta Nea (patrz rysunek 8).
Całkowity zaś rozkład moich niemal-wypadków drogowych, dokładnie odwzorowywuje
swoim kształtem zwierciadlaną odwrotność gwiezdnego Układu Wolarza, wyglądając
jakby był odbiciem tego gwiazdozbioru od powierzchni Legionowa. Sprawia to
niemal wrażenie, że ktoś zaprogramował lub zamanipulował te niemal-wypadki aby
przekazać za ich pomocą jakąś silną wiadomość lub ostrzeżenie. Pierwszy z tych
siedmiu miał miejsce 29.VII.1999 roku, o godzinie 13:50. Jadący Polonez wymusił
na mnie pierwszeństwo przejazdu.
Gdybym o tysięczną sekundy spóźnił się z hamowaniem - rozwaliłbym Wartburgiem
nowiutkiego Poloneza. Drugi nastąpił 9.VII.1999 roku, o godzinie 17:30. Jadący
(znowu) nowiutki Polonez o włos nie wjechał w prowadzonego przeze mnie Wartburga
bo kierowcę Poloneza oślepiło słońce. Znowu z rykiem opon gwałtownie hamowałem.
Trzeci miał miejsce 30.VII. roku, o godzinie 8:15. Pijany rowerzysta przewrócił
się pod Wartburga i niemal bym go rozjechał, ale w ostatnim momencie ominąłem
go, jednocześnie sam uciekłem na trawnik przed czołowym zderzeniem z ...
Jelczem. Czwarty nastąpił 1.VIII.1999 roku, o godzinie 11:10. Oślepiło mnie
słońce które nagle wyszło zza chmur i omal wjechałbym na szczepione przed
sekundą dwa samochody (Audi i Skodę) które przed chwilą na siebie wpadły. Znowu
był pisk moich opon i zatrzymałem się tuż-tuż przed rozbitkami. Piąty
niemal-wypadek miał miejsce 2.VIII.1999 roku, o godzinie 17:35. Nagle z krzaków,
gdzie praktycznie jest szeroka ścieżka, ale tamtędy się nie jeździ, wyjechał mi
gwałtownie duży fiat 125p. Ryk hamowanych moich opon słychać było przynajmniej
kilometr. Szósty miał miejsce 3.VIII.1999 roku, o godzinie 12:50. Była to próba
wymuszenia na mnie pierwszeństwa przejazdu przez pijanego kierowcę. Jak zwykle -
ryk opon no i "jopy" się posypały pod adresem pijanego kierowcy. Siódmy
niemal-wypadek zdarzył się 3.VIII.1999 roku, o godzinie 12:55. Przejeżdżając
przez przejazd kolejowy zablokowały mi się hamulce, w ten sam sposób zmuszając
nadjeżdżający "Kaszub"-Gdynia-Ekspress do zahamowania tuż przede mną. Każdy z
tych niemal-wypadków posiadał potencjał aby zakończyć się tragicznie. Oczywiście
jako takie powodują, że wsiadając teraz do samochodu zaczynam rozmyślać co
jeszcze może się przydarzyć.
Podobnych niezwykłych wydarzeń i nieszczęść jest tak wiele, że wszystkich ich
opisać wprost nie sposób, bo zajęłyby one zbyt wiele miejsca. Przytoczę tutaj
jednak kilka najbardziej reprezentacyjnych przypadków. Przykładowo jednego dnia,
jaki zaplanowałem przeznaczyć na pisanie, moją żonę nagle, bez przyczyn, zaczęła
boleć głowa. Nie pomagały żadne leki - postanowiliśmy więc udać się do lekarza.
Umyliśmy więc i przebraliśmy dzieci i wzięliśmy dokumenty. Kiedy jednak przyszło
do książeczki zdrowia mojej żony, nagle "diabeł przykrył ją ogonem". Wyszedłem
więc z dziećmi na dół (mieszkamy na piętrze) do samochodu aby go rozgrzać, żona
zaś została w domu szukając książeczki. Uruchomiłem silnik i włączyłem dmuchawę,
oraz zabawiałem cierpliwie dzieci jak tylko mogłem, ale minęła godzina a żona
nie schodziła. Ponieważ nie mogłem pozostawić dzieci samych w samochodzie,
poszedłem więc z nimi na górę do domu, gdzie przez następną godzinę szukaliśmy
tej nieszczęsnej książeczki. Wreszcie znaleźliśmy ją - leżała na wierzchu.
Mieliśmy już wychodzić do samochodu którego nie wyłączyłem, a który widać było z
naszego okna, gdy nagle ujrzeliśmy z przerażeniem, że na odcinku miękkiego,
giętkiego połączenia hydraulicznego doprowadzającego wodę do mieszkania, woda
zaczyna tryskać cienkim strumieniem. Strumień ten z każdą sekundą się
powiększał, strzelając najpierw w sufit, a już po kilku sekundach -
promieniście. Po dalszych kilku sekundach - pękł. Woda pod ciśnieniem zalewała
sufit, ściany, podłogę, ubrania suszące się pod sufitem po praniu, pralkę
automatyczną, elektrykę. Aby odciąć dopływ wody musiałem najpierw przebrnąć
przez przeszkody, bo różnymi pierdołami miałem pozastawiane dojście do kurka -
akurat eksperymentowaliśmy w ustawieniu wyposażenia łazienki. Tak więc, zanim
zamknąłem ten nieszczęsny kurek, upłynęło około trzech minut, w czasie których
mieliśmy powódź w mieszkaniu. U nas nie ma progów, woda zalała więc nam całą
powierzchnię mieszkania jednocentymetrową warstwą. Dywany i wykładziny nasiąkły
wodą.
Woda przelała się też przez podłogę/sufit i zalała sąsiadów z dołu. Niech ktoś
spróbuje wyjąć dywan 6x4 m, który poprzystawiany jest meblami i nasiąknięty
wodą, a jeżeli już to się mu uda, to niech go zroluje i wyniesie na dwór do
trzepaka aby mógł tam schnąć przez kilka dni. Ja tego dokonałem, zaś żona w tym
czasie zbierała szmatami wodę i wyżymała do zlewu. Oczywiście, wszędobylskie
nasze kochane dzieciaczki pomagały jej tak wspaniale, że zwaliły telewizor który
już nie nadaje się do naprawy. W międzyczasie Wartburg samoczynnie zgasł, bo
paliwo mu się skończyło. Odnośnie hydrauliki, to zakładał ją nasz znajomy
hydraulik, który akurat był "w cugu" czyli pił. Tak więc nie mogłem liczyć na
niego. Ażeby usunąć awarię musiałem albo uszkodzony odcinek zastąpić takim samym
ale nowym, albo nie liczyć na łatwiznę tylko przerobić na stały - sztywny.
Wybrałem ten drugi wariant, bo "prowizorka" może ponownie spowodować powódź.
Poszedłem więc pieszo na miasto aby zorganizować rurkę metalową, gwintownicę,
teflon i kształtki - chcąc jak najszybciej uporać się z tą przeklętą hydrauliką.
Poszedłem więc na skróty przez tory kolejowe. Idąc zobaczyłem leżącego chłopca
około 11-tu lat który płakał. Przechodząc przez tory - niefortunnie złamał nogę.
Częściowo go niosąc, częściowo podpierając, dotarłem wreszcie z nim do Pogotowia
gdzie go pozostawiłem (na drugim końcu miasta). Jak na złość, jak nigdy,
przechodząc przez postój nie było tam żadnej taksówki, ani żadnego znajomego z
samochodem. Straciłem godzinę. Sklep hydrauliczny już zamknięto, jednak
prywatnie zdołałem załatwić to wszystko co było mi niezbędne do usunięcia awarii
hydraulicznej. Wracając do domu spotkałem kolegę z samochodem który podwiózł
mnie na "Kozłówkę" - bo tak nazywamy tę część Legionowa gdzie mieszkam. Również
ten kolega pomógł mi rozpostrzeć ogromny, mokry i bardzo ciężki dywan na
trzepaku, a następnie był tak uczynny że pomógł mi usunąć - i to fachowo,
usterkę. Pomógł mi nawet usuwać skutki powodzi w domu, tak więc żona mogła tym
razem nieco odetchnąć. Potem zawiózł nas do lekarza swoim samochodem, gdzie po
fachowej pomocy żona dostała receptę na przynoszące ulgę lekarstwo, oraz
podrzucił nas do apteki aby wykupić to lekarstwo. Tak oto skończył się jeden z
dni w którym od samego rana postanowiłem że spędzę go na pisaniu.
Za każdym razem kiedy postanawiam pisać, jakaś kłoda spada mi pod nogi jaka
zmusza aby pisanie to odłożyć na potem. Jednego dnia wziąłem już długopis do
ręki, zaś żona ze śmiechem pyta "ciekawe co wypadnie tym razem". W chwilę
później zadzwonił telefon. Dobry kolega dodzwonił się z telefonu komórkowego:
Andrzeju, stoję w Popowie koło Pułtuska. Poszła mi skrzynia biegów. Nie mam
pieniędzy, żona w szpitalu, a ja za 3 godziny muszę w Legionowie odebrać dziecko
z przedszkola. Cóż mogłem zrobić? Nie zjadłem dogotowującej się zupy, nie
zacząłem pisać, a wziąłem z sobą linkę holowniczą i pojechałem do Popowa 50 km.
Bez przygód i przeszkód na lince przyciągnąłem dużego fiata 125p do Legionowa,
na podwórko mojego kolegi. Następnie odebraliśmy jego dziecko z przedszkola i
wtedy od niego dowiedziałem się że właśnie dziś ma odebrać żonę ze szpitala
bielańskiego. Gdy wreszcie wróciłem do domu, okazało się że żonie pralka zepsuła
się w czasie prania. Uszkodzenie nie było poważne, ale żeby naprawić dozownik
musiałem rozebrać całą pralkę automatyczną. Kiedy już usunąłem usterkę i
następnie wszystko złożyłem do kupy, było po drugiej w nocy. Jakże więc tu
pisać? Następnego dnia od rana wyłączyłem wtyczkę telefonu i postanowiliśmy z
żoną że nigdzie nie dzwonimy i nikt do nas nie dzwoni. Zdecydowaliśmy, że przed
południem zawiozę żonę z dziećmi do jej rodziców (drugi koniec miasta) i tam
pobędą z pięć godzin, ja zaś wrócę do domu gdzie zamknę się i będę pisał. Zaraz
po śniadaniu pojechaliśmy więc do nich, ale ich nie zastaliśmy. Wszystko
pozamykane, a ich nie ma. Postaliśmy więc z pół godziny, pocałowaliśmy klamkę, i
po krótkiej naradzie postanowiliśmy "przejechać się" nad wodę i do lasu. Byliśmy
nad Zalewem Zegrzyńskim, potem w lesie.
Gdy postanowiliśmy wrócić złapałem w środku lasu dwie gumy naraz: prawy przód i
prawy tył. Zapasowe koło miałem tylko jedno. Zmieniłem więc na przedzie, bo
Wartburg ma napęd na przód. Włączyłem "ostre koło" i na tylnim "flaku"
doczłapaliśmy te 4 km lasem do asfaltu. Potem, gdy do domu mieliśmy następne 4
km asfaltem, okazało się że woda w chłodnicy zagotowała się. Zatrzymanym więc
okazyjnie samochodem pojechałem do domu, gdzie miałem kilka kół zapasowych, ale
nie miałem transportu. Pożyczyłem więc od sąsiadów roweru do którego drutem
przymocowałem dwa koła i prowadziłem rower do Wieliszewa (4 km). Po dwóch
godzinach byliśmy w domu, gdzie okazało się że nie ma prądu. Awaria
energetyczna. Dopiero gdy zaczęło się ściemniać włączono prąd. Wtedy przyszła
sąsiadka - staruszka. Jej syn przewrócił się tak niefortunnie że połamał żebra.
Pojechałem więc z nim do szpitala. W szpitalu musiałem czekać na decyzję
lekarzy, którzy w końcu orzekli że ten pacjent zostaje w szpitalu. W drodze
powrotnej z Nowego Dworu Mazowieckiego wziąłem "na okazję - łebka", mężczyznę w
wieku około 30-tu lat, który chciał aby podwieźć go do Jabłonny. Przed Jabłonną
zatrzymał mnie radiowóz policyjny dla rutynowej kontroli. Na widok radiowozu mój
pasażer wyskoczył w biegu gdy jeszcze niezupełnie się zatrzymałem i dał nogę w
pole. Jeden policjant z gnatem w ręku ruszył za nim w pościg, zaś drugi nie
pozwolił mi odjechać i wezwał posiłki przez radio. Po kilkunastu minutach
nadjechały jeszcze dwa radiowozy i z bezskutecznego pościgu powrócił policjant
okropnie wkurzony bo uciekł mu "klient" poszukiwany od dawana wieloma listami
gończymi. Mnie w kajdankach zabrano na policję, gdzie spędziłem na bzdurnych
przesłuchaniach wiele godzin. Potem nie chciano mnie podwieźć do Wartburga pod
Jabłonną - więc kilkukilometrowa piechotka. Po powrocie do domu okazało się że
wszyscy już spali, ja też położyłem się spać. No bo skąd miałem wziąć siły do
pisania po takim dniu pełnym przygód ???
Tak już przywykłem do kłopotów zawsze pojawiających się podczas pisania, że
kiedy opisywałem zdarzenia zaprezentowane w następnym podrozdziale B6, aby
uniknąć przeszkadzania wywiesiłem na drzwiach kartkę, że "wyjechaliśmy". Było
fajnie aż do 23:57. Jednak za trzy minuty północ, nagle, bez żadnych przyczyn,
na głowę spadł mi gzyms (karnisz) z zasłoną i firanką z takim wielkim hukiem, że
wszyscy (żona i dzieci) się pobudzili. Ja sam bardzo się przestraszyłem. Tak
więc opisy te mogłem dokończyć dopiero następnej nocy.
W czasach pisania tego podrozdziału pasmo nieszczęść i niepowodzeń stało się u
mnie już codziennością, oczywiście opóźniając wydatnie moment jego ukończenia.
Nawet na godzinę naprzód nie mogę niczego zaplanować, bo oto zawsze coś
nieprzewidzianego staje na mojej drodze. Jak wierzę stało się to za sprawą
pozbawienia mnie implantu w głowie. To, że jeszcze na głowę nie spadła mi cegła
z dachu drewnianego kościoła to zawdzięczam tylko górskiemu kryształowi na
sznurku jaki noszę na szyi, oraz magnesowi który noszę w kieszeni. Natomiast
kiedy zaplanuję że w danym dniu nie będę nic pisał - okazuje się że dzień taki
jest "sielanką" i nic się w nim nie wydarza!
Niekiedy przytrafiają mi się raczej dziwne przypadki, jakich nie potrafię
wytłumaczyć. Ich przykładem może być zdarzenie z około 1 sierpnia 2000 roku.
Nietypowo dla tej pory roku, był wtedy ogromny wysyp grzybów. Otóż byłem wówczas
na grzybach w dwuhektarowym lasku koło Legionowa, i zabłądziłem chodząc
otumanionym w kółko przez około 4 godziny. Do tego małego zagajnika wpadałem o
świcie na jakieś 40 minut, idąc do niego 10 - 15 minut, i tyle samo czasu licząc
na powrót. W każdym bądź razie, gdy wychodziłem o 4, to już o 6 byłem z
powrotem. Jednak wtedy, około 1 sierpnia 2000 roku, wszystko było jak zwykle, aż
do momentu gdy postanowiłem wracać około godziny 5:30. Ni stąd ni zowąd w lasku
zrobiła się jakaś mgła, ale nie na tyle gęsta abym nie mógł niczego widzieć.
Nie. Widziałem na odległość do 6-7 metrów. Obierałem kierunki żeby wyjść z lasu
idąc w danym kierunku przez określony czas i obliczając w pamięci że jeśli będę
szedł w danym kierunku przez 5 minut - to zaraz wyjdę albo na drogę, albo na
pole, albo na łąkę. Niestety, wszelkie próby zawiodły. Obierałem sobie różne
kierunki aby wyjść z tego lasu, i pomimo że szedłem przeszło godzinę w tym
jednym kierunku - to jednak las się nie kończył. A przecież to niewielki
zagajnik w którym byłem setki razy. Z dwóch jego boków rośnie żyto, z trzeciej
łąka, z czwartej biegnie droga. Ale chodzi o to że w ogóle z niego nie mogłem
wyjść, pomimo że wiem że byłem cały czas przytomny, czułem się dobrze, i idąc z
grzybami od drzewa do drzewa, nie mogłem z lasu wyjść, chociaż chciałem. Dopiero
gdy mgła się uniosła, zobaczyłem brzeg lasu i wyszedłem. Do domu dotarłem około
10:30.
Niezwykłe zdarzenia nie omijają także i mojej rodziny. To co przytrafia się
żonie można zrozumieć - wszakże dzieli ona moje życie. Jednak straszenia mojego
trzyletniego synka Jacusia przez UFOli nie daje się już zrozumieć. Mamy na to
dowody i świadków, że on ich widzi. Pomimo że Jacuś jeszcze nie mówi
(konsekwencje powypadkowe), to jednak drogą eliminacji, pytań, potakiwań i
zaprzeczeń stwierdzamy że Jacuś często "coś widzi". Zarówno w domu, jak i na
dworze. Jest to coś czego on się boi. I tak np. nagle bawiąc się wesoło z
dziećmi podrywa się, pokazuje swoim paluszkiem na coś na ścianie (w różnych
miejscach) lub na tle mebli, i zaczyna się trząść ze strachu, tuli się do mnie,
i z przerażeniem w oczkach patrzy na coś czego nasze oczy nie widzą. Od tego
momentu wyeliminowany jest z zabawy i nic, ale dosłownie nic, nie jest już w
stanie skłonić go do dalszej zabawy. Stan taki utrzymuje się nieraz godzinę,
nieraz 5 godzin, a więc do czasu gdy PANA JUŻ NIE MA. Duży, rusza się, ubrany na
czarno. Ale tylko Jacuś go widzi. Jedynie dwukrotnie widziała go też dwuletnia
Agatka. Doszliśmy z żoną i sąsiadami do właśnie takich wniosków na podstawie
zachowań dzieci, oraz następnego zadawania im wielu pytań, prób i doświadczeń.
Sami zaś z żoną namacalnie niczego nie zauważyliśmy.